sobota, 28 września 2013

Rozdział 4

Byłam bliska zawału. Nagle w pokoju zapadła ciemność, a cały kuchenny sprzęt zgasł, co oznaczało brak prądu. Stałam nieruchomo w kuchni, a moja dłoń kurczowo ściskała blat jakby była do niego przyklejona. Cała drżałam. Nie jestem fanką ciemności. Jedyne na czym mogłam teraz polegać to zmysły słuchu i dotyku. Moja wyobraźnia zaczęła działać. Do głowy napływały mi najdziwniejsze, a zarazem najstraszniejsze rzeczy. Zaczynałam mieć wrażenie ze nie jestem sama w mieszkaniu, że ktoś mnie obserwuje. W moich myślach już roiła się wizja mojej śmierci, której miałam doznać – moim zdaniem, za chwilę. 
Spokojnie.. Nic się nie dzieje. - powtarzałam starając się uspokoić, co nie szło mi zbyt dobrze. Wciąż się trzęsłam, łzy napływały do moich oczu. Mój oddech był przyśpieszony, w głowie zaczęło się kręcić, a nadzieja na powrót jasności powoli opadała. Moje ciało robiło się coraz chłodniejsze.
Po kilku minutach postanowiłam wziąć się w garść. Nie miałam pojęcia kiedy prąd powróci, ale nie mogłam wciąż stać jak posąg i tylko się zamartwiać. Zaciągnęłam nosem, po czym otarłam rękawem bluzki oczy. Prawdopodobnie rozmazałam cały makijaż, ale nie przejmowałam się tym. Przecież i tak nikt mnie nie widział, ani ja nie widziałam samej siebie. Było mi to obojętne. Wzięłam głęboki wdech próbując po raz drugi opanować emocje, co tym razem mi się udało. Moje zimne stopy oderwały się od podłogi, powolnie przesuwając się do przodu. Jedna z dłoni osuwała się niepewnie po blacie, natomiast druga sunęła po górnych szafkach. W ten sposób znalazłam się na końcu kuchni, przy ostatniej szafce. Złapałam za uchwyt i otworzyłam ją. Dotykałam każdej rzeczy, która znajdowała się w środku zgadując czym ona może być. Na szczęście znalazłam to czego chciałam. Latarkę. Odetchnęłam z ulgą czując ją w ręku, to była moja nadzieja. W tej chwili przypomniały mi się słowa ciotki, która to właśnie kazała mi kupić ten jakże przydatny sprzęt, a kąciki moich ust uniosły się. Tak bardzo cieszyłam się, że chociaż raz jej posłuchałam.
Przycisnęłam swój palec wskazujący do guzika na latarce, jednak nie dała ona światła. Jęknęłam z rozczarowania przypominając sobie, że do latarki potrzebne są także baterie, których niestety nie kupiłam. Ścisnęłam mocno powieki próbując zablokować strach dobijający się do mojej głowy po raz kolejny. Kiedy poczułam jak do moich oczu ponownie wpływają łzy, poddałam się i pozwoliłam sobie na panikę. Zaczęłam płakać i pojękiwać.
Moja ręka rozluźniła swój uścisk a latarka opadła z wielkim hukiem na ziemie obijając się o panele równo z dźwiękiem dzwonka do drzwi. Myślałam, że wcześniej panikowałam, jednak teraz to co się ze mną działo było nie do opisania. Zaczęłam odczuwać delikatne bóle w pobliżu serca, które waliło jak oszalałe. Brałam szybkie wdechy i wydechy stojąc nieruchomo, jak zaklęta. Zacisnęłam usta powstrzymując szlochanie które miało ochotę wydobyć się z moich ust. Wciągałam powietrze nosem próbując zwolnić pracę serca. Miałam wrażenie, że znajduję się w jakimś przeklętym horrorze, a za drzwiami stoi seryjny morderca, któremu właśnie w tym momencie mam otworzyć, żeby mógł mnie zamordować. Paranoja. Czym prędzej starałam się zabić moje chore myśli.
Gdy już mi się to udało moje nogi zaczęły bezdźwięcznie szurać do przodu, a ręce wysunęłam przed siebie w poszukiwaniu punktu zaczepienia. Usłyszałam dźwięk dzwonka po raz drugi co spowodowało moje zatrzymanie i wahanie. Czy na pewno powinnam otwierać te drzwi? A co jeśli to włamywacze? Co jeśli wybiła moja godzina? Wiele myśli zaczęło głębić się w mojej głowie. Przyciągnęłam się do ściany opierając się o nią i chwilę spędzając przy niej czas. Przeciągnęłam swoje włosy do tyłu starając się wymyślić coś logicznego i wpaść na jakikolwiek plan. Może powinnam zawrócić do kuchni po nóż? A może to kurier? Ciocia? Cassie? Dan? A może jednak włamywacz? To morderca, jak nigdy. Sukinsyn, akurat dzisiaj! Byłam cała rozgrzana, a moje ręce przepocone. Zdecydowałam się na odwagę. Oderwałam się od ściany ciałem, ale położyłam na niej dłoń zaczynając iść w kierunku korytarza. Brałam głębokie wdechy i wydechy. Gdy byłam pod samymi drzwiami osunęłam się na ziemię siadając obok komody. W razie czego mogłam zawsze pobić napastnika jedną ze szpilek, które były blisko mnie, wystarczyło tylko po nie sięgnąć.
Zamknęłam oczy odganiając wszystkie swoje myśli, po czym wydobyłam ze swojego zestresowanego ciała dźwięk.
- Kto tam? – zapytałam zaszlochanym głosem.
- Pani Teasel? Wszystko w porządku? Tu dozorca Gordon – oświadczył mężczyzna, a z moich ust wydobyło się ciężkie westchnięcie.
- Boże, dziękuję – przeżegnałam się szepcząc – Tak, tak to ja – potwierdziłam pewniej sąsiadowi.
-  Chciałem zawiadomić o awarii prądu, co już pewnie zdążyła Pani zauważyć. Wszystko będzie naprawione z samego rana – oznajmił dozorca, a ja przytaknęłam.
Moja głowa uderzyła o ścianę, a nogi wysunęły się do przodu. Ogarnęła mnie ulga i spokój. Schowałam twarz w dłoniach oczyszczając umysł. Złe myśli odeszły. To tylko awaria. Nic nadzwyczajnego. Przez moje ciało przechodziły jeszcze dreszcze, ale nie były one już tak intensywne. Zaczęłam powracać do normalności.
Przeraził mnie jednak dzwonek telefonu, który rozbrzmiał w całym mieszkaniu. Światło bijące od ekranu komórki rozeszło się po salonie rozjaśniając go. Zanim jednak wstałam rozejrzałam się po pomieszczeniu. Wszystko było na swoim miejscu. Na kolanach, czołgając się, przeszłam do salonu zatrzymując się przy stoliku na którym leżała komórka. Teraz ona będzie służyła mi za latarkę. Dzięki Bogu miałam wmontowany flash, więc nie było problemu z większym światłem niż tylko wyświetlacz. Sięgnęłam po aparat po czym przesuwając po ekranie odebrałam połączenie. Przyłożyłam iphone'a do ucha opierając się o kanapę naprzeciwko stolika.
- Tak? – zapytałam niepewnie, zapominając sprawdzić nadawcę połączenia.
- Wystraszyłem? – usłyszałam śmiech.
- Ty dupku – syknęłam, a na mojej twarzy pojawił się grymas.
- To było ostrzeżenie Caitlin – prześladowca starał się mnie zmanipulować.
- Myślisz, że się Ciebie boję? – spytałam pewnym głosem.
- Awaria prądu, któż by pomyślał? Z tego co wiem boisz się ciemności – chłopak wciąż ze mnie kpił.
- Idę jutro na policję – zawiadomiłam. Nie miałam zamiaru dać sobą pomiatać, i to jeszcze jakiemuś zakompleksionemu gnojowi, który nawet nie potrafi się przedstawić, a co dopiero spotkać, tylko woli straszyć ludzi przez cholerny telefon.
- Idź, ale zrobisz ze swojego życia piekło – odparł z obojętnością.
- Ty je robisz.
- Mylisz się.
- Palant – krzyknęłam ze wściekłością wstając z podłogi – Czego Ty ode mnie chcesz?! – zapytałam zirytowana.
- Słodkich snów Caitlin. Będę czuwał – wymruczał swoje ostatnie słowa, a następnie się zaśmiał. Później usłyszałam jedynie sygnał urwanego połączenia.
- Ugh – wydałam z siebie warknięcie. Miałam ochotę rzucić telefonem, ale wiedziałam, że potem mogę tego żałować. Wzięłam głęboki wdech po czym wypuściłam tlen ze swoich płuc. Dzięki temu chociaż na chwilę moje emocje opadły. Zajęłam miejsce na kanapie przyciągając do siebie nogi i opierając głowę na kolanach. W ręku wciąż ściskałam telefon. Zamknęłam oczy.
