środa, 31 grudnia 2014

Szczęśliwego Nowego Roku!

Moi Drodzy...
Chciałabym Wam życzyć wszystkiego co najlepsze w nadchodzącym nowym roku. Uczniom - świetnych wyników na egzaminach gimnazjalnych oraz maturalnych. Studentom - zdanych sesji. Poza tym, życzę Wam mnóstwa szczęścia w życiu. Uśmiechu na twarzach, małej ilości problemów (one zawsze muszą być, bo przecież życie byłoby nudne!). Mam nadzieję, że nowy rok przyniesie Wam wiele sukcesów, zarówno tych w edukacji, pracy, jak i w życiu rodzinnym czy towarzyskim. Spełniajcie swoje marzenia, byle nie wszystkie, bo marzenia są fajne! Warto jest marzyć i warto spełniać marzenia. Pamiętajcie, aby dążyć do określonych celów i pokonywać przeszkody stojące na drodze. Bez ciężkiej pracy nie ma osiągnięć. Życzę Wam także dużo wsparcia ze strony przyjaciół i rodziny w różnych sprawach, mnóstwa ciepła i miłości. Aby każdy z Was odnalazł sobie drugą połówkę i był po prostu szczęśliwy. Nie zmieniajcie się w nowym roku, pokochajcie siebie takimi jakimi jesteście.
Wystrzałowej imprezy sylwestrowej, nie zalejcie się w trupa, żeby mieć dobre wspomnienia. :)
Z mojej strony to tyle, co do większych informacji. W nowym roku będę dużo pracować nad wszystkim. Mogę Wam powiedzieć, że niosę dobre wieści. Jako mały spoiler dodam, że będę Waszą pomocną dłonią, jeśli chodzi o nowych pisarzy amatorów na Wattpad, więcej zdradzić nie mogę. Co więcej.. dostąpiłam pewnego zaszczytu od pewnej grupy pisarzy, ale o tym także w styczniu. :) Będę potrzebowała Waszego wsparcia w jednej sprawie, a być może nam się uda.
Jeżeli ktoś jest ciekaw moich postanowień noworocznych, nie będę zbytnio oryginalna.
Zamierzam pracować nad swoim ciałem, stać się bardziej otwarta na Was, pracować więcej nad Cieniem - wersją książkową i być bardziej pozytywnie nastawiona do życia. :)
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło! Miłej zabawy!
Peps.

ps. Dzisiaj na facebookowym fanpejdżu spoilerrrrrrr :)
I na tt też dodam.

środa, 24 grudnia 2014

Rozdział 18

muzyka: klik / klik

Podeszłam do drzwi, a później umieściłam w nich klucz, przekręcając go. Usłyszałam cichy trzask, co oznaczało, że zamek zadziałał i teraz byłam zamknięta w pokoju. Sprawdziłam również, czy nikt nie kręci się po podwórku. Cisza, żadnego sąsiada na ulicy. Zaklęłam. Nie zawołam pomocy, bo nikt mnie nie usłyszy. Ba, zapewne żaden z bogatych sąsiadów mieszkających obok Cassie nie pofatygował się nawet, gdyby działa się komuś w pobliżu krzywda. Dlatego nie lubiłam ludzi z dużą ilością forsy. Dbali tylko o siebie i swój własny tyłek.
Wróciłam do drzwi, przybliżyłam swoją twarz do drewna i nasłuchiwałam. Serce biło mi niczym oszalałe. Jeżeli ten psychopata był w moim domu, byłam na straconej pozycji.
On znowu się roześmiał. Głośno, jak po usłyszanym dowcipie, gdzie ze śmiechu aż boli brzuch.
- Ułatwiasz mi zadanie - mruknął.
Poczułam wilgoć pod stopami. Zerknęłam w dół, a spod drzwi wylewał się bezbarwny płyn, którego zapach był niezwykle intensywny, a przede wszystkim dobrze mi znany. Dla pewności przykucnęłam i dotknęłam palcem substancji. Tak, miałam rację, a mój zmysł węchu mnie nie zawiódł. Domniemany Cień zamierzał oblać dom benzyną, a następnie podpalić. Szybko zareagowałam i wyciągnęłam klucz, ciągnąc za drzwi. On był silniejszy. Z łatwością ponownie je zamknął za pomocą drugiego klucza, od swojej strony. Zostawił go w zamku, abym nie miała możliwości otwarcia drzwi. Mogłam je tylko wyważyć, ale brakowało mi sił. Zagonił mnie do ślepego zaułku, jak kot zagania mysz.
- Wypuść mnie - krzyknęłam, uderzając w drzwi płaską dłonią - Wypuść!
- Nie oszukasz przeznaczenia, Caitlin - warknął.
Odsunęłam się od wejścia. Ogień przebiegł po zwilżonej podłodze przez dolną wnękę drzwi, po których zdążył już się wspiąć. Nie zdążyłam mrugnąć, a niemal cały pokój mienił się kolorami czerwieni oraz żółci. Płomienie obejmowały panele, ściany, meble, dosłownie wszystko. Pokój tracił swoje piękno; perfekcyjnie pomalowane ściany zmieniały swój kolor z błękitu na czerń. Drewniana szafa paliła się doskonale, w szybkim tempie. Nad moją głową unosił się dym, który osłabiał mój organizm. Dusiłam się, kaszlałam i brakło mi tchu. Bałam się ruszyć. Strach, który zdominował moje ciało, zabraniał mi opuścić aktualne miejsce pobytu. Gdybym nieświadomie znalazła się blisko ognia, mogłabym zginąć. Moje stopy wciąż pokrywała łatwopalna substancja. Nie zamierzałam ryzykować swojego życia, ale nie byłam w stanie stać i czekać, aż ogień sam przyjdzie do mnie.
Drżącymi dłońmi chwyciłam komórkę i wystukałam palcami numer alarmowy. Podałam swoje dane, a także adres. Błagałam o szybki przyjazd kobietę pracującą na centrali, która zachowywała zimną krew podczas rozmowy ze mną. Zastanawiające jest, czy ci ludzie nie mają serca, czy może są przyzwyczajeni? Kobieta swym ciepłym i opanowanym głosem starała się mnie uspokoić, ale jej wysiłek szedł na marne. Wydzierałam się do telefonu licząc, że w ten sposób przyśpieszę działania służby. Mając dość wysłuchiwania jej próśb o głębokie wdechy, rozłączyłam się, a następnie wybrałam numer Michaela.
- Za dziesięć minut będę - oznajmił.
- Ratuj! - wydarłam się.
- Caitlin? Caitlin, co się dzieje? - zaniepokojony moim wezwaniem Michael próbował się ze mną porozumieć, ale w tym momencie kawał drewna mieszczący się wcześniej na suficie, runął na podłogę.
- Pomóż mi, Michael... pomóż... - wyszlochałam.
Telefon wypadł z moich rąk. Robiło się gorąco. Kłębiący się w zamkniętym pokoju dym ograniczał moje pole widzenia do minimum. Szukałam pomysły, który pozwoliłby mi przedostać się do drzwi. Możliwe, że przy pomocy adrenaliny udałoby mi się wyważyć ten kawał drewna, który przestał być masywnym. Ogień osłabił materiał, a połowę na pewno spalił. Uznałam to za szansę na ucieczkę.
Zerwałam zasłonę, wiszącą tuż obok. Podarłam tkaninę, po czym obwinęłam nią bose stopy. Wiedziałam, że ten plan nie należał do najlepszych, ale gdyby zasłona się zapaliła, mogłabym ją zdjąć. Tak przynajmniej sądziłam. Ruszyłam ostrożnie w kierunku drzwi z nadzieją, że tym razem uda mi się wydostać z tego piekła.
Byłam w połowie drogi, gdy kolejna belka spadła z sufitu na ziemię. Uderzyła w moją prawą nogę, przygniatając całe moje ciało do podłogi. Załkałam, kiedy przeszył mnie silny ból. Zraniłam się, dosyć poważnie. Gdy odwróciłam głowę, zobaczyłam wypływającą krew z mojej łydki. Chciałam się ruszyć, ale ciężki drąg leżał na mojej nodze, a mi zbrakło sił, aby go przesunąć. Zdana byłam na łaskę losu, a kiedy to zrozumiałam, dotarło do mnie również, że mogę pogodzić się ze swoją porażką, a także śmiercią, bo akurat los nie stał po mojej stronie.
Przyłożyłam dłoń do ust podczas kolejnego napadu kaszlu. Poddawałam się. Ogień otulał mnie z każdej strony. Moje powieki powolnie opadały. Przestałam modlić się o ratunek. Michael nie będzie ryzykował swojego życia dla mnie. Mógł otworzyć drzwi i wejść do środka, ale pod znakiem zapytania było nasze wspólne wyjście. Zostałam sama, godząc się na śmierć.
Głośny huk sprawił, że uniosłam powieki. Popatrzyłam na drzwi, które w ciągu dwóch sekund znalazły się na podłodze, przygaszając niewielki fragment pożaru. Później ujrzałam masywne obuwie. Szczupłe nogi sunęły po spalonym drewnie. Ciemne kolory biegały przed moimi oczami. Po wytężeniu wzroku dostrzegłam, że nieznajoma postać macha kurtką w celu wytworzenia przejścia. Przedostał się do mnie. Nie widziałam jego twarzy. Przez cierpienie, nie byłam w stanie odwrócić się, żeby spojrzeć na mojego wybawcę, którym na pewno był Michael. Clifford skupił się na kłodzie, która powstrzymała mnie przed ucieczką. Z ogromnym wysiłkiem uniósł belkę, a ja wysunęłam zakrwawioną nogę. Jęczałam, czując o wiele większy ból niż wcześniej. Ściskałam dłońmi skórę, chcąc zatamować krwawienie. Czerwone plamy pokrywały moje palce zarówno jak i dół mego ciała. Nie potrafiłam skupić się na jednej rzeczy. Dusiłam się, a jednocześnie wykrwawiałam.
Michael przedarł materiał swojej koszulki, a potem obwiązał nim moją ranę. Syknęłam, kiedy docisnął płótno do mojej skóry. Wypuściłam z ulgą powietrze widząc, że jeden problem mamy z głowy. Przyszedł czas, aby zabrać się za resztę kłopotów.
Chłopak podał mi rękę, ale ona nie przypominała ręki Michael'a. Zdobiły ją liczne tatuaże. Zmarszczyłam brwi. Coś tutaj nie grało. Sądziłam, że moim bohaterem jest Michael, ale on nie posiadał tatuaży. Odrzuciłam myśl o zrobieniu jakiejkolwiek dziary w ostatnich dniach, bo na lekko opalonej skórze nie znajdował się jeden tatuaż, a co najmniej dwadzieścia. Mimo wszystko uznałam, że warto jest mu zaufać. Chciałam wydostać się z domu Cassie, a jeśli ten człowiek miał mi pomóc - podejmowałam się ryzyka. Nie miałam nic do stracenia. Mogłam zginąć tu lub z jego rąk. Bez różnicy.
Uścisnęłam dłoń nieznajomego, a kiedy pociągnął mnie do góry. Wtedy nareszcie dane mi było spotkać jego wzrok. Piwne oczy, w które patrzyłam niczym zahipnotyzowana przypominały jego oczy. Włosy dłuższe, ale nadal kręcone, które podnosiła przepasająca czoło bandana. Zaróżowione usta, które kilka razy zetknęły się z moimi przynosząc rozkosz i ukojenie. Śniłam. Miałam omamy, bo to nie było możliwe. To nie mogło być możliwe.
- Trzymaj się - zadrżałam słysząc jego zachrypiały silny głos.
Blondyn umieścił swoją prawą rękę pod moimi kolanami, a lewą zaś na plecach i czym prędzej uniósł moje ciało. Podążył do wyjścia, omijając zwinnie przeszkody. Z trudnością łapał oddech. Powietrze było zanieczyszczone. Mimo osłabienia, ściskał mnie mocno. Nie wypuściłby mnie ze swoich ramion za żadne skarby. Stawiał nieśmiałe kroki na schodach, bo te stopiły się w niektórych miejscach. Udało nam się jednak zejść na dół i zniknąć z płonącego domu.
Sygnał alarmowy zagłuszał spokój w sąsiednich willach. Straż pożarna zbliżała się do posiadłości Cassie. W przeciągu kilku sekund mój bohater teleportował nas pod drzwi auta, przy których stał nikt inny, jak Michael. Gdy poczułam grunt pod nogami, oparłam się o samochód i odsunęłam się od chłopaków. Uniosłam swój wzrok, żeby upewnić się, że to co widziałam było jawą, rzeczywistością. Faktycznie, było.
- To.. niemożliwe... - wymamrotałam, wpatrując się w nową wersję człowieka, którego wcześniej uznawałam za martwego - Ashton...
Zachłysnęłam się powietrzem. W mojej głowie zaczęło szumieć, a przed oczami widziałam ciemne plamy. Osunęłam się na ziemię.
Zemdlałam.


Koniec Działu I - Oddech.
________________________________________________


Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak ogromną czuję satysfakcję z gry jaką mogłam sobie poprowadzić. Niektórzy nie wierzyli, ale byli tacy, którzy uwierzyli, kiedy dawałam do zrozumienia w rozdziałach i w odpowiedziach na pytania, że Ashton nie żyje. Starałam się Was zwodzić i.. no cóż, musicie mi przyznać, że w jakiejś 1/3 mi się udało.
Anyway, dawałam też wskazówki, że żyje. Piosenką Tomorrow Never Dies, moją ikonką z Ashtonem w tatuażach na twitterze, było tego jeszcze więcej, ale już nie pamiętam. :D Tweetowałam posty typu "Alive". Próbowałam wszędzie wepchać jakiegoś "hinta". Było śmiesznie.
Ale były też momenty, gdzie chciałam, żeby Ash nie żył naprawdę. W przypadku postów typu "Ash musi żyć, bo inaczej Pułapka nie miałaby sensu." Zaplanowałam już na samym początku, że Cień będzie żył i żaden post tego nie zmienił, ale przy tych wahałam się, czy faktycznie go nie zabić, bo chciałam udowodnić, że nawet bez Ashtona to wszystko miałoby sens. Bo miałoby. Ale w ostateczności sprowokować się nie dałam.
Anyway.
Gratuluję tym, którzy do końca brnęli w zaparte, że Ash żyje. Teraz czekajcie na wyjaśnienia.

