sobota, 27 czerwca 2015

Rozdział 34

muzyka: klik

Wyszłam na zewnątrz domu, a blask słońca uderzył prosto w moje oczy. Zapowiadała się piękna pogoda, ale nastroje otaczających mnie osób, jak również i mnie nie zwiastowały dobrego dnia. Każdy pogrążał się w smutku oraz rozpaczy z powodu śmierci Luke’a, którego mieliśmy pochować, aby mógł spoczywać w spokoju. Widziałam Caluma opierającego się o drzewo nieopodal wypełnione zielonymi młodymi liśćmi, które osłaniały go przed słońcem. Instensywnie patrzył w ziemię, skupionym wzrokiem. Domyślałam się, co chodziło po jego głowie. Ruszyłam w kierunku Hooda, chociaż nie do końca wiedziałam, jak mogłabym rozpocząć z nim rozmowę. Od śmierci Luke’a nie rozmawiał z nikim, włącznie ze swoimi najbliższymi przyjaciółmi. I nie dziwiłam mu się. Stracił Hemmingsa - człowieka, którego nazywał bratem; osobę, która była dla niego rodziną. Pomimo mojego nikłego kontaktu z Lukiem, sama odczuwałam jego braki. Słońce unosiło się na niebie, a jednak moje ciało było zimne, jakbym wyszła z chłodziarni. Łzy niekontrolowanie wypływały z moich oczu i czułam pustkę, jakby kawałek mojego serca został uszkodzony lub zabrany. Ciągle zadawałam sobie pytanie, dlaczego akurat Luke. Z jakiego powodu to właśnie on musiał odejść z tego przeklętego, pełnego niesprawiedliwości świata? Byłam pewna, że nie mnie jedyną męczyło to pytanie. Nie tylko ja cierpiałam, a przede wszystkim nie mogłam wyobrażać sobie, jak wielki ból tłumił w sobie sam Calum.
Przystanęłam przy ciemnowłosym, ale nie odważyłam wydobyć z siebie ani jednego słowa. Kątem oka oglądałam jedynie jego twarz. Wzrok nie zwrócił się nawet na milimetr, aby zobaczyć kto zdecydował się być jego towarzyszem. Wgapiał się w rozkopaną ziemię, w której za niedługo miał znaleźć się Luke. Z jego twarzy nie potrafiłam wyczytać emocji. Wyglądał na obojętnego, chociaż wewnątrz umierał razem z przyjacielem.
- Dobrze być w domu, co? – zapytał ciężkim i znudzonym głosem, a ja odwróciłam głowę, kiedy tylko jego pytanie dotarło do moich uszu. Odezwał się, a w dodatku wybrał akurat mnie do przeprowadzenia dialogu.
- Zależy kto uważa Hurstville za swój dom.. – szepnęłam.
- Luke uważał – odparł szybko i pewnie – Nazywał swoim domem tamten garaż – wskazał palcem, a potem prychnął – Czasem nawet nocował w tej ruderze.
W jego oczach wezbrały się łzy. Ten widok był niesamowicie ciężki do oglądania. Musiałam stać i obserwować, jak chłopak napina mięśnie i stara się powstrzymać przed kolejną godziną szlochu. Zaciągał nosem, po czym ocierał swoją twarz rękawem starej bluzy, którą dostał od zmarłego przyjaciela na piętnaste urodziny.
- Ja.. – zawahał się, zanim dokończył wypowiedź – Ja nie chcę zemsty.. – wyznał – Chcę tylko wiedzieć dlaczego… Rozumiesz? Chciałbym wiedzieć dlaczego właśnie on…
Kiedy pierwsza łza spłynęła po jego policzku, moje serce rozpadło się na milion kawałkow tak samo, jak rozpadał się sam Calum. Zanim przyciągnęłam go do siebie, pozwalając płakać w moje ramię, zdążyłam jedynie wymamrotać, jak bardzo mi przykro. Później przez dobre pół godziny, obejmowałam go milcząc i pozwalając wylewać cały swój żal poprzez płacz. Sama dołączyłam do przyjaciela Ashtona, pogrążając się w większej rozpaczy. Pomimo żywych kolorów, jakie nadawała pogoda, ten dzień należał do szarych, pozbawionych uroku i melodii. Był beznadziejny.
Calum poprosił mnie, o chwilę samotności, dlatego wróciłam do domu, gdzie Ashton i Michael przygotowywali się do pogrzebu. Cassie siedziała w salonie, nucąc pod nosem kołysankę, niegdyś śpiewaną nam do snu przez moją mamę. Miałam ogromne wyrzuty sumienia. Wszelkich przykrości i cierpień doświadczyła z mojej winy. Gdybym tylko trzymała ją z daleka od spraw Cienia, nie poznałaby Luke’a i nie opłakiwałaby go, zamykając się na świat.
- Rozmawiałaś z nim? – usłyszałam głos za plecami i gwałtownie odwróciłam się.
- Nie mówił zbyt wiele – odpowiedziałam Michaelowi – Jedynie wspominał.
Clifford nie spał od trzech dni. W przeciągu całego mojego pobytu w Hurstville, budziłam się codziennie o tej samej godzinie. Schodziłam po schodach na palcach, aby nikogo nie zbudzić, jednak Michael nigdy nie spał. Mijając jego pokój, zawsze sprawdzałam przez uchylone drzwi, czy usnął, ale on siedział na łóżku, co chwila przecierając twarz.
Ashtona zaś był gościem w swojej własnej posiadłości. Zarówno w nocy, jak i za dnia sporadycznie pojawiał się w domu, zabierając kilka dokumentów lub narzędzi. Oczywiście nie mógł tu spędzać dużej ilości czasu, jako osoba poszukiwana, ale to wcale nie oznaczało, że musi uznawać nas za kompletnie nieznajome osoby. Podczas jego powrotów panowała cisza. Irwin wchodził milcząc i milcząc wychodził. Zupełnie, jakby nas nie było.



