poniedziałek, 22 września 2014

Rozdział 6

Spóźniona dedykacja dla @luvmylahey (przepraszam, zapomniałam, że miałam dodać przy pojawieniu się Will'a :()

Calum zaparkował swój samochód pod domem Will'a. Odwiózł mnie bez robienia problemu, jakby chciał się mnie pozbyć. Po drodze łamał wszelkie przepisy, co nie było wielkim zaskoczeniem. Żaden z przyjaciół Ashtona nie dbał o zasady. Część mnie łudziła się, że może ich jazda stała się spokojniejsza, ale jak zwykle musiałam się pomylić. Calum nie zgasił silnika wiedząc, że nasza rozmowa nie potrwa długo. Myślami był zupełnie gdzie indziej. Żując gumę, rozglądał się po osiedlu czekając, aż rzucę krótkie "cześć" na pożegnanie i wysiądę dając mu wreszcie święty spokój. Nie liczył nawet na podziękowania za podwózkę. On po prostu marzył, abym zniknęła z jego pola widzenia. Nie musiałam go dobrze znać, aby wyczuć, że moje towarzystwo przeszkadza mu bardziej niż pikająca co sekundę kontrolka odpiętych pasów bezpieczeństwa u kierowcy. Hood miał mi za złe śmierć Ashtona - wiedziałam to doskonale, ale nic nie potrafiłam zrobić, aby uwierzył mi, że gdybym mogła cofnąć czas, zamieniłabym się miejscem z jego przyjacielem i przyjęłabym na klatkę piersiową te dwa pechowe pociski. Za każdym razem Calum ucinał rozmowę w ten sam sposób. Kręcenie głową, wywracanie oczami i słowa: Nie w tym rzecz, daj spokój, nie mamy o czym gadać, skończ. Jego brak otwartości i skrywanie w sobie pewnych spraw umiało zirytować człowieka. Próbowałam wycisnąć z niego jak najwięcej, ale było to niemożliwe. Kiedy Calum nie chciał mówić - nie mówił. Nawet jeśli jego słowa miały wnieść coś dobrego. Był skomplikowany, ale to właśnie wyróżniało go z tła innych. Dziwactwo, skrytość i nienaganna bezczelność. Bo jeżeli zdecydował się wyrazić swoją opinię na pewien temat, nie powstrzymywał się przed sarkastycznymi komentarzami lub ironią. Te dwa zabiegi traktował jako nieodłączną część swojego stylu bycia.
- Możesz mi chociaż obiecać, że trochę powęszycie? - spytałam podczas odpinania swoich pasów. W towarzystwie przyjaciół Ashtona wolałam je zapinać, zwłaszcza przy Calumie. Sądzę, że akurat on nie miałby wyrzutów sumienia, jeżeli przez przypadek zrobiłabym sobie krzywdę podczas szybkiej jazdy.
- Może po prostu twoja przygłupia przyjaciółeczka najechała na kamień i złapałyście gumę, hm? - zapytał patrząc na mnie z żalem. W ogóle nie uwierzył w to, co mówiłam po ich przyjeździe na miejsce naszego wypadku.
- Tylko nie przygłupia, okej? - zganiłam brązowookiego.
- Ona ślini się do Hemmingsa, Caitlin. Naprawdę chcesz mnie przekonać, że ma mózg?
- Calum, widziałam mężczyznę, który celował do nas z broni. Po południu dostałam telefon z zakładu pogrzebowego, który wykonuje trumnę dla Cassie. Sugerujesz, że postradałam zmysły, zmyślam czy to zbieg okoliczności? - starałam się uspokoić swój głos, żeby nie wydawał się pretensjonalny. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebowałam była kłótnia z Calumem, który nigdy nie daje za wygraną.
- Nie wiem - wypuścił ze swoich pełnych ust dwa słowa, które na nim ciążyły - Ale wiem, że gdybyś miała wisiorek na swojej szyi, żaden pajac nie spróbowałby nawet załadować swojego gnata. Gdzie on jest? - spytał unosząc brwi, a ja zamilkłam w obawie przed wyznaniem prawdy.
Nie sądziłam, że wisiorek Ashtona jeszcze kiedykolwiek przyda mi się przy napaści. W końcu.. skoro Ashton był martwy, jakie przesłanie miała mieć biżuteria? Nie widziałam w tym sensu, więc oddałam ją osobie, która ją podarowała. Straciła swoją wartość, stała się przeterminowana.
