wtorek, 12 września 2017

Rozdział 14

Addelaine wysiadła z samochodu, a za nią reszta obecnych osób. Zaczęła iść w stronę, gdzie widziała powoli znikającego w tłumie ludzi Ashtona. Andre dołączył do niej i podtrzymywał jej krok. Jego twarz czerwieniała, a na twarzy malowała się złość. Zaciskał już dłonie i czekał, aż dorwie Irwina, by móc wymierzyć swoją sprawiedliwość. Był również zły na prawniczkę, która powoli, spacerkowym krokiem podążała za więźniem, który właśnie im zbiegł. Nie mógł zaakceptować jej post podejścia do sprawy.
- Długo będziesz tak wędrować? – zapytał z irytacją, patrząc na nią wkurzony – Właśnie spieprza nam więzień.
Addelaine zaś zatrzymała się i skrzyżowała ręce, spoglądając na mężczyznę z politowaniem.
- To będzie twój problem – odparła, wywracając oczami – O ile wiem, to ty się nim opiekujesz – palcami pokazała cudzysłów – A ja nie jestem mistrzynią w sportcie zwanym „Bieg w szpilkach”.
Andre zerknął na jej stopy, które faktycznie zdobiły czarne, matowe szpilki.
- Długo będziesz czekał, idioto? – zapytała zdenerwowana – Biegnij po niego! – nakazała, a mężczyzna ruszył w poszukiwaniu więźnia, a za nim jego dwóch przyjaciół.
Dziesięć minut później wrócili, w towarzystwie Ashtona, którego wyraz twarzy nie wyrażał zadowolenia, jak Addelaine się spodziewała. Andre szybko wepchnął Ashtona do samochodu, zanim ktoś z ludzi zdążyłby zadzwonić i poinformować media lub policję, że najgroźniejszy morderca zbiegł służbom specjalnym.
- I?! – spytała głośno brunetka – Gdzie ona jest?
- Ja… Ja nie wiem, myślałem, że….
- No pięknie – podsumował funkcjonariusz – Nie dość, że wypuściłaś więźnia na wolność, to okazuje się, że jest w dodatku pierdolnięty i ma zwidy.
- Stul pysk – rozkazali zgodnie, a później spojrzeli się na siebie. Addelaine spiorunowała swoim wzrokiem Ashtona, który mógł ugryźć się w język, ale mimo wszystko rozumiała jego reakcję. Zwróciła się do niego grzecznie i spokojnie, chociaż w głębi duszy serce łomotało jej ze zdenerwowania. Umiała to po prostu dobrze ukryć.
- Nie możesz tak uciekać, Ashton – oświadczyła – Ledwo wyszedłeś, a takie zachowania nie pomogą Ci w utrzymaniu przepustki.
- Ja po prostu.. – zająknął się, kiedy próbował wytłumaczyć całą sytuację, ale Addelaine sprawnie przeszkodziła mu.
- Wiem – wtrąciła – Po takim czasie wyjście z więzienia może być trudne. Mogłeś się pomylić.
Samochód jechał już drugą godzinę, a Ashton cały czas wypatrywał za oknem znajomych miejsc, a także.. Caitlin. Ciągle jego myśli krążyły wokół niej. Ta dziewczyna wyglądała tak znajomo, prawie identycznie. Nie mógł wyrzucić jej ze swojej pamięci.
Nagle spostrzegł tabliczkę „Witamy w Hurstville” i szybko zwrócił się do reszty osób.
- Jedziemy do mojego domu?
- Został sprzedany – oświadczył Calum.
- Mieszkania?
- Też już go nie masz… - odpowiedział z zakłopotaniem Michael.
Ashton prychnął, zwracając się ponownie do okna i mruknął cicho.
- Wow, a mam chociaż swoje konto bankowe, żeby móc je kupić czy również jest sprzedane?
- Jakby ci to powiedzieć… - zaczął Calum, ale Addelaine mu przerwała.
- Twoje konto zostało zamrożone – oznajmiła ze spokojem – Pieniądze nadal się na nim znajdują, ale nie masz do nich dostępu.