Sean wszedł, niczym do swojego lokum, a Calum tuż za nim. Z nienawiścią patrzył na starszego Fletchera. Ten zaś rozejrzał się po pomieszczeniu dokładnie, a potem uśmiechnął się, mijając wzrokiem nasze spojrzenia pełne nienawiści. Wyjął dłonie z kieszeni, otrzepał spodnie, po czym stanął przed nami wszystkimi lekko zgarbiony, ale dumny.
- Cóż, za wiele się nie zmieniło, Irwin – stwierdził i nie musiał czekać, aż krew zagotuje się w ciele Ashtona.
Twarz blondyna poczerwieniała, a oczy wypełniła ciemność rozbudzona wstrętem i nienawiścią do swojego dawnego mentora. Podszedł do niego i zamachnął się, aby wymierzyć cios, jednak ten pochylił się, po czym uderzył pięścią w brzuch Irwina. Ten zgiął się w pół, ale szybko ponownie stanął do walki, nie poddając się. Złapał starszego Fletchera w biodrach , a następnie pchnął do ściany. Gdy ten już był gotów do wyjęcia broni, Ashton prędko uderzył go w twarz, a potem cisnął kolanem w jego brzuch. Pistolet upadł na podłogę. Irwin, żeby dobić przeciwnika, uniósł łokieć, aby później wbić go w środek kręgosłupa Fletchera. Kiedy ten stracił na siłach, Ashton zacisnął dłonie na jego koszuli i przyparł go do ściany. Nie zdążyłam się zorientować, a blondyn już miał w ręku niewielki scyzoryk, który przyłożył do bladej szyi Seana.
- I co teraz? – warknął wściekle Ashton – Nie sądziłeś, że uczeń może przerosnąć mistrza, co? – zapytał.
W pewnym momencie tkwiłam w przerażeniu, iż Ashton znowu staje się tym, kogo nie chciałam po rak kolejny zobaczyć. Sądziłam, że znowu zatraca się w mroku, jaki zapanował właśnie przez Seana, ale z drugiej strony chciałam, aby poniósł konsekwencje swoich czynów zarówno jak reszta, więc stałam w milczeniu obserwując, co nastąpi dalej, chociaż nie ukrywałam, nie chciałam oglądać śmierci Seana Fletchera, którego w dodatku zabijał Ashton – człowiek przeze mnie kochany.
Sean roześmiał się głośno, patrząc prosto w oczy Irwina, co tylko pobudzało drzemiącą w nim bestię. Widziałam, jak zerkał na skórę swojego przeciwnika i czekał na odpowiednią chwilę, żeby przesunąć po niej scyzorykiem. Moje serce kołatało niczym szalone. Zastanawiałam się, do czego zdolny jest Ashton. Sam kilka dni temu wrócił do swojego zawodu, oświadczając mi to jasno i wyraźnie. Nie byłam jednak przekonana, czy mógłby zabić go na moich oczach, o ile jeszcze pamiętał, że znajdujemy się w tym samym pomieszczeniu.
- Jesteś tak samo durny, jak twój brat - syknął Irwin, przyciskając scyzoryk bardziej do skóry Seana - śmiejesz się z własnej porażki.
- To nie ja ponoszę porażkę, a ty - odparł, a Ashton zmarszczył brwi nie mając pojęcia, o czym mówi Sean. Czarnowłosy sięgnął dłonią do kieszeni, po czym wyjął z niej kartę. Uniósł rękę, a później przekręcił, abyśmy wszyscy ujrzeli króla kier. Ashton automatycznie odsunął się od swojego byłego mentora, otwierając szeroko usta. Sean spoważniał, jakby ta sytuacja przestała go bawić w momencie, kiedy Irwin nie spełnił swoich marzeń.
- Dostałeś króla… - szepnął Irwin zaskoczony.
- A ty dostaniesz damę, kiedy mnie zabijesz, bo tego właśnie chce ten palant, który z nami pogrywa. – dodał Sean.
Każdy z nas podejrzewał Seana o bycie karciarzem. Byłam również pewna, że Ashton sądził, iż to właśnie jego dawny nauczyciel zabił Luke’a. Nie miał już wątpliwości, dlatego tak zareagował na jego wizytę. Ale skoro Sean przychodził do nas z kartą… nie mógł ich wykładać… chyba, że to była część jego chorej gry.
Ashton zacisnął usta, bacznie przyglądając się starszemu Fletcherowi. Po raz pierwszy nie potrafiłam wyczytać z jego reakcji, co planuje zrobić następnie. Widziałam tylko zaszklone oczy i napinające się mięśnie. Powstrzymywał swoją złość do ostatniego momentu, ale nie wytrzymał więc postanowił wyładować się, na najbardziej odpowiedniej osobie.
Zacisnął dłonie na koszuli Seana i ponownie przyparł go do ściany w akcie desperacji. Niepoczytalność w jego zachowaniu oraz sięganie do ostatnich desek ratunku, jakimi było zwykłe wypuszczenie emocji i błagalna, ale jednocześnie stanowcza prośba dawała nam wszystkim do zrozumienia, że Ashton Irwin balansował na cienkiej linii pomiędzy spokojem, a szaleństwem.
- O co w tym chodzi, Sean? - zapytał załamanym głosem, a jego wargi drżały - Powiedz mi - wyszeptał.
- Ktokolwiek wykłada karty, wykreował nas na swoje marionetki - oświadczył - Każdego z nas - dodał, aby uświadomić nas, że on także stał się ofiarą gry – Ale przesyła nam również wiadomość. Już wiemy, że dama pik zabija króla kier, jak jest to zobrazowane na samej karcie. – wyjaśniał – Co oznacza, że zabijając mnie staniesz się damą, bo ja zszedłem z asa na miejsce króla.
- Czekaj, dostałeś asa? – zapytał Michael.
- Asa trefl, jeszcze zanim tu przyjechałem – odpowiedział, poprawiając swoją marynarkę.
Obszedł nas, a potem zajął miejsce na kanapie, rozsiadając się. Wyjął z kieszeni papierosa, którego później zapalił i począł rozkoszować się smakiem oraz zapachem nikotyny. Ja zaś próbowałam przeanalizować jego słowa. Za wszelką cenę musieliśmy dojść do jakiegoś rozwiązania, jak najszybciej. W końcu, po głębokich przemyśleniach, przypomniała mi się kwestia wróżenia z kart, kiedy to każdy kolor i figura musiały coś oznaczać.
- To nie musi być ranga – wtrąciłam, a wzrok każdego z osobna zwrócił się ku mnie – Ciotka Eleanor kiedyś wróżyła z kart, każda miała jakieś znaczenie. Jeżeli są wiadomością, mogą nie tylko określać rangi.
- Niespodzianka – wymamrotał Sean, wyjmując fajka z ust– As trefl zwiastuje niespodziankę, sam wysyłałem tę kartę.
- A reszta? – zapytał Calum, a wtedy zwrócił na siebie uwagę Fletchera.
- Wyglądam na wróżbitę? – odpysknął obojętnie.
- Cóż.. ta burza loków może zmylić – dodał Ashton - Brakuje ci jeszcze kuli.
- A więc musimy poznać znaczenie każdej z osobna – powiedział Clifford, aby załagodzić sytuacje między chłopakami. Oboje wiedzieliśmy, że kolejna kłótnia jest w tej chwili zbędna – Jeżeli wszystko złączy się w jedną całość, rozwiążemy zagadkę, tak?
- Moja droga Caitlin, zamienisz się w detektywa i odwiedzisz ciotkę, zanim cię uprzedzę? – Sean skierował swoje pytanie do mnie – Chyba nie muszę wspominać, że moja wizyta może nie być tak przyjemna, jak twoja.
Zmierzyłam go morderczym wzrokiem. Ten człowiek wzbudzał we mnie masę mieszanych emocji. Wyglądał na dobrą i spokojną osobę, podczas gdy zabijał bez skrupułów. Nie mrugnął nawet, kiedy strzelał do swojego wspólnika, a także przyjaciela. Nie potrafiłam powstrzymać obrzydzenia i wstrętu, jaki odczuwałam przy Seanie.
- Jest jedna luka – mruknął Calum – Nie mamy pewności, czy to Ashton ma być damą – spostrzegł - Ten ktoś może nie wiedzieć o jego istnieniu, a wtedy ty Fletcher jesteś na celowniku.
- Trafna uwaga – zauważył Sean – Ale jestem przygotowany na wszelkiego rodzaju odwiedziny.
- A co jeśli jednak wie? Może chce odwrócić naszą uwagę? – zagadałam.

Ashton uderzył pięścią w stół wyrywając nas wszystkich z zamyślenia. Wszyscy popatrzyliśmy w jego kierunku. Po raz pierwszy oglądałam Ashtona w takim stanie. Nie był sobą, ani Ashtonem Irwinem, ani Cieniem. Był kompletnie zbity z tropu, zagubiony i nie mógł podołać wyzwaniu rozwiązania zagadki. Presja w niego uderzyła. Śmierć Luke’a była czymś więcej, niż stratą przyjaciela. Ten ruch złamał Ashtona psychicznie. Złapał się za głowę i rozpaczliwie począł chodzić od jednego końca pokoju do drugiego.
- Przepraszam was – wyznał – Zawiodłem i ciągle zawodzę – szepnął – Nie mam już siły na tą grę. Czuję, że upadam pod tym całym ciężarem.
Nastała cisza. Nikt nie wypowiedział żadnego słowa, budującego czy dołującego, bo nie byliśmy w stanie pocieszyć Ashtona, nawet ja. Cierpiałam widząc go wyczerpanego, zdezorientowanego, pozwalającego wpuszczać ten cały chaos do swojej głowy. Nie umiałam mu pomóc, żadne z nas nie umiało, ponieważ tkwiliśmy w tej samym labiryncie, szukając wyjścia. Jedni znosili to lepiej, drudzy natomiast gorzej.
- Irwin – warknął starszy Fletcher patrząc chłodno na swego starego ucznia. Podszedł do niego, a potem położył dłoń na jego ramieniu. Spojrzał blondynowi w oczy swym piorunującym spojrzeniem i gdy już myślałam, że stanie się coś strasznego, ten zaś zdecydował się na słowa otuchy. – Nikt ci nie zabrania upaść – powiedział – Ale najważniejsze jest, abyś z tego upadku się podniósł.
Niespodziewanie w pokoju rozbrzmiał dźwięk mojej komórki. Sięgnęłam do kieszeni spodni, żeby sprawdzić przychodzące połączenie. Ku mojemu zdziwieniu, dzwoniła Theresa. Dotknęłam palcem wskazującym ust, aby poprosić wszystkich obecnych o ciszę, a potem przesunęłam palcem po wyświetlaczu w celu rozpoczęcia rozmowy.
- Cześć, Theresa – zagaiłam.
- Witaj, Caitlin – odezwała się, a jej głos wydawał się drżeć – Mam pewną sprawę…
Zmarszczyłam brwi, patrząc po każdym z osobna. Ashton gestykulując poprosił, abym przełączyła rozmowę na tryb głośnomówiący, a ja wykonałam polecenie.
- Mów, śmiało – poprosiłam.
- Pamiętasz morderstwo Logana Fletchera? – spytała, a Sean od razu zainteresował się konwersacją. Usiadł prosto i w skupieniu słuchał dziewczyny, po tym jak przytaknęłam – Dostał kartę, damę pik.
Ashton popatrzył na mnie pytająco, ale wzruszyłam ramionami. Nie wiedziałam do czego zmierza Theresa.
- Tak, kojarzę… - nagliłam dziewczynę – Znaleziono odciski palców? – dopytywałam.

