sobota, 12 grudnia 2015

Rozdział 3

Tego dnia przemieszczała się przy pomocy komunikacji miejskiej. Prawie jak zwyczajna nastolatka siedziała na miejscu pasażera mając w uszach słuchawki, z których płynęły jej ulubione utwory muzyczne. Zmienił się jedynie jej wiek oraz okoliczności. I chociaż tęskniła za byciem młodą dziewczyną, która za zadanie miała tylko uczęszczanie do szkoły; gdyby miała okazję cofnąć czas, nie zrobiłaby tego. A jeśli jakimś sposobem byłaby do tego zmuszona, nie zmieniłaby żadnej decyzji, jaką podjęła w przeciągu ostatnich lat.
Pod jej pachą znajdowała się kartoteka Ashtona. Sam Dave przekazał ją do rąk brunetki i mimo że chciała spytać, jakim cudem w tak szybkim czasie udało mu się zdobyć ten dokument, po prostu wyszarpnęła go z dłoni szefa i wyszła bez słowa. Nie poddawała się lekturze; postanowiła że na samym początku porozmawia z klientem, żeby przeprowadzić pewną analizę polegającą na chęci współpracy.
Kiedy autobus przywiózł ją na miejsce, podziękowała kierowcy za bezpieczną podróż i opuściła pojazd, ruszając w krótką pieszą podróż, prosto do bram więzienia mieszczących się trzy ulice dalej. Mimo głośnego słuchania muzyki czuła, że ktoś za nią idzie. Kątem oka zerkała na mur na którym odbijał się cień. Nie była przewrażliwiona, ani przezorna. Już w autobusie miała wrażenie bycia obserwowaną. Przyśpieszyła kroku wiedząc, że za zakrętem już będzie u celu. Weszła w ulicę po prawo, podeszła do ogrodzenia i zadzwoniła pod informację. Zanim jednak ktoś odebrał, odwróciła się żeby sprawdzić czy nie ma za sobą "ogona". Nikogo nie było.
- Kto? - znudzony męski głos dobiegł z niewielkiego głośnika ukrytego w domofonie.
- Levinson - odparła, pokazując wizytówkę do kamery umieszczonej poniżej głośnika.
Długi nieprzyjemny świst odblokowujący zamek w drzwiach rozbrzmiał, a Addelaine pociągnęła za klamkę i przeszła na teren więzienia. Zamykając za sobą, znów wzrokiem wróciła do skrzyżowania, które mijała. Tym razem spostrzegła tam stojącego mężczyznę. Na głowie miał kaptur; nie było możliwości dojrzeć jego twarzy, ale Addelaine wiedziała, że patrzy na nią. Po jej ciele przebiegły nieprzyjemne dreszcze, a połykana ślina z trudem przeszła przez gardło. Czym prędzej pobiegła w stronę budynku, odwracając się jeszcze kilka razy. A on tam stał, w bezruchu, odprowadzając ją tylko wzrokiem.
Zanim wprowadzono Ashtona do pokoju przesłuchań, brunetka siedziała i zastanawiała się nad zaistniałą sytuacją. Miała to do siebie, że potrzebowała wszystko przeanalizować, a zwłaszcza momenty, ruchy, gesty i zachowania, których nie spodziewała się, bądź były dla niej obce. Potrzebowała wiedzieć, bo bez wiedzy czuła się naga. Wiedza stanowiła jej tajną broń, a także element zaskoczenia. Możliwe, że tego typu potrzeba była w pewnym sensie efektem ubocznym studiów psychologicznych, ale Addelaine po prostu fascynowały i interesowały zachowania ludzkie, czy też sekrety, mimo że ciekawość od początku uważała za pierwszy stopień do piekła. Ale nawet piekło nie budziło w niej lęku lub odrazy. Kiedyś obawiała się straty i samotności, ale kiedy już doświadczyła tych dwóch niezbędnych elementów życia, przestała odczuwać strach. Była gotowa na wszystko, w tym na śmierć.
Drzwi otwarły się, a blondyn w więziennym stroju wszedł do pomieszczenia, a następnie usiadł naprzeciwko swojej adwokatki.Od razu spojrzał na zegarek wiszący nad dużym szklanym oknem, aby móc liczyć czas. Minęło dopiero trzydzieści sekund przebywania w towarzystwie panny Levinson, a Ashton już miał ochotę wrócić do celi, położyć się na twardym łóżku i przespać resztę dnia, jak to miał w zwyczaju robić. Addelaine zakłócała jego porządek i była niczym, jak przeszkodą w jego życiu, której musiał się pozbyć.
- Panie Irwin, zdobyłam pańską kartotekę na nasze szczę...
- No proszę, pani poprzednikom nie udało jej się odnaleźć - wtrącił - To już czas, aby zgłosić się po nagrodę Nobla za znajdywanie rzeczy zagubionych.
Addelaine zignorowała komentarz swojego klienta i rzuciła teczkę na stół, po czym otworzyła ją. Wzrokiem przebiegła po zawartych wewnątrz informacjach, a potem przerzuciła kartkę, aby dojść do wiadomości, które stanowiły punkt przewodni jej dzisiejszego spotkania z więźniem.
- Zgodnie z zapisem, ma pan na koncie dziesięć zabójstw, około pięciu podejrzeń, kilka napaści oraz kradzieży - wymieniała kobieta sugerując się aktami.
- Tylko dziesięć? - spytał, a w jego głosie dało można było usłyszeć zaskoczenie - Chyba pominęli drugą połowę.
Addelaine popatrzyła na blondyna z politowaniem, a ten jedynie wzruszył ramionami i uśmiechnął się złośliwie.
- Zanotowano, że z kilku zostałeś oczyszczony, co jest połową naszego sukcesu - rzuciła ostro, zaciskając zęby, żeby żadne z wulgaryzmów, jakie cisnęły się na jej język, nie zostały wypowiedziane głośno. Ashton przemilczał oświadczenie Addelaine, pozwalając jej mówić dalej. - Będziemy omawiać kolejno każde przestępstwo, więc chciałabym abyś przygotował się do rozmowy - oznajmiła spokojnie, po czym kontynuowała - Najmniejsze detale czy wspomnienia będą miały największe znaczenie.
- Co, jeżeli nie zgadzam się na takie warunki? - zapytał.
- Powiedzmy, że nie masz wyboru - odparła.
Blondyn prychnął. Postukał palcami o blat stolika i popatrzył w górę, jakby analizował to, co przed chwilą dane mu było słyszeć. Addelaine stawiała warunki, a ten fakt już nie przypadł mu do gustu. Nachylił się ku kobiecie, wbijając swój morderczy wzrok prosto w jej oczy. Twarz blondyna spoważniała, a tęczówki pociemniały. Rozbawienie, jakie towarzyszyło mu jeszcze chwilę temu, zniknęło, a zastąpiło je poirytowanie, złość i chęć zatracenia się w uczuciu, którego dawno nie doświadczył, ponieważ od pewnego czasu nie zrobił nikomu krzywdy i... brakowało mu tego. Tęsknił za wypełniającą jego ciało adrenaliną dodającą siły i pchającą go ku zbrodni.
- Mógłbym cię zabić - wyznał szeptem, jednak pewna siebie postawa, jaką utrzymywał przerażała, ponieważ każdy głupi widząc takie zachowanie Ashtona wiedział, że nie żartował. - Najpierw zająć się ochroniarzem, a potem przycisnąć cię do ściany, zacząć dusić i czekać, aż po raz ostatni spróbujesz wypuścić powietrze z ust.
Brunetka utrzymywała kontakt wzrokowy ze swoim klientem, nie okazując żadnej reakcji. Nie przejęła się słowami, jakie wypłynęły z jego ust. Addelaine była typem człowieka, którego rzadko udawało się przestraszyć. Jej praca wymagała cierpliwości, opanowania i bycia gotowym na różne okoliczności. Do jej skrzynek ciągle trafiały listy z pogróżkami, a raz zdarzyło się włamanie do mieszkania. W swoim krótkim życiu spotkała się z wieloma sytuacjami oraz nieprzyjemnymi słowami. Ostrzeżenia Ashtona nie wywarły na niej żadnego wrażenia. Były niczym piosenka, którą udało jej się usłyszeć po raz kolejny. I niestety, chociaż kiedyś żywiła do niej jakieś uczucia, tym razem była jedynie nudną, nic nie znaczącą melodyjką, która powtórzyła się.
Ashton natomiast tracił panowanie nad sobą, bo nie potrafił wyprowadzić adwokatki z równowagi. Im bardziej chciał, aby rzuciła wszystko i poddała się, tym dłużej siedziała z nim w pokoju przesłuchań walcząc o jego sprawę.
- W porządku - warknęła, dając Ashtonowi nadzieję na zakończenie rozmowy poprzez swój ton. Obdarował kobietę pełnym zainteresowania spojrzeniem i oczekiwał puenty powoli uwalniając swoją radość. Addelaine jednak rozluźniła ciało, a później oparła plecy o tył krzesła, skrzyżowała ręce na piersi i popatrzyła na swojego klienta ze sztucznym uśmiechem na ustach. - Mam jeszcze jedno pytanie - oświadczyła, a wtedy blondyn wywrócił oczami chcąc dosłownie zapaść się pod ziemię, byle nie słyszeć głosu tej upartej i natrętnej panny. - Jakie są twoje plany na przyszłość?
Ashton zerknął na nią, ale ta ani drgnęła. Podniósł głowę, a swoim wyrazem twarzy próbował dać adwokatce do zrozumienia, że jej pytanie jest zupełnie bez sensu. W końcu jego domem było od paru lat więzienie, więc jakim cudem miał w ogóle myśleć o innej przyszłości niż spędzenie reszty życia za kratkami? Addelaine nie dawała za wygraną i wpatrywała się w mężczyznę, oczekując odpowiedzi. Założyła nogę na nogę, zerknęła na zegarek na którym ujrzała godzinę trzecią w południe, ale nie ruszyła się z miejsca. Najpierw musiała usłyszeć odpowiedź, która miała za zadanie ją usatysfakcjonować. A Ashton milczał, szukając haczyka jaki z pewnością zostawiła w swoim zapytaniu Levinson. Usilnie próbował odgadnąć jej zamiary i chociaż nic nie wskazywało na to, że były złe, w jego umyśle paliła się ostrzegawcza lampka.
- Panie Irwin, to dosyć proste pytanie - przerwała ciszę brunetka - Proszę jedynie otworzyć się i powiedzieć, co chciałby pan robić w przyszłości - powiedziała grzecznie, wciąż się uśmiechając.
- Nie wiem - burknął Ashton z premedytacją, aby tylko doprowadzić do spięcia w ich konwersacji.
- Owszem, wiesz - odparła, jednak tym razem jej głos nie był delikatny lub przyjemny. Mówiła zdecydowanie, a słowa które padały z jej ust nie zostały wymyślone podczas krótkiej ciszy. Były szczere, a przede wszystkim prawdziwe, zrzucające maskę za którą krył się Ashton. - Moi klienci pragną mieć dom, rodzinę u boku, pracę...
- Świetnie - prychnął, po czym na jego ustach zagościł triumfalny uśmiech, bo Addelaine pomyliła się i udowodniła, że nic o nim nie wie, jak każdy człowiek, którego ostatnio spotykał - Tylko, że ja tego nie pragnę.
Brunetka odpowiedziała na stwierdzenie swojego klienta również tym samym uśmiechem. Mało brakowało, a roześmiałaby się wniebogłosy wrzeszcząc: Ha! Tu cię mam! Cichutko jedynie zachichotała, przysłaniając usta dłonią. Potem znów spotkała się z jego spojrzeniem, zmieszanym, pełnym niezrozumienia i oczekującym wyjaśnień.
- Wiem - szepnęła - Bo już to miałeś - odpowiedziała - Pragniesz czegoś innego, Ashton. A tym czymś jest szczęście.
Ashton otworzył usta ze zdumienia. Już miał coś powiedzieć, jednak Addelaine zamknęła akta w taki sposób, jakby zakończyła ich całą dyskusję. Spakowała rzeczy do torby i nałożyła marynarkę na ramiona. Irwin wciąż siedział zaskoczony, próbując zrozumieć w jaki sposób to właśnie ona rozszyfrowała go. Szybko, sprawnie i bez problemu obnażyła go przed nim samym. Jak, do jasnej cholery, jak?
- Przez twój brak chęci do współpracy tracimy czas, Irwin - powiedziała - A czas zabiera szczęście. Nie musisz być szczęśliwym w tym momencie, pracując ze mną. Możesz się rozkoszować tym uczuciem później, ale najpierw musisz na nie zapracować. - oznajmiła, po czym dodała krótko, kładąc nacisk na to jedno znaczące słowo - Teraz.
Brunetka zostawiła swojego klienta samego, ku przemyśleniu swojego zachowania. Opuściła drugie miejsce pracy w pośpiechu i skierowała się na przystanek autobusowy. Siadając na ławce, odetchnęła, jakby dopiero teraz spadł z jej serca wielki ciężar, jakim było spotkanie z Ashtonem. Ta wizyta była niczym walka o przetrwanie. Mimo że trwała zaledwie piętnaście minut, wyczerpała kobietę psychicznie. Addelaine nie mogła doczekać się, aż wróci do domu, położy się w łóżku i zaśnie, żeby wreszcie odpocząć.
Niestety jej marzenia o wypoczynku przerwał nagły dźwięk telefonu. Mozolnie wyjmowała komórkę z kieszeni, ale kiedy przeczytała na wyświetlaczu adresata połączenia, od razu nacisnęła zieloną słuchawkę i przycisnęła smartfona do ucha.
- Mam coś dla ciebie - usłyszała.
- Jestem nieco zajęta - odparła.
- Rzucisz wszystko, gdy powiem ci o informacji jaką dostałem.
- Nie sądzę - burknęła i już miała odsuwać telefon, aby przerwać tę krótką konwersację, kiedy ostatnie słowa tajemniczego mężczyzny zmieniły jej zdanie.
- Dotyczy Fletchera - oznajmił szybko.
O mały włos, a Addelaine stanęłoby serce.
- Już jadę.
_________________________


