sobota, 24 października 2015

Rozdział 1


Nad Adelaide wysoko unosiło się słońce, a białe chmury rozpływały się na niebie. Właśnie dochodziła godzina dwunasta, co ogłosiły dzwony w kościele Saint Andrewsa, które słyszeli nawet obecni na sali rozpraw ludzie, w Adelaide Magistrate Court. Każdy zajmował swoje poprzednie miejsca, starając się utrzymać ciszę, jaka panowała w pomieszczeniu. Ale pomimo tego dziwnego spokoju, wielu z nich denerwowało się, zwłaszcza ci, którzy byli oceniani, a później musieli wysłuchać werdyktu od sądu najwyższego. I nawet otwarte szeroko okna nie pomagały im we wdychaniu świeżego powietrza, bo nie dochodziły do ich ust. Oddech uwiązywał w gardle, które jakby było zaciskanę przez sznur mający pociągnąć winnego do góry, kiedy sąd wygłosi przemówienie. Bo przecież więzienie jest swego rodzaju wyrokiem śmierci.
Siedemnastoletni Gary Oldman siedział na krześle oparty łokciami o blat stolika. Kajdanki, które założono mu przed samym wejściem na sale uciskały jego nadgarstki, ale nie mógł narzekać. Pomimo braku swobody w rękach, wolał oglądać salę rozpraw niż - więzienną norę, w której spędził pięć lat.
Obok niego spoczywała dość młodo wyglądająca jak na swój wiek, brunetka o pięknych i dużych błękitnych oczach. Nie mógł ukryć swojego szczęścia, gdy dowiedział się, że to właśnie ona – Addelaine Levinson – będzie reprezentować go w sądzie i walczyć o uniewinnienie. Jedna z najlepszych, wschodząca gwiazda jeżeli chodzi o prawo oraz jedyna w swoim rodzaju dwudziestodziewiącioletnia Addelaine będąca dopiero od dwóch lat w branży, wznosiła się na szczyty po ciężkiej pracy.
- Proszę wstać, sąd idzie.
Drzwi otwarły się, a starsza kobieta o imieniu Janette, odgrywająca tego dnia rolę Wysokiego Sądu weszła na salę, kierując się na swoje miejsce. Addelaine splotła palce u dłoni z cierpliwością, a także opanowaniem obserwując każdy ruch kobiety. Wewnątrz umierała z ciekawości dotyczącej werdytku, jak i również martwiła się możliwością przegranej, ale nie umiała tego okazać, zwłaszcza przy swoim kliencie.
- Wszystko będzie dobrze – powtarzała klientowi, a także sobie w myślach, ponieważ pewna wątpliwość utkwiła w jej głowie nagle i całkiem niespodziewanie. 
- Świetnie się spisałaś, Addelaine - odparł Gary, chłopak oskarżony o usiłowanie zabójstwa swojej siostry, które naprawdę zostało dokonane przez jej narzeczonego, ale ten zaś był niczym lis - odegrał niewinnego, osądzając swojego byłego przyjaciela. Wykazał się sprytem, na czym nie skorzystał na pewno Gary, którego widok policji przed domem zszokował, a już samo oskarżenie wyraźnie załamało. - Widocznie właśnie w ten sposób miałem rozplanowane życie..
- Stul pysk, Gary - fuknęła po cichu, aby nikt nie usłyszał, jak odnosi się do własnego klienta w tym samym czasie mierząc wzrokiem sędzinę. Próbowała uzyskać odpowiedź na swoje pytanie zwyczajnie patrząc na kobiecinę, aczkolwiek jej wyraz twarzy nie mówił niczego, co mogłoby dać chociaż wskazówkę.
Usiadła, a za nią zajął miejsce każdy człowiek obecny na sali. Staruszka zamlaskała, założyła okulary i otworzyła dokumenty. Zerknęła to na prokuratora, to na oskarżonego, to na Addelaine. Bąknęła coś niezrozumiałego pod nosem i wróciła do śledzenia wzrokiem treści tekstu zawartego w teczce. Nie minęło dziesięć sekund, a Janette zamknęła akta gwałtownie, rozbudzając każdą znudzoną osobę na sali uderzeniem. Każdy uniósł głowę, otwarł usta i czekał, aż Wysoki Sąd wyda oświadczenie.
- Wysoki Sąd uznaje Garego Adama Oldmana niewinnym popełnienia zabójstwa swojej młodszej siostry...