- Nie – szybko zaprzeczyła – Problem polega na tym, że… ja też dostałam kartę.

piątek, 19 czerwca 2015

Rozdział 33

muzyka: klik


Moment ciszy, w którym jechaliśmy stanowił pewną wątpliwość. Wydawało mi się, że Ashton martwił się czymś, o czym nie zamierzał mi mówić. Sądziłam, że skoro nasza relacja została wyjaśniona, teraz będzie już tylko lepiej i znów zaczniemy się dogadywać, a także współpracować po dobroci. Pragnęłam się tym cieszyć. Napawać szczęściem, które chociaż w małym procencie nadeszło. Całować go, przytulać, być jego ostoją, bo w końcu mogłam sobie na to pozwolić. Nie czułam nienawiści, złości czy wyrzutów sumienia. Moje ciało oraz duszę wypełniała czysta miłość. Zresztą, Ashton miał na pewno podobnie, jednak ciężko było mu się przestawić, co musiałam zrozumieć. Nad ranem omówiliśmy wiele kwestii, które do tej pory nie były jasne. Jeżeli coś przede mną ukrywał, na pewno nie polepszało to naszych kontaktów, ale próbowałam nie naciskać. Zrobił dla mnie wystarczająco wiele, abym mogła poczekać na jego całkowite oddanie i zaufanie.
- Dokąd jedziemy? - zapytałam, aby przerwać milczenie.
- Do twojej mało inteligentnej przyjaciółki - oznajmił - Mike i Calum powinni już tam być. Wspólnie porozmawiamy i ustalimy kilka spraw, dopóki nic się nie dzieje.
- A może się coś wydarzyć?
- Nie może - odparł szybko, a potem odwrócił głowę w moim kierunku - Ktokolwiek coś planuje, to nie może się wydarzyć.
W trakcie przechylania mojej głowy do okna, napotkałam wzrokiem pudełko z talią kart, które leżało na panelu. Zmarszczyłam brwi przyglądając się to opakowaniu, to Ashtonowi. Gdy ten zauważył moją reakcję, na jego twarzy wymalowało się zmartwienie, jakby w ogóle nie chciał poruszać tego tematu, chociaż był istotny, a właściwie kluczowy. Jeżeli napotkał jakąś lukę, która pozwalała na rozwiązanie zagadki... musiałam wiedzieć o wszystkim, aby wspólnie z nim pracować nad różnymi teoriami dotyczącymi mordercy.
- Po co ci one? - spytałam.
- Szukałem odpowiedzi - krótka odpowiedź uleciała z ust Ashtona.
- Chcesz znaleźć tego, kto je wyprodukował? – dochodziłam, oczekując szczegółowych wyjaśnień.
Blondyn pokręcił głową przecząco.
- Jest mnóstwo producentów kart, to bez znaczenia… zastanawia mnie co innego…
- Kto ją wysłał? – zadałam pytanie, zanim on zdążył to zrobić – To nie musiał być Logan na samym początku? Może to był Will? Znaczy Jack?
- Nie o to chodzi, Caitlin – spojrzał na mnie – Nieważne kto wysłał tą pieprzoną kartę. Grałaś w to kiedyś w ogóle?
- Masz na myśli, czy grałam w karty? Oczywiście, ale co to ma do rzeczy?
- Znasz talię – odparł – As nie jest najsilniejszy.
Jego wyjaśnienia naprowadziły mnie na pytanie, które zadawał sobie w głowie. Wysłanie karty było celowe. Dopiero teraz to rozumiałam. Ktoś stworzył swoją własną grę, bawiąc się z nami. Nie wiadomo czy tą osobą był Logan, który później popełnił samobójstwo, zostawiając nam kontynuację zabawy, ale jak Ashton powiedział – to nie twórca gry był ważny, ważne były jego pionki. To cały sens zagadki.
- Kto jest Jokerem… - wyszeptałam, zaczynając wkręcać się w całą grę.
Ashton zaparkował, po czym oboje wysiedliśmy z auta. Chwilę kontynuowałam temat. Chciałam poznać pomysły Irwina, ale nadal skrywał przede mną kilka faktów, a przynajmniej takie miałam wrażenie. Czułam, że poszerzył swoją wiedzę już dawno, ale z nikim się nie dzielił. Dlaczego to robił?
Niespodziewanie usłyszeliśmy huk, który wprawił nas w zdziwienie. Odwróciłam głowę w stronę Irwina, patrząc na niego pytająco, ale on jedynie posyłał mi to samo spojrzenie.
- Czy to dochodziło... - rozpoczęłam pytanie, ale Ashton nawet nie zaczekał, aż je dokończę. Zza koszulki wyjął pistolet i rzucił się do biegu, kierując się prosto do domu Cassie. Ruszyłam za nim. Biegłam ile sił w nogach, a motywował mnie fakt, że dźwięk faktycznie mógł dochodzić z posiadłości Cassie. Gdy wyobrażałam sobie, że coś mogło jej się stać, chciałam jak najszybciej dostać się do jej domu, żeby upewnić się, że fikcja, jaką trzymałam w głowie była tylko złudzeniem. Ale, kiedy znalazłam się w środku, zrozumiałam, iż moje obawy sprawdziły się, jednak na innej osobie.
- Drogi Boże, Luke! - wrzasnęłam na widok blondyna, który jęczał z bólu, wijąc się po podłodze.
Siedzący obok niego Ashton zdjął swoją koszulkę i zwinął ją, żeby później przycisnąć do rany, jaka została po pocisku, który trafił blisko serca Luke'a. Cassie trzymała na swoich nogach głowę blondyna, pogrążając się w rozpaczy. Próbowałam spytać, co się wydarzyło, ale dziewczyna nie była w stanie opowiedzieć mi żadnej historii. Plątała się, jąkała, po czym rozpłakiwała. Nie mogłam z nią rozmawiać.
Leżał płasko na ziemi, trzymając swoje dłonie na brzuchu. Jego ubrania poplamione były krwią wypływającą z rany, którą zrobiła kula. Łapał gwałtownie powietrze, krztusząc się co kilka sekund. Z jego ust również wypływał czerwony płyn, co potęgowało zdenerwowanie każdego z nas. Jeżeli krwawił na tyle obficie, to oznaczało tylko jedno.
Luke umierał.
- Luke.. Luke, proszę.. Hemmings! - wydzierał się Ashton, a łzy przedzierały się przez w pół zamknięte powieki. Trzymał blondyna za dłoń, zmrużonymi oczami pełnymi łez oglądając, jak jego przyjaciel traci siły. Powtarzał mu, że wszystko będzie dobrze, a jedyną rzeczą, jaką musi zrobić to znaleźć w sobie energię, aby utrzymać się przy życiu. Młody chłopak zdołał unieść swoją rękę, aby złapać Irwina za nadgarstek. Ich spojrzenia się spotkały. Oczy Ashtona przepełnione żalem oraz rozpaczą, a Luke'a zmęczeniem i bólem. Błękitne tęczówki niegdyś z intensywnością i żywiołem, poszarzały.
- Jest o...o..ok..okej, stary - wydukał, krztusząc się własną krwią - Nic.. s..się.. nie.. stało.
- Nie, Hemmings, nie zrobisz mi tego - warknął Ashton, ściskając jego dłoń mocniej - Nie możesz umrzeć, rozumiesz? Jeszcze tyle życia przed tobą, Luke!
