wtorek, 24 marca 2015

Rozdział 27

muzyka: klik

Podkuliłam nogi i siedziałam na łóżku, gapiąc się na ścianę. Dochodziła czwarta nad ranem. Myślałam nad tym, co wydarzyło się wczorajszej nocy. To właśnie ona dała mi do myślenia i dzięki niej w nocy nie zmrużyłam oka. 
Cicho przemknęłam przez salon, udając się prosto do małego pokoju, w którym miałam spędzić noc. Zamknęłam drzwi, o które później się oparłam i uspokajałam pracę serca. Ashton nie zauważył, kiedy wróciłam do domu. Ukrył się w kuchni, robiąc sobie herbaty. On również starał się zachować spokój, nie wywoływać kolejnej awantury tego wieczoru. Nie próbował więcej do mnie dotrzeć. Wydawało mi się, że nasze ostatnie starcie mu wystarczyło. Po części bolało mnie, że pewnie zastanawiał się nad zostawieniem tego wszystkiego, całej naszej relacji w takim bałaganie, jakim była, ale z drugiej strony.. nie mogłam mieć do niego pretensji, skoro powiedziałam to, co powiedziałam. 
Po godzinie siedzenia na podłodze blisko drzwi, usłyszałam jego głos. Sądziłam, że już dawno poszedł spać, ale on krzątał się po salonie. Gdy uchyliłam drzwi, zobaczyłam go. Stał przy lustrze wiszącym nad niewielką komodą, o którą się oparł. Zgarbiony, patrzył z koncentracją w swoje odbicie. Zmarszczki na jego czole stały się bardziej wyraziste, po uniesieniu brwi. Oddychał powoli, ale ciężko. W dłoni ściskał komórkę, przyłożył ją do ucha. Z trudem przełykał ślinę, słuchając dźwięku nawiązywanego połączenia. Zniecierpliwiony, stukał palcami o blat, tworząc swego rodzaju melodię. Czekał i czekał, aż usłyszy głos odbiorcy, ale w końcu włączyła się poczta głosowa, a wiadomość, którą nagrał na skrzynkę wzbudziła we mnie zainteresowanie.
- Hej, Cal.. to ja.. właściwie, wiesz, że to ja, masz mój numer. Znasz go na pamięć, tak, jak ja twój. Nie wiem, ile jeszcze razy mam cię przepraszać, ale będę to robił dopóki nie odbierzesz i nie porozmawiasz ze mną. Calum, jesteśmy przyjaciółmi. Wiem ile dla mnie poświęciłeś i doceniam wszystko. To, co wtedy powiedziałem, było pod wpływem chwili i szczerzę żałuję. Przykro mi Calum, cholernie mi przykro. Wiedziałem, że Luke mnie nie powstrzyma, bo będzie z tym sam. Musisz zrozumieć, że musiałem to zrobić dla waszego dobra. Ja... Eh.. - westchnął, nie mogąc znaleźć reszty słów, aby opisać przyjacielowi, jak źle się czuł. Przysłuchiwałam się monologowi, mając usta szeroko otwarte. Pomyliłam się. Byłam pewna, że Ashton poinformował przyjaciół o swoim planie, a tymczasem zaangażował we wszystko tylko Luke'a. Ashton Irwin odsunął się od swoich przyjaciół. Popełnił ogromny błąd, zachował się podle. Okazał Michaelowi i Calumowi brak zaufania! Ludziom, którzy skoczyliby za niego w ogień. Niesamowite, do czego ten człowiek mógł się jeszcze posunąć, jeżeli potrafił zranić tak bliskie mu osoby...
Rozłączył się i położył telefon na blacie, gwałtownie uderzając nim o mebel. Zacisnął wargi, a żadne przekleństwo nie padło z jego ust. Spojrzał w górę, jakby prosił Boga o pomoc. Ręce trzymał w kieszeniach. Dopiero po kilku minutach dostrzegłam, jak jego ciało zaczyna drżeć. Przeszedł pod drzwi, gdzie stało drewniane krzesło, a potem zajął na nim miejsce. Zapytał szeptem, co takiego narobił, a to pytanie zabrzmiało tak, jakby zrozumiał, że właśnie aktem swej głupoty zniszczył świetną przyjaźń. Sprawiał wrażenie załamanego. Każdy jego pomysł uchodził z dymem, a życie szło na równi z porażką. Nie czułam żalu, czy wyrzutów sumienia. Ashton mierzył się z konsekwencjami swoich czynów, na co zdecydowanie zasłużył. Może i myśląc w ten sposób, wychodziłam na kogoś złego, jednak byłam zraniona. Chciałam, żeby Irwin doświadczył chociaż pięćdziesiąt procent bólu, który towarzyszył mi przez sześć miesięcy. I stało się. Ashton cierpiał, a mi dane zostało obserwować jego utrapienie, dzięki czemu mogłam na nowo zacząć go poznawać. Testowałam, a także badałam każdy ruch i zachowanie, żeby wiedzieć ile naprawdę się zmieniło. Nie spostrzegł oka wystającego zza drzwi, więc kontynuowałam oglądanie blondyna, aby móc później wysnuć wnioski.
Rano nie poruszałam tematu jego wieczornego telefonu do Caluma.  Nie zdradziłam, że słyszałam czy też widziałam Ashtona proszącego o wybaczenie. Nie wspominałam, że spostrzegłam złość w jego wzroku wbitym w ścianę; nie śniło mi się napomknąć, iż stłumiłam pisk, kiedy rzucił komórką na ziemię. Piłam herbatę, pocieszając się za to faktem, że nie byłam jedyną oszukaną przez Ashtona. Calum nie pomiatał mną, a próbował poinformować mnie o wszystkich kłamstwach. Mówił wiele przykrych rzeczy pod wpływem emocji. Ale dawał mi wskazówki, ja po prostu ich nie odczytałam. W myślach policzkowałam samą siebie za to, że niczego się nie domyśliłam. Nie sądziłam, że to może być powodem nieobecności Caluma. Ba, nie przejęłam się jego brakiem. Wydawało mi się, że to coś naturalnego. Calum zrobił sobie przerwę i za niedługo znów się zjawi, żeby móc mnie gnębić. On tymczasem odizolował się, bo dostał pięścią w twarz od osoby, na której mu zależało. Doskonale rozumiałam jego ból i nie potrafiłam znaleźć argumentu, który pozwoliłby mi myśleć, że Ashton postąpił słusznie. 
