wtorek, 22 listopada 2016

Rozdział 7


Addelaine modliła się, aby to był żart. Nawet zaśmiała się, jednak kiedy zauważyła, że obaj mężczyźni patrzą na nią dosyć poważnie, zamilkła. To co powiedział Michael było prawdą, a ona dopiero teraz zdawała sobie sprawę, w co się wpakowała. A gdy już wszystko zrozumiała, ogarnęła ją złość.

Wyszła ze swojego gabinetu, a Dave wyskoczył tuż za nią, niczym poparzony i próbował ją dogonić. Pognała prosto do gabinetu swojego szefa, nie mogąc się doczekać, aż wejdzie za nią, zamknie drzwi, a ona rzuci na jego biurko dokumenty dotyczące swojego już byłego - jak postanowiła - klienta, a potem zaserwuje swojemu szefowi siarczystego policzka i... po prostu wyjdzie. Ale gdy pierwsze planowane kroki doszły do skutku, a ona znalazła się w pokoju Dave'a, reszta planu poszła na marne. Spojrzała na jego zmęczone oczy, zmarszczki na czole, zjeżdżające z nosa okulary i to wystarczyło, aby przypomniała sobie, jak wiele ten człowiek dla niej zrobił oraz ile lat już trzymają się razem. Nie była w stanie potraktować go, niczym zwykłego przechodnia, który rzucił w jej stronę obelgą lub oblał kawą. Dave był dla niej, jak drugi ojciec.

Brunetka uderzyła płaską dłonią w biurko swojego szefa, serwując mu mało przyjemne otrzeźwienie. Jej zachowanie mówiło samo za siebie. Dave nie musiał pytać, doskonale zdawał sobie sprawę, że Addelaine dowiedziała się o jego małym niewinnym sekrecie i nie zamierza mu łatwo odpuścić.

Adwokatka położyła na stolik akta Ashtona, po czym zrezygnowana rzekła.

- Dziękuję za współpracę.

Nic więcej nie potrafiła z siebie wydobyć. Była zła, zawiedziona i urażona faktem, że Dave zataił przed nią tak istotną wiadomość. Może w innych okolicznościach nie poddałaby się tak, jak robiła to w tym momencie, ale potrzebowała zachować swoją godność.

- Dostrzegasz w nim to samo, co ja.. – powiedział powoli, powstrzymując ją przed wyjściem – Addelaine, może twój umysł podpowiada co innego, ale serce aż wrzeszczy, że Ashton jest niewinny. Współczujesz mu, tak samo jak ja.

Zagotowała się ze wściekłości. Jak Dave mógł sugerować, że darzy Ashtona jakimikolwiek uczuciami? Współczuciem? Z jakiego powodu? Ponieważ zabił kilkanaście osób, a o zabójstwo kolejnych kilkunastu wciąż jest podejrzewany?

- Rozumiem, że jesteście rodziną, ale to pieprzony morderca, który nie może uniknąć kary! – warknęła oburzona zachowaniem swojego szefa. Ale jej krzyki i opinie nie przynosiły rezultatu. Dave pozostawał nieugięty.

- Popełnił jeden ogromny błąd, za który płaci już kilka lat i wierz mi, Addelaine... Nie płaci za to, za co oskarża go prokuratura – odparł z opanowaniem, chociaż w jego głosie Levinson dostrzegła urazę.

Niechętnie zajęła miejsce tuż przy jego biurku. Dłonie wsunęła między uda, aby przełożony nie mógł zobaczyć jej zdenerwowania, chociaż wystarczył sam ton głosu Addelaine, żeby stwierdzić, iż ta kobieta była niczym wulkan, który za moment miał eksplodować. Z początku cicha, próbująca spokojnie wyjaśnić swoje racje, a później wrzeszcząca na całe biuro wariatka, mówiąca wszystko, co przyjdzie do głowy.

Rzuciła Dave'owi nieco poirytowane spojrzenie, a później skrzyżowała ręce na piersi i założyła nogę na nogę. Czekała na więcej; więcej bzdur, które miały przekonać ją do zostania i kontynuowania sprawy Cienia, ale w tej chwili nie przewidywała jakiegokolwiek argumentu, który mógłby zmienić jej zdanie i powstrzymać przed rzuceniem roboty.