- U.. umie..ram.. spe..łniony - odparł, a moje usta otwarły się szeroko.
Jak Luke mógł mówić takie słowa? Miał ledwo dwadzieścia lat! Czekało na niego mnóstwo przygód, a także etapów życiowych, przez które jeszcze nie przebrnął. Osoby w jego wieku umierały niesprawiedliwie, więc on nie mógł podzielić ich losu. Nie w tym momencie. Nie, kiedy wszystko zaczynało się układać, a my współpracowaliśmy razem.
- Co.. - szepnęłam, a on obdarował mnie słabym spojrzeniem. Kąciki jego ust uniosły się o kilka centymetrów, delikatnie, tworząc pół uśmiech.
- Dziękuję - mruknął - Dałeś mi życie, o jakim marzyłem od dzieciaka, Ash - powiedział Luke, tym razem zerkając na sufit - Sam podejmowałem decyzję, mia.. mia.. miałem u boku swoich braci, ba...balowałem z najlepszymi foczkami - prychnął, a nawet zaśmiał się, zwiększając tylko ilość łez w oczach Irwina - Zakochałem się - wyznał, a mnie zakłuło w sercu, bo wiedziałam, o kim mówi. Myśl, że chłopak Cassie umrze, a w dodatku ona musi na to patrzeć, była okropna. - Jeździ.. łem.. najlepszymi... fu..rami..., w wy..wy..wyścigach! Niczego wię..cej nie.. oczekiwałem..
- Stul pysk, Luke - przerwał mu Ashton - To nie jest koniec.
- To ty... m..mówiłeś.. że.. nn..nie warto prze..dłuu..żać i my..dlić..sobie oczu.. kiedy się.. u...umie..umiera -
- Ale nie umierasz!
- Pożegnaj się - poprosił blondyn - I pożegnaj ode mnie chłopaków..
Nagle w progu otwartych drzwi stanął Calum. Szeroko otwartymi oczami lustrował ciało swojego przyjaciela, a gdy zobaczył czerwoną plamę na jego koszulce w okolicach klatki piersiowej, rzucił się do biegu. Przyklęknął przy Luke'u, wołając desperacko jego imię. Tuż zanim wszedł Michael, również nie kryjąc swojego zaskoczenia. Podbiegł do swoich przyjaciół, po czym usiadł na ziemi.
- Rodz...Rodzinka.. w.. kom..komplecie - zażartował Hemmings.
Chłopcy dopytywali się, co takiego miało miejsce w tym domu, jednak Ashton nie potrafił udzielić im odpowiedzi. Nie odrywał wzroku od Luke'a, zupełnie jak Calum, który wyglądał, jakby wyrwano mu połowę serca z piersi. Właściwie, tak było. Przyjaźnili się najdłużej. Łączyła ich specjalna więź. Można było powiedzieć, że stanowili jedność, ale teraz właśnie jedna cząstka odchodziła, zostawiając resztę na samotną podróż po świecie.
- O..obiecaj mi.. coś.. - Luke zwrócił się do Michaela - Nie farbuj ta...tak.. czę...sto tych... kudłów...
- Luke, ty..
- Obiecaj - syknął.
- Obiecuję...
- A ty znajdź i zrób porządek z tym wariatem, który mnie tak urządził - swoje słowa skierował do Ashtona, a ten skinął. Palcem wskazał na kieszeń spodni, a Ashton szybko włożył tam swoją dłoń i odnalazł nic innego, jak przeklętą kartę. Jęknęłam zrezygnowana, zdając sobie sprawę, że ten drań, który nas ścigał miał to w swoich planach od dawna. Wszystko dopracował, a my nawet nie zauważyliśmy, jak precyzyjnie realizował swój cel.
Luke wzrokiem odnalazł Cassie, która skryła twarz w moich ramionach, ale odwróciła się, gdy tylko usłyszała, jak woła jej imię.
- Kocham Cię - oświadczył, a później poruszając jedynie ustami bezdźwięcznie przekazał mi wiadomość - Opiekuj się nią.
Został jedynie Calum, który zalewał się łzami odkąd przekroczył próg.
Luke nie był w stanie unieść głowy spoczywającej ciężko na podłodze, jednak gdy popatrzył na Caluma, zdobył się na łagodny uśmiech. Ciemnowłosy nie potrafił powstrzymać szlochu. Ścisnął jego dłoń, mocno, ostatni raz. Blondyn oddychał z trudem, jakby się dusił. Nie wiedziałam, jak mogłabym się opanować. Widziałam już umierających, ale ta śmierć wstrząsała mną o wiele bardziej, niż wszystkie inne. Była gwałtowna i wolna, sprawiająca Luke'owi mnóstwo cierpienia.
- Wybacz mi.. - mruknął.
- Co? - Calum prawie pisnął.
- Nie powiedziałem ci... - zrobił pauzę, aby kaszlnąć, po czym kontynuował - O planie Ashtona... Wybacz.
- Ale, Luke, ja... - plątał się ciemnowłosy, całkowicie zaskoczony, że akurat teraz, w tym momencie, Luke pragnie rozmawiać właśnie o tym.
- Nie chcę.. żebyś... m...mnie.. nienawidził.
Calum otworzył szeroko oczy i widziałam, że gdyby Luke był w normalnym stanie, uderzyłby go po głowie, za bzdury, jakie wygadywał. Nie spodziewał się takiego przejęcia z jego strony tą sytuacją. Poczuł się winny, ale jednocześnie zrozumiał, jak wiele znaczył dla blondyna i dlaczego ten nie chciał mu powiedzieć. W końcu spróbował uszanować i podziwiać Luke'a, za jego milczenie oraz lojalność. Być może nie w stosunku do niego, ale nawet fakt, iż zatrzymał sekret Ashtona dla siebie, pozwolił mu myśleć, że jego tajemnice, o których wiedział Luke również były bezpieczne.
- Nie nienawidzę cię - odparł Hood łamiącym głosem - Nie mógłbym.
Głaszcząc głowę swojego przyjaciela, który słabł z minuty na minutę, łzy spływały coraz to szybciej po twarzy Caluma. Nie mógł znieść oglądania Luke'a w takim stanie, a już na pewno nie mógł dopuścić do siebie myśli, że nadchodził jego koniec.
- Z...zawsze.. - zaczął Hemmings, ale Calum przerwał mu, doskonale wiedząc, co zamierza powiedzieć. Nie chciał tego słyszeć, nie potrafił się pogodzić z faktem, że muszą się pożegnać właśnie w tym momencie. Nie dopuszczał do siebie myśli, że Luke'a jutro czy pojutrze może nie być. Nie zgadzał się, aby jego najlepszy przyjaciel poddawał się bez walki o swoje życie.
- Nie mów tego... - desperacko wtrącił, mając nadzieję, że to tylko zły sen.
- Zawsze.. będziesz... mo..moim..
- Luke.. - błagał Calum.
- Zawsze..b.. będziesz.. mm..moim... bratem.
Zapadła cisza. Każdy z obecnych wziął głęboki wdech, kiedy zobaczył, jak życie ulatywało z ciała Luke'a w przeciągu kilku sekund zostawiając je blade, chłodne i puste. A błysk w oczach, oraz zadziorny uśmieszek więcej się nie pojawiły.  Przyłożyłam palce do nadgarstka Luke’a, ale nie odczułam bicia jego serca. Zacisnęłam powieki, puszczając łzy wolno. Ashton wołał swojego przyjaciela, nie mogąc wybaczyć sobie, że wszedł do domu za późno. Michael objął Caluma, cicho łkając. Hood jednak odsunął się, podkulił nogi i rozpłakał, niczym małe dziecko.