Kilka osób wstało, niektórzy bili brawo, inni rzucali oszczerstwami udając, że nie słyszą młotka, którym tłukła o stół staruszka próbując zapanować nad chaosem, jaki powstał po krótkim jednak poruszającym zdaniu.
Brunetka siedziała spokojnie na swoim miejscu. Zamknęła oczy, westchnęła i uśmiechnęła się. Czuła tylko jak Gary obejmuje ją i zaczyna płakać w ramię. Cóż za ulga!
- Nigdy nie będę w stanie odwdzię… - szepnął do jej ucha, a ta odsunęła się posyłając mu piorunujące spojrzenie. Pokręciła przecząco głową.
- W podzięce możesz tylko pójść do swojej rodziny i cieszyć się życiem – odparła.
Ten widok ocieplał jej serce przy każdej wygranej sprawie. Nasycała się natomiast wyraźną złością prokuratora, który opuszczał salę trzaskając z impetem drzwiami. Uwielbiała oglądać wściekłych jej wygraną ludzi, którzy wcześniej przewidywali przegraną nowej adwokatki o słabym doświadczeniu. Takie reakcje motywowały ją do dalszego działania. Zdążyła nauczyć się przez te kilka lat, jak każdy w tym zawodzie był pełen zawiści, kiedy drugiej osobie powodziło się zbyt dobrze. Wiele razy stawiano jej kłody pod nogi, żeby w późniejszym czasie oglądać upadek po upadku. Ale w porównaniu do innych, Addelaine potrafiła znajdować w takich sytuacjach plusy i wyciągać wnioski, które przełożyły się na jej teraźniejsze działania. Dobra była z niej uczennica, co można tylko oglądać podczas rozpraw. Odnosiła przecież same sukcesy.
Prasa zaatakowała kobietę tuż po opuszczeniu budynku. Uśmiechała się sztucznie, ponieważ ostatnią rzeczą, jaką lubiła były właśnie rozmowy z mediami, które starały się wyszukać jak najwięcej błędów lub nowinek w jej wypowiedziach.
- Panno Levinson, kolejna sprawa zakończona pozytywnie jeżeli chodzi o panią, co dalej? 
- Czy weźmie pani coś trudniejszego?
- Kiedy rozprawa dotycząca Adamsa?
- Czy jest pani męża?
Na szczęście od odpowiedzi i blasku fleszy wyratował ją dzwoniący telefon. Odeszła na bok przy asekuracji policjantów. Pomimo kamer, które wciąż skierowane były ku niej, odebrała przychodzące połączenie, bo nie miała czasu na ucieczkę i ukrywanie się przed dziennikarzami łaknącymi świeżych informacji.
- Witaj.. – powiedziała, ledwo słysząc co jej pracodawca mówi przez wrzaski docierające zza jej pleców – Liczyłam na jakieś gratulacje… a potem urlop… Rozumiem.. Ostatnia sprawa przed przerwą? Jasne… Czyja… Powtórz, bo nie usłyszałam… Co takiego?!
Transmisja została przerwana, a na ekranie pojawiła się dziennikarka prosto ze studia.
Właśnie tak potoczył się wczorajszy proces pana Oldmana, który odniósł zwycięzstwo dzięki…
Nagle któryś z ochroniarzy przełączył kanał, a na monitorze pojawila się prezenterka programu Sunrise 7 opowiadająca o zdrowej żywności. Kilku więźniów pomrukiwało pod nosem z niezadowolenia. Reszta natomiast powróciła do poprzednich czynności, odrywając się od ekranu telewizora. Przy jednym ze stolików rozbrzmiały głosy kilku mężczyzn, którzy popadli w dyskusję na temat obejrzanych wiadomości.
- To nie w porządku, że jacyś mordercy dostają szansę na wyjście, a my musimy siedzieć w tej klitce! – oburzył się młody rudzielec z prawej części stołówki.
- Cóż, jeżeli Cię to pocieszy Andre, to jeden psychopata na pewno stąd nie wyjdzie – odparł drugi nastolatek, kiwając znacząco głową.
