środa, 22 października 2014

Rozdział 10

Minęłam tabliczkę, która informowała o wjeździe na teren przyłączony do dzielnicy o nazwie Rockdale. Na moje szczęście bez problemu dojechałam do celu w ciągu pół godziny. Nawigacja nie wprowadziła mnie w błąd; wskazała najkrótszą drogę, wyłączając płatne autostrady. W czasie mojej podróży starałam się dodzwonić do Will'a. Martwiło mnie, że chłopak nie rozmawia ze mną od kilku dni. Pokłóciliśmy się dosyć ostro, ale nie sądziłam, że Will potraktuje całą awanturę poważnie. Potrzebowałam go, natychmiastowo. Ostatnie wydarzenia nie pozwalały mi ufać znajomym Ashtona. W moim życiu wszystko stało się podejrzane; karta, Cassie i Luke, matka Ashtona, również latająca mucha za oknem. Byłam zmuszona czuwać, mieć oczy szeroko otwarte oraz wierzyć swojej intuicji, podpowiadającej, że Anne Marie jest czymś więcej niż tylko puzzlem pasującym do całej układanki, której autorem był Logan lub... kto wie? Ashton? Bo znak zapytania, jeżeli chodzi o jego śmierć nie zniknął, a jedynie pogrubił się.
Zaparkowałam wóz naprzeciwko domu, który zamieszkiwał wuj oraz matka Ashtona. Myśl, że za moment miałam poznać rodzicielkę kryminalisty, dzięki któremu moje życiowe priorytety zniknęły nie budziła we mnie tak ogromnego przerażenia, jak fakt, że nie była ona w stu procentach osobą zdrową. Moja styczność z ludźmi chorymi psychicznie nie należała była nijaka. Brakowało mi doświadczenia. Bałam się, że mogę zadać pytanie, które wstrząśnie kobietą do tego stopnia, że popadnie w panikę lub wywołam jakiś atak, którego nie przeżyje albo pobudzę nim jej agresję. Ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzyłam na tym spotkaniu to awantura. Poniekąd żałowałam, że nie zabrałam dokumentów z Hurstville. W środku na pewno opisano typ choroby pani Irwin. Bez informacji mogłam tylko gdybać, a także wierzyć, że jest ona stabilna emocjonalnie, a kilka pytań dotyczących syna nie dotknie za bardzo jej matczynego serca.
Pogoniłam się do ruszenia czterech liter z auta. Nie przejechałam parunastu kilometrów po to, aby rozsiąść się wygodnie w fotelu. Po kilku minutach zastanawiania się, czy powinnam zatruwać życie biednej kobiecie, która niedawno straciła swoje jedyne dziecko, zadecydowałam zająć jej dosłownie kilka chwilę, chociaż nawet i pięciominutowa gadka szmatka mogła obfitować w niezłą kłótnie. Ryzyko chyba mi odpowiadało.
Dom nie przypominał tego z puli najbogatszych willi. Właściwie, różnił się znacząco od posiadłości w Hurstville. Teren zdawał się być mniejszy, jak również budynek. Furtka z drewna pomalowana na czerwono potrzebowała wymiany. Gdy pociągnęłam za drzwi, głośno zaskrzypiały. Myślałam, że nikt nie oliwił ich, bo odkryto nową funkcję - zawiadamianie domowników o przyjściu gościa, jednak pomimo okropnego dźwięku nikt nie wyjrzał przez okno, żeby sprawdzić kto przyszedł. Weszłam na ogrodzony teren nie tracąc nadziei. Jednopiętrowy dom przypominał wypoczynkową chatkę, która często widnieje w komediach romantycznych. Z przodu mieściła się weranda, na której stała ławka i stoliczek. To miejsce emanowało spokojem i ciepłem. Słyszałam, że Rockdale należy do jednej z najspokojniejszych dzielnic, ale nie sądziłam, że plotki sprawdzają się w stu procentach. Czułam się tutaj dobrze, miło, przyjemnie. Mogłabym mieszkać w tej dzielnicy, gdzie cisza jest określana priorytetem, a samo miejsce jest takim, gdzie chcesz zgubić się na zawsze.