Zanim doszło do mojej porannej konfrontacji z Irwinem, wyszłam z pokoju, w którym kłębił się chłód. Przeszłam do kuchni, gdzie zabrałam się za robienie herbaty. Włączyłam gaz, a czajnik ustawiłam na kuchence. W trakcie gotowania się wody, zajrzałam do salonu w celu sprawdzenia, czy Ashton jest w domku. Spał na kanapie. Leżał prosto, z rękoma założonymi za głowę. Na jego głowie panował nieład. Bandana leżała na stoliku. Wyglądał tak niewinnie, nawet z tymi tatuażami, które miały budzić większy respekt. Wcześniej nie dane mi było obejrzeć ich powoli i z bliska. Mogłam błądzić wzrokiem po jego dłoniach oraz klatce piersiowej czytając lub starając się odczytać przesłania rysunków, a także tekstów.
Zastanawiałam się w jakim tempie Ashton robił swoje tatuaże. Czy zachowywał odstępy czasowe? Może od razu pozwolił sobie wydziarać kilka motywów? Każdy zdawał się być wyjątkowym, mieć swoją opowieść. Chciałam wiedzieć, jakie miały one znaczenia. Pozwoliłoby mi to na odszyfrowanie Ashtona, chociaż w małym stopniu, ponieważ aktualnie miałam wielki mętlik w głowie, dotyczący jego osoby, prawdziwego jego.
Pragnienie zaśnięcia w tych ramionach; muśnięcie policzka blondyna, albo zwykłego dotknięcia jego ręki zżerało mnie od środka. Tak bardzo mi go brakowało. Tęskniłam za nim i nie potrafiłam tego ukryć. O niczym innym nie marzyłam, jak o byciu z nim, pomimo wszelkich kłótni i złości. Wydobywał ze mnie wszystkie uczucia i emocje - pozytywne oraz negatywne. To przy nim moje serce biło jak szalone, to jego uśmiech chciałam widzieć codziennie, to z nim chciałam być. Nie umiałam się od niego odciąć, zaprzeczyć tym uczuciom, którymi go darzyłam. Pomysł poddania się i uniesienia białej flagi pojawił się w moich myślach, ale za bardzo się bałam. A nie bałam się tego, że ponownie spróbujemy. Bałam się, że Ashton znowu mnie zrani.
Nie powstrzymałam się przed dotknięciem opuszkami palców jego rany. Delikatnie przesunęłam dłonią po ręce blondyna, jednak mój wzrok utkwił na tekście, który zauważyłam na umięśnionym ramieniu.
- Uczucia sprawiają, że jesteśmy ludźmi... - przeczytałam szepcząc.
Wytatuował moje słowa.
Na widok tego zdania kąciki moich ust uniosły się ku górze. Gapiłam się na tekst, nie hamując swojego szczęścia, bo Ashton i tak nie mógł go zauważyć. Zbrakło mi pomysłu stanowiącego odpowiedź na pytanie, dlaczego akurat te wyrazy znajdowały się na jego ramieniu. Byłam zdania, iż tatuaż jest czymś symbolicznym, pełnym wartości. To, co widnieje na twojej skórze bywa w pewnym sensie uosobieniem ciebie, jest kartką wyrwaną z pamiętnika, którą postanawiasz upublicznić. Tatuaż jest fragmentem naszej definicji. A więc, co stanowi ta część? Czyżby moje słowa w jakimś stopniu zmieniły Ashtona? Zmienił swoje podejście?  
Pokręciłam głową, karcąc się w myślach za błędne myślenie, bo przez chwilę zdawało mi się wierzyć, że Ashton stał się innym człowiekiem. Dotarło do niego, że uczucia są odłamem człowieczeństwa, niezbędnym do życia, funkcjonowania, bycia sobą. Przyznał się do swych błędów szczerze i zdecydował się wszystko naprawić.
Ale wciąż sądziłam, że to jedno wielkie złudzenie, gdyż nikt nie potrafi zmienić się z dnia na dzień, a już na pewno nie ktoś taki jak Ashton. Potrząsłam głową i wybiłam sobie z niej stwierdzenia mające na celu przedstawienie Irwina w pozytywnym świetle. Ono nie istniało. Takiego Ashtona nie było, a ja musiałam przestać się łudzić do cholery.
Już miałam odejść, kiedy nagle jego dłoń oplotła mój nadgarstek. Spojrzałam w stronę chłopaka kompletnie zaskoczona, bo byłam pewna, iż śpi. Ten zaś intensywnie patrzył na mnie, a potem przyłożył palec do ust prosząc, abym milczała. Swoje spojrzenie przeniósł na okno przysłonięte roletą. Na cienkim materiale zdołałam zobaczyć poruszający się cień, jakby ktoś przechadzał się wokół domku. Serce nieomal mi stanęło, gdy usłyszałam łamiącą się gałąź, na którą osoba na zewnątrz nadepnęła. Wróciłam wzrokiem do Ashtona, który widząc moje przerażenie, rozluźnił swój uścisk, a następnie przeniósł się do pozycji siedzącej, tym samym zmniejszając dystans między nami. Swoją dłoń przeniósł na moje plecy. To wspaniałe, jak jednym małym dotykiem potrafił nade mną zapanować, uspokoić i zwolnić pracę mojego serca, aby biło w normalnym rytmie, jakby nic strasznego się nie działo. Ba, jakbym była bezpieczna.
Zza poduszki wyjął broń, a wtedy moje oczy rozszerzyły się do wielkości monety. Wiedziałam, że oznacza to nieproszonych gości, a za tym szło rozpętanie się wojny. Zostaliśmy we dwójkę, a poza domem mogła być niezliczona ilość ludzi Logana, bo to jego podejrzewałam o niezapowiedzianą wizytę.
Nagle drzwi otwarły się, a Michael uśmiechnięty od ucha do ucha wpadł do domku, witając nas grzecznie. Zmierzyłam go wzrokiem, prawie usiłując go zabić. Wystraszyłam się, a w mojej głowie już widziałam swój koniec. Logan zabrałby mnie do jakiegoś pokoju tortur i mścił się, a potem zamordowałby i zakopał w miejscu, które zapewne nie byłoby nawet oznaczone na mapie. Poczułam jednak ulgę, kiedy moje oczy ujrzały średniego wzrostu chłopaka z postawionymi prawie że na baczność kosmykami pofarbowanych na fiolet włosów. Złość odeszła, a zastąpił ją spokój. 