- Zostawiłam go na grobie - powiedziałam cicho.
Głowa Caluma uderzyła o kierownicę. Z jego ust wyleciało kilka przekleństw, które ledwo zdołałam usłyszeć. Wyraził swoje niezadowolenie jasno i wyraźnie. Przez kilka sekund siedział w ciszy, jedynie głęboko oddychając. Miał wiele do powiedzenia, jednak tłumił wszystko w sobie. Mogłam tylko zgadywać, o czym myślał i jakimi obelgami rzucał w głowie.
- Coś nie tak? - szepnęłam niepewnie.
- Czegoś tutaj nie rozumiem - odpowiedział zwyczajnym tonem.
- Czego?
- Dlaczego Bóg podarował mi coś, co zwane jest mózgiem, a ciebie i resztę pominął... - powiedział rozczarowany - Powinnaś nosić to dziadostwo przy sobie!
Zacisnęłam usta, żałując swojego durnego pytania. Mogłam spodziewać się tego typu odpowiedzi od gbura, jakim był Calum. Jeżeli decydujesz się na rozpoczęcie z nim dialogu, powinnaś mieć przygotowane riposty, sporo ripost, bo Hood rzucał swoimi niczym magik sztuczkami prosto z rękawa. Cóż, może to był jego ukryty talent?
Dziadostwo... A więc ten wisiorek nazywał dziadostwem. Skoro nie był wart zachodu, po jaką cholerę miałam go mieć przy sobie? Chyba, że jego wypowiedź miała na celu mnie obrazić. Tak wnioskowałam, ponieważ czasem zastanawiałam się czy Calum mnie nie lubi, czy może traktuje mnie jakoś specjalnie i powinnam czuć się wyróżniona. Otrzymuję od niego większą ilość negatywnych komentarzy podczas jednego krótkiego spotkania niż Rebecca Black zdążyła ich zebrać pod utworem Friday. Okay, może wyolbrzymiłam tą sprawę, jednak Calum musiał żywić do mnie ogromną urazę.
- Dobranoc - burknęłam, po czym opuściłam wóz ciemnowłosego chłopaka. W ciągu kilku sekund zniknął z mojego pola widzenia.
Weszłam schodami na pierwsze piętro, gdzie znajdowało się mieszkanie Will'a. Chłopak otworzył drzwi, witając mnie z uśmiechem na ustach. Po wejściu podarował mi kwiaty, jak miał z resztą w zwyczaju. Przy każdym spotkaniu dostawałam mały upominek. Czułam się głupio. W życiu nie przyszedł mi do głowy pomysł wykorzystywania Will'a w sposób materialny. Nigdy nie planowałam go skrzywdzić. W większości biło od niego dobrocią i optymizmem, który próbował w połowie przelać na mnie. Niestety starania te nie owocowały. W dalszym ciągu nie dopisywał mi humor; pogarszał się z dnia na dzień.
Will opowiedział mi o dzisiejszym menu. Mówił z ekscytacją w głowie, wyraźnie ciesząc się z naszej wspólnej kolacji. Opowiadał o swoim dniu, na szczęście nie pytając o moje losy. Walczyłabym ze sobą, aby nie opowiadać wrażeń z dzisiejszego wypadku. Było mi przykro, że nie podzielałam jego zachwytu. Moje myśli krążyły wokół Cassie i naszego wypadku. Zastanawiałam się nad samopoczuciem przyjaciółki. Miałam nadzieję, że Luke odwiózł ją bezpiecznie do domu. Liczyłam również na jakąś obserwację bądź opiekę. Nie wiadomo czy to, co miało miejsce kilka godzin temu było wystarczającym przedstawieniem dla bandytów, którzy na nas napadli. Na samo wspomnienie toczącego się samochodu, adrenalina oblewała moje ciało. Krew w żyłach zaczynała wrzeć, a ja nie potrafiłam utrzymać drżących rąk na stole. Spuszczałam głowę, trzepocząc włosami, żeby skryć swoją twarz. Gdyby Will zauważył moje zdenerwowanie, prawdopodobnie bylibyśmy w drodze na komisariat, żeby złożyć zeznania. Nienawidziłam komisariatów. Zbyt wiele czasu tam spędziłam, aby dodać to miejsce na listę moich ulubionych.