Stare schody wydały nieprzyjemny dla ucha dźwięk, kiedy moje stopy zderzyły się z podłożem. Stawiałam nieśmiałe kroki, oglądając jeszcze otoczenie. W oddali widziałam krzątających się po podwórku sąsiadów. Miałam pewność, że ktoś zamieszkuje to sąsiedztwo. Zbliżyłam się do drzwi wejściowych na których wygrawerowano nazwisko Ashtona. Uniosłam rękę do góry, formując dłoń w pięść. Już miałam pukać, ale nagle drzwi otwarły się z rozmachem, zwiększając odległość między nami. W ich progu stanął mężczyzna ubrany w luźny t-shirt i przetarte dżinsy. Proste blond włosy układały się po swojemu, tworząc na głowie artystyczny nieład. Zarost na twarzy faceta miał może tydzień lub dwa. Od razu spostrzegłam, że nie był zachwycony moją wizytą. Skupionym wzrokiem zbadał moją osobę od góry do dołu, a później posłał mi chłodne spojrzenie. Dawał po sobie poznać, że nie lubił gości, ale żeby nikt nie musiał zgadywać udowadniał swoje negatywne nastawienie powitalnym zapytaniem.
- Czego tu?! - warknął, patrząc prosto w moje oczy wzrokiem prawie że zabójcy. Za plus mogłam uznać fakt, że dowiedziałam się po kim Ashton miał tak piorunujące spojrzenie. Cóż, rodzinne.
- Dzień dobry, ja... - zaczęłam swój genialny monolog, który wymyśliłam już w drodze do Irwinów. Miał on przekonać domowników na wpuszczenie mnie do środka.
Mężczyzna nie pozwolił mi dokończyć nawet pierwszego zdania. Do jego uszu nie dotarło żadne wypowiedziane przeze mnie słowo.
- Kiedy w końcu się odpieprzycie?! Moja siostra ma gdzieś te wasze artykuły i wywiady. Dajcie nam spokój, wy cholerne hieny! - wrzasnął, wstrząsając mną.
- Nie jestem dziennikarką - wyjaśniłam - Jestem... um... - zawiesiłam się, bo nie mogłam znaleźć słowa określającego status mojej relacji z Ashtonem. Postanowiłam strzelać. - Znajomą Ashtona - mruknęłam.
Dłoń mężczyzny sunęła po spodniach w górę. Podwinął koszulę, a wtedy spostrzegłam niewielki rewolwer, który zaczepił o pasek. Moje oczy odzwierciedlały dwie monety, gdy facet powoli wyjmował broń. Wzięłam powietrze do ust, szybko myśląc, co teraz robić. Uciekać, bronić się, wezwać policję? Ten człowiek mógł być psychopatą!
Ciemnowłosy pochwycił pistolet, a później wysunął go w moją stronę, w ramach ostrzeżenia. Chciał, abym wiedziała, że jest uzbrojony i nie zawaha się strzelić, jeżeli go wkurzę. A złość mogłam wywołać stojąc dłużej na werandzie.
- A więc znajoma mojego siostrzeńca....- powiedział z lekkim zamyśleniem, analizując moją wypowiedź. Widocznie według rodziny Ashtona znajomość z nim istniała tylko i wyłącznie pod jednym względem.
Pozwoliłam mojemu sercu zadecydować, a ono wcale nie wydawało się bać tego człowieka. Nie śmiałam się wycofywać, panikować, czy płakać i błagać o życie. Przełknęłam ślinę, wyprostowałam się i zagrałam pewną siebie dziewczynę, która przyszła tu w określonym celu.
- Nie tego typu znajoma - odparłam, zerkając na drżącą rękę faceta. Widocznie nigdy przedtem nie zdarzało mu się mieć takiego narzędzia w dłoniach. Zastanawiający był powód jego uzbrojenia.
- Ashton miał znajomych innego typu? Ciekawe. - schował rewolwer, gdy dałam mu do zrozumienia, że nie zamierzam skrzywdzić go swoją obecnością. Zerknął pytająco, chcąc poznać szczegóły mojej wizyty.
- Nazywam się Caitlin Teasel - kulturalnie przedstawiłam się tak, jak zamierzałam zrobić to na początku, kiedy mężczyzna wtrącił się w początek mojej mowy. - Przyjechałam do...
