piątek, 26 września 2014

Rozdział 7

Błagam nie piszcie komentarzy typu: PIERWSZA OMG!!!

MJUZIK: klik
_____

Poczułam nagły ucisk w żołądku, który spowodował zachwianie się mojego ciała. Zakręciło mi się w głowie na myśl, że za moment mogę doznać uszczerbku na zdrowiu lub co gorsza.. zakończyć swój żywot. Kurczowo trzymałam się klamki drzwi wejściowych do budynku, jakby magicznym sposobem miały się one otworzyć. Wbiegłabym wtedy do środka, a następnie zamknęłabym bandycie drzwi przed nosem uniemożliwiając atak. Sytuacja nie wyglądała jednak tak dobrze, jak układałam jej wizję w głowie. Brak możliwości ucieczki utrudniał sprawę. Do obrony służył mi jedynie pistolet na gaz, którym za wiele nie mogłam zdziałać. Nie dawał on stuprocentowej skuteczności.
Wtem wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Mój domniemany napastnik podszedł bliżej, a światło otuliło jego twarz. Bardzo dobrze znajomą twarz.
- Cholera, Dan! - wrzasnęłam, wypuszczając z dłoni pistolet, który uderzył o ziemię robiąc trochę hałasu. Wciągnęłam do swoich płuc nadmiar powietrza, jakby za chwilę miało go zbraknąć. Oparłam cały ciężar ciała o ścianę powstrzymującą mnie przed upadkiem. Przeczesałam dłonią włosy, rozluźniając się. To Dan, tylko Danny. - Mało brakowało, a dostałabym zawału - wymamrotałam, patrząc szeroko otwartymi oczami w ziemię.
Brunet podrapał się po karku czując dyskomfort. Nie chciał mnie przerazić; widziałam w jego oczach kłębiący się strach. Zagubił się; myślał, jak powinien zareagować. Minęło tyle czasu, odkąd spotkaliśmy się po raz ostatni w barze Eleanor. Powiedzieć "cześć"? Przeprosić? Objąć? Zaśmiać się? Mogłam pocieszyć go jedynie faktem, że nie był z tym wszystkim sam, bo ja także nie miałam pojęcia, co mam zrobić. Dać mu w twarz za to, że przestał mnie traktować, jak przyjaciółkę? Przytulić się do niego, bo wrócił i wybrał mnie, jako towarzystwo na wieczór? A może powiedzieć mu "spadaj, wracaj do Nowego Jorku"? Uznałam, że opcja druga jest najlepszym wyjściem.
Podeszłam do bruneta rozchylając swoje ręce, żeby później wpaść prosto w jego ramiona. Nie czekałam na odwzajemnienie tego upragnionego przez nas uścisku. Dłonie Dan'a znalazły swoje miejsce na moich plecach. Przyciągnął mnie do siebie, aby między naszymi ciałami zniknął dystans. Zacisnęłam palce na jego ramionach, a w moich oczach pojawiły się łzy. Tak bardzo tęskniłam za Radley'em, chociaż nigdy tego nie przyznałam. Teraz, kiedy ludzie odsuwali się ode mnie, brakowało mi ciepła, troski i zrozumienia, które potrafił mi dać właśnie Dan. Mimo że nie odwzajemniałam jego uczuć, był mi osobą bliską, ważną.
Ten uścisk stanowił coś więcej niż tylko zwykłe powitanie. Dan nie przyjechał do mnie bez powodu. On również tęsknił. Czuł pewną pustkę, której nie wypełniała kawa ze starbucksa albo pączek z nowojorskiej kawiarenki. Każdy z nas wie, jak ogromną tragedią jest utrata przyjaciela. Taka osoba jest wielkim skarbem, który pragniemy zatrzymać dla siebie, na wyłączność. Czasami przyjaźń jest ważniejsza od miłości. Kto zrozumie cię lepiej niż prawdziwy przyjaciel? Tylko on zobaczy ból w twoich oczach, podczas gdy reszta widzi fałszywy uśmiech, który jest dla nich wystarczający. To on rozumie, szanuje, wspiera i wybacza; podnosi na duchu bądź przywraca do świata rzeczywistego, kiedy odlatujesz w krainę czarów.
Wszystkie te cechy posiadał Dan. On był harmonią i ładem, który zniknął z mojego życia. Cassie przypominała tornado, które potęgowało burzę, czyli mnie. Dan natomiast kontrolował nas, sprowadzał na ziemię w wymagających tego sytuacjach. W tym bałaganie, bo tak określałam swoje życie, potrzebowałam osoby, która wprowadzała porządek. Dan zjawił się w samą porę.
Oczywiście chaos zamieszkujący w mojej głowie oraz życiorysie nie był jedynym powodem, dla którego pragnęłam odzyskać Dan'a i przywrócić jego status przyjaciela. Nie ukrywam, że należę do osób wrażliwych, które przywiązują się dość szybko do ludzi. Idąc tym tropem za kolejny argument obrałam swój strach przed całkowitą utratą bruneta. Zamierzałam wykorzystać szansę odnowienia naszych relacji, zanim byłoby za późno. Zawsze musimy próbować zdobywać swoje cele, bo jeśli się nie uda, mamy przynajmniej satysfakcję, iż próbowaliśmy.
