wtorek, 24 marca 2015

Rozdział 27

muzyka: klik

Podkuliłam nogi i siedziałam na łóżku, gapiąc się na ścianę. Dochodziła czwarta nad ranem. Myślałam nad tym, co wydarzyło się wczorajszej nocy. To właśnie ona dała mi do myślenia i dzięki niej w nocy nie zmrużyłam oka. 
Cicho przemknęłam przez salon, udając się prosto do małego pokoju, w którym miałam spędzić noc. Zamknęłam drzwi, o które później się oparłam i uspokajałam pracę serca. Ashton nie zauważył, kiedy wróciłam do domu. Ukrył się w kuchni, robiąc sobie herbaty. On również starał się zachować spokój, nie wywoływać kolejnej awantury tego wieczoru. Nie próbował więcej do mnie dotrzeć. Wydawało mi się, że nasze ostatnie starcie mu wystarczyło. Po części bolało mnie, że pewnie zastanawiał się nad zostawieniem tego wszystkiego, całej naszej relacji w takim bałaganie, jakim była, ale z drugiej strony.. nie mogłam mieć do niego pretensji, skoro powiedziałam to, co powiedziałam. 
Po godzinie siedzenia na podłodze blisko drzwi, usłyszałam jego głos. Sądziłam, że już dawno poszedł spać, ale on krzątał się po salonie. Gdy uchyliłam drzwi, zobaczyłam go. Stał przy lustrze wiszącym nad niewielką komodą, o którą się oparł. Zgarbiony, patrzył z koncentracją w swoje odbicie. Zmarszczki na jego czole stały się bardziej wyraziste, po uniesieniu brwi. Oddychał powoli, ale ciężko. W dłoni ściskał komórkę, przyłożył ją do ucha. Z trudem przełykał ślinę, słuchając dźwięku nawiązywanego połączenia. Zniecierpliwiony, stukał palcami o blat, tworząc swego rodzaju melodię. Czekał i czekał, aż usłyszy głos odbiorcy, ale w końcu włączyła się poczta głosowa, a wiadomość, którą nagrał na skrzynkę wzbudziła we mnie zainteresowanie.
- Hej, Cal.. to ja.. właściwie, wiesz, że to ja, masz mój numer. Znasz go na pamięć, tak, jak ja twój. Nie wiem, ile jeszcze razy mam cię przepraszać, ale będę to robił dopóki nie odbierzesz i nie porozmawiasz ze mną. Calum, jesteśmy przyjaciółmi. Wiem ile dla mnie poświęciłeś i doceniam wszystko. To, co wtedy powiedziałem, było pod wpływem chwili i szczerzę żałuję. Przykro mi Calum, cholernie mi przykro. Wiedziałem, że Luke mnie nie powstrzyma, bo będzie z tym sam. Musisz zrozumieć, że musiałem to zrobić dla waszego dobra. Ja... Eh.. - westchnął, nie mogąc znaleźć reszty słów, aby opisać przyjacielowi, jak źle się czuł. Przysłuchiwałam się monologowi, mając usta szeroko otwarte. Pomyliłam się. Byłam pewna, że Ashton poinformował przyjaciół o swoim planie, a tymczasem zaangażował we wszystko tylko Luke'a. Ashton Irwin odsunął się od swoich przyjaciół. Popełnił ogromny błąd, zachował się podle. Okazał Michaelowi i Calumowi brak zaufania! Ludziom, którzy skoczyliby za niego w ogień. Niesamowite, do czego ten człowiek mógł się jeszcze posunąć, jeżeli potrafił zranić tak bliskie mu osoby...
Rozłączył się i położył telefon na blacie, gwałtownie uderzając nim o mebel. Zacisnął wargi, a żadne przekleństwo nie padło z jego ust. Spojrzał w górę, jakby prosił Boga o pomoc. Ręce trzymał w kieszeniach. Dopiero po kilku minutach dostrzegłam, jak jego ciało zaczyna drżeć. Przeszedł pod drzwi, gdzie stało drewniane krzesło, a potem zajął na nim miejsce. Zapytał szeptem, co takiego narobił, a to pytanie zabrzmiało tak, jakby zrozumiał, że właśnie aktem swej głupoty zniszczył świetną przyjaźń. Sprawiał wrażenie załamanego. Każdy jego pomysł uchodził z dymem, a życie szło na równi z porażką. Nie czułam żalu, czy wyrzutów sumienia. Ashton mierzył się z konsekwencjami swoich czynów, na co zdecydowanie zasłużył. Może i myśląc w ten sposób, wychodziłam na kogoś złego, jednak byłam zraniona. Chciałam, żeby Irwin doświadczył chociaż pięćdziesiąt procent bólu, który towarzyszył mi przez sześć miesięcy. I stało się. Ashton cierpiał, a mi dane zostało obserwować jego utrapienie, dzięki czemu mogłam na nowo zacząć go poznawać. Testowałam, a także badałam każdy ruch i zachowanie, żeby wiedzieć ile naprawdę się zmieniło. Nie spostrzegł oka wystającego zza drzwi, więc kontynuowałam oglądanie blondyna, aby móc później wysnuć wnioski.