- Anne Marie - dokończył - Wspominała o tobie.
Otworzyłam usta, ale nie w celu kontynuacji tego dialogu. Zaskoczyła mnie odpowiedź wuja Ashtona. W mojej głowie zrodziło się więcej pytań. Domyślałam się, że ta podróż będzie przygodą życia i wyniosę z niej naprawdę wiele. Stwierdzenie, że Anne Marie mnie zna przewyższyło oczekiwania. Stałam się bardziej zainteresowana rozmową, o którą zamierzałam chociażby walczyć.
- Czy mogłabym zamienić z nią kilka słów? - zapytałam uprzejmie.
- Nie wiem czy to dobry pomysł...
- Dosłownie pięć minut - nalegałam.
- Ona czasami gubi się w słowach, żyje w zupełnie innym świecie, panienko. Nie jestem pewien czy to ma jakikolwiek sens - odradzał mi spotkanie z siostrą.
- Niech mi pan wierzy, dla mnie to ma sens. - przekonywałam go. Mężczyzna w końcu uległ, wywrócił oczami, a później przesunął się, robiąc mi miejsce w celu przejścia przez drzwi.
Wszystko komponowało się z wyglądem zewnętrznym poza kilkoma elementami. Brak elegancji i szykownego wystroju wnętrza, co potęgowałoby ciepło bijące od osiedla. Tutaj było cicho, ponuro i smutno. Dawno nie odnawiano pustych, brudnych, a także porysowanych ścian, na których Ashton na pewno porozwieszałby parę plakatów swoich ulubionych zespołów. Panele skrzypiały tak, że z łatwością osoba śpiąca obudziłaby się, gdyby ktoś przechodził obok.
Wuj Asha zaprowadził mnie do salonu, który mieścił się po środku domu. Niegdyś białe ściany teraz znacznie poszarzały. Do pokoju dochodziło mało światła, gdyż okna przysłaniały zasłony. Gdyby ktoś był tu przejazdem i chciał wpaść, aby spytać o dalszą drogę czy cokolwiek innego, pomyślałby, że dom jest opuszczony i nie zamieszkiwany od lat. Tuż obok okien, gdzie kawałek bordowego materiału został przesunięty, żeby widz mógł podziwiać widoki, stało drewniane krzesełko. Siedziała na nim kobieta; dosyć szczupła, a nawet mogłabym rzec chuda. Jej twarz zwrócona była do szyby, ale śmiało mogłam stwierdzić, że była krewną Ashtona. Kręcone włosy w identycznym odcieniu blondu opadały na jej ramiona. Widząc tylko profil dostrzegłam te same rysy twarzy. Dłońmi kurczowo ściskała ramę krzesła, siedząc sztywno. Nie zwróciła swojej głowy nawet, kiedy samolot przelatywał nad domem. Nuciła pod nosem nieznaną mi piosenkę, może kołysankę, nie wiem. Przypominała wariatkę, ale nie potrafiłam uwierzyć, że stwierdzono u niej schorzenie. Coś podpowiadało mi, że to złudzenie, którego twórcą jest wuj lub... sam Ashton.
- Dzień dobry - mruknęłam z nadzieją, że pomimo mojego zdenerwowania kobieta mnie usłyszała.
Nie odpowiedziała.
- Anne, masz gościa - zwrócił się do niej brat, jednak jego także zignorowała - Anne - powiedział nieco głośniej, co zabrzmiało bardziej jak rozkaz niż prośba. Kobieta jednak wtedy zareagowała; odwróciła bladą twarz, obdarowując mnie uśmiechem. Jej niewinne oczy patrzyły na mnie. Zaschło mi w gardle. Nie umiałam się odezwać. Zestresowałam się. - To Cait...
- Caitlin Teasel - dokończyła za niego, a ja poczułam jak zaczynam gotować się we własnej skórze.
Podeszłam do kobiety. Zabrałam krzesło przysunięte do stolika, a następnie ustawiłam je naprzeciwko niej. Zajęłam swoje miejsce, splatając palce u dłoni. Ona nie patrzyła na nic innego, jedynie na mnie, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół mojej twarzy.
- Ashton miał rację, jesteś śliczna - skomplementowała, a ja wysiliłam się na niewielki uśmiech.