Odszedł. Luke po prostu umarł, zostawiając nas wszystkich samych, pogrążonych w bólu, stojących nad jego martwym ciałem. Wydał z siebie ostatnie tchnienie, po czym uciekł do krainy, w której możliwe, że kiedyś dane nam będzie się spotkać. Nagle zatrzymał się czas. Stałam, oglądając tę całą tragedię i zastanawiałam się, czy to naprawdę musiało się wydarzyć. Dlaczego ktoś, był na tyle uparty i mściwy? Za co to robił? Nie umiałam również uciec od myśli, że gdybyśmy tylko weszli wcześniej... uratowalibyśmy Luke'a. Zamiast tego, obserwowaliśmy jego twarz, która już na zawsze miała mieć ten sam wyraz.
Moje serce pękło na milion kawałków. Kurczowo trzymałam przy sobie szlochającą Cassie, pogrążając się w rozpaczy razem z nią. Luke nie powinien zginąć; nie zasłużył na taką śmierć. Irytował, zabawiał, walczył, jak reszta, a przede wszystkim był za młody, aby umrzeć. Wpadł w tarapaty z naszej winy; wepchnęliśmy go do grobu. Gdybym tylko zmieniła zdanie i nie zostawiała ich samych, może to wydarzenie potoczyłoby się inaczej, a tymczasem popełniłam kolejny błąd.
Michael jako jedyny ośmielił się dłonią zamknąć oczy Luke'a, chociaż widziałam, że z trudem udało mu się opanować łzy. Rozpłakał się ponownie chwilę później, gdy odsunął się od przyjaciela. Calum szarpał przez moment ciałem blondyna, powtarzając, że tylko poszedł spać. Był niczym w transie. Nikt nie mógł go powstrzymać czy pomóc wrócić do rzeczywistości. Chłopak uśmiechał się, wmawiając sobie, a także wszystkim, że Luke na chwilę zasnął. Ściskał jego ramię, prosząc, aby skończył żarty i otworzył oczy, ale on cały czas miał je zamknięte. Nie żył, jednak nikt nie potrafił pogodzić się z jego śmiercią.
- Nie… - mruknął Calum – Nie..
Ciemnowłosy pokręcił głową, a następnie przysiadł prostopadle do przyjaciela. Począł reanimację. Uciskał klatkę piersiową Luke’a z nadzieją, że ten da jakąś oznakę życia już za chwilę. Nie dopuszczał do siebie myśli, że Hemmingsa nic już nie uratuje, że było za późno. Wciąż miał nadzieję, ale i ona go zawiodła.
- Cal… - Michael próbował odsunąć Hooda, ale ten wciąż liczył uciśnięcia – Cal to koniec…
- Calum.. – szepnęłam, spoglądając na niego zapłakana.
- NIE! - wrzasnął, a w salonie zapanował chaos, kiedy Calum rzucał się, wciąż próbując uwierzyć, że Luke nadal żyje. Michael odsuwał go, a ja uspokajałam. Cassie siedziała przy martwym chłopaku, tuż obok Ashtona, który w pewnym momencie ucichł. Udało się podźwignąć dopiero po kilku minutach. Głowę miał spuszczoną, a ciałem wstrząsały drgawki. Zdjął podtrzymującą jego włosy bandanę z głowy, a na jego czoło opadły krótkie kosmyki, tworząc cienką grzywkę. Z dłoni co chwila formował pięści, a jego mięśnie napinały się stopniowo. Po przeczytaniu tekstu na odwrocie karty, zgniótł ją i rzucił na ziemię. Wiedziałam, co krążyło po jego głowie - pragnienie zemsty. Mrok znowu otulał jego umysł, a on nie przeciwstawiał się, bo tym razem chodziło o jego przyjaciela, brata, członka rodziny. Nie starał się bronić, wręcz przeciwnie - wpuszczał gniew do swojego ciała wolno, żeby nikt nie mógł go powstrzymać.
Skręcił w kierunku drzwi, a potem opuścił dom. Nie mogłam stać i obserwować, jak znów zamierza niszczyć swoje życie. Domyślałam się, jak bolała strata przyjaciela, zwłaszcza tak bliskiego. Musiał wyładować emocje, ale nie w sposób, który uważał za dobry. Ciemność nie miała prawa po raz kolejny zmuszać go do złego.
Wybiegłam za blondynem, wołając błagalnie jego imię. Odwrócił się dopiero za piątym razem, a jego oczy były ciemne i zupełnie puste, jakby wyzbył się każdego uczucia, które jeszcze kilka minut temu zdawało się mu towarzyszyć.
- Czego chcesz? - zapytał.
- Nie rób tego - poprosiłam, ocierając rękawem bluzy łzy z policzków - I nie pytaj czego, bo dobrze wiesz.
Ashton podszedł do mnie, a kiedy staliśmy naprzeciwko siebie, dzieliły nas jedynie centymetry. Wtedy zobaczyłam w tym spojrzeniu ogrom złości. Jego ciało było nagrzane, gdyby mogło - wrzałoby. Bałam się, że nadszedł moment, w którym po raz kolejny obejrzę Ashtona Cienia Irwina w furii.
- Zabiję tego sukinsyna - wysyczał - Dociera to do ciebie?
- Nie wiesz, kim on jest - powiedziałam oschle.
- To Sean - warknął - Sean Fletcher, ta fałszywa szuja.
Odwrócił się napięcie i począł odchodzić ode mnie, ale zatrzymałam go czym prędzej.
- Jaką masz pewność?
- Znam go, Caitlin - odparł pretensjonalnie, jakby fakt, że znał go dość długo był wystarczającym dowodem.
- Intuicja czasem myli.
- Nie moja.
- Ashton, proszę.. musisz.. - starałam się załagodzić sytuację i opanować chłopaka, ale wcale mi się nie udawało. Zdążyłam jedynie poczuć ból, kiedy dłonie Ashtona oplotły moje ramiona, ściskając z całej siły skórę. Przez moje ciało przebiegły dreszcze, kiedy chłodnym spojrzeniem mierzył mnie od stóp do głów. Zachowywał się, jakby jego serce nagle zmieniło się w kamień, a to nie wróżyło niczego dobrego.
- Nie, to ty musisz zrozumieć, Caitlin jedną rzecz - wrzasnął - Ludzie mogą mnie mieszać z błotem, uważać za zabójcę, którym właściwie jestem, ale nikt nie ma prawa tknąć ludzi, których kocham. - oznajmił jasno i wyraźnie - Jestem Cieniem, czy ci się to podoba czy nie i zamierzam pokazać temu bydlakowi, w jakie bagno się wpakował.
Puścił mnie gwałtownie tak, że prawie upadłam na ziemię. Zachwiałam się, w ostatniej chwili opierając o ogrodzenie. Starałam się unormować oddech. Ashton zaś nie przejął się moim stanem, a poszedł do auta, zapalił silnik i odjechał. Niesamowite, jak ten człowiek potrafił zmieniać swój nastrój w przeciągu sekund, minut czy dni.. Jednego dnia mnie kochał, natomiast drugiego.. zdolny był zabić każdą osobę wchodzącą mu w drogę - nawet ukochaną.

