sobota, 27 czerwca 2015

Rozdział 34

muzyka: klik

Wyszłam na zewnątrz domu, a blask słońca uderzył prosto w moje oczy. Zapowiadała się piękna pogoda, ale nastroje otaczających mnie osób, jak również i mnie nie zwiastowały dobrego dnia. Każdy pogrążał się w smutku oraz rozpaczy z powodu śmierci Luke’a, którego mieliśmy pochować, aby mógł spoczywać w spokoju. Widziałam Caluma opierającego się o drzewo nieopodal wypełnione zielonymi młodymi liśćmi, które osłaniały go przed słońcem. Instensywnie patrzył w ziemię, skupionym wzrokiem. Domyślałam się, co chodziło po jego głowie. Ruszyłam w kierunku Hooda, chociaż nie do końca wiedziałam, jak mogłabym rozpocząć z nim rozmowę. Od śmierci Luke’a nie rozmawiał z nikim, włącznie ze swoimi najbliższymi przyjaciółmi. I nie dziwiłam mu się. Stracił Hemmingsa - człowieka, którego nazywał bratem; osobę, która była dla niego rodziną. Pomimo mojego nikłego kontaktu z Lukiem, sama odczuwałam jego braki. Słońce unosiło się na niebie, a jednak moje ciało było zimne, jakbym wyszła z chłodziarni. Łzy niekontrolowanie wypływały z moich oczu i czułam pustkę, jakby kawałek mojego serca został uszkodzony lub zabrany. Ciągle zadawałam sobie pytanie, dlaczego akurat Luke. Z jakiego powodu to właśnie on musiał odejść z tego przeklętego, pełnego niesprawiedliwości świata? Byłam pewna, że nie mnie jedyną męczyło to pytanie. Nie tylko ja cierpiałam, a przede wszystkim nie mogłam wyobrażać sobie, jak wielki ból tłumił w sobie sam Calum.
Przystanęłam przy ciemnowłosym, ale nie odważyłam wydobyć z siebie ani jednego słowa. Kątem oka oglądałam jedynie jego twarz. Wzrok nie zwrócił się nawet na milimetr, aby zobaczyć kto zdecydował się być jego towarzyszem. Wgapiał się w rozkopaną ziemię, w której za niedługo miał znaleźć się Luke. Z jego twarzy nie potrafiłam wyczytać emocji. Wyglądał na obojętnego, chociaż wewnątrz umierał razem z przyjacielem.
- Dobrze być w domu, co? – zapytał ciężkim i znudzonym głosem, a ja odwróciłam głowę, kiedy tylko jego pytanie dotarło do moich uszu. Odezwał się, a w dodatku wybrał akurat mnie do przeprowadzenia dialogu.
- Zależy kto uważa Hurstville za swój dom.. – szepnęłam.
- Luke uważał – odparł szybko i pewnie – Nazywał swoim domem tamten garaż – wskazał palcem, a potem prychnął – Czasem nawet nocował w tej ruderze.
W jego oczach wezbrały się łzy. Ten widok był niesamowicie ciężki do oglądania. Musiałam stać i obserwować, jak chłopak napina mięśnie i stara się powstrzymać przed kolejną godziną szlochu. Zaciągał nosem, po czym ocierał swoją twarz rękawem starej bluzy, którą dostał od zmarłego przyjaciela na piętnaste urodziny.
- Ja.. – zawahał się, zanim dokończył wypowiedź – Ja nie chcę zemsty.. – wyznał – Chcę tylko wiedzieć dlaczego… Rozumiesz? Chciałbym wiedzieć dlaczego właśnie on…
Kiedy pierwsza łza spłynęła po jego policzku, moje serce rozpadło się na milion kawałkow tak samo, jak rozpadał się sam Calum. Zanim przyciągnęłam go do siebie, pozwalając płakać w moje ramię, zdążyłam jedynie wymamrotać, jak bardzo mi przykro. Później przez dobre pół godziny, obejmowałam go milcząc i pozwalając wylewać cały swój żal poprzez płacz. Sama dołączyłam do przyjaciela Ashtona, pogrążając się w większej rozpaczy. Pomimo żywych kolorów, jakie nadawała pogoda, ten dzień należał do szarych, pozbawionych uroku i melodii. Był beznadziejny.