Nic nie rozumiem. Jakim cudem ja robię ze swojego życia piekło? Przecież to on mnie prześladuje! Nawet nie wiem kim do cholery ten człowiek jest. Nie mogę się od niego uwolnić, a to staje się coraz bardziej przerażające. Czego ten chłopak ode mnie chce? Na pewno nigdy się nie widzieliśmy, więc skąd ma mój numer? Po co go wziął, po co do mnie dzwoni? A może to któryś ze znajomych robi sobie żarty?
Nie, nie możliwe. Nikt z moich znajomych nie przyszedłby i nie wyłączyłby mi specjalnie prądu. Od razu wyrzuciłam tą myśl z głowy. Więc jaki jest powód jego telefonów? Chciałabym jak najszybciej się tego dowiedzieć. Jednak aktualnie jest to chyba niemożliwe. Nie dam mu natomiast satysfakcji. Skończą się telefony tego psychola już jutro..
Nie pozostało mi nic innego jak położyć się spać. Nie pamiętałam gdzie pozostawiłam miskę z płatkami, a nie chciałam po ciemku krzątać się po kuchni w jej poszukiwaniach. Kurczowo trzymając się ściany, powędrowałam do pokoju i pościeliłam jakimś sposobem łóżko. Ubrania zostawiłam na krześle przy biurku. Stwierdziłam, że jutro wszystko posprzątam. Przebrałam się w pidżamę na oślep nie wiedząc czy aby na pewno założyłam ją na dobrą stronę i wpakowałam się do łóżka układając się do snu. Nie udało mi się zmrużyć oka od razu, zajęło mi to około godziny.
Mimo tego wyspałam się.
Obudziłam się koło godziny siódmej trzydzieści. Na moje szczęście zdążyłam się wyszykować i coś przekąsić przed pracą, która zaczynała się o jedenastej.  Kiedy sprawdziłam zegarek, który wskazywał dziesiątą ucieszyłam się, że mam jeszcze chwilę czasu. Wyszłam z domu wcześniej zamykając go na wszystkie zamki zamieszczone w drzwiach i powędrowałam do auta. Wyjechałam w kierunku centrum miasta, gdzie kupiłam sobie drugie śniadanie oraz nową kartę. W końcu uwolnię się od tego wariata! Usiadłam na miejscu kierowcy nie zapalając silnika. Wypakowałam nową kartę SIM z pudełka oraz otwierając iphone’a. Wymieniłam prostokątne kawałki tektury. Starą kartę wrzuciłam do śmietniczka w samochodzie, a nową zamieściłam w telefonie składając go i włączając.
Witamy w sieci’ – informacja pojawiła się na ekranie wymalowując uśmiech na mojej twarzy. Wreszcie!
- Sześć... dwa... osiem... - mówiłam, wystukując palcem o klawiaturę nowy numer, aby zapisać go w kontaktach - Hm, gotowe - powiedziałam dumnie. Położyłam komórkę na miejscu pasażera obok torebki, a ręce wyciągnęłam w przód kładąc je na kierownice. Przekręciłam kluczyk w stacyjce, a następnie docisnęłam nogą pedał gazu wyjeżdżając na ulicę z piskiem opon.
W ciągu dwudziestu minut dojechałam do baru ciotki. Postawiłam samochód na parkingu wysiadając z niego. Zamknęłam go na kluczyk i włączyłam autoalarm. Zanim jeszcze zaczęłam iść w kierunku baru wyszukałam telefon w torebce, spoglądając na godzinę. Za dziesięć jedenasta. Perfekcyjnie!
Wyszłam więc z parkingu, będąc już naprzeciwko baru. Kiedy miałam przejść przez ulicę komórka zaczęła dzwonić co mnie zdziwiło, nie podałam jeszcze nikomu mojego numeru. Prawdopodobnie dzwonił operator aby wyjaśnić mi zasady korzystania z nowej karty. Odebrałam więc połączenie przechodząc na drugą stronę ulicy.
- Tak słucham? – zapytałam głosem przepełnionym sympatią.
- No chyba nie myślałaś, że to ci coś da.
Zaczęło się we mnie gotować. Czy to jakiś żart? Jak to możliwe, że znalazł mój numer?! NOWY NUMER?! Jego ironiczna postawa sprawiała, że miałam ochotę zrobić mu krzywdę, nie mając jakichkolwiek możliwości. Drażnił mnie i sprawdzał moją cierpliwość.
Gdy już chciałam odpowiedzieć anonimowi, przygotowaną ripostą zauważyłam niebiesko czerwone światła odbijające się od muru przy barze. Moja ręka  wraz z telefonem powędrowały w dół, kiedy spostrzegłam dwa wozy policyjne stojące pod samymi drzwiami budynku w którym miałam za około siedem minut rozpocząć pracę.

niedziela, 22 września 2013

Rozdział 3

Wraz z Cassie udałyśmy się do Paddington*, aby przejrzeć ubrania. Zastanawiałam się również nad wymianą zamków, ale na tą chwilę wybiłam sobie ten pomysł z głowy, ponieważ mam do zapłacenia jeszcze czynsz, a z nowymi kluczami jest również wiele zachodu. Tak, niestety, ale zarabiam sama na siebie i moje mieszkanie, które kosztuje. Zazwyczaj starcza mi na wszystko, jak i teraz, no chyba, że mam dodatkowe płatności, których często unikam. Taką dodatkową płatnością jest na przykład wymiana zamków. Preferuję spać z nożem pod poduszką, albo gazem pieprzowym niż mieć pustkę w lodówce. Ewentualnie jeszcze mogę zakupić paralizator, co raczej nie jest najgorszym i najdroższym pomysłem.
Cassie jak zwykle zaciągnęła mnie do stoiska z sukienkami. Nie miałabym nic przeciwko, gdybym chociaż w jednej wyglądała tak samo dobrze jak moja przyjaciółka. Ona była ideałem dla każdego chłopaka. Długie, kasztanowe włosy opadały z pełną swobodą na jej ramiona, a karmelowe, duże oczy błyszczały pod wpływem słońca. Szczupła, wysoka szatynka na której wszystko wyglądało przepięknie. Gdyby Cassie założyła najgorsze ubranie na świecie i tak każdy by ją chwalił, bo ciuch leżałby na niej perfekcyjnie. Dziewczyna miała ogromne powodzenie u mężczyzn, zwłaszcza na imprezach. Żaden z facetów będący w jednym pomieszczeniu z brunetką nie mógł jej się oprzeć i oderwać od niej wzroku. Poza tym, ona zawsze królowała na parkiecie, swoim tańcem kokietując każdego chłopaka. Trzeba przyznać, jest całkiem niezłą flirciarą.
Cassie poszła przymierzyć jedną z sukienek, którą sobie upatrzyła. Biała, asymetryczna kiecka z wydłużonym tyłem znając życie będzie wyglądać na niej świetnie, pomimo swojej zwyczajności. Ja zaś nadal rozglądałam się za czymś dla siebie, jednak ciężko było wypatrzeć coś ładnego i taniego w czym wyglądałabym dobrze.
- I jak? – usłyszam głos Cassie zza pleców. Odwróciłam się na pięcie i obejrzałam przyjaciółkę od stóp do głów. Sukienka na jej drobnym ciele wpasowała się idealnie. W dodatku Cassie dobrała do niej brązowy pasek, który oplotła wokół swojej talii podkreślając niewielkie, ale widoczne krągłości bioder.
- Wow – wykrztusiłam, a szatynka się zaśmiała.
- Czyli kupować? – spytała niepewnie, rozkładając materiał i obracając się kilkakrotnie przez lustrem. Skinęłam głową posyłając przyjaciółce uśmiech, a ona zawróciła do przymierzalni aby zdjąć z siebie sukienkę i ją zakupić.
Poczułam wibrację w kieszeni spodni i wsunęłam do niej rękę, aby wyjąć telefon. Kiedy już to zrobiłam spojrzałam w ekran komórki. Znowu on. Jeśli odbiorę, Cassie usłyszy rozmowę i będzie chciała dowiedzieć się czegoś więcej, jeśli nie odbiorę – będzie wciąż dzwonił. Najlepszym wyjściem było więc odrzucenie połączenia od mojego prześladowcy i wyłączenie komórki. Przytrzymałam palec na górnym przycisku telefonu, który po chwili zgasł. Wrzuciłam iphone’a do torebki w momencie gdy Cas opuściła przymierzalnie trzymając w ręku mierzoną wcześniej sukienkę.
- Ktoś dzwonił? – zadała pytanie, które wywołało u mnie dreszcze.
- Ym, tylko Dan, pytał co tam – odparłam po czym ugryzłam się w język. Idiotka! Jak mogłam zwalić na Dan’a? W każdej chwili Cassie mogła do niego zadzwonić i zacząć wypytywać po co dzwonił, albo po prostu o tym wspomnieć. To była najgłupsza myśl, jaka kiedykolwiek przyszła mi do głowy.
