środa, 31 grudnia 2014

Szczęśliwego Nowego Roku!

Moi Drodzy...
Chciałabym Wam życzyć wszystkiego co najlepsze w nadchodzącym nowym roku. Uczniom - świetnych wyników na egzaminach gimnazjalnych oraz maturalnych. Studentom - zdanych sesji. Poza tym, życzę Wam mnóstwa szczęścia w życiu. Uśmiechu na twarzach, małej ilości problemów (one zawsze muszą być, bo przecież życie byłoby nudne!). Mam nadzieję, że nowy rok przyniesie Wam wiele sukcesów, zarówno tych w edukacji, pracy, jak i w życiu rodzinnym czy towarzyskim. Spełniajcie swoje marzenia, byle nie wszystkie, bo marzenia są fajne! Warto jest marzyć i warto spełniać marzenia. Pamiętajcie, aby dążyć do określonych celów i pokonywać przeszkody stojące na drodze. Bez ciężkiej pracy nie ma osiągnięć. Życzę Wam także dużo wsparcia ze strony przyjaciół i rodziny w różnych sprawach, mnóstwa ciepła i miłości. Aby każdy z Was odnalazł sobie drugą połówkę i był po prostu szczęśliwy. Nie zmieniajcie się w nowym roku, pokochajcie siebie takimi jakimi jesteście.
Wystrzałowej imprezy sylwestrowej, nie zalejcie się w trupa, żeby mieć dobre wspomnienia. :)
Z mojej strony to tyle, co do większych informacji. W nowym roku będę dużo pracować nad wszystkim. Mogę Wam powiedzieć, że niosę dobre wieści. Jako mały spoiler dodam, że będę Waszą pomocną dłonią, jeśli chodzi o nowych pisarzy amatorów na Wattpad, więcej zdradzić nie mogę. Co więcej.. dostąpiłam pewnego zaszczytu od pewnej grupy pisarzy, ale o tym także w styczniu. :) Będę potrzebowała Waszego wsparcia w jednej sprawie, a być może nam się uda.
Jeżeli ktoś jest ciekaw moich postanowień noworocznych, nie będę zbytnio oryginalna.
Zamierzam pracować nad swoim ciałem, stać się bardziej otwarta na Was, pracować więcej nad Cieniem - wersją książkową i być bardziej pozytywnie nastawiona do życia. :)
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło! Miłej zabawy!
Peps.

ps. Dzisiaj na facebookowym fanpejdżu spoilerrrrrrr :)
I na tt też dodam.