Oboje popełniliśmy kilka błędów. Dan zakochał się we mnie, ja go odtrąciłam, on wystawił moje zaufanie na próbę, ja wyciągnęłam zbyt pochopne wnioski. Takim sposobem lawina nieszczęść spadła na naszą dwójkę i rozbiła coś pięknego, co budowaliśmy przez szmat czasu. Ludzie popełniają błędy, a my jesteśmy ludźmi. Mamy do tego pełne prawo. Kłócimy się o błahostki, odtrącamy wzajemnie, ale w końcu odnajdujemy dobrą drogę, na której znów się spotykamy, nieprawdaż? Taka jest nasza natura, tacy jesteśmy. Najważniejszą rzeczą, która otwiera przed nami drzwi do sukcesu jest przebaczenie. Jeżeli opanowaliśmy zdolność wybaczania, a także okazujemy skruchę, przyznając się tym samym do błędów, idziemy dobrą ścieżką. Czasami wystarczy zwykłe "przepraszam", a czasami ciężka praca, aby odnowić to, co zostało pogrzebane. W naszym przypadku jedno słowo było jak najbardziej odpowiednim krokiem do pojednania; tak myślałam.
Zaprosiłam Dan'a do swojego mieszkania. Nie zdziwiłam się, kiedy po naciśnięciu przycisku, lampa zamontowana na suficie nie oświetliła salonu. Westchnęłam obojętnie, myśląc tylko "znów to samo" i zajęłam się podpaleniem świeczek rozstawionych w pomieszczeniu.
- Nie opłaciłaś rachunków? - spytał brunet, przechodząc z korytarza do salonu.
Zaprzeczyłam.
- Sprawa Cienia nadal jest tematem numer jeden wśród niektórych sąsiadów, a zwłaszcza tych młodszych - odpowiedziałam - Wyłączanie mi prądu to ich ulubiona zabawa - wyjaśniłam, rzucając się na kanapę. Poklepałam dłonią miejsce obok, zapraszając przyjaciela do zajęcia miejsca.
Akcje chłopców z sąsiedniego budynku nie robiły na mnie wrażenia. Czułam się, jakbym oglądała ten sam film po raz enty, znając kwestie oraz puentę, ponieważ repertuar tych dzieci w ogóle się nie zmieniał. Przychodzili, wyłączali światło, szli do domu, a ja musiałam je po prostu włączyć w piwnicy, gdzie znajdowały się bezpieczniki. Usiłowałam rozpracować ten pomysł, ale nie potrafiłam zrozumieć, jaki był sens zabawy. Jeżeli znamy piosenkę i słuchamy jej dwudziesty raz, ona jest w dalszym ciągu fajna, pomimo iż znamy jej tekst bezbłędnie, jednak z dowcipami jest zupełnie inaczej. Stają się nudne, monotonne, a dowcipnisie szukają czegoś nowego, przynajmniej profesjonaliści, bo ci chłopcy musieli być amatorami niższej ligi. Odkąd policja wydała publiczny protokół dotyczący spraw Ashtona, w którym zawarte były również moje zeznania, dzieciaki nie dawały mi spokoju. Co mogłam na to poradzić? Nic, czekałam, aż znudzą się tym tematem.
Wracając do Dan'a. Jego głos, wygląd, postawa oraz pewne cechy uległy drastycznej zmianie. Zaobserwowałam lekki zarost, prawdopodobnie tygodniowy. Nie obcinał włosów od kilku miesięcy. Schudł, znacznie schudł. Zgadywałam, że spadek wagi był wynikiem stresu. Studiował na najlepszych uczelniach; na pewno przykładał się do nauki, dopadła go presja, zjadały nerwy. Nie chcąc wkurzyć chłopaka, nie pytałam. Podeszłam do tematu z innej strony.
- A więc Nowy Jork - rozpoczęłam, a wtedy rozmowa nie zwiastowała końca.
Patrzyłam na Dan'a z lekką zazdrością podczas jego opowieści o wyjeździe do Stanów. Wydawał się być taki szczęśliwy. Mógł rozwijać swoje pasje i umiejętności, a później zarabiać ogromną ilość pieniędzy. Mi natomiast nie pozostało nic innego, jak rozkoszowanie się dżunglą, w której chcąc nie chcąc tkwiłam i tkwić musiałam; ale sama byłam sobie winna. Zmarnowałam dwie szanse pójścia na studia. Stwierdziłam, że z moim szczęściem nie zaliczę nawet pierwszego roku i zostałam w barze ciotki.
- Nigdy nie mówiłeś, że interesują cię jakieś uczelnie poza Sydney - zauważyłam.
- Nigdy o to nie spytałaś - odparł, uśmiechając się ciepło.
Słowa Dan'a nie miały na celu obrażenia mnie w żaden sposób, ale dały mi do myślenia. Dopadły mnie wyrzuty sumienia. Uświadomiłam sobie, że bardzo wiele straciłam ślęcząc dniami i nocami nad sprawą Ashtona oraz jego spółki. Zajęłam się sobą, kompletnie zapominając o innych.Nagle odstawiłam przyjaciół na bok, znajdując sobie nowych, dla których teraz jestem jedynie pracą. Luke i Michael nie okazują tego w ten sposób, ale Calum nie ukrywa swojego rozczarowania względem mojej osoby. Być może nie jest dobrym aktorem i woli być szczerym, jeśli chodzi o nasze relacje, nie wiem.
- Na jak długo tym razem wyjeżdżasz? - zapytałam cicho, a moja twarz posmutniała. Przygotowywałam się do przeprosin, które nie zamierzały wyjść z moich ust tak łatwo. Nie mniej jednak, zdecydowałam wydobyć z siebie to jedno słowo, które prowadziło do wybaczenia.
- W tej sprawie przyszedłem.. - oznajmił spokojnym tonem - Chciałem się pożegnać, bo prawdopodobnie już więcej się nie spotkamy.
Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku. Nie mogłam uwierzyć w to, co powiedział Dan.
- J..j..ak to? - wydukałam - Dlaczego? O czym ty mówisz? - rzucałam pytaniami zaskoczona jego wiadomością. Domyślałam się, że Dan nie zakończy swojej naukowej kariery na jednym roku studiów w Stanach, ale nie sądziłam, że marzy mu się zostać tam na stałe.
- Znalazłem pracę, Caitlin - mruknął - I mieszkanie.
A cały misterny plan przeprosin poszedł w cholerę. Los bawił się mną; nie znałam zasad gry, w której uczestniczyłam. Obudziłam się z pięknego snu, który niestety nie był upragnioną rzeczywistością, Odzyskanie zaufania Dan'a mogłam skreślić ze swojej listy rzeczy do wykonania, bo czego bym nie zrobiła, on i tak wyjedzie, zostawiając mnie samą z Cassie, właśnie teraz, kiedy obie najbardziej go potrzebowałyśmy. Nie mogłam jednak zatrzymywać Radley'a. Jaką byłabym przyjaciółką? Musiałam zaakceptować jego decyzję; pozwolić rozwijać skrzydła. Opamiętałam się za późno, moja strata. Popełniając błędy ponosimy konsekwencje, więc ja również musiałam je ponieść.
Odchyliłam głowę i zamknęłam oczy. Naiwnie wierzyłam, że nadejście lepszych dni jeszcze jest możliwe. Nie sądziłam, że mogę jeszcze stoczyć się na dno. Wszystko zaczynało mieć swój nowy początek. Kłopoty pukały do moich drzwi częściej niż sąsiadka, której zabrakło cukru. Relacja z każdą mi znaną osobą pogarszała się stopniowo, aż w końcu umierała. Widocznie taki los został zapisany pod moim nazwiskiem. Cholera, ale dlaczego akurat pod moim?
- Danny... - szepnęłam - Przepraszam.
Brunet uniósł wzrok, posyłając mi pytające spojrzenie. Spoglądałam na jego twarz kątem oka. Ukazałam skruchę, bo czułam, że tak należy postąpić. Mimo wyjazdu, Dan zasłużył na przeprosiny, a ja liczyłam na odkupienie lub coś podobnego.
- Za co?
- Za coś, co spieprzyłam i już nie mam możliwości tego naprawić.
- Co masz na myśli, Caitlin? - spytał marszcząc brwi.
- Naszą przyjaźń.. - wymamrotałam cicho, przepełniona żalem i smutkiem.
Najchętniej objęłabym Dana i zakazała mu wyjazdu. Powiedziałabym, że musi ze mną zostać, bo nie radzę sobie samej. Nie panuję nad własnym życiem, rozpieprzam wszystko dookoła. Jestem niczym turystka w kompletnie nieznanym mi miejscu; zagubiona, nie mająca pojęcia dokąd musi się udać. Brunet byłby moim przewodnikiem. Nakierowałby mnie na dobrą drogę i dopilnował, abym więcej nie zboczyła z ustalonego kursu. Tymczasem ja obierałam ciągle inną ścieżkę, całkiem obcą trasę, która przygotowywała dla mnie przeszkody.
- Daj spokój, Cait - starał się mnie pocieszyć - To ja nie pohamowałem swoich uczuć, a potem dodałem ci problemów.
Czy stosownym byłoby w tej sytuacji przypomnieć temu chłopakowi słowa, które padły z jego ust kilka miesięcy temu? Zrobiłbym dla ciebie wszystko, Caitlin. Wszystko. To słowo ma tak wielką siłę, że aż strach wypowiadać je na głos. Spytałabym, czy pamięta sytuację, w której dana dyskusja miała miejsce. Czy ta obietnica nie straciła swej ważności? Wydawało mi się, że tak, skoro Dan postanowił odciąć się ode mnie i Sydney, nie pytając o zgodę.
Och, dziewczyno, jaką znowu zgodę? Odpuść, zapomnij. On miał prawo uciec z tej pieprzonej dżungli; rozpocząć nowe, lepsze życie, w którym niestety nie ma miejsca dla ciebie. Czas na odcięcie pępowiny i radzenie sobie w życiu samej. Dam radę lub nie dam. Mówią, że życie jest jak tęcza - aby uzyskać piękne barwy, potrzebujemy słońca oraz deszczu. Czekała na mnie walka.
Dan wyciągnął swoje ręce w moją stronę. Po raz drugi w ciągu dnia objęłam go, co nie zdarzało się zbyt często. Zazwyczaj trzymałam przyjaciela na dystans, ale nie tego wieczoru. Potrzebowałam uścisków Dana, które dodawały mi siły i wsparcia. To tak, jakby ciałem krzyczał: Dasz radę! Nie poznał mojej historii, ale zacięcie mi kibicował. Zapragnęłam się zatrzymać, tylko na kilka sekund, w jego ramionach. Przestałam myśleć, zablokowałam wszelkie teorie dobijające się do mojej głowy. Przeszłam przez wystarczającą ilość monologów, a także dialogów ze ścianą bądź telewizorem. Skupiłam się na wdychaniu męskiego dezodorantu, którego intensywność była na tyle silna, że podrażniała moje nozdrza. W każdym razie, miałam to gdzieś. Zależało mi na kilkuminutowym odpłynięciu w nieznane. Zmęczyłam się tymi monotonnymi dniami, gdzie czas leciał z prędkością światła, bez pauzy. Nie nadążałam za tempem, podobnym do ruchu ulicznego na TimeSquare, gdzie ludzie bawili się w wyścig szczurów. Tak gnało moje życie.
