sobota, 29 listopada 2014

Rozdział 15

muzyka <klik>

To było chłodne popołudnie. Z nieba spadały krople deszczu, przez co Sydney stawało się smutnym, szarym i nic nie wartym miastem. Właściwie, wszystko się zgadzało, a przynajmniej w moich oczach, w moim mniemaniu. Odkąd spadła na mnie masa nieszczęść i zmieniłam zawód na czarnego kota, zwiastujące pecha, uważałam to miasto za nudne i pełne rozczarowań. Nie umiałam odnaleźć się w żadnym miejscu. Przypominałam przybłędę z genami marudy. Boże... jak wiele się zmieniło, jak ja się zmieniłam.
Kiedyś spacerowałam tymi samymi ulicami z mamą. Mojego nastroju nie była w stanie zepsuć nawet burza. Wskakiwałam w kałużę, uznając to za całkiem niezłą zabawę. Mama wówczas wrzeszczała na mnie, kiedy zdarzało mi się ochlapać ubranie. Zazwyczaj pędziłyśmy wtedy w ważne miejsce, gdzie wymagano ubrań bardziej oficjalnych. Byłam zbyt mała, aby zrozumieć powagę sytuacji. Tęsknie za tym, za beztroskim życiem, które los odebrał mi tuż po wypadku. Musiałam szybko dorosnąć i podejmować dojrzałe decyzje. W tym momencie czułam, jakbym wróciła do czasów, kiedy popełniałam non stop błędy, a mama miała za zadanie wszystko naprawić. Różnicą był brak mamy i fakt, że muszę radzić sobie sama.
Zaczęło się ściemniać, jednak pomimo deszczu oraz nadchodzącego wieczoru, nie ruszyłam się z ławki, na której spędziłam ostatnio więcej czasu niż we własnym mieszkaniu. Dzisiaj zdecydowałam, że to ostatni raz, kiedy moja stopa stanęła na tym cmentarzu, przy tym grobie. Postanowiłam położyć kres smutkom i żałobie, która nie chciała mnie opuścić od ponad pół roku. 
Moje ubrania całkiem przemokły. Makijaż spływał po mojej twarzy wraz z kroplami wody. Mogłabym wreszcie zaopatrzyć się w wodoodporne kosmetyki bądź parasolkę, chociaż deszcz - tak samo, jak kilka lat temu - wcale mi nie przeszkadzał, a nawet sprzyjał. Halloween dopiero nadchodziło, a ja wyglądałam, jakbym obchodziła to święto codziennie. Słowo daję, gdyby ktoś mnie zobaczył, zapewne wystraszyłby się na śmierć.
Nie płakałam, bo już dość łez wylałam. Smutek nie widniał na mojej twarzy, żadnego żalu, rozczarowania, niczego, jakbym nagle straciła emocje, towarzyszące mi zawsze uczucia. Pogodziłam się z tym, że czasu nie da się cofnąć, a niektórzy ludzie muszą odejść. Chciałabym mieć na to wpływ, ale jest to niemożliwe. Nikt nie decyduje o czyimś odejściu oprócz Boga. Każdy ma swoją świeczkę, która w pewnym momencie gaśnie, a z nią wygasa nasze życie. Taki już jest los, taka jest natura. Świat rządzi się prawami, a my musimy na nie przystawać, czy nam się to podoba czy może nie.  
Westchnęłam cicho po raz enty już patrząc na inskrypcję. Wyryte na nagrobku nazwisko Ashtona chyba zamierzało dręczyć mnie do końca życia. Jego nie da się zapomnieć, żadnego spędzonego z nim dnia. Jedyną rzeczą, którą mogłam zrobić to zaakceptowanie tego faktu i przyzwyczajenie się do wspomnień. Inaczej, zniszczyłabym siebie i swoje życie, co już robiłam. Nadszedł czas, aby to skończyć. Bo w końcu ile można? Życie wspomnieniami nie przynosi niczego dobrego, a nawet mogłabym stwierdzić, że rujnuje naszą przyszłość. Zatrzymujesz się, a potem nie jesteś w stanie ruszyć dalej z powodu zatracenia. 