Średniego wzrostu blondyn siedzący przy ostatnim stoliku uniósł głowę, aby rzucić spojrzenie chłopakowi z drugiej strony sali, który odważył się wspomnieć o nim, nawet w sposób sugestywny. Palcami obracał plastikowy widelec zataczając nim koła, niczym chodzącą wskazówką na zegarze. Nieprzyjemny gorąc wypełniał jego ciało, a przypływ energii, jaki go dopadał nie wskazywał na nic dobrego. Starał się pohamować, próbował myśleć o przyjemnych rzeczach, jakich doświadczył w swoim życiu, ale na nic szły jego wszelkie ćwiczenia dojścia do opanowania. Miał ochotę wziąć plastikowy widelec i wbić go prosto w gardło tego szczyla, który śmiał przeszkadzać mu w konsumpcji posiłku. Patrząc na niego wyobrażał sobie, jak spiera go na kwaśne jabłko lub skręca kark, oddając w ręce kostuchy. Zaciskał pięść na blacie stołu i już miał wstać w celu ataku, gdy niespodziewanie usłyszał po raz drugi tego wieczoru swoje nazwisko. W pomieszczeniu przestało być duszno, ciśnienie opadło, a napięcie znikło. Wszyscy jednocześnie zamilkli, a on odwrócił głowę, żeby zerknąć na ochroniarza, który przerwał mu prawdopodobne dokonanie mordu na więźniu.
- Masz gościa – warknął, po czym wskazał dłonią na wyjście.
Mężczyzna odłożył widelec, który wcześniej miał mu służyć za narzędzie zbrodni. Po raz ostatni zerknął chłodno na młodzieńca szukającego rozrywki. Później udał się za mundurowym, prosto do sali wizyt.
Blondyn wszedł do pokoju, a ochroniarz chwilę później przymknął drzwi. Kiedy więzień odwrócił się, ujrzał średniego wzrostu faceta. Światło, które padało na jego twarz sprawiało, że wyglądał bardziej blado niż zazwyczaj. W pół otwartymi oczyma lustrował jego więzienny kostium, zaciskając mocno usta. Szybko wymienili ze sobą spojrzenia i pokiwali głowami w akcie powitania. Usiedli naprzeciwko siebie. Kiedyś zdawałoby się, że byli dwoma nierozłącznymi przyjaciółmi, którzy godzinami potrafili rozmawiać o błahostkach, jednak ten czas najwyraźniej minął, a oni stali się zwykłymi znajomymi, uwikłanymi w rutynie, czyli krótkich spotkaniach od czasu do czasu w tej samej sali, tego samego koloru, o tym samym czasie. I każda ich dyskusja rozpoczynała się w ten sam sposób.
- Jak się czujesz? – Odezwał się jako pierwszy ciemnowłosy obdarowując swojego kumpla troskliwym spojrzeniem, jednak ten nie odpowiedział. Cień słabego uśmiechu przebiegł po jego twarzy. Ileż to razy słyszał tego typu pytania. Nie śmiał już więcej odpowiadać. Bo jak mógł czuć się siedząc za kratkami przez tak długi czas? Michael miał na pewno swoje wyobrażenie jego dni, więc dlaczego pytał? Nieświadomie nakładał większy ciężar na więźnia przypominając mu, gdzie dokładnie się znajduje. A Ashton chciał zapomnieć, uznać więzienie za swój dom, a wykonywanie czynności o odpowiedniej godzinie za codzienność, której trzyma się szary człowiek.
- Nie zmieniłeś się za bardzo – odparł nieco opryskliwie – Brak kolorowych pasemek sprawia, że wydajesz się dojrzały, ale na pewno w duszy nadal jesteś tym samym dzieciakiem kochającym gry komputerowe i lenistwo – stwierdził, ale po przemyśleniu swoich słów, westchnął i dodał. – Chociaż co ja mogę teraz wiedzieć, właściwie nic.
Ashton nie ukrywał swojego żalu względem Michaela, który odwiedzał go stanowczo za rzadko. Jeszcze trzy lata temu składał swoje wizyty kilka razy w tygodniu, ale to zamieniało się powoli w odwiedziny co tydzień, co dwa tygodnie, co miesiąc, aż doszło do spotkań raz na jakiś czas, byle nie przesadzać. Niejednokrotnie Ashton starał się naprawić ich stosunki, a nawet chciał dowiedzieć się, jakie zmiany zaszły w ich relacji, jednak powód do tej pory pozostał nieznany. 
Nie uzyskując odpowiedzi na swoje pytanie, Clifford zignorował zły humor Ashtona i rzucił gazetą. Irwin natomiast wywrócił oczami, kiedy zobaczył nagłówek artykułu. Mógł się domyślić, że to właśnie ona znajdzie się na okładce, skoro widział ją również na ekranie telewizora.
- Wiem, wiem, wiem – burknął - Trąbią o niej na każdym kanale telewizyjnym.