środa, 24 grudnia 2014

Rozdział 18

muzyka: klik / klik

Podeszłam do drzwi, a później umieściłam w nich klucz, przekręcając go. Usłyszałam cichy trzask, co oznaczało, że zamek zadziałał i teraz byłam zamknięta w pokoju. Sprawdziłam również, czy nikt nie kręci się po podwórku. Cisza, żadnego sąsiada na ulicy. Zaklęłam. Nie zawołam pomocy, bo nikt mnie nie usłyszy. Ba, zapewne żaden z bogatych sąsiadów mieszkających obok Cassie nie pofatygował się nawet, gdyby działa się komuś w pobliżu krzywda. Dlatego nie lubiłam ludzi z dużą ilością forsy. Dbali tylko o siebie i swój własny tyłek.
Wróciłam do drzwi, przybliżyłam swoją twarz do drewna i nasłuchiwałam. Serce biło mi niczym oszalałe. Jeżeli ten psychopata był w moim domu, byłam na straconej pozycji.
On znowu się roześmiał. Głośno, jak po usłyszanym dowcipie, gdzie ze śmiechu aż boli brzuch.
- Ułatwiasz mi zadanie - mruknął.
Poczułam wilgoć pod stopami. Zerknęłam w dół, a spod drzwi wylewał się bezbarwny płyn, którego zapach był niezwykle intensywny, a przede wszystkim dobrze mi znany. Dla pewności przykucnęłam i dotknęłam palcem substancji. Tak, miałam rację, a mój zmysł węchu mnie nie zawiódł. Domniemany Cień zamierzał oblać dom benzyną, a następnie podpalić. Szybko zareagowałam i wyciągnęłam klucz, ciągnąc za drzwi. On był silniejszy. Z łatwością ponownie je zamknął za pomocą drugiego klucza, od swojej strony. Zostawił go w zamku, abym nie miała możliwości otwarcia drzwi. Mogłam je tylko wyważyć, ale brakowało mi sił. Zagonił mnie do ślepego zaułku, jak kot zagania mysz.
- Wypuść mnie - krzyknęłam, uderzając w drzwi płaską dłonią - Wypuść!
- Nie oszukasz przeznaczenia, Caitlin - warknął.
Odsunęłam się od wejścia. Ogień przebiegł po zwilżonej podłodze przez dolną wnękę drzwi, po których zdążył już się wspiąć. Nie zdążyłam mrugnąć, a niemal cały pokój mienił się kolorami czerwieni oraz żółci. Płomienie obejmowały panele, ściany, meble, dosłownie wszystko. Pokój tracił swoje piękno; perfekcyjnie pomalowane ściany zmieniały swój kolor z błękitu na czerń. Drewniana szafa paliła się doskonale, w szybkim tempie. Nad moją głową unosił się dym, który osłabiał mój organizm. Dusiłam się, kaszlałam i brakło mi tchu. Bałam się ruszyć. Strach, który zdominował moje ciało, zabraniał mi opuścić aktualne miejsce pobytu. Gdybym nieświadomie znalazła się blisko ognia, mogłabym zginąć. Moje stopy wciąż pokrywała łatwopalna substancja. Nie zamierzałam ryzykować swojego życia, ale nie byłam w stanie stać i czekać, aż ogień sam przyjdzie do mnie.
Drżącymi dłońmi chwyciłam komórkę i wystukałam palcami numer alarmowy. Podałam swoje dane, a także adres. Błagałam o szybki przyjazd kobietę pracującą na centrali, która zachowywała zimną krew podczas rozmowy ze mną. Zastanawiające jest, czy ci ludzie nie mają serca, czy może są przyzwyczajeni? Kobieta swym ciepłym i opanowanym głosem starała się mnie uspokoić, ale jej wysiłek szedł na marne. Wydzierałam się do telefonu licząc, że w ten sposób przyśpieszę działania służby. Mając dość wysłuchiwania jej próśb o głębokie wdechy, rozłączyłam się, a następnie wybrałam numer Michaela.
- Za dziesięć minut będę - oznajmił.
- Ratuj! - wydarłam się.
- Caitlin? Caitlin, co się dzieje? - zaniepokojony moim wezwaniem Michael próbował się ze mną porozumieć, ale w tym momencie kawał drewna mieszczący się wcześniej na suficie, runął na podłogę.
- Pomóż mi, Michael... pomóż... - wyszlochałam.
Telefon wypadł z moich rąk. Robiło się gorąco. Kłębiący się w zamkniętym pokoju dym ograniczał moje pole widzenia do minimum. Szukałam pomysły, który pozwoliłby mi przedostać się do drzwi. Możliwe, że przy pomocy adrenaliny udałoby mi się wyważyć ten kawał drewna, który przestał być masywnym. Ogień osłabił materiał, a połowę na pewno spalił. Uznałam to za szansę na ucieczkę.
Zerwałam zasłonę, wiszącą tuż obok. Podarłam tkaninę, po czym obwinęłam nią bose stopy. Wiedziałam, że ten plan nie należał do najlepszych, ale gdyby zasłona się zapaliła, mogłabym ją zdjąć. Tak przynajmniej sądziłam. Ruszyłam ostrożnie w kierunku drzwi z nadzieją, że tym razem uda mi się wydostać z tego piekła.
Byłam w połowie drogi, gdy kolejna belka spadła z sufitu na ziemię. Uderzyła w moją prawą nogę, przygniatając całe moje ciało do podłogi. Załkałam, kiedy przeszył mnie silny ból. Zraniłam się, dosyć poważnie. Gdy odwróciłam głowę, zobaczyłam wypływającą krew z mojej łydki. Chciałam się ruszyć, ale ciężki drąg leżał na mojej nodze, a mi zbrakło sił, aby go przesunąć. Zdana byłam na łaskę losu, a kiedy to zrozumiałam, dotarło do mnie również, że mogę pogodzić się ze swoją porażką, a także śmiercią, bo akurat los nie stał po mojej stronie.
Przyłożyłam dłoń do ust podczas kolejnego napadu kaszlu. Poddawałam się. Ogień otulał mnie z każdej strony. Moje powieki powolnie opadały. Przestałam modlić się o ratunek. Michael nie będzie ryzykował swojego życia dla mnie. Mógł otworzyć drzwi i wejść do środka, ale pod znakiem zapytania było nasze wspólne wyjście. Zostałam sama, godząc się na śmierć.
Głośny huk sprawił, że uniosłam powieki. Popatrzyłam na drzwi, które w ciągu dwóch sekund znalazły się na podłodze, przygaszając niewielki fragment pożaru. Później ujrzałam masywne obuwie. Szczupłe nogi sunęły po spalonym drewnie. Ciemne kolory biegały przed moimi oczami. Po wytężeniu wzroku dostrzegłam, że nieznajoma postać macha kurtką w celu wytworzenia przejścia. Przedostał się do mnie. Nie widziałam jego twarzy. Przez cierpienie, nie byłam w stanie odwrócić się, żeby spojrzeć na mojego wybawcę, którym na pewno był Michael. Clifford skupił się na kłodzie, która powstrzymała mnie przed ucieczką. Z ogromnym wysiłkiem uniósł belkę, a ja wysunęłam zakrwawioną nogę. Jęczałam, czując o wiele większy ból niż wcześniej. Ściskałam dłońmi skórę, chcąc zatamować krwawienie. Czerwone plamy pokrywały moje palce zarówno jak i dół mego ciała. Nie potrafiłam skupić się na jednej rzeczy. Dusiłam się, a jednocześnie wykrwawiałam.
Michael przedarł materiał swojej koszulki, a potem obwiązał nim moją ranę. Syknęłam, kiedy docisnął płótno do mojej skóry. Wypuściłam z ulgą powietrze widząc, że jeden problem mamy z głowy. Przyszedł czas, aby zabrać się za resztę kłopotów.
Chłopak podał mi rękę, ale ona nie przypominała ręki Michael'a. Zdobiły ją liczne tatuaże. Zmarszczyłam brwi. Coś tutaj nie grało. Sądziłam, że moim bohaterem jest Michael, ale on nie posiadał tatuaży. Odrzuciłam myśl o zrobieniu jakiejkolwiek dziary w ostatnich dniach, bo na lekko opalonej skórze nie znajdował się jeden tatuaż, a co najmniej dwadzieścia. Mimo wszystko uznałam, że warto jest mu zaufać. Chciałam wydostać się z domu Cassie, a jeśli ten człowiek miał mi pomóc - podejmowałam się ryzyka. Nie miałam nic do stracenia. Mogłam zginąć tu lub z jego rąk. Bez różnicy.
Uścisnęłam dłoń nieznajomego, a kiedy pociągnął mnie do góry. Wtedy nareszcie dane mi było spotkać jego wzrok. Piwne oczy, w które patrzyłam niczym zahipnotyzowana przypominały jego oczy. Włosy dłuższe, ale nadal kręcone, które podnosiła przepasająca czoło bandana. Zaróżowione usta, które kilka razy zetknęły się z moimi przynosząc rozkosz i ukojenie. Śniłam. Miałam omamy, bo to nie było możliwe. To nie mogło być możliwe.
- Trzymaj się - zadrżałam słysząc jego zachrypiały silny głos.
Blondyn umieścił swoją prawą rękę pod moimi kolanami, a lewą zaś na plecach i czym prędzej uniósł moje ciało. Podążył do wyjścia, omijając zwinnie przeszkody. Z trudnością łapał oddech. Powietrze było zanieczyszczone. Mimo osłabienia, ściskał mnie mocno. Nie wypuściłby mnie ze swoich ramion za żadne skarby. Stawiał nieśmiałe kroki na schodach, bo te stopiły się w niektórych miejscach. Udało nam się jednak zejść na dół i zniknąć z płonącego domu.
Sygnał alarmowy zagłuszał spokój w sąsiednich willach. Straż pożarna zbliżała się do posiadłości Cassie. W przeciągu kilku sekund mój bohater teleportował nas pod drzwi auta, przy których stał nikt inny, jak Michael. Gdy poczułam grunt pod nogami, oparłam się o samochód i odsunęłam się od chłopaków. Uniosłam swój wzrok, żeby upewnić się, że to co widziałam było jawą, rzeczywistością. Faktycznie, było.
- To.. niemożliwe... - wymamrotałam, wpatrując się w nową wersję człowieka, którego wcześniej uznawałam za martwego - Ashton...
Zachłysnęłam się powietrzem. W mojej głowie zaczęło szumieć, a przed oczami widziałam ciemne plamy. Osunęłam się na ziemię.
Zemdlałam.


Koniec Działu I - Oddech.
________________________________________________


Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak ogromną czuję satysfakcję z gry jaką mogłam sobie poprowadzić. Niektórzy nie wierzyli, ale byli tacy, którzy uwierzyli, kiedy dawałam do zrozumienia w rozdziałach i w odpowiedziach na pytania, że Ashton nie żyje. Starałam się Was zwodzić i.. no cóż, musicie mi przyznać, że w jakiejś 1/3 mi się udało.
Anyway, dawałam też wskazówki, że żyje. Piosenką Tomorrow Never Dies, moją ikonką z Ashtonem w tatuażach na twitterze, było tego jeszcze więcej, ale już nie pamiętam. :D Tweetowałam posty typu "Alive". Próbowałam wszędzie wepchać jakiegoś "hinta". Było śmiesznie.
Ale były też momenty, gdzie chciałam, żeby Ash nie żył naprawdę. W przypadku postów typu "Ash musi żyć, bo inaczej Pułapka nie miałaby sensu." Zaplanowałam już na samym początku, że Cień będzie żył i żaden post tego nie zmienił, ale przy tych wahałam się, czy faktycznie go nie zabić, bo chciałam udowodnić, że nawet bez Ashtona to wszystko miałoby sens. Bo miałoby. Ale w ostateczności sprowokować się nie dałam.
Anyway.
Gratuluję tym, którzy do końca brnęli w zaparte, że Ash żyje. Teraz czekajcie na wyjaśnienia.

A ja życzę Wam Wesołych Świąt, spędzonych w gronie rodzinnym. Dużo ciepła, magii świąt, spokoju, mnóstwa prezentów i czego tylko pragniecie. Mam nadzieję, że wszystko u Was w porządku! :) Nie jestem dobra w składaniu życzeń, haha!

