piątek, 24 października 2014

Rozdział 11

muzyka klik


W drodze do baru otarłam łzy i zaciągnęłam kilka razy nosem. Powstrzymałam się od płaczu, bo widok gapiących się przechodniów na beczącą dziewczynę nie należał do najprzyjemniejszych. W oczy rzucało się również moje zmęczenie. Potykałam się o własne nogi, szłam ze spuszczoną głową, a o zerknięciu na kogokolwiek nie było mowy. Zachowywałam się, jak osoba pod wpływem alkoholu, chociaż jeszcze mój organizm był czysty.
Jeszcze.
Weszłam do budynku, a w pomieszczeniu zastałam większą ilość klientów niż zazwyczaj. Pracownicy mieli tego wieczoru pełne ręce roboty. Grupka znajomych przyszła zagrać w bilard, para poznana w sieci wpadła, aby napić się piwa i dowiedzieć się o sobie czegoś więcej. Oczywiście przybyli również samotnicy - ci starsi oraz ci młodsi, którzy tak samo jak ja mieli ochotę wlać w siebie dużą ilość whisky, a potem wrócić grzecznie do domu i położyć się spać. Muszę przyznać, że mój plan nie sprawdził się tak, jak to sobie obmyśliłam.
Odnalazłam wzrokiem George'a. Brązowooki krzątał się przy barze obsługując gości. Nasza relacja przypominała nieco toksyczną odkąd dowiedziałam się o jego kłamstwach. Nie rozmawialiśmy, nie widywaliśmy się. Zbyt wiele zaczęło nas dzielić, ta znajomość nie miała już sensu. Mówią, że nawet bolesna prawda jest najlepsza, a jednak ludzie wybierają oszustwa. Z drugiej strony sama okłamywałam Willa... nie, chociaż nie. Ja po prostu pomijałam kilka kwestii, a to chyba nie jest określane kłamstwem?
Dzień, który powoli dobiegał końca mogłam przyrównać do kilkugodzinnych lekcji matematyki, gdzie uczniowie wkuwają przeróżne wzory, a później pomimo ich znajomości w dalszym ciągu rozwiązanie zadań jest za trudne. W mojej głowie pozostawał wielki zamęt, którego miałam zamiar się pozbyć tego wieczoru. Zabawne, że alkohol okazuje się najlepszym przyjacielem, gdy pojawiają się problemy.
- A co ty tutaj robisz? - spytał George, a na jego twarzy wymalowało się zdenerwowanie.
- Co? Mam jakiś zakaz? Nie mogę odwiedzać własnej ciotki? - prychnęłam, oczekując odpowiedzi, jednak ten tylko spuścił głowę i wrócił do wycierania szklanki, którą miał w dłoniach. - Jest w biurze? - przeszłam do rzeczy widząc, że żadne z nas nie ma ochoty na dyskusję.
- Wyszła, będzie koło dwudziestej trzeciej - George grzecznie udzielił informacji. Kątem oka zerknął na zegarek, a potem na mnie. Najwyraźniej zdziwiła go moja wizyta o godzinie dwudziestej. Jeżeli zjawiałam się o tej porze, to tylko ze względu na moją nocną zmianę. Nigdy przedtem nie składałam wizyt tak późno.
Zastukałam paznokciami o blat stolika, uśmiechając się triumfalnie.
- Genialnie - mruknęłam - A więc poproszę whisky - zamówiłam, a barman przystąpił do wykonywania polecenia.
W ciągu kilku minut George podstawił pod mój nos szklankę, w której pływał trunek. Kostki lodu obijały się o naczynie, które stawało się coraz zimniejsze. Machałam napojem trzymanym w dłoni, dopóki na mojej twarzy nie pojawił się grymas.
- Nie chciałam szklanki - powiedziałam, odstawiając whisky - Chciałam butelkę.
I tak to wszystko się zaczęło.
Jeden łyk, drugi, trzeci...
Smakowałam każdego trunku, jaki podawano w barze.
Kieliszek za kieliszkiem, butelka, drinki...