Ashton wskazał dłonią na kanapę, prosząc, aby Michael się rozgościł. Chłopak zdjął kurtkę, a później usiadł, spoglądając to na mnie, to na Ashtona. Zmrużył oczy, wydając dziwne dźwięki, które prawdopodobnie oznaczać miały zastanowienie. W końcu wyszczerzył się ponownie, klasnął w dłonie ochoczo i zabrał głos, na co wraz z Irwinem czekaliśmy od jego wejścia, bo zachowywał się conajmniej dziwnie.
- Dzięki Bogu nie pozabijaliście się przez te dziesięć godzin – powiedział na wdechu, po czym wypuścił powietrze z płuc i złapał się za pierś – Dzięki Bogu – powtórzył.
- Taa.. – przytaknął Ashton bez cienia entuzjazmu.
- Och, no wiesz.. – wtrąciłam – Było naprawdę ciężko, bo przecież Ashton jest świetny w zabijaniu, prawda?
Odwróciłam swoją twarz w kierunku mojego kilkunastogodzinnego towarzysza, uśmiechając się sztucznie i czekając na jego reakcję. Zauważyłam, jak usta blondyna zaciskają się, formując cienką linię, a on sam wstrzymuje oddech i próbuje liczyć do dziesięciu, zanim zabierze głos. Zanim powie coś, czego mógłby pożałować.
- Może porozmawiamy innym razem na ten temat, co?
Starał się uciąć konwersację. Problem tkwił w tym, że byłam nieugięta.
- W odkładaniu pewnych spraw na później też jesteś całkiem niezły, przyznaję – odparłam.
Michael spuścił głowę, chowając twarz dłoniach. Westchnął. Jego humor diametralnie zmienił się od tego, który mu towarzyszył tuż po wejściu do chatki. 
- Jak miło widzieć was w swych codziennych nastrojach… - burknął.
Blondyn zacisnął pięści i spiorunował mnie wzrokiem. Wzruszyłam ramionami, uśmiechając się niewinnie. Czekałam tylko, aż dojdę do momentu kulminacyjnego, w którym Ashton nie będzie w stanie się pohamować.
Ale on mnie zignorował i zwrócił się do Michaela.
- Jakieś wiadomości? – spytał łagodnym tonem.
Clifford pokręcił głową, a wtedy Ashton zaklął pod nosem.
- Luke dostał kartę – rzucił ciemnowłosy, a nasze spojrzenia jednocześnie skierowane zostały prosto na niego – Króla.
Plecami uderzyłam o oparcie, lustrując wzrokiem chłopaków. Ashton usiadł. Strzelał kostkami w dłoniach, a robił to tylko wtedy, gdy dopadało go zdenerwowanie. Nie miał pojęcia o co chodzi w tej grze, ja tym bardziej. 
Zmarszczył czoło, gapiąc się w jeden punkt. Stolik. To nie miało wielkiego znaczenia, bo najzwyczajniej w świecie się zamyślił. Ale znaczenie miało właśnie to, co Ashton zatrzymywał w swojej głowie. Kombinował, tworzył, zgadywał, układał, kreował, dumał i wyobrażał. Doszukiwał się rozwiązania, bo chciał je znać zanim byłoby za późno. 
Zabrałam głos przerywając budzącą grozę ciszę.
- Znalazł ją? Przysłali ją pocztą?
- Ktoś ją podrzucił, kiedy był na wyścigu.
- Cassie została uprowadzona, a jemu w głowie wyścigi?! – wrzasnęłam oburzona.
- Spotkał się tam z informatorem, który ma nam pomóc w odnalezieniu jej - wyjaśnił Ashton.
- Och.. – wyciszyłam się.
- Ale czemu król… - szepnął Ashton, a później powiedział głośniej – W grę wchodzi cała talia?
Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, zadając wciąż te same pytania. Ktoś wplątał nas wszystkich do gry, która nie miała końca. Aczkolwiek, jakie znaczenia miał koniec, jeżeli brakowało nam wiadomości na temat początku? Żadne z nas nie miało kluczowej informacji, która pozwoliłaby nam na rozpoczęcie śledztwa, rozpracowanie tego wariata. Mogliśmy sądzić, że jest to Logan, jednak co jeśli był to ktoś zupełnie inny? Zataczaliśmy kółko, wciąż i wciąż. Wreszcie zdecydowaliśmy się poddać i skupić na bieżących sprawach.
Michael zabrał mnie do domu. Napięta atmosfera w samochodzie dawała się we znaki, ale mimo niej staraliśmy się rozmawiać i dojść do ładu, zwłaszcza teraz, gdy wiedziałam, że Clifford nie miał nic wspólnego z oszustwem Ashtona. Nie mogłam go winić za kłamstwa, których się nie dopuścił. Czułam się lepiej z wiedzą, iż nie brał w tym udziału. Ufałam mu najbardziej ze wszystkich przyjaciół Ashtona.
Michael wyłączył silnik, a potem wyjął kluczyki ze stacyjki. Oboje wysiedliśmy z wozu. Dwa auta dalej stał mój wóz, który wczoraj został skradziony przez Clifforda.
- Jak widzisz, samochodu nie naruszyłem – zaśmiał się, po czym oddał mi kluczyki – Twoja znajoma jest również bezpieczna. 
Podziękowałam i wysiadłam z wozu.
- Dziękuję.
- Jeżeli będziesz czegoś potrzebowała, zgłaszaj się. - powiedział - Wieczorem wpadnę z wizytą.
- Niech zgadnę, pomysł Ashtona.
- Pomysł Ashtona.
Wywróciłam oczami.
- Jak już każdy z nas zdążył zauważyć - zaczęłam - Nie każdy jego pomysł jest dobry - stwierdziłam, a później zadałam pytanie, które od dawna mnie nurtowało - Czemu go słuchasz?
- Jego pomysły są do bani - zaśmiał się, a ja mu zawtórowałam. Chłopak odwrócił się do mnie. Spojrzał w moje oczy, po czym ciepłym głosem powiedział: 
- Ale jest w nich coś, co jest bardzo dobre.
- Co takiego? - zapytałam.
- Intencje - odparł cicho.
- Myślisz, że one wystarczają?