Gładziłam dłonią mokry nagrobek, zaciskając usta. Powtarzałam sobie w głowie, że muszę dać mu odejść, a teraz jest najlepsza pora. Dlaczego to było takie skomplikowane? Czemu nie mogłam zaśpiewać tej irytującej piosenki "Let it go" i byłoby po wszystkim? Po tym całym stresie? Chciałabym, aby w mojej głowie istniał przycisk "cofnij" lub "resetuj", abym mogła zapomnieć o tym, co łączyło mnie z Ashtonem. Ale on należał do osób wyjątkowych, specyficznych, których się nie zapomina. Bo zapomnieć o nim, to jak zapomnieć o dacie swoich urodzin. Był kimś specjalnym, nikim zwykłym. Wprowadził coś świeżego i innego do mojego nudnego życia zwykłej szarej myszki. Pokazał mi moje wady i zalety, uwidocznił resztę mojego charakteru, tą skrytą. Sprawiał, że żyłam. Złościłam się, cieszyłam, płakałam oraz uśmiechałam. Dzięki niemu poznałam samą siebie. Nigdy nie twierdziłam, że był aniołem, bo raczej porównanie go do istnego demona byłoby o wiele bardziej adekwatne, ale mimo wszystko odnalazłam w nim dobro, a tego wydarzenia nigdy nie wyrzucę z mojej pamięci.
- Caitlin? - głos, który już dzisiaj kilkakrotnie słyszałam obił się znów o moje uszy, wyrywając mnie z cichych refleksji. 
Will stał kilka metrów dalej, przyglądając mi się z dezorientacją. Zlustrowałam go wzrokiem. Perfekcyjnie wyprasowana marynarka, zapięta na ostatni guzik przylegała do jego ciała. Krawat zawiązany pod samą szyję prawdopodobnie utrudniał mu oddychanie. Nie ubierał się tak codziennie, nawet, gdy jechał na komisariat by usiąść przy biurku i wpisywać przez cały dzień dane do komputera. Pojawiał się w tym stroju tylko, kiedy sprawa przybrała szybsze tempo, lub pojawiły się nowe poszlaki. Oficjalne ubranie oznaczało więc jedno - kłopoty.
Brytyjczyk ruszył w moją stronę ze spuszczoną głową, jakby unikał mojego spojrzenia podczas swojej krótkiej drogi. Nie miałam pojęcia, jaki jest powód jego wizyty na cmentarzu. Zgadywałam, że w czasie spaceru zastanawiał się, jak ubrać w słowa wyjaśnienie swojego przyjazdu. Nie puściłabym go bez rozmowy. 
- Co tu robisz? - spytał, gdy dzieliło nas już kilka centymetrów.
- A ty? - odpowiedziałam pytaniem, mając nadzieję, że Will właśnie teraz opowie mi o powodzie przyjazdu. Myślałam, że może to ja jestem jego celem. Śledzi mnie, bo mogę być podejrzaną o zabójstwo dziewczyny z biura, ale z drugiej strony Will powiedziałby mi, gdyby taka sytuacja miała miejsce. Nie ukrywałby przede mną śledztwa dotyczącego mojej osoby.