WYGRAJ MOJĄ KSIĄŻKĘ "CIEŃ"!
WEŹ UDZIAŁ W KONKURSIE!
KLIKNIJ TUTAJ

poniedziałek, 9 listopada 2015

Rozdział 2

Z całą energią przydeptała pedał, a samochód gwałtownie zatrzymał się. Jej ciałem zarzuciło, a przed uderzeniem uchroniły ją pasy bezpieczeństwa, które odpięła chwilę przed wyłączeniem silnika. Wysiadła zabierając swoje rzeczy z wozu i pognała prosto do ogromnych drzwi bramy. Podczas czekania na otwarcie, oglądała druty kolczaste otaczające teren więzienia zastanawiając się, co by było gdyby  ktoś odważyłby się wspiąć i przejść na drugą stronę. Dźwięk zniesionej blokady oznajmił, że Addelaine mogła przekroczyć próg więzienia, co oczywiście zrobiła. Udała się prosto do budynku, na recepcji powiadamiając służbę do kogo oraz w jakiej sprawie przyszła. Robota papierkowa zajęła kilka minut, gdyż nawet ona - szanowana i uważana za najlepszą, Addelaine Levinson musiała wypełnić odpowiednie dokumenty, aby być upoważniona do przejścia przez następne korytarze. A kiedy już udało jej się dostąpić tego marnego zaszczytu odbycia wizyty u jednego z wyjątkowych więźniów, ruszyła dalej, prosto do schodów, którymi wbiegła na pierwsze piętro, gdzie znajdowały się sale przeznaczone na odwiedziny.
Zanim jednak zobaczyła się z osobą, która budziła w niej obrzydzenie, gdy tylko słyszała jego nazwisko, ujrzała nikogo innego jak człowieka stojącego za tą całą szopką. W jej kierunku szedł powoli mężczyzna o ciemnych włosach, przez które przebijały się siwe kosmyki. Laska, która pozwalała mu na utrzymanie równowagi rozbrzmiewała w całym holu. Ubrany elegancko, w garnitur jak zawsze kroczył prosto do Addelaine z przepraszającym wyrazem twarzy. I jego nieszczęście, a jej szczęście, że mieli okazję się spotkać, ponieważ w ciele Addelaine zdenerwowanie rosło. A ona tego potrzebowała, żeby powiedzieć swojemu przełożonemu, co tak naprawdę myśli.
- Addelaine.. - wypowiedział imię kobiety błagalnie, idąc w jej stronę z uniesionymi rękoma. Wyraz jej twarzy nie ulegał zmianie. W dalszym ciągu była wściekła za to, że wplątał ją w takie bagno. Tą sprawą cały wizerunek świetnej adwokatki legł w gruzach.
- Za co? - warknęła - Nie masz wystarczającej ilości pieniędzy ze spraw, które dla ciebie wygrywam? Wypruwam sobie flaki, a ty w taki sposób się odwdzięczasz?
- Wiem, że tego nie rozumiesz; że nie rozumiesz jego - powiedział - Ale to również człowiek, który zboczył z odpowiedniej drogi.
- A ty skąd możesz to wiedzieć? Nie jesteś jasnowidzem, Dave.
Skrzyżowała ręce na piersi wielce oburzona jego argumentami.
- Zaufaj mi - poprosił, ale ona nie odpowiedziała. Wciąż patrzyła na niego, niczym na wariata proszącego ją o rzecz tak nierealną, jak schwytanie gwiazdy z nieba. - Addelaine, zaufaj mi. - powtórzył - Jeżeli nie robisz tego dla pieniędzy czy kariery, zrób to dla mnie.
- Daj mi dobry powód.
- Każdy popełnia błędy i każdy powinien mieć prawo, aby je naprawić.
Mężczyzna poklepał swoją pracownicę po ramieniu, po czym ruszył w stronę wyjścia. Brunetka odwróciła się chcąc go zawołać, wyzwać od ignorantów, ale powstrzymała się uznając awanturę w więzieniu jako zbędną sprawę. Miała o wiele większe i ważniejsze problemy na głowie.
Dzieliło ją jedynie kilka centymetrów od drzwi, za którymi znajdowała się sala przesłuchań. Przechodząc obok szyby, przez którą mogła ujrzeć pomieszczenie, odwróciła wzrok, aby przypadkiem nie zobaczyć więźnia. Nie była gotowa, jeszcze nie teraz. Nie mogła zerknąć nawet na jego plecy. Nie potrafiła spojrzeć na człowieka, którego miała bronić; któremu mieszkańcy miasta wydaliby wyrok śmierci. Po raz pierwszy spotkała się z taką sytuacją, a w dodatku takim ciężarem i rozdarciem jednocześnie. Musiała postąpić wbrew sobie, wykonać polecenie przełożonego, którego również traktowała jako swojego mentora i przyjaciela. Jak mogłaby mu odmówić? Mimo że nie popierała jego pomysłu, nie odważyła się powiedzieć: nie. Czuła, jakby spłacała Dave'owi swój dług wdzięczności za sławę, jaką przyniosła jej praca u jego boku. Nie wypadało być nieuprzejmą wobec człowieka, który ją wypromował. Nie, kiedy desperacko prosił o pomoc.
Położyła dłoń na klamce. Otworzyła drzwi dopiero, gdy wzięła głęboki wdech i zamknęła na moment oczy, żeby dodać sobie otuchy. Musiała zmienić swoje nastawienie, jeśli chciała wygrać tę sprawę. Oczerniając swojego klienta, jak reszta ludzi, była stracona. Nie na tym polegała jej praca. Zadaniem było trzymać stronę winnego, nie publiczności.
Weszła do pokoju, a jej oczom ukazało się dwóch mężczyzn. Jeden z nich stał tuż obok drzwi, w oficerskim mundurze. Był brunetem, niewysokim, ale za to dobrze zbudowanym i wyposażonym w różnego rodzaju broń. Na krześle zaś siedział on, ubrany w pomarańczowy kombinezon, zabezpieczony w kajdanki zwisające na nadgarstkach. Nawet nie drgnął, słysząc kroki czy też zamknięcie drzwi. Nie odwrócił się, nie pokazał swojej twarzy, a pomimo tego serce Addelaine zabiło sto razy szybciej niż zazwyczaj. Nim zdołała się poruszyć, otworzyła usta w celu przedstawienia się, ale zamiast wypowiedzieć swoje imię oraz nazwisko, pozwoliła zrobić to jemu.
- Addelaine Levinson - ciężki, zmęczony głos rozbrzmiał w sali.
- Ashton Cień Irwin - odpowiedziała, a jej ciało zaczynało opanowywać przerażenie.  Jej rozum wręcz krzyczał, aby zawróciła, wyszła, a potem zadzwoniła do szefa poinformować go o rezygnacji ze sprawy. Ale pewna siła powstrzymywała ją i nakazywała zostać, spróbować.
Podeszła bliżej, do krzesła naprzeciwko mężczyzny, a później usiadła i położyła teczkę na stoliku. Odważyła się spojrzeć mu prosto w oczy. Było w nich zupełnie coś innego niż w poprzednich klientach. Brakowało strachu, żalu, prośby o pomoc i tej iskry nadziei. Zamiast tego widziała tylko parę oczu o piwnym kolorze, dosyć ciemnym. Nie dostrzegała nic poza pustką, co stanowiło pewną zagadkę.
Natomiast Ashton badał ją szczegółowo, chociaż nie dał po sobie tego poznać. Obserwował każdy jej ruch, postawę oraz spojrzenie. Starał się przejrzeć kobietę na wylot jak każdego człowieka z którym miał szansę się spotkać. Taka była jego natura.
Denerwował się, ale na jego szczęście, dobrze to ukrywał. Po raz pierwszy miałą bronić go kobieta, która na ten moment żyła ze statusem najlepszej adwokatki w Adelaide. Trudno było określić czego powinien oczekiwać, skoro po trzecim nieudanym procesie przestał oczekiwać czegokolwiek. Tym bardziej wyjścia na wolność. Stracił wszelkie nadzieje, których niegdyś się trzymał. Skończył żyć, a zaczął jedynie istnieć.
Wyglądał coraz gorzej. Może jego włosy nie stawały się siwe, bo nie był to jeszcze ten czas, ale znacznie schudł. Jego zapadnięte policzki oraz wyróżniające się kości policzkowe mógł dostrzec każdy, nie tylko z bliskiej odległości. Długie o słabej strukturze i wyblakłym kolorze loki straciły swój urok. Wory pod oczami, opuszczone powieki i zgarbione ciało. Było z nim źle, chociaż tego nie mówił głośno. Poddał się w każdej możliwej definicji tego słowa. A to wskazywało tylko i wyłącznie na porażkę, jakiej dostępował. 
Addelaine nie wiedziała co myśleć, powiedzieć, ani zrobić. Wcześniej nie spotkała się z tak przerażającym wrakiem człowieka, którego miała obowiązek podnieść z upadku. To co zobaczyła wystarczyło jej, aby stwierdzić, że zadanie jakie powierzył jej szef może być niewykonalne.
- A więc.. - wymamrotała pod nosem, sięgając po teczkę, ale Ashton szybko przerwał wykonywaną przez nią czynność swoim wtrąceniem w zdanie.
- Musieli pani sporo zapłacić - stwierdził.
Addelaine uniosła głowę i popatrzyła na niego tym razem zdezorientowana.
- Proszę?
- Tylko wariat zdecydowałby się mnie bronić lub ktoś, kto ma za to dostać sporo forsy - wyjaśnił.
Przełknęła ślinę, jakby przełykała i ignorowała jego nieprzyjemne komentarze. Domyślała się, że próbuje wyprowadzić ją z równowagi, jednak zapominał, kim była Addelaine Levinson. Kompletnie niewzruszona jego stwierdzeniami, zajęła się sobą i wyjęła z teczki dokumenty. Wypisyła na kartce odpowiednie informacje dotyczące pierwszego spotkania, w międzyczasie mówiąc do swojego nowego klienta.
- Zgaduję, że skoro zna pan moje nazwisko, to również i opinię - burknęła, zgadzając się na jego grę zwaną wytrzymałością. Ashton lubił testować ludzi; sprawdzać ile są w stanie wytrzymać, ale nie wiedział o Addelaine tyle, ile myślał, iż wie. Ta kobieta była także zagadką, której nie sądził nigdy spotkać. - Czy uważa pan, że jestem w stanie wygrać tę sprawę?
Ashton wybuchł śmiechem. Popatrzył na brunetkę z niedowierzaniem. Czy ona z niego kpiła? A może starała się testować?
- Oczywiście, że nie. - odpowiedział szczerze, na co Addelaine uśmiechnęła się pod nosem.
Kobieta odwróciła kartkę, podsuwając ją Ashtonowi. Potem położyła długopis, pokazując palcem miejsce jego podpisu. Kiedy już dał swój autograf, zabrała dokument potwierdzający odbytą wizytację. Schowała rzeczy do teczki, a następnie wróciła wzrokiem do klienta posyłając mu uśmiech pełen satysfakcji, jaka ją ogarnęła. Brak pewności klienta co do wygranego procesu motywował ją. Spodziewała się więc udzielonej odpowiedzi przez Ashtona. Nie zawiódł jej w tym przypadku.
- Zatem niech pan we mnie uwierzy, bo tak właśnie się stanie. - oświadczyła, chociaż sama nie była pewna, na co się pisze.