- Myślę, że są w stanie usprawiedliwić jego czyny i pozwolić na danie kolejnej szansy, zwłaszcza, jeśli się stara - wyjaśnił - Ashton jest wobec siebie bardzo samokrytyczny, Caitlin.
Nie mogłam się nie zgodzić. Ashton rzadko mówił o sobie określając się pozytywnie. Długo wierzył, że jest potworem i zasługuje na takie życie, które musi prowadzić.
Wysiadłam z auta, żegnając Michaela szczerym uśmiechem. Zadziwiał mnie fakt, jak wiele różni tych czterech chłopaków. Ich charaktery są wyraźne, zupełnie inne i łatwe do rozszyfrowania. Nie dostrzegłam dużej ilości podobieństw, więc byłam jeszcze bardziej zaskoczona, że potrafią się ze sobą porozumieć bez tych samych zainteresowań lub sposobu zachowania. 
Od razu powędrowałam do swojego auta, nie myśląc o wejściu do domu. Za godzinę miałam obowiązek zjawić się w pracy, więc zrezygnowałam ze śniadania czy relaksacyjnej kąpieli. 
Odblokowałam zabezpieczenia samochodu, a wtedy nastąpiło coś czego zupełnie się nie spodziewałam. Głośny huk postawił na nogi każdego mieszkańca. Dopiero po upadku na asfalt uświadomiłam sobie, co właśnie się wydarzyło. Auto skoczyło do góry, a później stanęło w płomieniach. Podmuch wybuchu popchnął mnie ku ziemi. Upadłam, uderzając głową o chodnik. Odczułam ból w okolicy prawej skroni, a gdy dotknęłam dłonią skóry, na moich palcach zobaczyłam krew. Usłyszałam pisk opon. Michael gwałtownie zahamował, a następnie wyskoczył ze swojego wozu niczym poparzony. Rzucił się do biegu i w przeciągu kilku sekund znalazł się koło mnie. Z szeroko otwartymi oczyma oglądał płonący samochód tak samo jak ja. Nie mogłam uwierzyć w to, jak wielką szczęściarą musiałam być. Gdybym tylko znalazła się wewnątrz, byłoby po mnie. Najwyraźniej uciekłam przed przeznaczeniem. 
- Pytałeś czy czegoś potrzebuję… - mruknęłam, patrząc z przerażeniem na Michaela, o takim samym wyrazie twarzy, co moja – Potrzebuję nowego samochodu.


______
Mam nadzieję, że nadal tu jesteście! :)

Jeżeli klikacie w reklamy: BARDZO DZIĘKUJĘ!! 
Jeżeli nie... dziękuję, że wchodzicie i czytacie. :)
Dziękuję również za komentarze. :)
Love you.

piątek, 13 marca 2015

Rozdział 26

muzyka <klik>

Facet sięgał już po broń, gdy nagle do akcji wtrąciła się Theresa.
- Policja, nie ruszajcie się! - wrzasnęła, wyjmując odznakę.
- Cholera, nie.. - mruknęłam, jednak nic jej nie powstrzymywało.
- Macie prawo milczenia, mierzenie do funkcjonariuszki jest karalne! - zagroziła.
Mężczyźni stojący na podeście roześmiali się, widząc jak niska blondynka próbuje powstrzymać ich przed przestępstwem. Nie miałyśmy szans, to było oczywiste. Domyślałam się, co mogą o nas sądzić. Wariatki, próbują jeszcze walczyć. Ale niestety, nie mogłyśmy uciekać, ani stawić czoła napakowanym mężczyznom.  
Gość, z którym zamieniłyśmy parę słów, zrobił krok do przodu, a my automatycznie odskoczyłyśmy w tył. Faceci ryknęli śmiechem, którego nam brakowało. Cała drżałam. Ściskałam dłoń Theresy, nie odsuwając się od niej nawet na milimetr. Ledwo udawało mi się przełknąć ślinę, a co dopiero wykonać przemyślany ruch. Oni zaś czerpali radość, widząc przerażenie w naszych oczach.
Role się jednak odwróciły, kiedy wszyscy zarejestrowaliśmy ryk silnika. Kierowca ciemnego motoru wjechał nim na parking z dużą prędkością, nie hamując na zakręcie. Podjechał pod wejście do baru, po czym skręcił kierownicą, a piasek uniósł się w powietrze, lecąc w kierunku mężczyzn. Chłopak podniósł szybę kasku, zakrywającą jego oczy. Kilka blond kosmyków wpadało na błękitne oczy Luke'a, ograniczając jego widoczność. Kiwnął głową w kierunku wyjazdu, gdzie zobaczyłam stojącego przy naszym samochodzie Michaela. Później ponaglił mnie spojrzeniem, ale nie patrzył w stronę zaparkowanego auta. Wskazywał na las.
- Do lasu - zarządziłam - Szybko!
Theresa niczym w transie słuchała moich poleceń. Wbiegła w gąszcz krzaków i kierowała się przed siebie, biegnąc ile sił miała w nogach. Ja podążałam tuż za nią, myślami będąc z Lukiem. Goście mieli broń, ale nie wątpiłam, że blondyn nie pokusił się o swoją. Mimo wszystko ich było trzech, a on jeden. Słysząc strzały, w mojej głowie pojawił się obraz padającego na ziemię blondyna z powodu kulki w klatce piersiowe. Modliłam się, aby moje myśli nie tworzyły żadnej przepowiedni. Michael wyjeżdżał samochodem, nie byłby w stanie mu pomóc.
W przeciągu kilku minut znalazłyśmy na końcu lasu. Uklękłam starając się złapać oddech. Nie sądziłam, że Theresa jest na tyle wysportowana, że będę musiała za nią biec, w dodatku będąc nieźle w tyle. Zmęczyłam się, bardzo. Na szczęście ucieczkę miałyśmy już za sobą, zostało nam czekanie na pomoc.
Michael wjechał na drogę chwilę po naszym przybyciu. Wysiadł z auta, po czym podszedł do mnie sprawdzając, czy nic mi nie jest. Burknęłam pod nosem, że czuję się dobrze, a on odpuścił, bo i tak nie wydobyłby ze mnie żadnych informacji.
- Zabiorę ją do domu - oświadczył - Ty musisz zaczekać.
- Na co? - spytałam.
- Domyśl się - warknął. Odwrócił się do Theresy, po czym wyciągnąwszy do dziewczyny rękę, ścisnął jej dłoń i zabrał do środka auta.