A ja życzę Wam Wesołych Świąt, spędzonych w gronie rodzinnym. Dużo ciepła, magii świąt, spokoju, mnóstwa prezentów i czego tylko pragniecie. Mam nadzieję, że wszystko u Was w porządku! :) Nie jestem dobra w składaniu życzeń, haha!

Następna notka będzie 31 grudnia, ale nie będzie rozdziału. Będzie parę słów ode mnie, do Was.


JEŚLI UWAŻASZ, ŻE CIEŃ ZASŁUGUJE NA MIANO BLOGA ROKU KLIKNIJ <TUTAJ> I ZAGŁOSUJ W ANKIECIE. Z GÓRY DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKIE GŁOSY I SKROMNIE STWIERDZAM ŻE WY - CZYTELNICY ROZWALACIE SYSTEM.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Rozdział 17


muzyczka: klik

Obracałam w dłoni szklankę, siedząc na krześle tuż przy barze. Przyglądałam się swojemu niewyraźnemu odbiciu, zastanawiając się nad sensem ostatnich wydarzeń. Kto podpalił samochód Willa? Czym się kierował? W pomieszczeniu było ciemno, nie zapalałam świateł, gdyż naiwnie liczyłam, że ciemność pomoże mi się skupić. Nie rozwiązałam zagadki, nie doszukałam się wskazówek. W zamian za to, straciłam tylko czas, co robiłam już od dawna.
- Mój drogi Boże! - usłyszałam przerażony i zaskoczony głos ciotki, której chwilę później klucze od baru wypadły z rąk. Uderzyły o posadzkę, wydając dźwięk brzęczenia, podobny do obijanych o siebie małych dzwoneczków
- Ciebie też miło widzieć, ciociu - mruknęłam pod nosem nie odwracając się. Pozostałam w tej samej pozycji. Zgarbiona, oparta o blat stołu. Zmieniłam wyjątkowo punkt widzenia i patrzyłam teraz na szklankę, jak na zwykłe szkło. Tak, jakbym tylko się zamyśliła, bądź podziwiała naczynie bez zbędnej analizy.
- Caitlin, co tutaj robisz? - spytała chcąc wyjść na zdziwioną, jednak nie zdołała ukryć swojego strachu. Nie byłam tym zdziwiona. Sama wystraszyłabym się, gdybym wróciła do domu o piątej rano, a w salonie znalazłabym na przykład Cassie - czytającą lub piszącą coś na kartce. To byłoby czymś zupełnie nie podobnym do mojej przyjaciółki. Ciotka musiała mieć więc identyczne odczucia. Około trzeciej w nocy przyjechałam do zamkniętego pubu, aby wypić połowę butelki whisky, a następnie gapić się w szklankę i nie robić nic poza dogłębnym myśleniem. Nie poznawała mnie, ale mogłam ją pocieszyć tym, że nie była sama. Ja również nie wiedziałam co się ze mną dzieje.
- Zapomniałam o oddaniu ci kluczy do lokalu - napomknęłam, unosząc rękę. Na palcu prawej dłoni zawiesiłam plik kluczyków: od furtki, głównego wejścia, schowka, piwnicy, łazienki i biura. Uśmiechnęłam się krzywo, ale rudowłosa oglądała moje plecy zamiast twarzy. Niczego nie dostrzegła.
- Wszystko w porządku?
- Nie - odpowiedziałam krótko i zwięźle. Nie przyjechałam tu na pogawędkę, ani na wysłuchiwanie kazań. Wpadłam się napić, poszukać weny i tyle. Gdybym miała opowiadać ciotce o tym, jak aktualnie się miewam, sądzę, że następnym krokiem byłoby zawiezienie tej biednej kobiety do szpitala. Gdy Ashton umarł, a policja przyszła do baru w celu zadania mi kilku pytań, powiedziałam ciotce, że zostałam porwana, a Cień uratował mi życie. Nie skłamałam, ale nie wyznałam także całej prawdy. W moim umyśle ten pomysł nie istniał, zarówno wtedy, jak i teraz. - Ale dam sobie radę.
- Wiem o tym - jej głos stał się nagle łagodny i pełen spokoju - Zawsze sobie radziłaś, nawet w najgorszych momentach.. - kobieta podeszła bliżej - Czy jest coś, co mogłabym dla ciebie zrobić?
Nie jesteś w stanie zrobić niczego, abym poczuła się lepiej. To zdanie pojawiło się w moich myślach, wypowiedziane smutnym tonem. Eleanor była niezaprzeczalnie jedną z niewielu wspaniałych osób, które urodziły się na tym świecie, ale niestety nie była super bohaterką, która mogłaby pstryknąć palcem i sprawić, że problemy rozpłynęłyby się w powietrzu. Jej porada musiała wynikać ze znajomości tematu, a ja nie potrafiłam usiąść swobodnie przy herbacie i opowiedzieć od początku o tym, co wydarzyło się rok temu. Nie chciałam jej mówić o Ashtonie, o jego szantażach, porwaniu mnie, zabójstwach, o których mówił. Chwalenie się tym, że w jakiś sposób pocałował mnie, a ja nawet nie ukrywałam, że czułam się wtedy dobrze kopałoby mój grób. Całowałam się z przestępcą, między nami zniknęła pewna bariera, polubiłam go. W mojej głowie te wypowiedzi brzmiały wystarczająco beznadziejnie. Jedyną rzeczą, którą mogłam jej wyznać był mój pół związek z Willem. Pół, bo przecież określenie naszej relacji wciąż wymagało spotkania i szczerej rozmowy, a tego jeszcze nie zdążyliśmy wykonać.
- Will, um... - zaczęłam.
- Oh, dziecinko - rudowłosa westchnęła, a później przysiadła się do mnie - Nie on pierwszy i nie ostatni.
- Tak, ale wcześniej myślałam, że to on jest tym, który zostanie ze mną bez względu na to, czy jest dobrze czy źle.
- Serce czasem płata figle - Eleanor pogładziła moją dłoń - Przyjdzie czas, kiedy ktoś wejdzie do twojego życia i pokaże ci dlaczego inne twoje związki nie miały szans.
- Wydaje mi się, że już ktoś to zrobił.
Zacisnęłam usta, tworząc z warg cienką linię. Modliłam się, żeby ciotka wpadła w zamyślenie, a moje słowa przemknęły obok jej uszu. Nie starczyłoby mi sił na opowieść o Ashtonie, nawet w roli tajemniczego wielbiciela, czy sekretnego kochanka.
- A więc? Daj temu uczuciu szansę - rzuciła tak prosto i trywialnie.
- Nie mogę - szepnęłam.
- Czemu?
- Bo ono nie ma szans stania się rzeczywistością... - mruknęłam, myśląc o człowieku, który już nigdy nie stanie przed moimi oczami - Zmieńmy temat - pokręciłam głową, żeby wymazać obraz Ashtona ze swojej głowy - Jakieś wieści o George'u?
- Chce szybko wrócić do pracy, ale lekarze mu zabraniają - oznajmiła jakby znużona jego brakiem cierpliwości, jednak po chwili posmutniała - Tak mi przykro, że stała mu się krzywda przed moim barem.
- Zaraz... - ciotka zwróciła moją uwagę - Pobili go tutaj? W dzień morderstwa dziewczyny z mojej firmy, tak? - dopytywałam dla pewności.
Eleanor pokiwała twierdząco głową.
- Później zjawił się Will i badał sprawę... - kontynuowała.
- Will wiedział o pobiciu?! - wstałam miejsca zaskoczona słowami kobiety. Mój chłopak nic nie wspominał o wcześniejszym pobycie w barze. - Cholera...
Zaklęłam, gdy mnie olśniło. Zerwałam się z miejsca, po czym wybiegłam z budynku w poszukiwaniu mojego auta, nie zwracając uwagi na krzyki ciotki.
~*~
Odkąd zjawiłam się na komisariacie w ramach osoby przesłuchiwanej, nie potrafiłam spędzać czasu sama ze sobą. Moje myśli gnały w szalonym tempie, niszcząc mnie jako człowieka. Nie chciałam dłużej zadręczać się pytaniami, a także analizą odpowiedzi, które dostałam. Wolałam odpocząć, ale w towarzystwie. Z tego powodu, od trzech dni zamieszkiwałam u Cassie.
A ona zachowywała się gorzej niż moja ciotka.
- Potrzebujesz czegoś? Lody? Jakiś fastfood? Może czekoladki? - dopytywała, irytując mnie bardziej niż nigdy dotąd.
- Mówię ci po raz szósty, że wszystko ze mną w porządku - odparłam, siląc się na uśmiech.
- Caitlin - brunetka podeszła do mnie i objęła mnie ramieniem - Zamieszkałaś u mnie, a teraz twierdzisz, że twój chłopak pobił twojego kolegę, nic nie jest w porządku - stwierdziła.
- Dobra, jestem trochę zagubiona, zadowolona? - wywróciłam oczami - Szukam powodu dla którego Will mógłby to zrobić. Co, jeśli oszalał i to on jest Cieniem numer dwa? W dodatku Michael ma dzisiaj przyjechać i zabrać mnie na prawdziwy grób Ashtona. Calum powiedział, że jak tak bardzo im nie wierzę mogę go odkopać, ale wątpi, że Ash byłby szczęśliwy.
- No cóż, ja bym nie była.
- Ja także, dlatego chciałam zapobiec rozkopywaniu grobu na cmentarzu - wyjaśniłam - Ale cały wysiłek poszedł na marne, a zresztą i tak go tam nie było - wzruszyłam ramionami - Nieważne. Spójrz, George zostaje pobity, Will zjawia się chwilę później na miejscu. Możliwe, że go pobił, bo jakoś wszedł mu w drogę, a potem wrócił, żeby zatrzeć ślady. Przecież powiedziałby mi, że tam był, a tego nie zrobił.
- Proponuję czekoladki - powróciła do poprzedniego tematu - I dobre wino, najlepiej czerwone.
Westchnęłam, chowając twarz w dłonie.
- Will wysadziłby swoje auto sam? - zapytała spoglądając na mnie z politowaniem. Zamilkłam, ponieważ nie umiałam uzasadnić tego zdarzenia tak samo, jak nie potrafiłam znaleźć powodu dla którego Will mógłby chcieć mnie krzywdzić. - Odpocznij, Cait - poradziła przyjaciółka - Od tego wszystkiego nie myślisz logicznie. Dziś jest ciężki dzień, przygotuj się, a ja zajmę się resztą, w porządku?
Zgodziłam się. Nie miałam wyjścia. Cassie postanowiła; wiedziała, że teraz najbardziej jej potrzebuję, bez znaczenia, w jakiej formie. Mętlik w mojej głowie musiał zniknąć, zanim kompletnie bym zwariowała. Ale ciężko mi było odrzucić myśl, że mój chłopak nie maczał palców w pobiciu George'a. Bo jeżeli tak było, to znaczyło, że George podpadł, a już na pewno nie bez przyczyny. A tą przyczyną prawdopodobnie była sprawa Cienia.
Cassie ucałowała moje czoło zawiadamiając cicho, że za niedługo powinna wrócić. Ja w tym czasie zamierzałam się przebrać, aby Michael nie czekał na mnie, kiedy przyjdzie. Zdecydowałam, że opowiem mu o swoich podejrzeniach, ponieważ zawsze na nim polegałam. Nie wyśmieje mnie, a przede wszystkim nie pozostanie obojętny. Sprawdzi czy moje podejrzenia są słuszne, czego potrzebuję.
Tak, wypuścili ich. Policja nie posiadała żadnych dowodów na dokonanie jakiegoś nowego przestępstwa. Areszt byłby zbędny, bo chłopcy nie powiedzieliby, gdzie ukryli ciało Ashtona. On znaczył dla nich więcej, niż dwadzieścia cztery godziny za kratkami. Poświęciliby się, gdyby istniała taka potrzebna. Jednak komisarz miał świadomość, że może jedynie dyskutować i rzucać groźbami. Nie doprowadziliby go do zmarłego przyjaciela, znał tą solidarność. Policję traktowali jak największych wrogów. Nie ufali nikomu, a w szczególności Willowi.
Właściwie, sprawili, że ja również przestałam mu ufać. Stałam się dociekliwa i podejrzliwa wobec własnego chłopaka, ale coś po prostu tutaj nie grało. Wiedziałam już, co przede mną ukrywał. Nie chciał mi powiedzieć o pustym grobie od razu, bo szukał wskazówek. Ale coś nie pozwalało mi myśleć, że to był jego jedyny sekret. Zdawało mi się, że miał ich o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać. Dlatego chcę mieć go na oku. To wydaje się głupie, że mój procent zaufania do własnego chłopaka jest niski, ale muszę przyznać, że nauczyłam się jednej ważnej rzeczy od Ashtona.
Nie wszyscy wokół ciebie, są twoimi przyjaciółmi.
Niektóre z wypowiedzianych przez niego słów pamiętam tak dobrze, jak swój numer telefonu. Zabawne, że w niektórych sytuacjach wydają się one prawdziwe i użyteczne.
Wybrałam numer Michaela, Ze słuchawką przy uchu podążyłam do przestronnego pokoju Cassie, którego wnętrze znów zostało zmienione przez ów właścicielkę. Dziewczyna udekorowała pomieszczenie według nowej, nieco ostrzejszej wizji. Ściany oblepiła plakatami, co przypominało mi o starym mieszkaniu Ashtona. Poznawałam osoby ze zdjęć. Cassie nie słuchała tych zespołów, byłam tego pewna. Ten wystrój przygotowała dla Luke'a, aby mu zaimponować. Prawdopodobnie nawet przejrzała wikipedię, żeby mieć małe pojęcie o tym, co zdobi jej ściany. Szaleństwo. Pomimo mojej całej sympatii do młodego Hemmingsa, której może nie okazywałam, ale gwarantuję - ona w minimalnym stopniu istniała, nie śmiałabym twierdzić, że jest on wiernym kochającym chłopakiem. On i Cassie zdecydowanie nie pasowali do siebie, ale nikt nie umiał powiedzieć tego na głos.
Porozwieszane lampki nad łóżkiem dodawały klimatu, jednak kontrastowały z wydrukami rockowych zespołów. Cassie starała się połączyć swój świat ze światem Luke'a, ale zamiast harmonii, w pokoju uzyskała tylko chaos i zakłócenia. Ona zaś tego nie widziała, bo była wystarczająco zadurzona w Luke'u, aby móc przestać myśleć racjonalnie. Tak właśnie działała miłość - jak choroba, a Cassie była chodzącym dowodem na moje stwierdzenie.
Pognałam do pokoju, w celu wyboru ubrań. Nie zamierzałam stroić się niczym na pokaz mody czy inny ważny bądź jak kto woli - mniej ważny jubileusz. To był ostatni dzień w którym konfrontowałam się z Ashtonem (co prawda martwym, ale to nadal wyglądało na pewnego sensu spotkanie). Piżama nie była najlepszym strojem na miejsce, gdzie został ktoś pogrzebany. Zamknęłam się w pokoju, po czym zaczęłam grzebać w szafie.
- Hej, Cait, jestem w drodze - po drugiej stronie usłyszałam ciężki głos Clifforda.
- Nie musisz się śpieszyć, jestem w lekkim... nieładzie - podsumowałam swój wygląd - Długo będziemy jechać na ten cmentarz?
- Właściwie, nie będziemy nigdzie jechać - wyjaśnił krótko, co wprowadziło mnie w osłupienie.
- Co? Czemu? - dopytywałam.
- Po prostu czekaj na mnie w domu, dobrze? - oznajmił chcąc zabrzmieć spokojnie, jednak słyszałam jak jego głos drży.
Rozłączył się.
Zmarszczyłam brwi, oglądając jak numer Michaela znika z ekranu mojego telefonu. Patrzyłam na komórkę pytająco, jakby ona miała mi pomóc w rozszyfrowaniu przyjaciela Ashtona.
Ściągnęłam z wieszaka zwiewny, o rozmiar za duży biały t-shirt. Zabrałam z półki dżinsy, a później wygrzebałam z końca szafy Cassie starą znoszoną skórzaną kurtkę, którą kiedyś lubiłam pożyczać. Idąc ścieżką porozrzucanych po podłodze ubrań, dotarłam do łazienki, której wejście było w pokoju i zamknęłam się tam, przebierając.
Spojrzałam w lustro, oglądając dokładnie swoją twarz. Dopiero teraz dostrzegłam podkrążone oczy, oraz długie zniszczone włosy. Wyglądałam beznadziejnie, jakbym nie zmrużyła oka od kilku dni. Faktycznie, nie mogłam spać, ale nie sądziłam, że można to zauważyć tylko na mnie spoglądając.
W moich uszach ponownie rozbrzmiał dźwięk telefonu. Byłam święcie przekonana, że to czekający pod domem Cassie Michael, który mówiąc "jestem w drodze" miał na myśli "jestem dwie ulice od celu". Odebrałam przychodzące połączenie.
- Nie jestem jeszcze gotowa - zaśmiałam się nerwowo do słuchawki - Musisz poczekać.
- Problem w tym, moja droga Caitlin, że nie mam czasu - zachrypiały głos odpowiedział na moje powitanie.
- Ty - syknęłam.
- Widzę, że się stęskniłaś.
- Nie do końca - starałam się zabrzmieć obojętnie.
- Szkoda, liczyłem na miłe pożegnanie.
Pożegnanie? O czym on mówi? pomyślałam, ale nie odważyłam się zapytać. Coś podpowiadało mi, że wolę zignorować ten komentarz.
- Tik... tak... tik... tak... - naśladował dźwięk ruchu wskazówek zegara, przypominając mi o wiadomości, którą kiedyś mi dał.
- Myślisz, że wystraszysz mnie tak, jak Cassie? - prychnęłam.
Około tygodnia temu Cassie otrzymała anonimową przesyłkę. Nie zawiadomiła mnie, gdyż jak stwierdziła "miałam gorsze problemy i jedna paczka w tą czy w tamtą znaczenia nie robi". Niestety, było zupełnie inaczej. Czarna róża zwiastująca śmierć przeraziła moją przyjaciółkę do tego stopnia, że przestała odbierać listy. Rozkazała listonoszowi wrzucać je przez płot do ogródka. W każdym razie żart tajemniczego prześladowcy przebiegł pomyślnie, bo Cassie zjadł strach.
- Nie chcę cię wystraszyć, Caitlin - zaśmiał się, jakbym powiedziała coś nadzwyczaj głupiego.
- Więc czego chcesz?
- Chcę cię zabić - wymruczał, a w jego głosie wyczułam podniecenie. Sycił się moim przerażeniem, tym dreszczykiem emocji, który wywoływał. Wydawało mi się, że adrenalina buzowała w jego ciele, kiedy tylko miał okazję mnie straszyć. Wiedziałam, że pragnął usłyszeć mój wrzask, a następnie błaganie o pomoc, kiedy piętro niżej któreś drzwi zamknęły się z hukiem.
____________________________________________________________________________


