środa, 11 lipca 2018

Rozdział 38

muzyka: KLIK
_______________________________________

Addelaine spędziła całą noc siedząc na fotelu i patrząc się w okno. Nie zmrużyła nawet oka i nie czuła przez to zmęczenia. Cyfry na zegarze co minutę zmieniały się, a czas płynął szybko. Nawet nie spostrzegła, gdy za oknem zaczęło robić się jasno.
Dochodziła piąta nad ranem, kiedy Michael wpadł do pomieszczenia bez pukania. Zaczął rozglądać się energicznie po pokoju, ale gdy nie odnalazł swojego przyjaciela, a zamiast tego zastał adwokatkę, która w dłoni kurczowo ściskała pustą szklankę, obok której leżała również pusta butelka po alkoholu.
- Nie było go - odezwała się pierwsza, wyprzedzając jego pytania - Nie przyszedł tutaj.
Nie spojrzała nawet na Clifforda, kiedy to mówiła. Jej wzrok zatrzymał się na widniejącym za oknami balkonowymi lesie. Liście na drzewach szumiały pod wpływem wiatru i od czasu do czasu odsłaniały wschodzące słońce.
Ciemnowłosy westchnął głęboko, po czym usiadł na fotelu, naprzeciwko kobiety. Obejrzał ją od góry do dołu i dopiero wtedy zobaczył rzeczywiście, jakim wrakiem się stała. Nawet nie płakała, więc domyślał się, że wyzbyła się wszelkich nadziei, skoro jej cierpienie przybrało postać przerażającego spokoju. Pamiętał, kiedy do niej przyszedł i prosił ją o pomoc w uwolnieniu Ashtona. Wydawała się taka silna, twarda i niezależna od nikogo. Nic, ani nikt nie był w stanie jej złamać, co udowadniały filmy z jej rozpraw, które również przejrzał zanim się do niej zgłosił. Ale teraz już taka nie była, coś się zmieniło. Sprawiała wrażenie kruchej i słabej, tylko nieznany był tego powód. A to prowadziło do komplikacji. 
- Addelaine - zawołał, zerkając jeszcze raz na nią, a gdy zwrócił jej uwagę, to na szklankę - Nie możesz się poddawać, nie teraz.
- Dlaczego? - zapytała obojętnie, po czym spojrzała na niego wzrokiem, w którym nie widać już było smutku lub żalu, a niepokojącą pustkę - To wszystko na nic.
Levinson uniosła delikatnie szklankę i zaczęła nią obracać, jakby próbowała znaleźć sobie lepsze zajęcie niż przejmowanie się problemami. Michael natomiast podniósł się z fotela i stanął nad kobietą, chcąc przemówić jej do rozumu.
- Bo co? Bo spieprzyłaś? - odpowiedział pytaniem - Bo ja spieprzyłem? Bo Calum spieprzył? Nie pierwszy i nie ostatni raz to zrobiliśmy - powiedział jakby z lekkością, chociaż sytuacja była naprawdę skomplikowana - Jeśli ci to pomoże, weź kolejną butelkę whisky czy kawałek czekolady i wstań na nogi, bo nie mamy czasu na smutek.
- To nie ja, czy ty albo Calum potrzebujemy wstać na nogi - odparła - Ashton potrzebuje. I wiesz, jaki jest problem? Problemem jest bezsilność. Bo Ty, ja i Hood może chcemy to naprawić, ale jest jeszcze Irwin, który nie widzi w tym sensu.
- A ty jesteś jedyną osobą, która jest w stanie ten sens dla niego odnaleźć - wyjaśnił - Nie chcę cię tam, jako przyjaciółki, Addelaine. Chcę, żebyś była przy nim, jako adwokat.
Clifford położył dłoń na jej ramieniu i popatrzył błagalnie. Brunetka spojrzała na niego niepewnie. W jaki sposób miała sprawić, żeby Ashton po takiej tragedii w ogóle wysłuchał tego, co ma mu do powiedzenia? 