Zostałam sama, ale nie na długi czas, gdyż chwilę później przyjechał nikt inny, jak Ashton Irwin. Zahamował gwałtownie, zatrzymując się tuż obok mnie. Jego wzrok mówił wyraźnie, jak bardzo wściekły był na mnie i po części na siebie, bo pozwolił, aby do takiej sytuacji doszło. Wysiadł, trzaskając drzwiami i podszedł do mnie. Zacisnął dłonie na moich ramionach i szarpnął mną, jakby chciał, żeby moje trzeźwe myślenie wróciło.
- Od dawna miewasz takie idiotyczne pomysły?
Spytał, a ja czułam pieczenie w okolicach uścisku. Wiedziałam, że za niedługo w tych miejscach zauważę siniaki.
- Odkąd widzę duchy – fuknęłam.
Wyrwałam się blondynowi i zrobiłam trzy kroki w tył, żeby dystans między nami dodał mi komfortu, a także pewności siebie. Ostatnimi czasy, moje kłótnie z Ashtonem bywały dość intensywne, bo odczuwałam swego rodzaju przewagę, głównie z powodu odległości. Gdy stał blisko, ulegałam mu, jednak kiedy był daleko.. nie mógł nade mną zapanować.
- Nie jestem duchem.
- Szkoda – rzuciłam, uśmiechając się sztucznie.
Słowa, które wypowiadałam raniły również mnie. Mimo że miałam świadomość, iż uczucie do Ashtona nie wygaśnie nawet, kiedy go przy mnie nie będzie przez kolejne pół roku, potrzebowałam dać mu w kość i nauczyć go, że nie wszystkich może oszukiwać tylko dlatego, bo wydaje mu się to korzystne.
Ashton wywrócił teatralnie oczami, zbliżając się do mnie.
- Wsiadaj do auta - rozkazał, a ja zaśmiałam się głośno.
- Nie będziesz mi mówił, co mam robić.
Oczy Ashtona pociemniały, dając mi do zrozumienia, że jego cierpliwość powoli wygasa i za kilka minut może być gorąco.
- Caitlin – wysyczał przez zaciśnięte zęby – Do. Auta.
Zignorowałam jego wzrastającą złość i brnęłam w dyskusję.
- Miałeś się nie wychylać – wygarnęłam.
- Gdyby Luke i Michael tam nie wpadli, leżałabyś na ziemi z kulami w piersi! Postradałaś zmysły do cholery?! Nie widziałaś zagrożenia?! – wrzeszczał, a ja zamilkłam – Wsiadaj do auta, natychmiast.
- Palant – burknęłam, po czym wyminęłam z gracją chłopaka i skierowałam się do samochodu.
- Kretynka – mruknął pod nosem, ale udało mi się to usłyszeć.
- Co powiedziałeś?! Masz jeszcze czelność… - odwróciłam się.
Głośny strzał i syknięcie Ashtona wstrzymało mój monolog. Krzyknęłam, kiedy zobaczyłam jak chłopak łapie się za brzuch i zwija z bólu. Otworzyłam usta z wrażenia, a moje serce zabiło sto razy szybciej. Ashton dostał kulkę. Krew pojawiła się na jego dłoniach. Podbiegłam do blondyna, który prawie padł na ziemię. Objęłam go ramieniem, wołając jego imię kilka razy. Jęczał i klął pod nosem, łapczywie łapiąc oddech. Głową skinął w stronę samochodu, a ja posłusznie wykonałam jego polecenie, słysząc dochodzące z lasu okrzyki facetów. Otworzyłam drzwi od strony pasażera, a potem posadziłam Ashtona.
- Zwariowałaś? – wykrztusił.
- Nie możesz prowadzić ranny, poproszę kluczyki.
- Czy ty w ogóle wiesz, jak jeździ się szybko?
- Nie było cię sześć miesięcy Ashton, nie uczyłam się tylko życia bez ciebie - warknęłam, wyrywając klucze z jego dłoni. Zamknęłam drzwi nie słuchając jego sprzeciwów i ostrzeżeń na temat zniszczenia auta. Zajęłam miejsce od strony kierowcy, po czym odpaliłam silnik. Widząc jak mężczyźni wybiegają z lasu, uderzyłam w pedał gazu, przyciskając go do podłogi. Silnik zawarczał, a ja ledwo zapanowałam nad wozem, który ruszył niczym rakieta. Strzelano do nas, ale żaden pocisk nie trafił w samochód. Wyjechałam na drogę bez zwalniania na zakręcie.  Zwiększyłam prędkość do stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Nie towarzyszyła mi żadna adrenalina, nie odczuwałam również przyjemności z tak szybkiej jazdy. Starałam się widzieć wszystko dookoła, ale obrazy tylko przelatywały przez moje oczy, nie rejestrując żadnych ruchów. Myślałam wtedy, aby nikogo przypadkowo nie potrącić. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym zabiła człowieka bądź wyrządziła mu krzywdę. Ludzkie czy nawet zwierzęce cierpienie łamie moje serce na milion kawałków. Nie potrafiłabym z tym żyć.
- W którą stronę na autostradę? - spytałam, kiedy zbliżaliśmy się do skrzyżowania pozbawionego znaków drogowych.
- Nie jedziemy na żadną autostradę.
- Żartujesz sobie? Musisz jechać do szpitala! - krzyknęłam - Kula może być głęboko i..
- Nie trafili – urwał.
- Ale krew….
- Pocisk mnie drasnął, nic więcej - powiedział - Jedź w lewo.
- Dokąd ta droga prowadzi?
- Zobaczysz, po prostu jedź.
~*~
Podążaliśmy ledwo widoczną, o małej szerokości ścieżką wydeptaną przez przechodniów. Ashton ściskał moje ramię nie pozwalając mi się oddalić nawet na centymetr. Traktował mnie jak psa, którego udało mu się uwiązać na smyczy. Prowadził mnie w głąb nieznajomego mi lasu, chociaż nie byłam pewna czy nigdy nie znajdowałam się w tym miejscu. Miałam ograniczoną widoczność przez panującą ciemność, a poza tym każdy las wyglądał tak samo. Nie zamierzałam się zagłębiać w szczegóły.