_____________________________________
przepraszam, że rozdział ostro po terminie, ale niestety 6 dni pod rząd pracowałam wracając po godzinie 22 do domu, ze względu na zmęczenie i skasowanie się połowy rozdziału (dzięki word) nie byłam w stanie zrobić tego wcześniej niż dzisiaj. miejmy nadzieję, że drugi raz ta sytuacja nie będzie miała miejsca. jutro aktualizuję bloga. 

sobota, 24 października 2015

Rozdział 1


Nad Adelaide wysoko unosiło się słońce, a białe chmury rozpływały się na niebie. Właśnie dochodziła godzina dwunasta, co ogłosiły dzwony w kościele Saint Andrewsa, które słyszeli nawet obecni na sali rozpraw ludzie, w Adelaide Magistrate Court. Każdy zajmował swoje poprzednie miejsca, starając się utrzymać ciszę, jaka panowała w pomieszczeniu. Ale pomimo tego dziwnego spokoju, wielu z nich denerwowało się, zwłaszcza ci, którzy byli oceniani, a później musieli wysłuchać werdyktu od sądu najwyższego. I nawet otwarte szeroko okna nie pomagały im we wdychaniu świeżego powietrza, bo nie dochodziły do ich ust. Oddech uwiązywał w gardle, które jakby było zaciskanę przez sznur mający pociągnąć winnego do góry, kiedy sąd wygłosi przemówienie. Bo przecież więzienie jest swego rodzaju wyrokiem śmierci.
Siedemnastoletni Gary Oldman siedział na krześle oparty łokciami o blat stolika. Kajdanki, które założono mu przed samym wejściem na sale uciskały jego nadgarstki, ale nie mógł narzekać. Pomimo braku swobody w rękach, wolał oglądać salę rozpraw niż - więzienną norę, w której spędził pięć lat.
Obok niego spoczywała dość młodo wyglądająca jak na swój wiek, brunetka o pięknych i dużych błękitnych oczach. Nie mógł ukryć swojego szczęścia, gdy dowiedział się, że to właśnie ona – Addelaine Levinson – będzie reprezentować go w sądzie i walczyć o uniewinnienie. Jedna z najlepszych, wschodząca gwiazda jeżeli chodzi o prawo oraz jedyna w swoim rodzaju dwudziestodziewiącioletnia Addelaine będąca dopiero od dwóch lat w branży, wznosiła się na szczyty po ciężkiej pracy.
- Proszę wstać, sąd idzie.
Drzwi otwarły się, a starsza kobieta o imieniu Janette, odgrywająca tego dnia rolę Wysokiego Sądu weszła na salę, kierując się na swoje miejsce. Addelaine splotła palce u dłoni z cierpliwością, a także opanowaniem obserwując każdy ruch kobiety. Wewnątrz umierała z ciekawości dotyczącej werdytku, jak i również martwiła się możliwością przegranej, ale nie umiała tego okazać, zwłaszcza przy swoim kliencie.
- Wszystko będzie dobrze – powtarzała klientowi, a także sobie w myślach, ponieważ pewna wątpliwość utkwiła w jej głowie nagle i całkiem niespodziewanie. 
- Świetnie się spisałaś, Addelaine - odparł Gary, chłopak oskarżony o usiłowanie zabójstwa swojej siostry, które naprawdę zostało dokonane przez jej narzeczonego, ale ten zaś był niczym lis - odegrał niewinnego, osądzając swojego byłego przyjaciela. Wykazał się sprytem, na czym nie skorzystał na pewno Gary, którego widok policji przed domem zszokował, a już samo oskarżenie wyraźnie załamało. - Widocznie właśnie w ten sposób miałem rozplanowane życie..
- Stul pysk, Gary - fuknęła po cichu, aby nikt nie usłyszał, jak odnosi się do własnego klienta w tym samym czasie mierząc wzrokiem sędzinę. Próbowała uzyskać odpowiedź na swoje pytanie zwyczajnie patrząc na kobiecinę, aczkolwiek jej wyraz twarzy nie mówił niczego, co mogłoby dać chociaż wskazówkę.
Usiadła, a za nią zajął miejsce każdy człowiek obecny na sali. Staruszka zamlaskała, założyła okulary i otworzyła dokumenty. Zerknęła to na prokuratora, to na oskarżonego, to na Addelaine. Bąknęła coś niezrozumiałego pod nosem i wróciła do śledzenia wzrokiem treści tekstu zawartego w teczce. Nie minęło dziesięć sekund, a Janette zamknęła akta gwałtownie, rozbudzając każdą znudzoną osobę na sali uderzeniem. Każdy uniósł głowę, otwarł usta i czekał, aż Wysoki Sąd wyda oświadczenie.
- Wysoki Sąd uznaje Garego Adama Oldmana niewinnym popełnienia zabójstwa swojej młodszej siostry...
Kilka osób wstało, niektórzy bili brawo, inni rzucali oszczerstwami udając, że nie słyszą młotka, którym tłukła o stół staruszka próbując zapanować nad chaosem, jaki powstał po krótkim jednak poruszającym zdaniu.
Brunetka siedziała spokojnie na swoim miejscu. Zamknęła oczy, westchnęła i uśmiechnęła się. Czuła tylko jak Gary obejmuje ją i zaczyna płakać w ramię. Cóż za ulga!
- Nigdy nie będę w stanie odwdzię… - szepnął do jej ucha, a ta odsunęła się posyłając mu piorunujące spojrzenie. Pokręciła przecząco głową.
- W podzięce możesz tylko pójść do swojej rodziny i cieszyć się życiem – odparła.
Ten widok ocieplał jej serce przy każdej wygranej sprawie. Nasycała się natomiast wyraźną złością prokuratora, który opuszczał salę trzaskając z impetem drzwiami. Uwielbiała oglądać wściekłych jej wygraną ludzi, którzy wcześniej przewidywali przegraną nowej adwokatki o słabym doświadczeniu. Takie reakcje motywowały ją do dalszego działania. Zdążyła nauczyć się przez te kilka lat, jak każdy w tym zawodzie był pełen zawiści, kiedy drugiej osobie powodziło się zbyt dobrze. Wiele razy stawiano jej kłody pod nogi, żeby w późniejszym czasie oglądać upadek po upadku. Ale w porównaniu do innych, Addelaine potrafiła znajdować w takich sytuacjach plusy i wyciągać wnioski, które przełożyły się na jej teraźniejsze działania. Dobra była z niej uczennica, co można tylko oglądać podczas rozpraw. Odnosiła przecież same sukcesy.
Prasa zaatakowała kobietę tuż po opuszczeniu budynku. Uśmiechała się sztucznie, ponieważ ostatnią rzeczą, jaką lubiła były właśnie rozmowy z mediami, które starały się wyszukać jak najwięcej błędów lub nowinek w jej wypowiedziach.
- Panno Levinson, kolejna sprawa zakończona pozytywnie jeżeli chodzi o panią, co dalej? 
- Czy weźmie pani coś trudniejszego?
- Kiedy rozprawa dotycząca Adamsa?
- Czy jest pani męża?
Na szczęście od odpowiedzi i blasku fleszy wyratował ją dzwoniący telefon. Odeszła na bok przy asekuracji policjantów. Pomimo kamer, które wciąż skierowane były ku niej, odebrała przychodzące połączenie, bo nie miała czasu na ucieczkę i ukrywanie się przed dziennikarzami łaknącymi świeżych informacji.
- Witaj.. – powiedziała, ledwo słysząc co jej pracodawca mówi przez wrzaski docierające zza jej pleców – Liczyłam na jakieś gratulacje… a potem urlop… Rozumiem.. Ostatnia sprawa przed przerwą? Jasne… Czyja… Powtórz, bo nie usłyszałam… Co takiego?!
Transmisja została przerwana, a na ekranie pojawiła się dziennikarka prosto ze studia.
Właśnie tak potoczył się wczorajszy proces pana Oldmana, który odniósł zwycięzstwo dzięki…
Nagle któryś z ochroniarzy przełączył kanał, a na monitorze pojawila się prezenterka programu Sunrise 7 opowiadająca o zdrowej żywności. Kilku więźniów pomrukiwało pod nosem z niezadowolenia. Reszta natomiast powróciła do poprzednich czynności, odrywając się od ekranu telewizora. Przy jednym ze stolików rozbrzmiały głosy kilku mężczyzn, którzy popadli w dyskusję na temat obejrzanych wiadomości.
- To nie w porządku, że jacyś mordercy dostają szansę na wyjście, a my musimy siedzieć w tej klitce! – oburzył się młody rudzielec z prawej części stołówki.
- Cóż, jeżeli Cię to pocieszy Andre, to jeden psychopata na pewno stąd nie wyjdzie – odparł drugi nastolatek, kiwając znacząco głową.
Średniego wzrostu blondyn siedzący przy ostatnim stoliku uniósł głowę, aby rzucić spojrzenie chłopakowi z drugiej strony sali, który odważył się wspomnieć o nim, nawet w sposób sugestywny. Palcami obracał plastikowy widelec zataczając nim koła, niczym chodzącą wskazówką na zegarze. Nieprzyjemny gorąc wypełniał jego ciało, a przypływ energii, jaki go dopadał nie wskazywał na nic dobrego. Starał się pohamować, próbował myśleć o przyjemnych rzeczach, jakich doświadczył w swoim życiu, ale na nic szły jego wszelkie ćwiczenia dojścia do opanowania. Miał ochotę wziąć plastikowy widelec i wbić go prosto w gardło tego szczyla, który śmiał przeszkadzać mu w konsumpcji posiłku. Patrząc na niego wyobrażał sobie, jak spiera go na kwaśne jabłko lub skręca kark, oddając w ręce kostuchy. Zaciskał pięść na blacie stołu i już miał wstać w celu ataku, gdy niespodziewanie usłyszał po raz drugi tego wieczoru swoje nazwisko. W pomieszczeniu przestało być duszno, ciśnienie opadło, a napięcie znikło. Wszyscy jednocześnie zamilkli, a on odwrócił głowę, żeby zerknąć na ochroniarza, który przerwał mu prawdopodobne dokonanie mordu na więźniu.
- Masz gościa – warknął, po czym wskazał dłonią na wyjście.
Mężczyzna odłożył widelec, który wcześniej miał mu służyć za narzędzie zbrodni. Po raz ostatni zerknął chłodno na młodzieńca szukającego rozrywki. Później udał się za mundurowym, prosto do sali wizyt.
Blondyn wszedł do pokoju, a ochroniarz chwilę później przymknął drzwi. Kiedy więzień odwrócił się, ujrzał średniego wzrostu faceta. Światło, które padało na jego twarz sprawiało, że wyglądał bardziej blado niż zazwyczaj. W pół otwartymi oczyma lustrował jego więzienny kostium, zaciskając mocno usta. Szybko wymienili ze sobą spojrzenia i pokiwali głowami w akcie powitania. Usiedli naprzeciwko siebie. Kiedyś zdawałoby się, że byli dwoma nierozłącznymi przyjaciółmi, którzy godzinami potrafili rozmawiać o błahostkach, jednak ten czas najwyraźniej minął, a oni stali się zwykłymi znajomymi, uwikłanymi w rutynie, czyli krótkich spotkaniach od czasu do czasu w tej samej sali, tego samego koloru, o tym samym czasie. I każda ich dyskusja rozpoczynała się w ten sam sposób.
- Jak się czujesz? – Odezwał się jako pierwszy ciemnowłosy obdarowując swojego kumpla troskliwym spojrzeniem, jednak ten nie odpowiedział. Cień słabego uśmiechu przebiegł po jego twarzy. Ileż to razy słyszał tego typu pytania. Nie śmiał już więcej odpowiadać. Bo jak mógł czuć się siedząc za kratkami przez tak długi czas? Michael miał na pewno swoje wyobrażenie jego dni, więc dlaczego pytał? Nieświadomie nakładał większy ciężar na więźnia przypominając mu, gdzie dokładnie się znajduje. A Ashton chciał zapomnieć, uznać więzienie za swój dom, a wykonywanie czynności o odpowiedniej godzinie za codzienność, której trzyma się szary człowiek.
- Nie zmieniłeś się za bardzo – odparł nieco opryskliwie – Brak kolorowych pasemek sprawia, że wydajesz się dojrzały, ale na pewno w duszy nadal jesteś tym samym dzieciakiem kochającym gry komputerowe i lenistwo – stwierdził, ale po przemyśleniu swoich słów, westchnął i dodał. – Chociaż co ja mogę teraz wiedzieć, właściwie nic.
Ashton nie ukrywał swojego żalu względem Michaela, który odwiedzał go stanowczo za rzadko. Jeszcze trzy lata temu składał swoje wizyty kilka razy w tygodniu, ale to zamieniało się powoli w odwiedziny co tydzień, co dwa tygodnie, co miesiąc, aż doszło do spotkań raz na jakiś czas, byle nie przesadzać. Niejednokrotnie Ashton starał się naprawić ich stosunki, a nawet chciał dowiedzieć się, jakie zmiany zaszły w ich relacji, jednak powód do tej pory pozostał nieznany. 
Nie uzyskując odpowiedzi na swoje pytanie, Clifford zignorował zły humor Ashtona i rzucił gazetą. Irwin natomiast wywrócił oczami, kiedy zobaczył nagłówek artykułu. Mógł się domyślić, że to właśnie ona znajdzie się na okładce, skoro widział ją również na ekranie telewizora.
- Wiem, wiem, wiem – burknął - Trąbią o niej na każdym kanale telewizyjnym.
- A czy wiesz o tym, że będziesz miał kolejny proces? – spytał Michael, zajmując miejsce naprzeciwko blondyna.
Irwin zmarszczył brwi, a jego oczy rozbłysły, jakby pojawiła się w nich nadzieja, do której mimo wszelkich dowodów nie mógłby się przyznać. W końcu otwarcie mówił, że nie pozostawało mu nic innego, jak zestarzeć się w tym budynku, a potem umrzeć. Nie umiał wyznać, że wciąż głęboko w sercu wierzył, że jeszcze kiedyś zobaczy swój stary dom w Hurstville czy spotka się ze znajomymi poza kratkami.
- Ale nie mam adwo… - urwał, bo kiedy popatrzył na Michaela, zrozumiał że nie przyniósł mu gazety bez powodu. Jeszcze raz sięgnął po prasę, otwierając artykuł o wygranym procesie Oldmana i rozpoczął lekturę czytając każdą linijkę dokładnie.
Nieznane źródła podają, że Addelaine Levinson przed urlopem podejmie się sprawy Ashtona Irwina nieoficjalnie nazywanego „Cieniem”.
Z otwartymi ustami odsunął się od gazety, jakby za moment miał z niej wyskoczyć jakiś potwór. Przeczesywał palcami włosy niczym człowiek w transie. A kiedy przestawał, świat zaczynał wokół niego wirować. Nie potrafił uwierzyć w to, że znowu dostawał szansę od Boga, która jednocześnie mogła być klatką dla naiwnego szczura, o czym cały czas pamiętał. Był człowiekiem trzeźwo myślącym, a jego życie jedną wielką zasadzką. Czemu więc tym razem miałoby być inaczej? Co mogłoby się zmienić?
- I niby ta kobieta ma mnie bronić? – zapytał, spoglądając na swojego przyjaciela, który odpowiedział mu wzruszeniem ramion. Blondyn prychnął, zamykając, a później rzucając na bok gazetę. Pokiwał głową z niedowierzaniem. – Ona wygląda na czternastolatkę, rozpieszczoną przez bogatych rodziców.
- Ta czternastolatka może cię uratować – warknął ciemnowłosy mężczyzna siedzący naprzeciwko skazańca – Jest jedną z najlepszych.
- Właśnie – parsknął Ashton, a potem oparł dłonie na blacie stolika – Ciebie nie stać na zapewnienie mi takich pleców, więc może to jakaś pułapka?
- Minęło dziesięć lat – powiedział zirytowany postawą kolegi – Naprawdę uważasz, że po takim czasie komuś zebrało się na pułapki?
- To bardziej wiarygodne, niż Calum miliarder, który wrócił żeby pomóc mi wydostać się z pierdla.
- Ashton… - zawołał błagalnie Clifford.
Mężczyzna burknął coś niezrozumiałego pod nosem, kiedy zakrył swoją twarz. Nie mógł powiedzieć, że poczuł się niewzruszony nowymi wieściami, jednak przyznanie, iż obudziła się w nim nadzieja, a w jego oczach pojawiła się jasność było również nie do przyjęcia.
- Koniec wizytacji – oznajmił ochroniarz, który wszedł do pomieszczenia niczym do swojego domu. Przy jego spodniach w pokrowcu zwisała broń. Patrzył z wyższością na mężczyzn. Ashton pożegnał wzrokiem przyjaciela, a potem wstał i podszedł do wysokiego faceta. Ten spiął mu kajdanki tak, aby dłonie miał praktycznie złączone. Popchnął blondyna by go pośpieszyć prosto do wyjścia i razem skierowali się do celi. Michael siedział jeszcze chwilę w pokoju wizyt, składając ręce i modląc się o ratunek dla swojego jedynego przyjaciela, który odsunął się od niego z biegiem czasu.
Irwin szedł korytarzem w ciszy, mijając więźniów – spokojnych, a także agresywnych. Pewien starszy mężczyzna rzucał się na kraty grożąc śmiercią ochronie, inny młody chłopak próbował wzbudzić litość służb płaczem i błaganiem o wyjście, a znajomy Ashtona mieszkający po przeciwnej stronie leżał na łóżku oglądając kolejny dzień sufit.
Po wejściu do celi, usiadł na swoim łóżku. Oparł łokcie o kolana, a dłonie złożył ze sobą, jakby za moment miał zacząć się nie modlić. Ale ta myśl nie przychodziła mu do głowy. On tylko powtarzał szeptem imię i nazwisko, które nie mogło dać mu spokoju.