- Dziwne – Cas zmarszczyła brwi. – Przecież mówiłam mu, że będziemy na zakupach…
- Powiedziałam Dan? – zaśmiałam się nerwowo – Chodziło mi o ciotkę. – uderzyłam się ręką w głowę. Prawdopodobnie wyglądałam idiotycznie. Jak zawsze.
- I powiedziałaś ‘pytał’? – Cassie zaczęła swoje śledztwo.
- Chodziło mi o ciotkę Danielle, tą ze Stanów, nie mówiłam ci o niej? – po raz kolejny udałam głupią, po czym zabrałam sukienkę z rąk Cassie – Chodźmy zapłacić – pociągnęłam dziewczynę za rękę udając się razem z nią do kasy.
- Nigdy nie słyszałam o Danielle ze Stanów – Cas spojrzała na mnie zdziwiona.
- Opowiadałam Ci o niej ze sto razy Cassie! Nie słuchałaś mnie pewnie, albo byłaś pijana – zażartowałam.
Cassie była idealna… z wyglądu. I to właśnie wyglądem nadrabiała osobowość. Niektóre jej cechy charakteru podupadały lub były niepotrzebne. Jedną z nich, którą odrzucała od siebie ludzi przy bliższym poznaniu, a czasem – jak w tej chwili przydatną była jej naiwność i głupota. Czasem nawet mam wrażenie, że szatynka cierpi na amnezję, albo nigdy mnie nie słucha, bo kiedy tylko ją o coś pytam – ona tego po prostu nie pamięta, na przykład rzeczy o których mówiłam jej dzień wcześniej. W tym przypadku jej naiwność wzięła górę i Cassie uwierzyła w moją historię z ciotką z USA i odpuściła.
- Hm. – wzruszyła ramionami. – Może mi mówiłaś, widocznie nie pamiętam – uśmiechnęła się ciepło, a ja odwzajemniłam jej uśmiech. W duchu miałam ochotę zatańczyć makarenę, po raz pierwszy przyszło mi tak dobrze nabrać Cas. Kto jest górą? Caitlin!
Po ciężkich zakupach postanowiłyśmy coś przekąsić. McDonalds był najlepszą restauracją, jaką można było odwiedzić w Paddington. Do reszty nawet nie zaglądałyśmy, ponieważ były to tylko żenujące podróbki subway’a czy kfc. Obie zamówiłyśmy duże sałatki, a do tego średnie frytki i wodę, aby za bardzo się nie najeść. Zaczęłam dbać o siebie trochę bardziej niż wcześniej. Oczywiście frytki do niskokalorycznych posiłków nie należały, ale to i tak był już jakiś postęp.
Zajęłyśmy miejsce na tarasie z widokiem na miasto tuż przy samej barierce.  Był to czteroosobowy stolik, ale nasze torby z zakupami robiły za dwie dodatkowe osoby, czyli każde krzesło było zajęte. Cassie zapomniała poprosić o sztućce do sałatek, więc musiała zawrócić się do kasy. Ze względu na dużą kolejkę szatynka musiała czekać, bo nikt jej nie przepuścił mimo, że to tylko durne widelce, do tego plastikowe. Postanowiłam, że wykorzystam sytuację i włączę swoją komórkę z nadzieją, że anonim w końcu zrezygnował i się odczepił.
Czekając na włączenie się telefonu rozglądałam się na lewo oraz na prawo. Para nastolatków, matka z dziećmi, uczniowie, samolot lecący na niebie, autobus zatrzymujący się przy przystanku, sprzątaczka szorująca stolik obok… nic specjalnego. Aczkolwiek mój wzrok zatrzymał się na blondynie siedzącym w kącie tarasu. Zgarbiony, a zarazem skupiony wpatrywał się w swój telefon jakby przeglądając coś w sieci. Jego włosy rozwiewał wiatr i co chwila poprawiał swoją opadającą na twarz grzywkę. Prawdopodobnie był w moim wieku. Przyglądając mu się zauważyłam, że ma błękitne oczy i nieskazitelną cerę. Kiedy lustrowałam go wzrokiem, on nagle podniósł głowę i spojrzał w moim kierunku. Był bardzo przystojny. Patrzyliśmy się na siebie przez krótką chwilę, dopóki nie usłyszałam jak krzesło obok mnie się porusza. Moje oczy powędrowały na stojącą nade mną Cassie, która wyciągnęła w moją stronę dłoń trzymającą sztućce. Sięgnęłam po nie uśmiechając się słabo, a następnie kładąc je na stół i wracając wzrokiem do miejsca w którym widziałam niebieskookiego. Chłopak jednak zniknął z mojego pola widzenia. Rozejrzałam się wokół i spostrzegłam jego blond czuprynę kierującą się w stronę wyjścia. Był bardzo wysoki i chudy jak na swój wiek.
- Cait, słuchasz mnie? – zapytała dość zirytowana Cassie.
- Co? T-tak – wydukałam wracając na ziemię.
- To dobrze – usiadła odgarniając swoje ciemne loki z twarzy i rozcinając ketchup, a następnie polewając nim frytki – Jakiś dupek mało co nie wylał na mnie coli, co za brak szacunku  – odrzuciła puste opakowanie czerwonego sosu na tacę – A ty co porabiałaś?
- Ym Ja? – zapytałam jakby sama siebie, kiedy mój telefon kolejny raz zawibrował, a na jego wyświetlaczu pojawił się ten sam, dobrze znany mi numer.
- To znowu ta ciotka? – szatynka podniosła się z krzesła przechylając głowę w stronę mojej komórki, aby sprawdzić kto się do mnie dobija. Szybkim ruchem dłoni zsunęłam iphone’a na kolana odrzucając połączenie i po raz kolejny wyłączając sprzęt.
- Nie – zaprzeczyłam. – Rozładowuje się. Zapomniałam go dziś naładować, już w pracy mi padał – odparłam z wymuszonym uśmiechem. Cassie pokiwała jedynie głową, ale widziałam, że to co powiedziałam nie miało dobrej wiarygodności i w ogóle jej nie przekonało.
- Tak w ogóle to Dan planuje się z tobą umówić – Cassie urwała przygryzając jednego frytka. Ja natomiast mało nie zakrztusiłam się wodą, kiedy usłyszałam jej słowa.
- Że co?! – wybuchłam wstając z wrażenia.
- Ciszej Cait, robisz wiochę! – przyjaciółka mnie skarciła sadzając z powrotem na krzesło – Oh proszę cię, kocha się w tobie od siódmej klasy
- To nie znaczy, że ja w nim – odparłam zgryźliwie.
- Hej! – Cas obdarowała mnie kuksańcem -  Gdyby Dan to słyszał, byłoby mu przykro.
- Przepraszam – wymamrotałam opanowując się. – Ale on po prostu nie jest w moim typie. Jest dla mnie tylko i wyłącznie przyjacielem – spuściłam swoją głowę i zaczęłam bawić się swoimi palcami u dłoni. Było mi głupio. Wiem, że Dan bardzo mnie lubił, a nawet za bardzo, ale nie mogłam nic poradzić na fakt iż jest on dla mnie kumplem. Nie pociąga mnie pod względem mężczyzny. Po prostu by nam nie wyszło.
- Rozumiem – moja przyjaciółka głęboko westchnęła przeczesując swoje włosy. – Postaram się go odwieść od tego pomysłu ze względu na jego dobro i na twoje – Cas wysiliła się na uśmiech.
- Dzięki – mruknęłam biorąc do ust ostatniego kęsa sałatki. Nie zauważyłam, kiedy moje pudełko stało się puste; pochłonęłam sałatkę w dziesięć minut! Po ciężkiej pracy w barze byłam niesamowicie głodna zwłaszcza, że dochodziła godzina dziewiętnasta, a ja nie jadłam od jakiejś jedenastej. Prawdopodobnie gdy tylko dotrę do domu po raz kolejny się posilę, a potem od razu pójdę spać.  W tej chwili nie marzyłam o niczym innym jak o ciepłym łóżeczku w którym mogłabym odpocząć.
Nie tracąc czasu, zebrałyśmy z Cassie swoje rzeczy z krzeseł i opuściłyśmy Maccas* podążając na parking. Zapchałyśmy torbami cały bagażnik, a potem już tylko zasiadłyśmy w samochodzie kierując się do domu. Na szczęście to moja przyjaciółka prowadziła, gdyż ja miałam obawy co do mojej jazdy samochodem po nieprzespanej nocy. W czasie powrotu zdążyłam się zdrzemnąć na pół godziny, co w późniejszym czasie dodało mi trochę sił.