Mimo wszystko miałam na uwadze fakt, że jeśli ten cały wir niebezpieczeństw znów odnalazł swoje miejsce w księdze mojego życia, stawianie się na komisariacie i zgłaszanie każdej napaści będzie jak najbardziej odpowiednie. Tym razem nie chodziło tylko o mnie, a także o moją przyjaciółkę. Cassie mogła być najgłupszą osobą na tej planecie, ale wspominanie o jej braku lojalności to wielkie kłamstwo. Nigdy nie zostawiła mnie w potrzebie. Moim zadaniem było więc odwdzięczyć się za te lata oraz miesiące, w których miałam pod górkę, a jednak nie byłam sama.
- Caitlin, mówię do ciebie - ostry ton Will'a ściągnął mnie na ziemię.
Zatrzepotałam rzęsami kilkakrotnie patrząc, jak Brytyjczyk obserwuje mnie swoimi błękitnymi oczami z irytacją wymalowaną na twarzy. Musiało minąć sporo czasu odkąd nie wypowiedziałam ani jednego słowa, nie poruszyłam ręką czy nie dałam oznak życia. Brak mojej reakcji zwracał tylko uwagę.
- Huh? - burknęłam powoli unosząc głowę - Przepraszam - wymamrotałam zdezorientowana, ściskając jego dłoń - Miałam dzisiaj dużo pracy - skłamałam.
- W porządku - szepnął wysilając się na uśmiech, jednak nie przypominał on tego szczerego uśmiechu, który zazwyczaj widniał na jego buzi.
Aczkolwiek to właśnie uwielbiałam w Will'u. Jeżeli nie chciałam rozmawiać, nie rozmawialiśmy. Nigdy nie starał się mnie zmienić. Nie naciskał, kiedy milczałam, chyba że zauważył, iż jest to poważny temat, który niesie za sobą problemy. Wtedy wyciągał ze mnie jak najwięcej informacji. Doskonale rozumiał z czym dotychczas się zmagałam i akceptował pewne zachowania, przez które na pewno dostawał białej gorączki. Wiedziałam to, chociaż nie za często skarżył się na moje nastawienie. Możliwe, że powodem braku narzekań były moje chęci do zmian, bo chciałam się zmienić - dla niego. Will nie zasłużył na taką ignorancję, jaką dziennie mu fundowałam. No.. chyba, że chodziło o moją przeszłość.
Will czasem lubił wracać do tego tematu. Mówiąc o Ashtonie wszczynał kłótnie, gdyż historię z nim związaną uznawałam za dość osobistą. Jedyną osobą, z którą mogłam prowadzić dialog dotyczący Cienia byłam ja sama, dlatego w niektórych sytuacjach byliśmy niczym woda i ogień. Wtedy już nie było odwrotu, dochodziło do konfrontacji, która nie kończyła się szczęśliwie. Wręcz przeciwnie.
- Pozmywam - oświadczył Will zabierając naczynia ze stołu. Nie pozostawiając mi żadnego zajęcia, wstałam od stołu i ruszyłam do łazienki, aby umyć dłonie po skończonej kolacji, z której zapamiętałam jedynie smak kurczaka.
Łazienka znajdowała się na samym końcu mieszkania. Podążając korytarzem udekorowanym różnymi obrazami czy też fotografiami, mijałam pokoje, a także gabinet Will'a, w którym spędzał więcej czasu niż we własnym łóżku. Gdybym go nie znała, stwierdziłabym, że jest pracoholikiem, jednak śledztwa po prostu pasjonowały blondyna od dziecka. Marzył, żeby zostać policjantem i pracować nad tajemniczymi zniknięciami oraz zabójstwami. To niezbyt popularne hobby, ale oryginalne.