Addelaine Levinson.

______________________________________________

Witam, witam i o zdrówko pytam :)
Mam nadzieję, że nasza przygoda z GM będzie tak samo interesująca i obfitująca w niesamowite niespodzianki, jak z resztą części Cienia. Komentujcie, czytajcie i wkręcajcie się. :) Dziś postaram się odpowiedzieć na kilka komentarzy, może jakieś wskazówki dam, kto wie...
Anyway, chciałabym Was również zaprosić na moją stronę TRZY KROPKI NIENAWIŚCI, gdzie będę recenzować, daję już wskazówki odnośnie pisania i wydania swoich powieści etc. Byłoby miło jakby ktoś wpadł, zaobserwował bloga, zostawił po sobie jakiś inny ślad czy zlajkował FANPEJDŻ. Ale przede wszystkim... żeby ktoś przeczytał te moje bazgrołki!


Miłego wieczoru!


czwartek, 15 października 2015

Prolog

Wysoki blondyn o pięknych niebieskich oczach kroczył ciemnym pozbawionym życia korytarzem. Po jego ramionach przebiegały dreszcze z powodu panującego zimna w tej klitce, jaką zwali swoim domem. Dłonie drżały, ale tym razem z obawy o reakcję swojego szefa, na wieści, które mu niósł. Przerażenie rosło w jego ciele. Bał się go, jak nikogo innego i nie ukrywał swojego strachu, ponieważ reszta ludzi również czuła respekt przed swoim mentorem. Kilku z nich nawet podziwiało mężczyznę i marzyło, aby kiedyś zostać takim samym draniem pozbawionym emocji, który bez mrugnięcia okiem potrafi zabić z uśmiechem na ustach i pogodnym wyrazem twarzy. Jego zachowanie sprawiało, że ludzie uważali go za niezwykłego lub określali go demonem w ciele człowieka. Był uosobieniem ciemności, mroku i wszystkiego, co złe i okrutne. Wszedł do jednego z pokoi mieszczących się w budynku, omijając te, w których muzyka odbijała się od ścian niczym piłeczka ping-pongowa. Jego tam nie było. Nie przepadał za huczącą muzyką. On preferował ciche przygrywki, aby móc rozkoszować się i rozumieć melodię, dlatego też znajdował się w pomieszczeniu na samym końcu, gdzie panowała głównie cisza. Małymi kroczkami podchodził do biurka, przy którym siedział jego szef.Ten zaś odwrócił się tak, aby kątem oka mógł ujrzeć sylwetkę blondyna. Czarne niczym smoła włosy opadały na jego ramię, zakrywając pół twarzy. Między palcami miał papierosa, jak zwykle, gdy przeglądał dokumenty, które sporządził jego prywatny informatyk. Muzyka rockowa cicho pogrywała w pomieszczeniu, aby pomóc mu skoncentrować się na pracy. Uniósł głowę wyrażając chęć rozmowy ze swoim gościem. - Złe wieści.. - mruknął Jack nieśmiało, a w dodatku zająknął się, co utwierdziło jego szefa w przekonaniu, iż zaraz może rozpętać się piekło. Jednak nie okazał swojej silnej ciekawości, a utrzymał kamienną twarz, coby nie dać po sobie poznać swych odczuć. - W tym świecie nie ma dobrych wieści, więc mógłbyś powiedzieć w czym tkwi problem, zamiast przeszkadzać mi w ważnych sprawach.. - powiedział z lekką irytacją, obracając krzesło w stronę biurka. Udał, że powrócił do pracy, ale w rzeczywistości przytknął jedynie długopis do kartki, a potem wbijał wkład w papier, powtarzając w myślach, aby jego sny nie ziściły się. - Wznawiają proces - wydusił z siebie blondyn wreszcie - Będą walczyć o uniewinnienie. Wybuchł śmiechem, nieco nerwowym, ale również szczerym i pełnym rozbawienia. Jeżeli to cała informacja, jaką przyniósł Jack, nie miał w zupełności czym się przejąć, ponieważ ten proces wznawiano już kolejny raz. Wziął papierosa do ust, zaciągnął się, a potem wypuścił dym ze swoich ust, rozsiadając się na fotelu. Obrócił się do Jacka tak, aby miał możliwość ujrzenia jego całej roześmianej twarzy prawie jak u małego dziecka. - Głupiec, który zdecydował się go bronić zrezygnuje po pierwszym spotkaniu - parsknął. Znał przebieg przyszłych wydarzeń. To zdarzyłoby się już piąty raz. Prasa zacznie szumić, ludzie wyrażać swój sprzeciw, a adwokat nie będzie się tym przejmował do pięciu pierwszych gróźb. Później spotka się ze swoim klientem, a gdy rozpocznie się ich konwersacja.. zrezygnuje, jak każdy inny. - Tym razem sprawy mogą potoczyć się inaczej - odparł Jack, po czym rzucił na blat stolika plik dokumentów. Ciemnowłosy uniósł brew i pochylił się nad teczką. Odłożył papierosa i od razu postanowił sprawdzić informację, jakie przekazywał mu jego goniec. Odwiązał pakunek, a później wyjął z niego pierwsze kartki i począł czytać w trakcie, gdy Jack wyjaśniał po skrócie w czym tkwi problem. - Prokuratura dostała pewną propozycję od tajnych służb - rzekł, a kiedy nie zauważył sprzeciwu swojego szefa co do opowieści, kontynuował - Oczywiście poszli na układ i powstał drugi warunek zwolnienia. Obrońca, który teraz zgodził się na poprowadzenie sprawy, musi jedynie po przegranym procesie powiedzieć "Tak". - Jaki jest drugi warunek zwolnienia? - spytał, patrząc spodełba na Jacka, którego niegdyś zwał przyjacielem. - Domyśl się - szepnął. Po raz pierwszy na twarzy Seana Fletchera wymalował się niepokój. Wstał z wrażenia i lustrował blondyna wzrokiem, jakby chciał wyczytać więcej informacji na ten temat z jego wyrazu twarzy. Możliwe, że znał jakąś możliwość wyjścia z problemu, o której nie zdążył powiedzieć, ale on nie wyglądał na człowieka, który właśnie coś przed nim zataił. Pomimo potyczek, nadal mu ufał, bo wiedział, że Jack nigdy nie życzył mu niczego złego. Nawet, gdy Sean wpadał w furię i robił rzeczy, których przyjaciel przyjacielowi robić nie powinien. Widząc smutek zmieszany ze strachem w jego oczach, zrozumiał, że sprawa nie jest na tyle błacha, jak dwa, cztery, siedem i dziewięć lat temu. Popadł w tarapaty, z których ciężko będzie się wydostać, jeżeli nie kiwnie palcem. Uderzył płaskimi dłońmi w stół, a biurko zatrzęsło się pod wpływem siły, z jaką to zrobił. Jack spuścił wzrok, aby nie oglądać tego pełnego nienawiści spojrzenia, jakim chętnie pożarłby go Sean. Cierpliwie czekał na dalszy przebieg zdarzeń. - Kto jest jego adwokatem? - zapytał Fletcher, akcentując słowo po słowie, literkę po literce. Jack więc podszedł do stolika i wysunął zza pliku kartek, które wziął ze sobą, zdjęcie młodej dziewczyny o długich i pięknych brąz włosach, dziecięcej i gładkiej twarzy, a także cudownych błękitnych niczym ocean oczach. Sean widział na zdjęciu kobiety pewny siebie wzrok, determinację i odwagę. Zauważył, że nie jest to typ adwokatki porywającej się na pierwszą lepszą sprawę. Dokładnie przemyślała minusy i plusy podjęcia się tej pracy albo uznała ją za wyzwanie, któremu chcę podołać. W każdym razie nie była łatwą sztuką. Spostrzegł to w przeciągu kilku sekund. - Addelaine Levinson - Jack wybił swego szefa z przemyśleń, gdy przemówił - Debiutantka, ale już jedna z najlepszych. Sean obejrzał jej zdjęcie, a później uśmiechnął się szeroko. Wysunął ze swojej kieszeni zapalniczkę, aby później ogień rozbłysł nad małym narzędziem. Podłożył zdjęcie pod płomień, który po chwili otulił kartkę papieru. Ze skupieniem patrzył, jak powoli fotografia znika. - A więc skontaktujemy się z panną Levinson i damy jej do zrozumienia, że domem Ashtona jest i zawsze będzie więzienie - odpowiedział Fletcher, spoglądając na wspólnika - A jej sprzeciw może skończyć się tragicznie. Mężczyzna rzucił pozostałości kartki na metalowy stolik, oglądając kawałek papieru zamieniający się w popiół.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Epilog

muzyka: klik

24 grudnia 2016, Adelaide.


