piątek, 19 czerwca 2015

Rozdział 33

muzyka: klik


Moment ciszy, w którym jechaliśmy stanowił pewną wątpliwość. Wydawało mi się, że Ashton martwił się czymś, o czym nie zamierzał mi mówić. Sądziłam, że skoro nasza relacja została wyjaśniona, teraz będzie już tylko lepiej i znów zaczniemy się dogadywać, a także współpracować po dobroci. Pragnęłam się tym cieszyć. Napawać szczęściem, które chociaż w małym procencie nadeszło. Całować go, przytulać, być jego ostoją, bo w końcu mogłam sobie na to pozwolić. Nie czułam nienawiści, złości czy wyrzutów sumienia. Moje ciało oraz duszę wypełniała czysta miłość. Zresztą, Ashton miał na pewno podobnie, jednak ciężko było mu się przestawić, co musiałam zrozumieć. Nad ranem omówiliśmy wiele kwestii, które do tej pory nie były jasne. Jeżeli coś przede mną ukrywał, na pewno nie polepszało to naszych kontaktów, ale próbowałam nie naciskać. Zrobił dla mnie wystarczająco wiele, abym mogła poczekać na jego całkowite oddanie i zaufanie.
- Dokąd jedziemy? - zapytałam, aby przerwać milczenie.
- Do twojej mało inteligentnej przyjaciółki - oznajmił - Mike i Calum powinni już tam być. Wspólnie porozmawiamy i ustalimy kilka spraw, dopóki nic się nie dzieje.
- A może się coś wydarzyć?
- Nie może - odparł szybko, a potem odwrócił głowę w moim kierunku - Ktokolwiek coś planuje, to nie może się wydarzyć.
W trakcie przechylania mojej głowy do okna, napotkałam wzrokiem pudełko z talią kart, które leżało na panelu. Zmarszczyłam brwi przyglądając się to opakowaniu, to Ashtonowi. Gdy ten zauważył moją reakcję, na jego twarzy wymalowało się zmartwienie, jakby w ogóle nie chciał poruszać tego tematu, chociaż był istotny, a właściwie kluczowy. Jeżeli napotkał jakąś lukę, która pozwalała na rozwiązanie zagadki... musiałam wiedzieć o wszystkim, aby wspólnie z nim pracować nad różnymi teoriami dotyczącymi mordercy.
- Po co ci one? - spytałam.
- Szukałem odpowiedzi - krótka odpowiedź uleciała z ust Ashtona.
- Chcesz znaleźć tego, kto je wyprodukował? – dochodziłam, oczekując szczegółowych wyjaśnień.
Blondyn pokręcił głową przecząco.
- Jest mnóstwo producentów kart, to bez znaczenia… zastanawia mnie co innego…
- Kto ją wysłał? – zadałam pytanie, zanim on zdążył to zrobić – To nie musiał być Logan na samym początku? Może to był Will? Znaczy Jack?
- Nie o to chodzi, Caitlin – spojrzał na mnie – Nieważne kto wysłał tą pieprzoną kartę. Grałaś w to kiedyś w ogóle?
- Masz na myśli, czy grałam w karty? Oczywiście, ale co to ma do rzeczy?
- Znasz talię – odparł – As nie jest najsilniejszy.
Jego wyjaśnienia naprowadziły mnie na pytanie, które zadawał sobie w głowie. Wysłanie karty było celowe. Dopiero teraz to rozumiałam. Ktoś stworzył swoją własną grę, bawiąc się z nami. Nie wiadomo czy tą osobą był Logan, który później popełnił samobójstwo, zostawiając nam kontynuację zabawy, ale jak Ashton powiedział – to nie twórca gry był ważny, ważne były jego pionki. To cały sens zagadki.
- Kto jest Jokerem… - wyszeptałam, zaczynając wkręcać się w całą grę.
Ashton zaparkował, po czym oboje wysiedliśmy z auta. Chwilę kontynuowałam temat. Chciałam poznać pomysły Irwina, ale nadal skrywał przede mną kilka faktów, a przynajmniej takie miałam wrażenie. Czułam, że poszerzył swoją wiedzę już dawno, ale z nikim się nie dzielił. Dlaczego to robił?
Niespodziewanie usłyszeliśmy huk, który wprawił nas w zdziwienie. Odwróciłam głowę w stronę Irwina, patrząc na niego pytająco, ale on jedynie posyłał mi to samo spojrzenie.