~*~

To był chłodny i ponury dzień. Addelaine stała przed bramą cmentarza, śledząc wzrokiem każdą literę wyrytą nad czarnymi wrotami. Dłonie skryła w kieszeniach płaszcza. Jej włosy rozwiewał wiatr, zakrywając co chwila twarz, na której malowało się sztuczne skupienie, bo w głębi duszy czuła okropny ból. Łamało jej się serce. Drżała ze strachu na myśl, że już za moment będzie musiała zmierzyć się z falą nienawiści, jakiej jeszcze nigdy dotąd nie spotkała. 
I chciała uciec. Jak najdalej stąd, z tego miasta, z tego kraju. Bo była przyzwyczajona, że wszyscy ją zostawiają, nawet gdy są to osoby, z którymi najwięcej się przeżyło. Ale musiała stać się znów tą samą osobą, którą Ashton poznał. Nie mogła być czuła i otwarta, jak ostatnio, gdy pozwoliła mu dotrzeć do siebie. Musiała znów stać się tą bezwzględną suką, o której pisali w każdej gazecie i której działania non stop komentowali dziennikarze. 
Panicznie się bała tego wszystkiego, co działo się wokół niej. Nie panowała już nad niczym i to ją przerażało - ten cholerny brak równowagi. Obawiała się tego, że zaczyna iść w złym kierunku, że zrobi coś, czego nigdy nie planowała robić. 
- Gotowa?
- Jak człowiek może być gotowy na coś takiego? - spytała, marszcząc brwi, by wyrazić swoje niezrozumienie. 
Spuściła wzrok i ruszyła przed siebie, aby odszukać odpowiedni grób, a także osobę, z którą zamierzała porozmawiać.
Blondyn całą noc i rozpoczynający się dzień stał nad nagrobkiem. Jego włosy nadal były wilgotne po deszczowej nocy. Łzy niepohamowanie płynęły po jego twarzy, a w głowie toczyła się walka. W dłoni kurczowo ściskał bukiet białych kwiatów. Sam nie wiedział, dlaczego właściwie zabrał je od kobiety, która stała przy cmentarzu i je sprzedawała. Widząc go, nawet nie wzywała policji, ani nie goniła za nim, by zapłacił. Pozwoliła mu dostarczyć bukiet w odpowiedni punkt. Wzrok Ashtona skupiony był tylko na brązowym marmurze, gdzie wyryto imię, nazwisko oraz datę urodzenia wraz z datą śmierci najbliższej jego sercu osoby. Ale najgorsza była pustka. Ta chwila, kiedy po prostu siedzisz i wpatrujesz się w jeden punkt, bo dociera do ciebie, że już nic nie jesteś w stanie zrobić. Ogarniało go to przerażające uczucie bezsilności, jakie zazwyczaj zżera od środka. I nie robił nic. Po prostu pozwalał temu nad nim zapanować, bo w końcu zaczynało do niego docierać, że jej już nie ma. Osoba, która od pierwszego spotkania sprawiła, że odnalazł w sobie człowieczeństwo zniknęła. Blondwłosa dziewczyna, którą zauważył przypadkiem na ulicy i dzięki której po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuł wyrzuty sumienia i postanowił jej pomóc na swój chory i pokręcony sposób już umarła. Tak jak on i cała nadzieja na bycie lepszym. Zostały mu tylko nękające go wspomnienia, przelatujące w jego umyśle, niczym kartki z kalendarza.


“- Więc? - ponagliła. 

Blondyn postawił kij bilardowy na ziemię, opierając na nim dłoń. Jego twarz wyglądała na zmieszaną, jakby się zastanawiał nad czymś, ale na pewno nie nad zamówieniem. Zaczął wystukiwać palcem rytm piosenki lecącej w radiu. Po chwili uśmiechnął się pod nosem, a następnie oparł o stół odkładając kij na bok. Skrzyżował dłonie i zdecydował się przemówić.

- Co tu tak właściwie macie? - zapytał zachrypiałym głosem. 

- Em.. - mruknęła - Różnego rodzaju alkohole...

- Jest whisky? - spytał, a ona skinęła - Więc zamówię whisky - zdecydował.”

~*~

“- Palant - warknęła.

- Idiotka

- Kretyn

- Do tego niewdzięczna

- Jesteś bezczelny

- A Ty naiwna i łatwowierna

- Cham! - krzyknęła.

- Pretensjonalna blondynka - burknął.”

~*~

“- Więc teraz gdzie? - ciepło jego oddechu przez moment gościło na skórze blondynki - Twoje łóżko, czy może moje? - pytał.

Jego dłoń przeniosła się na jej biodro, delikatnie je gładząc. Zasypywał policzki oraz szyję dziewczyny pocałunkami. Nie próbowała się uwolnić, ponieważ wiedziała, że i tak Ashton jest od niej silniejszy, nawet jeśli jest pod wpływem. Ściskał jej nadgarstek, utrzymując go wciąż przy ścianie. 