środa, 10 czerwca 2015

Rozdział 32 (część druga)

muzyka <klik>

Siedziałam na chłodnej terakocie, tuż przy drzwiach balkonowych w samych majtkach i za dużym topie Ashtona, okrywając dłońmi ramiona. Nie odczuwałam chłodu, ale nieświadomie pocierałam swoje ciało, wytwarzając ciepło. Intensywnie wpatrywałam się w chmury, z  których za chwile spaść miał deszcz, a przynajmniej na to właśnie wyglądało. Zablokowałam każdą myśl, a moją głowę wypełniała pustka. Obraz wczorajszej nocy przebiegał przez mój umysł i chociaż chciałam przez chwilę odpłynąć, wracałam do najcudowniejszego momentu mojego życia, kiedy to emocje oraz uczucia wzięły górę tuż po tym, jak Ashton wyznał mi miłość.
Całował zachłannie i pożądliwie, a ja nie powstrzymywałam go. Zatapiałam palce w jego puszystych kręconych włosach, oddając się całkowicie pod jego władanie. Być może postradałam zmysły, ale potrzebowałam bliskości, pocałunków, głosu, Jego. W jednej sekundzie odbiegałam od rzeczywistości, wkraczając do idealnego świata, który wykreowałam już za naszych początków. Nie spostrzegłam, kiedy blondyn uniósł mnie i poprowadził do sypialni. Wszystko działo się naturalnie, a jednocześnie niespodziewanie. Pocałunek zamienił się ze zwykłego w pełen namiętności i pożądania. Nie pragnęłam niczego, ani nikogo innego niż Ashtona w całej okazałości. Moje serce biło szybko i mocno, a ciało stawało się coraz bardziej gorące. Ze splecionymi nogami wokół jego bioder, niesiona przez niego, podążałam do sypialni, gdzie później znalazłam się na łóżku. Składałam mokre pocałunki na jego szyi, dopóki nie zdjęłam jego koszulki. Być może nie odważyłabym się na ten ruch, gdyby w moim organiźnie nie byłoby alkoholu. Zobaczyłam znów jego szerokie, umięśnione ramiona. Mogłabym widzieć go codziennie w takim wydaniu. Ashton bez koszulki prezentował się doskonale. Dotykałam go. Pieściłam dłońmi każdą część jego boskiego ciała. On zaś nie zdecydował się na bycie mi dłużnym. Prędko pozbył się moich ubrań, abym mogła stać przed nim w samej bieliźnie. Jego oddech odbijający się o moje ucho powodował, że traciłam kontakt ze światem, zwłaszcza, gdy szeptał, jak piękna dla niego jestem. Mówił, że mnie kocha i potrzebuje, a ja pochłaniałam każde słowo, powtarzając je sobie w głowie. Byłam niczym w transie, z którego nawet nie miałam ochoty wychodzić. Podobała mi się hipnoza, w którą trafiłam.
Niespodziewanie znalazłam się pod nim. Ustami zjeżdżał niżej, aż dotarł do koronkowych majtek, w kolorze bieli, które z łatwością zniżył. Czułam się, jakbym trafiła do raju, kiedy wszedł we mnie palcem. Jęknęłam z rozkoszy, co tylko dało satysfakcję Ashtonowi, a także możliwość kontynuacji tych rozkoszy. Nim spróbowałam uporać się z szaleństwem, jakie panowało wokół i spostrzegłam pustą paczuszkę po prezerwatywie na nocnym stoliku, blondyn wszedł we mnie. Na początek subtelnie i delikatnie, ale później z energią i pożądaniem.
I kochaliśmy się. Czule, namiętnie i romantycznie, wkładając w to całe nasze serca, tańczące w tym samym rytmie. Oddałam mu siebie, w stu procentach, a on zrobił to samo. Nie mogłam czuć się lepiej.  Nie myślałam o niczym innym, a jedynie o Ashtonie i doznaniu, jakie dzięki niemu przychodziło. Oddałam się rozkoszy, zapominając o realnym świecie. Po raz pierwszy liczyło się tylko i wyłącznie to, co było między nami. Ta silna więź, której żadne z nas nie potrafiło się oprzeć. Miłość, której nie powstrzymaliśmy, bo miłości nie można powstrzymać. To uczucie można wyciszyć, na krótką chwilę, ale później wraca, ze zdwojoną siłą. Zamiast je blokować, powinniśmy byli je dopuścić do naszych umysłów, o wiele wcześniej.
Poczułam na swoich ramionach okrywający mnie materiał. Ashton nakrył moje ciało bluzą. Zajął miejsce obok mnie. Miał na sobie same jeansy. Po jego skórze przeszły dreszcze, kiedy wiatr musnął jego ciało. Milczał. Spoglądał na niebo, w to samo miejsce, w które patrzyłam ja. Po chwili wyjął z kieszeni swoich spodni paczkę papierosów. Zapalił jednego, zaciągając się - jak zwykle. Pewne rzeczy nie uległy zmianie. Dym rozpłynął się w powietrzu.  Wyciągnął fajka ze swoich ust i ułożył go między palcami. Uśmiechnęłam się krzywo, chociaż szczerze rozbawiło mnie jego zachowanie. To, jak mieć deja vu, jednak tym razem postawiłam na obrót sytuacji. Nagle zapragnęłam nikotyny. Zabrałam papierosa i również wzięłam bucha, nie krztusząc się, chociaż to był mój pierwszy raz od bardzo dawna. Zaspokoiłam swój głód, bo chyba tak mogłam to nazwać i oddałam blondynowi truciznę.
Przetarłam dłońmi swoją twarz, jakby ta czynność miała mi pomóc w całkowitym oczyszczeniu umysłu.  W końcu wszystko, co dobre, musiało się kiedyś skończyć, nieprawdaż? Powróciłam na ziemię, w burzę, która toczyła się w moim życiu, mknącym z prędkością światła.
Chciałam znaleźć sposób, aby mu wybaczyć.
Chciałam wymazać z pamięci wszystkie jego kłamstwa i żyć z myślą, że nigdy żadnych z nich się nie dopuścił.
Chciałam codziennie rano budzić się obok niego.
Chciałam już przez całe życie patrzeć na tą idealną twarz, z uśmiechem, którym mnie zarażał.
Chciałam zostać z nim na zawsze.
Chciałam, żeby wracał po południu zmęczony z pracy, normalnej pracy, gdzie czekałabym na niego z gotowym obiadem.
Chciałam stworzyć z nim coś zwykłego, a zarazem niezwykłego.
Nie mogłam, nie w miejscu, w którym ścigała nas przeszłość. To było niemożliwe – żyć naturalnie, jak szary, mały człowieczek. Nie przy życiu, jakie prowadziliśmy teraz. Nie w tym momencie.
Jednak może to właśnie w tym tkwił cały sens? Bo przecież, gdyby każdy dostawałby wszystko, co chce – życie stałoby się nic nie warte, a także przewidywalne. Może to tylko moja podświadomość wpajała mi do głowy argumenty ,,przeciw’’, nie chcąc ukazać tych ‘’za’’? Co, jeśli ciotka Eleanor miała rację? Możliwe, że nie zauważałam plusów, bo skupiałam się na minusach. Zachowywałam się, niczym prawdziwa pesymistka. Może nadszedł czas, żeby to zmienić?
To historia, historia napisana przez Boga. On postawił na mojej drodze Ashtona, mając na pewno jakiś powód. Może o to chodziło? Miałam zakochać się w wariacie, oszuście, przestępcy, a kłótnie i toksyczna relacja były dowodem naszego uczucia. Tego, ile dla siebie znaczymy. Pomimo wielu wad oraz przeciwności wracamy do siebie, jesteśmy silni, staramy się być. Walczymy z uczuciem, któremu powinniśmy dać wolność. Czyż nie?
Może tak miała wyglądać nasza normalność, a moim zadaniem było ją zaakceptować? Pogodzić się z faktem, że moja opowieść była inną od reszty, typowych bajek o perfekcyjnych związkach, pełnych uczucia, zakładaniu rodzin i normalnych pracach? Być może nasza normalność była inna, ale równie niesamowita?
Wciąż próbowałam to rozgryźć.
Ashton opuszkami palców dotknął mojego ramienia. Ukazał szereg białych zębów na widok dreszczy spowodowanych jego dotykiem. Wydawał się taki szczęśliwy, jakby moja obecność stanowiła coś ważnego, obowiązkowego i naturalnego.
Sięgnął po moją dłoń, a potem ścisnął ją delikatnie i przyłożył do swoich ust. Jego ciepłe wargi przylgnęły do mojej skóry, lekko ją muskając. Zacisnął powieki, utrzymując ten słaby, ale pełny pasji i uczucia pocałunek. Gdy otworzył oczy, spojrzał na mnie. Odsunął moją dłoń od swojej twarzy.
- Caitlin… - szepnął, nie spuszczając ze mnie swojego wzroku – Wiem, że spieprzyłem. Wiem, że jestem gnojkiem, kretynem i świnią. Wiem, że masz wiele powodów, dla których nie powinnaś tu być, ze mną. Wiem, że masz również powody, aby dać mi w pysk i kazać spadać. – mówił opanowanym głosem – Ale kocham cię, jak nikogo innego – wyznał, a moje serce zabiło szybciej – I jeśli tylko dasz nam szansę, codziennie będę starał się udowodnić ci, że dokonałaś dobrego wyboru.
Wypuściłam powietrze, patrząc na blondyna z niedowierzaniem. Tyle przeciwności, mnóstwo uderzeń, setka powodów, dla których wczorajsza noc nie powinna mieć miejsca. Mój przyjazd do tego mieszkania nie był planowany, ale znalazłam się tutaj i zrobiłam coś, za co na pewno zapłacę. Ale muszę zadać sobie jedno, pierwszorzędne pytanie.
Czy ja tego żałowałam?
Nie.
Nie żałowałam ani minuty, spędzonej z Ashtonem.
Wstałam z podłogi, kiedy poczułam, że do moich oczu napływały łzy. Za dużo emocji kłębiło się we mnie. Kochałam Ashtona Irwina, szczerze, całym sercem i duszą, przez co moje uczucia zagłuszały logiczne myślenie. To Ashtona dotyk sprawiał, że drżałam. To przy jego pocałunkach czułam zwariowane motylki w brzuchu. To przy naszych kłótniach traciłam siły, bo tylko on potrafił mnie zranić. To przez niego miałam ochotę umrzeć, bo myślałam, że straciłam go na zawsze.
Opieranie się miłości byłoby bez sensu, bo dodałabym do swojego życia tylko więcej cierpienia. Bo to nie miłośc boli, a samotność, strata oraz odrzucenie. Miłość jest piękna. Ona właśnie sprawia, że te trzy rzeczy znikają, a my czujemy się niesamowicie zapominając o dręczących nas problemach.
Ashton również podniósł się z miejsca. Spoglądał na mnie niepewnie. Nie czekając na jego kolejne słowa, wyrwałam swoją dłoń z uścisku chłopaka. Zamachnęłam się, wymierzając siarczysty, pełen złości cios w policzek Irwin’a. Jego twarz wykrzywiła się pod wpływem uderzenia. Dotknął dłonią piekącego miejsca na swojej skórze. Popatrzył na mnie kompletnie zdezorientowany. Nadzieja, która jeszcze chwilę temu błyskała w jego oczach uciekła.
- Masz rację – stwierdziłam, zaciskając zęby – Mam mnóstwo powodów, aby uderzyć cię jeszcze kilkanaście razy – powiedziałam. Mój ton był poważny. – Ale nie mogę znaleźć ani jednego, który z czystym sumieniem pozwoli mi kazać ci spadać – łza spłynęła po moim policzku – Chorobliwie cię kocham i nie umiem z ciebie zrezygnować! – krzyknęłam, wyrzucając z siebie ten ogromny ciężar, który nie pozwalał normalnie mi funkcjonować.
Ashton podszedł do mnie. Ujął moją twarz dłońmi. Przycisnął swoje wargi do moich, zachłannie całując.  Pasja i uczucie, jakie wdarło się do tego pocałunku sprawiało, że wyglądał on na nasz ostatni. Wtedy już wiedziałam, że Ashton Cień Irwin był jedyną osobą, z którą chciałam być. Dupek, arogant, oszust, przestępca, wariat… miłość mojego życia.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Rozdział 32 (część pierwsza)

