niedziela, 5 lipca 2015

Rozdział 35

Nie zważając na ograniczenia, mknęłam przez autostradę, aby jak najszybciej znaleźć się na podanej przez Theresę ulicy. W międzyczasie Cassie w towarzystwie Michaela pojechała do ciotki Eleanor, żeby wydobyć informacje związane ze znaczeniem kart. Przedtem zdążyliśmy pochować Luke’a, pożegnać się z nim i utknąć przez chwilę w smutku, ale Sean Fletcher nie pozwolił nam na dłuższe rozżalanie. Każdy znalazł dla siebie zadanie, a potem skupił się na nim, mimo że nie było łatwo, zwłaszcza po stracie kompana. W podróży wciąż myślałam o Luke’u. Uznałam, że rozwiązuję zagadkę ze względu na niego, nie na siebie. Ten problem przestał dotyczyć tylko mojej osoby. Walczyłam o to, aby nikomu więcej nie stała się krzywda.
Zapukałam pięciokrotnie; najpierw delikatnie, a potem dwa razy uderzyłam o drewniane drzwi pięścią, aż w końcu młoda policjantka otworzyła mi i wpuściła do środka. Nie oglądałam domu, chociaż spostrzegłam, że urządzony był skromnie. Szłam wąskim korytarzem, ale pustym, dzięki czemu było wiele przestrzeni. Theresa szybko przeprowadziła mnie do salonu, oszczędzając sobie oprowadzanie po posiadłości, w końcu miałyśmy o wiele większy kłopot, który należało rozwiązać.
- Jaką dostałaś kartę? – spytałam zanim pozwoliła mi usiąść.
Dziewczyna rzuciła kawałkiem tektury, a ja szybko przyciągnęłam go do siebie, w celu rozpoznania figury oraz koloru. Moje oczy ujrzały damę pik, co całkowicie zbiło mnie z tropu, ponieważ wcześniej nikomu nie zdarzyło się jej dostać poza Loganem i oznaczała ona prawdopodobnie znak zabójcy. Spojrzałam na Theresę pytająco, natomiast ona odpowiedziała mi niewinnym spojrzeniem, a także wzruszeniem ramion. Ponownie popatrzyłam na kartę. Niczego nie potrafiłam rozumieć. Czemu do gry włączono niższą kartę? Wszyscy sądziliśmy, że gramy na trzech najwyższych, a tymczasem… ktoś wykorzystywał całą talię.
- Wiesz co ona oznacza? – zadałam następne pytanie, a na twarzy Theresy pojawił się grymas. Utwierdziła mnie tym samym w przekonaniu, iż nigdy nie bawiła się w odczytywanie znaczenia kart.
Czym prędzej wyciągnęłam komórkę i wykonałam połączenie do Cassie z nadzieją, że udało jej się wypytać ciotkę Eleanor o figury oraz kolory. Brunetka szybko odebrała, od razu dając mi potrzebne informacje.
- Potrzebuję czegokolwiek na temat damy pik – oświadczyłam, a przyjaciółka rozpoczęła kartkowanie zeszytu, w którym zapisywała każdą wiadomość, jaką przekazywała nam Eleanor.
- Mądra, ambitna, wymagająca.. – wymieniała Cassie.
- Same pozytywne? – wtrąciłam.
Chodziłam od ściany do ściany, błagając Cassie o cokolwiek sensownego, podczas gdy ta szukała poszlak.
- Była odwrócona, kiedy ją dostałam – dodała Theresa, a wtedy Cassie McGie dostała olśnienia i prawie krzyknęła z zachwytu, bo kolejne rozwiązanie satysfakcjonowało o wiele bardziej niż pierwsza myśl.
- Zgorzkniała, podstępna, lubi knuć, coś związanego ze zdradą – mówiła chaotycznie McGie, wymieniając każde słowo, jakie zapisała.
Zmarszczyłam brwi. Nagle znalazłam się w kropce. Wydawało mi się, że nic nie ma sensu. Z jakiego powodu Theresa dostała taką, a nie inną kartkę? Czy jej znaczenie miało sens? Z czym wiązała się przepowiednia? Miałam mętlik w głowie. Próbowałam wysnuć pewien wniosek, ale nie szło mi za dobrze.
- Co to w ogóle oznacza? – zapytałam w pewnym momencie, jakby samą siebie.
- Oznacza to, że nigdy nie powinnaś mi ufać – twardy głos, którego jeszcze nigdy nie usłyszałam, wydobył się z ciała Theresy tuż przedtym, jak dziewczyna wzięła zamach i uderzyła mnie ciężkim naczyniem w głowę. Świat zawirował przed moimi oczami. Nie wiedziałam kiedy upadłam na ziemię, ani po jakim czasie straciłam przytomność. Ostatnią rzeczą jaką usłyszałam był dźwięk rozpadającej się komórki, która runęła na podłogę. Tuż po tym wydarzeniu, straciłam przytomność.