Rano nie poruszałam tematu jego wieczornego telefonu do Caluma.  Nie zdradziłam, że słyszałam czy też widziałam Ashtona proszącego o wybaczenie. Nie wspominałam, że spostrzegłam złość w jego wzroku wbitym w ścianę; nie śniło mi się napomknąć, iż stłumiłam pisk, kiedy rzucił komórką na ziemię. Piłam herbatę, pocieszając się za to faktem, że nie byłam jedyną oszukaną przez Ashtona. Calum nie pomiatał mną, a próbował poinformować mnie o wszystkich kłamstwach. Mówił wiele przykrych rzeczy pod wpływem emocji. Ale dawał mi wskazówki, ja po prostu ich nie odczytałam. W myślach policzkowałam samą siebie za to, że niczego się nie domyśliłam. Nie sądziłam, że to może być powodem nieobecności Caluma. Ba, nie przejęłam się jego brakiem. Wydawało mi się, że to coś naturalnego. Calum zrobił sobie przerwę i za niedługo znów się zjawi, żeby móc mnie gnębić. On tymczasem odizolował się, bo dostał pięścią w twarz od osoby, na której mu zależało. Doskonale rozumiałam jego ból i nie potrafiłam znaleźć argumentu, który pozwoliłby mi myśleć, że Ashton postąpił słusznie. 
Zanim doszło do mojej porannej konfrontacji z Irwinem, wyszłam z pokoju, w którym kłębił się chłód. Przeszłam do kuchni, gdzie zabrałam się za robienie herbaty. Włączyłam gaz, a czajnik ustawiłam na kuchence. W trakcie gotowania się wody, zajrzałam do salonu w celu sprawdzenia, czy Ashton jest w domku. Spał na kanapie. Leżał prosto, z rękoma założonymi za głowę. Na jego głowie panował nieład. Bandana leżała na stoliku. Wyglądał tak niewinnie, nawet z tymi tatuażami, które miały budzić większy respekt. Wcześniej nie dane mi było obejrzeć ich powoli i z bliska. Mogłam błądzić wzrokiem po jego dłoniach oraz klatce piersiowej czytając lub starając się odczytać przesłania rysunków, a także tekstów.
Zastanawiałam się w jakim tempie Ashton robił swoje tatuaże. Czy zachowywał odstępy czasowe? Może od razu pozwolił sobie wydziarać kilka motywów? Każdy zdawał się być wyjątkowym, mieć swoją opowieść. Chciałam wiedzieć, jakie miały one znaczenia. Pozwoliłoby mi to na odszyfrowanie Ashtona, chociaż w małym stopniu, ponieważ aktualnie miałam wielki mętlik w głowie, dotyczący jego osoby, prawdziwego jego.
Pragnienie zaśnięcia w tych ramionach; muśnięcie policzka blondyna, albo zwykłego dotknięcia jego ręki zżerało mnie od środka. Tak bardzo mi go brakowało. Tęskniłam za nim i nie potrafiłam tego ukryć. O niczym innym nie marzyłam, jak o byciu z nim, pomimo wszelkich kłótni i złości. Wydobywał ze mnie wszystkie uczucia i emocje - pozytywne oraz negatywne. To przy nim moje serce biło jak szalone, to jego uśmiech chciałam widzieć codziennie, to z nim chciałam być. Nie umiałam się od niego odciąć, zaprzeczyć tym uczuciom, którymi go darzyłam. Pomysł poddania się i uniesienia białej flagi pojawił się w moich myślach, ale za bardzo się bałam. A nie bałam się tego, że ponownie spróbujemy. Bałam się, że Ashton znowu mnie zrani.