Bry! Jeszcze jeden rozdział i kończymy dział 1! Jak myślicie, świeczka dla Caitlin zgasła? A może to kolejna groźba rzucona na wiatr? Czyżby Michael wpadł do domu? Czy faktycznie prześladowca zdecydował się nareszcie uderzyć? Dowiecie się w następnym rozdziale Pułapki! Huhu, brzmi jak jakiś spot reklamowy.
Anyway, chyba nie mam dzisiaj nic do przekazania poza ruszeniem z Fill me in. Pierwszy rozdział w styczniu, na razie jest prolog. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Jest trochę w klimatach Cienia, ale luźniejsze. Dużo humoru, bohaterowie mają po części zbliżone charaktery.

Dziękuję za komentarze i przepraszam, że na nie nie odpisuję. Problem tkwi w tym, że mój laptop jest zepsuty i działa przez 5-10 minut lub na trybie awaryjnym pół godziny w tempie gorszym niż żółwi. Opowiadania piszę na służbowym lapie w pracy xD (taki ze mnie pracuś haha)

Następny rozdział w Wigilię! L o v e  y o u! :)
PP xx.

sobota, 6 grudnia 2014

Rozdział 16

Dużej wielkości pokój wyposażony jedynie w metalowy stolik oraz dwa krzesła umieszczone po obu stronach. Ściany w kolorze szarości, a przede mną jedna wielka szyba, przez którą osoby z zewnątrz mogły spokojnie oglądać wnętrze tego nieprzyjemnego pomieszczenia. Na jednym z krzeseł siedziałam ja, Caitlin Alicia Teasel. Świadek, podejrzana lub pokrzywdzona. Policja nie zdecydowała, które określenie jest najbardziej adekwatne. Ja zachowałam wobec tego obojętność. Byłam nazywana różnie, nosiłam nawet przydomek "wariatka", więc nazwanie mojej osoby "Trzy w jednym" nie zrobiłoby na mnie wrażenia. Tak w ogóle, to nic nie było w stanie wykrzesać z mojego ciała żadnego zaskoczenia po tym, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej.
Zaszklonymi oczami patrzyłam pusto w szybę, mając całkowitą świadomość, że tuż za nią znajduje się około pięciu funkcjonariuszy dogłębnie analizujących moje zachowanie. Na pewno stał tam również Will, jak i Theresa, której serce mało nie wyskoczyło z piersi na mój widok. Blada, pozbawiona wszelkich emocji, ze spuszczonym wzrokiem przemierzałam perfekcyjnie oświetlony korytarz, trzymana za ramię przez Willa. Blondynka wstała z fotela, otworzyła usta i zaczęła rzucać pytaniami, niczym liczbami do totka. Ale ja nie mogłam odpowiedzieć, nie potrafiłam. Ani ja, ani Will. Nie paliliśmy się do roztrząsania całej sprawy. Bez zbędnego postoju zostałam niezwłocznie przeprowadzona do pokoju przesłuchań. Tam siedziałam od samego początku, pogrążając się w rozpaczy.
Ogarnęła mnie cisza. Tylko ona powstrzymywała mnie przed wyeksponowaniem swojego gniewu. Zamknęłam się na świat, aby zamilknąć i nie ranić ludzi, na których mi zależy. Wystarczyłoby, że z moich ust wydostałoby się jedno słowo, a za nim poszłyby kolejne. Plułabym jadem na nieodpowiednie osoby, czego wolałam uniknąć. Zachowywałam się przerażająco, to fakt. Nie byłam skora do rozmowy, nie odwracałam wzroku. Zupełnie jak roślina, która pnie się ku górze, ale jej zmysły w ogóle się nie rozwijają. Niektórzy uważali, że odebrało mi mowę, ale to nie w tym tkwił problem, ponieważ w dalszym ciągu potrafiłam się komunikować. Ja po prostu nie miałam nic do powiedzenia, a w szczególności na głos, o sytuacji, której musiałam być częścią. Wystarczyło jedno krótkie spojrzenie w dół i wszystko było jasne. Pusta trumna, zero kości, brak ciała. Po raz kolejny zostałam oszukana. Ashton znów wbił nóż prosto w moje serce, ale tym razem zranił mnie sto razy mocniej, niż mogłoby się wydawać.
W drodze na komisariat analizowałam wszystko, jednak wysnucie wniosków i przyznanie się do swej własnej głupoty, a także naiwności nie przychodziło mi z łatwością. Szukałam odpowiedzi na proste pytanie "Dlaczego?", ale brakowało mi wskazówek. Nie potrafiłam tego zrozumieć. Nie obchodziło mnie, gdzie teraz Ashton się podziewał, co robił i jak się czuł. Tylko to pytanie błądziło po mojej głowie. Dlaczego mnie tak wykorzystał? Dlaczego zabawił się moimi uczuciami? Dlaczego ukartował coś tak okrutnego i skazał mnie na życie w męce? Dlaczego, dlaczego, dlaczego...
Aczkolwiek, gdy zajęłam miejsce przesłuchiwanej moje myśli odeszły. Żadne słowa do mnie nie trafiały; nie przemawiały; nie sprawiały, żebym była skora wykonać jakiś ruch, chociażby drgnięcie. Ugrzęzłam we własnym ciele, jakby w pokoju dźwiękoszczelnym. Mogłam krzyczeć, płakać czy nawet śmiać się, ale nikt tego nie słyszał tak, jak ja nie słyszałam nikogo. W mojej pamięci pozostała jedynie godzina, w której zerknęłam w dół, żeby sprawdzić, co znajduje się we wnętrzu trumny. Nie spodziewałam się, że nie zastanę tam dosłownie niczego.
Niemniej jednak byłam tykającą bombą, która nie współgrała z licznikiem. Wystarczyło mnie dotknąć, innymi słowy odpalić; a Ashton robił to w odpowiednim czasie. Idealnie trafiał w mój czuły punkt i wiedział, kiedy jest najlepsza okazja, aby to zrobić. Geniusz, można by rzec, ale ja preferowałam określenie "Drań", bo jaki dobry człowiek zainscenizowałby swoją śmierć? Kto normalny oszukałby swoich bliskich? Właśnie, bliscy.. zapewne jego przyjaciele maczali w tym palce. Ja nie byłam wystarczająco bliską osobą. Wierząc, że jestem kimś więcej oszukiwałam samą siebie. Ashton traktował mnie od początku do końca tak samo. Byłam nikim innym, jak pionkiem w jego grze. I tym razem nikt nie był w stanie mnie przekonać, że on kiedykolwiek pragnął tylko mojego dobra. W swojej głowie wykreowałam go na złego człowieka, w którym odnalazłam dobro. Niestety, wytwór mojej wyobraźni nie miał praw do wkroczenia w rzeczywistość. Pozostałam jego marionetką, na zawsze.
Drzwi otwarły się szósty raz z rzędu. Nie wiem, w jaki sposób przy tak ogromnej sprawie, udało mi się zainteresować błahostką, ale liczyłam wszystkie wejścia i wyjścia, jakby miało to jakiekolwiek znaczenie. Można powiedzieć, że zakotwiczyłam mój rozum, znalazłam w pewnym sensie ukojenie poprzez koncentrację na zwykłej bzdurze. Will usiadł na krześle, rozkładając na stoliku dokumenty. Nawet nie spojrzałam na kartki. Nie odrywałam wzroku od szyby, której widok w połowie zakłócił Brytyjczyk. Kątem oka widziałam niezadowolenie wymalowane na jego twarzy. Minęła godzina zanim zebrał się, aby tu wejść i mnie przesłuchać. Nie chciał tego robić, ale musiał. Zresztą przesłuchiwanie własnej dziewczyny nie należało chyba do ulubionych zajęć faceta. On jednak podjął się zamknięcia akt Ashtona Cienia Irwina. Nie spodziewał się takiego obrotu akcji. Cóż, nie on jeden.
Will wplótł palce w swoje włosy, potrząsając nimi lekko. Tym samym stworzył na swojej głowie nieład. Wdychał, a po chwili wypuszczał głośno powietrze, zastanawiając się, jak powinna wyglądać nasza dyskusja. Ból w jego błękitnych, jak ocean oczach nie dawał mi spokoju. Byłam na tyle załamana, że nie potrafiłam go wesprzeć i dodać otuchy, której bardzo potrzebował przy tej rozmowie. Gdybym tylko mogła, zabrałabym ten cholerny ciężar dźwigany przez niego, na swoje barki. Bo tu chodziło o mnie, nie o ludzi, których kocham.
- Gdzie po raz ostatni widziałaś Ashtona Irwina zwanego Cieniem? – pierwsze pytanie wyrecytowane prosto z kartki wyleciało z jego drżących ust.
Wychodziło na to, że zjawił się w moim domu dość niedawno, skoro wrócił do mnie wisiorek, ale przecież tego nie powiem, jeżeli nie mam stuprocentowej pewności. Nie pamiętałam, bo tego dnia postanowiłam urządzić sobie prywatną imprezę, aby własnie zapomnieć. Co za ironia losu, że akurat teraz ta informacja była przydatna.
Cisza. Moje milczenie. Zabrakło mi śliny w ustach, chęci oraz odwagi, aby powiedzieć chociaż zwykłe "Nie wiem" bądź "Przed jego domniemaną śmiercią". Nie udzieliłam odpowiedzi. Nie dałam żadnej oznaki, która sugerowałaby, że zamierzam w ogóle odpowiedzieć. Przełknęłam jedynie ślinę i kontynuowałam czynność, którą zajmowałam się od przybycia do tego pokoju, czyli podziwiania szyby.
- Czy Ashton Irwin próbował się skontaktować z tobą po swoim swingowanym pogrzebie? - zdenerwowany głos Willa znowu wdarł się do mojej głowy. Pot spływał z jego czoła, a dłonie trzęsły się niczym u człowieka chorego na parkinsona. Mój brak odpowiedzi potęgował jego zdenerwowanie, jednak nic nie mogłam poradzić. Nie zamierzałam dyskutować na ten temat. Nie tutaj, nie z nim dopóki trwała jego służba. Jego zadaniem było poradzić sobie ze mną, z każdym kaprysem i docinkiem czy tym cholernym milczeniem. Jako policjant wykonywał swoją robotę. A chwilowa amnezja dotycząca tego, co nas łączy musiała go dopaść, bo na tym polegała ta praca i zdawałam sobie z tego sprawę. Dlatego właśnie na czas przesłuchania oddaliliśmy się do siebie, nie ustalając niczego przedtem. To wyszło samo z siebie. Staliśmy się zupełnie obcymi ludźmi. On zadawał pytania, a ja teoretycznie udzielałam odpowiedzi. W rzeczywistości odpowiadałam zwyczajną ciszą.
Powtórzył pytanie.
Tak, mało nie zabił mnie w windzie, o ile był to w ogóle on - pomyślałam, jednak nie powiedziałam niczego głośno. Dwie godziny temu patrzyłam na pusty grób, a to mówiło samo za siebie. Na pewno starał się ze mną skontaktować, nie odpuściłby tak łatwo. Dzwonił, straszył, omal nie zabił, ale jeszcze nie stanął przede mną twarzą w twarz. Na język cisnąć się mogła odpowiedź "TAK", ale nie zgadzałam się, aby Will ją usłyszał. Choćbym nienawidziła Ashtona najbardziej na świecie, brakowało mi tej stuprocentowej pewności.
Westchnęłam.
- Caitlin, wiem, że wiele przeszłaś... - Will próbował ze mną negocjować. Swoimi słowami zwrócił moją uwagę, ale w nieodpowiedni sposób.