- Dość - warknęła.

- Caitlin - zamruczał do jej ucha,  przyciągając do siebie. Pochylił się, aby patrzeć prosto w oczy blondynki. Jego wzrok był łagodny, pełen spokoju z nutką rozbawienia. - Nawet nie wiesz, jaką mam ochotę teraz cię przelecieć... “

~*~

“- Nie musisz o tym zapominać - odpowiedziała Caitlin - Wystarczy, że pozwolisz sobie ruszyć dalej. Wiem, że to ciężkie, ale jesteś silny, uda ci się, rozumiesz?

Blondyn ciężko westchnął. 

- Jesteś jedyną osobą, która powstrzymuje mnie przed urwaniem temu gnojowi łba - warknął.

Jej dłonie przeniosły się na jego policzki. Delikatnie musnęła różowe, pełne wargi Ashtona. Pragnęła naprawić wszystko.”

~*~

“Michael pokręcił głową niezrozumiale. 
- Irwin, zależy ci na niej, w głębi duszy, gdzieś tam w środku ciebie, dobrze o tym wiesz, tylko jeszcze nie umiesz tego przyznać.
- Co ty pieprzysz? - spytał oburzony - Dobrze, wiesz, że mam ją w dupie.
- Ta? Więc po co nadal ją chronisz?
- Bo Logan jej chce, jasne? Tylko dlatego!”

~*~

“- To.. niemożliwe... - wymamrotała, wpatrując się w nową wersję człowieka, którego wcześniej uznawała za martwego - Ashton…”

~*~

"Jesteś inna... Możesz mi wierzyć lub nie, ale cię chronię... Proszę, wybacz mi... Pozwól mi siebie chronić, daj mi jeszcze jedną szansę... Dobrze wiesz, że potrzebujesz mnie tak, jak ja potrzebuję ciebie... Przepraszam, Caitlin... Tak bardzo mi przykro... Nie okłamię cię nigdy więcej... Tak bardzo cię potrzebuję..."

~*~

- Wysłuchaj tego, co mam ci do powiedzenia! - krzyknął - Musisz być taką cholerną ignorantką?!
- Co takiego?! - pisnęła oburzona.
Odwróciła się na pięcie, piorunując Irwina wzrokiem. 
- Zrobiłem to dla ciebie! – krzyknął, powstrzymując ją przed monologiem – Chciałem, żebyś była bezpieczna niezależnie, jaką niosło to za sobą cenę. 

 ~*~

- A ty? – krzyknął, powstrzymując znów jej kroki – Powiedz mi, co ty wiesz o miłości.
Patrzyła jak stoi pewnie, krzyżując ręce i czeka, aż skusi się na udział w dyskusji, dzieląc się swoją wiedzą na temat zakochania. A ona licząc, że kiedy odpowie na zadane przez niego pytanie to nareszcie się odczepi, porwała się na dalszą rozmowę.
- Wiem, że miłość jest wtedy, gdy pragniesz szczęścia drugiej osoby, nawet gdy nie ma w nim miejsce dla ciebie. Miłość jest umiejętnością rozstania. – zdefiniowała pełna złości, mając nadzieję, że Ashton zauważy aluzję.
Blondyn zaczął zmniejszać dystans między nimi.
- Zgadza się – przyznał jej rację, będąc tuż obok. Była zaskoczona, że zrobił to z taką łatwością, bez rzucania kontrargumentu czy obelgi.
- Wniosek? – zapytała, licząc że zrozumie.
- Twój facet jest idiotą, a między wami nie ma czegoś takiego jak miłość – odparł, unosząc jej podbródek, a ona wypuściła powietrze zdziwiona, próbując zrozumieć jego sugestię – Powinien odejść, mając świadomość, że nigdy nie uszczęśliwi cię tak, jak robię to ja – wyszeptał do jej ust, złączając je następnie ze swoimi."