Po pół godzinnej podróży nareszcie dotarliśmy do wyznaczonego celu. Na obrzeżach lasu mieściła się niewielka chatka do której szedł Ashton. Blondyn puścił moją rękę dopiero, kiedy znaleźliśmy się pod drzwiami wejściowymi. O mały włos, a upadłabym prosto na ziemię, gdy tak obojętnie mną szarpnął. Potarłam dłonią ramię, na którym odznaczyło się miejsce uścisku. Skóra poczerwieniała i piekła, ale to nie stanowiło głównego problemu, który zaistniał między nami.
- Mocno krwawisz... – zauważyłam, patrząc na poplamioną czerwonym kolorem koszulkę Ashtona. Mówiłam cicho, ale wiedziałam, że on mnie usłyszał. Zwyczajnie wolał mnie zignorować i wygłosić swój monolog o tym, jak ogromny popełniłam błąd… znowu.
- To, co zrobiłaś było po prostu głupie… Naraziłaś życie policjantki, jak byś się tłumaczyła, gdyby zginęła?!
Nie trzeba było widzieć zdenerwowania Ashtona. Unosił głos, który brzmiał na załamany, a to wystarczyło, aby wysnuć wnioski. Zazwyczaj spokojny albo rozbawiony zmienił się w wściekłego człowieka, tak naprawdę nie wiadomo z jakiego powodu, bo przecież nikt go nie prosił o ratowanie nas z opresji. Sam się zaoferował.
Weszliśmy do środka. Domek był naprawdę mały. Został podzielony na dwa pokoje. Większe pomieszczenie robiło za salon, gdzie znajdował się kominek, mały telewizor, stolik i trzy krzesła. Sterta papierów walała się po meblach, jakby z trudem przychodziło mu porządkowanie. Kilka długopisów leżało na podłodze. Broń również znajdowała się na widoku, tuż przy wazonie na kwiatki, który stał pusty. Mniejszy pokój został okrzyknięty sypialnią. Mieściło się tam dwuosobowe drewniane łóżko i kilka szaf. Wszystko łącznie z podłogą zostało utrzymane w odcieniach brązu. Wyjątku nawet nie stanowiły ściany, które Irwin ozdobił plakatami, co w ogóle nie łączyło się z klimatem całej chatki.
Ashton powędrował do łazienki. Zdjął swoją kurtkę, a następnie koszulkę. Jego brzuch był we krwi. Rana ciągnęła się od paska bokserek, do żeber. Chłopak wyjął z szafki białą kosmetyczkę, a z niej zaś wodę utlenioną i watę. Przelał niedużą zawartość buteleczki na płatek po czym przyłożył go do skóry. Nie mógł znieść okropnego pieczenia, jakie sam sobie zafundował po zetknięciu rany z wodą. Syczał i zaklinał pod nosem, ale nie przestawał.
Weszłam do łazienki, gdzie blondyn próbował się opatrzeć. Patrzyłam jak niezdarnie to robi, nie prosząc o pomoc. Tak ciężko mu przychodziło skorzystać ze wsparcia. Nasze relacje nie należały do najlepszych, ale w tym wypadku nie odmówiłabym mu, chociaż prawdopodobnie powinnam.
- Daj mi to - zarządziłam, zabierając od niego butelkę, oraz wacik - Oprzyj się o szafę - nakazałam, a chłopak wykonał polecenie - I pomyśl o czymś przyjemnym.
Delikatnie przecierałam świeżą ranę, czyszcząc skórę Ashtona z krwi. Nacięcie nie było głębokie, nie potrzebował pomocy specjalisty. Ale mimo tego, szrama nie wyglądała pięknie.
Irwin przypatrywał mi się, obserwując dokładnie każdy mój ruch, jakby odbywał kurs pierwszej pomocy na którym jest pilnym uczniem.
- Chciałbym wiedzieć, co strzeliło ci do gło…
- Czy możesz się w końcu zamknąć i przestać drążyć temat? – wrzasnęłam, a chłopak momentalnie zamilkł.
Na jego ciele pojawiały się dreszcze, kiedy opuszkami palców sunęłam po zranionej skórze. Nie mogłam oprzeć się pokusie popatrzenia na jego umięśniony tors. Chciałam go dotknąć. Nie tak, jak to robi lekarz, kiedy jego pacjent jest ranny. Niestety, inny sposób nie był możliwy. Chociaż pragnienie stawało się większe, niczym u narkomana będącego na głodzie, zaciskałam zęby i trzymałam ręce przy sobie.
Zerknęłam na blondyna, a później wróciłam wzrokiem do szramy, bo nie potrafiłam patrzeć dłużej w jego oczy. Drżącymi dłońmi rozerwałam paczuszkę z gazą. Założyłam szybko opatrunek w celu zwiększenia między nami dystansu, a gdy to zrobiłam, wyprostowałam się i poinformowałam, że wszystko gotowe.
- Caitlin - mruknął Ashton, łapiąc mnie lekko za nadgarstek. Odwróciłam się i czekałam na dalsze słowa. - Dziękuję.
Skinęłam głową, nie szczycąc Ashtona spojrzeniem. Wyrwałam swoją rękę i ulotniłam się z łazienki, przechodząc do salonu. Czułam, że przekroczyłam limit spędzanego wspólnie czasu. Usiadłam przy kominku. Łzy napływały do moich oczu, więc odwróciłam się, żeby Ashton nie był w stanie zauważyć mojego smutku, któremu towarzyszył ból. Bo przebywanie w jego towarzystwie sprawiało ból, a także potęgowało pozytywne uczucie, które do niego żywiłam. Ciężko jest zapanować nad kilkoma rzeczami na raz, wydawało mi się, że to dla mnie za dużo.
Ale Ashton mnie nie opuścił, a poszedł za mną.
- Will mnie okłamał – zaśmiałam się żałośnie – Tak naprawdę ma na imię Jack..
Irwin przytaknął. Na jego twarzy nie gościło zaskoczenie. Zachowywał się tak, jakby wiedział od początku o wszystkich oszustwach.
- Nie możesz ufać każdej napotkanej osobie...
- Mówisz również o sobie – ucięłam.
- Ja, to co inn...
Wzięłam głęboki wdech, kiedy wstawałam, aby po raz kolejny zmierzyć się ze swoją słabością i siłą. Obdarowałam Ashtona pełnym chłodu spojrzeniem, po czym przemówiłam.