Następna notka będzie 31 grudnia, ale nie będzie rozdziału. Będzie parę słów ode mnie, do Was.


JEŚLI UWAŻASZ, ŻE CIEŃ ZASŁUGUJE NA MIANO BLOGA ROKU KLIKNIJ <TUTAJ> I ZAGŁOSUJ W ANKIECIE. Z GÓRY DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKIE GŁOSY I SKROMNIE STWIERDZAM ŻE WY - CZYTELNICY ROZWALACIE SYSTEM.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Rozdział 17


muzyczka: klik

Obracałam w dłoni szklankę, siedząc na krześle tuż przy barze. Przyglądałam się swojemu niewyraźnemu odbiciu, zastanawiając się nad sensem ostatnich wydarzeń. Kto podpalił samochód Willa? Czym się kierował? W pomieszczeniu było ciemno, nie zapalałam świateł, gdyż naiwnie liczyłam, że ciemność pomoże mi się skupić. Nie rozwiązałam zagadki, nie doszukałam się wskazówek. W zamian za to, straciłam tylko czas, co robiłam już od dawna.
- Mój drogi Boże! - usłyszałam przerażony i zaskoczony głos ciotki, której chwilę później klucze od baru wypadły z rąk. Uderzyły o posadzkę, wydając dźwięk brzęczenia, podobny do obijanych o siebie małych dzwoneczków
- Ciebie też miło widzieć, ciociu - mruknęłam pod nosem nie odwracając się. Pozostałam w tej samej pozycji. Zgarbiona, oparta o blat stołu. Zmieniłam wyjątkowo punkt widzenia i patrzyłam teraz na szklankę, jak na zwykłe szkło. Tak, jakbym tylko się zamyśliła, bądź podziwiała naczynie bez zbędnej analizy.
- Caitlin, co tutaj robisz? - spytała chcąc wyjść na zdziwioną, jednak nie zdołała ukryć swojego strachu. Nie byłam tym zdziwiona. Sama wystraszyłabym się, gdybym wróciła do domu o piątej rano, a w salonie znalazłabym na przykład Cassie - czytającą lub piszącą coś na kartce. To byłoby czymś zupełnie nie podobnym do mojej przyjaciółki. Ciotka musiała mieć więc identyczne odczucia. Około trzeciej w nocy przyjechałam do zamkniętego pubu, aby wypić połowę butelki whisky, a następnie gapić się w szklankę i nie robić nic poza dogłębnym myśleniem. Nie poznawała mnie, ale mogłam ją pocieszyć tym, że nie była sama. Ja również nie wiedziałam co się ze mną dzieje.
- Zapomniałam o oddaniu ci kluczy do lokalu - napomknęłam, unosząc rękę. Na palcu prawej dłoni zawiesiłam plik kluczyków: od furtki, głównego wejścia, schowka, piwnicy, łazienki i biura. Uśmiechnęłam się krzywo, ale rudowłosa oglądała moje plecy zamiast twarzy. Niczego nie dostrzegła.
- Wszystko w porządku?
- Nie - odpowiedziałam krótko i zwięźle. Nie przyjechałam tu na pogawędkę, ani na wysłuchiwanie kazań. Wpadłam się napić, poszukać weny i tyle. Gdybym miała opowiadać ciotce o tym, jak aktualnie się miewam, sądzę, że następnym krokiem byłoby zawiezienie tej biednej kobiety do szpitala. Gdy Ashton umarł, a policja przyszła do baru w celu zadania mi kilku pytań, powiedziałam ciotce, że zostałam porwana, a Cień uratował mi życie. Nie skłamałam, ale nie wyznałam także całej prawdy. W moim umyśle ten pomysł nie istniał, zarówno wtedy, jak i teraz. - Ale dam sobie radę.
- Wiem o tym - jej głos stał się nagle łagodny i pełen spokoju - Zawsze sobie radziłaś, nawet w najgorszych momentach.. - kobieta podeszła bliżej - Czy jest coś, co mogłabym dla ciebie zrobić?
Nie jesteś w stanie zrobić niczego, abym poczuła się lepiej. To zdanie pojawiło się w moich myślach, wypowiedziane smutnym tonem. Eleanor była niezaprzeczalnie jedną z niewielu wspaniałych osób, które urodziły się na tym świecie, ale niestety nie była super bohaterką, która mogłaby pstryknąć palcem i sprawić, że problemy rozpłynęłyby się w powietrzu. Jej porada musiała wynikać ze znajomości tematu, a ja nie potrafiłam usiąść swobodnie przy herbacie i opowiedzieć od początku o tym, co wydarzyło się rok temu. Nie chciałam jej mówić o Ashtonie, o jego szantażach, porwaniu mnie, zabójstwach, o których mówił. Chwalenie się tym, że w jakiś sposób pocałował mnie, a ja nawet nie ukrywałam, że czułam się wtedy dobrze kopałoby mój grób. Całowałam się z przestępcą, między nami zniknęła pewna bariera, polubiłam go. W mojej głowie te wypowiedzi brzmiały wystarczająco beznadziejnie. Jedyną rzeczą, którą mogłam jej wyznać był mój pół związek z Willem. Pół, bo przecież określenie naszej relacji wciąż wymagało spotkania i szczerej rozmowy, a tego jeszcze nie zdążyliśmy wykonać.
- Will, um... - zaczęłam.
- Oh, dziecinko - rudowłosa westchnęła, a później przysiadła się do mnie - Nie on pierwszy i nie ostatni.
- Tak, ale wcześniej myślałam, że to on jest tym, który zostanie ze mną bez względu na to, czy jest dobrze czy źle.
- Serce czasem płata figle - Eleanor pogładziła moją dłoń - Przyjdzie czas, kiedy ktoś wejdzie do twojego życia i pokaże ci dlaczego inne twoje związki nie miały szans.
- Wydaje mi się, że już ktoś to zrobił.
Zacisnęłam usta, tworząc z warg cienką linię. Modliłam się, żeby ciotka wpadła w zamyślenie, a moje słowa przemknęły obok jej uszu. Nie starczyłoby mi sił na opowieść o Ashtonie, nawet w roli tajemniczego wielbiciela, czy sekretnego kochanka.
- A więc? Daj temu uczuciu szansę - rzuciła tak prosto i trywialnie.
- Nie mogę - szepnęłam.
- Czemu?
- Bo ono nie ma szans stania się rzeczywistością... - mruknęłam, myśląc o człowieku, który już nigdy nie stanie przed moimi oczami - Zmieńmy temat - pokręciłam głową, żeby wymazać obraz Ashtona ze swojej głowy - Jakieś wieści o George'u?
- Chce szybko wrócić do pracy, ale lekarze mu zabraniają - oznajmiła jakby znużona jego brakiem cierpliwości, jednak po chwili posmutniała - Tak mi przykro, że stała mu się krzywda przed moim barem.
- Zaraz... - ciotka zwróciła moją uwagę - Pobili go tutaj? W dzień morderstwa dziewczyny z mojej firmy, tak? - dopytywałam dla pewności.
Eleanor pokiwała twierdząco głową.
- Później zjawił się Will i badał sprawę... - kontynuowała.
- Will wiedział o pobiciu?! - wstałam miejsca zaskoczona słowami kobiety. Mój chłopak nic nie wspominał o wcześniejszym pobycie w barze. - Cholera...
Zaklęłam, gdy mnie olśniło. Zerwałam się z miejsca, po czym wybiegłam z budynku w poszukiwaniu mojego auta, nie zwracając uwagi na krzyki ciotki.
~*~
Odkąd zjawiłam się na komisariacie w ramach osoby przesłuchiwanej, nie potrafiłam spędzać czasu sama ze sobą. Moje myśli gnały w szalonym tempie, niszcząc mnie jako człowieka. Nie chciałam dłużej zadręczać się pytaniami, a także analizą odpowiedzi, które dostałam. Wolałam odpocząć, ale w towarzystwie. Z tego powodu, od trzech dni zamieszkiwałam u Cassie.
A ona zachowywała się gorzej niż moja ciotka.
- Potrzebujesz czegoś? Lody? Jakiś fastfood? Może czekoladki? - dopytywała, irytując mnie bardziej niż nigdy dotąd.
- Mówię ci po raz szósty, że wszystko ze mną w porządku - odparłam, siląc się na uśmiech.
- Caitlin - brunetka podeszła do mnie i objęła mnie ramieniem - Zamieszkałaś u mnie, a teraz twierdzisz, że twój chłopak pobił twojego kolegę, nic nie jest w porządku - stwierdziła.
- Dobra, jestem trochę zagubiona, zadowolona? - wywróciłam oczami - Szukam powodu dla którego Will mógłby to zrobić. Co, jeśli oszalał i to on jest Cieniem numer dwa? W dodatku Michael ma dzisiaj przyjechać i zabrać mnie na prawdziwy grób Ashtona. Calum powiedział, że jak tak bardzo im nie wierzę mogę go odkopać, ale wątpi, że Ash byłby szczęśliwy.
- No cóż, ja bym nie była.
- Ja także, dlatego chciałam zapobiec rozkopywaniu grobu na cmentarzu - wyjaśniłam - Ale cały wysiłek poszedł na marne, a zresztą i tak go tam nie było - wzruszyłam ramionami - Nieważne. Spójrz, George zostaje pobity, Will zjawia się chwilę później na miejscu. Możliwe, że go pobił, bo jakoś wszedł mu w drogę, a potem wrócił, żeby zatrzeć ślady. Przecież powiedziałby mi, że tam był, a tego nie zrobił.