- Cait, jesteśmy pod Twoim blokiem – Cas delikatnie potarła swoją dłonią o moje ramię budząc mnie, a następnie pomogła mi odpiąć pasy. Byłam nieco zaspana, więc sprawiało mi to trudność. Otworzyłam drzwi zabierając swoje zwłoki z samochodu i pokierowałam się na jego tyły wyjmując z bagażnika dwie torby. Reszta była Cassie. Pożegnałam się z przyjaciółką i poszłam w stronę wejścia do budynku. Stojąc pod drzwiami mieszkania musiałam poświęcić dwie minuty na znalezienie kluczy w mojej torebce. Kiedy już to zrobiłam dostałam się nareszcie do domu i zamknęłam go od środka. Z uśmiechem na twarzy zdjęłam ze buty, dając ulgę swoim zmęczonym nogom. Moje stopy nareszcie poczuły chłód paneli, co jeszcze bardziej poprawiło mój nastrój. Rzuciłam siatki w pokoju pod biurko z nadzieją, że jutro przed samym wyjściem do pracy uda mi się poukładać nowe rzeczy do szafek. Dziś nie miałam na to ochoty, ani sił. Rzuciłam się na łóżko głęboko wzdychając i zamykając zmęczone oczy. Jeszcze na chwilę ponownie je otworzyłam i wstałam, aby włączyć swój telefon, który najpierw musiał zostać odszukany jak każda inna przydatna rzecz w mojej torebce. Kiedy już kolorowe światło zaczęło poruszać się na ekranie komórki odblokowałam ją i wysłałam sms’a do Cassie.
Cała i zdrowa doszłam do mieszkania, nie padłam ze zmęczenia, dobranoc i dzięki za dziś J
Kliknęłam wyślij i wypełniłam swoje zadanie. Kolejnym było jedzenie. Tak jak myślałam. Po ciężkiej podróży zgłodniałam, więc popędziłam do kuchni i wyciągnęłam z szafki owocowe musli wsypując je do miski. Otworzyłam lodówkę z której wyjęłam mleko i zalałam płatki. Usiadłam na blacie kuchennym mocząc w misce łyżkę i nabierając na nią kilka kawałków owoców. Kiedy już jedzenie było blisko moich ust, telefon zaczął agresywnie wibrować.
- SERIO?! – wydarłam się zirytowana. Ktoś przerywa mi konsumpcję kolacji. Hm… Marny jego los.
- Czego!? – odebrałam wściekła wiedząc kto dzwoni.
- Dlaczego wcześniej nie odbierałaś? – męski głos będący również nie w humorze zapytał się mnie, jakby odbieranie jego telefonów było moim obowiązkiem.
- Hm, może dlatego, że nie jestem twoim psem i mam swoje życie? Uważasz, że będę codziennie w każdej chwili odbierać twoje durnowate telefony żebyś mógł się powygłupiać? – warknęłam odkładając miskę z musli. Zeszłam z blatu stołu podchodząc do okna i sprawdzając podwórko na którym nikogo nie było. Zsunęłam więc kremowe rolety, które obiły się o okna spadając na dół.
- Radziłbym ci to robić – syknął.
- Hm, niech pomyślę - mruknęłam - NIE – odparłam pewnie.
- Pożałujesz – burknął chłopak, rozłączając się.
Rzuciłam telefon na kanapę i powróciłam do kuchni biorąc do rąk miskę z płatkami. W końcu miałam za sobą rozmowę z prześladowcą, wysłałam sms’a do Cassie, więc już nic nie mogło mi przeszkodzić w delektowaniu się kolacją. 
- Pożałujesz, pożałujesz, ple, ple, ple - parodiowałam anonima - Dupek - urwałam, mieszając płatki.
Kiedy do moich ust wpadła pierwsza porcja musli odstawiłam jedzenie, aby ponownie zająć miejsce na blacie. W tym samym momencie w całym mieszkaniu zrobiło się ciemno. Moje serce przyśpieszyło tak samo jak mój oddech, a przez ciało przeszły ciarki. Teraz chyba zrozumiałam, co anonim miał na myśli mówiąc, że pożałuję swojej odpowiedzi.


Paddington* - centrum handlowe w Sydney.
Maccas* - McDonalds

środa, 11 września 2013

Rozdział 2

Rzuciłam ścierkę o blat baru, po czym oparłam na nim swoje łokcie podpierając głowę dłońmi. Ledwo żyłam. Byłam zmęczona, niewyspana, wręcz wściekła. Moje ręce wciąż się trzęsły z braku sił, a powieki powolnie opadały w dół wędrując po chwili w górę, kiedy tylko usłyszałam silniejszy dźwięk. Wysunęłam prawą dłoń spod brody zakręcając palcami o końcówki włosów. Złapałam za nie pełną ręką dokładnie im się przyglądając. Zdecydowanie towarzyszyło mi znudzenie.
- Hej, Cait w porządku? – George przysunął się do mnie szturchając swoim ramieniem o moje. Od razu ocknęłam się z mojego chwilowego zamyślenia i spojrzałam na bruneta, który wyraźnie zaniepokoił się moim dzisiejszym stanem. – Wyglądasz jak śmierć – stwierdził z powagą przyglądając mi się dokładniej.
- Em, nieprzespana noc, mam problemy ze snem. – urwałam wymyślając na poczekaniu. Chłopak chciał sprawdzić moją temperaturę, jednak nie pozwoliłam mu na to, gdyż nie było to konieczne, w końcu nie byłam chora. W prawdzie również nie okłamałam go swoją odpowiedzią. No może w połowie, ale przecież nie powiem mu, że jakiś psychopata nękający mnie od kilku miesięcy wczoraj włamał się do mojego domu, nieprawdaż?
Sięgnęłam po szmatkę składając ją kilkakrotnie w mniejszy kwadrat. Obróciłam kawałek materiału w ręku po czym uderzyłam o blat i płynnymi ruchami zaczęłam go szorować. Na szczęście nie było zbyt wielu klientów więc mieliśmy czas na wysprzątanie baru. George widząc mój brak skłonności do rozmowy zajął się podłogą, towarzysząc mi w porządkach.
Właśnie! George! Ten wścibski ciemnooki chłopak to mój kolega, kolega z pracy. Jest starszy ode mnie, ma 24 lata, a mimo tego wygląda na jakieś 19, albo nawet i mniej. Jego ciemne, lokowane brąz włosy zawsze są idealnie uniesione, jakby na rozkaz na czubku jego głowy. Czasami dokuczam chłopakowi, mówiąc, że wygląda niczym porażony prądem. Georgey uważa ,że pomimo ogromnej ilości żelu, który stosuje na swoją czuprynę, taka fryzura dodaje mu uroku i… dziewczyny na to lecą. Tak, czasem jest zbyt zadufany w sobie, ale mimo wszystko jest przyjacielski i opiekuńczy. Właśnie za te cechy najbardziej go lubię.
George był nieziemsko przystojny. Jego ciemne, duże oczy przykuwały uwagę każdej kobiety, która tylko pojawiła się u nas w barze. Mięśnie na ramionach ciemnowłosego ledwo mieściły się w koszulkach, które zakładał do pracy. Pomimo mało opiewających t-shirtów, nie trzeba było być posiadaczem okularów, żeby dostrzec zarysy sześciopaku znajdującego się na jego brzuchu, który starał się ukryć lub tylko tak mówił, a w rzeczywistości zakładał tą odzież specjalnie, aby znaleźć potencjalną kandydatkę na dziewczynę.
- Napij się kawy, jak Ciotka cię zobaczy pomyśli, że śmierć się zbliża – George roześmiał się, rzucając we mnie kolejną ścierką, która tym razem wylądowała prosto na mojej twarzy, a następnie na ziemi. Mój refleks był niestety fatalny, przez co nie złapałam kawałka materiału. Mój kolega z pracy miał świadomość, że nie jestem w najlepszym stanie fizycznym, a mimo to uwielbiał się ze mnie nabijać i mi nie odpuszczał. Miał szczęście, że podchodzę do wszystkiego z dystansem.
Mój nastrój gwałtownie uległ zmianie, gdy tylko usłyszałam znaną mi piosenkę, zapisaną na mojej komórce. Nie trudno było się domyśleć, kto zaszczycił mnie swoim połączeniem. Szybko pobiegłam na zaplecze i odebrałam telefon.
- Tak? – zapytałam.
- Cześć słoneczko, jak się dziś czujesz? Chyba za mało snu? – usłyszałam w słuchawce ten sam śmiech, na który byłam skazana od kilku miesięcy.
- Myślisz, że ujdzie Ci to na sucho? Włamanie? – wysyczałam wściekła.
Po raz kolejny anonim dzwonił do mnie podczas mojej pracy. Sądzę, że weszło mu to w nawyk. Wiedząc, że nienawidzę kiedy mi przeszkadza, zwłaszcza w pracy; dzwonił celowo, żeby tylko spotęgować moją złość.