Dan ułożył swój podbródek na czubku mojej głowy cierpliwie czekając, aż zdecyduję się wrócić na ziemię. Nienawidziłam pożegnań. Pożegnania były do dupy; tandetne i skomplikowane. Świadomość, że już więcej nie zobaczysz osoby, którą uważałaś za kogoś istotnego w swoim życiu dołowała i maltretowała umysł. Cholera, wolałabym, żeby wyjechał bez słowa, abym mogła żyć w nadziei, że kiedyś jednak wróci. W tym przypadku nadzieja umierała o wiele szybciej.
Powiedziałam przeklęte słowo "żegnaj" wbijające mi tysiąc igieł w serce i objęłam go ostatni raz, całując delikatnie w policzek. Uśmiechałam się, bo chciałam, żeby tak zapamiętał nasze ostatnie spotkanie. Powstrzymywałam łzy do jego wyjścia. Nie ukrywam, że opuszczenie mojego mieszkania również zajęło mu trochę czasu. Proponowałam kolację, oprowadzenie po mieszkaniu, w którym nie było światła, a także obejrzenie filmu, chociaż od początku powtarzał mi, że musi się streszczać. Skorzystał jedynie z łazienki; reszty domu nie zobaczył.
- Mógłbyś zejść jeszcze do piwnicy i włączyć prąd? - poprosiłam, co było głupotą, jednak chłopak przytaknął. Wysiliłam się na tak durną prośbę przy jego ostatniej wizycie.
Nie minęło piętnaście minut od wyjścia Dan'a, a w salonie rozbłysło światło. Szepnęłam krótkie dzięki, ale mojego przyjaciela już tutaj nie było. Odszedł... a powrotu nie zaplanował.
Zamknęłam drzwi mieszkania, a następnie dwa razy sprawdziłam, czy na pewno uniemożliwiłam wejście nieproszonym gościom. Stałam się przewrażliwiona, zwłaszcza po ostatnich wybrykach. Myślałam nad podsunięciem Cassie pomysłu zakupu nowego systemu alarmowego, bo ona również była zagrożona. Moja teoria mogła być błędna, aczkolwiek nie szkodziło ubezpieczać się na wszelki wypadek, nieprawdaż?
Dochodziła dwudziesta druga, więc nie pozostało mi nic innego, jak kąpiel i sen. Zebrałam z pokoju brudne ubrania, zaś później odnalazłam pidżamę. Ruszyłam do łazienki, gdzie zamierzałam odbyć szybki prysznic.
Zapaliłam światło, po czym weszłam do pomieszczenia. Rzuciłam ciuchy na pralkę. Zanim przeszłam do kabiny, coś podkusiło mnie, aby spojrzeć w lustro. Może intuicja, kto wie?
- Licz czas Caitlin, bo masz go już bardzo mało - wypowiedziałam na głos słowa wypisane czerwoną szminką na lustrze.
Wybiegłam z łazienki kierując się prosto do okna. W oddali, przy krańcu ulicy zobaczyłam Dan'a. Kaptur osłaniał jego głowę. Próbowałam nie dopuszczać do mózgu tej przerażającej myśli, ale było to silniejsze ode mnie. Chwyciłam telefon w dłonie, po czym wybrałam numer Michaela.


poniedziałek, 22 września 2014

Rozdział 6

Spóźniona dedykacja dla @luvmylahey (przepraszam, zapomniałam, że miałam dodać przy pojawieniu się Will'a :()

Calum zaparkował swój samochód pod domem Will'a. Odwiózł mnie bez robienia problemu, jakby chciał się mnie pozbyć. Po drodze łamał wszelkie przepisy, co nie było wielkim zaskoczeniem. Żaden z przyjaciół Ashtona nie dbał o zasady. Część mnie łudziła się, że może ich jazda stała się spokojniejsza, ale jak zwykle musiałam się pomylić. Calum nie zgasił silnika wiedząc, że nasza rozmowa nie potrwa długo. Myślami był zupełnie gdzie indziej. Żując gumę, rozglądał się po osiedlu czekając, aż rzucę krótkie "cześć" na pożegnanie i wysiądę dając mu wreszcie święty spokój. Nie liczył nawet na podziękowania za podwózkę. On po prostu marzył, abym zniknęła z jego pola widzenia. Nie musiałam go dobrze znać, aby wyczuć, że moje towarzystwo przeszkadza mu bardziej niż pikająca co sekundę kontrolka odpiętych pasów bezpieczeństwa u kierowcy. Hood miał mi za złe śmierć Ashtona - wiedziałam to doskonale, ale nic nie potrafiłam zrobić, aby uwierzył mi, że gdybym mogła cofnąć czas, zamieniłabym się miejscem z jego przyjacielem i przyjęłabym na klatkę piersiową te dwa pechowe pociski. Za każdym razem Calum ucinał rozmowę w ten sam sposób. Kręcenie głową, wywracanie oczami i słowa: Nie w tym rzecz, daj spokój, nie mamy o czym gadać, skończ. Jego brak otwartości i skrywanie w sobie pewnych spraw umiało zirytować człowieka. Próbowałam wycisnąć z niego jak najwięcej, ale było to niemożliwe. Kiedy Calum nie chciał mówić - nie mówił. Nawet jeśli jego słowa miały wnieść coś dobrego. Był skomplikowany, ale to właśnie wyróżniało go z tła innych. Dziwactwo, skrytość i nienaganna bezczelność. Bo jeżeli zdecydował się wyrazić swoją opinię na pewien temat, nie powstrzymywał się przed sarkastycznymi komentarzami lub ironią. Te dwa zabiegi traktował jako nieodłączną część swojego stylu bycia.