Zatrzymałam się przy gabinecie chłopaka, gdy spostrzegłam czarny plecak, z którego wystawały dokumenty. Kontynuowałabym drogę do łazienki, ale brązowa teczka przypominająca tą, którą widziałam na komisariacie nie pozwoliła mi iść dalej. Popatrzyłam w głąb korytarza. Widziałam cień Will'a, który wciąż krzątał się po kuchni. Wykorzystałam sytuację i weszłam do pokoju, przymykając drzwi. Szybko zajrzałam do plecaka, aby upewnić się czy moje podejrzenia nie są bezpodstawne. Miałam rację. To były akta Cienia. Na okładce widniało jego imię i nazwisko. Wewnątrz znajdowało się mnóstwo kartek, a mi brakowało czasu na przejrzenie każdego dokumentu. Popełniłabym natomiast błąd odkładając je do plecaka. Ostatni raz spojrzałam w kierunku drzwi. Nie słyszałam kroków Will'a, ani jego głosu. Ścisnęłam teczkę w dłoni, po czym podeszłam do kserokopiarki, która stała w gabinecie. Z nadzieją, że nie jest ona najgłośniejszym urządzeniem włączyłam ją i poczekałam chwilę na przygotowanie. Na moje szczęście w salonie grało radio, które zagłuszało pracę ksero. Włożyłam poszczególne dokumenty i zaczęłam je kopiować. Nie zapominając o kontrolowaniu czasu, zabrałam połowę wydruków. Mój pobyt w łazience nie mógł być podejrzany. Po zgięciu kartek wpół, wsunęłam je za plecy pod koszulkę. Wyłączyłam kserokopiarkę i wyjęłam z maszyny akta. Przejrzałam jeszcze kilka stron. Zamierzałam wyjąć telefon, żeby sfotografować resztę kartek, jednak z momentem wysuwania komórki do pokoju wpadł Will, nakrywając mnie na gorącym uczynku. Impulsywnie zamknęłam dokument z informacjami o życiorysie i przestępstwach Ashtona.
- Co ty do cholery robisz? - zapytał poprzez zaciśnięte zęby.
- Mogłabym spytać o to samo - podniosłam do góry dokument - Obiecałeś mi, że nie będziesz się mieszał w moje prywatne sprawy - rzuciłam aktami o blat stołu.
- To raczej moje prywatne sprawy - odparł - Nie wierzę, że grzebałaś w moich rzeczach - Will pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Gdybym tego nie zrobiła, nie powiedziałbyś mi o tej sprawie - zauważyłam - Twoje? - prychnęłam - Dobrze wiesz jak ogromną częścią mojego życia są wydarzenia zawarte w tym durnym pliczku! - krzyknęłam - Myślałam, że mamy to już za sobą - mruknęłam - Dlaczego to robisz, Will?
- Caitlin..
- Ten temat miał być zamknięty - przypomniałam.
- Wziąłem jego sprawę - Will wypowiedział to jedno zdanie tuż po wzięciu głębokiego wdechu - Jest warta więcej, niż durne patrole.
- I warta więcej niż ja, prawda? - spytałam, uśmiechając się sztucznie, przez co na mojej twarzy pojawił się ogromny grymas.
- Jestem spłukany, Cait! - wydarł się blondyn, uderzając w ścianę - Nie mam pieniędzy.. - wyznał cicho.
- Mogłeś mi powiedzieć, pomogłabym ci.
- Nie chcę jałmużny - burknął, opierając głowę o ścianę.
Zamknęłam oczy, a po moich policzkach spłynęły łzy. To nie była pierwsza kłótnia, którą odbywaliśmy w ten sposób. Wygląd Will'a może mówił: Hej, jestem panem idealnym, ale jego charakter na to nie wskazywał. Miał mnóstwo pozytywnych cech, aczkolwiek coraz częściej ukazywał swoje wady. Nie wiedziałam, czy powodem tej całej złości, którą potrafił emanować była praca, czy może moja obojętność. A może nie zobaczyłam jeszcze jego prawdziwego oblicza? W dodatku jego problem z agresją nadal się nasilał. Doceniałam fakt, że zdołał mi o tym powiedzieć. Nie był pierwszą osobą, która okazała się być nerwowa, ale nie przyzwyczaiłam się do tego i strach nadal pojawiał się gdzieś tam w moim ciele.
Im dłużej prowadzilibyśmy tą dyskusję, tym gorsza stawałaby się nasza relacja. Jedyną rzeczą, którą mogłam zrobić to wyjście. Will potrzebował ochłonąć, ja także. Czas leczy rany, możemy pomyśleć, zastanowić się nad plusami i minusami życia, a także dokonać wyboru - przemyślanego wyboru w spokoju i ciszy. To właśnie zamierzałam zrobić.