Calum poprosił mnie, o chwilę samotności, dlatego wróciłam do domu, gdzie Ashton i Michael przygotowywali się do pogrzebu. Cassie siedziała w salonie, nucąc pod nosem kołysankę, niegdyś śpiewaną nam do snu przez moją mamę. Miałam ogromne wyrzuty sumienia. Wszelkich przykrości i cierpień doświadczyła z mojej winy. Gdybym tylko trzymała ją z daleka od spraw Cienia, nie poznałaby Luke’a i nie opłakiwałaby go, zamykając się na świat.
- Rozmawiałaś z nim? – usłyszałam głos za plecami i gwałtownie odwróciłam się.
- Nie mówił zbyt wiele – odpowiedziałam Michaelowi – Jedynie wspominał.
Clifford nie spał od trzech dni. W przeciągu całego mojego pobytu w Hurstville, budziłam się codziennie o tej samej godzinie. Schodziłam po schodach na palcach, aby nikogo nie zbudzić, jednak Michael nigdy nie spał. Mijając jego pokój, zawsze sprawdzałam przez uchylone drzwi, czy usnął, ale on siedział na łóżku, co chwila przecierając twarz.
Ashtona zaś był gościem w swojej własnej posiadłości. Zarówno w nocy, jak i za dnia sporadycznie pojawiał się w domu, zabierając kilka dokumentów lub narzędzi. Oczywiście nie mógł tu spędzać dużej ilości czasu, jako osoba poszukiwana, ale to wcale nie oznaczało, że musi uznawać nas za kompletnie nieznajome osoby. Podczas jego powrotów panowała cisza. Irwin wchodził milcząc i milcząc wychodził. Zupełnie, jakby nas nie było.



Sean wszedł, niczym do swojego lokum, a Calum tuż za nim. Z nienawiścią patrzył na starszego Fletchera. Ten zaś rozejrzał się po pomieszczeniu dokładnie, a potem uśmiechnął się, mijając wzrokiem nasze spojrzenia pełne nienawiści. Wyjął dłonie z kieszeni, otrzepał spodnie, po czym stanął przed nami wszystkimi lekko zgarbiony, ale dumny.
- Cóż, za wiele się nie zmieniło, Irwin – stwierdził i nie musiał czekać, aż krew zagotuje się w ciele Ashtona.
Twarz blondyna poczerwieniała, a oczy wypełniła ciemność rozbudzona wstrętem i nienawiścią do swojego dawnego mentora. Podszedł do niego i zamachnął się, aby wymierzyć cios, jednak ten pochylił się, po czym uderzył pięścią w brzuch Irwina. Ten zgiął się w pół, ale szybko ponownie stanął do walki, nie poddając się. Złapał starszego Fletchera w biodrach , a następnie pchnął do ściany. Gdy ten już był gotów do wyjęcia broni, Ashton prędko uderzył go w twarz, a potem cisnął kolanem w jego brzuch. Pistolet upadł na podłogę. Irwin, żeby dobić przeciwnika, uniósł łokieć, aby później wbić go w środek kręgosłupa Fletchera. Kiedy ten stracił na siłach, Ashton zacisnął dłonie na jego koszuli i przyparł go do ściany. Nie zdążyłam się zorientować, a blondyn już miał w ręku niewielki scyzoryk, który przyłożył do bladej szyi Seana.
- I co teraz? – warknął wściekle Ashton – Nie sądziłeś, że uczeń może przerosnąć mistrza, co? – zapytał.
W pewnym momencie tkwiłam w przerażeniu, iż Ashton znowu staje się tym, kogo nie chciałam po rak kolejny zobaczyć. Sądziłam, że znowu zatraca się w mroku, jaki zapanował właśnie przez Seana, ale z drugiej strony chciałam, aby poniósł konsekwencje swoich czynów zarówno jak reszta, więc stałam w milczeniu obserwując, co nastąpi dalej, chociaż nie ukrywałam, nie chciałam oglądać śmierci Seana Fletchera, którego w dodatku zabijał Ashton – człowiek przeze mnie kochany.
Sean roześmiał się głośno, patrząc prosto w oczy Irwina, co tylko pobudzało drzemiącą w nim bestię. Widziałam, jak zerkał na skórę swojego przeciwnika i czekał na odpowiednią chwilę, żeby przesunąć po niej scyzorykiem. Moje serce kołatało niczym szalone. Zastanawiałam się, do czego zdolny jest Ashton. Sam kilka dni temu wrócił do swojego zawodu, oświadczając mi to jasno i wyraźnie. Nie byłam jednak przekonana, czy mógłby zabić go na moich oczach, o ile jeszcze pamiętał, że znajdujemy się w tym samym pomieszczeniu.