- Czy to dochodziło... - rozpoczęłam pytanie, ale Ashton nawet nie zaczekał, aż je dokończę. Zza koszulki wyjął pistolet i rzucił się do biegu, kierując się prosto do domu Cassie. Ruszyłam za nim. Biegłam ile sił w nogach, a motywował mnie fakt, że dźwięk faktycznie mógł dochodzić z posiadłości Cassie. Gdy wyobrażałam sobie, że coś mogło jej się stać, chciałam jak najszybciej dostać się do jej domu, żeby upewnić się, że fikcja, jaką trzymałam w głowie była tylko złudzeniem. Ale, kiedy znalazłam się w środku, zrozumiałam, iż moje obawy sprawdziły się, jednak na innej osobie.
- Drogi Boże, Luke! - wrzasnęłam na widok blondyna, który jęczał z bólu, wijąc się po podłodze.
Siedzący obok niego Ashton zdjął swoją koszulkę i zwinął ją, żeby później przycisnąć do rany, jaka została po pocisku, który trafił blisko serca Luke'a. Cassie trzymała na swoich nogach głowę blondyna, pogrążając się w rozpaczy. Próbowałam spytać, co się wydarzyło, ale dziewczyna nie była w stanie opowiedzieć mi żadnej historii. Plątała się, jąkała, po czym rozpłakiwała. Nie mogłam z nią rozmawiać.
Leżał płasko na ziemi, trzymając swoje dłonie na brzuchu. Jego ubrania poplamione były krwią wypływającą z rany, którą zrobiła kula. Łapał gwałtownie powietrze, krztusząc się co kilka sekund. Z jego ust również wypływał czerwony płyn, co potęgowało zdenerwowanie każdego z nas. Jeżeli krwawił na tyle obficie, to oznaczało tylko jedno.
Luke umierał.
- Luke.. Luke, proszę.. Hemmings! - wydzierał się Ashton, a łzy przedzierały się przez w pół zamknięte powieki. Trzymał blondyna za dłoń, zmrużonymi oczami pełnymi łez oglądając, jak jego przyjaciel traci siły. Powtarzał mu, że wszystko będzie dobrze, a jedyną rzeczą, jaką musi zrobić to znaleźć w sobie energię, aby utrzymać się przy życiu. Młody chłopak zdołał unieść swoją rękę, aby złapać Irwina za nadgarstek. Ich spojrzenia się spotkały. Oczy Ashtona przepełnione żalem oraz rozpaczą, a Luke'a zmęczeniem i bólem. Błękitne tęczówki niegdyś z intensywnością i żywiołem, poszarzały.
- Jest o...o..ok..okej, stary - wydukał, krztusząc się własną krwią - Nic.. s..się.. nie.. stało.
- Nie, Hemmings, nie zrobisz mi tego - warknął Ashton, ściskając jego dłoń mocniej - Nie możesz umrzeć, rozumiesz? Jeszcze tyle życia przed tobą, Luke!
- U.. umie..ram.. spe..łniony - odparł, a moje usta otwarły się szeroko.
Jak Luke mógł mówić takie słowa? Miał ledwo dwadzieścia lat! Czekało na niego mnóstwo przygód, a także etapów życiowych, przez które jeszcze nie przebrnął. Osoby w jego wieku umierały niesprawiedliwie, więc on nie mógł podzielić ich losu. Nie w tym momencie. Nie, kiedy wszystko zaczynało się układać, a my współpracowaliśmy razem.
- Co.. - szepnęłam, a on obdarował mnie słabym spojrzeniem. Kąciki jego ust uniosły się o kilka centymetrów, delikatnie, tworząc pół uśmiech.
- Dziękuję - mruknął - Dałeś mi życie, o jakim marzyłem od dzieciaka, Ash - powiedział Luke, tym razem zerkając na sufit - Sam podejmowałem decyzję, mia.. mia.. miałem u boku swoich braci, ba...balowałem z najlepszymi foczkami - prychnął, a nawet zaśmiał się, zwiększając tylko ilość łez w oczach Irwina - Zakochałem się - wyznał, a mnie zakłuło w sercu, bo wiedziałam, o kim mówi. Myśl, że chłopak Cassie umrze, a w dodatku ona musi na to patrzeć, była okropna. - Jeździ.. łem.. najlepszymi... fu..rami..., w wy..wy..wyścigach! Niczego wię..cej nie.. oczekiwałem..
- Stul pysk, Luke - przerwał mu Ashton - To nie jest koniec.