- Nie, Ashton – kręciłam głową ze sztucznym uśmiechem, a potem wzruszyłam ramionami - Jesteś taki sam, jak Will. Taki sam, jak Logan, Connor, George czy reszta. Kłamiecie dla własnych korzyści, nie licząc się z tym co myślą inni.
- Chciałem cię chronić…
Machnęłam ręką, próbując powstrzymać chłopaka przed tłumaczeniami, których miałam dość. Czułam jak oblewa mnie niebezpieczny gorąc, bo wchodziliśmy na temat, którego unikałam. Nie byłam gotowa, żeby znowu walczyć, trzymać słowa za zębami, zablokować uczucia i utrzymać swoje nerwy.
- Tak, wiem, będąc moim cieniem, już to słyszałam – burknęłam poirytowana, a ton mojego głosu wskazywał, że idziemy w złym kierunku i za moment stanie się coś, co próbowałam przez dłuższy czas zatrzymać w sobie.
Mój wybuch.
- Caitlin, rozumiem, że jesteś..
- NIE! – krzyknęłam - Nic nie rozumiesz, Ashton! Przez sześć miesięcy nie myślałam o nikim innym, tylko o tobie! Nie wspominałam niczego innego jak tych dwóch strzałów! Nie ubierałam się w żadną inną bluzę jak twoją. Nie mogłam powstrzymać łez, gdy czytałam nagłówki gazet, które pisały o tobie w kółko i w kółko. Nie mogłam żyć bez ciebie, bo wspomnienia mnie zabijały! Cmentarz był moim drugim domem! Wraz z twoją śmiercią, umarła część mnie! Część, którą obudziłeś, pokazałeś, czy może wykreowałeś! Dziewczyna, która stała się silna, znowu była słaba, krucha jak kawałek ciastka. Trzymały mnie przy tobie uczucia, których nie potrafiłam się pozbyć. A kiedy już postanowiłam, że chce zacząć żyć ty zjawiasz się i myślisz, że o wszystkim tak po prostu zapomnę, ale tego nie da się zapomnieć!
I stało się. Nareszcie wyrzuciłam z siebie cały swój gniew, żal, gorycz, smutek i rozczarowanie. Wylałam swoją nienawiść i nagle poczułam lekkość, jakby kamień spadający z serca. Obawiałam się tej chwili. Strach, że powiem za dużo kłębił się w moim ciele, ale powiedziałam wystarczająco. Dosyć dąsów, ironii, bezczelności, a także sarkazmów. Po obrzuceniu go błotem przyszedł czas na finał. Każdy człowiek ma granice, a ja wylądowałam poza swoją. Skończyłam w ten, a nie inny sposób. Cała negatywna energia wypłynęła ze mnie w przeciągu jednej minuty.
Nastała kilkusekundowa cisza, a wtedy słychać było tylko mój ciężki i szybki oddech. Jedna łza spłynęła po moim policzku, ale starłam ją materiałem bluzy. Gapiliśmy się na siebie, jednak żadne z nas się nie odzywało. Ashton zdawał się być zakłopotany. Szukał wyjaśnienia, zbierał swoje myśli.  
- Nie oczekuję od ciebie zapomnienia, chcę żebyś zrozumiała dlaczego to zrobiłem.
Mówił cicho, spokojnie, ale nawet jego opanowanie nie ukoiło mojego bólu i złości.
- Uważasz, że to takie proste?! Ufałam ci! Obdarzyłam cię zaufaniem! A zaufanie to nie pieprzona kartka papieru, którą możesz skleić, gdy ją porwiesz. – moje ręce bezwładnie opadły, a na twarzy pojawiła się frustracja - Nawet jeżeli to zrobisz, nadal będą ślady zadarcia. Nie naprawisz jej w stu procentach. Tak samo działa zaufanie.
- W porządku! – krzyknął – Zachowałem się jak kretyn! Kompletny dureń i tchórz! Najmocniej cię przepraszam, Caitlin Teasel. To chciałaś usłyszeć? – zapytał z pretensją w głosie. Skrzyżował ręce na wysokości klatki piersiowej i czekał na moją odpowiedź. Wywróciłam oczami, widząc jak dziecinnie zachowuje się Ashton. Zawiodłam się, bo sądziłam, że trafię do niego, ale jak zwykle – narobiłam sobie nadziei.
- Nie – odparłam – Chciałam, żeby ci było przykro, żebyś zrozumiał mój ból, ale najwyraźniej jesteś zbyt zaślepiony, żeby zobaczyć czyjeś cierpienie poza swoim własnym…
Ruszyłam w stronę wyjścia. Zniknęłam za drzwiami, zostając na zewnątrz domku, bez kurtki. Oparłam się o ścianę i rozpłakałam. Zakryłam twarz dłońmi, tłumiąc swój szloch. Usłyszałam głośny huk, dochodzący z pomieszczenia, w którym został Ashton. Moje serce krwawiło. Zawsze kończyliśmy w ten sam sposób. Traciłam siły. Meble upadały, szkło się tłukło. Krzyki obijały się o ściany. Nie mogłam dłużej, nie potrafiłam. To mnie przerastało, wszystko co robił było ponad mnie. Chciałam od tego uciec, od bólu. Ruszyłam do przodu. Nie chciałam słyszeć uderzeń, ciężkich westchnięć.
Przystanęłam na środku pustkowia, między drzewami, a wiatr muskał moje nagie ramiona. Stękałam, zęby mi drżały, ale nie śmiałam zwrócić się w kierunku domku. Tu było mi dobrze. Cicho. Spokojnie. Wciąż płakałam, bo przypominałam sobie wszystkie moje kłótnie z Ashtonem. Te większe i te mniejsze. Chciałam znaleźć jakieś rozwiązanie, ale brakowało mi wskazówek.
Przyjemny prąd przeszył moje ciało, gdy Ashton dotknął mojej dłoni. Czułam jego obecność, ciężar ciała tuż za moim. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała bardzo powoli wraz z głębokimi wdechami. Palcami delikatnie dotykał mojej skóry, jak gdyby miał się sparzyć. Odwróciłam się, a wtedy zobaczyłam skruchę wymalowaną na jego twarzy. Pot spływał z jego czoła, a włosy kręciły się, jak nigdy dotąd. Zabrał swoją dłoń, jakby wystraszył się, że tym gestem mnie uraził. Patrzył na mnie niepewnie, ze smutkiem. Zacisnął dłoń w pięść. Usta uformowały się w cienką linię. Ciężko było mu cokolwiek powiedzieć, ale w końcu zdecydował się przemówić.