Obraz jej twarzy uciekał z jego myśli, stawał się coraz mniej wyraźny. Opadł na kolana, jakby stracił siły, aby utrzymać swoje ciało. Ale nie zbrakło mu ich, kiedy zamachnął się i cisnął w grób pogniecionymi od uścisku i zwiędłymi już kwiatami, wrzeszcząc wniebogłosy z bólu. Podniósł się i zaczął chodzić od lewej do prawej strony, ciągnąc palcami końcówki swoich włosów, próbując je wyrwać z głowy razem ze wspomnieniami. Wylewał swoją złość kolejnymi krzykami, co chwila stając i łapiąc oddech, aż w końcu mu go zbrakło. Złapał się za szyję, robiąc głęboki wdech i oparł się o drzewo posadzone między nagrobkami.
To była prawdziwa, lecz toksyczna miłość, która nie mogła zakończyć się w inny sposób i gdzieś daleko w myślach, Ashton doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Był kryminalistą, miał za wielu wrogów, przez co jego bliscy mieli wypisaną historię bardzo podobną do jego. Śmierć Caitlin tylko utwierdziła to przekonanie.
Ale przez tyle lat trzymała go nadzieja, że pewnego dnia znów ujrzy światło dzienne, a jego życie będzie wyglądało tak, jak za nastoletniego wieku zanim zaczął wdawać się w złe towarzystwo. I ta nadzieja sprowadziła go po raz kolejny na ziemię udowadniając, że nigdy nie istniała. Bo za każdym razem, kiedy Ashton jej szukał powtarzając sobie, iż po prostu musi uwierzyć.. ona się nie pojawiała lub była chwilowa.
Wydawało mu się, że to Caitlin. Traktował ją jak nadzieję, ucieczkę od tego przerażającego świata, w którym znalazł się przypadkiem, jednak ona również go opuściła. I ten fakt nie zabijał go od środka. Ashtona niszczyło przeświadczenie, którym do tej pory żył. A była nim czekająca na jego wyjście Caitlin, której w rzeczywistości nie było. Największy ból sprawiała mu myśl, że w ciągu dziesięciu lat codziennie tkwił w fikcji; wyobrażał sobie dni spędzane z nią oraz najbliższymi przyjaciółmi, które nie miały prawa nadejść, ponieważ brakowało jednej osoby niczym puzzla do tej niesamowitej układanki. Niczego nieświadomy marzył i szukał w sobie sił, żeby przetrwać każdy dzień – głównie dla niej. I nagle wszystko zniknęło, umarło, umarł Ashton.
Caitlin była nadzieją zarówno jak i zapalnikiem, wywołującym w nim niepohamowany gniew, ale też nie napotkane wcześniej emocje, których musiał się uczyć niczym niemowle stawiania małych kroków. I za to właśnie ją kochał. Potrafiła obudzić w nim wszystko co najlepsze, ale również to, co najgorsze i pomóc mu zbudować nad tym kontrolę. A teraz? Teraz znów ogarniał go wielki chaos. Jej śmierć wprowadziła do jego życia zamęt, nad którym obawiał się, że nie zapanuje. 
Nie mógł dłużej patrzeć na jej nazwisko wygrawerowane na murze. 
Dłonią opierając się o mur wyszedł za cmentarz. Przed nim znajdowała się ulica, po której co chwila przejeżdżały auta. Odgłosy silników oraz klaksony powodowały dodatkowy chaos w głowie Ashtona. Świat przed nim wirował. Nie potrafił dalej iść. Osunął się na ziemię, podkulił nogi i wziął następny głęboki wdech, jednak nie przyniósł on ukojenia. Skrył swoją twarz w dłoniach, po czym rozpłakał się niczym małe dziecko. I nie dlatego, że swoją miłość mógł ujrzeć już tylko we wspomnieniach. Powodem jego załamania była świadomość, że nigdy więcej nie będzie niczego pewien. Przy niej nie czuł się zagubiony, popełniane błędy nie odciskiwały swojego piętna w tak silny sposób, jak bez niej. A teraz… kiedy poznał prawdę.. znów stanął w miejscu, przestał widzieć cele, zaczął zastanawiać się, dokąd zmierza, co zrobi. Strach przejął nad nim kontrolę.
Przecież Cienia już nie było.. Miał w zamiarze być Ashtonem Irwinem, zwykłym szarym człowiekiem, który wcześniej zboczył z obranego kursu, ale znalazł i wybrał odpowiednią drogę prowadząc życie u boku ukochanej i przyjaciół. Ale coś przestało w tym schemacie pasować. Przyszła niespodziewana apokalipsa, koniec świata. 
