piątek, 26 września 2014

Rozdział 7

Błagam nie piszcie komentarzy typu: PIERWSZA OMG!!!

MJUZIK: klik
_____

Poczułam nagły ucisk w żołądku, który spowodował zachwianie się mojego ciała. Zakręciło mi się w głowie na myśl, że za moment mogę doznać uszczerbku na zdrowiu lub co gorsza.. zakończyć swój żywot. Kurczowo trzymałam się klamki drzwi wejściowych do budynku, jakby magicznym sposobem miały się one otworzyć. Wbiegłabym wtedy do środka, a następnie zamknęłabym bandycie drzwi przed nosem uniemożliwiając atak. Sytuacja nie wyglądała jednak tak dobrze, jak układałam jej wizję w głowie. Brak możliwości ucieczki utrudniał sprawę. Do obrony służył mi jedynie pistolet na gaz, którym za wiele nie mogłam zdziałać. Nie dawał on stuprocentowej skuteczności.
Wtem wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Mój domniemany napastnik podszedł bliżej, a światło otuliło jego twarz. Bardzo dobrze znajomą twarz.
- Cholera, Dan! - wrzasnęłam, wypuszczając z dłoni pistolet, który uderzył o ziemię robiąc trochę hałasu. Wciągnęłam do swoich płuc nadmiar powietrza, jakby za chwilę miało go zbraknąć. Oparłam cały ciężar ciała o ścianę powstrzymującą mnie przed upadkiem. Przeczesałam dłonią włosy, rozluźniając się. To Dan, tylko Danny. - Mało brakowało, a dostałabym zawału - wymamrotałam, patrząc szeroko otwartymi oczami w ziemię.
Brunet podrapał się po karku czując dyskomfort. Nie chciał mnie przerazić; widziałam w jego oczach kłębiący się strach. Zagubił się; myślał, jak powinien zareagować. Minęło tyle czasu, odkąd spotkaliśmy się po raz ostatni w barze Eleanor. Powiedzieć "cześć"? Przeprosić? Objąć? Zaśmiać się? Mogłam pocieszyć go jedynie faktem, że nie był z tym wszystkim sam, bo ja także nie miałam pojęcia, co mam zrobić. Dać mu w twarz za to, że przestał mnie traktować, jak przyjaciółkę? Przytulić się do niego, bo wrócił i wybrał mnie, jako towarzystwo na wieczór? A może powiedzieć mu "spadaj, wracaj do Nowego Jorku"? Uznałam, że opcja druga jest najlepszym wyjściem.
Podeszłam do bruneta rozchylając swoje ręce, żeby później wpaść prosto w jego ramiona. Nie czekałam na odwzajemnienie tego upragnionego przez nas uścisku. Dłonie Dan'a znalazły swoje miejsce na moich plecach. Przyciągnął mnie do siebie, aby między naszymi ciałami zniknął dystans. Zacisnęłam palce na jego ramionach, a w moich oczach pojawiły się łzy. Tak bardzo tęskniłam za Radley'em, chociaż nigdy tego nie przyznałam. Teraz, kiedy ludzie odsuwali się ode mnie, brakowało mi ciepła, troski i zrozumienia, które potrafił mi dać właśnie Dan. Mimo że nie odwzajemniałam jego uczuć, był mi osobą bliską, ważną.
Ten uścisk stanowił coś więcej niż tylko zwykłe powitanie. Dan nie przyjechał do mnie bez powodu. On również tęsknił. Czuł pewną pustkę, której nie wypełniała kawa ze starbucksa albo pączek z nowojorskiej kawiarenki. Każdy z nas wie, jak ogromną tragedią jest utrata przyjaciela. Taka osoba jest wielkim skarbem, który pragniemy zatrzymać dla siebie, na wyłączność. Czasami przyjaźń jest ważniejsza od miłości. Kto zrozumie cię lepiej niż prawdziwy przyjaciel? Tylko on zobaczy ból w twoich oczach, podczas gdy reszta widzi fałszywy uśmiech, który jest dla nich wystarczający. To on rozumie, szanuje, wspiera i wybacza; podnosi na duchu bądź przywraca do świata rzeczywistego, kiedy odlatujesz w krainę czarów.