~*~
Ciemność… nic poza nią.
Cisza… przerażająca, głucha, cisza.
W mojej głowie tkwiło mnóstwo pytań. Gdzie jestem? Dlaczego niczego nie widzę? Co się wydarzyło? Czy jestem sama? Czemu niczego nie słyszę? Żadnego szumu, śpiewu ptaków, tłukącego się szkła, czegokolwiek? Umarłam?
Nie, to przecież niemożliwe. Moje ciało przeszywał ból. Mój zmysł węchu działał, do moich ust oraz nosa wpływało powietrze oraz intensywny, a zarazem nieprzyjemny i kompletnie mi nieznany zapach. Ruszałam palcami - zarówno u stóp jak i rąk. Musiałam więc żyć.
Pamiętałam moment, w którym upadłam, ale reszta wspomnień znajdowała się za mgłą. Przypominałam sobie powoli, kto mnie uderzył, a także z jakiego powodu i powoli składałam zagadkę w jedną całość. Cholera, a więc Theresa mnie zdradziła!  Nie mogłam się tego spodziewać. Ufałam jej i głęboko wierzyłam, że ta dziewczyna dba o moje dobro. Tymczasem ona grała, jak inni. A ja naiwnie dałam się podejść.
Wydawało mi się, że leżałam luźno, między workami. Gdy tylko próbowałam się przekręcić słyszałam szelest. Czułam również śliski materiał.
Nie byłam związana. Miałam wolne ręce oraz nogi. Wsunęłam więc swoją dłoń do kieszeni spodni, gdzie wciąż znajdowała się moja komórka. Zdziwiłam się, ale również uspokoiłam. Skoro telefon nadal był przy mnie oznaczało to, że nie zostałam porwana.
Podniosłam się do pozycji siedzącej. Było ciasno, naprawdę ciasno. Odblokowałam swój telefon, aby wyświetlacz mógł służyć za latarkę. Obróciłam telefon, żeby rozświetlić miejsce, w którym właśnie się znajdowałam.
Zwykłe pomieszczenie, a w dodatku puste, nieumeblowane. Żadnych szafek, stołów czy krzeseł. Przy suficie znajdowały się jedynie rury kanalizacyjne. Ściany w kolorze szarości wyglądały na dawno malowane – były brudne i porysowane. Przesunęłam swoją rękę w dół, oświetlając podłogę.
Worki, wszędzie czarne worki. Znalazłam około dziesięciu. Co do cholery? Co to za miejsce? Moja głowa non stop kręciła się, skanując każdy kawałek pomieszczenia. Skurcze w moim brzuchu pojawiały się częściej, atakując mnie ze zdwojoną siłą.
Wstałam z miejsca, a następnie cofnęłam się pod wolną ścianę. Oparłam się o nią, oddychając głęboko. Mój wzrok ciągle utrzymywał się na czarnym materiale okrywającym pewne rzeczy. Chciałam wierzyć, że były to narzędzia, materiały montażowe.. cokolwiek. Strach towarzyszył mi cały czas.
Przyłożyłam palce do worka, lekko zaciskając dłoń. Zacisnęłam powieki oraz usta podczas odsłonięcia materiału. Moje serce biło niczym oszalałe. Myślałam, że dostanę zawału. Bałam się, że moje oczy zobaczą to, czego wolałyby nigdy nie widzieć po raz kolejny. Otworzyłam oczy, w których powoli zbierały się łzy. Ku mojemu zdziwieniu ujrzałam manekina. Dotknęłam plastikowej lalki, żeby upewnić się, iż jest ona sztuczna. Miała wielkie, przerażające oczy; różowe, uśmiechnięte usta i zadarty nos. Po co komu był manekin? Nie wiedziałam, nawet nie zamierzałam szukać dotyczących tego informacji.
Zastanawiałam się, czy w pozostałych workach również mieszczą się manekiny. Od razu zabrałam się za ich sprawdzenie. Przeszukiwałam każdy po kolei.
Kamienie…
Ubrania…
Ciało.
Mój Krzyk.
Wrzeszczałam, nie starając się nawet stłumić swojego krzyku. Potknęłam się, oddalając od zwłok, po czym upadłam. To, kogo tam zobaczyłam zmroziło krew w moich żyłach. Złapałam się za głowę, uciekając pod ścianę.
- To sen… to sen.. to sen… - powtarzałam cicho.