- Proponuję czekoladki - powróciła do poprzedniego tematu - I dobre wino, najlepiej czerwone.
Westchnęłam, chowając twarz w dłonie.
- Will wysadziłby swoje auto sam? - zapytała spoglądając na mnie z politowaniem. Zamilkłam, ponieważ nie umiałam uzasadnić tego zdarzenia tak samo, jak nie potrafiłam znaleźć powodu dla którego Will mógłby chcieć mnie krzywdzić. - Odpocznij, Cait - poradziła przyjaciółka - Od tego wszystkiego nie myślisz logicznie. Dziś jest ciężki dzień, przygotuj się, a ja zajmę się resztą, w porządku?
Zgodziłam się. Nie miałam wyjścia. Cassie postanowiła; wiedziała, że teraz najbardziej jej potrzebuję, bez znaczenia, w jakiej formie. Mętlik w mojej głowie musiał zniknąć, zanim kompletnie bym zwariowała. Ale ciężko mi było odrzucić myśl, że mój chłopak nie maczał palców w pobiciu George'a. Bo jeżeli tak było, to znaczyło, że George podpadł, a już na pewno nie bez przyczyny. A tą przyczyną prawdopodobnie była sprawa Cienia.
Cassie ucałowała moje czoło zawiadamiając cicho, że za niedługo powinna wrócić. Ja w tym czasie zamierzałam się przebrać, aby Michael nie czekał na mnie, kiedy przyjdzie. Zdecydowałam, że opowiem mu o swoich podejrzeniach, ponieważ zawsze na nim polegałam. Nie wyśmieje mnie, a przede wszystkim nie pozostanie obojętny. Sprawdzi czy moje podejrzenia są słuszne, czego potrzebuję.
Tak, wypuścili ich. Policja nie posiadała żadnych dowodów na dokonanie jakiegoś nowego przestępstwa. Areszt byłby zbędny, bo chłopcy nie powiedzieliby, gdzie ukryli ciało Ashtona. On znaczył dla nich więcej, niż dwadzieścia cztery godziny za kratkami. Poświęciliby się, gdyby istniała taka potrzebna. Jednak komisarz miał świadomość, że może jedynie dyskutować i rzucać groźbami. Nie doprowadziliby go do zmarłego przyjaciela, znał tą solidarność. Policję traktowali jak największych wrogów. Nie ufali nikomu, a w szczególności Willowi.
Właściwie, sprawili, że ja również przestałam mu ufać. Stałam się dociekliwa i podejrzliwa wobec własnego chłopaka, ale coś po prostu tutaj nie grało. Wiedziałam już, co przede mną ukrywał. Nie chciał mi powiedzieć o pustym grobie od razu, bo szukał wskazówek. Ale coś nie pozwalało mi myśleć, że to był jego jedyny sekret. Zdawało mi się, że miał ich o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać. Dlatego chcę mieć go na oku. To wydaje się głupie, że mój procent zaufania do własnego chłopaka jest niski, ale muszę przyznać, że nauczyłam się jednej ważnej rzeczy od Ashtona.
Nie wszyscy wokół ciebie, są twoimi przyjaciółmi.
Niektóre z wypowiedzianych przez niego słów pamiętam tak dobrze, jak swój numer telefonu. Zabawne, że w niektórych sytuacjach wydają się one prawdziwe i użyteczne.
Wybrałam numer Michaela, Ze słuchawką przy uchu podążyłam do przestronnego pokoju Cassie, którego wnętrze znów zostało zmienione przez ów właścicielkę. Dziewczyna udekorowała pomieszczenie według nowej, nieco ostrzejszej wizji. Ściany oblepiła plakatami, co przypominało mi o starym mieszkaniu Ashtona. Poznawałam osoby ze zdjęć. Cassie nie słuchała tych zespołów, byłam tego pewna. Ten wystrój przygotowała dla Luke'a, aby mu zaimponować. Prawdopodobnie nawet przejrzała wikipedię, żeby mieć małe pojęcie o tym, co zdobi jej ściany. Szaleństwo. Pomimo mojej całej sympatii do młodego Hemmingsa, której może nie okazywałam, ale gwarantuję - ona w minimalnym stopniu istniała, nie śmiałabym twierdzić, że jest on wiernym kochającym chłopakiem. On i Cassie zdecydowanie nie pasowali do siebie, ale nikt nie umiał powiedzieć tego na głos.
Porozwieszane lampki nad łóżkiem dodawały klimatu, jednak kontrastowały z wydrukami rockowych zespołów. Cassie starała się połączyć swój świat ze światem Luke'a, ale zamiast harmonii, w pokoju uzyskała tylko chaos i zakłócenia. Ona zaś tego nie widziała, bo była wystarczająco zadurzona w Luke'u, aby móc przestać myśleć racjonalnie. Tak właśnie działała miłość - jak choroba, a Cassie była chodzącym dowodem na moje stwierdzenie.
Pognałam do pokoju, w celu wyboru ubrań. Nie zamierzałam stroić się niczym na pokaz mody czy inny ważny bądź jak kto woli - mniej ważny jubileusz. To był ostatni dzień w którym konfrontowałam się z Ashtonem (co prawda martwym, ale to nadal wyglądało na pewnego sensu spotkanie). Piżama nie była najlepszym strojem na miejsce, gdzie został ktoś pogrzebany. Zamknęłam się w pokoju, po czym zaczęłam grzebać w szafie.
- Hej, Cait, jestem w drodze - po drugiej stronie usłyszałam ciężki głos Clifforda.
- Nie musisz się śpieszyć, jestem w lekkim... nieładzie - podsumowałam swój wygląd - Długo będziemy jechać na ten cmentarz?
- Właściwie, nie będziemy nigdzie jechać - wyjaśnił krótko, co wprowadziło mnie w osłupienie.
- Co? Czemu? - dopytywałam.
- Po prostu czekaj na mnie w domu, dobrze? - oznajmił chcąc zabrzmieć spokojnie, jednak słyszałam jak jego głos drży.
Rozłączył się.
Zmarszczyłam brwi, oglądając jak numer Michaela znika z ekranu mojego telefonu. Patrzyłam na komórkę pytająco, jakby ona miała mi pomóc w rozszyfrowaniu przyjaciela Ashtona.
Ściągnęłam z wieszaka zwiewny, o rozmiar za duży biały t-shirt. Zabrałam z półki dżinsy, a później wygrzebałam z końca szafy Cassie starą znoszoną skórzaną kurtkę, którą kiedyś lubiłam pożyczać. Idąc ścieżką porozrzucanych po podłodze ubrań, dotarłam do łazienki, której wejście było w pokoju i zamknęłam się tam, przebierając.
Spojrzałam w lustro, oglądając dokładnie swoją twarz. Dopiero teraz dostrzegłam podkrążone oczy, oraz długie zniszczone włosy. Wyglądałam beznadziejnie, jakbym nie zmrużyła oka od kilku dni. Faktycznie, nie mogłam spać, ale nie sądziłam, że można to zauważyć tylko na mnie spoglądając.
W moich uszach ponownie rozbrzmiał dźwięk telefonu. Byłam święcie przekonana, że to czekający pod domem Cassie Michael, który mówiąc "jestem w drodze" miał na myśli "jestem dwie ulice od celu". Odebrałam przychodzące połączenie.
- Nie jestem jeszcze gotowa - zaśmiałam się nerwowo do słuchawki - Musisz poczekać.
- Problem w tym, moja droga Caitlin, że nie mam czasu - zachrypiały głos odpowiedział na moje powitanie.
- Ty - syknęłam.
- Widzę, że się stęskniłaś.
- Nie do końca - starałam się zabrzmieć obojętnie.
- Szkoda, liczyłem na miłe pożegnanie.
Pożegnanie? O czym on mówi? pomyślałam, ale nie odważyłam się zapytać. Coś podpowiadało mi, że wolę zignorować ten komentarz.
- Tik... tak... tik... tak... - naśladował dźwięk ruchu wskazówek zegara, przypominając mi o wiadomości, którą kiedyś mi dał.
- Myślisz, że wystraszysz mnie tak, jak Cassie? - prychnęłam.
Około tygodnia temu Cassie otrzymała anonimową przesyłkę. Nie zawiadomiła mnie, gdyż jak stwierdziła "miałam gorsze problemy i jedna paczka w tą czy w tamtą znaczenia nie robi". Niestety, było zupełnie inaczej. Czarna róża zwiastująca śmierć przeraziła moją przyjaciółkę do tego stopnia, że przestała odbierać listy. Rozkazała listonoszowi wrzucać je przez płot do ogródka. W każdym razie żart tajemniczego prześladowcy przebiegł pomyślnie, bo Cassie zjadł strach.
- Nie chcę cię wystraszyć, Caitlin - zaśmiał się, jakbym powiedziała coś nadzwyczaj głupiego.
- Więc czego chcesz?
- Chcę cię zabić - wymruczał, a w jego głosie wyczułam podniecenie. Sycił się moim przerażeniem, tym dreszczykiem emocji, który wywoływał. Wydawało mi się, że adrenalina buzowała w jego ciele, kiedy tylko miał okazję mnie straszyć. Wiedziałam, że pragnął usłyszeć mój wrzask, a następnie błaganie o pomoc, kiedy piętro niżej któreś drzwi zamknęły się z hukiem.
____________________________________________________________________________