Wszystkie te cechy posiadał Dan. On był harmonią i ładem, który zniknął z mojego życia. Cassie przypominała tornado, które potęgowało burzę, czyli mnie. Dan natomiast kontrolował nas, sprowadzał na ziemię w wymagających tego sytuacjach. W tym bałaganie, bo tak określałam swoje życie, potrzebowałam osoby, która wprowadzała porządek. Dan zjawił się w samą porę.
Oczywiście chaos zamieszkujący w mojej głowie oraz życiorysie nie był jedynym powodem, dla którego pragnęłam odzyskać Dan'a i przywrócić jego status przyjaciela. Nie ukrywam, że należę do osób wrażliwych, które przywiązują się dość szybko do ludzi. Idąc tym tropem za kolejny argument obrałam swój strach przed całkowitą utratą bruneta. Zamierzałam wykorzystać szansę odnowienia naszych relacji, zanim byłoby za późno. Zawsze musimy próbować zdobywać swoje cele, bo jeśli się nie uda, mamy przynajmniej satysfakcję, iż próbowaliśmy.
Oboje popełniliśmy kilka błędów. Dan zakochał się we mnie, ja go odtrąciłam, on wystawił moje zaufanie na próbę, ja wyciągnęłam zbyt pochopne wnioski. Takim sposobem lawina nieszczęść spadła na naszą dwójkę i rozbiła coś pięknego, co budowaliśmy przez szmat czasu. Ludzie popełniają błędy, a my jesteśmy ludźmi. Mamy do tego pełne prawo. Kłócimy się o błahostki, odtrącamy wzajemnie, ale w końcu odnajdujemy dobrą drogę, na której znów się spotykamy, nieprawdaż? Taka jest nasza natura, tacy jesteśmy. Najważniejszą rzeczą, która otwiera przed nami drzwi do sukcesu jest przebaczenie. Jeżeli opanowaliśmy zdolność wybaczania, a także okazujemy skruchę, przyznając się tym samym do błędów, idziemy dobrą ścieżką. Czasami wystarczy zwykłe "przepraszam", a czasami ciężka praca, aby odnowić to, co zostało pogrzebane. W naszym przypadku jedno słowo było jak najbardziej odpowiednim krokiem do pojednania; tak myślałam.
Zaprosiłam Dan'a do swojego mieszkania. Nie zdziwiłam się, kiedy po naciśnięciu przycisku, lampa zamontowana na suficie nie oświetliła salonu. Westchnęłam obojętnie, myśląc tylko "znów to samo" i zajęłam się podpaleniem świeczek rozstawionych w pomieszczeniu.
- Nie opłaciłaś rachunków? - spytał brunet, przechodząc z korytarza do salonu.
Zaprzeczyłam.
- Sprawa Cienia nadal jest tematem numer jeden wśród niektórych sąsiadów, a zwłaszcza tych młodszych - odpowiedziałam - Wyłączanie mi prądu to ich ulubiona zabawa - wyjaśniłam, rzucając się na kanapę. Poklepałam dłonią miejsce obok, zapraszając przyjaciela do zajęcia miejsca.
Akcje chłopców z sąsiedniego budynku nie robiły na mnie wrażenia. Czułam się, jakbym oglądała ten sam film po raz enty, znając kwestie oraz puentę, ponieważ repertuar tych dzieci w ogóle się nie zmieniał. Przychodzili, wyłączali światło, szli do domu, a ja musiałam je po prostu włączyć w piwnicy, gdzie znajdowały się bezpieczniki. Usiłowałam rozpracować ten pomysł, ale nie potrafiłam zrozumieć, jaki był sens zabawy. Jeżeli znamy piosenkę i słuchamy jej dwudziesty raz, ona jest w dalszym ciągu fajna, pomimo iż znamy jej tekst bezbłędnie, jednak z dowcipami jest zupełnie inaczej. Stają się nudne, monotonne, a dowcipnisie szukają czegoś nowego, przynajmniej profesjonaliści, bo ci chłopcy musieli być amatorami niższej ligi. Odkąd policja wydała publiczny protokół dotyczący spraw Ashtona, w którym zawarte były również moje zeznania, dzieciaki nie dawały mi spokoju. Co mogłam na to poradzić? Nic, czekałam, aż znudzą się tym tematem.