Podeszłam do Will'a. Przejechałam dłonią po jego plecach, opierając swoją głowę na jego ramieniu. Klatka piersiowa Brytyjczyka poruszała się szybko. Łapał w usta małą ilość powietrza. Wdychałam zapach męskich perfum Armaniego, który koił moje nerwy. Nie mogłam jednak zostać na dłużej. Will wcale nie wydawał się być spokojnym.
- Nie chcesz jałmużny... - powtórzyłam szeptem jego słowa - A ja nie chcę kolejnego faceta, który będzie mnie okłamywał i ranił na każdym kroku - ucałowałam jego ramię okryte zwykłym białym t-shirtem - Więc zastanów się Will, co jest dla ciebie ważniejsze - ja i twoja szczerość, czy może kłamstwo i samotność.
- I ty mówisz o kłamstwie? - zapytał, odrywając się od ściany. Patrzył na mnie z pogardą, a w jego głosie wyraźnie słyszałam złość, która mieściła się jego pięknym ciele - W takim układzie, czemu nie opowiesz mi o tym, co robiłaś w samochodzie jednego z przyjaciół Cienia godzinę temu? - zapytał, a ja zamilkłam.
Wpadłam w bagno. Plątałam się we własnych zeznaniach. Nie sądziłam, że Will widział mnie i Caluma. Wyszłam na niezłą hipokrytkę oskarżając go o oszustwa, których sama się dopuszczałam. Moje intencje były dobre, ale mogłam powtarzać to w nieskończoność. Will zapewne nie uwierzyłby w moje słowa.
- Nie rozumiesz...
- Podobno związki opierają się na zaufaniu - dodał, śmiejąc się.
Westchnęłam. Bez słowa udałam się do wyjścia zabierając przedtem torbę z salonu. Zostawiłam Will'a, zanim nastąpiłby wybuch wulkanu, jakim się stał. Jeżeli chodziło o awantury, on nigdy nie miał dość. Mógł kłócić się bez końca. Mógł rzucać obelgami oraz wygłaszać swoje zdanie. Moje uczucia przestawały wtedy mieć jakiekolwiek znaczenie. Zmieniał się nie do poznania, dlatego rzadko doprowadzałam do sytuacji, w których oboje musieliśmy zbierać jak najwięcej sił, żeby ze sobą walczyć. Chciałam utrzymywać swoje zdanie o blondynie. Przystojny, zadowolony z życia, opiekuńczy policjant z typowym brytyjskim humorem. Odrzucałam drugą stronę medalu chcąc chociaż raz zamydlić swoje oczy; udać, że wszystko mam pod kontrolą, moje życie jest cudowne i jest w porządku.
Wyszłam z budynku kierując się w stronę głównej ulicy. Samochód został pod moim domem, więc nie pozostało mi nic innego, jak powrót pieszo przez feralny park, który około rok temu ostatni raz wymalował uśmiech na mojej twarzy. Nie dostrzegałam już tego piękna roślin, czystej wody w fontannach, cudownego zapachu kwiatów oświetlanych przez słońce za dnia, zaś wieczorami oraz nocą przez latarnie. Czułam się w tym miejscu źle i obco. Park budził we mnie lęki i przypominał o zdarzeniach, które chciałabym wyrzucić ze swojej głowy.
Zresztą... od dawna nie należałam do fanek wieczornych bądź nocnych spacerów. Sądzę, że każdy człowiek po przejściach wolałby uprawiać jogging lub spotykać się z przyjaciółmi w ciągu dnia, kiedy tłum ludzi przechadzałby się ulicami Sydney i prawdopodobieństwo napaści byłoby mniejsze. Szybkim krokiem przemierzyłam aleje parku, aby trafić na uliczki, gdzie od czasu do czasu pojawiali się kierowcy. Co prawda, byli oni w ruchu, ale fakt, że przejeżdżali ulicą miał swoją wartość i sprawiał, że strach powoli zanikał. Zwłaszcza, kiedy zbliżałam się do swojego bloku. Trasa od domu Will'a wydawała się krótka, ale niosła ze sobą mnóstwo lęków. Spokój ogarniał mnie dopiero wtedy, kiedy otwierałam drzwi od swojego mieszkania. Ucieszyłam się widząc znajomy budynek. Do zakończenia całego spaceru zostało mi jedynie kilka metrów. Na krótką chwilę poczułam ulgę. Na moim ciele pojawiły się dreszcze, kiedy usłyszałam czyjeś kroki. Zabrakło mi odwagi, żeby odwrócić się i spojrzeć na osobę idącą za mną. Przygryzłam dolną wargę powtarzając w myślach, że panikuję. Nie mogłam sobie pomóc. Miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Walczyłam ze swoją ciekawością i histerią usilnie starając się nie oglądać przez ramię. Przyśpieszałam. Wbiłam wzrok w ziemię z nadzieją, iż dzięki lampom ulicznym ujrzę chociażby cień idącego osobnika. Wydawało mi się, że on również przyśpieszył, co tylko pobudziło moją wyobraźnię dotyczącą przyszłych zdarzeń.