- On nie chce współpracować – wyjaśniła nieobecnym tonem, zawieszając oko na zegarze. Mimo że Ashton powoli przekonywał się do pracy z adwokatem, Addelaine skreśliła go na zawsze, za co mógł dziękować wujowi. Szukała teraz jakiegokolwiek uzasadnienia odrzucenia sprawy Cienia.

- Przekona się do ciebie – stwierdził Dave – Oboje jesteście specyficzni.

Brunetka wstała z krzesła, zabrała swoją torebkę i skierowała się do wyjścia, rzucając na odchodne krótką, stanowczą i ostateczną odmowę.

- Nie.

Już pociągała za klamkę, gdy Dave postanowił jeszcze raz spróbować swoich sił i zatrzymać kobietę.

- Podobno nigdy się nie poddajesz – przypomniał jej – I walczysz o niewinnych.

Addelaine przystanęła, po czym odwróciła się, aby ostatni raz zaszczycić szefa swoim obojętnym spojrzeniem.

- Właśnie – przytaknęła – Walczę o niewinnych.

Mężczyzna odprowadził Addelaine wzrokiem, a gdy trzask drzwi dobiegł do jego uszu, westchnął cicho. Ona była jego jedyną nadzieją, niegasnącym płomieniem. Jednak teraz, płomień przyćmiły sekrety.

Skierowała się do windy, do której później weszła, a gdy drzwi zsunęły się, a maszyna ruszyła w dół, Addelaine oparła się o ścianę i wzięła głęboki wdech. Nigdy przedtem nie oddawała żadnej sprawy, nie sądziła, że to taki wielki ciężar spadający na barki. Zdawałoby się, że powinna poczuć się lepiej po rozmowie z Davem, ale prawdę mówiąc... czuła się o wiele gorzej, jakby poszła na łatwiznę i odrzuciła zabawkę w kąt. Czy to możliwe, aby miała wyrzuty sumienia z powodu Ashtona? Czy samej siebie?

Drzwi otwarły się na ostatnim piętrze parkingu, przez który zazwyczaj wychodziła z budynku. Szybkim krokiem skierowała się ku wychodzącej ulicy, kiedy niespodziewanie usłyszała za sobą tupot szpilek. Przystanęła, a potem odwróciła się, jednak nikogo nie dostrzegła. Uznając, że to zwykłe omamy, ponownie ruszyła w stronę wyjścia, aczkolwiek dodatkowym wolnym i dziwnie nierównym krokom towarzyszyły głosy.

- Addie... - szepnęła jakaś kobieta – Addelaine.

Levinson stałanęła niczym zamurowana. Znała ten głos bardzo dobrze. Właściwie, słyszała go za każdym razem, gdy pojawiała się w biurze.

- Clarissa? – zapytała brunetka.

- Przepraszam – wyszlochała – On mnie zabije, jeżeli tego nie zrobię.

Młoda dziewczyna zrobiła krok do przodu, wychodząc z ciemności, za którą się ukrywała. Levinson patrzyła na sekretarkę szeroko otwartymi oczyma. W jej dłoni spoczywał pistolet – mały, zgrabny, ciemny i odbezpieczony. W przeciągu tych kilku sekund Addelaide zdążyła obejrzeć go pod każdym względem. Później zerknęła na Clarissę Fitch, przerażoną i roztrzęsioną. Blada cera zlewała się ze ścianą obok której przystanęła. Jej ręce drżały, przez co ledwo utrzymywała broń. Addelaide śmiało stwierdziła, że nigdy przedtem nie posiadała tak niebezpiecznego narzędzia.

Stała spokojna, pewna siebie. Nie raz zdarzały się sytuacje, gdzie jej życie stało na włosku, a ona pomimo strachu musiała zachować zimną krew. Bicie jej serca może trochę przyśpieszyło, nic poza tym. Przełknęła ślinę wypełnioną wątpliwościami i wyprostowała się. Wzięła głęboki wdech, po czym przeszła do etapu walki o życie, czyli rozmowy.