Zwłoki George’’a leżały przede mną. Po środku jego czoła mieściła się okrągła dziura otoczona dookoła czarno czerwonym strupem, prawdopodobnie od pocisku. Chłopak miała otwarte oczy, w których nie odnalazłam żadnej emocji. Były puste, bez uczuć… martwe.  Miał zwężone źrenice, podobne do kocich. Blade ciało okrywał szpitalny fartuch. Miał pokaleczoną szyję, jakby ktoś starał się z początku ją udusić. Sine ślady na jej szyi wyglądały na stare. Nie leżała więc tu od wczoraj. Ktoś musiał skrzywdzić go kilka dni wcześniej, a później zostawić jej ciało na pastwę losu. Moje ręce zlodowaciały. Zrobiło się okropnie zimno i niedobrze. Dlaczego on? Kto mu to zrobił? Jak to się stało?
Nie mogłam dłużej wytrzymać.
Szlochając, wybiegłam z pomieszczenia. Znalazłam się na długim korytarzu, który oświetlały podłużne lampy. Rozejrzałam się.
Cisza.
Brak żywej duszy.
Żarówki migotały, co chwila przyciemniając drogę. Płacząc, szłam tak, jak prowadził korytarz z nadzieją, iż odnajdę wyjście. O niczym innym nie marzyłam. Myśl, że przez kilka godzin, a może nawet i dni znajdowałam się obok zwłok George’a lub innych osób sprawiała, że miałam ochotę zabić się, aby nigdy więcej tego nie wspominać.
Moje życie przypominało jeden wielki horror. Byłam pewna, że moje problemy dobiegły końca wraz z odejściem Ashtona, a tak naprawdę one wciąż krzątały się obok, czekając na odpowiedni moment ujawnienia się i zburzenia całej  tego utopii, którą powoli budowałam.
Szłam wzdłuż ściany, oczekując wyjściowych drzwi. Po prawej stronie spostrzegłam coś wypukłego, w kształcie prostokąta. Zbliżywszy się, odnalazłam gablotę.
Na metalowej tablicy za szklaną szybą odnalazłam kilka przydatnych informacji. Napis mówił, że przedtem mieścił się tutaj szpital St Vincent’a. A więc byłam na przedmieściach Darlinghurst. Mogłam się spodziewać, że moje nadzieje dotyczące dalszego pobytu w Sydney legną w gruzach.
Podążałam korytarzem, mijając stare i zardzewiałe nosze oraz wózki inwalidzkie. Rozpaczliwie zapragnęłam wydostać się z tego miejsca. To, co moje oczy musiały oglądać przyprawiało mnie dreszcze. Płacz wraz z paniką przybierały na sile.
Wtem kilka metrów ode mnie spostrzegłam czarne smugi formujące się w ciało. Im bliżej byłam, tym kontury stawały się wyraźniejsze. Osobnik stał, tak po prostu. Światła lamp zaczęły migotać coraz częściej, jakby chciały dodać nieco dreszczyku niczym pomoc w słabym horrorze.
Potrafiłam zarejestrować coraz więcej szczegółów. Już miałam wołać o pomoc, jednak w ostatniej chwili, gdy postać wykonała swój pierwszy ruch zatrzymałam się, zastygając. Światło przestało migotać. Człowiek wysunął zza pleców dobrze znajomą mi siekierę. Dam sobie rękę uciąć, że na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, kiedy usłyszał mój cichy, pełen lęku jęk. Głowę miał spuszczoną. Spod kaptura wystawało kilka pojedyńczych kosmyków. Przypominał mi Ashtona, ale przecież nie mógł nim być. Chyba, że był złudzeniem.
Czym prędzej rzuciłam się do biegu w drugą stronę, zauważając, że napastnik ruszył. Krzyczałam, wzywając pomoc, ale po drodze nie spotkałam nikogo kto mógłby takową zaoferować. Nikogo tu nie było poza mną i człowiekiem, który właśnie chciał mnie zabić.
Pociągnęłam za klamkę drzwi przy których się znalazłam i wbiegłam do środka, zamykając je. Prawdopodobnie weszłam do pomieszczenia, w którym kiedyś przeprowadzano operacje. Na środku znajdował się blok operacyjny, a ściany otaczały liczne szafki. Użyłam całej swojej siły, aby przeprowadzić stół pod drzwi. Po skończeniu swojej pracy uciekłam pod ścianę, siadając na ziemi i modląc się o przeżycie.

Pod drzwiami spostrzegłam cień. Panika wzrosła. Zakrywałam dłońmi usta, aby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Jeśli odnalazłby mnie tutaj, zapewne zginęłabym na miejscu. Kim on był? Dlaczego to robił?



(następny będzie lepszy, pisałam w pośpiechu)