- To ty... m..mówiłeś.. że.. nn..nie warto prze..dłuu..żać i my..dlić..sobie oczu.. kiedy się.. u...umie..umiera -
- Ale nie umierasz!
- Pożegnaj się - poprosił blondyn - I pożegnaj ode mnie chłopaków..
Nagle w progu otwartych drzwi stanął Calum. Szeroko otwartymi oczami lustrował ciało swojego przyjaciela, a gdy zobaczył czerwoną plamę na jego koszulce w okolicach klatki piersiowej, rzucił się do biegu. Przyklęknął przy Luke'u, wołając desperacko jego imię. Tuż zanim wszedł Michael, również nie kryjąc swojego zaskoczenia. Podbiegł do swoich przyjaciół, po czym usiadł na ziemi.
- Rodz...Rodzinka.. w.. kom..komplecie - zażartował Hemmings.
Chłopcy dopytywali się, co takiego miało miejsce w tym domu, jednak Ashton nie potrafił udzielić im odpowiedzi. Nie odrywał wzroku od Luke'a, zupełnie jak Calum, który wyglądał, jakby wyrwano mu połowę serca z piersi. Właściwie, tak było. Przyjaźnili się najdłużej. Łączyła ich specjalna więź. Można było powiedzieć, że stanowili jedność, ale teraz właśnie jedna cząstka odchodziła, zostawiając resztę na samotną podróż po świecie.
- O..obiecaj mi.. coś.. - Luke zwrócił się do Michaela - Nie farbuj ta...tak.. czę...sto tych... kudłów...
- Luke, ty..
- Obiecaj - syknął.
- Obiecuję...
- A ty znajdź i zrób porządek z tym wariatem, który mnie tak urządził - swoje słowa skierował do Ashtona, a ten skinął. Palcem wskazał na kieszeń spodni, a Ashton szybko włożył tam swoją dłoń i odnalazł nic innego, jak przeklętą kartę. Jęknęłam zrezygnowana, zdając sobie sprawę, że ten drań, który nas ścigał miał to w swoich planach od dawna. Wszystko dopracował, a my nawet nie zauważyliśmy, jak precyzyjnie realizował swój cel.
Luke wzrokiem odnalazł Cassie, która skryła twarz w moich ramionach, ale odwróciła się, gdy tylko usłyszała, jak woła jej imię.
- Kocham Cię - oświadczył, a później poruszając jedynie ustami bezdźwięcznie przekazał mi wiadomość - Opiekuj się nią.
Został jedynie Calum, który zalewał się łzami odkąd przekroczył próg.
Luke nie był w stanie unieść głowy spoczywającej ciężko na podłodze, jednak gdy popatrzył na Caluma, zdobył się na łagodny uśmiech. Ciemnowłosy nie potrafił powstrzymać szlochu. Ścisnął jego dłoń, mocno, ostatni raz. Blondyn oddychał z trudem, jakby się dusił. Nie wiedziałam, jak mogłabym się opanować. Widziałam już umierających, ale ta śmierć wstrząsała mną o wiele bardziej, niż wszystkie inne. Była gwałtowna i wolna, sprawiająca Luke'owi mnóstwo cierpienia.
- Wybacz mi.. - mruknął.
- Co? - Calum prawie pisnął.
- Nie powiedziałem ci... - zrobił pauzę, aby kaszlnąć, po czym kontynuował - O planie Ashtona... Wybacz.
- Ale, Luke, ja... - plątał się ciemnowłosy, całkowicie zaskoczony, że akurat teraz, w tym momencie, Luke pragnie rozmawiać właśnie o tym.
- Nie chcę.. żebyś... m...mnie.. nienawidził.
Calum otworzył szeroko oczy i widziałam, że gdyby Luke był w normalnym stanie, uderzyłby go po głowie, za bzdury, jakie wygadywał. Nie spodziewał się takiego przejęcia z jego strony tą sytuacją. Poczuł się winny, ale jednocześnie zrozumiał, jak wiele znaczył dla blondyna i dlaczego ten nie chciał mu powiedzieć. W końcu spróbował uszanować i podziwiać Luke'a, za jego milczenie oraz lojalność. Być może nie w stosunku do niego, ale nawet fakt, iż zatrzymał sekret Ashtona dla siebie, pozwolił mu myśleć, że jego tajemnice, o których wiedział Luke również były bezpieczne.
- Nie nienawidzę cię - odparł Hood łamiącym głosem - Nie mógłbym.