<MUZYKA>

W piątkowy wieczór jak zwykle muzyka przebiegała ulicami Sydney, stawiając miasto na nogi nawet w najpóźniejszych godzinach. W barze Eleanor piosenki country rozbrzmiewały na cały lokal, gwarantując klientom dobry klimat tego miejsca i komfortowe oraz miłe spędzanie czasu. Dla mnie ten dzień dobiegł końca tuż po odwiezieniu Cassie do domu. Poinformowałam Luke'a o powrocie mojej przyjaciółki, a ten czym prędzej udał się do niej. Była bezpieczna, skoro Hemmings zaoferował swoją ochronę. Zostawiłam ich samych, bo na pewno mieli dużo do nadrobienia. Ja wyciągnęłam wystarczająco informacji od dziewczyny, chociaż tak naprawdę.. nie zdobyłam żadnych.
Sean nie kłamał, znalazł Cassie przy drodze. Nie uciekła, a została wypuszczona z miejsca, w którym przez pewien czas była więziona. Nie widziała niczego poza ciemnością, bo bandzior postarał się o to, aby zapamiętała jak najmniej szczegółów. Zawiązał chustę na jej oczach, żeby nie zauważyła nic charakterystycznego, przenosił z miejsca do miejsca, aby nie czuła po jakim gruncie stąpa, ani czego dotyka. Jedynie słyszała głos - zachrypiały, znużony i pełen złości. Często kaszlał i zaciągał nosem. Posługiwał się imionami; mówił o Loganie, Seanie, o mnie.. o wszystkich. Miał pewien plan, który wcielał w życie, ale nie wiadomo, jaki był jego cel. Nie pozostało nam nic innego, jak czekanie.
Ale czekanie mnie męczyło, dręczyło i zżerało od środka. Jak mogłam siedzieć z założonymi rękoma i patrzeć na to, co działo się wokół mnie? Ktoś rozpalał ogień, aby zniszczyć mnie i moich bliskich, a ja nie potrafiłam stać bezczynnie i przyglądać się klęsce.
W dodatku słowa Seana odbiły się na mnie niczym echo, które nigdy nie cichnie. Sądziłam, że tylko ja oraz bliscy Ashtona zauważyli skrytą w nim dobroć, a tymczasem Sean doskonale o niej wiedział, a pomimo tego, oderwał Irwina od krawędzi, której mocno się trzymał, rzucając go w wir świata o zasadach walki na śmierć lub życie. To on zniszczył Ashtona, razem ze swoim bratem. Ponadto wcale nie życzył sobie, aby jego doskonały uczeń wrócił do normalnego życia. Wyraźnie dał mi do zrozumienia, że moja pomoc działa na jego niekorzyść.
A więc spostrzegł to, czego ja nie byłam pewna przez dłuższy czas. Wahanie Ashtona przy ratowaniu nastolatka i czekaniu na moją zgodę. Ten ruch wkurzył Seana, bo w innym przypadku, Ashton zachęciłby go do następnej kulki i zabrania mnie z jego oczu, a tym razem.. przeciwstawił się mu, co sprawiło, że ponownie zaczęłam w niego wierzyć. Moje zaufanie do Ashtona Cienia Irwina powoli wracało.
Siedziałam przy barze, podpierając dłońmi twarz. Patrzyłam na butelkę Jacka Danielsa ustawioną na jednej z półek, zastanawiając się, co powinno być moim kolejnym krokiem. Choćbym zamartwiała się każdą możliwą rzeczą, która miała miejsce w moim życiu, on zawsze był tym, o którego martwiłam się najwięcej. Mogłam rzucać obelgi w jego kierunku, wygarniać ze swojego ciała gniew i mówić słowa, które miały na celu uderzyć w Ashtona, ale naprawdę zależało mi na nim, chociaż on zranił mnie zdecydowanie mocniej. I właśnie w tym tkwił mój problem. Pewnych rzeczy nie umiałam wyrzucić z pamięci.
- Ostatni raz przyłapałam cię na piciu alkoholu dwa tygodnie po wypadku - usłyszałam głos ciotki, a po chwili szklanka z whisky zniknęła sprzed moich oczu - Powiedziałaś mi wtedy, że wszystko jest w porządku. Czy dzisiaj też zamierzasz skłamać?
Rudowłosa stanęła naprzeciwko mnie. Skrzyżowała ręce i karcąco patrzyła na mnie, oczekując wyjaśnień.
Zaśmiałam się ironicznie.
- Wtedy przynajmniej mogłaś mnie ukarać, bo nie byłam pełnoletnia - zauważyłam, odbierając od kobiety szklankę, a jej zawartość wlałam do ust. Uniosłam brwi, pokazując puste naczynie i licząc, iż ciotka będzie na tyle łaskawa, aby polać mi jeszcze jedną kolejkę.
- Wiem, że wiele wydarzyło się w twoim życiu, Caitlin - rozpoczęła, a ja już wiedziałam, że za moment będę słuchaczką jej monologu, który nosił tytuł "Możesz mówić mi o wszystkim." - I doskonale to rozumiem, ale nie odwracaj się od ludzi, którym na tobie zależy.
Nie odwracałam się. Po prostu miałam dość tego szaleństwa wokół mnie, którego nie potrafiłam poskładać do kupy. Żeby tego było mało, nikt nie mógł mi pomóc, bo każdy doinformowany igrał ze swym losem. I nikt nie potrafił zrozumieć mojego milczenia, gdyż nie miał pojęcia, w jakie bagno zostałam wpakowana. Więc nie miałam usta zamknięte na kłódkę. Tak bardzo, jak chciałam wykrzyczeć światu co ciąży na moim sercu, nie mogłam. Byłam zmuszona zachować dla siebie fakt, że Ashton Cień Irwin nadal żył, a ja utrzymywałam z nim kontakt. Nie mogłam opowiadać o tym, jak wielki ból sprawia mi patrzenie na niego i brak możliwości wtulenia się w jego klatkę piersiową, bo po prostu... nie potrafiłam tego zrobić. Wspomnienia osiadły w mojej głowie i na tym polegał cały problem. Dopóki nie wyrzuciłam ze swoich myśli wszystkich błędów Ashtona, nie mogłam ruszyć dalej i postarać się zacząć od nowa. Wydawało mi się, że postępuję słusznie odsuwając go od siebie, ale przez Seana pojawiły się wątpliwości, które nie pozwalały mi iść spokojnie drogą bez zadawania sobie pytania "Co by było, gdym jednak postawiła krok do przodu i wybaczyłabym Ashtonowi?" Słowa Seana, Caluma, Cassie.. każdego z osobna mówiły zupełnie co innego, a ja nie wiedziałam, czego powinnam słuchać - serca, a może rozumu, bo ta dwójka kłóciła się od samego początku.
- Nie chcę o tym rozmawiać - rzuciłam rezygnując z ckliwej rozmowy na temat mojego życia i podejmowanych przeze mnie decyzji - Najwyraźniej nie umiem poradzić sobie sama z pewnymi rzeczami, ale jestem panią własnego losu, więc nie mogę słuchać kazań innych ludzi. 
Ręka rudowłosej przejechała po moich plecach. Na jej twarzy wymalowała się troska. Delikatny uśmiech rozpromienił jej buzię.  Poklepała mnie po ramieniu, a potem objęła delikatnie, przyciągając do siebie. Ucałowała moje czoło, po czym wyszeptała.
- Nie zamierzam prawić ci kazań – zachichotała – Powiem ci tylko jedno, moja kochana Cait… - wzięła nie duży wdech, aby później skończyć zdanie – Czasami musimy pomyśleć o sobie i robić to, co nas uszczęśliwia zamiast patrzeć na to, co myślą o tym inni.
Do baru zaczynali schodzić się kolejni klienci, których należało obsłużyć. Ciotka zauważając ruch, sięgnęła po fartuch i nałożyła go na siebie. Już miała odejść, ale zatrzymałam ją krótkim pytaniem.
- Nawet jeśli to, co nas uszczęśliwia może być złe? - W moim głosie słychać było lekkie zdziwienie.
- Skąd wiesz, że jest? Może jeszcze nie widzisz w tym szczęściu dobra skarbie? – spytała, puszczając mi oczko, a ja przez chwilę pomyślałam, że doskonale wiedziała, co mnie gnębiło. Ale przecież nie mogła. A gdyby nawet znała prawdę, nie odpowiedziałaby w ten sposób, mając świadomość, z czym się mierzymy.
Nim zebrałam się na jakąkolwiek odpowiedź, ciotki Eleanor już nie było. Pognała wzdłuż labiryntu stolików rozpoczynając przyjmowanie zamówień. Dokończyłam swoją drugą kolejkę whisky, po czym stwierdziłam, że przyszedł na mnie czas. Zwolniłam miejsce przy barze i pokierowałam się do wyjścia. Latarnie oświetlały dobrze mi znaną ulicę przy barze. Zmierzałam na parking prosto do mojego samochodu, aby usiąść w nim i przemyśleć wszystko od początku do końca. Kiedy znalazłam się przy aucie, zaczęłam grzebać w torebce, żeby odnaleźć kluczyki. Pech sprawił, że zajęło mi to dłuższą chwilę. Zdążyłam więc usłyszeć ciężkie i szybkie kroki. Odwróciłam się, a przed moimi oczami stanął Ashton. Dyszał, jakby biegł przez całe Sydney tylko po to, aby trafić tu na mnie. Wybrał najgorszy moment.