Wracając do Dan'a. Jego głos, wygląd, postawa oraz pewne cechy uległy drastycznej zmianie. Zaobserwowałam lekki zarost, prawdopodobnie tygodniowy. Nie obcinał włosów od kilku miesięcy. Schudł, znacznie schudł. Zgadywałam, że spadek wagi był wynikiem stresu. Studiował na najlepszych uczelniach; na pewno przykładał się do nauki, dopadła go presja, zjadały nerwy. Nie chcąc wkurzyć chłopaka, nie pytałam. Podeszłam do tematu z innej strony.
- A więc Nowy Jork - rozpoczęłam, a wtedy rozmowa nie zwiastowała końca.
Patrzyłam na Dan'a z lekką zazdrością podczas jego opowieści o wyjeździe do Stanów. Wydawał się być taki szczęśliwy. Mógł rozwijać swoje pasje i umiejętności, a później zarabiać ogromną ilość pieniędzy. Mi natomiast nie pozostało nic innego, jak rozkoszowanie się dżunglą, w której chcąc nie chcąc tkwiłam i tkwić musiałam; ale sama byłam sobie winna. Zmarnowałam dwie szanse pójścia na studia. Stwierdziłam, że z moim szczęściem nie zaliczę nawet pierwszego roku i zostałam w barze ciotki.
- Nigdy nie mówiłeś, że interesują cię jakieś uczelnie poza Sydney - zauważyłam.
- Nigdy o to nie spytałaś - odparł, uśmiechając się ciepło.
Słowa Dan'a nie miały na celu obrażenia mnie w żaden sposób, ale dały mi do myślenia. Dopadły mnie wyrzuty sumienia. Uświadomiłam sobie, że bardzo wiele straciłam ślęcząc dniami i nocami nad sprawą Ashtona oraz jego spółki. Zajęłam się sobą, kompletnie zapominając o innych.Nagle odstawiłam przyjaciół na bok, znajdując sobie nowych, dla których teraz jestem jedynie pracą. Luke i Michael nie okazują tego w ten sposób, ale Calum nie ukrywa swojego rozczarowania względem mojej osoby. Być może nie jest dobrym aktorem i woli być szczerym, jeśli chodzi o nasze relacje, nie wiem.
- Na jak długo tym razem wyjeżdżasz? - zapytałam cicho, a moja twarz posmutniała. Przygotowywałam się do przeprosin, które nie zamierzały wyjść z moich ust tak łatwo. Nie mniej jednak, zdecydowałam wydobyć z siebie to jedno słowo, które prowadziło do wybaczenia.
- W tej sprawie przyszedłem.. - oznajmił spokojnym tonem - Chciałem się pożegnać, bo prawdopodobnie już więcej się nie spotkamy.
Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku. Nie mogłam uwierzyć w to, co powiedział Dan.
- J..j..ak to? - wydukałam - Dlaczego? O czym ty mówisz? - rzucałam pytaniami zaskoczona jego wiadomością. Domyślałam się, że Dan nie zakończy swojej naukowej kariery na jednym roku studiów w Stanach, ale nie sądziłam, że marzy mu się zostać tam na stałe.
- Znalazłem pracę, Caitlin - mruknął - I mieszkanie.
A cały misterny plan przeprosin poszedł w cholerę. Los bawił się mną; nie znałam zasad gry, w której uczestniczyłam. Obudziłam się z pięknego snu, który niestety nie był upragnioną rzeczywistością, Odzyskanie zaufania Dan'a mogłam skreślić ze swojej listy rzeczy do wykonania, bo czego bym nie zrobiła, on i tak wyjedzie, zostawiając mnie samą z Cassie, właśnie teraz, kiedy obie najbardziej go potrzebowałyśmy. Nie mogłam jednak zatrzymywać Radley'a. Jaką byłabym przyjaciółką? Musiałam zaakceptować jego decyzję; pozwolić rozwijać skrzydła. Opamiętałam się za późno, moja strata. Popełniając błędy ponosimy konsekwencje, więc ja również musiałam je ponieść.
Odchyliłam głowę i zamknęłam oczy. Naiwnie wierzyłam, że nadejście lepszych dni jeszcze jest możliwe. Nie sądziłam, że mogę jeszcze stoczyć się na dno. Wszystko zaczynało mieć swój nowy początek. Kłopoty pukały do moich drzwi częściej niż sąsiadka, której zabrakło cukru. Relacja z każdą mi znaną osobą pogarszała się stopniowo, aż w końcu umierała. Widocznie taki los został zapisany pod moim nazwiskiem. Cholera, ale dlaczego akurat pod moim?