Droga Caitlin,
Dobry wieczór, bo mam nadzieję, że otworzyłaś ten list dopiero wieczorem, siedząc na parapecie i popijając gorącą herbatę, gdyż to ona jest odpowiednia na jesień i cały chłód, jaki zawitał do Sydney. Właściwie nie wiem czy jest chłodno, ale przynajmniej tutaj owszem. Zwłaszcza w celi. Nie widziałem nieba od dwóch tygodni, bo wycofali mi możliwość wyjścia na spacerniak. Nie pytaj z jakiego powodu, to nie ma znaczenia. W sumie cieszę się, że już nie mogę tam przebywać. Przyrzekłem sobie, że dzień w którym ujrzę światło słoneczne, a moją skórę muśnie wiatr będzie dniem w którym zobaczę również Ciebie więc cierpliwie czekam. Stevie wciąż działa w mojej sprawie. Wysyła mnóstwo podań i oświadczeń, w tym odroczenia lub zmniejszenia wyroku. Prawie codziennie przychodzi informować mnie na bieżąco, na czym stoję. Wiem, że na razie nie możemy liczyć na kaucję - tak mówił, ale ile w tym prawdy? Pojęcia nie mam, ale Stevie wydaje się być całkiem w porządku, jak na prawnika. Ba, nie rzucił mojej sprawy po miesiącu, wciąż się stara. Mam nadzieję, że tym razem coś z tego wyjdzie. 
Liczę na przepustkę, chociaż na same święta. Chciałbym je spędzić właśnie z Tobą, Caitlin. Dodatkowo w towarzystwie Caluma i Michaela. Oczywiście na samym początku poszlibyśmy na cmentarz, żeby wypić za zdrowie Luke'a... czy to nie głupi pomysł? Cassie dołączyłaby do nas, nie miałbym nic przeciwko. Najważniejsza byłabyś tylko Ty, jak zawsze. Dlatego postanowiłem to zrobić, dla Ciebie. Pragnę wyjść z tego bagna i udowodnić Ci, że Cień już dawno nie żyje, a ja jestem znów zwykłym człowiekiem, który zakochał się w Tobie po uszy i jest Ci wdzięczny za ratunek. Bo tak, uratowałaś mnie, Caitlin. Wyciągnęłaś mnie z tego bagna, w którym siedziałem. Pokazałaś mi czym jest dobro, przyjaźń i miłość. 
Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo za Tobą tęsknię. Cierpię nie dostając od Ciebie wiadomości już trzeci miesiąc, ale doskonale rozumiem przez co przechodzisz. Jesteś zła, to jasne. Jednak uwierz mi, jedyną osobą, o której myślałem unosząc ręce byłaś Ty i Twoje dobro oraz bezpieczeństwo. Nie mogłem pozwolić Ci uciekać z miasta, razem ze mną, bo takie prowadziłem życie. Chciałem z nim nareszcie skończyć, bo nie mógłbym żyć z myślą, że poświęciłabyś dla mnie swoje szczęście. Robiłaś tak wiele razy, za wiele. Ja zmarnowałem swoje życie, ale Ty? Ty masz czyste konto i musisz z tego skorzystać. Chciałbym, żeby nasze losy potoczyły się inaczej, abyśmy teraz siedzieli na ganku naszego domu wspominając wspaniałe wesele, jakie urządzili nam przyjaciele, bo tak... chciałbym żebyś została moją żoną, chociaż wiem, że beznadziejnie brzmi to w tym liście. Kocham Cię i nie przestanę. Umieram tutaj bez Ciebie. Moje usta pragną dotknąć Twoich, moje dłonie chcą spleść nasze palce, a moje oczy są w stanie widzieć tylko Twoją twarz...
Słyszałem, że willa w Hurstville zostanie wykupiona.  Jest mi żal, ale z drugiej strony cieszę się, że już nigdy tam nie wrócę. Ten dom przypominał mi o wszystkich złych rzeczach. Marzy mi się zacząć od nowa, a inne gniazdko to dobry start, nie uważasz?
Mam nadzieję, że łzy nie kłębią się w Twoich oczach, a smutek nie gra w Twojej duszy. Bądź uśmiechnięta cały czas i czerp z życia jak najwięcej, a kiedy wrócę, będziemy dzielić się tą rozkoszą i szczęściem, masz moje słowo. Nie złość się na Michaela i Caluma za ich nadopiekuńczość. Przyznaję, kazałem im mieć na Ciebie oko. Sprawdzają się w swych rolach. 
Nie myśl o mnie za dużo, nie zadręczaj się. Nim się obejrzysz, znów będę obok. Pomyśl o tym w inny sposób. W naszym związku nie ma monotonii. Czas leci, a wraz z nim akcja, to czyni nas wyjątkowymi. Dlatego wiesz co? Słyszałem wiele historii miłosnych. Od rodziny, znajomych, czy też przypadkowych osób. Ale żadna nie będzie tak wyjątkową, jak nasza. 
Kocham cię.
Ashton.

Calum zaciągnął nosem patrząc na wygrawerowaną inskrypcję. Przetarł załzawione oczy materiałem koszulki. Ukucnął przy grobie, po czym wsunął kopertę pod doniczkę nowych kwiatów. Jeszcze raz przeczytał imię i nazwisko spisane na marmurze, a potem wstał cofając się o dwa kroki. Spojrzał w niebo, które z minuty na minutę coraz bardziej ciemniało. Deszcz nadchodził, ale nawet gdyby zamierzał spaść już za moment, Calum zostałby tyle czasu, ile zdecydował sobie poświęcić na wizytę.
- Wszystko ssie – warknął – Nienawidzę tu przychodzić i zostawiać ci tych pieprzonych listów. – wyznał – Nawet, kiedy cię z nami nie ma, wciąż mnie wkurwiasz.
Chociaż nigdy tak naprawdę nie działała mu na nerwy. Próbował zatrzymać uczucie, którym darzył blondynkę, ale nie potrafił. Lubił ją, cenił i uważał za kogoś więcej niż zwykłą dziewczynę znalezioną przez Ashtona. Żadna nie zdobyła się na odwagę, aby się z nim kłócić, a co dopiero, żeby wymierzyć mu siarczysty policzek za zgryźliwość i bezczelność, a Caitlin to zrobiła. Z tego powodu jej śmierć wstrząsnęła nim tak, jak wszystkimi.Nie mógł wybaczyć sobie tego, że nie było go wtedy w szpitalu. Nie powstrzymał jej, nie poprosił, żeby wypłakała się na jego ramieniu tak jak ona, błagała jego, aby w końcu się otworzył. Nie zrobił tego samego dla niej, nawet nie przyszło mu to do głowy. Głównie dlatego sumienie nie dawało mu spokoju. Czuł się winny, ale również oszukany. Gdy ktoś daje porady, powinien sam się do nich stosować. Tymczasem Caitlin tłumiła w sobie żal, dopóki nie skrzywdziła samej siebie, a sama ostrzegała Caluma. 
 - Wiesz, że będziemy musieli mu w końcu powiedzieć? – szepnął Michael, kładąc dłoń na barku swojego przyjaciela, a Hood dopiero wtedy zorientował się, że nie był sam.
- Stracimy go na zawsze – mruknął Calum – Ona dała mu coś, czego my nie potrafiliśmy.
- Nadzieję, dobroć, wiarę…. – wymieniał Michael.
- Dlaczego do cholery odeszła?! – rzucił z pretensją Calum – Dlaczego?
- Bo kiedy człowiek traci wszystko, traci również grunt pod nogami – odparł wzdychając ciężko, zapoczątkowując pięciominutową ciszę, którą sam później przerwał zmieniając temat - A więc co chcesz zrobić, Cal? – spytał Clifford – Będziemy mu mydlić oczy? Do końca życia?
Hood wzruszył ramionami.
- Nie powiem mu, że jedyna osoba, która trzyma go przy życiu postanowiła strzelić sobie w łeb po tym jak dostał dożywocie, bo zrobi to samo – wyjaśnił – Więc jeśli chcesz go zabić, zrób to, ale ja wolę przynosić listy niż szykować kolejny pogrzeb. A przynajmniej nie chcę szykować go dla Ashtona.
Calum odwrócił się i chwiejnym krokiem podążył w stronę wyjścia. Zatrzymał go krzyk Michaela, a potem jego pytanie.
- A dla kogo? – usłyszał za swoimi plecami.
Kąciki ust Caluma uniosły się mimowolnie. Zwrócił się ku zdezorientowanemu przyjacielowi.
- Chodź ze mną i przekonaj się, Clifford – powiedział, czekając aż Michael go dogoni.
W przeciągu godziny znaleźli się na pustkowiu, gdzie można było zobaczyć jedynie pole i kilka drzew. Calum prowadził swojego przyjaciela wydeptaną przez przechodniów ścieżką, która tak naprawdę nie kierowała ich do miejsca, które ciemnowłosy zamierzał pokazać. Była mylną drogą do opuszczonego domu. Gdy do niego dotarli, Calum nagle skręcił w stronę gąszczu drzew. Michael nieco zdenerwowany kroczył za Hoodem, nie mając pojęcia, co chłopak wyprawia. Po dziesięciu minutach przypomniał sobie, że kiedyś już tutaj był. Niedaleko znajdował się bar, z którego ratowali Caitlin oraz Theresę. W dzień wszystko wyglądało inaczej.
Calum przystanąwszy, oparł się o kawał muru, spoglądając na Michaela.
- I co? – zapytał Clifford.
Brązowooki wzruszył ramionami, a następnie zrobił kilka kroków w przód. Ukucnął i po omacku odnalazł haczyk zamontowany przy klapie umiejscowionej w ziemi, po czym przyciągnąwszy go do siebie, otworzył wejście do podziemi.
- Stała tutaj chata, ale została rozwalona przez samolot, który się tutaj rozbił dziesięć lat temu – wyjaśnił – Została piwnica.
- W porządku, ale nadal nie rozumiem dlaczego tutaj jesteśmy – odparł Michael, drapiąc się po głowie – Kręcisz jakiś horror? Dokument? Interesują cię takie sprawy? Nigdy o tym nie wspominałeś…
Calum pokręcił głową, a potem wskazał ręką na wejście do piwnicy, zapraszając kolegę do środka. Chwilę później znaleźli się na dole, gdzie było puste pomieszczenie. No, może nie do końca puste.
Na środku pokoju stało krzesło, a na nim siedział nikt inny, jak winowajca kilkumiesięcznego zamieszania. Uniósł głowę, obdarowując dwójkę chłopaków piorunującym, ale mimo wszystko zmęczonym spojrzeniem. Ciężko oddychał, brakło mu tchu. Ręce miał związane. Wodę oraz jedzenie dostawał raz dziennie, ponieważ Calum zamierzał utrzymać go jeszcze przy życiu.
- Co za niespodzianka – wycharczał słabo.
- Nie zabiłeś go?! – spytał Michael, będąc niesamowicie zaskoczony widokiem tak osłabionego Connora.
- Jeszcze nie – odparł Calum dumnie.
- Czy dziś dostąpię zaszczytu? – odezwał się Connor.
Calum lekkim krokiem obszedł Ticksa, oglądając jego ciało i stan. Nie musiał być lekarzem, żeby wiedzieć, że dni tego człowieka są już policzone. On jednak nie zamierzał kiwnąć palcem, aby skrócić jego żywot.
- Zabicie cię, byłoby dla ciebie nagrodą, sukinsynu – syknął Hood prosto do ucha swojego wroga i poklepał go po ramieniu – Bóg zdecyduje, kiedy tu zdechniesz. Może dziś, może jutro, kto wie? – droczył się.
- Pieprz się – Connor wysilił się na skomentowanie wypowiedzi rywala.
- Jesteś tu dopiero trzy tygodnie, a już tak bardzo narzekasz? Dama z ciebie.
A wtedy Connor zamilkł, jakby miał już dość rozmowy. Spuścił głowę, wziął głęboki wdech i przymknął oczy, nie mając siły dłużej utrzymywać powiek, chociaż ledwo zaczął to robić. Calum zaś rozkoszował się tym widokiem. Jego cierpienie przynosiło ciemnowłosemu ogromną satysfakcję. Gdy udało się schwytać Ticksa, długo myślał nad tym, co powinien z nim zrobić. Miał szczęście, że Sean dał mu prawo wyboru, możliwość zemsty.
Calum przez jeden dzień siedział w swoim pokoju, zastanawiając się nad karą. Przypominając sobie, jak Ashton szukał winnego śmierci ojca w celu zemsty, powiedział sobie, że nie chce reszty życia spędzić w nienawiści. Wtedy pomysł tortur wypadł z jego głowy, a pojawiło się coś zupełnie nowego.
Do tej pory Connor spędzał swoje gorsze dni w ciemnościach. Tego dnia, gdy odwiedził Ticksa wraz z Michaelem, stwierdził że nadszedł czas na fazę drugą.
Calum podszedł do ściany, przy której wmontowany był włącznik do światła. Sam zajął się oświetleniem. Palcem dotknął przycisku, a lampka zwisająca na suficie zapaliła się, oświetlając pokój. Każda ściana była zapisana. Cytatami, historiami, słowami kierowanymi do Ticksa, które miały przypominać mu o każdej złej rzeczy, której się dopuścił. Michael czytał słowo po słowie, z otwartymi ustami. Były tam dialogi pomiędzy Caitlin, a Ashtonem, a także ich rozmowy przyjacielskie. 
- Sam to zrobiłeś? – spytał, a Calum skinął.
W tym samym momencie Ticks się zaśmiał.
- Co to ma być?
- Lampka będzie się palić wystarczająco długo, abyś mógł spotkać się z wyrzutami sumienia i poczuciem winy – objaśnił Hood – Będą nachodziły cię wspomnienia, jedno po drugim. Zniszczą cię od wewnątrz, pokażą jakim jesteś potworem – mówił z nienawiścią w głosie, utrzymując kontakt wzrokowy z mordercą – Aż w końcu pękniesz, bo nie zniesiesz tego wszystkiego.
- Jesteś walnięty – prychnął – Myślisz, że będę żałował tego, co zrobiłem?
- Ja to wiem – powiedział pewnie – I mam nadzieję, że ten żal cię zeżre od środka, bydlaku – syknął, a po chwili zacisnął dłoń w pięść i trafił nią prosto w policzek bandyty, który od razu po oddanym ciosie stracił przytomność.  – Poniosło mnie – mruknął, ocierając opuszkami palców kości na dłoni.
Michael oglądał jeszcze przez moment dzieło przyjaciela, jednak sam czuł się wystarczająco źle. Wystarczyło dziesięć minut, a miał dość i pognał do wyjścia, żeby opuścić piwnicę. Zaczerpnął świeżego powietrza. Calum zjawił się kilka minut później i objął chłopaka, aby dodać mu sił. Obaj czuli się beznadziejnie, oszukując przyjaciela i żyjąc w żałobie po stracie jego dziewczyny. 
Calum sięgnął do kieszeni, a następnie wsunął klucze w dłoń Michaela. Gdy ten zobaczył, klucze od domu w Hurstville, zaskoczony spojrzał na przyjaciela pytając.
- Ty chyba...
- Wyjeżdżam - oznajmił Hood.
- Czemu?
- Muszę naprawić błąd, który popełniłem lata temu - odparł - Niedługo znów się spotkamy, Mikey.
Ciemnowłosy odszedł do samochodu, zostawiając Clifforda w osłupieniu. Nie myślał o tym, co teraz będzie, ale o tym, co nadchodziło. Wszyscy się poddali. Ashton idąc do więzienia, Caitlin popełniając samobójstwo, a Calum wyjeżdżając. Każde z nich uciekło, a Michael zastanawiał się czy nie powinien pójść ich śladem. Może ucieczka nie rozwiązuje problemów, aczkolwiek pomaga odpocząć od rzeczywistości, która tak przerażała. 