- A czy wiesz o tym, że będziesz miał kolejny proces? – spytał Michael, zajmując miejsce naprzeciwko blondyna.
Irwin zmarszczył brwi, a jego oczy rozbłysły, jakby pojawiła się w nich nadzieja, do której mimo wszelkich dowodów nie mógłby się przyznać. W końcu otwarcie mówił, że nie pozostawało mu nic innego, jak zestarzeć się w tym budynku, a potem umrzeć. Nie umiał wyznać, że wciąż głęboko w sercu wierzył, że jeszcze kiedyś zobaczy swój stary dom w Hurstville czy spotka się ze znajomymi poza kratkami.
- Ale nie mam adwo… - urwał, bo kiedy popatrzył na Michaela, zrozumiał że nie przyniósł mu gazety bez powodu. Jeszcze raz sięgnął po prasę, otwierając artykuł o wygranym procesie Oldmana i rozpoczął lekturę czytając każdą linijkę dokładnie.
Nieznane źródła podają, że Addelaine Levinson przed urlopem podejmie się sprawy Ashtona Irwina nieoficjalnie nazywanego „Cieniem”.
Z otwartymi ustami odsunął się od gazety, jakby za moment miał z niej wyskoczyć jakiś potwór. Przeczesywał palcami włosy niczym człowiek w transie. A kiedy przestawał, świat zaczynał wokół niego wirować. Nie potrafił uwierzyć w to, że znowu dostawał szansę od Boga, która jednocześnie mogła być klatką dla naiwnego szczura, o czym cały czas pamiętał. Był człowiekiem trzeźwo myślącym, a jego życie jedną wielką zasadzką. Czemu więc tym razem miałoby być inaczej? Co mogłoby się zmienić?
- I niby ta kobieta ma mnie bronić? – zapytał, spoglądając na swojego przyjaciela, który odpowiedział mu wzruszeniem ramion. Blondyn prychnął, zamykając, a później rzucając na bok gazetę. Pokiwał głową z niedowierzaniem. – Ona wygląda na czternastolatkę, rozpieszczoną przez bogatych rodziców.
- Ta czternastolatka może cię uratować – warknął ciemnowłosy mężczyzna siedzący naprzeciwko skazańca – Jest jedną z najlepszych.
- Właśnie – parsknął Ashton, a potem oparł dłonie na blacie stolika – Ciebie nie stać na zapewnienie mi takich pleców, więc może to jakaś pułapka?
- Minęło dziesięć lat – powiedział zirytowany postawą kolegi – Naprawdę uważasz, że po takim czasie komuś zebrało się na pułapki?
- To bardziej wiarygodne, niż Calum miliarder, który wrócił żeby pomóc mi wydostać się z pierdla.
- Ashton… - zawołał błagalnie Clifford.
Mężczyzna burknął coś niezrozumiałego pod nosem, kiedy zakrył swoją twarz. Nie mógł powiedzieć, że poczuł się niewzruszony nowymi wieściami, jednak przyznanie, iż obudziła się w nim nadzieja, a w jego oczach pojawiła się jasność było również nie do przyjęcia.
- Koniec wizytacji – oznajmił ochroniarz, który wszedł do pomieszczenia niczym do swojego domu. Przy jego spodniach w pokrowcu zwisała broń. Patrzył z wyższością na mężczyzn. Ashton pożegnał wzrokiem przyjaciela, a potem wstał i podszedł do wysokiego faceta. Ten spiął mu kajdanki tak, aby dłonie miał praktycznie złączone. Popchnął blondyna by go pośpieszyć prosto do wyjścia i razem skierowali się do celi. Michael siedział jeszcze chwilę w pokoju wizyt, składając ręce i modląc się o ratunek dla swojego jedynego przyjaciela, który odsunął się od niego z biegiem czasu.
Irwin szedł korytarzem w ciszy, mijając więźniów – spokojnych, a także agresywnych. Pewien starszy mężczyzna rzucał się na kraty grożąc śmiercią ochronie, inny młody chłopak próbował wzbudzić litość służb płaczem i błaganiem o wyjście, a znajomy Ashtona mieszkający po przeciwnej stronie leżał na łóżku oglądając kolejny dzień sufit.
Po wejściu do celi, usiadł na swoim łóżku. Oparł łokcie o kolana, a dłonie złożył ze sobą, jakby za moment miał zacząć się nie modlić. Ale ta myśl nie przychodziła mu do głowy. On tylko powtarzał szeptem imię i nazwisko, które nie mogło dać mu spokoju.