- Danny... - szepnęłam - Przepraszam.
Brunet uniósł wzrok, posyłając mi pytające spojrzenie. Spoglądałam na jego twarz kątem oka. Ukazałam skruchę, bo czułam, że tak należy postąpić. Mimo wyjazdu, Dan zasłużył na przeprosiny, a ja liczyłam na odkupienie lub coś podobnego.
- Za co?
- Za coś, co spieprzyłam i już nie mam możliwości tego naprawić.
- Co masz na myśli, Caitlin? - spytał marszcząc brwi.
- Naszą przyjaźń.. - wymamrotałam cicho, przepełniona żalem i smutkiem.
Najchętniej objęłabym Dana i zakazała mu wyjazdu. Powiedziałabym, że musi ze mną zostać, bo nie radzę sobie samej. Nie panuję nad własnym życiem, rozpieprzam wszystko dookoła. Jestem niczym turystka w kompletnie nieznanym mi miejscu; zagubiona, nie mająca pojęcia dokąd musi się udać. Brunet byłby moim przewodnikiem. Nakierowałby mnie na dobrą drogę i dopilnował, abym więcej nie zboczyła z ustalonego kursu. Tymczasem ja obierałam ciągle inną ścieżkę, całkiem obcą trasę, która przygotowywała dla mnie przeszkody.
- Daj spokój, Cait - starał się mnie pocieszyć - To ja nie pohamowałem swoich uczuć, a potem dodałem ci problemów.
Czy stosownym byłoby w tej sytuacji przypomnieć temu chłopakowi słowa, które padły z jego ust kilka miesięcy temu? Zrobiłbym dla ciebie wszystko, Caitlin. Wszystko. To słowo ma tak wielką siłę, że aż strach wypowiadać je na głos. Spytałabym, czy pamięta sytuację, w której dana dyskusja miała miejsce. Czy ta obietnica nie straciła swej ważności? Wydawało mi się, że tak, skoro Dan postanowił odciąć się ode mnie i Sydney, nie pytając o zgodę.
Och, dziewczyno, jaką znowu zgodę? Odpuść, zapomnij. On miał prawo uciec z tej pieprzonej dżungli; rozpocząć nowe, lepsze życie, w którym niestety nie ma miejsca dla ciebie. Czas na odcięcie pępowiny i radzenie sobie w życiu samej. Dam radę lub nie dam. Mówią, że życie jest jak tęcza - aby uzyskać piękne barwy, potrzebujemy słońca oraz deszczu. Czekała na mnie walka.
Dan wyciągnął swoje ręce w moją stronę. Po raz drugi w ciągu dnia objęłam go, co nie zdarzało się zbyt często. Zazwyczaj trzymałam przyjaciela na dystans, ale nie tego wieczoru. Potrzebowałam uścisków Dana, które dodawały mi siły i wsparcia. To tak, jakby ciałem krzyczał: Dasz radę! Nie poznał mojej historii, ale zacięcie mi kibicował. Zapragnęłam się zatrzymać, tylko na kilka sekund, w jego ramionach. Przestałam myśleć, zablokowałam wszelkie teorie dobijające się do mojej głowy. Przeszłam przez wystarczającą ilość monologów, a także dialogów ze ścianą bądź telewizorem. Skupiłam się na wdychaniu męskiego dezodorantu, którego intensywność była na tyle silna, że podrażniała moje nozdrza. W każdym razie, miałam to gdzieś. Zależało mi na kilkuminutowym odpłynięciu w nieznane. Zmęczyłam się tymi monotonnymi dniami, gdzie czas leciał z prędkością światła, bez pauzy. Nie nadążałam za tempem, podobnym do ruchu ulicznego na TimeSquare, gdzie ludzie bawili się w wyścig szczurów. Tak gnało moje życie.
Dan ułożył swój podbródek na czubku mojej głowy cierpliwie czekając, aż zdecyduję się wrócić na ziemię. Nienawidziłam pożegnań. Pożegnania były do dupy; tandetne i skomplikowane. Świadomość, że już więcej nie zobaczysz osoby, którą uważałaś za kogoś istotnego w swoim życiu dołowała i maltretowała umysł. Cholera, wolałabym, żeby wyjechał bez słowa, abym mogła żyć w nadziei, że kiedyś jednak wróci. W tym przypadku nadzieja umierała o wiele szybciej.