Trzecia część Cienia: Gra Mroku już w październiku. Również na TYM blogu i na Wattpad. 
Dziękuję Wam za wspólną przygodę, która jeszcze będzie trwać. :) Pozdrawiam, życzę udanych wakacji i ślę dużo miłości. :)

niedziela, 26 lipca 2015

Rozdział 38

muzyka: 1 | 2

Nie miałam pojęcia, jakim cudem zarówno Connor jak i Ashton w towarzystwie Seana mogli się rozpłynąć w tak szybkim tempie. Poszliśmy z Calumem przeciwnym korytarzem, ale gdy znaleźliśmy się na tym samym, którym powinna kroczyć cała trójka, zastała nas cisza.
Osunęłam się na podłogę, wzdychając ciężko. Powoli traciłam kontakt ze światem. Calum widząc moje osłabienie natychmiast przykucnął. Pomimo moich protestów, podniósł koszulkę, pod którą znajdowała się rana. Zerknęłam na niego słabo, a on odpowiedział mi troskliwym spojrzeniem. Wiedziałam co chce powiedzieć. Powinnaś była iść do samochodu, w którym czekał na ciebie Michael. Zawiózłby cię do szpitala i twojemu życiu nie zagrażałoby żadne niebezpieczeństwo. Ale Calum milczał i pozwalał mi na chwilę odpoczynku.
- Wątpię, żeby pocisk przeszedł na wylot.. – mruknął – Tracisz dużo krwi i możliwe, że masz zmiażdżoną kość, ale w końcu… nie jestem lekarzem więc nie powiem ci za wiele.
- Nic mi nie jest – odparłam.
- Pewnie, tylko wykrwawiasz się na śmierć – burknął i zadrwił – Nic wielkiego.
Calum rozerwał materiał swojej koszulki i zawinął go w kłębek. Podał mi, a następnie poprosił, abym mocno uciskała ranę. Pomógł mi wstać. Ręką objęłam go i razem podążyliśmy korytarzem, z nadzieją na znalezienie Ashtona.
Nie minęło piętnaście minut, a doszliśmy do większego pomieszczenia, skąd dochodziły głosy. W międzyczasie zdążyłam opowiedzieć Calumowi o śmierci George’a, pułapce jaką zastawił na mnie Connor, Theresie i całej grze, jaką zaaranżował Ticks. Zdawało mi się, że teraz byliśmy bardziej uważni i ubezpieczeni, chociaż to mogło być jedynie złudzenie.
Schowaliśmy się za dużymi sprzętami operacyjnymi, które zostały wywiezione w miejsce przypominające hol. Calum posadził mnie na podłodze tak, abym widziała co dzieje się na polu bitwy. Poprosił, żebym nigdzie nie odchodziła i sam poszedł na drugą stronę ocenić sytuację. Obserwowałam go, a także nadzworowałam przebieg wydarzeń.
- Uznajmy więc, że jestem wróżbitą i właśnie przepowiedziałem wam przyszłość – Connor rzucił bez większego zainteresowania, ale potem spoważniał i zaczął mówić do rzeczy – Wy idioci! Sądzicie, że kiedy zginę to gra dobiegnie końca? Nie… Ona wciąż się toczy i idzie zgodnie z moim planem…
- Jesteś popieprzony, Ticks – stwierdził Irwin bez ogródek – Zawsze byłeś. Masz jakąś cholerną manię.
- A w dodatku ta mania sięgnęła zenitu – dodał Fletcher – Zapłacisz za to, co spotkało mojego brata.
- Prędzej wy zapłacicie za to, co spotkało mnie.
Kątem oka spostrzegłam kolejny cień za idącym Hoodem. Kiedy zobaczyłam, kto się zbliża do przyjaciela Ashtona, trzymając pistolet w dłoni i celując w niego, mało nie pisnęłam. Theresa miała go na muszce i właśnie usiłowała go zabić.
Czym prędzej dłońmi przeszukałam swoje spodnie. Odnalazłam małą spluwę, którą dał mi Irwin i wyjęłam ją. Palce drżały, jakbym dłonie trzymała w lodowatej wodzie przez około godzinę czasu. Nie mogłam ustabilizować rąk. Starałam się znaleźć swój cel, namierzyć dziewczynę i wystrzelić pocisk prosto w drugi pistolet tak, jak robili to chłopcy, aczkolwiek oni mieli po prostu talent, którego mi zbrakło, bo kiedy wystrzeliłam… kula nie trafiła w broń, a w Theresę.
Głowy obecnych zwróciły się w kierunku ostatniego jęku, jaki wydała postrzelona dziewczyna. Ostatnimi siłami wstałam i wyłoniłam się zza maszyn. Kulejąc wyszłam na środek, do trójki chłopaków. Connor szybko podbiegł do Theresy, natomiast Calum znalazł się przy nas. Nigdy nie byłam w większym szoku, niż w tamtym momencie. Po raz pierwszy strzelałam z pistoletu, ale to nie było największym problemem.
Zabiłam człowieka.
Upadłam na kolana, gapiąc się w stronę Connora siedzącego przy Theresie, która nie oddychała. Zabiłam ją jednym strzałem.
- Caitlin… - Ashton pochylił się nade mną, nawołując – Caitlin, dlaczego? Cait, słyszysz?
Nie umiałam się wysłowić. Majaczyłam, dukałam, jąkałam się.
- Ce…ce..celo..wa..ła w Ca..Caluma i ja.. po prostu.. po prostu ja… zabiłam ją… Mój Boże…
Doprowadziłam Ticksa do furii, stanu, w jakim nigdy nikt go nie widział. Najwyraźniej Theresa nie była tylko jego wspólniczką, a kimś więcej, o czym żadne z nas nie miało pojęcia, ale zdążyło się przekonać.
- Ty suko… zginiesz w cierpie…
Wszyscy usłyszeli huk dochodzący z korytarza. Tuż po nim, tajemniczy tupot ciężkiego obuwia, jakby wojskowego dał się we znaki. Patrzyliśmy na siebie, obserwując cienie poruszające się po ścianie, które były coraz mniejsze. Connor uśmiechnął się cwaniacko, po czym biegiem ruszył do wyjścia ewakuacyjnego. Ashton widząc jego reakcje, skinął w kierunku Caluma, a ten rzucił się do pościgu. Sean powoli cofał się, nie spuszczając z oka ludzi idących dosłownie na nas. Po kilku sekundach zniknął w ciemnościach korytarza prowadzącego w drugą stronę. My zaś zostaliśmy. Uciskałam swoje biodro leżąc na podłodze. Ciężko oddychałam i miałam wrażenie, że umieram chociaż Ashton zapewniał, że wyjdę z tego bez szwanku.  Siedział przy mnie, trzymając moją dłoń i oglądając moje cierpienie, bo nic innego mu nie pozostało.
- Idź.. – szepnęłam – Musisz iść.
- Nie zostawię cię, Caitlin – odparł.
- Nic mi nie będzie.
- Poza tym, że będziesz główną podejrzaną o zabójstwo funkcjonariuszki? Pewnie nic.
- Ale to ty jesteś poszukiwany, Ash.. – mruknęłam, patrząc na niego błagalnie.
Irwin westchnął ciężko, spuszczając wzrok. Policjanci byli już blisko. Ponaglałam blondyna, ale ten nie reagował. Milczał, jakby bił się w tym momencie z myślami, chociaż wybrał naprawdę najmniej odpowiednią chwilę. Prosiłam, aby uciekał, jednak on został.
- Może przyszedł czas, żeby nareszcie mnie znaleźli – odpowiedział cicho, jakby sam był rozczarowany swoją odpowiedzią, bardziej niż ja.
Otworzyłam szeroko oczy, próbując zrozumieć co chłopak ma na myśli. Już chciałam cokolwiek powiedzieć, gdy wbiegło około dziesięciu antyterrorystów z bronią w ręku, wymierzoną w naszą dwójkę. Ashton popatrzył na nich ze skruchą, a ja na niego.. z niedowierzaniem.
- Nie możesz.. Ash… Nie..
- Cień musi raz na zawsze zniknąć – rzucił.
- Ashton – szepnęłam, ciągnąc go za rękę, aby nie wstawał – Wiem, że załujesz wszystkiego co zrobiłeś, ale to nie jest wyjście. Nie możesz mnie zostawić, nie teraz!
Ale on nie słuchał. Miał swój plan, którego się trzymał i za nic nie zamierzał go zmienić, bo wydawał mu się dobry. Chciał zmienić swoje życie, chciał wyrzucić przeszłość ze swojej pamięci i zacząć od nowa, ale nie mógł mnie również wyrzucać, jak piłkę przez okno. Potrzebowałam go, a on potrzebował mnie. Czym się kierował podejmując taką decyzję i dlaczego o niczym mnie nie poinformował, a trzymał się jedynie na uboczu? Myślałam, że wszystko ustaliliśmy i nasze relacje zostały wyjaśnione, a tymczasem nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji, którego nikt się nie spodziewał, a już na pewno nie ja. Nagle pojawiła się między nami bariera; mur który wyrósł dosłownie znikąd. Przepaść, która widziałam tylko ja, mur który nas rozdzielił sprawił że znów się różniliśmy, przestaliśmy mieć te same zdania, a obietnice, które sobie oświadczyliśmy zniknęły jakby nigdy nie istniały. Nie mogłam, nie potrafiłam i nie chciałam tego zaakceptować.
I wtedy bajka zamieniła się w najgorszy z możliwych koszmarów. Ashton dobrowolnie uniósł ręce mierząc wzrokiem policjantów stojących przed nim. Siedziałam na ziemi przyglądając się całemu wydarzeniu.
- Co ty wyprawiasz?!
Ashton patrzył na mnie obojętnie. Dałabym słowo, że gdyby mógł, wzruszyłby teraz ramionami i wysilił się na sztuczny uśmiech.
- Wybieram dobro – powiedział nie wydając z siebie dźwięku. Poruszył jedynie ustami patrząc na mnie i z lekkim uśmiechem, który miał mi dać nadzieję.
Dobrowolnie pozwolił skuć się policjantom, którym jego posłuszeństwo nie wystarczyło. Powalili go na ziemię, a potem założyli kajdanki, pokazując swoją wyższość i status.
Ashton Cień Irwin. Ten sam, który walczył zawsze z policją poddał się, aby oczyścić swoje imię chociażby u Boga, ponieważ ja już dawno go rozgrzeszyłam, ale to nie było wystarczające. Nie dla niego.
Cały świat ucichł. Szklana kula znowu mnie złapała w swe sidła i uwięziła. Przestałam słuchać i rozumieć. Tylko patrzyłam.
Patrzyłam na niego, miłość mojego życia, którą ode mnie zabierano. Jego twarz powoli znikała z zasięgu mojego wzroku. Podniósł się z pomocą mundurowych i szedł w stronę wyjścia z pokoją, nie wyrywając się, nie wrzeszcząc, bez żadnego sprzeciwu.
To uczucie, które mnie dopadło tamtego dnia było najgorszym ze wszystkich, jakie doświadczyłam. Osoba o którą walczyłam tak długo poddała się na moich oczach. Takiego bólu nie życzyłabym nawet wrogowi. Moje serce rozpadało się na milion kawałków. Myślałam, że po tym starciu nareszcie nasze drogi spotkają się na dłuższą chwilę, bądź na zawsze. Umawialiśmy się, że jego domniemana śmierć była ostatnią rozłąką. A teraz? Ashton zostawiał mnie samą znowu, wbijając kolejny nóż w plecy,