Bry! Jeszcze jeden rozdział i kończymy dział 1! Jak myślicie, świeczka dla Caitlin zgasła? A może to kolejna groźba rzucona na wiatr? Czyżby Michael wpadł do domu? Czy faktycznie prześladowca zdecydował się nareszcie uderzyć? Dowiecie się w następnym rozdziale Pułapki! Huhu, brzmi jak jakiś spot reklamowy.
Anyway, chyba nie mam dzisiaj nic do przekazania poza ruszeniem z Fill me in. Pierwszy rozdział w styczniu, na razie jest prolog. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Jest trochę w klimatach Cienia, ale luźniejsze. Dużo humoru, bohaterowie mają po części zbliżone charaktery.

Dziękuję za komentarze i przepraszam, że na nie nie odpisuję. Problem tkwi w tym, że mój laptop jest zepsuty i działa przez 5-10 minut lub na trybie awaryjnym pół godziny w tempie gorszym niż żółwi. Opowiadania piszę na służbowym lapie w pracy xD (taki ze mnie pracuś haha)

Następny rozdział w Wigilię! L o v e  y o u! :)
PP xx.

sobota, 6 grudnia 2014

Rozdział 16

Dużej wielkości pokój wyposażony jedynie w metalowy stolik oraz dwa krzesła umieszczone po obu stronach. Ściany w kolorze szarości, a przede mną jedna wielka szyba, przez którą osoby z zewnątrz mogły spokojnie oglądać wnętrze tego nieprzyjemnego pomieszczenia. Na jednym z krzeseł siedziałam ja, Caitlin Alicia Teasel. Świadek, podejrzana lub pokrzywdzona. Policja nie zdecydowała, które określenie jest najbardziej adekwatne. Ja zachowałam wobec tego obojętność. Byłam nazywana różnie, nosiłam nawet przydomek "wariatka", więc nazwanie mojej osoby "Trzy w jednym" nie zrobiłoby na mnie wrażenia. Tak w ogóle, to nic nie było w stanie wykrzesać z mojego ciała żadnego zaskoczenia po tym, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej.
Zaszklonymi oczami patrzyłam pusto w szybę, mając całkowitą świadomość, że tuż za nią znajduje się około pięciu funkcjonariuszy dogłębnie analizujących moje zachowanie. Na pewno stał tam również Will, jak i Theresa, której serce mało nie wyskoczyło z piersi na mój widok. Blada, pozbawiona wszelkich emocji, ze spuszczonym wzrokiem przemierzałam perfekcyjnie oświetlony korytarz, trzymana za ramię przez Willa. Blondynka wstała z fotela, otworzyła usta i zaczęła rzucać pytaniami, niczym liczbami do totka. Ale ja nie mogłam odpowiedzieć, nie potrafiłam. Ani ja, ani Will. Nie paliliśmy się do roztrząsania całej sprawy. Bez zbędnego postoju zostałam niezwłocznie przeprowadzona do pokoju przesłuchań. Tam siedziałam od samego początku, pogrążając się w rozpaczy.
Ogarnęła mnie cisza. Tylko ona powstrzymywała mnie przed wyeksponowaniem swojego gniewu. Zamknęłam się na świat, aby zamilknąć i nie ranić ludzi, na których mi zależy. Wystarczyłoby, że z moich ust wydostałoby się jedno słowo, a za nim poszłyby kolejne. Plułabym jadem na nieodpowiednie osoby, czego wolałam uniknąć. Zachowywałam się przerażająco, to fakt. Nie byłam skora do rozmowy, nie odwracałam wzroku. Zupełnie jak roślina, która pnie się ku górze, ale jej zmysły w ogóle się nie rozwijają. Niektórzy uważali, że odebrało mi mowę, ale to nie w tym tkwił problem, ponieważ w dalszym ciągu potrafiłam się komunikować. Ja po prostu nie miałam nic do powiedzenia, a w szczególności na głos, o sytuacji, której musiałam być częścią. Wystarczyło jedno krótkie spojrzenie w dół i wszystko było jasne. Pusta trumna, zero kości, brak ciała. Po raz kolejny zostałam oszukana. Ashton znów wbił nóż prosto w moje serce, ale tym razem zranił mnie sto razy mocniej, niż mogłoby się wydawać.
W drodze na komisariat analizowałam wszystko, jednak wysnucie wniosków i przyznanie się do swej własnej głupoty, a także naiwności nie przychodziło mi z łatwością. Szukałam odpowiedzi na proste pytanie "Dlaczego?", ale brakowało mi wskazówek. Nie potrafiłam tego zrozumieć. Nie obchodziło mnie, gdzie teraz Ashton się podziewał, co robił i jak się czuł. Tylko to pytanie błądziło po mojej głowie. Dlaczego mnie tak wykorzystał? Dlaczego zabawił się moimi uczuciami? Dlaczego ukartował coś tak okrutnego i skazał mnie na życie w męce? Dlaczego, dlaczego, dlaczego...
Aczkolwiek, gdy zajęłam miejsce przesłuchiwanej moje myśli odeszły. Żadne słowa do mnie nie trafiały; nie przemawiały; nie sprawiały, żebym była skora wykonać jakiś ruch, chociażby drgnięcie. Ugrzęzłam we własnym ciele, jakby w pokoju dźwiękoszczelnym. Mogłam krzyczeć, płakać czy nawet śmiać się, ale nikt tego nie słyszał tak, jak ja nie słyszałam nikogo. W mojej pamięci pozostała jedynie godzina, w której zerknęłam w dół, żeby sprawdzić, co znajduje się we wnętrzu trumny. Nie spodziewałam się, że nie zastanę tam dosłownie niczego.
Niemniej jednak byłam tykającą bombą, która nie współgrała z licznikiem. Wystarczyło mnie dotknąć, innymi słowy odpalić; a Ashton robił to w odpowiednim czasie. Idealnie trafiał w mój czuły punkt i wiedział, kiedy jest najlepsza okazja, aby to zrobić. Geniusz, można by rzec, ale ja preferowałam określenie "Drań", bo jaki dobry człowiek zainscenizowałby swoją śmierć? Kto normalny oszukałby swoich bliskich? Właśnie, bliscy.. zapewne jego przyjaciele maczali w tym palce. Ja nie byłam wystarczająco bliską osobą. Wierząc, że jestem kimś więcej oszukiwałam samą siebie. Ashton traktował mnie od początku do końca tak samo. Byłam nikim innym, jak pionkiem w jego grze. I tym razem nikt nie był w stanie mnie przekonać, że on kiedykolwiek pragnął tylko mojego dobra. W swojej głowie wykreowałam go na złego człowieka, w którym odnalazłam dobro. Niestety, wytwór mojej wyobraźni nie miał praw do wkroczenia w rzeczywistość. Pozostałam jego marionetką, na zawsze.
Drzwi otwarły się szósty raz z rzędu. Nie wiem, w jaki sposób przy tak ogromnej sprawie, udało mi się zainteresować błahostką, ale liczyłam wszystkie wejścia i wyjścia, jakby miało to jakiekolwiek znaczenie. Można powiedzieć, że zakotwiczyłam mój rozum, znalazłam w pewnym sensie ukojenie poprzez koncentrację na zwykłej bzdurze. Will usiadł na krześle, rozkładając na stoliku dokumenty. Nawet nie spojrzałam na kartki. Nie odrywałam wzroku od szyby, której widok w połowie zakłócił Brytyjczyk. Kątem oka widziałam niezadowolenie wymalowane na jego twarzy. Minęła godzina zanim zebrał się, aby tu wejść i mnie przesłuchać. Nie chciał tego robić, ale musiał. Zresztą przesłuchiwanie własnej dziewczyny nie należało chyba do ulubionych zajęć faceta. On jednak podjął się zamknięcia akt Ashtona Cienia Irwina. Nie spodziewał się takiego obrotu akcji. Cóż, nie on jeden.