- Więc kto ma? – zapytał, zerkając na nią podejrzliwie.
Levinson uśmiechnęła się ciepło.
- Osoba, do której właśnie zmierzamy.
***
Gdy tylko wjechali w odpowiednią ulicę, Ashton rozpoznał miejsce, w którym się znajdowali. Każdy domek jednorodzinny, który mijali wyglądał tak, jak je zapamiętał. Nic w okolicy nie zmieniło się. Poza kilkoma rzeczami i… osobami.
Zatrzymali się przed znajomym mu domem, w którym spędził swoje całe dzieciństwo. Wysiadł z samochodu i nie czekając na swoich towarzyszy przeszedł przez ogrodzenie, zanim brama zdążyła się otworzyć, jak to robił w młodzieńczych latach. Ze schodów właśnie schodził lekko zasiwiały mężczyzna, który nie był wcale obcy, a odpowiadał za całe to zamieszanie.
- Nie sądziłem, że w końcu normalnie cię uściskam – zawołał wuj Ashtona, któremu wpadł w ramiona, gdy go zobaczył.
- Dziękuję – powiedział cicho – Nie sądziłem, że ktoś po tylu latach o mnie pamięta i jest w stanie zrobić tyle, ile ty robisz teraz…
- Ashton, ja w ciebie wierzę – szepnął mu do ucha – Nie spieprz tego.
- Postaram się – obiecał.
- A teraz zapraszam do domu, gdzie czeka na ciebie ktoś ważniejszy niż ja – poprosił, po czym podążył do Addelaine, by przywitać się z nią i zostawić go na moment samego, by mógł przeżyć tę chwilę sam.
Blondyn powoli wszedł po schodach, nie spodziewając się tego, co może zaraz zobaczyć. Przeszedł przez korytarz do salonu, gdzie stała niska postać o średniej długości siwych włosów, odwrócona do niego plecami. Słysząc kroki, zwróciła się, by pokazać swoją twarz.
- Ma…mama? – wydusił z siebie, gdy zobaczył starszą kobietę, która na jego widok rozpłakała się. W dłoni ściskała uchwyt laski, ale ona nie powstrzymała jej przed szybkim podejściem do mężczyzny i wzięcia go w swoje ramiona. Ashton również ją objął. Nie za mocno, ale z całą miłością, jaką darzył starszą kobietę i siłą tęsknoty, którą mógł jej okazać. Nie czuł się świadomy tego, co się właśnie wokół niego działo. Miał wrażenie, że część życia, której został pozbawiony i odcięty od niej na kilkanaście lat, właśnie do niego powróciła, a wręcz została mu podarowana. Addelaine oraz reszta towarzyszy patrzyli na niego i widzieli to oszołomienie, ale i szczęście, tęsknotę i desperację, jaka w tym momencie nad nim brała władzę. Wydawał się być taki mały i niewinny, niczym małe dziecko. Po jego policzku spłynęło kilka łez, które starał się ukryć i nie pokazywać nikomu, a zwłaszcza matce, która w przeciwieństwie do niego wylewała ich morze. Gdy oderwała się od niego, a on zdążył otrzeć łzy, głaskała go po głowie i policzkach powtarzając, że jej malutki synek wrócił. O mały włos, a raz by się prawie przewróciła z powodu braku sił i opuszczenia laski, która wspomagała staruszkę. Szybko Michael i Calum ruszyli na ratunek, sadzając kobietę na kanapie. Irwin zajął miejsce tuż obok niej, trzymając ją mocno za rękę. Addelaine siedząc naprzeciwko nie mogła wyjść z podziwu, w jaki sposób taki człowiek jak On, mógł sobie tak spieprzyć życie – mając kochającą, czekającą na niego rodzinę i przyjaciół; ciepły dom i wspaniałe życie. Sama wzruszyła się na oczach wszytkich, patrząc na ten niesamowity widok, którego zupełnie się niespodziewała. Patrząc na niego nie mogła zrozumieć, dlaczego nie chciał wyjść z więzienia, czemu nie chciał od niej pomocy i ucieczki od tego mroku, mając coś, czego ona nie mogła już otrzymać?