Ona była jego końcem świata.
 Był zmęczony i zagubiony. Nie wiedział, co dalej. Zabrakło mu sensu w życiu. Był jedynie pewny tego, że nie chciał dłużej brać udziału w tej farsie. Grać w grę Seana, którą przeszedł już kilkanaście razy.
Nie spotrzegł, kiedy Addelaine znalazła się u jego boku, próbując nawiązać z nim rozmowę. Gdy nie odszukała go na cmentarzu, postanowiła obejść cały jego teren na zewnątrz. Kamień spadł z jej serca, gdy go odnalazła. Myślała, że zniknął na zawsze lub zrobił coś o wiele gorszego. Na szczęście, pojawiła się na czas.
Levinson mówiła do niego, ale wyglądało to tak, jakby krzyczała do ducha wymieniając powody, dla których powinien zebrać się do kupy, wstać i iść dalej. Żadnego jej argumentu nie usłyszał. Ona zaś nie poddawała się, chociaż doskonale wiedziała, jak ciężko musi być zaakceptować obecną sytuację z własnego doświadczenia. Z tego powodu nie pozwalała samej sobie zostawić Ashtona w takim stanie. Skoro ona umiała powstać po upadku, on również musiał to zrobić, nieważne jak wielki ciężar niósł na swoich barkach.
- Jak możesz przychodzić tutaj? - spytał - Bez żadnego ciężaru, czy poczucia winy? - całkowicie zignorował wszystkie jej słowa, uznając to za zwykły, bezsensowny i mało wiarygodny bełkot.
- Ja… Ashton… posłuchaj.. - adwokatka sama pogubiła się w tym, co zamierzała mu jeszcze chwilę temu powiedzieć, widząc jego postawę. 
- Addelaine.. - wypowiedział jej imię słabym i miękkim głosem, jakby za chwilę miał się rozpłakać - Skończyłem z byciem dobrze wychowanym, więc powiem to wprost. Spierdalaj.
W pierwszej chwili delikatnie ją zamurowało. Otworzyła usta zupełnie zaskoczona jego słowami, a w głowie szybko zapaliła się czerwona lampka z napisem “Uciekaj”. Zacisnęła usta i już miała wstać, gdy odwróciła wzrok i w tle zobaczyła skrytego za drzewami Michaela, szepczącego ciche.
- Proszę… 
Brunetka wypuściła niegdyś lekkie, a teraz ciężkie niczym kilogramowy ciężarek powietrze.
Usiadła naprzeciwko blondyna. Niepewnie wyciągnęła dłonie ku jego twarzy, aby pogładzić lekko zaróżowione i wilgotne od łez policzki, jednak nie odważyła się na ten ruch. Zacisnęła swoje palce na nadgarstkach mężczyzny, mówiąc twardo i głośno jego imię. Uniósł wzrok, a jego oczy wypełnione były żalem oraz nienawiścią, która sprowadzała go do pobudzenia w sobie ciemności niegdyś w nim panującej.
- Przejdziesz przez to – powiedziała poprzez zaciśnięte zęby Addelaine akcentując każdą literę – Przeszedłeś przez gorsze rzeczy, przejdziesz również przez to – dodała, patrząc na niego z determinacją. – Jesteś silny, Irwin.
- Silny? – zapytał kpiąco – W takim układzie musisz być ślepa – zadrwił posyłając jej wrogie spojrzenie – Nie widzisz, gdzie się znalazłem? – rozłożył ręce, aby ukazać kobiecie swój punkt – Jak nisko upadłem?
Addelaide puściła ręce blondyna, a następnie wstała. Popatrzyła na niego z góry, uśmiechając się delikatnie. Ashton zerkał na swoją adwokat niepewnie, uznając że tym ruchem przyznaje mu rację. Ta zaś pokręciła głową, poprawiła swój płaszcz i zabrała głos w dyskusji.
- Kiedyś zadałam to samo pytanie pewnej osobie i wiesz co mi odpowiedziała? – spytała czekając na jakąkolwiek reakcję swojego towarzysza. Ashton wzruszył obojętnie ramionami, a wtedy Addelaine wyciągnęła ku niemu dłoń. – Każdy czasem upada, ale tylko osoba silna jest w stanie się podnieść.
- Co sprawia, że myślisz o mnie jako o osobie silnej?