Czułam pilną potrzebę wymazania z pamięci wszystkich wspomnień. Chciałam zapomnieć kim jestem, gdzie mieszkam oraz gdzie się obecnie znajduję. Marzyłam, aby na kilka godzin znane mi dobrze twarze stały się obce, całkowicie obce. Moje życzenie powoli spełniało się. Traciłam kontrolę, a pamięć ulatywała z kolejnymi porcjami alkoholu. Problemy odchodziły w zapomnienie. Resetowałam się. Wracałam do starej Caitlin, dziewczyny wielbiącej zabawy i rozrywkę.
- Caitlin, opanuj się - George wtrącał się do mojej prywatnej imprezy krytykując moje zachowanie - Jeszcze jedna kolejka i padniesz.
- Wow, dzięki za informację, mamo - burknęłam, przechylając kieliszek, a jego zawartość wpadła prosto do moich ust.
- Rozumiem, że nie jesteś w najlepszym humorze, ale w twojej sytuacji bycie pijaną nie pomoże - dzielił się spostrzeżeniami - Wiem, o wydarzeniach z windy - oznajmił - Skoro nie jesteś bezpieczna w pracy, nie będziesz również tutaj, zwłaszcza pijana. Ktoś cię obserwuje.  - powiedział, ale było już za późno, abym zrozumiała znaczenie tych słów.
- Mhm - przytaknęłam - I co? Pewnie w tym momencie dzwoni po Ashtona, żeby zgasił światła w barze i mnie postraszył? Oh, czekaj... nie może, bo on nie żyje.- zauważyłam - Więc przestań być ciotą, George i wyluzuj albo dalej baw się w niańkę, która niestety nie dostanie wynagrodzenia.
Zaśmiałam się głośno, czerpiąc masę satysfakcji ze zdań, które wypowiedziałam. Nareszcie zdystansowałam się i potrafiłam żartować. To był krok do przodu.
- Caitlin, powinnaś jechać do domu - radził, chcąc się mnie pozbyć, jakby za chwilę z mojego powodu miał wybuchnąć pożar.
- A ty powinieneś się napić lub zmienić pracę - skwitowałam, przesuwając się o jedno krzesło w prawo, gdzie obsługiwał drugi barman - Szkocką razy dwa! - zamówiłam, puszczając George'owi oczko. Brunet spojrzał na mnie rozczarowany, po czym wyciągnął telefon i wyszedł na zaplecze. Wzruszyłam ramionami i powróciłam do zatapiania swoich żali w wódce.
Pogłośniłam muzykę dobiegającą z radia, żeby dać ponieść się nocy. Poprosiłam barmana o przygotowanie kolejnego drinka, żebym nie musiała dopraszać się później. Tylko on był skory do wykonywania moich próśb, gdyż sztywny George zniknął za drzwiami na parę dobrych minut.
Smakowałam wolności tańcząc i głośno śpiewając. Moje nogi uginały się w rytm nieznanej mi piosenki. Liczyła się zabawa. Rozruszałam tą budę w krótkim czasie. W przeciągu godziny bar zamienił się w jeden wielki klub zapełniony gośćmi szukającymi wrażeń. Nie przypominałam sobie, aby kiedykolwiek w całej mojej karierze w tym miejscu zjawiło się tylu klientów. Najzabawniejszą rzeczą jednak było to, że nikt inny, a ja rozkręciłam tą imprezę. Skakałam po stołach, rozlewałam wódkę, żartowałam na prawo i lewo. Zagadywałam ludzi mówiąc kompletne bzdury. Rozmawiałam z dwoma facetami o domniemanym ataku kosmitów, nowej płycie Rity Ory, której wcześniej nie słyszałam czy też o swoich zapasach w lodówce. Dziwiłam się, że po takiej ilości przeróżnych "procentów" udawało mi się chodzić. Kilka osób śmiało się z mojego zachowania, niektórzy zaś uznawali mnie za wariatkę, ale kto znowu o to dbał? Kompletnie odleciałam, ale mój stan mi nie przeszkadzał, wręcz przeciwnie. Podobała mi się otwartość, która stłumiła szarą myszkę siedzącą gdzieś głęboko w moim ciele. Poczucie winy lub wstyd tej nocy nie istniały.Sprzątałam bałagan, który sama narobiłam w swoim życiu.