Nie powstrzymałam się przed dotknięciem opuszkami palców jego rany. Delikatnie przesunęłam dłonią po ręce blondyna, jednak mój wzrok utkwił na tekście, który zauważyłam na umięśnionym ramieniu.
- Uczucia sprawiają, że jesteśmy ludźmi... - przeczytałam szepcząc.
Wytatuował moje słowa.
Na widok tego zdania kąciki moich ust uniosły się ku górze. Gapiłam się na tekst, nie hamując swojego szczęścia, bo Ashton i tak nie mógł go zauważyć. Zbrakło mi pomysłu stanowiącego odpowiedź na pytanie, dlaczego akurat te wyrazy znajdowały się na jego ramieniu. Byłam zdania, iż tatuaż jest czymś symbolicznym, pełnym wartości. To, co widnieje na twojej skórze bywa w pewnym sensie uosobieniem ciebie, jest kartką wyrwaną z pamiętnika, którą postanawiasz upublicznić. Tatuaż jest fragmentem naszej definicji. A więc, co stanowi ta część? Czyżby moje słowa w jakimś stopniu zmieniły Ashtona? Zmienił swoje podejście?  
Pokręciłam głową, karcąc się w myślach za błędne myślenie, bo przez chwilę zdawało mi się wierzyć, że Ashton stał się innym człowiekiem. Dotarło do niego, że uczucia są odłamem człowieczeństwa, niezbędnym do życia, funkcjonowania, bycia sobą. Przyznał się do swych błędów szczerze i zdecydował się wszystko naprawić.
Ale wciąż sądziłam, że to jedno wielkie złudzenie, gdyż nikt nie potrafi zmienić się z dnia na dzień, a już na pewno nie ktoś taki jak Ashton. Potrząsłam głową i wybiłam sobie z niej stwierdzenia mające na celu przedstawienie Irwina w pozytywnym świetle. Ono nie istniało. Takiego Ashtona nie było, a ja musiałam przestać się łudzić do cholery.
Już miałam odejść, kiedy nagle jego dłoń oplotła mój nadgarstek. Spojrzałam w stronę chłopaka kompletnie zaskoczona, bo byłam pewna, iż śpi. Ten zaś intensywnie patrzył na mnie, a potem przyłożył palec do ust prosząc, abym milczała. Swoje spojrzenie przeniósł na okno przysłonięte roletą. Na cienkim materiale zdołałam zobaczyć poruszający się cień, jakby ktoś przechadzał się wokół domku. Serce nieomal mi stanęło, gdy usłyszałam łamiącą się gałąź, na którą osoba na zewnątrz nadepnęła. Wróciłam wzrokiem do Ashtona, który widząc moje przerażenie, rozluźnił swój uścisk, a następnie przeniósł się do pozycji siedzącej, tym samym zmniejszając dystans między nami. Swoją dłoń przeniósł na moje plecy. To wspaniałe, jak jednym małym dotykiem potrafił nade mną zapanować, uspokoić i zwolnić pracę mojego serca, aby biło w normalnym rytmie, jakby nic strasznego się nie działo. Ba, jakbym była bezpieczna.
Zza poduszki wyjął broń, a wtedy moje oczy rozszerzyły się do wielkości monety. Wiedziałam, że oznacza to nieproszonych gości, a za tym szło rozpętanie się wojny. Zostaliśmy we dwójkę, a poza domem mogła być niezliczona ilość ludzi Logana, bo to jego podejrzewałam o niezapowiedzianą wizytę.
Nagle drzwi otwarły się, a Michael uśmiechnięty od ucha do ucha wpadł do domku, witając nas grzecznie. Zmierzyłam go wzrokiem, prawie usiłując go zabić. Wystraszyłam się, a w mojej głowie już widziałam swój koniec. Logan zabrałby mnie do jakiegoś pokoju tortur i mścił się, a potem zamordowałby i zakopał w miejscu, które zapewne nie byłoby nawet oznaczone na mapie. Poczułam jednak ulgę, kiedy moje oczy ujrzały średniego wzrostu chłopaka z postawionymi prawie że na baczność kosmykami pofarbowanych na fiolet włosów. Złość odeszła, a zastąpił ją spokój. 