- Wybacz mój nietakt, następnym razem wynajmę posłańca – wyczułam rozbawienie w jego głosie co doprowadziło mnie do jeszcze większej irytacji. Jego to bawi? Ciekawe co on by powiedział, kiedy do jego domu ktoś by sobie tak po prostu wszedł i zamiast kwiatów zostawił przykładowo bombę. Tak, to zdecydowanie byłoby śmieszne.
- Następnym razem? Następnym razem zajmie się tobą policja – powiedziałam pewnym tonem.
Ten koleś przesadził, ostro przesadził. Nie zamierzam mu tego podarować, nie włamania! Mieszkanie jest dla mnie świętością wręcz nienaruszalną. Nawet nie chcę wiedzieć co jeszcze mógł robić tam ten człowiek poza położeniem w mojej sypialni bukietu. Na samą myśl o tym robiło mi się zimno, a przez moje ciało przechodziły dreszcze.
- Czyżbyś mi groziła skarbie? – spytał flirciarsko.
- Nie - urwałam, robiąc chwilową pauzę - Ostrzegam – mruknęłam, nie zmieniając swojego chłodnego tonu.
Usłyszałam trzask tylnych drzwi tuż po wypowiedzianych przeze mnie słowach. Momentalnie nacisnęłam czerwoną słuchawkę i wsadziłam telefon do tylnej kieszeni, wracając na przód baru, żeby ponownie porządkować naczynia i odkurzać bar.  Domyśliłam się, że to ciotka, więc rozpuściłam swoje cieniutkie blond włosy ciągnąc je do przodu, aby zakryć twarz. Nie chciałam denerwować mojej opiekunki swoim stanem, bo zaczęłaby dopytywać się na jakiej podstawie wyglądam jak wyglądam.
Widziałam siebie rano. Nie wyprostowane, zdezorganizowane włosy, blada jak ściana twarz z worami pod oczami i zgarbiona postawa wyraźnie pokazywały, że jestem nieswoja. Musiałam jednak stwarzać pozory, iż problemem jest moja bezsenność. Gdyby ciotka dowiedziała się przez co aktualnie przechodzę prawdopodobnie znalazłaby się w grobie, a tego jej w żadnym wypadku nie życzę. Nieznajomy, włamujący się do domów dzieciak zostanie więc moją tajemnicą, dopóki nie przekroczy granicy mojej cierpliwości.
Kiedy ciotka przeszła przez próg drzwi natychmiast przykryłam twarz włosami ukrywając ją i zaczęłam nerwowo przecierać kieliszki oraz szklanki. Rudowłosa przeszła obok mnie nawet na mnie nie spoglądając i rzuciła gazetę na jeden ze stolików, dosiadając się do niego. Nie minęła minuta, a kobieta zabrała się za jej lekturę. Spoglądałam na nią spode łba, aby nie odkryć swojej twarzy i kontynuowałam wycieranie naczyń. Najwyraźniej jeden z artykułów musiał wyjątkowo zainteresować ciotkę, skoro usiadła wśród kilku klientów, zamiast zrobić to w biurze. Pośpiesznie zabrała się za czytanie najnowszego numeru gazety Herald Sun.
To było dość zabawne, gdy wpatrywałam się w kobietę, a ona stroiła przedziwne miny do zwykłych kartek papieru. Raz robiła z ust tak zwaną kaczkę, a chwilę później jej wargi tworzyły literę ‘o’. Miałam ochotę odczytać jej myśli, bo intuicja podpowiadała mi, że mogą mnie bardziej rozbawić niż zmienny wyraz twarzy.
W końcu ciotka zakończyła czytanie; zamknęła pewnym ruchem gazetę i wzięła ją do ręki, idąc w moją stronę. Spuściłam głowę udając zainteresowaną układaniem szklanek na suszarkę, aby tylko mnie ominęła i przeszła dalej bez słowa. Ale przecież życie byłoby za piękne, gdyby spełniały się wszystkie nasze życzenia tak po prostu, co nie?
- Znowu się zaczyna – powiedziała rozdrażniona, rzucając gazetę na blat baru, przy którym właśnie stałam. Przez włosy spoczywające na mojej twarzy wyszukałam jej wzrok, który wyraźnie prosił, abym zwróciła swoją uwagę na artykuł. Moja głowa odwróciła się w kierunku dwustronnego artykułu z wyraźnie pogrubionym nagłówkiem o nazwie ‘Prześladowcy Sydney powrócili?’
Byłam zdziwiona kiedy ciocia Eleanor z takimi emocjami czytała właśnie te strony, ale teraz już rozumiem, bo sama chętnie zaczęłam czytać gazetę. Usiadłam na podwyższonym krześle przysuwając kartki do siebie i zabierając się za lekturę.
‘ Kolejne morderstwa już za nami, co dalej? Kradzieże? Włamania? Prawdopodobnie gangi znowu powróciły, aby grasować po ulicach Sydney i toczyć ze sobą walki o władzę na dzielnicach oraz osiedlach. Tylko czemu znowu cierpią przez to niewinni ludzie? Około dwóch dni temu młody chłopiec Adam K. mający jedynie 14 lat został zamordowany blisko Sydney’owskiej promenady. Tydzień temu zginęły dwie 18latki wskutek brutalnego gwałtu oraz pobicia, a jeszcze miesiąc temu 30letni biznesmen z Newsweek’a! Kto będzie następny? Czego znowu chcą bandyci? Czy policja w końcu ich złapie? ‘
- Boże.. – szepnęłam drżącą dłonią odsuwając od siebie gazetę, kiedy tylko wspomnienia zaczęły krążyć po mojej głowie – Przecież podobno 3 lata temu złapali głównego członka gangu, więc czemu znowu jest to samo? – zapytałam jakby sama siebie.
- W tym mieście chyba nikt nigdy nie zazna spokoju – westchnęła ciotka zamykając prasę i wyrzucając ją do kosza na makulaturę. Kobieta podeszła do mnie i przeczesała dłonią moje blond kosmyki, zdejmując je z twarzy. Pech sprawił, że poczęła przyglądać się mojej twarzy. Gdy tylko zobaczyła zmęczenie, widoczne nawet w moich oczach, przeraziła się. – Boże dziecko jak Ty wyglądasz! Jesteś chora! – stwierdziła wykrzykując swoje słowa, a ja zaklęłam w duchu. Ciotka zaczęła mnie badać, przykładając rękę do mojego czoła i wpatrując się w moje zaspane, zmęczone oczy, które mało co się nie zamykały.
- Po prostu się nie wyspałam – wyjaśniłam, zdejmując jej dłonie z mojej twarzy oraz podchodząc do lady – Została mi jeszcze godzina pracy, wytrzymam, a potem pójdę się położyć – powiedziałam uśmiechając się do rudowłosej, która odpowiedziała mi tym samym z wymalowaną troską na buzi.
Nie zwracając uwagi na kazania ciotki stanęłam przy kasie i zaczęłam obsługiwać klientów. Chciałam udowodnić jej, że nieprzespana noc nie sprawia mi problemu w pracy więc po prostu to zrobiłam. Wydawałam pieniądze i podawałam drinki najszybciej jak tylko umiałam. Ciemnooka postała chwilę obserwując mnie, po czym wróciła na zaplecze do biura zajmując się płatnościami. Ja tymczasem starałam się wyglądać profesjonalnie i optymistycznie, co chyba mi się udało, ponieważ nikt z gości nie narzekał na naszą obsługę.
Kiedy podawałam whisky ostatniemu klientowi przy kasie, do baru wszedł kolejny mężczyzna. Wysoki brunet z niebieskimi oczami skupił swój wzrok na mojej osobie. Jego spojrzenie nie należało do najsympatyczniejszych jakie zdarzyło mi się widzieć, wręcz przeciwnie, było gniewne, nieprzyjemne.  Wzrok mężczyzny świdrował mnie od góry do dołu co wywołało pieczenie na moich policzkach. Opuściłam głowę czekając w ciszy aż podejdzie do blatu po zamówienie, denerwując się. Coś go wyróżniało. Po wejściu nie zdjął kaptura spod którego wystawały ciemne końcówki włosów, ubrany był na czarno i nawet się nie rozejrzał, jakby już tu kiedyś był, ale ja nigdy go nie widziałam. Może nie było go podczas mojej zmiany. Zachowywał się jakby znał każdy zakątek tego pomieszczenia.
- Caitlin, pozwolisz na moment? – usłyszałam głos ciotki i automatycznie pokierowałam się na zaplecze prosząc George’a aby przypilnował kasy.
- Tu masz proszki na spadek gorączki, a to.. to tabletki przeciwbólowe. – ciotka trzymała w garści kilka opakowań lekarstw, które chwile potem przekazała do moich rąk. Wzięłam głęboki wdech, hamując swoje emocje. Ta kobieta była zbyt troskliwa, co naprawdę czasami doprowadzało mnie do złości.
- Dz.. dzięki. – wydukałam odpuszczając i zabierając ze sobą leki. Wrzuciłam je hurtem do torebki, nawet nie spoglądając na opakowania. Wiedziałam, że nie skorzystam z jej środków pomocy, ponieważ nie czułam się chora. Przyjęłam leki tylko dlatego, że ciotce nie da się przemówić do rozumu. 
