sobota, 6 lutego 2016

Rozdział 5

Słońce zakradało się do kuchni przez okno, kiedy Addelaine parzyła kawę. Dochodziła siódma rano, a to była jej już czwarta kawa począwszy od godziny pierwszej. Co jakiś czas obiecywała sobie, że po tym paragrafie pójdzie spać, jednak zawsze kończyła w tym samym miejscu, przy tej samej czynności. Oczy miała podkrążone, zaspane i proszące o chwilę przerwy. Jej dłonie drżały z powodu ilości kofeiny, jaką dostarczyła organizmowi. 
Jakimś szalonym cudem dostała się do kuchni, aby zafundować sobie kolejną dawkę pobudzenia. To nie był koniec dnia, a sam początek. Musiała w szybkim tempie stanąć na nogi, żeby móc jechać do Ashtona, dać mu porządną reprymendę i sprowokować do gadania. Z tego też powodu wyjęła z szuflady również tabletki uspokajające, które wrzuciła do torebki zanim ktokolwiek by ją przyłapał na gorącym uczynku. Inaczej nie byłaby w stanie przebrnąć przez ten dzień, gdzie po raz dwunasty jej obowiązkiem było zmierzyć się ze swoim klientem.
- Addie? – usłyszała za swoimi plecami delikatny głos, który zakłócała lekka chrypa – Przyzwyczaiłam się do twoich porannych rewolucji w domu, ale o siódmej rano zazwyczaj wstawałaś, a pół godziny później przygotowywałaś śniadanie.
Brunetka westchnęła zrezygnowana, bo wiedziała, że skoro już została przyłapana na gorącym uczynku, była zmuszona złożyć współlokatorce wyjaśnienia. Odwróciła się, a jej oczom ukazała się wysoka kobieta, o ciemnych niczym noc długich włosach i pięknej pulchnej twarzy. Wczorajszy makijaż jeszcze widniał na jej brązowiutkiej skórze, a nos zdobił złoty kolczyk, którego wcześniej Addelaine nie zauważyła. Widywały się dosyć rzadko, z powodu innych godzin pracy, być może dlatego nie spostrzegła nowej zdobyczy Charlotte. Stała w szlafroku zakrywającym jej piżamę, dzięki czemu Addelaine mogła wywnioskować, iż ostatnia noc nie należała do najgorszych lub zdaniem koleżanki z mieszkania „najlepszych”, bo zdołała się przebrać. Około trzeciej nad ranem słyszała jeszcze śpiew Charlotte, ale po pół godzinie nastała cisza. Widocznie wrzeszczenie tekstu piosenki „Call me maybe” przestało być interesujące i zasnęła.
- Nie miałam tak interesującego wieczoru, jak ty – odparła, może z nutką zazdrości w głosie. Addelaine nie stroniła od rozrywki, jednak pracując w takim zawodzie nie mogła sobie pozwolić na zupełną obojętność wobec dziejących się rzeczy. Zawsze musiała się kontrolować, a to już nie sprawiało takiej przyjemności, jak kompletny odjazd i płynięcie razem z falą. Co bardzo godziło w jej serce.
- Czy w ogóle spałaś? – zapytała Charlotte drapiąc się po głowie, jakby chciała zebrać swoje myśli i wspomnienia do kupy – Słyszałam przez sen jakieś stukanie… A może to był budzik?
Levinson uśmiechnęła się pod nosem. To z pewnością był budzik, krzyczący na Charlotte, aby wstała wreszcie, bo za godzinę idzie do pracy. Ale ona znowu go olała i zwyczajnie wyłączyła tak, jak telefon, kiedy jej szef zadzwonił godzinę później zapytać, czemu nie zjawiła się w biurze. Ciekawe, dlaczego jeszcze nie została wyrzucona – pomyślała Addelaine.
- Kolejne groźby? – Charlotte zerknęła na Addie, która obojętnie wzruszyła ramionami nawet nie patrząc na współlokatorkę, czy na kosz do którego wyrzuciła znalezione dziś rano listy. Czarnowłosa wyciągnęła ze śmietnika papierki i zaczęła kolejno przeglądać wiadomości, jakie zostały nadesłane do adwokatki. – Nie brzmią przyjemnie, a w dodatku jest ich więcej, zauważyłaś?
- Charlotte, doceniam twoją troskę – rzuciła krótko Addelaine, wyraźnie poirytowana – Ale naprawdę nie boję się anonimowych listów.
- Tym razem jest inaczej – odparła – Bronisz człowieka, który ma większą liczbę wrogów niż jest miejscowości w Stanach Zjednoczonych.
Addelaine przelała gotową kawę do kubka termicznego, po czym zamknęła go szczelnie i chwyciła w dłoń. Zwróciła się w stronę towarzyszki i ruszyła w stronę drzwi z uśmiechem na ustach. Przechodząc obok kobiety, zatrzymała się na kilka sekund, aby odpowiedzieć na jej stwierdzenie.
- Żyjemy w Australii, więc porównanie jakiego użyłaś nie ma dla mnie znaczenia. – szepnęła brunetka, a potem oddaliła się, podążając prosto do swojego pokoju, żeby wrócić do analizowania sprawy.
- Addelaine, jesteś w większym niebezpieczeństwie niż kiedykolwiek byłaś, zdajesz sobie z tego sprawę?
- Skąd możesz to wiedzieć, Charlotte?
- Wystarczy mieć świadomość, jak wielkim przestępcą jest Ashton Irwin.
- Był – poprawiła ją – Teraz zmienił się i pracuje na wyjście.
- Ty tak uważasz, nie społeczeństwo.