W oddali zauważyłam kolejnych policjantów, idących w naszą stronę. Przekręciłam głowę, wracając wzrokiem do Brytyjczyka. Uniosłam brew, czekając na jakiekolwiek słowa, ale on wciąż milczał. Spojrzał w przestrzeń, a jego dłonie uformowały się w pięści. Wydawało mi się, że nie był zadowolony moim widokiem. Wstrzymał oddech. Zapewne klął w swoim umyśle, nie mogąc pojąć dlaczego do jasnej cholery spotkaliśmy się tutaj właśnie teraz.Ukrywał przede mną pewną informację, grając na czas, a musiała mieć ona sporą wartość - mogłam śmiało wyczytać to z jego drżących ust. Nie sposób jest zgadnąć po czyimś zachowaniu, jaki jest jego nastrój lub jakie emocje mu towarzyszą. A Will nie był uosobieniem spokoju. W moim ciele powoli robiło się gorąco. Jeżeli cały zespół policji zjawił się przy grobie Ashtona, musieli mieć jakieś wskazówki związane z jego sprawą. Ale co miał do tego cmentarz i grób? Moje zdenerwowanie wzrastało, ponieważ nie mogłam sama odpowiedzieć na pytanie, które zadałam Willowi. Musiałam czekać, aż sam zdecyduje mi powiedzieć, w czym tkwi problem. 
Funkcjonariusze byli coraz bliżej. Skupienie wymalowane na ich twarzach powodowało, że czułam się jeszcze bardziej zmieszana niż nigdy dotąd. Przyjechali w konkretnym celu, na pewno. Nieśli w swoich rękach duże torby. Nie miałam pojęcia jaka jest ich zawartość, ani dlaczego przyszli. Po mnie? Chcą mnie zapuszkować? Jestem poszukiwana? Za co? 
Nie, ja ich nie obchodziłam.
Pięciu mężczyzn ominęło mnie, a także Willa i pognało do grobu, na którym wyryto grubą czcionką dane Ashtona. Odwróciłam się obserwując każdy ich ruch. Rozłożyli swój pakunek wokół miejsca pochówku. Dwóch z nich nałożyło sterylne rękawiczki. Wysoki blondyn w okularach sięgnął po notes, natomiast niski brunet w pobrudzonym mundurze wyciągnął aparat fotograficzny. Jego brak organizacji rzucał się w oczy. Gdy tylko otworzył swoją torbę, niezabezpieczony wewnątrz sprzęt i akcesoria uderzyły o ziemię. Mógł w myślach dziękować Bogu, że pomyślał o pokrowcu na aparat, bo w innej sytuacji po tym incydencie musiałby zaopatrzyć się w nowy. Facet z długim, spiczastym nosem poczekał, aż Will do nich dołączy. Brytyjczyk zignorował mnie i od razu pobiegł na pomoc koledze. W trójkę, gdyż przyszedł jeszcze jeden człowiek, zaczęli odsuwać płytę nagrobkową. Otworzyłam usta z wrażenia, chcąc cokolwiek z siebie wykrztusić, jednak nie potrafiłam wydobyć z siebie dźwięku w pierwszych sekundach. Rzuciłam się do biegu, chcąc powstrzymać to okrucieństwo. Jak oni mogli w ogóle pomyśleć o czymś takim?!
- Zwariowaliście?! - krzyczałam - To brak szacunku! - mówiłam protestując - Stójcie.
Czyjeś dłonie oplotły mnie w talii. Jeden z mundurowych zatrzymał mnie zanim zdążyłam dobiec do nagrobka. Jego współpracownik przyszedł do nas. Wysoki, dziwnie chudy i garbiący się mężczyzna przeczesywał długimi cienkimi palcami swoje krzaczaste brwi, siląc się na tłumaczenie.
- Przykro mi, mamy nakaz - oznajmił wyniośle. Już na samym początku zauważyłam, że przypomina gbura. Przybrał twarz wiecznie niezadowolonego palanta, któremu wydawało się, że jeżeli ma mundur - ma całkowitą władzę. Niestety, grubo się mylił.
- Pieprzę wasze nakazy! - warknęłam.