Will wplótł palce w swoje włosy, potrząsając nimi lekko. Tym samym stworzył na swojej głowie nieład. Wdychał, a po chwili wypuszczał głośno powietrze, zastanawiając się, jak powinna wyglądać nasza dyskusja. Ból w jego błękitnych, jak ocean oczach nie dawał mi spokoju. Byłam na tyle załamana, że nie potrafiłam go wesprzeć i dodać otuchy, której bardzo potrzebował przy tej rozmowie. Gdybym tylko mogła, zabrałabym ten cholerny ciężar dźwigany przez niego, na swoje barki. Bo tu chodziło o mnie, nie o ludzi, których kocham.
- Gdzie po raz ostatni widziałaś Ashtona Irwina zwanego Cieniem? – pierwsze pytanie wyrecytowane prosto z kartki wyleciało z jego drżących ust.
Wychodziło na to, że zjawił się w moim domu dość niedawno, skoro wrócił do mnie wisiorek, ale przecież tego nie powiem, jeżeli nie mam stuprocentowej pewności. Nie pamiętałam, bo tego dnia postanowiłam urządzić sobie prywatną imprezę, aby własnie zapomnieć. Co za ironia losu, że akurat teraz ta informacja była przydatna.
Cisza. Moje milczenie. Zabrakło mi śliny w ustach, chęci oraz odwagi, aby powiedzieć chociaż zwykłe "Nie wiem" bądź "Przed jego domniemaną śmiercią". Nie udzieliłam odpowiedzi. Nie dałam żadnej oznaki, która sugerowałaby, że zamierzam w ogóle odpowiedzieć. Przełknęłam jedynie ślinę i kontynuowałam czynność, którą zajmowałam się od przybycia do tego pokoju, czyli podziwiania szyby.
- Czy Ashton Irwin próbował się skontaktować z tobą po swoim swingowanym pogrzebie? - zdenerwowany głos Willa znowu wdarł się do mojej głowy. Pot spływał z jego czoła, a dłonie trzęsły się niczym u człowieka chorego na parkinsona. Mój brak odpowiedzi potęgował jego zdenerwowanie, jednak nic nie mogłam poradzić. Nie zamierzałam dyskutować na ten temat. Nie tutaj, nie z nim dopóki trwała jego służba. Jego zadaniem było poradzić sobie ze mną, z każdym kaprysem i docinkiem czy tym cholernym milczeniem. Jako policjant wykonywał swoją robotę. A chwilowa amnezja dotycząca tego, co nas łączy musiała go dopaść, bo na tym polegała ta praca i zdawałam sobie z tego sprawę. Dlatego właśnie na czas przesłuchania oddaliliśmy się do siebie, nie ustalając niczego przedtem. To wyszło samo z siebie. Staliśmy się zupełnie obcymi ludźmi. On zadawał pytania, a ja teoretycznie udzielałam odpowiedzi. W rzeczywistości odpowiadałam zwyczajną ciszą.
Powtórzył pytanie.
Tak, mało nie zabił mnie w windzie, o ile był to w ogóle on - pomyślałam, jednak nie powiedziałam niczego głośno. Dwie godziny temu patrzyłam na pusty grób, a to mówiło samo za siebie. Na pewno starał się ze mną skontaktować, nie odpuściłby tak łatwo. Dzwonił, straszył, omal nie zabił, ale jeszcze nie stanął przede mną twarzą w twarz. Na język cisnąć się mogła odpowiedź "TAK", ale nie zgadzałam się, aby Will ją usłyszał. Choćbym nienawidziła Ashtona najbardziej na świecie, brakowało mi tej stuprocentowej pewności.
Westchnęłam.
- Caitlin, wiem, że wiele przeszłaś... - Will próbował ze mną negocjować. Swoimi słowami zwrócił moją uwagę, ale w nieodpowiedni sposób.
- Gówno wiesz - prychnęłam, przerywając chłopakowi - Sześć miesięcy, zdajesz sobie sprawę, jak długi to okres czasu? Opłakiwałam go sześć miesięcy, a w nagrodę ujrzałam pustą trumnę. - odpowiedziałam - Czułeś wstyd, rozczarowanie, poniżenie i złość jednocześnie? Nie? Więc nie mów mi, że cokolwiek o tym wiesz. I pieprzę te wasze cholerne przesłuchania, które i tak nie pomogą wam znaleźć Ashtona. Robiliście to przez trzy lata i nigdy nie udało się go złapać. Ale cóż, liczą się starania nieprawdaż? O ile jakieś były. - skwitowałam całą pracę australijskiej policji.
Wstałam od stołu i podeszłam do drzwi. Pociągnęłam za klamkę, a później własnowolnie opuściłam pokój posyłając pogardliwe spojrzenia reszcie komisarzy, którzy obrzucili mnie spojrzeniem tuż po wyjściu. Przysłuchiwali się mojej rozmowie z Willem, także nie musiałam niczego powtarzać. Pokierowałam się na korytarz, a tam zastałam nikogo innego jak przyjaciół samego Ashtona.
Wywróciłam oczami widząc zmartwienie na ich twarzach. Wciąż silili się na grę aktorską, ale finał nadszedł, a farsa dobiegła końca. Musieli się z tym pogodzić. Nie miałam wyrzutów sumienia. Czułam rozpierającą mnie dumę. W jakiś sposób utarłam im nosa, wydałam ich policji, na co zasłużyli. Oni również traktowali mnie jak zabawkę, która nie posiada uczuć. Mylili się. 
Zamierzałam wyminąć całą trójkę, ale w ostatniej chwili Luke złapał mnie za rękę, powstrzymując przed odejściem.
- Pozwól mi wyjaśnić - mruknął, ale ja nie zamierzałam w ogóle słuchać.
- Mam nadzieję, że was zamkną, najlepiej w wariatkowie - syknęłam, wyswobadzając się z uścisku.
- Caitlin, Ashton nie żyje - odezwał się Michael. 
- Tobie ufałam najbardziej, jak mogłeś? - spytałam z wyrzutem.
- Pochowaliśmy go gdzieś indziej - warknął Calum siedzący na ławce. Nie raczył zaszczyć mnie swoim znaczącym wzrokiem. Oparł łokcie na kolanach i przeglądał tablicę ogłoszeń wiszącą naprzeciwko, a raczej po prostu gapił się na nią. Wątpię, że coś takiego mogło go zainteresować nawet w malutkim stopniu. Wydawało się, że zachowywał spokój, jednak wewnątrz na pewno wrzał. Wizyta na komisariacie była ostatnią z listy pilnych spraw do załatwienia. - Dzięki za wsypanie nas psom, tak na marginesie. - dodał.
- Co? - pisnęłam.
- Wiedzieliśmy, że prędzej czy później ktoś znajdzie powód do otwarcia trumny. Kogoś takiego jak Cienia muszą sprawdzać - wyjaśnił Luke - Nie zamierzaliśmy pozwolić im na szperanie w kościach bliskiej nam osoby. Wraz z jego szczątkami zakopaliśmy kilka ważnych dokumentów tak, jak sobie życzył.
- Przecież policja dała wam gwarancję spokojnego pochówku - odparłam, nie wierząc w brednie, które wygadywał Hemmings.
- Bardzo spokojnego - fuknął Calum - Na jeden dzień, a potem otworzyli jego kartotekę na nowo.
- Jaką mam pewność, że to nie kolejne wasze kłamstwo, hm? - spytałam, zaciskając dłonie w pięści.