- Być może to, że nie uciekasz od problemów, a stawiasz im czoła. – odparła z łatwością, bez większego zastanawiania się – A to według mnie definiuje cię, jako osobę silną. – Addelaide odsunęła swoją rękę. Pochyliła się nad Ashtonem i poklepała go po ramieniu, kończąc swoją myśl. – O ile dzisiejszego dnia nie zaniechasz swoich działań.
Ależ ona ma tupet - pomyślał. Nie potrafił znieść jej towarzystwa, nie mówiąc już o zaufaniu. Miała być osobą, która wyprowadziłaby go z ciemności, kierując prosto do Caitlin. A tymczasem nawet ona.. zwykła, obca mu adwokatka zawiodła i zdradziła. Jak po czymś takim miał jej słuchać
- Uwielbiasz kłamać, co? - zapytał z wyrzutem - Dlatego nie powiedziałaś mi o niej?
- Nie - odparła szybko, po czym dodała - Nie powiedziałam ci, ponieważ to nie było ani moje kłamstwo, ani moja prawda do wyznania - jej ton był ostry, jakby przestała się przejmować sytuacją, w której wszyscy się znaleźli. Ale szybko pożałowała swoich słów. Nie potrafiła czuć się bez winy. 
Stanie nad Ashtonem i błaganie go o wzięcie się w garść nagle stało się niekomfortowe. Poczuła dziwny, nieprzyjemny chłód wiatru, który przebiegł po jej ciele, jakby właśnie karcił ją za bycie podłą egoistką. A głos w jej głowie znów powrócił, nękając ją.
Jak mogła prosić go o coś, czego sama nie potrafiła jeszcze kilka lat temu zrobić? Dlaczego w ogóle żądała od niego współpracy po tym, jak nadszarpnęła jego zaufanie, nie mówiąc o jego stracie? To było niedorzeczne, głupie i niepoważne. Powinna była postawić się Michaelowi, wrócić do domu albo chociaż ugryźć się w język. Gdyby nie jej wiedza, pozostawienie Caluma w opałach, a potem chęć jego ratunku na własną rękę i zwabienie przyjaciół, nic takiego nie miałoby miejsca. 
Przełknęła głośno ślinę.
- Nie możesz tu zostać - oświadczyła cicho - Poczekam w samochodzie – poinformowała, już na niego nie zerkając, a później ruszyła w stronę parkingu zostawiając blondyna na chwilę rozmyśleń. Ze spokojem odeszła, ale po wejściu do auta wypuściła powietrze zmieszane z negatywną energią, jaka utrzymała się podczas jej rozmowy z Ashtonem. Schowała swoją twarz w dłoniach, by ukryć wstyd, jakim się pokryła. Nie umiała już sama uwierzyć w siebie. Nie była pewna swoich możliwości, ani umiejętności. A w dodatku nie chciała już podchodzić do Ashtona profesjonalnie, jak do klienta, bo związała się z nim emocjonalnie. Przestała wierzyć, że jest niebezpiecznym mordercą bez uczuć, a patrzyła na niego, jak na człowieka, któremu przydarzyło się zbyt wiele tragedii. A dopóki nie potrafiła się tego przeświadczenia wyzbyć, nie mogła cechować się zawodowym podejściem.
Myślała, że przegrała. Zdarzyło jej się to tylko raz i piekielnie bolało, ale tym razem… to uczucie urosło w sile. Nadzieja zniknęła w momencie, kiedy Irwin odmówił pomocy swojemu przyjacielowi i już wtedy zdała sobie sprawę, że nie ma na co liczyć.
A jednak niespodziewanie po piętnastu minutach drzwi od strony pasażera otwarły się, a siedzenie zajął Ashton Irwin. Nie odwrócił głowy w jej stronę. Patrzył przez boczną szybę czekając, aż Addelaide nakaże kierowcy auta ruszyć wyraźnie dając jej do zrozumienia, że czas pocieszeń lub rozmów na temat tego, co wydarzyło się dziś minął.
Szofer z agencji uruchomił silnik, a wtedy Irwin po raz pierwszy i ostatni odezwał się w aucie.
- Zatonąłem, Levinson - powiedział twardo, chcąc przekonać ją, że to już koniec - W jednym wielkim cholernym oceanie pieprzonego mroku, w którym będę tkwił już cały czas. 
- Nie szkodzi, panie Irwin - odpowiedziała ze spokojem - Ja również byłam na dnie tego samego oceanu - spojrzała w jego stronę - Ale najważniejsze jest, żeby się od jego dna odbić. 


_______________________________

Jeśli macie do mnie pytania, zapraszam TUTAJ

Obserwatorzy

Szablon
Fantazja
zxvzxvz