Głaszcząc głowę swojego przyjaciela, który słabł z minuty na minutę, łzy spływały coraz to szybciej po twarzy Caluma. Nie mógł znieść oglądania Luke'a w takim stanie, a już na pewno nie mógł dopuścić do siebie myśli, że nadchodził jego koniec.
- Z...zawsze.. - zaczął Hemmings, ale Calum przerwał mu, doskonale wiedząc, co zamierza powiedzieć. Nie chciał tego słyszeć, nie potrafił się pogodzić z faktem, że muszą się pożegnać właśnie w tym momencie. Nie dopuszczał do siebie myśli, że Luke'a jutro czy pojutrze może nie być. Nie zgadzał się, aby jego najlepszy przyjaciel poddawał się bez walki o swoje życie.
- Nie mów tego... - desperacko wtrącił, mając nadzieję, że to tylko zły sen.
- Zawsze.. będziesz... mo..moim..
- Luke.. - błagał Calum.
- Zawsze..b.. będziesz.. mm..moim... bratem.
Zapadła cisza. Każdy z obecnych wziął głęboki wdech, kiedy zobaczył, jak życie ulatywało z ciała Luke'a w przeciągu kilku sekund zostawiając je blade, chłodne i puste. A błysk w oczach, oraz zadziorny uśmieszek więcej się nie pojawiły.  Przyłożyłam palce do nadgarstka Luke’a, ale nie odczułam bicia jego serca. Zacisnęłam powieki, puszczając łzy wolno. Ashton wołał swojego przyjaciela, nie mogąc wybaczyć sobie, że wszedł do domu za późno. Michael objął Caluma, cicho łkając. Hood jednak odsunął się, podkulił nogi i rozpłakał, niczym małe dziecko.
Odszedł. Luke po prostu umarł, zostawiając nas wszystkich samych, pogrążonych w bólu, stojących nad jego martwym ciałem. Wydał z siebie ostatnie tchnienie, po czym uciekł do krainy, w której możliwe, że kiedyś dane nam będzie się spotkać. Nagle zatrzymał się czas. Stałam, oglądając tę całą tragedię i zastanawiałam się, czy to naprawdę musiało się wydarzyć. Dlaczego ktoś, był na tyle uparty i mściwy? Za co to robił? Nie umiałam również uciec od myśli, że gdybyśmy tylko weszli wcześniej... uratowalibyśmy Luke'a. Zamiast tego, obserwowaliśmy jego twarz, która już na zawsze miała mieć ten sam wyraz.
Moje serce pękło na milion kawałków. Kurczowo trzymałam przy sobie szlochającą Cassie, pogrążając się w rozpaczy razem z nią. Luke nie powinien zginąć; nie zasłużył na taką śmierć. Irytował, zabawiał, walczył, jak reszta, a przede wszystkim był za młody, aby umrzeć. Wpadł w tarapaty z naszej winy; wepchnęliśmy go do grobu. Gdybym tylko zmieniła zdanie i nie zostawiała ich samych, może to wydarzenie potoczyłoby się inaczej, a tymczasem popełniłam kolejny błąd.
Michael jako jedyny ośmielił się dłonią zamknąć oczy Luke'a, chociaż widziałam, że z trudem udało mu się opanować łzy. Rozpłakał się ponownie chwilę później, gdy odsunął się od przyjaciela. Calum szarpał przez moment ciałem blondyna, powtarzając, że tylko poszedł spać. Był niczym w transie. Nikt nie mógł go powstrzymać czy pomóc wrócić do rzeczywistości. Chłopak uśmiechał się, wmawiając sobie, a także wszystkim, że Luke na chwilę zasnął. Ściskał jego ramię, prosząc, aby skończył żarty i otworzył oczy, ale on cały czas miał je zamknięte. Nie żył, jednak nikt nie potrafił pogodzić się z jego śmiercią.
- Nie… - mruknął Calum – Nie..
Ciemnowłosy pokręcił głową, a następnie przysiadł prostopadle do przyjaciela. Począł reanimację. Uciskał klatkę piersiową Luke’a z nadzieją, że ten da jakąś oznakę życia już za chwilę. Nie dopuszczał do siebie myśli, że Hemmingsa nic już nie uratuje, że było za późno. Wciąż miał nadzieję, ale i ona go zawiodła.
- Cal… - Michael próbował odsunąć Hooda, ale ten wciąż liczył uciśnięcia – Cal to koniec…
- Calum.. – szepnęłam, spoglądając na niego zapłakana.