Dosłownie kilka kroków dzieliło mnie od drzwi wejściowych. Gdy tylko do nich dotarłam, czym prędzej sięgnęłam do torebki w poszukiwaniu kluczy. Moje serce biło niczym oszalałe. Nie patrzyłam w stronę ulicy, skupiłam się na odnalezieniu kluczy. Dźwięk kroków nie ustępował. Przez głowę przelatywało mi mnóstwo myśli. Może zwariowałam i nikogo tam nie ma? A jeśli on lub ona ma nóż? Drżące ręce utrudniały mi znalezienie czegokolwiek w torebce, nawet komórki. Nie poczułam, kiedy pasek od torebki zsunął się z mojego ramienia. Puściłam materiał, a wtedy cała torba znalazła się na ziemi. Zaklęłam, gdy zawartość rozsypała się po chodniku. Przykucnęłam i zbierałam rzeczy na nowo, wrzucając je luźno do torebki. Marzyłam o tym, aby znaleźć się w mieszkaniu w przeciągu minuty bądź dwóch.
- Caitlin... - moje serce niemal zatrzymało się, gdy do moich uszu dobiegł zachrypiały głos.
Daję słowo, że włosy stanęły mi dęba. Wydałam z siebie cichy jęk paniki i zaprzestałam zbierania rzeczy. Było już za późno. Szukałam wzrokiem pistoletu na gaz, który od niedawna gościł w mojej torebce jako ubezpieczenie. Gdy go odnalazłam, wstałam, a później cofnęłam się uderzając plecami o drzwi. Było ciemno. Nie widziałam twarzy osoby, która stała metr ode mnie. Zacisnęłam w dłoni pistolet, trzymając rękę z tyłu, aby oprawca nie zauważył, iż mam się czym bronić. Przełknęłam ślinę, przygotowując się na najgorsze.

______________________________________________________

Dziękuję za milion dwieście na blogu i 33k na wattpad! Jejku, jesteście wspaniali. Dodajecie mi skrzydeł, naprawdę. Jeszcze się odwdzięczę, zobaczycie!
Przepraszam bardzo za to całe opóźnienie. Jak już pisałam - w poprzednim tygodniu miałam ostry zapierdziel i nie było chwili, w której mogłam skupić się na opowiadaniu. Sen, praca, studia, prawko i tak w kółko. Na szczęście, 2/4 już za mną. Rozdział może być nieco chaotyczny właśnie przez ten cały tygodniowy szum, ale mam nadzieję, że tak strasznie nie jest.
Dodałam reklamę, która mam nadzieję nie przeszkadza Wam aż tak bardzo. Stwierdziłam, że taka mała na dole nie będzie na tyle upierdliwa. Poza tym, jeśli ktoś nie chce jej widzieć - wystarczy rozszerzenie AdBlocker czy tam AdBlock. Wtedy reklama znika i już.
ps. Co do reklamy - nie klikajcie w nią nagminnie, jeśli ktoś chce - od czasu do czasu. Za jakieś nagminne klikania będzie przypał, a kto znowu lubi przypały? Ja już ich mam za dużo w życiu, haha.

Anyway, coś więcej z newsów.... hm.. no na razie w sumie nic do powiedzenia nie mam prócz tego, że bardzo Was kocham i dziękuję Wam za wszystko. Wsparcie, wyrozumiałość i całą sympatię. Razem możemy więcej, nie? :) Trzymajcie się ciepło i przeżyjcie ten tydzień, zwłaszcza uczniowie, bo wiem, że szkoła to masakra.

Love you.
p.

Irwinxhat