- Gówno wiesz - prychnęłam, przerywając chłopakowi - Sześć miesięcy, zdajesz sobie sprawę, jak długi to okres czasu? Opłakiwałam go sześć miesięcy, a w nagrodę ujrzałam pustą trumnę. - odpowiedziałam - Czułeś wstyd, rozczarowanie, poniżenie i złość jednocześnie? Nie? Więc nie mów mi, że cokolwiek o tym wiesz. I pieprzę te wasze cholerne przesłuchania, które i tak nie pomogą wam znaleźć Ashtona. Robiliście to przez trzy lata i nigdy nie udało się go złapać. Ale cóż, liczą się starania nieprawdaż? O ile jakieś były. - skwitowałam całą pracę australijskiej policji.
Wstałam od stołu i podeszłam do drzwi. Pociągnęłam za klamkę, a później własnowolnie opuściłam pokój posyłając pogardliwe spojrzenia reszcie komisarzy, którzy obrzucili mnie spojrzeniem tuż po wyjściu. Przysłuchiwali się mojej rozmowie z Willem, także nie musiałam niczego powtarzać. Pokierowałam się na korytarz, a tam zastałam nikogo innego jak przyjaciół samego Ashtona.
Wywróciłam oczami widząc zmartwienie na ich twarzach. Wciąż silili się na grę aktorską, ale finał nadszedł, a farsa dobiegła końca. Musieli się z tym pogodzić. Nie miałam wyrzutów sumienia. Czułam rozpierającą mnie dumę. W jakiś sposób utarłam im nosa, wydałam ich policji, na co zasłużyli. Oni również traktowali mnie jak zabawkę, która nie posiada uczuć. Mylili się. 
Zamierzałam wyminąć całą trójkę, ale w ostatniej chwili Luke złapał mnie za rękę, powstrzymując przed odejściem.
- Pozwól mi wyjaśnić - mruknął, ale ja nie zamierzałam w ogóle słuchać.
- Mam nadzieję, że was zamkną, najlepiej w wariatkowie - syknęłam, wyswobadzając się z uścisku.
- Caitlin, Ashton nie żyje - odezwał się Michael. 
- Tobie ufałam najbardziej, jak mogłeś? - spytałam z wyrzutem.
- Pochowaliśmy go gdzieś indziej - warknął Calum siedzący na ławce. Nie raczył zaszczyć mnie swoim znaczącym wzrokiem. Oparł łokcie na kolanach i przeglądał tablicę ogłoszeń wiszącą naprzeciwko, a raczej po prostu gapił się na nią. Wątpię, że coś takiego mogło go zainteresować nawet w malutkim stopniu. Wydawało się, że zachowywał spokój, jednak wewnątrz na pewno wrzał. Wizyta na komisariacie była ostatnią z listy pilnych spraw do załatwienia. - Dzięki za wsypanie nas psom, tak na marginesie. - dodał.
- Co? - pisnęłam.
- Wiedzieliśmy, że prędzej czy później ktoś znajdzie powód do otwarcia trumny. Kogoś takiego jak Cienia muszą sprawdzać - wyjaśnił Luke - Nie zamierzaliśmy pozwolić im na szperanie w kościach bliskiej nam osoby. Wraz z jego szczątkami zakopaliśmy kilka ważnych dokumentów tak, jak sobie życzył.
- Przecież policja dała wam gwarancję spokojnego pochówku - odparłam, nie wierząc w brednie, które wygadywał Hemmings.
- Bardzo spokojnego - fuknął Calum - Na jeden dzień, a potem otworzyli jego kartotekę na nowo.
- Jaką mam pewność, że to nie kolejne wasze kłamstwo, hm? - spytałam, zaciskając dłonie w pięści.
W tym samym czasie Calum wstał z miejsca i podszedł do mnie. Zmierzył mnie wzrokiem. Jego tęczówki pociemniały. Po moim ciele przeszły dreszcze. Myślałam, że za moment wybuchnie i nic nie powstrzyma jego gniewu. Patrzył na mnie z wyższością,  urażony moimi słowami. Niewiarygodne, że brak mojego zaufania do trójki chłopaków tak uderzył w Hooda, który zazwyczaj miał w poważaniu wszystko, co dotyczyło mnie oraz mojego życia.
- Możesz wierzyć nam lub temu frajerowi, z którym jesteś. Ale nie zapominaj, kto zawsze ratował ci dupę, Teasel - powiedział tak oschle, jak tylko był w stanie.
- Hej - usłyszałam za plecami głos Willa - Odsuń się od niej! - rzucił, zbliżając się do mnie.
- Próbujesz mi grozić? - zapytał Calum, unosząc brew. Prośba Willa nie zrobiła na nim wrażenia, a nawet wymalowała uśmiech na jego twarzy. 
Will przysunął mnie do siebie. Uderzyłam plecami o klatkę piersiową blondyna, który natychmiastowo oplótł mnie ramionami, pozbawiając swobody ruchu. Czasami odgrywał zbyt opiekuńczego partnera, jak na przykład teraz.
- Jeszcze nie - odparł pewnie - Mało ci wrażeń, gnojku? Na przesłuchaniu załatwię ci więcej, gwarantuję.
- Jak mnie nazwałeś ty zapchlony kundlu?! - wrzasnął Calum, rzucając się w przód, prosto na Willa.
Zamachnął się, aby zadać cios w policzek Brytyjskiego funkcjonariusza, jednak ten ze zwinnością go uniknął. Luke w ostatniej chwili stanął przed swoim przyjacielem, blokując jego następny atak. Złapał go w pasie, po czym popchnął w tył. Ja odciągnęłam Willa, po czym sprowadziłam go na ziemię.
- Zwariowałeś?! Czemu go prowokujesz? Jesteś policjantem, gdzie twoja kultura?! - zganiłam swojego chłopaka, który wciąż wymieniał piorunujące spojrzenia z Calumem. Jako funkcjonariusz powinien trzymać nerwy na wodzy. Will w ogóle nie ukrywał, że chciałby wsadzić przyjaciół Cienia za kratki. Wiedziałam, że policjanci dostają więcej kasy za przyskrzynienie kogoś, ale wydawało mi się, że Will należy do ludzi honoru, dla których ważna jest sprawiedliwość i bezpieczeństwo, nie pieniądze. 
- Dbam o ciebie - zwrócił się ku mnie - Czemu tak go bronisz?! Myślałem, że to ja jestem twoim facetem, a nie ten gówniarz!
- Odszczekaj to! - wtrącił Calum.
Michael'a rozdrażniło zachowanie swojego przyjaciela. Dawno nie widziałam Clifforda złego do tego stopnia, że przywoływał ciemnowłosego do porządku. Wystarczyło, że stanął przed nim, zmierzył go wzrokiem i rozkazał usiąść na dupie, a ten posłusznie wykonał polecenie. Oczywiście nie obyło się bez burknięcia pod nosem, ale wyraźnie dał wszystkim do zrozumienia, że wyższy od niego o kilka centymetrów Michael budzi respekt. 
Zdecydowałam się na wyjaśnienie paru kwestii Will'owi, kiedy rozmowy, a raczej kłótnie chłopców ucichły.
- Will, ja po prostu...
- Za każdym razem tak jest. To zawsze ja wychodzę na tego złego. - mruknął - Dlatego nie chciałem się odzywać, bo każda nasza dyskusja kończyła się tak samo. Jeśli tak bardzo chcesz z nimi być, czemu tego nie przyznasz? Powiedz, że nie zależy ci na mnie, to proste.
- Nic nie rozumiesz, Will.
- To mi wyjaśnij! - krzyknął, opuszczając ramiona w geście poddania się. 
Nie zwracając uwagi na publiczność, zbliżyłam się do Willa. Dzieląca nas niewielka odległość zniknęła. Dłonią przejechałam po jego policzku. Uniosłam podbródek chłopaka prosząc tym samym, żeby spojrzał mi w oczy. Przestałam czekać i złączyłam nasze usta, rozkoszując się czułym pocałunkiem. Zmęczyła mnie ta chora relacja, zmęczyły mnie sprzeczki. Potrzebowałam jego ciepła, dotyku, spokojnego głosu. Chciałam, żeby mnie wspierał, nie zadawał pytań, przytulał i mówił, że będzie dobrze.
- Doceniam to, co dla mnie robisz - szepnęłam, zetknąwszy nasze czoła - Ale mam dość kłótni.
- A ja tej mody na sukces - wtrącił Calum, zwracając ponownie uwagę na siebie. W jego oczach można było znaleźć tyle złości, z niekoniecznie znanych mi przyczyn. Możliwe, że uświadomił swoich przyjaciół, ale nie mnie. Calum był skrytą osobą. Silniejsza więź łączyła go jedynie z Lukiem, ale nawet on nie pomagał mu w byciu szczerym. Nie rozwiązywali wzajemnie swoich problemów. Calum nie mówił głośno o tym, co mu się nie podobało. Wolał stroić fochy, irytować wszystkich wokół i szlajać się naburmuszony po kątach, aby później wszczynać kłótnie i wyżywać się na bliskich mu osobach. Niesamowicie wkurzający, ale w pewnym sensie oryginalny człowiek, bo mimo swoich wad był wart poznania. Z tego powodu znosiłam jego komentarze, mając nadzieję, że wkrótce dowiem się czegoś więcej na jego temat. Był w dodatku częścią paczki Ashtona. Nie odtrącałam go tak, jak on robił to ze mną.
Niemniej jednak, jeden powód jego złości był znany wszem i wobec. Will. Ja. Ja i Will, my razem. Nie znosił mnie tak samo, jak jego. Ranga policjanta podwajała jego nienawiść. Fakt, że ich wsypałam jeszcze bardziej pogarszała sytuację. Calum nie mógł pogodzić się z przegraną, której doświadczył przed kilkoma minutami. 
Calum uwolnił się z uścisku Luke'a. Uderzył ramieniem o jego bark, prychając. Gdyby nie młody Hemmings, Calum z pewnością wszcząłby bójkę. Kumpel mu przeszkodził, dając kolejny powód do wściekania się. Ruszył w stronę tarasu informując Michaela, że zamierza się przewietrzyć. Wiedziałam, że oznacza to czekanie na moje wyjście z budynku. Znudził go mój widok lub za bardzo czuł się rozdrażniony. Calum był trudny i niezrozumiały.
Ciemnowłosy nie zdążył odnaleźć wyjścia. Jego głowa odwróciła się wraz z resztą obecnych na korytarzu po silnym i długim dźwięku przypominającym wybuch. Każdy podbiegł do najbliższych okien, chcąc sprawdzić, co się wydarzyło. Na dworze rozbrzmiało wiele autoalarmów samochodowych. Oglądałam teren za szybą. Ludzie idący chodnikami zatrzymali się. Mieszkańcy pobliskich budynków powychodzili na balkony.
Spojrzałam w dół.
Samochód.
Prywatne auto Willa stanęło w płomieniach. Brytyjczyk przyglądał się zdarzeniu z otwartymi szeroko ustami. Był oniemiały. Czarne BMW paliło się powoli. Ciemne smugi dymu unosiły się w powietrzu, powoli ograniczając naszą widoczność. Chwyciłam dłoń chłopaka, ale nie odwzajemnił uścisku. Nie mógł przestać oglądać palącego się wozu. Chciałam jakoś pomóc, lecz nie wiele mogłam zdziałać. Ciężko podejrzewać kogokolwiek o ten czyn, skoro wszyscy zostali wezwani na komisariat. 
- Dzwoń po straż, Theresa! - rozkazał szef wydziału, który pojawił się nagle obok nas. 
Cała sprawa zyskała nowy poziom. Dotyczyła zmarłej osoby, ale odbijała się na wszystkich żywych.


_________________________________
DZIĘKUJĘ ZA PÓŁTORA MILIONA WYŚWIETLEŃ NA BLOGU!!
Najlepszy mikołajkowy prezent od Was dla mnie!
Blisko 10 tysięcy komentarzy.
Blisko 150 tysięcy wyświetleń Pułapki na Wattpad!
D Z I Ę K U J Ę.