- Jesteś tak samo durny, jak twój brat - syknął Irwin, przyciskając scyzoryk bardziej do skóry Seana - śmiejesz się z własnej porażki.
- To nie ja ponoszę porażkę, a ty - odparł, a Ashton zmarszczył brwi nie mając pojęcia, o czym mówi Sean. Czarnowłosy sięgnął dłonią do kieszeni, po czym wyjął z niej kartę. Uniósł rękę, a później przekręcił, abyśmy wszyscy ujrzeli króla kier. Ashton automatycznie odsunął się od swojego byłego mentora, otwierając szeroko usta. Sean spoważniał, jakby ta sytuacja przestała go bawić w momencie, kiedy Irwin nie spełnił swoich marzeń.
- Dostałeś króla… - szepnął Irwin zaskoczony.
- A ty dostaniesz damę, kiedy mnie zabijesz, bo tego właśnie chce ten palant, który z nami pogrywa. – dodał Sean.
Każdy z nas podejrzewał Seana o bycie karciarzem. Byłam również pewna, że Ashton sądził, iż to właśnie jego dawny nauczyciel zabił Luke’a. Nie miał już wątpliwości, dlatego tak zareagował na jego wizytę. Ale skoro Sean przychodził do nas z kartą… nie mógł ich wykładać… chyba, że to była część jego chorej gry.
Ashton zacisnął usta, bacznie przyglądając się starszemu Fletcherowi. Po raz pierwszy nie potrafiłam wyczytać z jego reakcji, co planuje zrobić następnie. Widziałam tylko zaszklone oczy i napinające się mięśnie. Powstrzymywał swoją złość do ostatniego momentu, ale nie wytrzymał więc postanowił wyładować się, na najbardziej odpowiedniej osobie.
Zacisnął dłonie na koszuli Seana i ponownie przyparł go do ściany w akcie desperacji. Niepoczytalność w jego zachowaniu oraz sięganie do ostatnich desek ratunku, jakimi było zwykłe wypuszczenie emocji i błagalna, ale jednocześnie stanowcza prośba dawała nam wszystkim do zrozumienia, że Ashton Irwin balansował na cienkiej linii pomiędzy spokojem, a szaleństwem.
- O co w tym chodzi, Sean? - zapytał załamanym głosem, a jego wargi drżały - Powiedz mi - wyszeptał.
- Ktokolwiek wykłada karty, wykreował nas na swoje marionetki - oświadczył - Każdego z nas - dodał, aby uświadomić nas, że on także stał się ofiarą gry – Ale przesyła nam również wiadomość. Już wiemy, że dama pik zabija króla kier, jak jest to zobrazowane na samej karcie. – wyjaśniał – Co oznacza, że zabijając mnie staniesz się damą, bo ja zszedłem z asa na miejsce króla.
- Czekaj, dostałeś asa? – zapytał Michael.
- Asa trefl, jeszcze zanim tu przyjechałem – odpowiedział, poprawiając swoją marynarkę.
Obszedł nas, a potem zajął miejsce na kanapie, rozsiadając się. Wyjął z kieszeni papierosa, którego później zapalił i począł rozkoszować się smakiem oraz zapachem nikotyny. Ja zaś próbowałam przeanalizować jego słowa. Za wszelką cenę musieliśmy dojść do jakiegoś rozwiązania, jak najszybciej. W końcu, po głębokich przemyśleniach, przypomniała mi się kwestia wróżenia z kart, kiedy to każdy kolor i figura musiały coś oznaczać.
- To nie musi być ranga – wtrąciłam, a wzrok każdego z osobna zwrócił się ku mnie – Ciotka Eleanor kiedyś wróżyła z kart, każda miała jakieś znaczenie. Jeżeli są wiadomością, mogą nie tylko określać rangi.
- Niespodzianka – wymamrotał Sean, wyjmując fajka z ust– As trefl zwiastuje niespodziankę, sam wysyłałem tę kartę.
- A reszta? – zapytał Calum, a wtedy zwrócił na siebie uwagę Fletchera.
- Wyglądam na wróżbitę? – odpysknął obojętnie.
- Cóż.. ta burza loków może zmylić – dodał Ashton - Brakuje ci jeszcze kuli.
- A więc musimy poznać znaczenie każdej z osobna – powiedział Clifford, aby załagodzić sytuacje między chłopakami. Oboje wiedzieliśmy, że kolejna kłótnia jest w tej chwili zbędna – Jeżeli wszystko złączy się w jedną całość, rozwiążemy zagadkę, tak?