Addelaine Levinson.

______________________________________________

Witam, witam i o zdrówko pytam :)
Mam nadzieję, że nasza przygoda z GM będzie tak samo interesująca i obfitująca w niesamowite niespodzianki, jak z resztą części Cienia. Komentujcie, czytajcie i wkręcajcie się. :) Dziś postaram się odpowiedzieć na kilka komentarzy, może jakieś wskazówki dam, kto wie...
Anyway, chciałabym Was również zaprosić na moją stronę TRZY KROPKI NIENAWIŚCI, gdzie będę recenzować, daję już wskazówki odnośnie pisania i wydania swoich powieści etc. Byłoby miło jakby ktoś wpadł, zaobserwował bloga, zostawił po sobie jakiś inny ślad czy zlajkował FANPEJDŻ. Ale przede wszystkim... żeby ktoś przeczytał te moje bazgrołki!


Miłego wieczoru!


czwartek, 15 października 2015

Prolog

Wysoki blondyn o pięknych niebieskich oczach kroczył ciemnym pozbawionym życia korytarzem. Po jego ramionach przebiegały dreszcze z powodu panującego zimna w tej klitce, jaką zwali swoim domem. Dłonie drżały, ale tym razem z obawy o reakcję swojego szefa, na wieści, które mu niósł. Przerażenie rosło w jego ciele. Bał się go, jak nikogo innego i nie ukrywał swojego strachu, ponieważ reszta ludzi również czuła respekt przed swoim mentorem. Kilku z nich nawet podziwiało mężczyznę i marzyło, aby kiedyś zostać takim samym draniem pozbawionym emocji, który bez mrugnięcia okiem potrafi zabić z uśmiechem na ustach i pogodnym wyrazem twarzy. Jego zachowanie sprawiało, że ludzie uważali go za niezwykłego lub określali go demonem w ciele człowieka. Był uosobieniem ciemności, mroku i wszystkiego, co złe i okrutne. Wszedł do jednego z pokoi mieszczących się w budynku, omijając te, w których muzyka odbijała się od ścian niczym piłeczka ping-pongowa. Jego tam nie było. Nie przepadał za huczącą muzyką. On preferował ciche przygrywki, aby móc rozkoszować się i rozumieć melodię, dlatego też znajdował się w pomieszczeniu na samym końcu, gdzie panowała głównie cisza. Małymi kroczkami podchodził do biurka, przy którym siedział jego szef.Ten zaś odwrócił się tak, aby kątem oka mógł ujrzeć sylwetkę blondyna. Czarne niczym smoła włosy opadały na jego ramię, zakrywając pół twarzy. Między palcami miał papierosa, jak zwykle, gdy przeglądał dokumenty, które sporządził jego prywatny informatyk. Muzyka rockowa cicho pogrywała w pomieszczeniu, aby pomóc mu skoncentrować się na pracy. Uniósł głowę wyrażając chęć rozmowy ze swoim gościem. - Złe wieści.. - mruknął Jack nieśmiało, a w dodatku zająknął się, co utwierdziło jego szefa w przekonaniu, iż zaraz może rozpętać się piekło. Jednak nie okazał swojej silnej ciekawości, a utrzymał kamienną twarz, coby nie dać po sobie poznać swych odczuć. - W tym świecie nie ma dobrych wieści, więc mógłbyś powiedzieć w czym tkwi problem, zamiast przeszkadzać mi w ważnych sprawach.. - powiedział z lekką irytacją, obracając krzesło w stronę biurka. Udał, że powrócił do pracy, ale w rzeczywistości przytknął jedynie długopis do kartki, a potem wbijał wkład w papier, powtarzając w myślach, aby jego sny nie ziściły się. - Wznawiają proces - wydusił z siebie blondyn wreszcie - Będą walczyć o uniewinnienie. Wybuchł śmiechem, nieco nerwowym, ale również szczerym i pełnym rozbawienia. Jeżeli to cała informacja, jaką przyniósł Jack, nie miał w zupełności czym się przejąć, ponieważ ten proces wznawiano już kolejny raz. Wziął papierosa do ust, zaciągnął się, a potem wypuścił dym ze swoich ust, rozsiadając się na fotelu. Obrócił się do Jacka tak, aby miał możliwość ujrzenia jego całej roześmianej twarzy prawie jak u małego dziecka. - Głupiec, który zdecydował