- Clarisso, niczego nie musisz robić – powiedziała stanowczo, wysuwając w przód obydwie dłonie – Powoli opuść pistolet, a potem połóż go na ziemi.

Po słowach Levinson, dziewczyna ryknęła płaczem, niczym małe dziecko.

- Nie mogę! – wrzasnęła – Nie mogę!

Brunetka zacisnęła pięści powtarzając sobie w głowie, że nie może dać emocjom wygrać.

- Kto ci kazał? – zapytała, ale drobna blondynka nie odpowiadała – Kto?! – powtórzyła.

- Z...Znasz... go... - wydukała – Nie osobiście, ale znasz...

- Jak się nazywa?

- On jest... On jest...

A więc był mężczyzną. Ten fakt rozwiewał wiele wątpliwości.

- Kim? Kim Clarisso?! – Addelaide prawie wrzeszczała na koleżankę z pracy, chcąc tylko poznać prawdę. Nagle odpowiedź pani Fitch stała się ważniejsza niż jej życie. Nawet w takiej sytuacji Addelaine stanęłaby na głowie, aby dowiedzieć się wszystkiego i znaleźć sens tego całego dramatu. O mały włos, a wywróciłaby oczami znudzona tą szopką, byleby przejść do części w której dostaje klucz odpowiedzi. Czasami pytania i odpowiedzi mąciły jej w głowie do tego stopnia, że nie odróżniała priorytetów i poświęcała każdą rzecz, a także osoby dla kariery.

- Twoją... - mruczała pod nosem – Przeszłością – rzuciła smutno – A teraz będzie teraźniejszością.... Jeśli nie zostawisz go w spokoju.

Levinson zmarszczyła brwi. Ta sprawa miała drugie dno. Dotyczyła większej ilości osób niż przewidywała. Przynajmniej utwierdziła adwokatkę w przekonaniu, że do wróżki jej daleko i nie może zgadywać. Potrzebuje wskazówek i dowodów.

- Nie zostawię kogo? – Wciąż dopytywała kompletnie zapominając, że jest ofiarą. Sekretarka Dave'a celowała w jej głowę, a ona zupełnie zignorowała ten fakt, jakby było jej obojętne czy strzeli. Nie dbała o swoje życie, już nie.

- Cie...

Nagle ostry huk odbił się echem, a okno pierwszego piętra parkingu roztrzaskało się na małe kawałeczki. Malutka kula przebiła się przez szybę, pędząc z prędkością światła w kierunku Clarissy Fitch. Addelaine zdążyła krzyknąć i wyciągnąć rękę, jakby chciała ruszyć do biegu, ale było za późno. Nie mogła mierzyć się z taką szybkością. Wszystko działo się w przeciągu dwóch sekund. Pocisk uderzył w głowę blondynki, a jej udało się jedynie głośno westchnąć. Następnie ciało z impetem runęło na ziemię, a na podłodze pojawiła się plama krwi. Serce kobiety przestało bić, a ona zapadła w wieczny sen.

Addelaine oparła się o filar, dłoń przyciskając do swojej piersi. Poczuła ucisk w klatce piersiowej i pulsacyjne bóle. To nie tak, że nigdy nie widziała martwego ciała. Ta śmierć nią wstrząsnęła. Nie umiała zapanować nad sobą. Nie rozumiała niczego, co przed chwilą miało miejsce. W głowie analizowała sytuację kilkakrotnie, ale nadal nie wysuwały się żadne wnioski. Clarissy zadaniem było ją zastrzelić bądź zastraszyć, a tymczasem ona sama dostała kulkę w łeb. To nie ona miała leżeć na zimnej podłodze, to nie z jej ciała miała spadać temperatura. Coś poszło nie tak, coś poszło nie po jej myśli....

Nie, nie jej myśli.

Jego myśli.

Pytanie pozostawało tylko jedno, czy morderczym 'Nim' była osoba, którą Addelaine usiłowała dorwać przez ostatnie lata?