Zamknęłam oczy pozwalając łzom płynąć. Policjanci podnieśli mnie, bo sama nie zamierzałam ruszyć się z miejsca. Nie miałam sił. Oni zaś nie dbali o moje samopoczucie czy zdrowie. Wyciagnęli mnie z budynku popychając i szarpiąc mną, niczym nic nie wartą osobą. Być może tak właśnie było. Zaprowadzono mnie prosto do karetki.
Szłam obok skutego Ashtona, patrząc na niego i starając się zapamiętać każdy szczegół, bo nie wiedziałam, kiedy jeszcze go zobaczę. Kątem oka zobaczyłam schowany między drzewami samochód, który na pewno należał do Michaela bądź Caluma. Z drugiej strony widziałam chowającego się Seana. Ten także patrzył na nas z szeroko otwartymi ustami.
Ashton odwrócił swoją twarz w moją stronę. Pochylony był do przodu, idąc w niewygodnej pozycji, ale bezpiecznej dla funkcjonariuszy, którzy wciąż uważali, że może wywinąć im numer. On zaś potulnie kroczył do radiowozu, poddając się.
- Dlaczego? – szepnęłam.
- Bo jeśli… - powoli ruszał wargami, abym nadążyła – Kogoś kochasz – mówił utrzymując ze mną kontakt wzrokowy – To chcesz jego szczęścia, nawet jeśli nie ma w nim ciebie – przypomniał mi słowa które już kiedyś wypowiedział.
Rozkleiłam się. Beczałam jak małe dziecko. Czułam, jak rozpadam się od środka, umieram w każdym procencie.  Świat runął, a ja stałam po środku, nieruchomo. Chciałam go objąć, wykrzyczeć jak bardzo go kocham i nie chcę się z nim rozstawać. Pragnęłam wyznać mu, jak wdzięczna jestem za poznanie go, za zmiany, jakie dokonał w moim życiu. Chciałam myśleć, że to nie był jeszcze koniec, jednak…
Niestety był.
Auto ruszyło, a Ashton odjechał. Już więcej go nie zobaczyłam. To smutne, ale tak toczyły się nasze losy. Byliśmy niczym gwiazdy leżące blisko siebie, ale jednocześnie oddalone na tyle, że nigdy nie mogły się spotkać.
Wspominałam poprzedni tydzień, leżąc niczym przykuta do szpitalnego łóżka. Obok mnie siedział funkcjonariusz Royze, a przynajmniej takie nazwisko miał wpisane na plakietce. Codziennie musiałam go oglądać. Rozsiadał się na fotelu tuż obok łóżka, zostawiał swój sprzęt na stoliku i spędzał czas w moim towarzystwie, co musiało być katorgą, ponieważ ani razu w ciągu tych siedmiu dni nie odezwałam się do niego słowem.
W końcu nadszedł wyczekiwany przez wszystkich mieszkańców Sydney poniedziałek. Poniedziałek stał się ważnym dniem tygodnia, ze względu na proces nareszcie złapanego przez policję Ashtona Cienia Irwina oskarżonego o kilkanaście zabójstw, kilkadziesiąt kradzieży, a także liczne włamania, bójki i groźby. Ludzie siedzieli w domach, barach lub pracy, głównie przed telewizorami. Nigdy przedtem nie widzieli Irwina na własne oczy, a tym razem mieli okazję. W końcu telewizja na wieść o schwytaniu zbrodniarza postanowiła transmitować przebieg procesu, aby nabić sobie oglądalność, bo wiele osób zrezygnowała tego dnia z obowiązków, aby tylko dowiedzieć się ile lat ten bandyta dostanie od sędziny.
Pokazano, jak Ashton wchodził na salę. Ból, który widziałam w jego oczach był ogromny, nie do zniesienia. Dzieliłam go z nim, bo wszystko co dotyczyło Ashtona, dotyczyło także mnie. Upadałam pod ciężarem tych negatywnych emocji, jakie się we mnie zebrały. Myśl, że straciłam go na zawsze zabijała mnie od środka. Nigdy więcej miałam go nie zobaczyć, nie poczuć jego dotyku, nie słyszeć go przez najbliższe miesiące. A ja go potrzebowałam, pragnęłam i musiałam mieć przy sobie, bo cały świat zwalał się na moją głowę i tylko on mógł pomóc mi przejść przez największe piekło. Był jak narkotyk, od którego się uzależniłam; jak powietrze niezbędne to życia; jak piosenka, od której nie potrafiłam się uwolnić. Wciąż czułam zapach jego perfum zmieszanych z wonią Marlboro,w głowie słyszałam irytujący śmiech, a przed oczami widziałam tą uradowaną twarz zawsze, gdy patrzył na mnie. Bez Ashtona byłam nikim, zupełnie nikim i nikim miałam pozostać. Miałam stąpać sama po ziemi, iść przez życie bez niego u boku, a to było niewykonalne. On był jedyną osobą, dla której chciałam w ogóle postawić krok do przodu, więc jakim sposobem miałam ruszyć samotna?
- Proszę usiąść – przemówił wysoki sąd tuż po swoim wejściu i rozpoczął całą tę farsę, którą zmuszona byłam oglądać z moim opiekunem. Słuchaliśmy w zaparte każdego słowa, które padło z ust prokuratora, Ashtona, adwokata.
- Co stało się z funkcjonariuszką
- Zabiłem ją – wzruszył ramionami, a ja poczułam wyrzuty sumienia.
Przez większość czasu zdawało mi się myśleć, że on mnie nie kocha, a przynajmniej nie tak, jak ja jego. Tą silna, napiętą i namiętną miłością, która wypełniała moje ciało nawet wtedy, gdy go przy mnie nie było. Wydawało mi się, że on nie czuje tego samego lub po prostu nie odczuwa miłości w tak intensywny sposób jak ja. Ale on mnie kochał. Kochał mnie o wiele bardziej niż ja jego i widocznie musiało dojść do tragedii,  to dostrzegła.
Nie rozumiałam miłości, teraz to wiem. Od zawsze sądziłam, że zakochanie następuje wtedy, kiedy druga osoba staje się dla ciebie całym światem i w żadnym wypadku z niej nie rezygnujesz. Ale to zła definicja miłości. Prawdziwą jest ta, w której glówna mowa dotyczy szczęścia. Bo to jest miłość – gdy przestajesz myśleć o sobie, a najważniejszy jest uśmiech na ustach twojej drugiej połówki. Właśnie tego chciał dla mnie Ashton, żebym była szczęśliwa i wolna od wszelkich niebezpieczeństw. Dla mnie chciał się zmienić, dla mnie zrezygnował z ucieczki, dla mnie walczył i dla mnie się poddał.
Popełniłam błąd. Mój egoizm wyrządził nam wszystkim krzywdę. Czy nie powinno się kochać „pomimo” zamiast „za”? Czy nie powinno się akceptować wad, jeżeli się kocha? Niszczyłam Ashtona od samego początku i tylko ja jestem winna sytuacji w jakiej się znaleźliśmy.
- Panno Teasel, mój przełożony tu jest – oznajmił Royze wyrywając mnie z rozmyśleń – Za chwilę wrócę, zapewne ma do pani sprawę.
Skinęłam głową, nie odwracając swojego wzroku od telewizora. Czekałam tylko na jedno. Na koniec, który nadchodził. Nastąpiła przerwa, narada ławy przysięgłych, a tuż potem miało być ogłoszenie werdyktu. Gdy reklamy się skończyły, a znów pojawiła się transmisja z rozprawy, popatrzyłam na stolik. Royze znów zostawił swoje rzeczy, w tym jedną, która szczególnie mnie interesowała.
- Proszę wstać – Sędzina znów zabrała głos.
Cholera, to wszystko było takie skomplikowane. Tak długo walczyłam z przeciwnościami losu, a teraz on rzucił mi najcięższą kłodę pod nogi, której nie mogłam usunąć, ani przeskoczyć, ponieważ zabrakło mi sił i chęci. Przecież cała moja motywacja odeszła w niepamięć, a dokładniej zniknęła w czeluściach więzienia, aby odbyć karę. A ja mogłam jedynie żyć z tą myślą, albo oszczęścić sobie cierpienia, które w ciągu mojego życia pojawiało się nazbyt często.
Podsumowując, postanowiłam odejść. Po dłuższym przemyśleniu dostrzegłam nawet tego plusy. Czułam się spełniona, właśnie dzięki Ashtonowi. Zafundował mi przejażdkę,, o której nie śmiałabym zapomnieć. Obudził we mnie wszystkie możliwe emocje, uczucia i doznania, których posiadania nie byłam świadoma. To była jak jazda rollercoasterem. Z początku spokojna, potem niebezpieczna, ale nadal przyjemna z odrobiną adrenaliny, a zbliżając się ku końcowi smutna. Patrząc na to, co mnie spotkało z biegiem czasu, nie jestem zła.
Jestem szczęśliwa.
Spotkałam miłość mojego życia, przeżyłam niezwykłe przygody, rodem z filmu akcji, straciłam i zyskałam bliskie osoby, robiłam szalone i przerażające rzeczy, ale żyłam pełnią życia. Nie żałuję niczego. A już na pewno nie żałuję, że zakochałam się w Ashtonie.
Przyszedł najwyższy czas, by pożegnać się i nie gnać dalej w zaparte, skoro nie ma najmniejszego sensu. Gry skończone. Taka historia została nam wszystkim przypisana i chcąc nie chcąc musiałam na nią przystać bo nie było innego wyjścia. Potrzebowałam jedynie ogłoszenia decyzji sądu, która dodałaby mi odwagi, bo mimo wszystko trzymałam się nadziei, że on jakoś z tego wyjdzie. Jak to mawiał „jak zwykle bez szwanku”.
Ale tym razem taka możliwość nie istniała.
- Wysoki sąd skazuje Ashtona Irwina zwanego jako Cień na… - z głośników telewizora dobiegała przemowa sędziny.
Sięgnęłam po broń leżącą na stoliku i odbezpieczyłam ją. Zaciągnęłam nosem i zamknęłam oczy. Po wzięciu głębokiego wdechu, przyłożyłam lufę do skroni. Otworzyłam oczy i spojrzałam w ekran telewizora, zamieniając się w słuch.
- Dożywocie.
Po moim policzku popłynęła łza. Miałam świadomość, że właśnie takie stanowisko sądu usłyszę, jednak nie potrafiłam dopuścić do siebie myśli, że jest ono prawdziwe. Ale gdy wszystko było już jasne i wyraźnie oznajmione.. nic nie trzymało mnie na świecie.
- Żegnaj… na zawsze… - wyszeptałam.
Klamka opadła, a do pokoju wszedł zagadany z funkcjonariuszem detektyw Smith. Widząc mnie, pobladł i chciał szybko zareagować, ale nie wiedział jak się zachować. Złapał się za głowę, zrobił krok w przód i wrzasnął.
- Panno Teasel, nie! – poprosił – Niech pani tego nie robi! Mam dla pani propozycję, proszę!