Ku mojemu zdziwieniu, gdy wróciłam na przód baru, tajemniczego mężczyzny już nie było. Rozejrzałam się po całym pomieszczeniu, jednak moje oczy nie zarejestrowały jego sylwetki. Przygryzłam dolną wargę stając na palcach i po raz kolejny przemierzając wzrokiem każdy stolik, ale faktycznie facet musiał wyjść. W pewnym sensie jego tajemniczość mnie zainteresowała, ale z drugiej strony przeraziła. Zdecydowałam więc zapomnieć o tym człowieku najszybciej jak się da, kimkolwiek on był i zająć się rzeczami pożytecznymi jak zakończenie mojej pracy na dziś. Entuzjastycznie zdjęłam z siebie fartuch po czym pobiegłam do ciotki zameldować moje ukończenie roboty. Moja opiekunka posłała mi uśmiech i życzyła miłego dnia, a następnie powróciła do wystukiwania palcami o klawiaturę komputera. Ulotniłam się z jej biura, następnie pośpiesznie żegnając się z Georgem. Ogarnęła mnie euforia i szczęście, że w końcu pójdę do domu i się prześpię.
Nie zapominajmy jednak, że los nie jest tak uprzejmy.
- Caitlin! – usłyszałam znajomy głos. Odwróciłam się, a już po chwili poczułam na sobie wielki ciężar. Cassie wskoczyła prosto na mnie mocno mnie ściskając. Moje kości były jak z gumy; było blisko, a leżałybyśmy na ziemi gdyby nie zeszła ze mnie w porę.
- Co tu robisz? – zapytałam zdezorientowana.
- Czas na zakupy! – Cassie klasnęła optymistycznie w  dłonie.
Na mojej twarzy pojawił się sztuczny uśmiech. W tym samym czasie moje całe ciało protestowało. Głos w mojej głowie stanowczo zabraniał mi zgadzać się na propozycję brunetki. Chętnie bym odmówiła, ale problem w tym, że moja przyjaciółka nie rozumie słowa NIE.






niedziela, 1 września 2013

Rozdział 1

Szybkim ruchem związałam swoje włosy w gumkę, po czym zdjęłam ze swojej szyi jasnoniebieski fartuch, na którym miałam przypiętą plakietkę ze znajdującym się na niej imieniem. Wrzuciłam go do szafki, której wnętrze przypominało dom po przejściu huraganu. Nigdy nie próbowałam nawet jej ogarnąć, dopóki odnajdywałam potrzebne mi rzeczy. Westchnęłam głęboko, wzruszając niedbale ramionami. Nareszcie, koniec pracy na dziś.
Pochowałam wszystkie tace, wymyłam starannie naczynia i po raz ostatni w dniu dzisiejszym przetarłam blat baru. Schowałam produkty alkoholowe jak i spożywcze do schowka, a następnie zameldowałam się w gabinecie mojej cioci.
- Boże, a ty jeszcze tutaj?! – zapytała lekko przerażona widząc mnie stojącą ze ścierką, którą chwilę wcześniej odkurzałam. Uśmiechnęłam się delikatnie, podchodząc bliżej i zajmując miejsce na krześle. Ciocia przez chwilę mi się przyglądała, a potem wbiła swój wzrok w moje ciemne, niedawno przetarte palcami oczy. Wyciągnęła swoją dłoń w moją stronę, którą chwilę później uścisnęłam. Pogładziła drugą ręką o moją wciąż patrząc się na mnie. Jej twarz była przepełniona troską, ale również i dumą. Była dumna z faktu, iż tak starannie wykonuję swoje zadania i nie odpuszczam w dążeniu do celu. Na jej zmęczonej buzi, pełnej zmarszczek dostrzegłam również zmartwienie. Zapewne przejęła się moim stanem, widząc podkrążone oczy. Opiekuńczość była jej najbardziej zauważalną cechą charakteru.
- Rodzice byliby z ciebie dumni, Caitlin – wyszeptała, a kąciki moich ust powędrowały ku górze, jednak powróciły do swojej poprzedniej pozycji, gdy tylko wspomnienia powróciły.

Obudziłam się w przepełnionym bielą pokoju. Światło raziło moje świeżo otwarte oczy. Zakrywałam ręką twarz, aby trochę sobie ulżyć. Gdy już przyzwyczaiłam się do jasności zdjęłam swoją dłoń z oczu, które zaczęły świdrować po pomieszczeniu. Zmarszczyłam brwi i przycisnęłam powrotnie swoją rękę do głowy kiedy moje uszy zaczęły rejestrować dźwięki nie dające mi spokoju. Wciąż słyszałam tylko pik, pik, pik. Odwróciłam się w prawą stronę gdzie spostrzegłam szpitalną aparaturę. Chwila.. czy ja jestem w szpitalu? Co ja robię w szpitalu?
Próbowałam sobie cokolwiek przypomnieć jednak ból głowy, który zaczął nasilać się z każdym moim ruchem nie pomagał mi. Przejeżdżając ręką po moim czole poczułam strup, ale nie należał on do najmniejszych. Powoli, delikatnie, dotykając swoją skórę zauważyłam, że sięga on od czubka głowy aż do mojej skroni. Przerażenie całkowicie mnie pobudziło.
Na moim dekolcie znajdowały się jakieś dziwne przyssawki. Nie wiedziałam co to jest. Do moich palców miałam przyczepiony bardzo podobny sprzęt. Rozglądałam się po pokoju będąc kompletnie zdezorientowaną. Gdzie ja do cholery jestem?
Klamka opadła w dół, a drzwi otworzyły się. W ich progu stała ciocia, co uspokoiło mnie chociaż na chwilę. Kiedy przyjrzałam się jej twarzy przepełnionej smutkiem, żalem. Spostrzegłam również wory pod oczami. Rozmazany makijaż, który spływał po jej policzkach spowodowany był płaczem, mogłam to stwierdzić po jej wciąż załzawionych czarnych jak smoła oczach. Obok niej stał wysoki mężczyzna z zawieszonym na szyi stetoskopem, przyglądając mi się troskliwie. W lewej dłoni trzymał kilka kartek, a w prawej zaś długopis którym chwilę później posłużył się wpisując coś do dokumentów. Nie wiedziałam co się dokładnie dzieje.
Ciotka w końcu ruszyła z miejsca w moim kierunku i usiadła przy łóżku ściskając moją dłoń. Przypatrywała mi się dokładnie zanim spojrzała prosto w moje nieświadome niczego oczy. Odwróciła wzrok w stronę doktora aby upewnić się czy wszystko jest ze mną w porządku. Wróciła twarzą do mnie, otwierając usta, jednak nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Zamknęła je i milczała przez około dwie minuty.
- Nawet nie wiem od czego zacząć – uśmiechnęła się bezradnie, po czym jej twarz znowu ogarnął smutek. Mocniej ścisnęła moją dłoń, przez co zaczęłam się bardziej denerwować. Po jej policzku spłynęła łza…
- Jak się czujesz? – odezwał się lekarz chcąc jakoś uratować sytuację i mnie uspokoić.
- W porządku – wymamrotałam – Ale co tak właściwie się stało? – zapytałam, a oczy lekarza jak i ciotki stały się szersze. Wymienili ze sobą pytające spojrzenia, a następnie wrócili do mnie.
- Nie…nie..nie pamiętasz? – wyjąkała ciotka, będąc wciąż w szoku. Pokręciłam przecząco głową, a ona znów odwróciła się do doktora.
- Wiesz jak się nazywasz? – spytał mężczyzna, a ja się zaśmiałam.
- Caitlin Teasel – odparłam pewnie – Mam 14 lat i jestem z Sydney.
- Miałaś wypadek – oświadczył, a moje ciało momentalnie zaczęło drętwieć. Przez moją skórę przechodziły co chwilę dreszcze. Moja twarz wyrażała każdą negatywną emocję, ale w większości niepokój. Spojrzałam niepewnie na ciocię, która siedziała ze spuszczoną głową, a następnie na lekarza. Szpitalny sprzęt monitorujący pracę mojego serca zaczął piszczeć coraz częściej. Co znowu za wypadek? To niemożliwe. 
Wróciłam wzrokiem do ciotki, której łzy zaczęły się wylewać z oczu. Rozkleiła się.
- Jaki wypadek? – zadałam pytanie patrząc na faceta zdezorientowana. Nic sobie nie przypominałam, jakby wszystko wyleciało mi z głowy, a przecież tak nie mogło być prawda?
- Samochodowy – odpowiedział – Możesz tego nie pamiętać bo dopiero wybudziłaś się ze śpiączki – oznajmił. Z każdym jego kolejnym ‘wyjaśnieniem’ jeszcze bardziej wbijało mnie w łóżko. Czułam się jakbym rozmawiała z kosmitą, ten człowiek mówił mi rzeczy w które nie byłam w stanie uwierzyć. Jaki wypadek? Jaka śpiączka?