się go bronić zrezygnuje po pierwszym spotkaniu - parsknął. Znał przebieg przyszłych wydarzeń. To zdarzyłoby się już piąty raz. Prasa zacznie szumić, ludzie wyrażać swój sprzeciw, a adwokat nie będzie się tym przejmował do pięciu pierwszych gróźb. Później spotka się ze swoim klientem, a gdy rozpocznie się ich konwersacja.. zrezygnuje, jak każdy inny. - Tym razem sprawy mogą potoczyć się inaczej - odparł Jack, po czym rzucił na blat stolika plik dokumentów. Ciemnowłosy uniósł brew i pochylił się nad teczką. Odłożył papierosa i od razu postanowił sprawdzić informację, jakie przekazywał mu jego goniec. Odwiązał pakunek, a później wyjął z niego pierwsze kartki i począł czytać w trakcie, gdy Jack wyjaśniał po skrócie w czym tkwi problem. - Prokuratura dostała pewną propozycję od tajnych służb - rzekł, a kiedy nie zauważył sprzeciwu swojego szefa co do opowieści, kontynuował - Oczywiście poszli na układ i powstał drugi warunek zwolnienia. Obrońca, który teraz zgodził się na poprowadzenie sprawy, musi jedynie po przegranym procesie powiedzieć "Tak". - Jaki jest drugi warunek zwolnienia? - spytał, patrząc spodełba na Jacka, którego niegdyś zwał przyjacielem. - Domyśl się - szepnął. Po raz pierwszy na twarzy Seana Fletchera wymalował się niepokój. Wstał z wrażenia i lustrował blondyna wzrokiem, jakby chciał wyczytać więcej informacji na ten temat z jego wyrazu twarzy. Możliwe, że znał jakąś możliwość wyjścia z problemu, o której nie zdążył powiedzieć, ale on nie wyglądał na człowieka, który właśnie coś przed nim zataił. Pomimo potyczek, nadal mu ufał, bo wiedział, że Jack nigdy nie życzył mu niczego złego. Nawet, gdy Sean wpadał w furię i robił rzeczy, których przyjaciel przyjacielowi robić nie powinien. Widząc smutek zmieszany ze strachem w jego oczach, zrozumiał, że sprawa nie jest na tyle błacha, jak dwa, cztery, siedem i dziewięć lat temu. Popadł w tarapaty, z których ciężko będzie się wydostać, jeżeli nie kiwnie palcem. Uderzył płaskimi dłońmi w stół, a biurko zatrzęsło się pod wpływem siły, z jaką to zrobił. Jack spuścił wzrok, aby nie oglądać tego pełnego nienawiści spojrzenia, jakim chętnie pożarłby go Sean. Cierpliwie czekał na dalszy przebieg zdarzeń. - Kto jest jego adwokatem? - zapytał Fletcher, akcentując słowo po słowie, literkę po literce. Jack więc podszedł do stolika i wysunął zza pliku kartek, które wziął ze sobą, zdjęcie młodej dziewczyny o długich i pięknych brąz włosach, dziecięcej i gładkiej twarzy, a także cudownych błękitnych niczym ocean oczach. Sean widział na zdjęciu kobiety pewny siebie wzrok, determinację i odwagę. Zauważył, że nie jest to typ adwokatki porywającej się na pierwszą lepszą sprawę. Dokładnie przemyślała minusy i plusy podjęcia się tej pracy albo uznała ją za wyzwanie, któremu chcę podołać. W każdym razie nie była łatwą sztuką. Spostrzegł to w przeciągu kilku sekund. - Addelaine Levinson - Jack wybił swego szefa z przemyśleń, gdy przemówił - Debiutantka, ale już jedna z najlepszych. Sean obejrzał jej zdjęcie, a później uśmiechnął się szeroko. Wysunął ze swojej kieszeni zapalniczkę, aby później ogień rozbłysł nad małym narzędziem. Podłożył zdjęcie pod płomień, który po chwili otulił kartkę papieru. Ze skupieniem patrzył, jak powoli fotografia znika. - A więc skontaktujemy się z panną Levinson i damy jej do zrozumienia, że domem Ashtona jest i zawsze będzie więzienie - odpowiedział Fletcher, spoglądając na wspólnika - A jej sprzeciw może skończyć się tragicznie. Mężczyzna rzucił pozostałości kartki na metalowy stolik, oglądając kawałek papieru zamieniający się w popiół.