- Opowiadał pani o mnie? - zadałam swoje pierwsze pytanie.
- Żeby tylko raz! - klasnęła w dłonie - Nawet niedawno mówił, że piękniejesz z dnia na dzień. Kiedy ostatnio cię widział, to...
- Pani Irwin... - wtrąciłam.
- Mów mi Anne.
- Jasne... - szepnęłam, szybko wracając do tematu - Anne... Ashton nie żyje...
Zapadła cisza. Blondynka spuściła wzrok; stała się poważna. Spoglądałam na zegarek, aby sprawdzić ile już rozmawiałyśmy. Minuta. Minęła jedna minuta, a ja już bałam się o jej stan zdrowia. Chciałam wyjść, a jednocześnie zostać i usłyszeć odpowiedź na moje stwierdzenie.
- On myśli, że jestem nienormalna... - powiedziała tak, że ledwo zdołałam usłyszeć jej słowa - Ale mój syn żyje... wczoraj tutaj był...
- T-to niemożliwe - wydukałam - Widziałam jego śmierć.
- Musisz mi uwierzyć - wbiła we mnie swój wzrok - On żyje, rozumiesz? Po prostu nie może się ujawnić, jeszcze nie teraz!
Patrzyłam na nią, jak na obcą istotę z którą spotykam się po raz pierwszy. Nie mam na myśli człowieka, a raczej coś, czego w życiu nie widziałam, na przykład kosmitę. Nikt wcześniej nie śmiał twierdzić, że Ashton wcale nie leży w grobie. Ona zdawała się być pewną swoich słów. Spotykała się z nim, rozmawiała, zapewniała mnie o tym. Zagrała na moich emocjach, bo naiwnie pochłaniałam każde wyszeptane zdanie, które padło z jej ust. Moje serce radowało się, bo on żył, naprawdę żył. Ukrywał się, obserwował i dbał o mnie. Nadal mnie chronił, jako Cień. Wiedziałam, że miałam rację. Moje uczucia nie umierały, nie próbowały pożegnać Ashtona, bo on nie odszedł. Nigdy nie odszedł. Potwierdziła to sama Anne Marie.
- Gdzie on jest? - zapytałam głośno - Możesz podać mi adres?
- Kto? - spytała blondynka marszcząc brwi - Kto dziecinko?
- Ashton! - krzyknęłam poirytowana - Mówiłaś, że wczoraj widziałaś się z nim.
- Wczoraj spacerowałam z Davem - odparła, patrząc na brata i uśmiechając się do niego.
Opadłam na siedzenie wzdychając ciężko, kiedy łzy spływały po moich policzkach. Przesłyszałam się? Źle zrozumiałam? Czy to po prostu zwykła iluzja zapewniająca mi szczęście dopiero teraz zniknęła tak, jak czar, który po pewnym terminie pryska i zostaje to śmieszne nic nie warte wspomnienie. Przeklęta pamięć, która nie daje ci spokoju.
- To niemożliwe... - wymamrotałam zdruzgotana.
Moje wargi zaczęły drżeć. Właśnie poznałam objawy choroby Anne Marie Irwin. Może nie szczegółowo, ale rozumiałam już jakiego typu jest jej schorzenie. Mimo swojej porażki nadal nie potrafiłam się poddać. To, co mówiła na początku naszej dyskusji nie opuszczało mojego umysłu. Powtarzałam sobie w głowie, że musi być inne wyjście. Wyszukiwałam masę powodów dla których powinnam walczyć i wyciągnąć więcej informacji. Przyjechałam tu, żeby pozyskać wiadomości korzystne dla mojego śledztwa, jak ogromną porażką byłoby wyjście z niczym? Za wszelką cenę chciałam poznać prawdę, ale czy ona w ogóle istniała?
Zadawałam sobie samej pytania, siedząc przed schorowaną kobietą, która zupełnie nieświadoma, jaki punkt był tej rozmowy, uśmiechała się kulturalnie od czasu do czasu potakując i kręcąc głową, pomimo panującej niekomfortowej ciszy. Brat matki Ashtona gapił się na mnie błagalnym wzrokiem, licząc, że przestanę nękać Anne. Czekał aż podziękuję za rozmowę i wyjdę, dając jego siostrze zasłużony spokój.