- NIE! - wrzasnął, a w salonie zapanował chaos, kiedy Calum rzucał się, wciąż próbując uwierzyć, że Luke nadal żyje. Michael odsuwał go, a ja uspokajałam. Cassie siedziała przy martwym chłopaku, tuż obok Ashtona, który w pewnym momencie ucichł. Udało się podźwignąć dopiero po kilku minutach. Głowę miał spuszczoną, a ciałem wstrząsały drgawki. Zdjął podtrzymującą jego włosy bandanę z głowy, a na jego czoło opadły krótkie kosmyki, tworząc cienką grzywkę. Z dłoni co chwila formował pięści, a jego mięśnie napinały się stopniowo. Po przeczytaniu tekstu na odwrocie karty, zgniótł ją i rzucił na ziemię. Wiedziałam, co krążyło po jego głowie - pragnienie zemsty. Mrok znowu otulał jego umysł, a on nie przeciwstawiał się, bo tym razem chodziło o jego przyjaciela, brata, członka rodziny. Nie starał się bronić, wręcz przeciwnie - wpuszczał gniew do swojego ciała wolno, żeby nikt nie mógł go powstrzymać.
Skręcił w kierunku drzwi, a potem opuścił dom. Nie mogłam stać i obserwować, jak znów zamierza niszczyć swoje życie. Domyślałam się, jak bolała strata przyjaciela, zwłaszcza tak bliskiego. Musiał wyładować emocje, ale nie w sposób, który uważał za dobry. Ciemność nie miała prawa po raz kolejny zmuszać go do złego.
Wybiegłam za blondynem, wołając błagalnie jego imię. Odwrócił się dopiero za piątym razem, a jego oczy były ciemne i zupełnie puste, jakby wyzbył się każdego uczucia, które jeszcze kilka minut temu zdawało się mu towarzyszyć.
- Czego chcesz? - zapytał.
- Nie rób tego - poprosiłam, ocierając rękawem bluzy łzy z policzków - I nie pytaj czego, bo dobrze wiesz.
Ashton podszedł do mnie, a kiedy staliśmy naprzeciwko siebie, dzieliły nas jedynie centymetry. Wtedy zobaczyłam w tym spojrzeniu ogrom złości. Jego ciało było nagrzane, gdyby mogło - wrzałoby. Bałam się, że nadszedł moment, w którym po raz kolejny obejrzę Ashtona Cienia Irwina w furii.
- Zabiję tego sukinsyna - wysyczał - Dociera to do ciebie?
- Nie wiesz, kim on jest - powiedziałam oschle.
- To Sean - warknął - Sean Fletcher, ta fałszywa szuja.
Odwrócił się napięcie i począł odchodzić ode mnie, ale zatrzymałam go czym prędzej.
- Jaką masz pewność?
- Znam go, Caitlin - odparł pretensjonalnie, jakby fakt, że znał go dość długo był wystarczającym dowodem.
- Intuicja czasem myli.
- Nie moja.
- Ashton, proszę.. musisz.. - starałam się załagodzić sytuację i opanować chłopaka, ale wcale mi się nie udawało. Zdążyłam jedynie poczuć ból, kiedy dłonie Ashtona oplotły moje ramiona, ściskając z całej siły skórę. Przez moje ciało przebiegły dreszcze, kiedy chłodnym spojrzeniem mierzył mnie od stóp do głów. Zachowywał się, jakby jego serce nagle zmieniło się w kamień, a to nie wróżyło niczego dobrego.
- Nie, to ty musisz zrozumieć, Caitlin jedną rzecz - wrzasnął - Ludzie mogą mnie mieszać z błotem, uważać za zabójcę, którym właściwie jestem, ale nikt nie ma prawa tknąć ludzi, których kocham. - oznajmił jasno i wyraźnie - Jestem Cieniem, czy ci się to podoba czy nie i zamierzam pokazać temu bydlakowi, w jakie bagno się wpakował.
Puścił mnie gwałtownie tak, że prawie upadłam na ziemię. Zachwiałam się, w ostatniej chwili opierając o ogrodzenie. Starałam się unormować oddech. Ashton zaś nie przejął się moim stanem, a poszedł do auta, zapalił silnik i odjechał. Niesamowite, jak ten człowiek potrafił zmieniać swój nastrój w przeciągu sekund, minut czy dni.. Jednego dnia mnie kochał, natomiast drugiego.. zdolny był zabić każdą osobę wchodzącą mu w drogę - nawet ukochaną.