- I to właśnie powód, dla którego tutaj jestem – uśmiechnęła się Levinson, unosząc brwi – Żeby przekonać społeczeństwo do swoich racji.
Brunetka zabrała swoje rzeczy. Chwilę później słychać było tylko trzask drzwi wyjściowych i zbieganie ze schodów. Addelaine pognała w pośpiechu na przystanek autobusowy, obierając za swój cel podróży więzienie.
~*~
- W porządku, więc twierdzisz że nie zabiłeś go, ponieważ zrobił to ktoś inny, kto? – Addelaine zadawała pytania szybko, notując każde słowo wypowiadane przez Irwina do swojego małego zeszytu. Tuż obok leżał dyktafon będący jej zabezpieczeniem, jakby zapomniała czegoś zapisać. Starała się nie patrzeć na swojego klienta, aby jego wyraz twarzy nie wywołał w niej wyrzutów sumienia lub smutku, przez który zrezygnowałaby z wywiadu. Dopóki Ashton mówił, musiała zachowywać się w taki sposób. Za bardzo zależało jej na wiedzy.
- Mój mentor – burknął.
- Kim jest twój mentor? – rzuciła, wzrokiem przebiegając po zapisanych kartkach.
- Sean Fletcher.
Po ciele brunetki przeszły nieprzyjemne dreszcze. Próbowała nie zwracać na siebie uwagi i nie dać po sobie poznać, że w jakiś sposób to imię i nazwisko na nią wpłynęło, ale Ashton był wzrokowcem i od razu spostrzegł jej zdenerwowanie. Ale nie pytał. Sam Sean nauczył go, że nie należy zadawać pytań, a przyglądać się reakcjom. A reakcja Addelaine była wyraźna – Sean Fletcher nie był nieznajomym, co zaczęło zastanawiać Ashtona. Czy przyglądała się jego sprawie? Czy spotkała go kiedykolwiek? A może Addelaine stanowiła odłamek kolejnej pułapki zastawionej na Cienia? Tylko na jaką cholerę potrzebowała analizować każdą zbrodnię? Przecież to nie trzymało się kupy.
Blondyn westchnął ciężko, bo brakowało mu powietrza. W pokoju robiło się duszno. Nie słuchał już nawet Addelaine i jej pouczeń. Jego umysł zaprzątało wiele innych myśli, ale na żadnej z nich nie mógł się skupić. Miał wrażenie, że cofa się wstecz, właśnie o dziesięć lat, gdy nie potrafił nikomu zaufać prócz osób przy których trwał całe życie. Każdy zdawał się być osobą podejrzaną. I teraz ten tok myślenia wracał, nie pozwalając Irwinowi funkcjonować.
- Musimy to robić? – spytał błagalnym tonem – Nie masz innych sposobów na rozegranie tej sprawy?
- Panie Irwin, wywiad to klucz w sprawie. – odparła dosyć oficjalnie – Prokuratura ma dość mocne dowody oskarżające. Potrzebuję informacji, aby dowieźć pańskiej niewinności.
- Nie lubię rozmawiać o przeszłości.
- Dlaczego?
- Zdaję sobie wtedy sprawę, że jest ona teraźniejszością. – mruknął.
Przez chwilę Addelaine zdawało się, że jego temperament zmalał, złagodniał i zaczął się otwierać, jednak widząc to ostre, przeszywające od stóp do głów spojrzenie, wypalające całą odwagę, jaka towarzyszyła kobiecie, wiedziała że nic z tego. Ashton nie złamał się, pod żadnym pozorem.
- Myślisz, że kiedy wyjdę z pudła, będę szczęśliwym człowiekiem?  - zaśmiał się kpiąco – Będę siedział na tarasie, w domu, prowadząc sielankowe życie? – parsknął, po czym pokręcił głową patrząc na nią niczym na wariatkę, która za dużo sobie wyobraziła – Nie. Nie, panno Addelaine Levinson. Gdziekolwiek będę, nadal będę uwięziony. Bo wiesz co? Zdradzę ci pewien sekret, adwokacinko – ściszył głos i zbliżył swoją twarz – Nie uwięziły mnie kraty i ściany… uwięziła mnie przeszłość i ta pieprzona gra mroku.
Addelaine uniosła głowę, żeby popatrzyć na sufit. Raz, dwa, trzy… powtarzała w myślach, ale liczenie nie pozwalało jej zapanować nad nerwami. Nie rozumiała, dlaczego Irwin był tak bardzo uparty. Ona przecież chciała pomóc, nie miała żadnych złych zamiarów. W dodatku udowodniała mu swoją postawę składając wizyty w więzieniu prawie codziennie. W czym tkwił problem?
Brunetka rozłożyła bezradnie ręce, a potem wzruszyła ramionami robiąc jedną, ze swoich min mówiących „w porządku, poddaję się”. Zostawiła dokumenty na stoliku, po czym wstała i wysunęła dłoń w kierunku blondyna.
- Dziękuję ci za współpracę – powiedziała chłodno – Dokumenty z rana odbierze Dave Langfried. Przejmie twoją sprawę.
I już miała wyjść, gdy Ashton odezwał się nagle, powtarzając pytająco nazwisko jej szefa. Ta zdziwiona jego zachowaniem, odwróciła się i przytaknęła, a następnie zapytała, nie mogąc się powstrzymać.
- Znasz go? – głos kobiety wydał się lekko drżący, ponieważ wypowiadając te dwa słowa, zdołała się zająknąć.
- To mój wuj.

__________________________________________________________
W ramach konkursu stworzonego wraz z Fanfictions Polska, pragnę zaprosić Was do przeczytania:
Guardian Angel
You Are my poison
Anioł