Wcześniej pisałam, że rozdział 17 będzie 24 grudnia, jednak w związku ze zmianą długości rozdziałów, zmianą zarysu fabuły bla bla bla i te inne pierdoły, rozdział będzie 15 grudnia, a rozdział 18 czyli dla Was mini prezent świąteczny bo w Wigilię, pojawi się właśnie wtedy, koło godziny hm.. no właśnie, sami zdecydujcie. W komentarzach napiszcie czy lepiej, żebym dodała rozdział po południu (15-16) czy wieczorem (19-21), bo dla mnie to bez różnicy. W święta pracuję, więc mogę dodać rozdział z pracy tak, jak robię to teraz lub po przyjeździe do domu. 
I to nie rozdział 17 jest tym decydującym, powróciłam do starego planu - rozdział 18ty nim jest!! W rozdziale 16tym dowiadujemy się czy Ash żyje czy nie, czyli jak pisałam wcześniej lub nie, bo to trochę się pogmatwało. Wybaczcie, staram się Wam powiedzieć że tu i tu będzie coś na pewno, ale w praniu wychodzi inaczej. Teraz już nie zmieniam. Rozdział 18ty jest rozdziałem kończącym DZIAŁ 1. Kończy pewien moment w całej fabule, a jaki dowiecie się czytając. :)

cya! :) 

sobota, 29 listopada 2014

Rozdział 15

muzyka <klik>

To było chłodne popołudnie. Z nieba spadały krople deszczu, przez co Sydney stawało się smutnym, szarym i nic nie wartym miastem. Właściwie, wszystko się zgadzało, a przynajmniej w moich oczach, w moim mniemaniu. Odkąd spadła na mnie masa nieszczęść i zmieniłam zawód na czarnego kota, zwiastujące pecha, uważałam to miasto za nudne i pełne rozczarowań. Nie umiałam odnaleźć się w żadnym miejscu. Przypominałam przybłędę z genami marudy. Boże... jak wiele się zmieniło, jak ja się zmieniłam.
Kiedyś spacerowałam tymi samymi ulicami z mamą. Mojego nastroju nie była w stanie zepsuć nawet burza. Wskakiwałam w kałużę, uznając to za całkiem niezłą zabawę. Mama wówczas wrzeszczała na mnie, kiedy zdarzało mi się ochlapać ubranie. Zazwyczaj pędziłyśmy wtedy w ważne miejsce, gdzie wymagano ubrań bardziej oficjalnych. Byłam zbyt mała, aby zrozumieć powagę sytuacji. Tęsknie za tym, za beztroskim życiem, które los odebrał mi tuż po wypadku. Musiałam szybko dorosnąć i podejmować dojrzałe decyzje. W tym momencie czułam, jakbym wróciła do czasów, kiedy popełniałam non stop błędy, a mama miała za zadanie wszystko naprawić. Różnicą był brak mamy i fakt, że muszę radzić sobie sama.
Zaczęło się ściemniać, jednak pomimo deszczu oraz nadchodzącego wieczoru, nie ruszyłam się z ławki, na której spędziłam ostatnio więcej czasu niż we własnym mieszkaniu. Dzisiaj zdecydowałam, że to ostatni raz, kiedy moja stopa stanęła na tym cmentarzu, przy tym grobie. Postanowiłam położyć kres smutkom i żałobie, która nie chciała mnie opuścić od ponad pół roku. 
Moje ubrania całkiem przemokły. Makijaż spływał po mojej twarzy wraz z kroplami wody. Mogłabym wreszcie zaopatrzyć się w wodoodporne kosmetyki bądź parasolkę, chociaż deszcz - tak samo, jak kilka lat temu - wcale mi nie przeszkadzał, a nawet sprzyjał. Halloween dopiero nadchodziło, a ja wyglądałam, jakbym obchodziła to święto codziennie. Słowo daję, gdyby ktoś mnie zobaczył, zapewne wystraszyłby się na śmierć.
Nie płakałam, bo już dość łez wylałam. Smutek nie widniał na mojej twarzy, żadnego żalu, rozczarowania, niczego, jakbym nagle straciła emocje, towarzyszące mi zawsze uczucia. Pogodziłam się z tym, że czasu nie da się cofnąć, a niektórzy ludzie muszą odejść. Chciałabym mieć na to wpływ, ale jest to niemożliwe. Nikt nie decyduje o czyimś odejściu oprócz Boga. Każdy ma swoją świeczkę, która w pewnym momencie gaśnie, a z nią wygasa nasze życie. Taki już jest los, taka jest natura. Świat rządzi się prawami, a my musimy na nie przystawać, czy nam się to podoba czy może nie.  
Westchnęłam cicho po raz enty już patrząc na inskrypcję. Wyryte na nagrobku nazwisko Ashtona chyba zamierzało dręczyć mnie do końca życia. Jego nie da się zapomnieć, żadnego spędzonego z nim dnia. Jedyną rzeczą, którą mogłam zrobić to zaakceptowanie tego faktu i przyzwyczajenie się do wspomnień. Inaczej, zniszczyłabym siebie i swoje życie, co już robiłam. Nadszedł czas, aby to skończyć. Bo w końcu ile można? Życie wspomnieniami nie przynosi niczego dobrego, a nawet mogłabym stwierdzić, że rujnuje naszą przyszłość. Zatrzymujesz się, a potem nie jesteś w stanie ruszyć dalej z powodu zatracenia. 
Gładziłam dłonią mokry nagrobek, zaciskając usta. Powtarzałam sobie w głowie, że muszę dać mu odejść, a teraz jest najlepsza pora. Dlaczego to było takie skomplikowane? Czemu nie mogłam zaśpiewać tej irytującej piosenki "Let it go" i byłoby po wszystkim? Po tym całym stresie? Chciałabym, aby w mojej głowie istniał przycisk "cofnij" lub "resetuj", abym mogła zapomnieć o tym, co łączyło mnie z Ashtonem. Ale on należał do osób wyjątkowych, specyficznych, których się nie zapomina. Bo zapomnieć o nim, to jak zapomnieć o dacie swoich urodzin. Był kimś specjalnym, nikim zwykłym. Wprowadził coś świeżego i innego do mojego nudnego życia zwykłej szarej myszki. Pokazał mi moje wady i zalety, uwidocznił resztę mojego charakteru, tą skrytą. Sprawiał, że żyłam. Złościłam się, cieszyłam, płakałam oraz uśmiechałam. Dzięki niemu poznałam samą siebie. Nigdy nie twierdziłam, że był aniołem, bo raczej porównanie go do istnego demona byłoby o wiele bardziej adekwatne, ale mimo wszystko odnalazłam w nim dobro, a tego wydarzenia nigdy nie wyrzucę z mojej pamięci.
- Caitlin? - głos, który już dzisiaj kilkakrotnie słyszałam obił się znów o moje uszy, wyrywając mnie z cichych refleksji. 
Will stał kilka metrów dalej, przyglądając mi się z dezorientacją. Zlustrowałam go wzrokiem. Perfekcyjnie wyprasowana marynarka, zapięta na ostatni guzik przylegała do jego ciała. Krawat zawiązany pod samą szyję prawdopodobnie utrudniał mu oddychanie. Nie ubierał się tak codziennie, nawet, gdy jechał na komisariat by usiąść przy biurku i wpisywać przez cały dzień dane do komputera. Pojawiał się w tym stroju tylko, kiedy sprawa przybrała szybsze tempo, lub pojawiły się nowe poszlaki. Oficjalne ubranie oznaczało więc jedno - kłopoty.
Brytyjczyk ruszył w moją stronę ze spuszczoną głową, jakby unikał mojego spojrzenia podczas swojej krótkiej drogi. Nie miałam pojęcia, jaki jest powód jego wizyty na cmentarzu. Zgadywałam, że w czasie spaceru zastanawiał się, jak ubrać w słowa wyjaśnienie swojego przyjazdu. Nie puściłabym go bez rozmowy. 
- Co tu robisz? - spytał, gdy dzieliło nas już kilka centymetrów.
- A ty? - odpowiedziałam pytaniem, mając nadzieję, że Will właśnie teraz opowie mi o powodzie przyjazdu. Myślałam, że może to ja jestem jego celem. Śledzi mnie, bo mogę być podejrzaną o zabójstwo dziewczyny z biura, ale z drugiej strony Will powiedziałby mi, gdyby taka sytuacja miała miejsce. Nie ukrywałby przede mną śledztwa dotyczącego mojej osoby.
W oddali zauważyłam kolejnych policjantów, idących w naszą stronę. Przekręciłam głowę, wracając wzrokiem do Brytyjczyka. Uniosłam brew, czekając na jakiekolwiek słowa, ale on wciąż milczał. Spojrzał w przestrzeń, a jego dłonie uformowały się w pięści. Wydawało mi się, że nie był zadowolony moim widokiem. Wstrzymał oddech. Zapewne klął w swoim umyśle, nie mogąc pojąć dlaczego do jasnej cholery spotkaliśmy się tutaj właśnie teraz.Ukrywał przede mną pewną informację, grając na czas, a musiała mieć ona sporą wartość - mogłam śmiało wyczytać to z jego drżących ust. Nie sposób jest zgadnąć po czyimś zachowaniu, jaki jest jego nastrój lub jakie emocje mu towarzyszą. A Will nie był uosobieniem spokoju. W moim ciele powoli robiło się gorąco. Jeżeli cały zespół policji zjawił się przy grobie Ashtona, musieli mieć jakieś wskazówki związane z jego sprawą. Ale co miał do tego cmentarz i grób? Moje zdenerwowanie wzrastało, ponieważ nie mogłam sama odpowiedzieć na pytanie, które zadałam Willowi. Musiałam czekać, aż sam zdecyduje mi powiedzieć, w czym tkwi problem. 
Funkcjonariusze byli coraz bliżej. Skupienie wymalowane na ich twarzach powodowało, że czułam się jeszcze bardziej zmieszana niż nigdy dotąd. Przyjechali w konkretnym celu, na pewno. Nieśli w swoich rękach duże torby. Nie miałam pojęcia jaka jest ich zawartość, ani dlaczego przyszli. Po mnie? Chcą mnie zapuszkować? Jestem poszukiwana? Za co? 
Nie, ja ich nie obchodziłam.
Pięciu mężczyzn ominęło mnie, a także Willa i pognało do grobu, na którym wyryto grubą czcionką dane Ashtona. Odwróciłam się obserwując każdy ich ruch. Rozłożyli swój pakunek wokół miejsca pochówku. Dwóch z nich nałożyło sterylne rękawiczki. Wysoki blondyn w okularach sięgnął po notes, natomiast niski brunet w pobrudzonym mundurze wyciągnął aparat fotograficzny. Jego brak organizacji rzucał się w oczy. Gdy tylko otworzył swoją torbę, niezabezpieczony wewnątrz sprzęt i akcesoria uderzyły o ziemię. Mógł w myślach dziękować Bogu, że pomyślał o pokrowcu na aparat, bo w innej sytuacji po tym incydencie musiałby zaopatrzyć się w nowy. Facet z długim, spiczastym nosem poczekał, aż Will do nich dołączy. Brytyjczyk zignorował mnie i od razu pobiegł na pomoc koledze. W trójkę, gdyż przyszedł jeszcze jeden człowiek, zaczęli odsuwać płytę nagrobkową. Otworzyłam usta z wrażenia, chcąc cokolwiek z siebie wykrztusić, jednak nie potrafiłam wydobyć z siebie dźwięku w pierwszych sekundach. Rzuciłam się do biegu, chcąc powstrzymać to okrucieństwo. Jak oni mogli w ogóle pomyśleć o czymś takim?!
- Zwariowaliście?! - krzyczałam - To brak szacunku! - mówiłam protestując - Stójcie.
Czyjeś dłonie oplotły mnie w talii. Jeden z mundurowych zatrzymał mnie zanim zdążyłam dobiec do nagrobka. Jego współpracownik przyszedł do nas. Wysoki, dziwnie chudy i garbiący się mężczyzna przeczesywał długimi cienkimi palcami swoje krzaczaste brwi, siląc się na tłumaczenie.
- Przykro mi, mamy nakaz - oznajmił wyniośle. Już na samym początku zauważyłam, że przypomina gbura. Przybrał twarz wiecznie niezadowolonego palanta, któremu wydawało się, że jeżeli ma mundur - ma całkowitą władzę. Niestety, grubo się mylił.
- Pieprzę wasze nakazy! - warknęłam.
Bez namysłu podniosłam nogę, celując w krocze policjanta. Wtedy nie kierowałam się rozumem. Nie zastanawiałam się nad dalszymi konsekwencjami. Biedny, niczemu właściwie winny chłopak dostał na tyle mocno, że zgiął się w pół. Jego przemądrzały towarzysz natychmiastowo odsunął się w obawie, że również zranię jego czułe miejsce. Nie miałam wyrzutów sumienia. Liczyło się dla mnie dobro Ashtona. Nie wyobrażałam sobie, żeby policja teraz, przy mnie naruszała jego szczątki. Przecież to szalone! Co za wariat odważyłby się bezcześcić czyjeś imię? Bez znaczenia jakim człowiekiem był Ashton, on nie żył, a szacunek powinien mu się należeć.
Odepchnęłam od siebie zwijającego się w bólu chłopaka i podążyłam do Willa.
Ten zaś złapał mnie za nadgarstki, po czym przycisnął do siebie uniemożliwiając ruch. Krzyczałam i błagałam, aby mnie puścił. Protestowałam. Nie mogłam uwierzyć, że Will na to pozwalał. Zdecydowałam myśleć, że jest jedyną osobą, która nigdy mnie nie skrzywdzi, ale myliłam się. Przekonałam się dopiero teraz, jak wyglądała jego praca poza komisariatem. Kompletnie zwariował na punkcie sprawy Cienia i działał nielegalnie, aby zdobyć nakaz. To, co robił było po prostu złe. 
- Caitlin - nawoływał - Możliwe, że jego tam nie ma.
Momentalnie przestałam się wić, bić, kopać i szukać ucieczki. Pobladłam i zamarłam. 
- Postradałeś zmysły - szepnęłam, oburzając się.
- Prowadziłem dochodzenie prywatnie. To właśnie robiłem wtedy, kiedy dzwoniłaś, a ja znajdowałem się poza komisariatem - wyjaśnił spokojnym tonem, jakby dopadło go zmęczenie.
Śledziłam wzrokiem trumnę, którą unosili funkcjonariusze. Robiło mi się niedobrze na myśl, że będę patrzyła na rozkładające się ciało albo kości. Wszystko stawało się cięższe, moja głowa, ręce, nogi. Will nie powinien był brać tej sprawy. Wiedział, ile Ashton dla mnie znaczy, a tymczasem nie przeszkadzało mu to w podążaniu za śladem Cienia. Przekreślił jakiekolwiek szanse na poprawę naszych relacji. Po obejrzeniu trumny zamierzałam opuścić to miejsce, a jemu powiedzieć prosto i jasno, że jest to koniec. Nie chciałam mieć już z nim nic do czynienia. Kompletnie nic.
- Przepuść mnie - syknęłam, a chłopak ułatwił mi drogę do trumny. 
Podeszłam do zamkniętego, prostokątnego pudła, w którym spoczywał Ashton. W moich oczach kłębiły się łzy. Przeżywałam jakiś koszmar, z którego nie potrafiłam się wybudzić. Wyobrażałam sobie, co miało wydarzyć się dalej. Mój szloch, powrót wspomnień, zmieszanych w jedno. Ten powracający ból. Znów złamane serce. Nie miałam pojęcia, czy jestem gotowa znów przez to przechodzić. 
Dłonie jednego z mężczyzn dotknęły zamka zabezpieczającego trumnę przed otwarciem. Zamknęłam oczy, biorąc głęboki wdech. Cała drżałam. Byłam pewna, że na drugi dzień złapie mnie choroba. Stałam w samej bluzie na deszczu. Splotłam palce u dłoni i zacisnęłam usta, gdy usłyszałam skrzypnięcie.
Trumna została otwarta.
Jęknęłam prawie szlochając, jednak nie odważyłam się spojrzeć do wnętrza. Jeszcze nie. Stałam tuż przed nim, przed martwym Ashtonem. To sprawiało, że zbrakło mi słów, nie umiałam się ruszyć, a nawet nie śniło mi mi się podnieść powieki, chociaż musiałam. Chciałam sama się przekonać o swoich racjach, a także udowodnić Willowi, że popełnił błąd, którego nie naprawi.
- Zawiadom szefa - poważny ton Willa uderzył o uszy każdego z obecnych.
Zmarszczyłam brwi. To zdanie nie było jednoznaczne. Will musiał poinformować o swojej porażce lub zwycięstwie.
Zdecydowałam się zajrzeć do trumny. 
Uniosłam powieki. 
Spuściłam wzrok. 
Dolna warga moich ust opadła. Wypuściłam powietrze. Zastygłam, mało nie upadając. Moje nogi nagle stały się miękkie, niczym wata. Dreszcze pojawiły się na całym moim ciele, a serce mało nie wyskoczyło z piersi. Patrzyłam na to, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.  
- Caitlin, musisz mi powiedzieć, gdzie są jego przyjaciele, natychmiast - powiedział do mnie Will, jednak nie odpowiedziałam - Caitlin, proszę - powtórzył, a wtedy ja spojrzałam na niego.
- Hurstville - wymamrotałam - Mieszkają u Ashtona, w Hurstville. 
I wtedy już nastał chaos.
________________________________
WOOOHOOO! W końcu otworzyli tą przeklętą trumnę, sama czekałam na ten moment, zaufajcie mi. Jak myślicie, co tak zagięło Caitlin? Brak Ashtona, jego kości, czyjeś kości, jakiś trup? Mam nadzieję, że żadne z Was nie będzie musiało nigdy być w takiej sytuacji, bo to jest przerażające, ale przecież my lubimy wszystko, co przeraża, nęci i kusi, nie? :D
Anyway. Dziękuję za powrót komentarzy, miło mi, że chcecie poprawiać mi nastrój. Wracam więc z notkami. Znowu będę Wam tutaj jojczyć, bo nie byłabym sobą i.. i tak długo wytrzymałam.
Miałam dodać ten rozdział pierwszego, jako swój własny prezent urodzinowy[ (lol) nie, nie mam urodzin 1 grudnia, mam 2] bo naprawdę lubię ten moment. Koniec mi się strasznie podoba. Nagły zwrot akcji, kilkanaście drużyn i teraz nie wiadomo z kim będzie trzymała się Caitlin, a przeciwko komu będzie. Tyle kłamstw i oszustw, ach jak ja to uwielbiam.
Rozdział nie jest długi, bo w poprzednim robiłam rekonstrukcję. Ten miał być wpleciony do poprzedniego, ale w ostatniej chwili stwierdziłam, że jest zbyt ciekawym wątkiem, aby musiał się dzielić z innym :D
Następny rozdział, który jest również jednym z moich ulubionych (ze względu na Caluma, tak trochę spoiler <3) pojawi się prawdopodobnie 8 grudnia. Spoilery będą na CIEŃNEWS oraz CIEŃ FANFICTION i od razu pozwolę sobie podziękować Dagmarze, Marcie oraz Weronice za opiekę nad kontami i dbanie o nie.