Weszłam na stół bilardowy i uniosłam butelkę. Ignorowałam głos George'a proszącego mnie o spokój. Do swej głowy dopuszczałam jedynie dźwięki muzyki.
Ten błogi stan, którego nie chciałam stracić za żadne skarby pozwalał mi na pełny luz. Gorąc rozlewający się po moim ciele, brak skupienia w umyśle i cudowna ulga towarzysząca mi podczas upijania się, to było takie piękne.
Pochylałam się, upadałam i podnosiłam. Bawiłam się włosami, robiąc dziwne oraz mało atrakcyjne pozy w tańcu. Zamknęłam oczy, żeby nie oglądać wirującego świata. Uśmiechałam się od ucha do ucha, bo było mi dobrze. Taki efekt marzyło mi się uzyskać. Miasto gasło; zasypiało przy huczącej muzyce i wrzaskach dzikich, nieokrzesanych mężczyzn pragnących zobaczyć mój striptiz lub ostrzejszy taniec.
Dostawałam upragnioną ciszę, pomimo chaosu panującego w pomieszczeniu. Cóż za paranoja, prawda? Cisza o której mówiłam docierała tylko do mojego umysły. Była w pewnym sensie metaforą, którą rozumiałam tylko ja. Zapanował spokój, nie słyszałam głosów, które atakowały mnie pytaniami, ani krzyków, które nie mogły wytrzymać presji. Wolność, otrzymałam wolność.
Będąca we mnie bateria po dwóch godzinach zmierzała ku wyczerpaniu. Widziałam chodzących po suficie ludzi, piratów i zombie. Obraz wydawał się potrójny lub poczwórny, nie umiałam tego stwierdzić. Bar nie pomieściłby jednak czterystu osób, a tyle w moim mniemaniu liczył koło godziny dwudziestej drugiej. Cofnęłam się do czasów dziecięcych, gdzie nie opanowałam techniki mówienia. Z tego względu ulotniłam się na zaplecze w ramach małego odpoczynku.
Nie zauważyłam, gdy obok mnie pojawił się pijany facet. Był starszy, dużo wyższy i grubszy. Nie przeszkadzała mi bijąca od niego woń alkoholu, ale jego obecność owszem. W szczególności, kiedy jego ręka znalazła się na moim udzie.
- Zostaw - wymamrotałam niezrozumiale. Starałam się odepchnąć od siebie natręta, którego usta zbliżały się do mojej szyi. Duża ilość wódki zmieszana z whisky odebrała mi siłę. Byłam bezbronna, nie umiałam nawet krzyczeć, a co dopiero przeciwstawić się.
- Dziś będziesz moja, mała - zacharczał do mojego ucha.
Duża dłoń sunęła się w górę po moich spodniach. Rękoma próbowałam wytworzyć między nami dystans, a następnie uwolnić się spod uścisku tego człowieka. Szarpaliśmy się przez moment, zanim w moim umyśle nie mignął znajomy krótki świst.
- Tknij ją, a twoje jaja zawisną na moim suficie i będą robić za żyrandol - ostry ton dobiegł do mojej ciężkiej głowy.
- Ktoś tu ma kłopoty - powiedziałam melodyjnie, po czym zachichotałam. W moim stanie ta sytuacja śmieszyła mnie bardziej niż najlepszy film komediowy. Przerażona mina klienta wydawała się zabawna. Z prędkością światła zabrał swoje brudne łapska i odsunął się ode mnie. Przód pistoletu wciąż stykał się z tyłem jego głowy, co nie pozwalało mu na gwałtowne ruchy. Jedno małe drgnięcie i puf! Byłoby po nim. Osoba trzymająca rewolwer nie należała do cierpliwych więc wątpię, czy zastanawiałaby się nad przebaczeniem, gdyby mnie tutaj nie było. Facet miał poniekąd szczęście. Pozwoliłam mu na zniknięcie z naszych oczu.