Po dwudziestu minutach wszyscy przeszli do wspominania poprzednich czasów. To było dla Addelaine bardzo korzystną sprawą, bo w końcu mogła dobrze poznać Ashtona i dowiedzieć się, jaką naprawdę był osobą. Jednak Irwin nie czuł zadowolenia, gdy jego mama mówiła o czasach szkolnych, a później przeszła do czasów, gdy przez dziesięć lat była sama i opowiadała, jak żyła. Wuj śmiał się z nią, Addelaine, Andre, Calum i Michael z grzeczności się uśmiechali, ale Ashton zbladł i spoważniał, aż w pewnym momencie wstał, rzucając cicho, iż za chwilę przyjdzie i wyszedł przez drzwi wejściowe. Andre już ruszał za nim, by nie spuszczać go z oka, ale Levinson powstrzymała go i sama podążyła za mężczyzną. Domyśliła się, że ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebował był natrętny funkcjonariusz.
Prawniczka znalazła mężczyznę siedzącego na schodach.
- Nie sądziłem, że to będzie takie trudne  - wyznał – Stać tam i…
- Rozumiem – odparła Addelaine, siadając obok mężczyzny – Nie tylko ty masz z tym problem, każdy ma.
- Gdyby chodziło tu tylko o mnie, ale.. wyrwałem dziesięć lat życia z nich wszystkich – powiedział, a w jego głosie słychać było ogromne rozczarowanie sobą i niewyobrażalny ból – To wszystko zdawało się być o wiele łatwiejsze, kiedy…
- Caitlin była obok? – spytała, wtrącając się blondynowi w słowo, a ten skinął.
Addelaine westchnęła.
- Nie sądzę, że poradzę sobie z tym…
- Poradzisz, Irwin – po raz kolejny weszła mu w zdanie, nie chcąc słyszeć żadnej odmowy.
Za bardzo go teraz potrzebowała. Musiała mu udowodnić i pokazać, że ma szansę z tego wyjść i jest w stanie walczyć, bo gdy w końcu to zrozumie – pomoże jej w schwytaniu jedynej osoby, o której w tej chwili jest w stanie myśleć.
- Wiesz, ile osób straciłem przez swoją własną głupotę? – zapytał z wyrzutem – Moją rodzinę, moich najbliższych przyjaciół, przeze mnie zginął Luke, Caitlin nie ma i och, Boże, nie mam nawet siły wymieniać ich wszystkich.
- Hej! – brunetka krzyknęła karcącą i dotknęła jego ramienia – Czytałam twoje akta i wiem, kto zabił Luke’a. Nie była to twoja wina.
- Gdybym ich wszystkich nie wpakował w swoje problemy, to wszystko nie miałoby miejsca – obwiniał się mężczyzna.
Addelaine wywróciła oczami i zabrała dłoń. Wstała i wysunęła rękę w kierunku blondyna, czekając aż po nią sięgnie. Nie mogła dłużej wysłuchiwać jego spowiedzi, w której zadręcza się czymś, czego powodem w ogóle nie był.
- Musisz przestać obciążać siebie błędami, w które ktoś inny cię wplątał. Może nie jesteś niewinny, ale nie możesz również ciągnąć za sobą czyiś występków. Wszyscy odpowiadają za siebie, nie ma organizacji charytatywnych, kiedy chodzi o popełnianie zbrodni. – powiedziała ostro, wyjaśniając – Dlatego zamierzam do więzienia wsadzić Seana Fletchera.
Ashton uniósł głowę i popatrzył na nią z niedowierzaniem.
- Uważasz, że jesteś w stanie to zrobić?
Levinson skinęła głową.
- Tylko, jeśli będę miała w tobie wsparcie – odparła, a w jej głosie można było wyczuć nutkę nadziei. Kiedy Ashton milczał, postanowiła ponegocjować – Ja znajdę Caitlin, a ty wsadzisz ze mną Seana do więzienia. Wydaje mi się, że to całkiem dobry układ.