- Moja droga Caitlin, zamienisz się w detektywa i odwiedzisz ciotkę, zanim cię uprzedzę? – Sean skierował swoje pytanie do mnie – Chyba nie muszę wspominać, że moja wizyta może nie być tak przyjemna, jak twoja.
Zmierzyłam go morderczym wzrokiem. Ten człowiek wzbudzał we mnie masę mieszanych emocji. Wyglądał na dobrą i spokojną osobę, podczas gdy zabijał bez skrupułów. Nie mrugnął nawet, kiedy strzelał do swojego wspólnika, a także przyjaciela. Nie potrafiłam powstrzymać obrzydzenia i wstrętu, jaki odczuwałam przy Seanie.
- Jest jedna luka – mruknął Calum – Nie mamy pewności, czy to Ashton ma być damą – spostrzegł - Ten ktoś może nie wiedzieć o jego istnieniu, a wtedy ty Fletcher jesteś na celowniku.
- Trafna uwaga – zauważył Sean – Ale jestem przygotowany na wszelkiego rodzaju odwiedziny.
- A co jeśli jednak wie? Może chce odwrócić naszą uwagę? – zagadałam.

Ashton uderzył pięścią w stół wyrywając nas wszystkich z zamyślenia. Wszyscy popatrzyliśmy w jego kierunku. Po raz pierwszy oglądałam Ashtona w takim stanie. Nie był sobą, ani Ashtonem Irwinem, ani Cieniem. Był kompletnie zbity z tropu, zagubiony i nie mógł podołać wyzwaniu rozwiązania zagadki. Presja w niego uderzyła. Śmierć Luke’a była czymś więcej, niż stratą przyjaciela. Ten ruch złamał Ashtona psychicznie. Złapał się za głowę i rozpaczliwie począł chodzić od jednego końca pokoju do drugiego.
- Przepraszam was – wyznał – Zawiodłem i ciągle zawodzę – szepnął – Nie mam już siły na tą grę. Czuję, że upadam pod tym całym ciężarem.
Nastała cisza. Nikt nie wypowiedział żadnego słowa, budującego czy dołującego, bo nie byliśmy w stanie pocieszyć Ashtona, nawet ja. Cierpiałam widząc go wyczerpanego, zdezorientowanego, pozwalającego wpuszczać ten cały chaos do swojej głowy. Nie umiałam mu pomóc, żadne z nas nie umiało, ponieważ tkwiliśmy w tej samym labiryncie, szukając wyjścia. Jedni znosili to lepiej, drudzy natomiast gorzej.
- Irwin – warknął starszy Fletcher patrząc chłodno na swego starego ucznia. Podszedł do niego, a potem położył dłoń na jego ramieniu. Spojrzał blondynowi w oczy swym piorunującym spojrzeniem i gdy już myślałam, że stanie się coś strasznego, ten zaś zdecydował się na słowa otuchy. – Nikt ci nie zabrania upaść – powiedział – Ale najważniejsze jest, abyś z tego upadku się podniósł.
Niespodziewanie w pokoju rozbrzmiał dźwięk mojej komórki. Sięgnęłam do kieszeni spodni, żeby sprawdzić przychodzące połączenie. Ku mojemu zdziwieniu, dzwoniła Theresa. Dotknęłam palcem wskazującym ust, aby poprosić wszystkich obecnych o ciszę, a potem przesunęłam palcem po wyświetlaczu w celu rozpoczęcia rozmowy.
- Cześć, Theresa – zagaiłam.
- Witaj, Caitlin – odezwała się, a jej głos wydawał się drżeć – Mam pewną sprawę…
Zmarszczyłam brwi, patrząc po każdym z osobna. Ashton gestykulując poprosił, abym przełączyła rozmowę na tryb głośnomówiący, a ja wykonałam polecenie.
- Mów, śmiało – poprosiłam.
- Pamiętasz morderstwo Logana Fletchera? – spytała, a Sean od razu zainteresował się konwersacją. Usiadł prosto i w skupieniu słuchał dziewczyny, po tym jak przytaknęłam – Dostał kartę, damę pik.
Ashton popatrzył na mnie pytająco, ale wzruszyłam ramionami. Nie wiedziałam do czego zmierza Theresa.
- Tak, kojarzę… - nagliłam dziewczynę – Znaleziono odciski palców? – dopytywałam.

- Nie – szybko zaprzeczyła – Problem polega na tym, że… ja też dostałam kartę.