Bez namysłu podniosłam nogę, celując w krocze policjanta. Wtedy nie kierowałam się rozumem. Nie zastanawiałam się nad dalszymi konsekwencjami. Biedny, niczemu właściwie winny chłopak dostał na tyle mocno, że zgiął się w pół. Jego przemądrzały towarzysz natychmiastowo odsunął się w obawie, że również zranię jego czułe miejsce. Nie miałam wyrzutów sumienia. Liczyło się dla mnie dobro Ashtona. Nie wyobrażałam sobie, żeby policja teraz, przy mnie naruszała jego szczątki. Przecież to szalone! Co za wariat odważyłby się bezcześcić czyjeś imię? Bez znaczenia jakim człowiekiem był Ashton, on nie żył, a szacunek powinien mu się należeć.
Odepchnęłam od siebie zwijającego się w bólu chłopaka i podążyłam do Willa.
Ten zaś złapał mnie za nadgarstki, po czym przycisnął do siebie uniemożliwiając ruch. Krzyczałam i błagałam, aby mnie puścił. Protestowałam. Nie mogłam uwierzyć, że Will na to pozwalał. Zdecydowałam myśleć, że jest jedyną osobą, która nigdy mnie nie skrzywdzi, ale myliłam się. Przekonałam się dopiero teraz, jak wyglądała jego praca poza komisariatem. Kompletnie zwariował na punkcie sprawy Cienia i działał nielegalnie, aby zdobyć nakaz. To, co robił było po prostu złe. 
- Caitlin - nawoływał - Możliwe, że jego tam nie ma.
Momentalnie przestałam się wić, bić, kopać i szukać ucieczki. Pobladłam i zamarłam. 
- Postradałeś zmysły - szepnęłam, oburzając się.
- Prowadziłem dochodzenie prywatnie. To właśnie robiłem wtedy, kiedy dzwoniłaś, a ja znajdowałem się poza komisariatem - wyjaśnił spokojnym tonem, jakby dopadło go zmęczenie.
Śledziłam wzrokiem trumnę, którą unosili funkcjonariusze. Robiło mi się niedobrze na myśl, że będę patrzyła na rozkładające się ciało albo kości. Wszystko stawało się cięższe, moja głowa, ręce, nogi. Will nie powinien był brać tej sprawy. Wiedział, ile Ashton dla mnie znaczy, a tymczasem nie przeszkadzało mu to w podążaniu za śladem Cienia. Przekreślił jakiekolwiek szanse na poprawę naszych relacji. Po obejrzeniu trumny zamierzałam opuścić to miejsce, a jemu powiedzieć prosto i jasno, że jest to koniec. Nie chciałam mieć już z nim nic do czynienia. Kompletnie nic.
- Przepuść mnie - syknęłam, a chłopak ułatwił mi drogę do trumny. 
Podeszłam do zamkniętego, prostokątnego pudła, w którym spoczywał Ashton. W moich oczach kłębiły się łzy. Przeżywałam jakiś koszmar, z którego nie potrafiłam się wybudzić. Wyobrażałam sobie, co miało wydarzyć się dalej. Mój szloch, powrót wspomnień, zmieszanych w jedno. Ten powracający ból. Znów złamane serce. Nie miałam pojęcia, czy jestem gotowa znów przez to przechodzić. 
Dłonie jednego z mężczyzn dotknęły zamka zabezpieczającego trumnę przed otwarciem. Zamknęłam oczy, biorąc głęboki wdech. Cała drżałam. Byłam pewna, że na drugi dzień złapie mnie choroba. Stałam w samej bluzie na deszczu. Splotłam palce u dłoni i zacisnęłam usta, gdy usłyszałam skrzypnięcie.
Trumna została otwarta.
Jęknęłam prawie szlochając, jednak nie odważyłam się spojrzeć do wnętrza. Jeszcze nie. Stałam tuż przed nim, przed martwym Ashtonem. To sprawiało, że zbrakło mi słów, nie umiałam się ruszyć, a nawet nie śniło mi mi się podnieść powieki, chociaż musiałam. Chciałam sama się przekonać o swoich racjach, a także udowodnić Willowi, że popełnił błąd, którego nie naprawi.