A teraz dziękuję Wam, bo to będą już drugie moje urodziny, które spędzam mając tego bloga. Jest mi niezmiernie miło, bo mogę zobaczyć jak na przestrzeni czasu wszystko poszło w górę, rozrosło się i nadal rośnie. Idziemy pełną parą do przodu i nawet nie wiecie jak się jaram tym wszystkim, mimo że czasem się złoszczę przez różne pytania lub niedogodności, ale przecież nie wszyscy jesteśmy idealni, prawda? Też mam gorsze dni i wspaniałe jest to, że mimo wszystko jesteście ze mną, tak jak ja jestem z Wami - PAMIĘTAJCIE O TYM! Na mnie też możecie liczyć. Jeśli jest coś, w czym kiedykolwiek mogłabym Wam pomóc - piszcie! :)

I dziękuję Wam tak naprawdę za prezent. 115 tys na Wattpad, tu blisko 1,500,000 ! :) Lepiej być nie mogło!

Życzę Wam miłego wieczoru.
LOVE! 

środa, 19 listopada 2014

Rozdział 14

Gdy wysiadłam z radiowozu fala zimnego powietrza uderzyła w moją twarz. Narzuciłam na ramiona bluzę i ignorując nieprzyjemny wiatr powędrowałam w stronę drzwi wejściowych. Przeklęty szpital Księcia Walii, że też zabrali George'a akurat tutaj. To była najgorsza placówka z możliwych. Ich sprzęt medyczny nie należał do najbardziej rozwiniętych technicznie. Nie rozumiałam, jakim cudem ten szpital jeszcze istnieje i nie został zamknięty. O jego sterylności oraz bezpieczeństwie pacjentów również mogłabym się rozwodzić, ale czas pędził. Musiałam przeboleć fakt, że George'a leczono właśnie w tym miejscu, a nie innym.
W korytarzu siedziało kilku pacjentów; niektórzy w białych szlafrokach, a reszta zaś obolała czekająca na przyjęcie. Tak to wyglądało. Prędzej można było tu umrzeć niż doczekać się przyjęcia. Skręcało mnie od środka, kiedy musiałam mijać tych schorowanych ludzi, którym brakowało sił na życie. Lekarze biegali po różnych salach, nie zwracając uwagi na nowe osoby wymagające pomocy. To okropne, a jednak prawdziwe.
- George Brooks - podałam imię i nazwisko swojego przyjaciela, przystając przy recepcji. Kobieta w średnim wieku o dosyć męskiej posturze zmierzyła mnie wzrokiem, po czym prychnęła. Zsunęła teczki, które leżały na jej biurku, a potem zabrała je i przeszła do drugiego pomieszczenia, gdzie zaczęła sortować dokumenty. Wymieniłam spojrzenia z Willem, który był tak samo zaskoczony jej bezczelnym zachowaniem. Zacisnęłam usta, aby nie zrobić sceny. Nie byłam sama w pomieszczeniu, a poza tym przywiózł mnie funkcjonariusz, któremu nie zamierzałam szargać dobrego imienia. Powstrzymałam się od awantury, ale nie czekałam na wielki powrót królewny zwanej pielęgniarką. Pociągnęłam Willa za sobą w kierunku korytarza z pokojami pacjentów. Przecież George musiał leżeć w którymś z nich.
Otwierałam każde drzwi kolejno, skoro nikt nie wyrażał chęci, aby ułatwić nam odnalezienie przyjaciela. Zaglądałam do pokoi, mimo że po pierwszym wejściu zdążyło mnie zemdlić. Przerażał mnie syf, jaki tu panował. Brudne podłogi, pomazane ściany. Gdybym mogła, wydostałabym George'a jak najszybciej i przeniosłabym go do normalnego szpitala, gdzie dbają o czystość, ale przede wszystkim o dobro pacjentów.
George wypoczywał w ostatnim pokoju na końcu korytarza. Jęknęłam, kiedy moje oczy ujrzały jego posiniaczoną twarz. Fioletowo-zielone plamy różnego kształtu, które widniały na skórze były ogromne. Powieki miał przymknięte, jakby z ciężarem spoglądał na otaczający go świat. Usta lekko otwarte; wdychał przez nie powietrze, mogłam to usłyszeć. Leżał na plecach, prosto, ale ta pozycja na pewno nie należała do najwygodniejszych. Jego ręka spoczywała na brzuchu. Czasami zaciskał dłoń dając znak, że odczuwa ból w okolicach żeber.
Z grymasem obejrzał się w moim kierunku. Po rozpoznaniu mojej twarzy, wyciągnął ku mnie dłoń, ale schował ją, gdy ujrzał wchodzącego do sali Willa. Ostatnią osobą, jaką chciał zobaczyć był pewnie policjant, ale nie miał innego wyjścia. Will przyjechał służbowo, wybadać sprawę i rozpocząć dochodzenie. Możliwe, że to pobicie miało związek z Ashtonem. Jako funkcjonariusz prowadzący akta Cienia, obowiązkiem Willa było kopanie głębiej.
Brytyjczyk wyprostował się i uniósł głowę. Wypychając pierś do przodu, wszedł do pomieszczenia obojętnym krokiem, rozglądając się. Przybrał tą jedną z kilku zawodowych min, która miała za zadanie budzić respekt. George słabym wzrokiem śledził każdy jego ruch. W powietrzu wyczuwałam pewne napięcie, a to nie wróżyło niczego dobrego.
- Jak się czujesz? - przełamałam lody, zanim Will powiedziałby coś głupiego.
- Tak, jak wyglądam. Fatalnie. - odparł - Ale nie martw się, nie pierwszy i nie ostatni raz oberwałem. Dobrze, że tobie się nic nie stało, słyszałem o morderstwie..
- Podejrzewamy, że pobić cię mogła ta sama osoba, która zabiła dziewczynę - wtrącił Will, wyjmując swój notes - Pamiętasz cokolwiek? Kolor oczu? Ubrań? Jakieś znaki szczególne? - dopytywał chłopak.
- Nie - burknął brunet - Przypomina mi się tylko i wyłącznie brytyjski akcent - warknął, patrząc na funkcjonariusza ze złością. Uniosłam brew i odwróciłam się w stronę Willa. Wymalowany spokój na jego twarzy sprawiał, że nie obawiałam się niczego. Nie śmiałam nawet pomyśleć o jakimś powiązaniu, bo nie jeden Brytyjczyk szlaja się po ulicach Sydney. Spojrzał na mnie, a później wzruszył ramionami.
- Coś poza tym?
- Nie sądzę, uderzał po oczach, stąd te siniaki - odparł brunet.
- No nic... - mruknął, zamykając zeszyt - Złapiemy drania tak czy siak. Wrócimy do tej rozmowy.
Will próbował dowiedzieć się czegoś więcej. Rzucał przelotnie pytaniami, w trakcie mojej rozmowy z Georgem, jednak ten nie odpowiadał, bądź robił to, ale wymijająco. Nic nie rozumiałam z jego opowieści. Nie powiedział, co się wydarzyło, ani jak doszło do bójki. Może nie miał ochoty wspominać tej sytuacji lub miała ona drugie dno, o którym nie chciał mówić mi albo policjantowi. Na pewno nie zamierzałam dać George'owi prawo do milczenia. Jeżeli sprawa była związana ze mną, musiałam o tym wiedzieć. A jeśli z Ashtonem, tym bardziej.
Blondyn skinął głową, sygnalizując, że czas na niego. Barman nie wyrażał zainteresowania rozmową, więc uznaliśmy, że nic tu po nas. Ucałowałam czoło George'a szepcząc, aby trzymał się i pozostał silny. Obiecałam mu również, że postaram się wpaść jeszcze dzisiaj wieczorem. Zabrałam swój płaszcz. Kiedy Will opuścił pomieszczenie, George zawołał mnie po raz ostatni.
- Caitlin, on coś ukrywa - wyszeptał barman - Nie jesteś bezpieczna.
Zdenerwowałam się tą informacją. Popatrzyłam na niego niepewnie, pytając o czym mówi. George powtórzył swoje słowa, jakby nic więcej nie mógł dodać. Dawał mi wskazówkę, a do rozwiązania miałam dojść sama. Problem w tym, że do końca nie potrafię określić, czy uwierzyłam w te słowa. Komu nie ufałam bardziej? George'owi, a może Willowi? Ani jednemu, ani drugiemu nie wierzyłam w stu procentach, więc ciężko było mi wziąć do serca słowa byłego kolegi, a także w ogóle o nich zapomnieć.
Nie odpowiedziałam mu. Wyszłam, po czym dołączyłam do Willa i razem udaliśmy się do jego prywatnego samochodu. Przez całą drogę obserwowałam go z tyłu, zastanawiając się czy kiedykolwiek mógłby mnie skrzywdzić. Will wydawał się być wiernym facetem, honorowym, szczerym i sympatycznym. Nigdy nie stawiałam go w złym świetle, nawet nie pomyślałabym o tym. Faktycznie, ostatnio zachowywał się dziwnie. Okłamywał mnie, unikał. Możliwe, że za jego nieobecnością coś stało bądź stoi nadal, a ja nie mam o tym zielonego pojęcia.
- Odwiozę cię do domu - zaproponował, a ja się zgodziłam. Nie widzieliśmy się długo, a poza tym mogłam z łatwością dowiedzieć się podczas jazdy, co robił przez cały czas, który nie odzywał się do mnie.
Tylko nerwy nie pozwalały mi odezwać się w aucie. Kątem oka patrzyłam na niego myśląc sobie, co mogę usłyszeć. Jestem seryjnym mordercą pod postacią policjanta i właśnie zamiast do domu jedziemy do lasu, abym mógł cię zakopać? Nie, niemożliwe. Will nie skrzywdziłby nawet muchy. Jedyną rzeczą o którą mogłam go podejrzewać, to czarny rynek lub przekręty. A może mnie zdradzał? Nie zdziwiłabym się, bo ostatnio dawałam ku temu powody. Mógł mieć mnie dosyć i poszukał szczęścia u kogoś innego.