- Możesz mi chociaż obiecać, że trochę powęszycie? - spytałam podczas odpinania swoich pasów. W towarzystwie przyjaciół Ashtona wolałam je zapinać, zwłaszcza przy Calumie. Sądzę, że akurat on nie miałby wyrzutów sumienia, jeżeli przez przypadek zrobiłabym sobie krzywdę podczas szybkiej jazdy.
- Może po prostu twoja przygłupia przyjaciółeczka najechała na kamień i złapałyście gumę, hm? - zapytał patrząc na mnie z żalem. W ogóle nie uwierzył w to, co mówiłam po ich przyjeździe na miejsce naszego wypadku.
- Tylko nie przygłupia, okej? - zganiłam brązowookiego.
- Ona ślini się do Hemmingsa, Caitlin. Naprawdę chcesz mnie przekonać, że ma mózg?
- Calum, widziałam mężczyznę, który celował do nas z broni. Po południu dostałam telefon z zakładu pogrzebowego, który wykonuje trumnę dla Cassie. Sugerujesz, że postradałam zmysły, zmyślam czy to zbieg okoliczności? - starałam się uspokoić swój głos, żeby nie wydawał się pretensjonalny. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebowałam była kłótnia z Calumem, który nigdy nie daje za wygraną.
- Nie wiem - wypuścił ze swoich pełnych ust dwa słowa, które na nim ciążyły - Ale wiem, że gdybyś miała wisiorek na swojej szyi, żaden pajac nie spróbowałby nawet załadować swojego gnata. Gdzie on jest? - spytał unosząc brwi, a ja zamilkłam w obawie przed wyznaniem prawdy.
Nie sądziłam, że wisiorek Ashtona jeszcze kiedykolwiek przyda mi się przy napaści. W końcu.. skoro Ashton był martwy, jakie przesłanie miała mieć biżuteria? Nie widziałam w tym sensu, więc oddałam ją osobie, która ją podarowała. Straciła swoją wartość, stała się przeterminowana.
- Zostawiłam go na grobie - powiedziałam cicho.
Głowa Caluma uderzyła o kierownicę. Z jego ust wyleciało kilka przekleństw, które ledwo zdołałam usłyszeć. Wyraził swoje niezadowolenie jasno i wyraźnie. Przez kilka sekund siedział w ciszy, jedynie głęboko oddychając. Miał wiele do powiedzenia, jednak tłumił wszystko w sobie. Mogłam tylko zgadywać, o czym myślał i jakimi obelgami rzucał w głowie.
- Coś nie tak? - szepnęłam niepewnie.
- Czegoś tutaj nie rozumiem - odpowiedział zwyczajnym tonem.
- Czego?
- Dlaczego Bóg podarował mi coś, co zwane jest mózgiem, a ciebie i resztę pominął... - powiedział rozczarowany - Powinnaś nosić to dziadostwo przy sobie!
Zacisnęłam usta, żałując swojego durnego pytania. Mogłam spodziewać się tego typu odpowiedzi od gbura, jakim był Calum. Jeżeli decydujesz się na rozpoczęcie z nim dialogu, powinnaś mieć przygotowane riposty, sporo ripost, bo Hood rzucał swoimi niczym magik sztuczkami prosto z rękawa. Cóż, może to był jego ukryty talent?
Dziadostwo... A więc ten wisiorek nazywał dziadostwem. Skoro nie był wart zachodu, po jaką cholerę miałam go mieć przy sobie? Chyba, że jego wypowiedź miała na celu mnie obrazić. Tak wnioskowałam, ponieważ czasem zastanawiałam się czy Calum mnie nie lubi, czy może traktuje mnie jakoś specjalnie i powinnam czuć się wyróżniona. Otrzymuję od niego większą ilość negatywnych komentarzy podczas jednego krótkiego spotkania niż Rebecca Black zdążyła ich zebrać pod utworem Friday. Okay, może wyolbrzymiłam tą sprawę, jednak Calum musiał żywić do mnie ogromną urazę.
- Dobranoc - burknęłam, po czym opuściłam wóz ciemnowłosego chłopaka. W ciągu kilku sekund zniknął z mojego pola widzenia.
Weszłam schodami na pierwsze piętro, gdzie znajdowało się mieszkanie Will'a. Chłopak otworzył drzwi, witając mnie z uśmiechem na ustach. Po wejściu podarował mi kwiaty, jak miał z resztą w zwyczaju. Przy każdym spotkaniu dostawałam mały upominek. Czułam się głupio. W życiu nie przyszedł mi do głowy pomysł wykorzystywania Will'a w sposób materialny. Nigdy nie planowałam go skrzywdzić. W większości biło od niego dobrocią i optymizmem, który próbował w połowie przelać na mnie. Niestety starania te nie owocowały. W dalszym ciągu nie dopisywał mi humor; pogarszał się z dnia na dzień.