- Ile cza…
- Tydzień. To nie taki długi czas – lekarz nie dał mi skończyć, wiedząc jakie pytanie będę chciała zadać. Spałam przez tydzień, całkowicie nieprzytomna i nieświadoma byłam przez równe siedem dni. Wciąż siedziałam nieruchomo i patrzyłam się na mężczyznę jak na wariata. A może to ja byłam wariatką? Może to jakiś głupi sen?
- Chcę się widzieć z mamą. Zabierzcie mnie do mamy – zarządziłam, a moja ciotka spuściła wzrok, nie chcąc patrzeć w moje zdenerwowane błękitne oczy. Zaczęła szukać w innego obiektu w który mogłaby się wpatrywać bez tak ogromnego cierpienia, które i tak jej towarzyszyło.
- Mamy tu nie ma… - wyszeptała wciąż szlochając.
- W takim razie chcę do taty – odparłam ciszej. Moje bicie serca znacznie przyśpieszyło, czego dopatrzył się lekarz na wydającej dźwięki w tym samym rytmie co moje serce aparaturze.
- Jego też tu nie ma Cait.. – odpowiedziała ciocia a zmarszczyłam brwi wciąż na nią patrząc.
- Więc gdzie są? Chcę ich widzieć – powiedziałam surowo.
Kobieta podniosła wzrok wbijając go w moje oczy. Przełknęłam głośno ślinę czekając na jej odpowiedź. Mocniej ścisnęła moją dłoń i wyszeptała ‘Przykro mi’ jednak ja nadal nie wiedziałam o co chodzi, wciąż czekałam na głośną i pewną wypowiedź. Jej wzrok był ciężki, jakby nosiła w sobie jakieś brzemię, coś czego nie mogła z siebie wydusić. Ponagliłam ją uściskiem ręki, ale pożałowałam tego, gdy tylko usłyszałam to co próbowała mi przekazać od wejścia do pokoju.
- Oni nie żyją.

- Wiem – mruknęłam ściskając mocniej rękę ciotki i wzdychając. – Chcesz żebym jeszcze coś zrobiła? Mam wolny czas więc…
- Przepracujesz się, Caitlin! – skarciła mnie żartobliwie – Idź już do domu, jest późno, na pewno masz lepsze zajęcia niż sprzątanie po godzinach – pożegnała mnie buziakiem w policzek i zajęła się dokumentacją.
Nie pozostało mi nic innego jak wrócić do domu. Zabrałam z wieszaka swój płaszcz i opuściłam gabinet zamykając za sobą drzwi. Sięgnęłam po torebkę z której wyjęłam kluczyki i pokierowałam się do mojego czarnego Volvo.  W pewnym sensie odetchnęłam, że nie musiałam dziś zostawać po godzinach bo nie miałam na to ochoty. Zrobiłabym to jedynie z grzeczności. Moje nogi byli zmęczone i obolałe, nie chciało mi się nawet wsiadać do samochodu, bo wiedziałam, że sprawię swoim dwóm kończynom jeszcze większy ból dociskając pedały, ale w końcu jakoś musiałam dojechać do domu, a taksówek niestety w pobliżu nie zlokalizowałam. Zanim jednak wsiadłam usłyszałam dźwięk swojego telefonu więc pośpiesznie wyszukałam go w kieszeni płaszcza i nie patrząc na ekran przesunęłam po nim palec przykładając iphone’a do ucha.
- Słucham? – zapytałam.
- Tęskniłaś? – usłyszałam dość znany mi już głos.
- Jeszcze ci się nie znudziły te durne żarty? Chyba czas żebym zmieniła numer – odparłam z obojętnością rozglądając się wokół z nadzieją wyszukania postoju taksówek, lecz na marne.
- Czemu uważasz, że żartuję? – chłopak zaśmiał się.
- Bo zazwyczaj ludzie dzwonią do mnie przedstawiając się na samym początku – prychnęłam otwierając drzwi do auta i zajmując miejsce kierowcy.
- Co zmieni fakt, że podam ci swoje dane, zaczniesz mnie szukać na facebooku? – spytał powstrzymując śmiech, który mnie nadzwyczajnie bawił.
- Oczywiście, że nie – zaprzeczyłam, jednak na mojej twarzy pojawiły się rumieńce. Muszę przyznać, że w mojej głowie zrodził się takowy plan, w końcu w XXI wieku prawie każdy posiada konto na tym nędznym, pochłaniającym czas portalu, więc.. czemu niby on miałby go nie mieć?
- Oczywiście – powtórzył szydząc ze mnie – Mam ci się przedstawić?
- Szczerze? Już mnie to nie obchodzi – burknęłam urażona, wyjeżdżając na ulicę – Zmienię numer i na tym się skończy twoja zabawa.
- Nie byłbym taki pewny. Możesz spróbować, ale i tak go zdobędę takim samym sposobem jakim zdobyłem ten. – odparł pewnie -  A tak przy okazji, bardzo ładnie dziś wyglądałaś – mruknął zadziornie co wywołało u mnie obrzydzenie.
- Śledzisz mnie? – spytałam. Po moim ciele przeszły ciarki na myśl, że ktoś mógłby teraz jechać za mną samochodem, chcąc mnie zabić. Boże Caitlin! Co w ogóle siedzi w twojej głowie?! Zdecydowanie za dużo naoglądałam się filmów kryminalnych i horrorów w których niespodziewanie ktoś pojawia się za tobą, lub cię śledzi i pragnie twojej śmierci. Powinnam ograniczyć chodzenie do kina i ściąganie filmów z internetu, odbija się to na mojej psychice.
- Może? Oh, zapomniałbym! Następnym razem sprawdź czy na pewno zamknęłaś drzwi od mieszkania – w jego głosie usłyszałam rozbawienie. Zirytowana kliknęłam czerwoną słuchawkę i wrzuciłam telefon z powrotem do torby skupiając się całkowicie na drodze. Zacisnęłam dłonie na kierownicy wyprostowując się i wbijając wzrok w ulicę, którą jechałam. Pieprzony wariat, chciał mnie tylko wytrącić z równowagi. 
Od miesiąca dostaję anonimowe telefony co kilka dni od pewnego mężczyzny…. W sumie przedyskutowałabym fakt czy jest on mężczyzną, bo jego dziecinny głos nie pozwala mi być stuprocentowo pewną. Nie wiem kim jest, ani skąd ma mój numer, nigdy go nie widziałam. Z czasem jego telefony pojawiają się coraz częściej, a w dodatku są przerażające - potrafi powiedzieć mi w co jestem ubrana, co jadłam rano, gdzie byłam przez cały dzień. Myślałam nad zmianą numeru, ale obawiam się, że nie pomoże mi to na dłuższą chwilę. Zgaduję, że ta opcja starczyłaby na tydzień. Zgłoszenie mojego prześladowcy na policję również przeszło mi przez myśl, tak samo jak to, że mogę pogorszyć sprawę. Pozostaje mi jedynie nadzieja, że chłopak znajdzie sobie inny cel, a mnie zostawi raz na zawsze w spokoju.
Zaparkowałam auto na parkingu tuż przy bloku i wyciągnęłam kluczyki ze stacyjki. Upewniłam się, że wszystko, czego potrzebowałam znajduje się w torebce i zabierając ją ze sobą, wysiadłam z samochodu, zamykając go oraz włączając autoalarm. Jak to zazwyczaj jest w damskich torbach, musiałam się wysilić, aby znaleźć klucze do mieszkania, które oczywiście tak po prostu wrzuciłam. Zakręciłam już w stronę bloku i powoli zbliżałam się do domofonu, kiedy kątem oka spostrzegłam światło po prawej stronie. Podniosłam głowę do góry, a gdy zobaczyłam palącą się lampkę w moim mieszkaniu bicie mojego serca momentalnie przyśpieszyło, a klucze mało co nie znalazły się na ziemi. Ktoś jest w moim mieszkaniu!
Mieszkałam na pierwszym piętrze ze względu na to, że to właśnie tam były najtańsze "apartamenty". Będąc całkowicie szczerą - nie znalazłam w tym bloku wolnych mieszkań na jakimkolwiek, innym piętrze. Nie ma się czemu dziwić, większość woli mieszkać chociażby piętro wyżej aby mieć pewność, że nikt nie będzie wspinał im się na balkon. Ja takiego przekonania nie posiadałam, a już zdecydowanie teraz kiedy wiedziałam, że ktoś właśnie się krząta po moim salonie.