Ale moja determinacja, upierdliwość i nadzieja na dotarcie do sedna sprawy w którą zamieszany był martwy albo żywy, zły bądź dobry Ashton, nie pozwalała mi na opuszczenie tego domu z tak ogromnym niedosytem. Tu chodziło również o mnie, a także moich przyjaciół, którzy znajdowali się w niebezpieczeństwie a mi przystało ich chronić. Dlatego też zdecydowałam uciec się do ostateczności.
Wyjęłam z torebki plik kartek, na których były informacje skserowane prosto z kartoteki Ashtona. Niepewnie podałam je Anne Marie, a ona kompletnie zaskoczona nagłówkiem wsunęła dokument w swoje blade i chude dłoni. Dave zmarszczył brwi, a potem wytężył wzrok, żeby obejrzeć co takiego miała w rękach jego siostra.
- To... to... - dukała, jakby nigdy przedtem nie widziała policyjnych akt. Spoglądała na nie, niczym na cenny skarb wymagający intensywnej ochrony.
- Kartoteka Ashtona - powiedziałam naturalnie - Nie jest zamknięta, a to oznacza, że... - próbowałam naprowadzić kobietę na trop, którym sama podążałam.
- Kim jesteś?! - przerwał mi mężczyzna, zabierając Anne informacje - Jesteś detektywem? Kto cię wynajął?
- Nie, nie jeste.. ja.. - zaplątałam się - Możliwe, że pańska siostra nie oszalała i Ash...
- To prywatne informacje! Kradzież jest karalna! - krzyczał - Wynocha! - palcem wskazał na drzwi rozwścieczony.
- Ale, ja naprawdę... - próbowałam ratować sytuację i znaleźć logiczne wytłumaczenie.
- Mój siostrzeniec nie żyje! - syknął - A moja schorowana siostra jest w żałobie po zmarłym dziecku. Jak śmiesz?! Opuść nasz dom przeklęta gówniaro albo zadzwonię na policję!
Szybko zabrałam torebkę i zniknęłam za ścianą oddzielającą korytarz od salonu. Roztrzęsiona wybiegłam z domu. Dotarłam do auta, po czym odblokowałam drzwi za pomocą kluczyków. Opadłam na fotel kierowcy, bezradnie patrząc na przednią szybę. Wolałam zatrzymać swoje skupienie na przestrzeni niż rozluźnić każdy mięsień i pozwolić sobie na płacz, krzyk i histerię z powodu porażki. To jednak było niemożliwe. Łzy wylewały się z moich oczu strumieniami. Szlochałam, bo przegrałam. Dzięki tej kobiecie nadzieja znów się pojawiła, ale dzięki niej również umarła. Dochodziłam do wniosku, że to ja mam problemy natury psychicznej. Szukałam dziury w całym. Szpiegowałam własnego chłopaka i grzebałam w jego rzeczach, robiłam z niego podejrzanego i wyżywałam się na nim w każdym możliwym momencie zamiast wysłuchać i zrozumieć jego problemy. Zyskałam nic, a straciłam wszystko i oczywiście zauważyłam to po czasie.
- Nie, nie, nie! - krzyczałam uderzając pięściami w kierownicę. Chciałam przywrócić Ashtona do życia tak bardzo, że tworzyłam irracjonalne argumenty, fałszywe poszlaki i zachowywałam się śmiesznie. On umarł, a moim jedynym zadaniem było się z tym pogodzić i pogrzebać go tak, jak zrobiła to reszta. Ruszyć dalej, zająć się teraźniejszością, zaufać ludziom i zdobywać ich zaufanie. Walczyć z wrogami oraz przeciwnościami losu, których teraz na nowo pojawiało się mnóstwo. Ktoś działał na moją niekorzyść, a ja zupełnie odeszłam od tego tematu zajmując się najmniej istotną w tej chwili sprawą.
Musiałam wrócić do żywych, zmierzyć się z wyzwaniem i zagrać w grę, którą zgotował mi los, ale żeby to zrobić zaplanowałam dać upust swoim emocjom; wziąć dzień lub kilka godzin wolnego. Zapomnieć o wszystkim, dosłownie. Niestety, był tylko jeden sposób, aby to zrobić.
Irwinxhat