Will opowiedział mi o dzisiejszym menu. Mówił z ekscytacją w głowie, wyraźnie ciesząc się z naszej wspólnej kolacji. Opowiadał o swoim dniu, na szczęście nie pytając o moje losy. Walczyłabym ze sobą, aby nie opowiadać wrażeń z dzisiejszego wypadku. Było mi przykro, że nie podzielałam jego zachwytu. Moje myśli krążyły wokół Cassie i naszego wypadku. Zastanawiałam się nad samopoczuciem przyjaciółki. Miałam nadzieję, że Luke odwiózł ją bezpiecznie do domu. Liczyłam również na jakąś obserwację bądź opiekę. Nie wiadomo czy to, co miało miejsce kilka godzin temu było wystarczającym przedstawieniem dla bandytów, którzy na nas napadli. Na samo wspomnienie toczącego się samochodu, adrenalina oblewała moje ciało. Krew w żyłach zaczynała wrzeć, a ja nie potrafiłam utrzymać drżących rąk na stole. Spuszczałam głowę, trzepocząc włosami, żeby skryć swoją twarz. Gdyby Will zauważył moje zdenerwowanie, prawdopodobnie bylibyśmy w drodze na komisariat, żeby złożyć zeznania. Nienawidziłam komisariatów. Zbyt wiele czasu tam spędziłam, aby dodać to miejsce na listę moich ulubionych.
Mimo wszystko miałam na uwadze fakt, że jeśli ten cały wir niebezpieczeństw znów odnalazł swoje miejsce w księdze mojego życia, stawianie się na komisariacie i zgłaszanie każdej napaści będzie jak najbardziej odpowiednie. Tym razem nie chodziło tylko o mnie, a także o moją przyjaciółkę. Cassie mogła być najgłupszą osobą na tej planecie, ale wspominanie o jej braku lojalności to wielkie kłamstwo. Nigdy nie zostawiła mnie w potrzebie. Moim zadaniem było więc odwdzięczyć się za te lata oraz miesiące, w których miałam pod górkę, a jednak nie byłam sama.
- Caitlin, mówię do ciebie - ostry ton Will'a ściągnął mnie na ziemię.
Zatrzepotałam rzęsami kilkakrotnie patrząc, jak Brytyjczyk obserwuje mnie swoimi błękitnymi oczami z irytacją wymalowaną na twarzy. Musiało minąć sporo czasu odkąd nie wypowiedziałam ani jednego słowa, nie poruszyłam ręką czy nie dałam oznak życia. Brak mojej reakcji zwracał tylko uwagę.
- Huh? - burknęłam powoli unosząc głowę - Przepraszam - wymamrotałam zdezorientowana, ściskając jego dłoń - Miałam dzisiaj dużo pracy - skłamałam.
- W porządku - szepnął wysilając się na uśmiech, jednak nie przypominał on tego szczerego uśmiechu, który zazwyczaj widniał na jego buzi.
Aczkolwiek to właśnie uwielbiałam w Will'u. Jeżeli nie chciałam rozmawiać, nie rozmawialiśmy. Nigdy nie starał się mnie zmienić. Nie naciskał, kiedy milczałam, chyba że zauważył, iż jest to poważny temat, który niesie za sobą problemy. Wtedy wyciągał ze mnie jak najwięcej informacji. Doskonale rozumiał z czym dotychczas się zmagałam i akceptował pewne zachowania, przez które na pewno dostawał białej gorączki. Wiedziałam to, chociaż nie za często skarżył się na moje nastawienie. Możliwe, że powodem braku narzekań były moje chęci do zmian, bo chciałam się zmienić - dla niego. Will nie zasłużył na taką ignorancję, jaką dziennie mu fundowałam. No.. chyba, że chodziło o moją przeszłość.
Will czasem lubił wracać do tego tematu. Mówiąc o Ashtonie wszczynał kłótnie, gdyż historię z nim związaną uznawałam za dość osobistą. Jedyną osobą, z którą mogłam prowadzić dialog dotyczący Cienia byłam ja sama, dlatego w niektórych sytuacjach byliśmy niczym woda i ogień. Wtedy już nie było odwrotu, dochodziło do konfrontacji, która nie kończyła się szczęśliwie. Wręcz przeciwnie.
- Pozmywam - oświadczył Will zabierając naczynia ze stołu. Nie pozostawiając mi żadnego zajęcia, wstałam od stołu i ruszyłam do łazienki, aby umyć dłonie po skończonej kolacji, z której zapamiętałam jedynie smak kurczaka.
Łazienka znajdowała się na samym końcu mieszkania. Podążając korytarzem udekorowanym różnymi obrazami czy też fotografiami, mijałam pokoje, a także gabinet Will'a, w którym spędzał więcej czasu niż we własnym łóżku. Gdybym go nie znała, stwierdziłabym, że jest pracoholikiem, jednak śledztwa po prostu pasjonowały blondyna od dziecka. Marzył, żeby zostać policjantem i pracować nad tajemniczymi zniknięciami oraz zabójstwami. To niezbyt popularne hobby, ale oryginalne.
Zatrzymałam się przy gabinecie chłopaka, gdy spostrzegłam czarny plecak, z którego wystawały dokumenty. Kontynuowałabym drogę do łazienki, ale brązowa teczka przypominająca tą, którą widziałam na komisariacie nie pozwoliła mi iść dalej. Popatrzyłam w głąb korytarza. Widziałam cień Will'a, który wciąż krzątał się po kuchni. Wykorzystałam sytuację i weszłam do pokoju, przymykając drzwi. Szybko zajrzałam do plecaka, aby upewnić się czy moje podejrzenia nie są bezpodstawne. Miałam rację. To były akta Cienia. Na okładce widniało jego imię i nazwisko. Wewnątrz znajdowało się mnóstwo kartek, a mi brakowało czasu na przejrzenie każdego dokumentu. Popełniłabym natomiast błąd odkładając je do plecaka. Ostatni raz spojrzałam w kierunku drzwi. Nie słyszałam kroków Will'a, ani jego głosu. Ścisnęłam teczkę w dłoni, po czym podeszłam do kserokopiarki, która stała w gabinecie. Z nadzieją, że nie jest ona najgłośniejszym urządzeniem włączyłam ją i poczekałam chwilę na przygotowanie. Na moje szczęście w salonie grało radio, które zagłuszało pracę ksero. Włożyłam poszczególne dokumenty i zaczęłam je kopiować. Nie zapominając o kontrolowaniu czasu, zabrałam połowę wydruków. Mój pobyt w łazience nie mógł być podejrzany. Po zgięciu kartek wpół, wsunęłam je za plecy pod koszulkę. Wyłączyłam kserokopiarkę i wyjęłam z maszyny akta. Przejrzałam jeszcze kilka stron. Zamierzałam wyjąć telefon, żeby sfotografować resztę kartek, jednak z momentem wysuwania komórki do pokoju wpadł Will, nakrywając mnie na gorącym uczynku. Impulsywnie zamknęłam dokument z informacjami o życiorysie i przestępstwach Ashtona.