Ashton wskazał dłonią na kanapę, prosząc, aby Michael się rozgościł. Chłopak zdjął kurtkę, a później usiadł, spoglądając to na mnie, to na Ashtona. Zmrużył oczy, wydając dziwne dźwięki, które prawdopodobnie oznaczać miały zastanowienie. W końcu wyszczerzył się ponownie, klasnął w dłonie ochoczo i zabrał głos, na co wraz z Irwinem czekaliśmy od jego wejścia, bo zachowywał się conajmniej dziwnie.
- Dzięki Bogu nie pozabijaliście się przez te dziesięć godzin – powiedział na wdechu, po czym wypuścił powietrze z płuc i złapał się za pierś – Dzięki Bogu – powtórzył.
- Taa.. – przytaknął Ashton bez cienia entuzjazmu.
- Och, no wiesz.. – wtrąciłam – Było naprawdę ciężko, bo przecież Ashton jest świetny w zabijaniu, prawda?
Odwróciłam swoją twarz w kierunku mojego kilkunastogodzinnego towarzysza, uśmiechając się sztucznie i czekając na jego reakcję. Zauważyłam, jak usta blondyna zaciskają się, formując cienką linię, a on sam wstrzymuje oddech i próbuje liczyć do dziesięciu, zanim zabierze głos. Zanim powie coś, czego mógłby pożałować.
- Może porozmawiamy innym razem na ten temat, co?
Starał się uciąć konwersację. Problem tkwił w tym, że byłam nieugięta.
- W odkładaniu pewnych spraw na później też jesteś całkiem niezły, przyznaję – odparłam.
Michael spuścił głowę, chowając twarz dłoniach. Westchnął. Jego humor diametralnie zmienił się od tego, który mu towarzyszył tuż po wejściu do chatki. 
- Jak miło widzieć was w swych codziennych nastrojach… - burknął.
Blondyn zacisnął pięści i spiorunował mnie wzrokiem. Wzruszyłam ramionami, uśmiechając się niewinnie. Czekałam tylko, aż dojdę do momentu kulminacyjnego, w którym Ashton nie będzie w stanie się pohamować.
Ale on mnie zignorował i zwrócił się do Michaela.
- Jakieś wiadomości? – spytał łagodnym tonem.
Clifford pokręcił głową, a wtedy Ashton zaklął pod nosem.
- Luke dostał kartę – rzucił ciemnowłosy, a nasze spojrzenia jednocześnie skierowane zostały prosto na niego – Króla.
Plecami uderzyłam o oparcie, lustrując wzrokiem chłopaków. Ashton usiadł. Strzelał kostkami w dłoniach, a robił to tylko wtedy, gdy dopadało go zdenerwowanie. Nie miał pojęcia o co chodzi w tej grze, ja tym bardziej. 
Zmarszczył czoło, gapiąc się w jeden punkt. Stolik. To nie miało wielkiego znaczenia, bo najzwyczajniej w świecie się zamyślił. Ale znaczenie miało właśnie to, co Ashton zatrzymywał w swojej głowie. Kombinował, tworzył, zgadywał, układał, kreował, dumał i wyobrażał. Doszukiwał się rozwiązania, bo chciał je znać zanim byłoby za późno. 
Zabrałam głos przerywając budzącą grozę ciszę.
- Znalazł ją? Przysłali ją pocztą?
- Ktoś ją podrzucił, kiedy był na wyścigu.
- Cassie została uprowadzona, a jemu w głowie wyścigi?! – wrzasnęłam oburzona.
- Spotkał się tam z informatorem, który ma nam pomóc w odnalezieniu jej - wyjaśnił Ashton.
- Och.. – wyciszyłam się.
- Ale czemu król… - szepnął Ashton, a później powiedział głośniej – W grę wchodzi cała talia?
Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, zadając wciąż te same pytania. Ktoś wplątał nas wszystkich do gry, która nie miała końca. Aczkolwiek, jakie znaczenia miał koniec, jeżeli brakowało nam wiadomości na temat początku? Żadne z nas nie miało kluczowej informacji, która pozwoliłaby nam na rozpoczęcie śledztwa, rozpracowanie tego wariata. Mogliśmy sądzić, że jest to Logan, jednak co jeśli był to ktoś zupełnie inny? Zataczaliśmy kółko, wciąż i wciąż. Wreszcie zdecydowaliśmy się poddać i skupić na bieżących sprawach.