Powiedziałam przeklęte słowo "żegnaj" wbijające mi tysiąc igieł w serce i objęłam go ostatni raz, całując delikatnie w policzek. Uśmiechałam się, bo chciałam, żeby tak zapamiętał nasze ostatnie spotkanie. Powstrzymywałam łzy do jego wyjścia. Nie ukrywam, że opuszczenie mojego mieszkania również zajęło mu trochę czasu. Proponowałam kolację, oprowadzenie po mieszkaniu, w którym nie było światła, a także obejrzenie filmu, chociaż od początku powtarzał mi, że musi się streszczać. Skorzystał jedynie z łazienki; reszty domu nie zobaczył.
- Mógłbyś zejść jeszcze do piwnicy i włączyć prąd? - poprosiłam, co było głupotą, jednak chłopak przytaknął. Wysiliłam się na tak durną prośbę przy jego ostatniej wizycie.
Nie minęło piętnaście minut od wyjścia Dan'a, a w salonie rozbłysło światło. Szepnęłam krótkie dzięki, ale mojego przyjaciela już tutaj nie było. Odszedł... a powrotu nie zaplanował.
Zamknęłam drzwi mieszkania, a następnie dwa razy sprawdziłam, czy na pewno uniemożliwiłam wejście nieproszonym gościom. Stałam się przewrażliwiona, zwłaszcza po ostatnich wybrykach. Myślałam nad podsunięciem Cassie pomysłu zakupu nowego systemu alarmowego, bo ona również była zagrożona. Moja teoria mogła być błędna, aczkolwiek nie szkodziło ubezpieczać się na wszelki wypadek, nieprawdaż?
Dochodziła dwudziesta druga, więc nie pozostało mi nic innego, jak kąpiel i sen. Zebrałam z pokoju brudne ubrania, zaś później odnalazłam pidżamę. Ruszyłam do łazienki, gdzie zamierzałam odbyć szybki prysznic.
Zapaliłam światło, po czym weszłam do pomieszczenia. Rzuciłam ciuchy na pralkę. Zanim przeszłam do kabiny, coś podkusiło mnie, aby spojrzeć w lustro. Może intuicja, kto wie?
- Licz czas Caitlin, bo masz go już bardzo mało - wypowiedziałam na głos słowa wypisane czerwoną szminką na lustrze.
Wybiegłam z łazienki kierując się prosto do okna. W oddali, przy krańcu ulicy zobaczyłam Dan'a. Kaptur osłaniał jego głowę. Próbowałam nie dopuszczać do mózgu tej przerażającej myśli, ale było to silniejsze ode mnie. Chwyciłam telefon w dłonie, po czym wybrałam numer Michaela.

_______
TAK WIEM PEPE BUUU PEPE LAMUS PEPE WEŹ WYJDŹ I NIE WRACAJ ZA TE SPÓŹNIENIA.
IKR, I FUCKED UP. SORRY :( Postaram się więcej tak bardzo się nie spóźniać. Odmówiłam sobie nawet żarcia dla Was!
Zdaję sobie sprawę, że w tym rozdziale nie ma łubudubu, pif paf i o em dżi KREEEEEEEEEW, ale uważam, że sam w sobie jest on istotny, jeśli chodzi o ludzkie relacje i przyjaźń. Jak już kiedyś pisałam, w Cieniu jest parę "życiowych" kwestii, które mają pewną wartość i ten rozdział zalicza się do tej puli. Tym razem podjęłam temat przyjaźni, a także błędów, które popełniamy codziennie. Jak widzicie, czasem może być nieco za późno na "przepraszam".
Anyway, tak jak mówiłam końcówka jest zaskakująca. Dan czy nie Dan? A może Dan? Może nie Dan? Jeśli ktoś łączy fakty, to Nowy Jork jest bardzo istotną sprawą, ale tutaj trzeba powrócić do przeszłości.

Jeżeli mogę Was o coś poprosić...
Jeśli podobają Wam się głosy i covery dziewczyn z CWTG, głosujcie na nie w konkursie MTV <klik> (W opisie wpisujecie byle co) Z góry dziękuję. :)

KOCHAM WAS!! Za spóźnienia zaraz wrzucam spoilery!
Irwinxhat