- Zawiadom szefa - poważny ton Willa uderzył o uszy każdego z obecnych.
Zmarszczyłam brwi. To zdanie nie było jednoznaczne. Will musiał poinformować o swojej porażce lub zwycięstwie.
Zdecydowałam się zajrzeć do trumny. 
Uniosłam powieki. 
Spuściłam wzrok. 
Dolna warga moich ust opadła. Wypuściłam powietrze. Zastygłam, mało nie upadając. Moje nogi nagle stały się miękkie, niczym wata. Dreszcze pojawiły się na całym moim ciele, a serce mało nie wyskoczyło z piersi. Patrzyłam na to, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.  
- Caitlin, musisz mi powiedzieć, gdzie są jego przyjaciele, natychmiast - powiedział do mnie Will, jednak nie odpowiedziałam - Caitlin, proszę - powtórzył, a wtedy ja spojrzałam na niego.
- Hurstville - wymamrotałam - Mieszkają u Ashtona, w Hurstville. 
I wtedy już nastał chaos.
________________________________
WOOOHOOO! W końcu otworzyli tą przeklętą trumnę, sama czekałam na ten moment, zaufajcie mi. Jak myślicie, co tak zagięło Caitlin? Brak Ashtona, jego kości, czyjeś kości, jakiś trup? Mam nadzieję, że żadne z Was nie będzie musiało nigdy być w takiej sytuacji, bo to jest przerażające, ale przecież my lubimy wszystko, co przeraża, nęci i kusi, nie? :D
Anyway. Dziękuję za powrót komentarzy, miło mi, że chcecie poprawiać mi nastrój. Wracam więc z notkami. Znowu będę Wam tutaj jojczyć, bo nie byłabym sobą i.. i tak długo wytrzymałam.
Miałam dodać ten rozdział pierwszego, jako swój własny prezent urodzinowy[ (lol) nie, nie mam urodzin 1 grudnia, mam 2] bo naprawdę lubię ten moment. Koniec mi się strasznie podoba. Nagły zwrot akcji, kilkanaście drużyn i teraz nie wiadomo z kim będzie trzymała się Caitlin, a przeciwko komu będzie. Tyle kłamstw i oszustw, ach jak ja to uwielbiam.
Rozdział nie jest długi, bo w poprzednim robiłam rekonstrukcję. Ten miał być wpleciony do poprzedniego, ale w ostatniej chwili stwierdziłam, że jest zbyt ciekawym wątkiem, aby musiał się dzielić z innym :D
Następny rozdział, który jest również jednym z moich ulubionych (ze względu na Caluma, tak trochę spoiler <3) pojawi się prawdopodobnie 8 grudnia. Spoilery będą na CIEŃNEWS oraz CIEŃ FANFICTION i od razu pozwolę sobie podziękować Dagmarze, Marcie oraz Weronice za opiekę nad kontami i dbanie o nie.

A teraz dziękuję Wam, bo to będą już drugie moje urodziny, które spędzam mając tego bloga. Jest mi niezmiernie miło, bo mogę zobaczyć jak na przestrzeni czasu wszystko poszło w górę, rozrosło się i nadal rośnie. Idziemy pełną parą do przodu i nawet nie wiecie jak się jaram tym wszystkim, mimo że czasem się złoszczę przez różne pytania lub niedogodności, ale przecież nie wszyscy jesteśmy idealni, prawda? Też mam gorsze dni i wspaniałe jest to, że mimo wszystko jesteście ze mną, tak jak ja jestem z Wami - PAMIĘTAJCIE O TYM! Na mnie też możecie liczyć. Jeśli jest coś, w czym kiedykolwiek mogłabym Wam pomóc - piszcie! :)

I dziękuję Wam tak naprawdę za prezent. 115 tys na Wattpad, tu blisko 1,500,000 ! :) Lepiej być nie mogło!

Życzę Wam miłego wieczoru.
LOVE!