Zdecydowałam się grzecznie spytać.
- Więc.. ostatnio trochę nasza relacja się skomplikowała.. nie uważasz? - rozpoczęłam temat, który zamierzałam drążyć przez podróż.
Przytaknął.
- Nie dzwoniłeś, nie odbierałeś telefonów - kontynuowałam.
- Byłem zajęty.
- Will, czy tobie w ogóle na mnie zależy? - zapytałam wprost.
- Oczywiście, że tak, Caitlin - powiedział, patrząc na drogę - O to powinnaś pytać siebie, nie mnie.
- Skoro ci na mnie zależy, co robiłeś, kiedy podobno byłeś w pracy?
- Podobno? - spojrzał na mnie pytająco.
- Dzwoniłam na komisariat i zawsze Theresa mówiła mi, że już dawno skończyłeś swoją robotę. Ty zaś twierdziłeś, że jesteś na zmianie do wieczora. Chciałabym wiedzieć, gdzie w takim układzie byłeś i co robiłeś?
- Pracowałem - trzymał się kurczowo swojej wersji.
- Cholera, przecież przed chwilą ci powiedziałam...
- Nie w biurze, Caitlin. Nie służbowo.
- Więc jak?
- Nie mogę ci tego wyjaśnić, dopóki nie będę pewien swoich racji.
Mruknęłam coś złośliwego pod nosem, ale Will na szczęście tego nie usłyszał. Na pewno doprowadziłabym wtedy do awantury. Dalsza część podróży przebiegła spokojnie. Will rozmawiał ze mną, jak ze zwykłą koleżanką, co zbiło mnie z tropu. Nie zerwaliśmy, chyba. Nie oficjalnie. Więc dlaczego otrzymałam miano dalekiej znajomej? W chwilach kiedy najbardziej go potrzebowałam, był nieobecny i obcy. Nasz związek, o ile jeszcze trwał, wydawał się śmieszny. Nie mówiliśmy o problemach, nie rozwiązywaliśmy ich, a przez to nasza relacja wyglądała coraz gorzej. A Will nie chciał tego naprawiać. Tak wynikało z jego reakcji na moje pytania i propozycje.
Pożegnał mnie uściskiem. Dopiero gdy odeszłam kawałek, zawołał moje imię, a następnie podszedł i pozwolił mi wtulić się w jego klatkę piersiową. Mieszał mi w głowie, nie wiedziałam czego ode mnie oczekuje, ani co sam zamierza mi zaoferować. Ale potrzebowałam tego uścisku i odwzajemniłam go. Dzięki niemu poczułam w pewnym sensie ciepło i bezpieczeństwo. Upewniłam się, że Brytyjczyk nie zrobiłby niczego, co miałoby mnie skrzywdzić. Will ucałował moje czoło, jak to miał w zwyczaju, a potem odszedł, patrząc na mnie przepraszająco.
~*~
Bałagan panujący w mojej głowie postanowiłam przenieść do mojego mieszkania, w którym roiło się teraz od pomazanych kartek papieru; wyrwanych artykułów z gazet; zdjęć i dokumentów. Salon wyglądał niczym po przejściu huraganu. Wiecie, jak to jest, kiedy zdajesz się na innych, a nic z tego nie wynika? Wtedy trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Nie ufałam żadnej ze stron, a było ich kilka. Will, George, przyjaciele Cienia, jego matka... mogłabym wymieniać w nieskończoność. Żadna z wersji podana przez te źródła nie składała się na logiczną całość. Każda osoba kłamała, w małym bądź dużym stopniu, ale kłamała. Dlaczego ja miałam być w porządku? Wszyscy pracowali na własną rękę, więc i ja zdecydowałam się zacząć. Skoro u nikogo nie mogłam doszukać się prawdy, sama zamierzałam ją odkryć, bo czekanie, aż ktoś w końcu mnie oświeci było jak czekanie na śnieg w lato.
Szukałam pewnego punktu, na którym mogłabym oprzeć swoje teorie. Zakładałam, że na mojej drodze pojawił się nowy Cień, marna kopia Ashtona, która dla zabawy próbowała mnie zniszczyć, jednak to nie miało sensu. Ktoś musiał obrać konkretny cel, dla którego zastraszał mnie i groził. Myśl, że to Ashton automatycznie odrzuciłam. Zbyt dużo czasu poświęciłam na spekulacje, czy jest on martwy. Poza tym, po moim śledztwie chciałam wybrać się na cmentarz po raz ostatni, aby zakończyć tą błazenadę. Cień odszedł i nie powróci, a do mnie nareszcie to dotarło.
Długi, ale zmienny dzwonek do drzwi rozbrzmiał w moim mieszkaniu. Odwróciłam głowę marszcząc swoje czoło. Nie spodziewałam się gości, jednak to nic dziwnego, że ktoś zdecydował się mnie odwiedzić niezapowiedzianie. Ostatnio każdy to robił, będąc dobrą czy złą osobą.
Rzuciłam sterty dokumentów, które wcześniej trzymałam w rękach i pognałam do drzwi. Uchyliłam lekko kawałek drewna. Skrawek niebieskiej czapki został przeze mnie zauważony w ostatniej chwili, gdy już miałam zamknąć drzwi i wrócić do swojej pracy. Listonosz.
- Przesyłka dla pani Teasel, proszę o pokwitowanie - stanowczy i oziębły głos wyszedł z jego ust. Nie spojrzał na mnie; z przygryzioną wargą szukał odpowiedniej tabelki na swojej kartce, w której miałam złożyć swój podpis. Przemknął wzrokiem po mojej twarzy, kiedy podawał mi podkładkę wraz z listą. Podpisałam, zabrałam pudełko, a on poszedł, nie rzucając nawet krótkiego "Do widzenia".
Rozpakowałam przesyłkę tuż po tym, jak znalazła się ona w moim mieszkaniu. Nadawca nie był określony na opakowaniu. W większym pudełku było drugie, mniejsze. Otworzyłam je dość bezmyślnie, sądząc, że jest to jakaś oferta promocyjna ze sklepu kosmetycznego lub duży katalog. Wewnątrz jednak zastałam coś innego.
Niewielka lalka, której oczy zastępowały czarne guziki; odziana w porwaną koszuleczkę. Miała oderwaną nogę, podziurawione ręce. Nie przedstawiała niczego pozytywnego. To nie było najgorsze. Na jej koszulce widniało imię Ashton. Zaniepokoiłam się. Z tyłu, lalce powbijano igły. Jedna z nich leżała w pudełku, jakby miała być tą ostatnią i do mnie należało uderzenie. Na zabawce, w miejscu, gdzie u człowieka znajduje się serce ktoś zaznaczył markerem krzyżyk.Oznaczać to miało zapewne jedno. Miejsce wbicia.
I stało się to, o czym własnie myślałam.
Zadzwonił.
- Jak ci się podoba mój prezent? - zapytał tym samym głosem, co poprzednio.
- Co to ma do cholery znaczyć?! - krzyknęłam - To dla ciebie zabawne?
- Mam drugą zabawkę, zgadnij kogo imię jest na jej koszulce - zaśmiał się cwaniacko, doskonale wiedząc, że jego słowa wzbudzą we mnie przerażenie oraz złość, jakiej dawno nie doznałam.
- Dlaczego na tej jest Ashton? - spytałam przez zaciśnięte zęby.
- A jak myślisz, Caitlin? Do czego służą laleczki voo-doo?
- Nie możesz torturować, Ashtona, on nie żyje - warknęłam pewna swoich słów.
- Oh doprawdy? Skąd wiesz, że z nim nie rozmawiasz?
Nie odpowiedziałam. Dałam mu tym samym satysfakcję. Roześmiał się, dość triumfalnie. Moje zmieszanie sprawiało mu przyjemność, jakby spełniał swoją misję, osiągał ustalony cel. Robił ze mnie wariatkę; bawił się mną tak, jak tylko chciał.
- Jesteś szalony - stwierdziłam śmiało - Chcesz zrobić mi wodę z mózgu!
- Więc czemu wcześniej uznałaś, że nim jestem? Miałaś wątpliwości, myślałaś, że żyje...
- Przestań ze mną pogrywać!
- NIE! - wrzasnął - Będziemy grać, dopóki nie zgodzę się na zakończenie. Weszłaś mi w drogę tak samo, jak zrobił to Ashton i oboje za to zapłacicie, bez znaczenia, czy jesteście martwi czy żywi. Zostawiłem jedną szpilkę dla ciebie, abyś sama mogła ją wbić. Teraz ja kontynuuję wbijanie reszty w twoją lalkę, a gdy skończę... chyba nie muszę mówić ci, co takiego się wydarzy?
- Myślisz, że mnie tym wystraszysz? - zapytałam - Nie jestem sama, nie boję się ciebie psychopato!
- A Powinnaś, kochana.
Rozłączyłam się. Złość rozlewała się po moim ciele. Zamachnęłam się, a następnie rzuciłam telefonem o ścianę. Komórka rozpadła się w przeciągu kilku sekund. Siła uderzenia była na tyle silna, że bezsensowna byłaby próba zebrania urządzenia w całość.
Wszystko, co do tej pory wydarzyło się w moim życiu było aranżacją tego wariata. Wypadek, zabójstwo dziewczyny... realizował swój plan, zadając mi ból. A ja tak po prostu pozwalałam na zabawę mną, niczym tą małą laleczką.
Czas leciał, a ja przegrywałam.
_______________________
nie najlepszy, przyznaję, ale no.

Jest coraz mniej komentarzy. Nie oczekuję oczywiście, że będzie ich 200-300 albo nie wiem ileś, ale 100 było taką standardową liczbą i niczym się wtedy nie przejmowałam, a teraz? Teraz jest inaczej... i trochę mi smutno.

Nie mailujcie do mnie pytań "Kiedy rozdział, kiedy rozdział? O KTÓREJ ROZDZIAŁ?" bo takie informacje dają CieńNEWS na twitterze i CIEŃ FanFiction na fejsbuku. Dziewczyny dostają oficjalne wiadomości ode mnie.

PUŁAPKA PRZEKROCZYŁA 100 tysięcy wyświetleń na WATTPAD!! I dziękuję za to, dodajecie mi skrzydeł. Seriously, kocham Was i czuję się zaszczycona.