W tym samym czasie Calum wstał z miejsca i podszedł do mnie. Zmierzył mnie wzrokiem. Jego tęczówki pociemniały. Po moim ciele przeszły dreszcze. Myślałam, że za moment wybuchnie i nic nie powstrzyma jego gniewu. Patrzył na mnie z wyższością,  urażony moimi słowami. Niewiarygodne, że brak mojego zaufania do trójki chłopaków tak uderzył w Hooda, który zazwyczaj miał w poważaniu wszystko, co dotyczyło mnie oraz mojego życia.
- Możesz wierzyć nam lub temu frajerowi, z którym jesteś. Ale nie zapominaj, kto zawsze ratował ci dupę, Teasel - powiedział tak oschle, jak tylko był w stanie.
- Hej - usłyszałam za plecami głos Willa - Odsuń się od niej! - rzucił, zbliżając się do mnie.
- Próbujesz mi grozić? - zapytał Calum, unosząc brew. Prośba Willa nie zrobiła na nim wrażenia, a nawet wymalowała uśmiech na jego twarzy. 
Will przysunął mnie do siebie. Uderzyłam plecami o klatkę piersiową blondyna, który natychmiastowo oplótł mnie ramionami, pozbawiając swobody ruchu. Czasami odgrywał zbyt opiekuńczego partnera, jak na przykład teraz.
- Jeszcze nie - odparł pewnie - Mało ci wrażeń, gnojku? Na przesłuchaniu załatwię ci więcej, gwarantuję.
- Jak mnie nazwałeś ty zapchlony kundlu?! - wrzasnął Calum, rzucając się w przód, prosto na Willa.
Zamachnął się, aby zadać cios w policzek Brytyjskiego funkcjonariusza, jednak ten ze zwinnością go uniknął. Luke w ostatniej chwili stanął przed swoim przyjacielem, blokując jego następny atak. Złapał go w pasie, po czym popchnął w tył. Ja odciągnęłam Willa, po czym sprowadziłam go na ziemię.
- Zwariowałeś?! Czemu go prowokujesz? Jesteś policjantem, gdzie twoja kultura?! - zganiłam swojego chłopaka, który wciąż wymieniał piorunujące spojrzenia z Calumem. Jako funkcjonariusz powinien trzymać nerwy na wodzy. Will w ogóle nie ukrywał, że chciałby wsadzić przyjaciół Cienia za kratki. Wiedziałam, że policjanci dostają więcej kasy za przyskrzynienie kogoś, ale wydawało mi się, że Will należy do ludzi honoru, dla których ważna jest sprawiedliwość i bezpieczeństwo, nie pieniądze. 
- Dbam o ciebie - zwrócił się ku mnie - Czemu tak go bronisz?! Myślałem, że to ja jestem twoim facetem, a nie ten gówniarz!
- Odszczekaj to! - wtrącił Calum.
Michael'a rozdrażniło zachowanie swojego przyjaciela. Dawno nie widziałam Clifforda złego do tego stopnia, że przywoływał ciemnowłosego do porządku. Wystarczyło, że stanął przed nim, zmierzył go wzrokiem i rozkazał usiąść na dupie, a ten posłusznie wykonał polecenie. Oczywiście nie obyło się bez burknięcia pod nosem, ale wyraźnie dał wszystkim do zrozumienia, że wyższy od niego o kilka centymetrów Michael budzi respekt. 
Zdecydowałam się na wyjaśnienie paru kwestii Will'owi, kiedy rozmowy, a raczej kłótnie chłopców ucichły.
- Will, ja po prostu...
- Za każdym razem tak jest. To zawsze ja wychodzę na tego złego. - mruknął - Dlatego nie chciałem się odzywać, bo każda nasza dyskusja kończyła się tak samo. Jeśli tak bardzo chcesz z nimi być, czemu tego nie przyznasz? Powiedz, że nie zależy ci na mnie, to proste.
- Nic nie rozumiesz, Will.
- To mi wyjaśnij! - krzyknął, opuszczając ramiona w geście poddania się. 
Nie zwracając uwagi na publiczność, zbliżyłam się do Willa. Dzieląca nas niewielka odległość zniknęła. Dłonią przejechałam po jego policzku. Uniosłam podbródek chłopaka prosząc tym samym, żeby spojrzał mi w oczy. Przestałam czekać i złączyłam nasze usta, rozkoszując się czułym pocałunkiem. Zmęczyła mnie ta chora relacja, zmęczyły mnie sprzeczki. Potrzebowałam jego ciepła, dotyku, spokojnego głosu. Chciałam, żeby mnie wspierał, nie zadawał pytań, przytulał i mówił, że będzie dobrze.
- Doceniam to, co dla mnie robisz - szepnęłam, zetknąwszy nasze czoła - Ale mam dość kłótni.
- A ja tej mody na sukces - wtrącił Calum, zwracając ponownie uwagę na siebie. W jego oczach można było znaleźć tyle złości, z niekoniecznie znanych mi przyczyn. Możliwe, że uświadomił swoich przyjaciół, ale nie mnie. Calum był skrytą osobą. Silniejsza więź łączyła go jedynie z Lukiem, ale nawet on nie pomagał mu w byciu szczerym. Nie rozwiązywali wzajemnie swoich problemów. Calum nie mówił głośno o tym, co mu się nie podobało. Wolał stroić fochy, irytować wszystkich wokół i szlajać się naburmuszony po kątach, aby później wszczynać kłótnie i wyżywać się na bliskich mu osobach. Niesamowicie wkurzający, ale w pewnym sensie oryginalny człowiek, bo mimo swoich wad był wart poznania. Z tego powodu znosiłam jego komentarze, mając nadzieję, że wkrótce dowiem się czegoś więcej na jego temat. Był w dodatku częścią paczki Ashtona. Nie odtrącałam go tak, jak on robił to ze mną.
Niemniej jednak, jeden powód jego złości był znany wszem i wobec. Will. Ja. Ja i Will, my razem. Nie znosił mnie tak samo, jak jego. Ranga policjanta podwajała jego nienawiść. Fakt, że ich wsypałam jeszcze bardziej pogarszała sytuację. Calum nie mógł pogodzić się z przegraną, której doświadczył przed kilkoma minutami. 
Calum uwolnił się z uścisku Luke'a. Uderzył ramieniem o jego bark, prychając. Gdyby nie młody Hemmings, Calum z pewnością wszcząłby bójkę. Kumpel mu przeszkodził, dając kolejny powód do wściekania się. Ruszył w stronę tarasu informując Michaela, że zamierza się przewietrzyć. Wiedziałam, że oznacza to czekanie na moje wyjście z budynku. Znudził go mój widok lub za bardzo czuł się rozdrażniony. Calum był trudny i niezrozumiały.
Ciemnowłosy nie zdążył odnaleźć wyjścia. Jego głowa odwróciła się wraz z resztą obecnych na korytarzu po silnym i długim dźwięku przypominającym wybuch. Każdy podbiegł do najbliższych okien, chcąc sprawdzić, co się wydarzyło. Na dworze rozbrzmiało wiele autoalarmów samochodowych. Oglądałam teren za szybą. Ludzie idący chodnikami zatrzymali się. Mieszkańcy pobliskich budynków powychodzili na balkony.
Spojrzałam w dół.
Samochód.
Prywatne auto Willa stanęło w płomieniach. Brytyjczyk przyglądał się zdarzeniu z otwartymi szeroko ustami. Był oniemiały. Czarne BMW paliło się powoli. Ciemne smugi dymu unosiły się w powietrzu, powoli ograniczając naszą widoczność. Chwyciłam dłoń chłopaka, ale nie odwzajemnił uścisku. Nie mógł przestać oglądać palącego się wozu. Chciałam jakoś pomóc, lecz nie wiele mogłam zdziałać. Ciężko podejrzewać kogokolwiek o ten czyn, skoro wszyscy zostali wezwani na komisariat. 
- Dzwoń po straż, Theresa! - rozkazał szef wydziału, który pojawił się nagle obok nas. 
Cała sprawa zyskała nowy poziom. Dotyczyła zmarłej osoby, ale odbijała się na wszystkich żywych.