Blondyn podał kobiecie dłoń, oddając jej również swoje zaufanie, chociaż coś mu podpowiadało, że nie powinien tego robić w stu procentach.
By załatwić sprawy dokumentowe, Addelaine zostawiła na godzinę Ashtona i jego przyjaciół wraz z Andre i wróciła do miasta, a później mieszkania, żeby chwilę odpocząć. Ku jej zdziwieniu, gdy szła przez korytarz, ujrzała uchylone drzwi mieszkania. Nie było to nic szokującego, jeśli Charlotte była w domu i zwyczajnie ich nie zamknęła, jednak parę rzeczy znajdowało się na wycieraczce, a to już budziło wątpliwości. Przyśpieszyła kroku i wręcz wpadła do mieszkania, aby je sprawdzić, ale przyjechała zdecydowanie za późno. Całe mieszkanie zostało zdemolowane.Akcesoria, naczynia i dodatki do domu leżały popękane na ziemii. Szafa z książkami była przewrócona, kanapa przekrywiona i rozdarta, okno balkonu wybite. Brunetka stała w korytarzu i bała się przejść dalej, nie chcąc widzieć większych strat. To co się wydarzyło w pierwszej części mieszkania było już dla niej wystarczające.
- Addelaine, chcesz mi powiedzieć, co tu się do cholery wydarzyło? – zza ściany niczym zaczarowana wyłoniła się Charlotte, a wyraz jej twarzy wyraźnie wskazywał na to, że jest zdenerwowana i przerażona tym, co zastała zanim Addelaine udało się trafić do domu.
Addelaine przeszła obok niej, o mało po raz kolejny nie wywracając oczami.
- A na co ci to wygląda? – burknęła pod nosem, gdy wchodziła do salonu.
Brunetka zaczęła podnosić papiery z podłogi, a popękane wazony oraz szklanki delikatnie i uważnie zbierać w jedno miejsce. Odnalazła w jednej z szuflad pod telewizorem reklamówkę i zdecydowała się powrzucać tam popękane szkło.
- To już przechodzi wszelkie pojęcie – Charlotte oburzyła się – A wszystko przez tę cholerną sprawę…
- Przestań – warknęła Levinson, nie pozwalając współlokatorce skończyć.
Charlotte nie wytrzymała i podeszła do kobiety, szarpiąc ją za rękę i odwracając do siebie.
- Czy ty naprawdę jesteś aż taka ślepa, Addelaine? – zapytała delikatnie, chociaż nadal wyczuwalna była jej złość, którą teraz dzialiła ze swoją koleżanką – Nigdy nie było takich szurniętych sytuacji! Nikt nie napadał na nasze mieszkanie! Raz na miesiąc przychodziły do ciebie jakieś groźby, a teraz?
Addelaine wstrzymała powietrze, po czym spojrzała na Charlotte z politowaniem.
- Próbuje nas zastraszyć – wyjaśniła – To nic takiego.
- Nic takiego?! – Ciemnowłosa rozłożyła ręce i rozejrzała się dookoła – To dla ciebie jest „nic takiego”?
Adwokatka wzruszyła ramionami.
- Nie zrezygnuję z Ashtona – oświadczyła pewnym głosem i wróciła do sprzątania całego bałaganu, jaki zastała.
Brunetka podeszła do beżowej kanapy okrytej białym bawełnianym kocem oraz kolorowymi poduszkami i przysunęła ją bliżej telewizora, by znów mogła stać prosto. Wazon, który jako jedyn nie zbił się, postawiła na komodzie, tuż przy zaległych, nieodczytanych listach. Reklamówkę z niepotrzebnym już szkłem zabrała i wrzuciła prosto do śmietnika. Próbowała naprawić drzwi od szafy, które z niej dosłownie zwisały, jednak urwały się zawiasy. Nie mogła już nic z nimi zrobić, nadawały się do wymiany. Zdjęła lustro, które wisiało na ścianie w korytarzu i ustawiła je przy śmietniku. Charlotte nie zamierzała jej pomóc, bo nie była winna tym wydarzeniom. Stała i patrzyła, jak Addelaine cierpliwie i bez narzekań porządkuje całe mieszkanie, jak gdyby żadne włamanie i rozruba nie miały tutaj miejsca.