- Przepraszam – wydusił z siebie – Spieprzyłem…
Kiedy nie odpowiadałam, a mój wzrok wbity był w trawnik, Ashton chwycił dłońmi moją twarz i przysunął ją do swojej, złączając nasze czoła.
- Proszę, Caitlin – wyszeptał – Powiedz cokolwiek, odezwij się do mnie.
Kolejne łzy zebrały się w moich oczach. Złapałam jego dłonie i zdjęłam z moich policzków. Popatrzyłam w jasno brązowe tęczówki pełne żalu, ale nawet one nie sprawiały, że zapominałam o wszystkich przykrościach.
- Dlaczego.. – wyszlochałam – Dlaczego mi to zrobiłeś? Dlaczego robisz to nadal? – zadawałam pytania, a w moim głosie Ashton mógł usłyszeć rozżalenie – Dlaczego, kiedy próbuję ułożyć życie od nowa ty wracasz i burzysz każdy mur, jaki stawiam? – i stwierdziłam po chwili z wyrzutem - Jesteś jak jakieś cholerne tornado, od którego nie mogę uciec.
- Możesz – Ashton ścisnął moją dłoń, a później przycisnął ją do swoich ust – Ale po prostu nie chcesz.
Ashton wsunął dłoń pod mój t-shirt, delikatnie chwytając wisiorek. Wysunął go spod bluzki. Trzymał literkę „C” w swoich rękach.
- Nosisz go, a to coś znaczy – stwierdził, uśmiechając się słabo – Nie chcesz mnie wyrzucić ze swojego życia.
Ścisnęłam materiał jego koszulki, po czym przyciągnęłam, puściłam i płaską dłonią uderzyłam w jego klatkę piersiową. Oparłam głowę na jego barku. Rozpłakałam się.
- Skoro nie chcę, czemu nie mogę zapomnieć? – spytałam – Czemu, gdy na ciebie patrzę, widzę tylko obraz grobu na którym spędziłam większość dni w ciągu ostatnich miesięcy?
- Rozumiem, że się boisz zacząć od początku, ale…
- Nie – powiedziałam pewnie, puszczając dłoń blondyna – Nie boję się zacząć od początku – uśmiechnęłam się krzywo – Boję się rozczarowania po raz kolejny z tego samego powodu.
Zrobiłam trzy kroki w tył. Lewą dłonią zakryłam swoje usta, natomiast prawą wysunęłam do przodu, aby powstrzymać Ashtona przed podejściem. Pokręciłam przecząco głową.
- Nie zranię cię znowu..
- Bo nie dam ci szansy na zranienie.
Odwróciłam się na pięcie, kierując w stronę domu, kiedy Ashton złapał mnie za ramię i przyciągnął do siebie. Nasze spojrzenia znowu się spotkały, ale tym razem widziałam w jego oczach coś innego, znajomego. Ciepło, człowieczeństwo, pewność siebie. Widziałam Ashtona. Prawdziwego Ashtona.
- Dobrze wiesz, że nie zrezygnuję z ciebie – mruknął, spoglądając w dół, jak splatał nasze palce. Położył moją dłoń na swojej piersi, a ja mogłam czuć, jak szybko bije jego serce. Patrzyłam przez łzy na jego palce przejeżdżające po mojej skórze. Towarzyszyło mi rozdarcie; wyniszczające od środka uczucie, nie dające mi spokoju w żadnym wypadku. Nie umiałam podjąć decyzji; ani zabrać odpowiedniego stanowiska.
- Wydaje mi się, że nie masz innego wyboru… - szepnęłam, ocierając łzy.
Ashton zabrał swoją dłoń.
- W porządku – mruknął – Zrobię to.
- Co takiego?
- Usunę się.
Spojrzałam w górę, a wtedy zobaczyłam łzy w oczach Ashtona. Zaciskał mocno szczękę, abym nie mogła zauważyć, jak jego usta drżą, ale nie udało mu się tego ukryć. Patrzył przed siebie, nie spoglądał na mnie.
- Tylko powiedz, że mnie nienawidzisz. Powiedz, że nie chcesz mnie znać. Powiedz, że mam odejść – wymieniał – Powiedz.
Już otworzyłam usta, aby cokolwiek z siebie wydusić. Odebrało mi mowę. Nie potrafiłam się przełamać lub skłamać, bo jedynie mogłam kłamać jak z nut. Wmawiać mu, że go nie cierpię, a naprawdę myśleć o tym, jak bardzo pragnę tkwić w jego ramionach. Problem polegał na tym, że z pewnych rzeczy musieliśmy rezygnować dla dobra przyszłości. Niestety czasem należy się poświęcić.
- Jestem zmęczona… - szepnęłam.
- Jasne… - westchnął – Przygotuję łóżko…
Śledziłam wzrokiem, jak Ashton powoli znikał w oddali. Miałam wrażenie, że moja głowa za moment eksploduje, bo nie może wytrzymać natłoku emocji. Moje serce zaczynało dusić się w ciele i chciało wyskoczyć z piersi. W mojej głowie huczało, nie potrafiłam tego wytrzymać. Wplotłam palce we włosy, ale dotyk wcale nie tamował bólu. Padłam na kolana, głośno szlochając.
Następne zmaganie za nami. Nie umiemy dojść do ładu, żyjemy w chaosie i nic nie jest w stanie tego zmienić prócz nas, a my? Staramy się, ale wydaje mi się, że starania to za mało, aby zwalczyć demony żyjące obok nas.

Aczkolwiek próby nie są porażkami, a drogą do zwycięstwa, a właśnie zwycięstwa wyczekuję.

______________________________________________________________________

Kuuuuurde, duże informacje nadchodzą! Czekajcie do lipca! Wielka sprawa się szykuje, spełniamy nasze wspólne marzenie! Domyślacie się o co chodzi? :> 

Nie było mnie tu dawno, bo dużo dzieje się w moim życiu. Mam mały misz masz i wow, jestem wszystkim podekscytowana! Mam nadzieję, że Wy też będziecie dzielić ze mną tą ekscytacje już za kilka miesięcy!


Zapraszam Was do lajkowania tego fanpejdża > WATTPAD POLSKA
Ta strona pomoże Wam w reklamach Waszych fanficów, a także odszukania newsów i wiadomości ze świata Wattpada. Polecajcie znajomym. :)