_________________________________
DZIĘKUJĘ ZA PÓŁTORA MILIONA WYŚWIETLEŃ NA BLOGU!!
Najlepszy mikołajkowy prezent od Was dla mnie!
Blisko 10 tysięcy komentarzy.
Blisko 150 tysięcy wyświetleń Pułapki na Wattpad!
D Z I Ę K U J Ę.

Wcześniej pisałam, że rozdział 17 będzie 24 grudnia, jednak w związku ze zmianą długości rozdziałów, zmianą zarysu fabuły bla bla bla i te inne pierdoły, rozdział będzie 15 grudnia, a rozdział 18 czyli dla Was mini prezent świąteczny bo w Wigilię, pojawi się właśnie wtedy, koło godziny hm.. no właśnie, sami zdecydujcie. W komentarzach napiszcie czy lepiej, żebym dodała rozdział po południu (15-16) czy wieczorem (19-21), bo dla mnie to bez różnicy. W święta pracuję, więc mogę dodać rozdział z pracy tak, jak robię to teraz lub po przyjeździe do domu. 
I to nie rozdział 17 jest tym decydującym, powróciłam do starego planu - rozdział 18ty nim jest!! W rozdziale 16tym dowiadujemy się czy Ash żyje czy nie, czyli jak pisałam wcześniej lub nie, bo to trochę się pogmatwało. Wybaczcie, staram się Wam powiedzieć że tu i tu będzie coś na pewno, ale w praniu wychodzi inaczej. Teraz już nie zmieniam. Rozdział 18ty jest rozdziałem kończącym DZIAŁ 1. Kończy pewien moment w całej fabule, a jaki dowiecie się czytając. :)

cya! :)