- Co ty do cholery robisz? - zapytał poprzez zaciśnięte zęby.
- Mogłabym spytać o to samo - podniosłam do góry dokument - Obiecałeś mi, że nie będziesz się mieszał w moje prywatne sprawy - rzuciłam aktami o blat stołu.
- To raczej moje prywatne sprawy - odparł - Nie wierzę, że grzebałaś w moich rzeczach - Will pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Gdybym tego nie zrobiła, nie powiedziałbyś mi o tej sprawie - zauważyłam - Twoje? - prychnęłam - Dobrze wiesz jak ogromną częścią mojego życia są wydarzenia zawarte w tym durnym pliczku! - krzyknęłam - Myślałam, że mamy to już za sobą - mruknęłam - Dlaczego to robisz, Will?
- Caitlin..
- Ten temat miał być zamknięty - przypomniałam.
- Wziąłem jego sprawę - Will wypowiedział to jedno zdanie tuż po wzięciu głębokiego wdechu - Jest warta więcej, niż durne patrole.
- I warta więcej niż ja, prawda? - spytałam, uśmiechając się sztucznie, przez co na mojej twarzy pojawił się ogromny grymas.
- Jestem spłukany, Cait! - wydarł się blondyn, uderzając w ścianę - Nie mam pieniędzy.. - wyznał cicho.
- Mogłeś mi powiedzieć, pomogłabym ci.
- Nie chcę jałmużny - burknął, opierając głowę o ścianę.
Zamknęłam oczy, a po moich policzkach spłynęły łzy. To nie była pierwsza kłótnia, którą odbywaliśmy w ten sposób. Wygląd Will'a może mówił: Hej, jestem panem idealnym, ale jego charakter na to nie wskazywał. Miał mnóstwo pozytywnych cech, aczkolwiek coraz częściej ukazywał swoje wady. Nie wiedziałam, czy powodem tej całej złości, którą potrafił emanować była praca, czy może moja obojętność. A może nie zobaczyłam jeszcze jego prawdziwego oblicza? W dodatku jego problem z agresją nadal się nasilał. Doceniałam fakt, że zdołał mi o tym powiedzieć. Nie był pierwszą osobą, która okazała się być nerwowa, ale nie przyzwyczaiłam się do tego i strach nadal pojawiał się gdzieś tam w moim ciele.
Im dłużej prowadzilibyśmy tą dyskusję, tym gorsza stawałaby się nasza relacja. Jedyną rzeczą, którą mogłam zrobić to wyjście. Will potrzebował ochłonąć, ja także. Czas leczy rany, możemy pomyśleć, zastanowić się nad plusami i minusami życia, a także dokonać wyboru - przemyślanego wyboru w spokoju i ciszy. To właśnie zamierzałam zrobić.
Podeszłam do Will'a. Przejechałam dłonią po jego plecach, opierając swoją głowę na jego ramieniu. Klatka piersiowa Brytyjczyka poruszała się szybko. Łapał w usta małą ilość powietrza. Wdychałam zapach męskich perfum Armaniego, który koił moje nerwy. Nie mogłam jednak zostać na dłużej. Will wcale nie wydawał się być spokojnym.
- Nie chcesz jałmużny... - powtórzyłam szeptem jego słowa - A ja nie chcę kolejnego faceta, który będzie mnie okłamywał i ranił na każdym kroku - ucałowałam jego ramię okryte zwykłym białym t-shirtem - Więc zastanów się Will, co jest dla ciebie ważniejsze - ja i twoja szczerość, czy może kłamstwo i samotność.
- I ty mówisz o kłamstwie? - zapytał, odrywając się od ściany. Patrzył na mnie z pogardą, a w jego głosie wyraźnie słyszałam złość, która mieściła się jego pięknym ciele - W takim układzie, czemu nie opowiesz mi o tym, co robiłaś w samochodzie jednego z przyjaciół Cienia godzinę temu? - zapytał, a ja zamilkłam.
Wpadłam w bagno. Plątałam się we własnych zeznaniach. Nie sądziłam, że Will widział mnie i Caluma. Wyszłam na niezłą hipokrytkę oskarżając go o oszustwa, których sama się dopuszczałam. Moje intencje były dobre, ale mogłam powtarzać to w nieskończoność. Will zapewne nie uwierzyłby w moje słowa.
- Nie rozumiesz...
- Podobno związki opierają się na zaufaniu - dodał, śmiejąc się.