Pozwoliłam powiekom opaść i…

piątek, 24 lipca 2015

Rozdział 37

muzyka: klik

Mrok dopadał mnie z każdą minutą coraz szybciej, oplatając moje ramiona i wdrapując się pod cienką bladą skórę. Krew czerniała tak samo jak ciemniały moje oczy. Czułam pustkę, niesamowitą niemoc. Ciemność ściągała mnie na samo dno i nie chodziło tutaj o brak widoczności, a ból, który doprowadził mnie do załamania. Załamał się mój świat, tok rozumowania, dosłownie wszystko. Zupełnie jak w matematyce, kiedy układasz równanie polegając na wzorze, ale po kilkunastu próbach okazuje się, że wybór wzoru był zły, ponieważ zasady jakie obowiązują są inne niż te, na których dotychczas działałeś. I nagle wszystko staje się niezrozumiałe, traci sens.
Policzki wyschły, bo ostatnia łza jaka po nich spłynęła, towarzyszyła błagającemu o litość Danowi. Gdy jego krzyk ucichł, płacz również znikł, bo wiedziałam, że to koniec. Przegrałam kolejną rundę. Opadłam na krzesło, westchnęłam i siedziałam cicho, czekając na dalszy ruch. Co mogłam więcej zrobić? Pozwolić mordercy żerować na moim cierpieniu? Dać mu satysfakcję? Zgodzić się na to, aby napawał się moimi prośbami? Nie, jego zabawa dobiegła do finału. Przeciwnik mnie złamał. Uderzył w najczulszy punkt i sprawił, że zapragnęłam umrzeć. Nie potrafiłam myśleć, że może wyjdę z tego i będę żyć mając na sumieniu swoich bliskich.
- Widziałam cię – drżącym głosem mówiłam – Twoje oczy zamknęły się, przestałeś oddychać – opisywałam, wracając do wydarzeń sprzed ponad pół roku – Jak ty…
Głośny śmiech dwóch osób – kobiecy oraz męski – rozbrzmiał w pomieszczeniu odbijając się echem. Szmery pozbawiały mnie skupienia, jakie starałam się za wszelką cenę utrzymać. Ktoś szurał krzesłem, a ktoś przechadzał się wokół mnie. Toczyłam wojnę ze swoimi zmysłami, aby poddały się mojej władzy i współpracowały, jednak mimo całej obojętności jaką postanowiłam zachować, niepokój wciąż mi towarzyszył dodatkowo zagłuszając własne myśli i podpowiedzi, które kierował mój rozum.
Palce wplotły się we włosy, po czym pociągnęły moją głowę w tył. O mało nie zachłysnęłam się własną śliną. Mały węzeł puścił tuż po jednym ruchu dłoni. Opaska, którą miałam na oczach spadła, a ja ujrzałam szary, zdobiony dziurami sufit. Nim szeroko uniosłam powieki i osunęłam głowę w dół, wzięłam głęboki wdech. Chwilę później widziałam już jego.
Nie zmienił się za specjalnie. Broda postarzała go o kilka lat, ale na pewno nie wyglądał na kogoś, kto nagle zmartwychwstał, chociaż najwyraźniej tak było, bo już nie wmawiałam sobie halucynacji czy koszmaru sennego. Byłam pewna, że widziałam go naprawdę. Był tylko… mniej zadbany niż zazwyczaj. Miał na sobie poszarpany t-shirt, a na ramiona narzuconą starą bordową bluzę w licznych zabrudzeniach. Do tego ciemne jeansy i adidasy, jakby Cassie rzekła „w słabym guście”. Włosy miał do ramion, z przedziałem po środku. Zarośniety, z raną przy skroni siedział przede mną, lustrując mnie od stóp do głów.
- Naprawdę, Caitlin? – spytał – Byłaś aż tak głupia, żeby uwierzyć, że nie przewidzę zagrań mającego nierówno pod sufitem Logana?
Szybko rozejrzałam się po pokoju, ale poza mną, nim oraz kobietą stojącą przy oknie nie zauważyłam żadnego ciała czy osoby. To było istne szaleństwo. Bawił się ze mną, tworzył złudzenia i chciał, abym wierzyła, że zabija moich bliskich, bo liczył na odpowiedzi. Pytanie było tylko jedno: Czemu tak szybko skończył tę terapię, skoro nie dałam mu niczego, co spełniałoby jego oczekiwania. A może miał już wszystko, a ja nie zrozumiałam, czego tak naprawdę chciał? Osłabił mnie, może w tym tkwiło sedno. Nie ulżyło mi ze względu na brak ciał, bo to nie na tym kończyła się zabawa. On miał więcej rozrywki do zaoferowania, niż komukolwiek mogło się wydawać. Ta gra nabierała większego sensu. Każde słowo było istotnym, każde zagranie miało swoją historię, ruchy od początku do końca były przemyślane i zaplanowane. A ja obawiałam się, że pomijam najważniejsze szczegóły i tracę swoje szanse na przetrwanie.
- Powiedziała osoba całkiem normalna – skwitowałam, widząc trzy osoby w pokoju, zamiast sześciu.
- Och skarbie, ja jestem normalny – odparł – Walczę tylko o miejsce, które zostało mi odebrane.
- Przez wspólnika, którego zabiłeś? – dogryzłam mu.
- Hej! – wrzasnął – On zaczął zabawę w zabijanie – przypomniał mi – Logan zawsze był lalką, którą udało mi się sterować, ale po pewnym czasie pojawiły się komplikacje. Zaczął uważać się za potężnego króla. A ta gra nie polega na byciu królem, którego łatwo pozbawić korony, a na byciu Jokerem, mającym w rękawie kilka asów.
- Sean… - szepnęłam – Jakim cudem on ma być twoim asem? Fletcher nie pragnie niczego innego jak twojej śmierci za zamordowanie jego młodszego brata. – parsknęłam śmiechem, słysząc jakie bzdury opowiadał Connor.
-- Oczywiście – zgodził się ze mną, bez wahania – Ale gdy zobaczy, co przygotowałem dla Ashtona, będzie chciał to podtrzymać, dla własnego dobra.
Brunet wstał i rozpoczął rozwiązywanie mnie. Zapewne uznał, że byłam słaba i nie tworzyłam dla nich zagrożenia. Bardzo się mylił.
- O czym ty mówisz?
Connor pochylił twarz w moim kierunku, aby jak najbardziej zbliżyć się do mnie. Dłonią sunął po moim udzie, to w górę, to w dół, chcąc wytrącić mnie z równowagi. Utrzymywał ze mną kontakt wzrokowy. Uśmiechał się za każdym razem, kiedy spuszczałam wzrok, aby zobaczyć jak wysoko wędruje jego ręka. Kiedy jego palce zatrzymały się za guziki moich spodni, wróciłam do jego twarzy, aby dać mu do zrozumienia, że robi zbyt duży krok.
- O piekle, moja kochana -  ten zaś wyszeptał - Irwin nareszcie trafi do piekła.
Zacisnęłam usta w cienką linię. Wyciągnęłam nogę do góry i wymierzyłam cios w jego krocze. Chłopak zawył, chowając ręce między nogi, aby zmniejszyć swoje cierpienie. Niestety, na marne.
- To był błąd.
- Ty suko – warknął, a ja pożałowałam swojego czynu lada chwila.
Zamachnął się, a moment później uderzył pięścią w moją twarz. Uderzenie było na tyle silne, że wraz z krzesłem przechyliłam się na prawą stronę i runęłam na podłogę. Poczułam przeraźliwy ból w okolicach żeber, na które upadłam.  Czym prędzej złapalam za krzesło i rzuciłam nim w jego stronę. Czym prędzej powstałam i praktycznie rzuciłam się na drzwi wyjściowe. Kobieta stojąca przy oknie odwróciła się i wyciągnęła pistolet. To była Theresa. Z determinacją w oczach mierzyła we mnie, nie wahając się by strzelić.
- Spróbuj wyjść, a zginiesz – poinformowała mnie krótkim, przepełnionym jadem głosem, którego nigdy wcześniej nie słyszałam.
- Cóż, zaryzykuję – odpowiedziałam.
W mgnieniu oka pociągnęłam za klamkę i odepchnęłam drzwi. Przemknęłam przez mały otwór, równo z otwarciem przez dziewczynę ognia. Niemożliwym było, aby szkolona na policjantkę nie trafiła. Poczułam jak pocisk rozrywa mi skórę w okolicach biodra i wypala dziurę. Aczkolwiek nie śmiałam się zatrzymywać. Przylgnęłam do ściany, schyliłam się, a dłoń przycisnęłam do rany. Szurałam nogami, starając się utrzymać szybki krok. Z moich ust wydobywały się krótkie jęki zmieszane z zadyszką, jaką łapałam po drodze. Słyszałam trzask drzwi, a następnie jego kroki, ciężkie i mozolne. Nie gonił mnie, a jedynie szedł za mną. Na jego ustach zapewne widniał ten przebiegły uśmiech, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że jestem dla niego tylko małą myszką uwięzioną w klatce. Nie znałam drogi do wyjścia, więc utknęłam, chodząc po tym feralnym labiryncie.Nie zwalniałam swojego tempa, mając głupią nadzieję, że jednak los uśmiechnie się do mnie i odnajdę drzwi do wyjścia. Zamiast tego, w trakcie swej ucieczki poczułam niespodziewanie uścisk na ramieniu. Nieznajomy pociągnął mnie w swoim kierunku, a później objął ramionami.
- Cholera jasna, Caitlin! – mruknął do mojego ucha, a moje serce nie zwolniło swego bicia, a przyśpieszyło na widok tulącego mnie do siebie Ashtona.
- Nie, nie, nie – powtarzałam – Musisz wynosić się stąd, nie możesz tu być – mówiłam, jakbym dopiero opuściła ośrodek psychiatryczny i nie dokończyła swojego leczenia – Uciekaj, uciekaj, Ashton, proszę – bełkotałam.
- Co? O czym ty mówisz? – dopytywał, ale gdy zauważył krwawienie, zajął się moją raną – Ten wariat cię postrzelił.. Niech go szlag…
- On żyje, Ashton – wyznałam, ale przez moje rozgarnięcie blondyn nic nie rozumiał – Ticks, on tu jest, to on jest Jokerem.
Irwin odsunął się ode mnie o dwa kroki, a później popatrzył na swojego towarzyszy, Caluma i Seana. Seana Fletchera. Wszystko szło zgodnie z planem Connora. Znajdowali się tu obaj, a potem musieli tylko spotkać się z nim, aby Sean przeszedł na złą stronę. Nie mogłam do tego dopuścić.
- Caitlin, musisz iść do końca, a potem skręcić w lewo – nakazał Irwin – Calum pójdzie z tobą.
Złapałam się za głowę. W moich myślach nadal słyszałam jedno słowo. Nie, nie, nie. Miałam wrażenie, że oszaleję, albo wybuchnę. On nie mógł tam iść, nie mógł tam iść sam, ani z Seanem. Connor zamierzał przeciwstawić Fletchera przeciwko Ashtonowi, ale przecież nie miałam jak powiedzieć mu o tym, skoro ciemnowłosy stał tuż obok.
- Nie możesz tam iść – wypaliłam – Nie możesz, on tego chce. Wie, że tu jesteś! - krzyczałam, bo zaczynałam powoli poznawać taktykę. Gdyby Connor chciał mnie zabić, zrobiłby to, a tymczasem nie gonił mnie, gdyż wiedział, że doprowadzę go do Ashtona, który przyjdzie mi na ratunek. Takim sposobem miało dojść do spotkania. Domyślił się, że Sean wciąż żyje i pójdzie wraz z nim. Dopracował każdy detal swojego planu, który trwał zgodnie z jego zamysłami. 
Ashton wywrócił teatralnie oczami, jak gdyby to co mówię było zupełnie nieważne. Wyjął z kieszeni broń i wsadził ją w ręce posyłając znaczące spojrzenie. Pogładził dłonią mój policzek, a kąciki jego ust uniosły się delikatnie ku górze. Zauważyłam jednak, że uśmiech ten był wymuszony. Miał on oznaczać jak zwykle jedno i to samo.
- Nie martw się o mnie – odparł – Wiesz, że zawsze wychodzę z takich cyrków cało.
Zsunęłam jego dłoń.
- Nie rozumiesz – oburzyłam się – To pulapka, Ashton.

- Zabierz ją – poprosił Irwin, patrząc na swojego przyjaciela z politowaniem. Gdy ciemnowłosy chwycił mnie za rękę, Ashton po raz ostatni zawołał mnie powtarzając, że wszystko będzie w porządku, ale nie mógł mnie nabrać, skoro dokładnie wiedziałam, jak potoczy się sytuacja. Kiedy więc obydwaj poszli w głąb korytarza, na spotkanie z Connorem, który nagle jakby rozpłynął się w powietrzu, ja nie potrafiłam po prostu odpuścić i odejść, zostawiając Ashtona praktycznie podanego na talerzu. Szybko wyrwałam się z objęcia Hooda, przepraszając i ruszyłam do biegu za nimi. Nie zważałam na wołania przyjaciela Ashtona. Zdawałam sobie sprawę, że on również pójdzie za moim przykładem, bo nie zostawi mnie samej na pastwę losu. Dlatego gdy mnie dogonił i starał się zatrzymać, po czym zawrócić wraz ze mną, wyjaśniłam mu problem. Chłopak odbezpieczył swój pistolet, złapał mnie za rękę i razem pognaliśmy na ratunek oraz poszukiwania Ashtona.