Zeszłam ze stołka, zahaczając o krzesło. Wpadłam prosto w ramiona Caluma, którego na trzeźwo prawdopodobnie spoliczkowałabym za samo zakłócanie dobrej imprezy. Dziwnym trafem akurat teraz, do tego w ramionach chłopaka, straciłam panowanie nad swoim ciałem. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa i nie potrafiłam prosto ustać, aby udowodnić Hood'owi, że nie potrzebuję tej nocy ochroniarza. Złapałam dłońmi umięśnione ręce ciemnowłosego, żeby nie zsunąć się na podłogę. Ten pochwycił mnie w pasie i podrzucił do góry, obejmując. Niewiarygodne, ale jednak Calum miał serce.
- Ona jest ledwo przytomna! Dałeś jej dragi czy co?! - wydarł się wkurzony.
- Zwariowałeś?! Sama się tak urządziła! Opróżniła pół baru. Nie wiem, co powiem szefowej - George odpowiedział zmartwionym głosem, łapiąc się za głowę i oglądając bałagan, który zostawiłam po sobie.
Calum postawił mnie na ziemii, jednak szybko zmienił zdanie widząc jak słabo radzę sobie indywidualnie. Dłońmi chwycił mnie w talii, a potem z łatwością uniósł i przerzucił przez ramię.
- Gdyby nie to, że załatwiałem sprawy w pobliżu, w ogóle bym się nie fatygował - fuknął.
- Oczywiście - prychnął George, wywracając oczami.
- Wisisz mi stówę - warknął Calum, zmierzając do wyjścia.
- Co?! - pisnął barman zaskoczony.
- Samochód trochę spalił podczas podróży tutaj - uśmiechnął się cwaniacko Hood - Czekam również na informacje.
- Jakie informacje? - paplałam, oglądając plecy przyjaciela Ashtona.
- Są gotowe, ale nie dziś, zabierz ją po prostu do domu - poprosił George.
Calum zasalutował, po czym ruszył w kierunku drzwi tym samym zabierając mnie z baru. Puścił mnie dopiero na parkingu, gdzie został zarówno mój jak i jego wóz. Chłopak postawił mnie na ziemi od razu opierając o drzwi auta, abym nie miała możliwości upaść. Oddychałam głęboko przyzwyczajając się do świeżego powietrza. Po odpoczynku, schowałam twarz w zagłębieniu szyi Caluma, nie mając żadnego wpływu na swój ruch. Zaledwie dwa dni temu chciałam zatłuc tego człowieka, a teraz? Wdychałam zapach jego perfum, ponieważ zrobiło mi się słabo.
Calum odnalazł w swojej kieszeni kluczyki. Zdecydował się podjąć próbę otwarcia drzwi wraz z utrzymaniem mnie na nogach co niestety nie przynosiło satysfakcjonujących efektów. Śmiałam się z jego braku zdolności robienia dwóch rzeczy na raz, a także z tego, jak mały był między nami dystans. Specjalnie przysuwałam się do jego ciała, aby dzieliło nas tylko kilka centymetrów. Alkohol spowodował, że byłam ciekawa, co może się wydarzyć, kiedy znajdziemy się w mało komfortowej dla nas sytuacji.
Ciemnowłosy spuścił głowę i spojrzał prosto w moje oczy z obojętnością. Przybliżyłam swoją twarz dla zabawy, może również dla podkuszenia i sprowokowania Caluma.
- Jedziemy gdzieś? - spytałam mrucząc - Do mnie, do ciebie? - nie traciłam z chłopakiem kontaktu wzrokowego - Masz gumki czy musimy się zaopatrzyć?
Zapadła cisza. Hood patrzył na mnie przez chwilę nieco zaskoczony. Prawdopodobnie zastanawiał się, czy wykorzystać sytuację. Po około minucie przysunął swoje usta do mojego ucha.
- Skarbie.. - szepnął - Jedyna gumka, jaka w tej chwili jest ci potrzebna, to taka usuwająca makijaż, bo wyglądasz jak panda.
Calum odsunął się, po czym otworzył drzwi wozu. Wysunął rękę, prosząc, abym wsiadła. Posłałam mu pogardliwe spojrzenie, a później zajęłam miejsce pasażera w samochodzie.
Zamilkłam.
Irwinxhat