Michael zabrał mnie do domu. Napięta atmosfera w samochodzie dawała się we znaki, ale mimo niej staraliśmy się rozmawiać i dojść do ładu, zwłaszcza teraz, gdy wiedziałam, że Clifford nie miał nic wspólnego z oszustwem Ashtona. Nie mogłam go winić za kłamstwa, których się nie dopuścił. Czułam się lepiej z wiedzą, iż nie brał w tym udziału. Ufałam mu najbardziej ze wszystkich przyjaciół Ashtona.
Michael wyłączył silnik, a potem wyjął kluczyki ze stacyjki. Oboje wysiedliśmy z wozu. Dwa auta dalej stał mój wóz, który wczoraj został skradziony przez Clifforda.
- Jak widzisz, samochodu nie naruszyłem – zaśmiał się, po czym oddał mi kluczyki – Twoja znajoma jest również bezpieczna. 
Podziękowałam i wysiadłam z wozu.
- Dziękuję.
- Jeżeli będziesz czegoś potrzebowała, zgłaszaj się. - powiedział - Wieczorem wpadnę z wizytą.
- Niech zgadnę, pomysł Ashtona.
- Pomysł Ashtona.
Wywróciłam oczami.
- Jak już każdy z nas zdążył zauważyć - zaczęłam - Nie każdy jego pomysł jest dobry - stwierdziłam, a później zadałam pytanie, które od dawna mnie nurtowało - Czemu go słuchasz?
- Jego pomysły są do bani - zaśmiał się, a ja mu zawtórowałam. Chłopak odwrócił się do mnie. Spojrzał w moje oczy, po czym ciepłym głosem powiedział: 
- Ale jest w nich coś, co jest bardzo dobre.
- Co takiego? - zapytałam.
- Intencje - odparł cicho.
- Myślisz, że one wystarczają?
- Myślę, że są w stanie usprawiedliwić jego czyny i pozwolić na danie kolejnej szansy, zwłaszcza, jeśli się stara - wyjaśnił - Ashton jest wobec siebie bardzo samokrytyczny, Caitlin.
Nie mogłam się nie zgodzić. Ashton rzadko mówił o sobie określając się pozytywnie. Długo wierzył, że jest potworem i zasługuje na takie życie, które musi prowadzić.
Wysiadłam z auta, żegnając Michaela szczerym uśmiechem. Zadziwiał mnie fakt, jak wiele różni tych czterech chłopaków. Ich charaktery są wyraźne, zupełnie inne i łatwe do rozszyfrowania. Nie dostrzegłam dużej ilości podobieństw, więc byłam jeszcze bardziej zaskoczona, że potrafią się ze sobą porozumieć bez tych samych zainteresowań lub sposobu zachowania. 
Od razu powędrowałam do swojego auta, nie myśląc o wejściu do domu. Za godzinę miałam obowiązek zjawić się w pracy, więc zrezygnowałam ze śniadania czy relaksacyjnej kąpieli. 
Odblokowałam zabezpieczenia samochodu, a wtedy nastąpiło coś czego zupełnie się nie spodziewałam. Głośny huk postawił na nogi każdego mieszkańca. Dopiero po upadku na asfalt uświadomiłam sobie, co właśnie się wydarzyło. Auto skoczyło do góry, a później stanęło w płomieniach. Podmuch wybuchu popchnął mnie ku ziemi. Upadłam, uderzając głową o chodnik. Odczułam ból w okolicy prawej skroni, a gdy dotknęłam dłonią skóry, na moich palcach zobaczyłam krew. Usłyszałam pisk opon. Michael gwałtownie zahamował, a następnie wyskoczył ze swojego wozu niczym poparzony. Rzucił się do biegu i w przeciągu kilku sekund znalazł się koło mnie. Z szeroko otwartymi oczyma oglądał płonący samochód tak samo jak ja. Nie mogłam uwierzyć w to, jak wielką szczęściarą musiałam być. Gdybym tylko znalazła się wewnątrz, byłoby po mnie. Najwyraźniej uciekłam przed przeznaczeniem. 
- Pytałeś czy czegoś potrzebuję… - mruknęłam, patrząc z przerażeniem na Michaela, o takim samym wyrazie twarzy, co moja – Potrzebuję nowego samochodu.


______
Mam nadzieję, że nadal tu jesteście! :)

Jeżeli klikacie w reklamy: BARDZO DZIĘKUJĘ!! 
Jeżeli nie... dziękuję, że wchodzicie i czytacie. :)
Dziękuję również za komentarze. :)
Love you.