Ponownie sięgnęłam ręką do swojej torebki tym razem wyciągając z niej gaz pieprzowy. Nie dam się napastować i zastraszać jakimś durnym gnojom! – postanowiłam w myślach. Wsadziłam klucz do drzwi wejściowych od całego bloku i nie robiąc większego hałasu weszłam po schodach na pierwsze piętro. Powtórzyłam czynność z kluczem przy drzwiach od mieszkania, jednak nie mogłam ich przekręcić. Były otwarte. Wsunęłam moją dłoń na klamkę pociągając ją w dół i pchając delikatnie w stronę środka domu. Panowała cisza, nie słyszałam nikogo. Moje ciało odmawiało mi posłuszeństwa i wcale nie chciało przekroczyć progu. Stałam nieruchomo, jedynie przebiegając wzrokiem pomieszczenie z daleka. W końcu odważyłam się ruszyć i przesunęłam prawą nogę w przód, a lewa podążyła za nią, tak o to znalazłam się w środku mieszkania wraz z włamywaczem. Przełknęłam ślinę i mocniej ścisnęłam gaz, który wciąż znajdował się w mojej prawej ręce. Lewa zaś odłożyła torebkę na komodę znajdującą się tuż przy drzwiach wejściowych. Moje uszy zarejestrowały dźwięk kroków, które z każdą sekundą słyszałam coraz lepiej. Dochodziły z korytarza.
Wzięłam głęboki wdech po czym pełna odwagi wyskoczyłam zza ściany wystawiając sztywno rękę z gazem w stronę napastnika. Zacisnęłam mocno oczy nie chcąc widzieć w pierwszej chwili osoby, która prawdopodobnie stoi teraz przede mną i krzyknęłam zdesperowana.
- Stój albo oberwiesz! – wyrwało mi się z ust.
Gdy dostałam w odpowiedzi ciszę zdecydowałam się otworzyć oczy i ujrzeć włamywacza. Jedzenie podchodziło mi pod gardło, jednak kiedy uniosłam jedną powiekę do góry ciśnienie opadło.
- O mój Boże, Dan! – krzyknęłam ze zdziwienia.
Moja twarz automatycznie zmieniła kolor na czerwony. Spaliłam się ze wstydu. Od razu odłożyłam gaz na komodę, a następnie objęłam mojego przyjaciela w ramach przeprosin. Liczyłam też, że nie zauważy mojej twarzy oblanej nawet nie różowymi, a po prostu krwistymi rumieńcami.
- W porządku – zaśmiał się brunet – Chociaż nie powiem, trochę mnie wystraszyłaś.
- Tak jak ty mnie – oderwałam się wreszcie od chłopaka, kiedy przestałam odczuwać silne wypieki – Jak się tu dostałeś?
- Nie zamknęłaś drzwi – odparł – Dzwoniłem, aż w końcu pociągnąłem za klamkę. Wszedłem i pomyślałem, że poczekam na Ciebie – Dan wyjaśnił, obdarowując mnie swoim szarmanckim, śnieżnobiałym uśmiechem.
Zaklęłam w myślach. Jak mogłam być tak nieodpowiedzialna i nie zamknąć drzwi? Byłam święcie przekonana, że jednak to zrobiłam! Idiotka - skwitowałam samą siebie w głowie. Miałam ochotę spoliczkować samą siebie. Jestem ostatnio bardzo zdezorientowana; myślę o niebieskich migdałach przez co zapominam o ważnych rzeczach.
- Napijesz się czegoś? – zapytałam odbiegając od tematu. Zdjęłam pośpiesznie swój płaszcz o którym także zapomniałam i powiesiłam go, następnie pędząc do kuchni i wstawiając wodę.
- Właściwie to wpadłem tylko na chwilę -  Dan machnął ręką, abym nic nie przygotowywała po czym oparł się o framugę lustrując mnie od góry do dołu. Skrzyżowałam ręce na piersiach i podniosłam brwi do góry, po czym zaczęłam się śmiać z jego wyrazu twarzy. Wyglądał niczym napalony pedofil, który najchętniej wpadłby teraz do mojej sypialni. Jego brązowe tęczówki błyszczały pod wpływem światła co dawało im efekt seksownego, urzekającego spojrzenia. Dan zdecydowanie należał do kręgu przystojnych i pociągających chłopaków. Wysoki, o nieskazitelnej, delikatnie opalonej skórze, ciemnowłosy dwudziestolatek z możliwością łamania serc każdej napotkanej na swojej drodze dziewczynie – dokładnie tak można by było go określić. Pomijając wygląd, Dan był naprawdę sympatycznym chłopakiem. Zabawny, pełny energii, poważny kiedy trzeba i dbający o najbliższych, mój przyjaciel. Życie bez niego byłoby zdecydowanie nudne.
- Chciałem Cię zapytać, czy nie wyszłabyś w piątek na imprezę ze mną i Cassie, dawno nasza trójka nie balowała na mieście więc pomyślałem, że możemy do tego powrócić – powiedział Dan, a moje kąciki ust powędrowały ku górze.
Bez wahania się zgodziłam. Siedzenie w piątkowy wieczór samotnie przed komputerem nie znajdowało się na pierwszym miejscu mojej listy rzeczy do wykonania. Byłam wręcz szczęśliwa, że znowu będę mogła spotkać się na mieście z Cassie i trochę zaszaleć, a także z nią porozmawiać. Nie mieszkamy blisko siebie, a nasze godziny pracy niestety się różnią, więc to był doskonały pomysł, aby się zobaczyć w miejscu gdzie na pewno nie będzie dla niej daleko jak i dla mnie czy Dan’a, który mieszka kilka ulic od mojego domu.
Kiedy brunet opuścił moje mieszkanie zamknęłam drzwi dwukrotnie się upewniając czy na pewno mi się to udało. W końcu wcześniej myślałam, że to zrobiłam więc tym razem zamierzam się sprawdzać zanim zacznę robić cokolwiek innego w domu.
W końcu spokój. Mogłam odetchnąć i odpocząć po ciężkim dniu pracy. Poszłam więc wziąć prysznic, aby się trochę rozluźnić i orzeźwić. Krople wody spływające po moim ciele dawały mi ukojenie i świadomość, że na dziś to już koniec roboty i mogę swobodnie korzystać z wieczornego czasu, który mi jeszcze został. Na moje nieszczęście było go niewiele, dochodziła dwudziesta druga.  Wyszłam spod prysznica okrywając się ciepłym szlafrokiem w kolorze bieli. Rozkoszowałam się zapachem żelu, który bił z mojego ciała. Przetarłam lustro, które pod wpływem zamkniętych drzwi od łazienki i ciepłej wody całe zaparowało, po czym zmyłam swój minimalny makijaż. Spięłam swoje wilgotne włosy w koka, a następnie powędrowałam do pokoju, aby wyjąć z szafki jakieś ubranie.
Stanęłam w progu, wpatrując się w moje łóżko ze zdezorientowaniem. Na mojej pościeli znalazł się czerwony bukiet róż. Podeszłam bliżej sprawdzając czy może jest w nich liścik, jednak nic takiego nie znalazłam. Dan kupił mi kwiaty? Ale po co?
Dźwięk mojego telefonu wyrwał mnie z zastanowienia. Szybko pobiegłam do salonu w którym znajdowała się moja komórka i od razu odebrałam połączenie.
- Mam nadzieję, że lubisz czerwone – po raz kolejny usłyszałam głos mojego prześladowcy.
- To od ciebie? – zapytałam, kiedy zdałam sobie sprawę, że ten psychopata był w moim mieszkaniu.
Krew w moich żyłach zaczęła płynąć zdecydowanie szybciej. Niewiarygodne, do czego mogą posunąć się ludzie. Nie mogłam uwierzyć, że ten człowiek tak po prostu wszedł do mojego mieszkania. Od razu zaczęłam się zastanawiać, czy chłopak niczego nie ukradł. Zdecydowanie powinnam zgłosić to na policję!
- Nie wystraszyłem cię, prawda? Moja rada była szczera, powinnaś sprawdzać czy zamykasz drzwi – zaśmiał się, przez co moje ciśnienie jeszcze bardziej podskoczyło.
- Ty popieprzony psychopato, włamałeś mi się do mieszkania!
- Wolałbym jakbyś mi podziękowała i powiedziała, że kwiaty bardzo ci się podobają – wyczułam w jego głosie zadowolenie.
 - Dupek – rzuciłam, rozłączając się.
Nie mogłam w to uwierzyć, że ten człowiek był w moim domu, w moim pokoju i mógł wziąć sobie z niego cokolwiek tylko chciał. Jak mogłam być taką gapą? Chyba nigdy sobie tego nie wybaczę. Jak ja w ogóle teraz zasnę? A co jeśli dorobił sobie klucze i przyjdzie w nocy, żeby zrobić mi krzywdę?!
Przez całą noc zastanawiałam się ‘ A co by było gdyby… ‘ oraz modliłam się, aby nikt nieproszony mnie nie odwiedził. Moje zmęczone oczy odpuściły dopiero około czwartej nad ranem. Świetnie.. trzy godziny snu… ciotka mnie chyba zabije.