piątek, 7 listopada 2014

Rozdział 13

Ze snu wybudził mnie przeraźliwie głośny dzwonek do drzwi. Tak naprawdę nie robił tak dużego hałasu. Przez wczorajsze zalanie się w trupa każdy mój zmysł stał się nadto wrażliwy i nawet szept potrafił mi przeszkadzać. Nie miałam pojęcia jakim cudem znalazłam się w domu, ani z kim tak zabalowałam, ale najwyraźniej byłam szczęściarą, skoro obyło się bez żadnych siniaków czy krzywd. No może nie licząc silnego bólu głowy.
Chciałam zapomnieć i faktycznie zapomniałam, jednak zbyt wiele informacji wyleciało z mojej pamięci. Cały wczorajszy wieczór w moim umyśle przypominał czarną dziurę, która wylądowała tam tuż po pierwszym kieliszku wódki, o ile wódkę piłam. Wspomnienia z nocy wyparowały. Jedyną rzeczą, którą udało mi się przypomnieć to dziki taniec na stole w barze ciotki. Boże, jaka ogromna nadzieja, że Eleanor w trakcie moich wygłupów nie było, towarzyszyła mi odkąd przywróciłam to jedno wspomnienie. Z drugiej strony.. gdyby to oglądała, na pewno zadzwoniłaby z samego rana, aby dać mi niezłą nauczkę. W końcu budzenie osoby trzeźwiejącej nad ranem nie jest najmilszą rzeczą. 
Pomimo nie wyspania oraz braku pamięci wydawało mi się, że postąpiłam słusznie. Owszem, obudziłam się obolała, ale już od jutra zamierzałam być zwarta i gotowa do działania. Nie przejmować się niczym, pozwolić Ashtonowi odejść i cieszyć się życiem. Tak, oto nowa Caitlin Teasel.
Wygramoliłam się z łóżka, kiedy dźwięk dzwonka zmienił się w pukanie. Ktoś nie zdawał sobie odpuścić swojej wizyty, więc nie pozostawało mi nic innego jak otwarcie drzwi zanim zostałyby one wyważone, bo taka opcja zapewne również istniała w głowie gościa.
Oparłam się o blat stolika, aby wraz z jego pomocą ustać na własnych nogach. Przypadkiem zrzuciłam biżuterię, którą zostawiłam prawdopodobnie wczoraj. Westchnęłam ciężko i z oporem pochyliłam się, aby podnieść wisiorek. Ku mojemu zaskoczeniu zawieszką była literka 'C'. Otworzyłam usta z wrażenia. Nie wiedziałam skąd łańcuszek wziął się w moim mieszkaniu. Zostawiłam go na grobie Ashtona, więc jakim sposobem przed chwilą leżał na podłodze, a potem w mojej dłoni?
Do rzeczywistości znów przywołało mnie pukanie. Wydarłam się wkurzona, że za moment otworzę. W dalszym ciągu przyglądałam się biżuterii starając sobie przypomnieć, czy ją znalazłam, czy może ktoś mi ją oddał. 
Usłyszałam dźwięk przekręcanego klucza.
Włamywacz lub Cassie.
- Kurwa! - syknięcie wydobyło się zza drzwi.
Oczywiście, że Cassidy.
Podeszłam do drzwi i zanim dziewczyna uporała się z kluczami, pozwoliłam jej wejść za moją pomocą. 
- Dałabym radę - fuknęła, wymijając mnie i znikając w salonie.
- Jak zawsze - mruknęłam z uśmiechem, popychając drzwi, żeby same się zamknęły. Obróciłam się na pięcie i podążyłam za przyjaciółką, która zdążyła się rozgościć. Usiadła na kanapie, kładąc nogi na stół. Mało kulturalnie, ale taka właśnie była Cassie. Niby pochodziła z dobrego domu, gdzie liczyła się rodzina i szacunek, a jednak w praktyce wyglądało to nieco inaczej.
Usiadłam naprzeciwko brunetki, czekając na jej długą opowieść, która pozwoli mi dowiedzieć się, z jakiej przyczyny zjawiła się w moim gniazdku. Schowałam wisiorek głęboko w kieszeni spodni, aby Cassie przypadkiem go nie zauważyła. Ostatnim razem doglądała go kilka miesięcy temu. Wrzucałam wtedy ubrania Ashtona do pudła, a wraz z nimi schowałam także wisiorek. Potrzebowałam izolacji.
- Stałam tam jakieś pół godziny! Co z tobą?! - zapytała.
- Spałam - wyjaśniłam łapiąc się za głowę.
Jej głos tym razem irytował sto razy bardziej niż zazwyczaj.
- O szesnastej?! - dopytywała.
- Zdrzemnęłam się - kłamałam. Przecież nie powiem jej, że upiłam się do nieprzytomności po to, aby zapomnieć o kimś, kto nie żyje od sześciu miesięcy.
Ta zamiast uchylić mi rąbka tajemnicy, związanego z jej wizytą, wzięła jeden z magazynów leżących tuż obok i zaczęła lekturę. Podejrzewam, że w ogóle nie zabrałaby się za nią, gdyby nie zdjęcie Brada Pitta, którego redakcja umieściła na okładce. Nie raz wmawiała mi, że to jej ulubiony aktor, chociaż nie obejrzała żadnego filmu z jego udziałem. Podobała jej sie jego klata, a to wystarczyło na miano najseksowniejszego mężczyzny na tej planecie. 
Strząchnęłam ręką jej nogi ze stołu, a później wyrwałam z dłoni gazetę. Cassie posłała mi wrogie spojrzenie, na co odpowiedziałam wzruszeniem ramionami. 
- Chciałabym znać powód twojej wizyty - oznajmiłam spokojnie, przymykając oczy, aby dać im jeszcze trochę odpoczynku.
- Martwiłam się o ciebie - Cassie ścisnęła moją dłoń - Wiem, jaki nosisz w sobie ciężar, ale nie musisz się zadręczać. To wszystko nie jest twoją winą, Caitlin i... - mówiła. Zmarszczyłam brwi i słuchałam brunetki, mimo że kompletnie nie rozumiałam, dlaczego zebrało jej się na wyznania akurat dziś, akurat teraz. - Wiedz, że jestem dla ciebie w każdej chwili, bo też w tym siedzę - oświadczyła tak, jakby składała mi przysięgę. Liczyłam, że jej przemowa dobiegała końca. Moja głowa przypominała wulkan, który niedługo ma zamiar wybuchnąć, więc nie zapamiętywałam każdego słowa, którym rzucała przyjaciółka. Tylko jedno zapadło mi w pamięć i sprawiło, że zerwałam się z sofy niczym poparzona. - I w sumie dobrze zrobiłaś, że nie poszłaś do pracy, bo...
- Niech to szlag! - zawołałam. Biegiem ruszyłam do pokoju w poszukiwaniu oficjalnych ubrań, które potem narzuciłam na siebie. Cassie w międzyczasie gadała, krzyczała i protestowała, ale byłam zbyt pochłonięta moim zaniedbaniem obowiązków, żeby móc wysłuchiwać jej kolejnych wywodów. Żadne słowa do mnie nie docierały.
Związałam swoje włosy w kucyk, a pełny makijaż całkowicie odrzuciłam. Cierpiałam na brak czasu, upiększanie się spowolniłoby obrane tempo. Zdecydowałam się na podkręcenie rzęs i bezbarwną pomadkę. Wyglądałam jak upiór z opery, ale nawet makijaż nie służyłby tego dnia jako pomoc. Przydałby się sen, ale z niego nie mogłam już skorzystać.
Zabrawszy płaszcz oraz torbę, skierowałam się do wyjścia. Cassie wciąż chodziła za mną, próbując mnie zatrzymać. Dopuściłam jej piskliwy głos do mojej obolałej głowy dopiero, gdy otworzyłam drzwi.
- Caitlin, nie powinnaś tam jechać - poradziła.
Brunetka zachowywała się bardzo dziwnie.
- Co? Czemu? - dopytywałam się, chcąc rozszyfrować jej myśli. 
- Ty nie wiesz... - szepnęła, zakrywając dłonią fragment ust. Zacisnęła wargi, formując je w cienka poziomą linię. Wiedziała, że powiedziała za dużo i nie może się wycofać bo nie dam jej spokoju, dopóki nie dostanę wyjaśnień. Denerwowała się, mogłam to zobaczyć na własne oczy. Jej dłonie drżały, a czoło błyszczało, gdyż skóra zaczynała się pocić. Milczała, szukając wymówki, bo nie chciała zdradzić co tak naprawdę się dzieje. Być może bała się mojej reakcji.
- Cassie, przerażasz mnie, na litość Boską - mruknęłam, patrząc na dziewczynę, która z minuty na minutę stawała się coraz to większym kłębkiem nerwów. 
- Włącz wiadomości - podpowiedziała, nie zdradzając nic poza tą małą wskazówką.
Automatycznie moja ręka puściła drewniane drzwi. Wróciłam do salonu. Odnalazłam pilota, a następnie włączyłam pierwszy lepszy program informacyjny.
Z momentem odczytania nagłówka, rozbolało mnie serce. Otworzyłam szerzej oczy w nadziei, że źle przeczytałam najnowsze ogłoszenie, jednak mój wzrok mnie nie mylił. Nogi ugięły się pode mną i opadłam na kanapę. Gapiłam się w ekran czytając po kilka razy te same zdania. 
- Morderstwo w biurowcu popularnej firmy Silesia. Młoda sekretarka, a zarazem asystentka szefa nie żyje. Czyżby wrogowie Cienia opanowywali Sydney? - przeczytałam na głos - Znałam ją - powiedziałam w stronę Cassie - Czemu sądzą, że to ktoś, kto nie lubił Cienia? - zapytałam.
- Bo zostawił wiadomość - wydukała po cichu.
- Jaką? Jakiej treści? - pytałam nerwowo - Cassie! - wydarłam się, potrząsając dziewczyną.
Nie odpowiedziała.
Wybiegłam z domu. Odnalazłam swoje auto na parkingu. Agresywnie wyjechałam na ulicę, zmieniając swój typ jazdy z ekonomicznej na dynamiczną, aby znaleźć się jak najszybciej w pracy.
~*~ 
Budynek otoczono radiowozami. Tłumy gapiów oraz paparazzi stały za taśmą szukając dobrych miejsc, by zyskać najlepsze zdjęcia, a później sprzedać je gazetom lub serwisom. Już jutro temat miał trafić na pierwsze strony brukowców. Ww sieci i telewizji już szumiało.Komisarze krzątali się po terenie firmy. Biegali to w jedną to w drugą stronę, aby skonsultować się z partnerami lub swoimi pracodawcami. Niektórzy również spisywali zeznania świadków lub udzielali ogólnych informacji mediom. Panował chaos. Wszędzie znajdowali się ludzie. Zadawali mnóstwo pytań, wrzeszczeli i rzucali się na policjantów, którzy z bezradnością starali się jakoś opanować ten burdel, który tutaj zapanował. Bez skutku, rzecz jasna, bo większość zebranych tu osób miała gdzieś ich słowa pocieszenia lub ogólnikowe wypowiedzi. 
Przepchałam się przed napalonych na genialne fotki paparazzi. Wzrokiem szukałam Willa, ale nigdzie go nie było. Na szczęście do sprawy włączono Theresę, która stała przy jednym z aut, notując słowa jednej ze sprzątaczek.
- Theresa! - krzyknęłam, a dziewczyna odwróciła się. Gdy mnie poznała, zażądała, aby funkcjonariusze wpuścili mnie na zabezpieczony teren. Podziękowałam blondynce, a później weszłam do biura, gdzie według Theresy przebywał Will.
Schodami wbiegłam na czwarte piętro, nawet się nie męcząc. Pot nie spływał z mojego czoła, nie dyszałam, nie bolały mnie nogi. Wwidocznie adrenalina i strach nie pozwalały mi na myślenie o słabym stanie organizmu. 
Spostrzegłam blond loki na głowie pewnego wysokiego mężczyzny o wyrazistych kościach policzkowych. Skierowałam się tam. Kiedy błękitne tęczówki obejrzały się w moją stronę, zaczęłam biec. Wpadłam prosto w ramiona brytyjczyka. On zacisnął swoje dłonie na moich plecach i przyciągnął mnie do siebie. Nasze oddechy były nierównomierne. Towarzyszyło nam przerażenie. 
- Bałem się, że coś ci się stało - jego głos się załamywał - Że to ty tam leżysz...
- Zapomniałam o dzisiejszej zmianie - wyszeptałam do jego ucha - Co się stało, Will? Co takiego się tu wydarzyło?
- Jesteś pewna, że chcesz to zobaczyć?
Skinęłam.
Will splótł swoją dłoń z moją, po czym podążył do pokoju, w którym dokonano przestępstwa. 
Zbrodnia miała miejsce w łazience. Wszędzie wokół była krew. Na ścianach, na podłodze, przy zlewie, na drzwiach od kabiny. Pisnęłam, gdy zobaczyłam leżącą na ziemi asystentkę szefa. Sam widok sprawiał mi ból, przynosił falę żalu, smutku i gniewu. W pewnym sensie wiedziałam, że zginęła z mojej winy.Czułam niesamowite rozczarowanie samą sobą. Nigdy nie sądziłam, że ktoś zginie przeze mnie. On to zaplanował.  Ten sam człowiek, który jeszcze niedawno podawał się za Ashtona Irwina. Byłam pewna, że to on zabił biedną dziewczynę, dlatego dręczyło mnie poczucie winy.  To ja powinnam była leżeć na tej zimnej podłodze; to moje ubrania powinny zmienić kolor na czerwony; to z moich oczu powinno uchodzić życie, bo to ja miałam być jego celem. Leżała tam; jej ciało było zimne i sine. W oczach brakło tego błysku, który widniał, kiedy witała klientów bądź innych gości. Wokół niej biegali funkcjonariusze, ci z wydziału zabójstw. Robili zdjęcia, spisywali raporty, zabezpieczali miejsce zbrodni. Pierwszy raz uczestniczyłam w tego typu akcji. Na pewno nie będę wspominała jej dobrze. 
Wyobraziłam sobie przebieg sytuacji. Anastasia, bo tak miała na imię asystentka szefa, weszła do łazienki, aby umyć kubek, którego teraz części znajdowały się na podłodze. Szorowała naczynie, a gdy uniosła głowę, żeby obejrzeć swoją twarz w odbiciu lustra, on stał z tyłu. Zamaskowany, trzymając w ręku sztylet. Przysunął się do niej, obejmując. Zablokował dziewczynie drogę ucieczki. Następnie dźgnął ją, na początek raz, później zadawał losowe ciosy, zapewne w furii. Wściekał się, że nie ma mnie w pracy. Wyładował swoją złość na przypadkowej osobie, żebym mogła żałować i nosić w sobie ciężkie brzemię. Jej ciało osunęło się na ziemię, a on z uśmiechem spoglądał na swoje dzieło. Wiedział, jak we mnie uderzyć. Trafił w samo sedno. Starł z niej krew, a później przyłożył swój palec do ściany. Napisał na niej wiadomość dla mnie. Nie grał w żadne zgadywanki. Miał nadzieję, że zobaczę tą informację. A ja ją zobaczyłam. 
TY BĘDZIESZ NASTĘPNA, CT. 
Mój żołądek się zacisnął. Ledwo przełknęłam ślinę, widząc ciało.. martwe ciało, a gdy na końcu potocznie zwanej przesyłki spostrzegłam swoje inicjały, świat zaczął wirować. Zachwiałam się, ale Will wykazał się zwinnością i w odpowiedniej chwili objął mnie, ratując przed omdleniem. 
Wszelkie wątpliwości ustały po odczytaniu informacji. Wszystko wydawało się jasne i proste. Ktoś czekał na odpowiedni moment, aby mnie zabić. Tego dnia nie stawiłam się w pracy, a on w akcie zemsty zabił jedną z pracownic mojej firmy w ramach kary za "ucieczkę". Upicie się do nieprzytomności uratowało mnie przed śmiercią. Z drugiej strony policja mogła uznać mnie za podejrzaną, skoro oszukałam przeznaczenie. Nieświadomie, ale jednak.
- W...w...wiesz cokolwiek? Kim mógł być ten przestępca? Jakieś dane? - spytałam, patrząc na chłopaka załzawionymi oczyma. Ten jedynie pokręcił głową zasmucony. Chciał mi pomóc, dać wskazówkę, aczkolwiek był bezradny. Tak, jak ja.
- Will - zawołał jeden z funkcjonariuszy - Jest kolejna sprawa, zwijaj się.
- Co tym razem? - chłopak spojrzał na swojego kolegę pytająco.
- Jakiś chłopak został pobity, ma związek z Cieniem, to twoja broszka - odparł.
- Kto taki?
- George, George Brooks.
Sapnęłam, słysząc to imię i nazwisko. Krew odpłynęła z mojej twarzy, a ręce zaczęły drżeć. 
- Już jadę.
- Jadę z tobą - wtrąciłam, ściskając blondyna za rękę - To mój przyjaciel - powiedziałam, a Will skinął głową na znak zgody. Sprawy skomplikowały się. Z dnia na dzień było coraz gorzej. Ktoś mnie zastraszał, ale nie tylko ja byłam na jego tarczy. Widnieli na niej również moi bliscy.  

__________________________
Zepsuła mi się ładowarka do laptopa, znowu. Dlatego czcionka tekstu jest inna, rozdział jest bez edycji, więc jest pewnie mnóstwo błędów.
Zanim dodałam. Mówiłam, że to nieważne, kto był w poprzednim rozdziale. Próbowałam Wam dać wskazówkę, ale cały czas każdy żył tym, że ktoś był na chacie Caitlin. Wszyscy zapomnieli, że ona się upiła i po prostu o tym zapomni. ;_____; Myślałam, że już się nauczyliście, że ze mną nie ma tak łatwo! Oh, cmon.. przecież to ja. 
Dziękuję za klikanie w reklamy. Nie są to jakieś rekordy, bo robi to kilka osób (4-10 kliknięć dziennie, nie więcej) I dziękuję właśnie tym osobom, które decydują się na pomoc. Miło mi, naprawdę.
Dziękuję za ponad 400 tysięcy na wattpad przy Cieniu i prawie 100 tysięcy przy Pułapce. Jeśli Cień dobije do pół miliona, a Pułapka do 100 tysięcy, to będzie najlepszy prezent urodzinowy ever. A już the best byłyby 2 miliony na blogu, ale bez przesady, bo wszystkiego od razu mieć nie można prawda? :) Będzie co będzie!
Love you x