- Kto nas próbuje zastrzaszyć – wydusiła z siebie w końcu pytanie, poprzez zaciśnięte zęby.
- Dobrze wiesz – odpowiedziała Addelaine.
- Kto?! – wrzasnęła Charlotte, a Addelaine zwróciła się ku niej.
- Sean! – również krzyknęła ostro – A myślisz, że kto zrobiłby taki burdel? Święty Mikołaj szukając choinki!?
Charlotte schowała twarz w dłonie i zaczęła chodzić w kółko po pokoju, powtarzając jedynie słowa „Nie wierzę”. Addelaine oglądała, jak jej koleżanka popada w panikę i nie wiedziała co robić, ani co powiedzieć, aby ją uspokoić. Kiedy już otwierała usta i wyciągała ręce, aby porozmawiać, za chwilę je opuszczała, bo brak odpowiednich słów, by jakkolwiek się usprawiedliwić ją blokował.
- Dlatego nie chcesz zrezygnować z Ashtona? – spytała – Bo on doprowadzi cię do niego, prawda?
Addelaine nieśmiało i cicho potwierdziła jej teorię.
- Jak długo będziesz się łudzić Addelaine, że to coś zmieni? – głos dziewczyny był pretensjonalny i sarkastyczny – Myślisz, że nadejdą lepsze dni? Nie. Nie… - zaśmiała się przez łzy – Nie dość, że marnujesz swoje życie, to jeszcze moje. To jest popaprane, ty jesteś popaprana, jeżeli uważasz, że to zwróci ci twoją ukochaną przeszłość. Życie to nie pieprzona bajka, a on nie żyje i ty nie zmienisz tego, choćbyś wsadziła za kratki Seana! On i tak będzie martwy. Jest od dwunastu lat, był i będzie!
- Zamknij się! – wybuchła brunetka uderzając płaską dłonią w blat stołu obok którego stała. Jej głowa była spuszczona w dół, a rozgarnięte włosy zakrywały twarz. Oddychała ciężko, jej całe ciało unosiło się, a dłonie błyszczały od potu. Zgarbiona, ledwo stojąca na nogach nie miała już dłużej siły, by słuchać ataków swojej współlokatorki. Uniosła lekko głowę, a przez kosmyki włosów można było zobaczyć jej ciemne, kipiące złością oczy. Gdy Charlotte patrzyła na nią, była prawie pewna, że mogłaby teraz zabić. Uderzyła w jej najgorszy czuły punkt, którego nikt nigdy nie odważył się poruszyć, bo doskonale wiedział, co może spowodować. Ona jednak nie była tego świadoma, ale kiedy już się przekonała, to postanowiła więcej nie próbować. A już na pewno nie rzucać tak ostrych słów w złości. Charlotte zdecydowała ulotnić się na jakiś czas, więc rzuciła tylko krótko:
- Pamiętaj, że ja też tu mieszkam i nie zamierzam tego znosić.
A po chwili już jej nie było. Zostawiła Addelaine całkiem samą.

Adwokatka powędrowała do kuchni, gdzie odnalazła całą, nie pękniętą szklankę. Nalała do niej whisky, którą wyciągnęła wcześniej z lodówki i upiła łyk. Ale smak nie był już taki sam, jak zawsze. Był gorzki, a zarazem mdły. Gdy nawet tak mały detal nie był w porządku, kobietę znów ogarnęła złość. Rzuciła szklanką o ziemię, a ta rozbiła się na drobne kawałki. Nie zamierzała tego sprzątać. Podeszła do ściany słabym i wolnym krokiem, a potem osunęła się na podłogę i rozpłakała, wspominając przeszłość, która chodziła za nią i przez którą ogarniał ją mrok. Wtedy niedaleko niej spostrzegła prostokątną kartkę, leżącą prawie że na środku mieszkania tak, by nie sposób było jej nie zauważyć. As.

Obserwatorzy

Szablon
Fantazja
zxvzxvz