- Żyjesz, cholera, żyjesz - zawołał wyrażając swoje szczęście.
- Dobrze, że zauważyłeś - odparłam, wracając do swych poszukiwań.
Na moje nieszczęście, alkohol w moim organizmie dał się we znaki. Zachwiałam się i oparłam o auto, aby nie upaść.
- Piłaś - stwierdził, a ja popatrzyłam na niego z politowaniem.
- Cóż za spostrzegawczość, Irwin.
Nareszcie udało mi się wyciągnąć kluczyki. Pomachałam nimi przed nosem blondyna, a później wsunęłam do zamka, aby dostać się do wnętrza wozu. Otworzyłam drzwi, ale chłopak prędko zamknął je, stając przede mną i blokując mi dojście do strony kierowcy. 
- I zamierzasz prowadzić po pijaku - uniósł brew - Teasel, ty mała niegrzeczna buntowniczko.
Ashton złapał moją dłoń i wysunął kluczyki z moich palców. Pociągnął za klamkę tylnych drzwi, po czym spojrzeniem poprosił, abym wsiadła. Na początku wyraziłam swój sprzeciw, jednak widząc jego determinację odpuściłam. Nie miałam sił na kolejną kłótnię. 
- Zamierzasz robić za mojego szofera? - zapytałam, gdy rozsiadłam się na tyłach auta. Blondyn zaś zerknął w przednie lusterko, aby nasze oczy spotkały się. Wzruszył ramionami niby niewinnie, ale wiedziałam, że jego reakcja ma drugie dno. Tylko czekałam, aż powie coś w jego stylu. Oczywiście, nie pomyliłam się.
- Odwiozę cię, albo zabiję - oświadczył nie odrywając ode mnie wzroku - Zdecyduję w trakcie jazdy.
Ashton posłał mi cwaniacki uśmiech. Odpalił silnik samochodu i poczekał kilka minut. Kiedy samochód rozgrzał się, chłopak wyjechał z parkingu, a za kierunek obrał główną autostradę. 
Całą podróż przebyliśmy w milczeniu, dopóki nie spostrzegłam, że droga, którą przemierzaliśmy nie była tą, którą zazwyczaj jeździłam. Zadawałam setki pytań, ale Ashton nie śmiał odpowiedzieć. Zabawniej przecież było, kiedy mógł mnie irytować swoim zachowaniem. Moja złość sprawiała mu więcej przyjemności. 
Podjechaliśmy pod znajomy mi budynek, jednak nie ten, którego oczekiwałam. Wysiadłam z samochodu i obejrzałam budowlę od góry do dołu. Gdy Ashton podszedł do mnie i ujął moją dłoń, zadrżałam, a później posłałam mu piorunujące spojrzenie. Ten pociągnął mnie za sobą, nie zważając na moje protesty.
- To nie jest mój dom - powiedziałam, stojąc przy domofonie.
- Cóż za spostrzegawczość, Teasel - odgryzł się.
Wywróciłam oczami. Wciąż walczyłam o swoje, gdy trafiliśmy do windy. 
- Wolałabym wrócić do siebie - delikatnie zasugerowałam, iż nie byłam zadowolona z obrotu spraw.
- Przenocujesz tutaj - zarządził Irwin, który najwyraźniej miał dość moich sprzeciwów.
Weszliśmy do mieszkania, w którym nocowałam tuż po tym, jak poznałam osobiście Ashtona. Ponowny widok tego miejsca tylko spotęgował przypływ nękających mnie wspomnień Każda rozmowa i każdy obraz przebiegały w moim umyśle z prędkością światła, nie dając mi ani minuty wytchnienia. Moja głowa pękała. 
Trzasnęłam drzwiami frontowymi, kiedy weszliśmy do środka. Zacisnęłam mocno zęby, aby nie wypuścić ze swoich ust tych wszystkich przekleństw, które nasuwały mi się na myśl. Wszystko działo się z jego powodu. Ochota na wykrzyczenie Ashtonowi prosto w twarz jakim był kretynem, prostakiem i bydlakiem towarzyszyła mi od dawna i już chciałam to zrobić, a jednak coś mnie powstrzymywało. Te wszystkie dobre chwile siedzące w mojej głowie nie pozwalały mi zaprzepaścić tej relacji. Toczyłam wewnętrzną walkę. 
- Ashton, chcę wrócić do siebie - warknęłam.
Moje dłonie formowały się w pięści. Intensywność tego miejsca była niemożliwa. Nie sądziłam, że ten obraz mógłby tak na mnie zadziałać, ale wrzałam wewnątrz. 
- Nie będę teraz włóczył się po nocy, zwłaszcza że jestem poszukiwany, a twój dom pod obserwacją. - odpowiedział obojętnie, machając na mnie ręką. 
Przeszedł do salonu, a potem do kuchni. Otworzył lodówkę i począł w niej grzebać, totalnie ignorując to, co do niego mówiłam.
- Gdybyś nie wrócił, nikt by cię nie szukał! - wrzasnęłam, bo przestawałam panować nad emocjami.
Blondyn odwrócił się w moją stronę.
- Jak tak bardzo ci zależy, mogę wyjechać i już nigdy mnie nie zobaczysz.
Wywrócił oczami, bo dla niego moje słowa były starą śpiewką.
- Nie - To krótkie słowo wyrwało się z moich ust.
- Nie? - popatrzył na mnie zdezorientowany.
- NIE!
- Czemu nie?
- Bo musimy znaleźć zabójcę Logana - odpowiedziałam szybko, aby Ashton nie mógł sobie niczego pomyśleć, ani odczytać odpowiedzi z moich oczu. Serce waliło mi niczym oszalałe, a dłonie spociły się. Dlaczego akurat palnęłam słowo "Nie" ?! Wpadłam po uszy.
 - To jedyny powód, dla którego chcesz, żebym nie wyjeżdżał?
- Tak - urwałam, popełniając kolejny błąd.
- Tak? 
Ashton zmarszczył brwi. Oparł się o blat stołu, lustrując mnie wzrokiem, kiedy stałam naprzeciwko niego.
- TAK! - wrzasnęłam, rozkładając ręce.
- Jesteś tego pewna? - spytał.
Powolnym krokiem obszedł stolik, żeby po chwili znaleźć się kilka centymetrów ode mnie.
- Dlaczego to robisz? - zapytałam cicho ze smutkiem i bezradnością w głosie. Nie mogłam już dłużej z nim walczyć. To mnie niszczyło. Kiedy ja się denerwowałam on rósł na sile i wykorzystywał to perfidnie.
- Robię co?
- Droczysz się, wkurzasz, irytujesz, cholera jasna, Ashton! - krzyknęłam nie mogąc dłużej znieść tego napięcia - Dlaczego w ogóle wróciłeś do tego pieprzonego miasta...
- Chcesz wiedzieć?
- Tak, Ashton! - zawołałam - Chcę! 
Nagle blondyn uderzył pięścią w komodę znajdującą się po jego prawej stronie. Zadrżałam, patrząc na niego całkowicie zaskoczona. Bałam się, że właśnie za moment wpadnie w furię, jednak stało się coś zupełnie innego. Coś, czego się nie spodziewałam.
- Bo cię kocham ty idiotko! - krzyknął - Kocham cię i nie wyobrażam sobie bez ciebie życia, chociaż niesamowicie działasz mi na nerwy i odpychasz za każdym razem kiedy próbuję się do ciebie zbliżyć. Pomimo że nie możesz mi wybaczyć, to uczucie jest silne, a nawet silniejsze niż przedtem. Bez ciebie nie funkcjonuję, rozumiesz? Jestem pieprzonym wrakiem człowieka. Działasz na mnie jak powietrze, jeżeli nie mogę oddychać - umieram. Choćbym chciał przestać cię kochać, to nie mogę - próbowałem
Próbowałam złapać oddech, ale wszystko co powiedział Ashton spowodowało chwilowe zamarcie. Ja.. ja nie wiedziałam co mam odpowiedzieć, ani zrobić. Analizowałam w myślach każde zdanie, które przed momentem usłyszałam. Patrzyłam na niego i nie mogłam uwierzyć,że blondwłosy, wysoki chłopak o nieziemskim uśmiechu, który był lub nadal jest członkiem gangu i który sfingował swoją śmierć mówił właśnie, że… że mnie kocha.
Ashton gwałtownie ruszył w moją stronę. Ujął dłońmi moją twarz, a jego gorące wargi przylgnęły do moich. Całował zachłannie, jakby brakowało mu moich ust, dotyku i wszystkiego co dotyczyło mnie. Nie mogłam zaprotestować. Tym razem dałam uczuciom wygrać, a powód był jasny. Ja również kochałam Ashtona - przedtem nie umiałam tego przyznać, jednak teraz wszystko uległo zmianie.




WYGRAJ KSIĄŻKĘ "CIEŃ" W PAPIEROWYM WYDANIU! KLIKNIJ TUTAJ