Westchnęłam. Bez słowa udałam się do wyjścia zabierając przedtem torbę z salonu. Zostawiłam Will'a, zanim nastąpiłby wybuch wulkanu, jakim się stał. Jeżeli chodziło o awantury, on nigdy nie miał dość. Mógł kłócić się bez końca. Mógł rzucać obelgami oraz wygłaszać swoje zdanie. Moje uczucia przestawały wtedy mieć jakiekolwiek znaczenie. Zmieniał się nie do poznania, dlatego rzadko doprowadzałam do sytuacji, w których oboje musieliśmy zbierać jak najwięcej sił, żeby ze sobą walczyć. Chciałam utrzymywać swoje zdanie o blondynie. Przystojny, zadowolony z życia, opiekuńczy policjant z typowym brytyjskim humorem. Odrzucałam drugą stronę medalu chcąc chociaż raz zamydlić swoje oczy; udać, że wszystko mam pod kontrolą, moje życie jest cudowne i jest w porządku.
Wyszłam z budynku kierując się w stronę głównej ulicy. Samochód został pod moim domem, więc nie pozostało mi nic innego, jak powrót pieszo przez feralny park, który około rok temu ostatni raz wymalował uśmiech na mojej twarzy. Nie dostrzegałam już tego piękna roślin, czystej wody w fontannach, cudownego zapachu kwiatów oświetlanych przez słońce za dnia, zaś wieczorami oraz nocą przez latarnie. Czułam się w tym miejscu źle i obco. Park budził we mnie lęki i przypominał o zdarzeniach, które chciałabym wyrzucić ze swojej głowy.
Zresztą... od dawna nie należałam do fanek wieczornych bądź nocnych spacerów. Sądzę, że każdy człowiek po przejściach wolałby uprawiać jogging lub spotykać się z przyjaciółmi w ciągu dnia, kiedy tłum ludzi przechadzałby się ulicami Sydney i prawdopodobieństwo napaści byłoby mniejsze. Szybkim krokiem przemierzyłam aleje parku, aby trafić na uliczki, gdzie od czasu do czasu pojawiali się kierowcy. Co prawda, byli oni w ruchu, ale fakt, że przejeżdżali ulicą miał swoją wartość i sprawiał, że strach powoli zanikał. Zwłaszcza, kiedy zbliżałam się do swojego bloku. Trasa od domu Will'a wydawała się krótka, ale niosła ze sobą mnóstwo lęków. Spokój ogarniał mnie dopiero wtedy, kiedy otwierałam drzwi od swojego mieszkania. Ucieszyłam się widząc znajomy budynek. Do zakończenia całego spaceru zostało mi jedynie kilka metrów. Na krótką chwilę poczułam ulgę. Na moim ciele pojawiły się dreszcze, kiedy usłyszałam czyjeś kroki. Zabrakło mi odwagi, żeby odwrócić się i spojrzeć na osobę idącą za mną. Przygryzłam dolną wargę powtarzając w myślach, że panikuję. Nie mogłam sobie pomóc. Miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Walczyłam ze swoją ciekawością i histerią usilnie starając się nie oglądać przez ramię. Przyśpieszałam. Wbiłam wzrok w ziemię z nadzieją, iż dzięki lampom ulicznym ujrzę chociażby cień idącego osobnika. Wydawało mi się, że on również przyśpieszył, co tylko pobudziło moją wyobraźnię dotyczącą przyszłych zdarzeń.
Dosłownie kilka kroków dzieliło mnie od drzwi wejściowych. Gdy tylko do nich dotarłam, czym prędzej sięgnęłam do torebki w poszukiwaniu kluczy. Moje serce biło niczym oszalałe. Nie patrzyłam w stronę ulicy, skupiłam się na odnalezieniu kluczy. Dźwięk kroków nie ustępował. Przez głowę przelatywało mi mnóstwo myśli. Może zwariowałam i nikogo tam nie ma? A jeśli on lub ona ma nóż? Drżące ręce utrudniały mi znalezienie czegokolwiek w torebce, nawet komórki. Nie poczułam, kiedy pasek od torebki zsunął się z mojego ramienia. Puściłam materiał, a wtedy cała torba znalazła się na ziemi. Zaklęłam, gdy zawartość rozsypała się po chodniku. Przykucnęłam i zbierałam rzeczy na nowo, wrzucając je luźno do torebki. Marzyłam o tym, aby znaleźć się w mieszkaniu w przeciągu minuty bądź dwóch.
- Caitlin... - moje serce niemal zatrzymało się, gdy do moich uszu dobiegł zachrypiały głos.
Daję słowo, że włosy stanęły mi dęba. Wydałam z siebie cichy jęk paniki i zaprzestałam zbierania rzeczy. Było już za późno. Szukałam wzrokiem pistoletu na gaz, który od niedawna gościł w mojej torebce jako ubezpieczenie. Gdy go odnalazłam, wstałam, a później cofnęłam się uderzając plecami o drzwi. Było ciemno. Nie widziałam twarzy osoby, która stała metr ode mnie. Zacisnęłam w dłoni pistolet, trzymając rękę z tyłu, aby oprawca nie zauważył, iż mam się czym bronić. Przełknęłam ślinę, przygotowując się na najgorsze.

______________________________________________________

Dziękuję za milion dwieście na blogu i 33k na wattpad! Jejku, jesteście wspaniali. Dodajecie mi skrzydeł, naprawdę. Jeszcze się odwdzięczę, zobaczycie!
Przepraszam bardzo za to całe opóźnienie. Jak już pisałam - w poprzednim tygodniu miałam ostry zapierdziel i nie było chwili, w której mogłam skupić się na opowiadaniu. Sen, praca, studia, prawko i tak w kółko. Na szczęście, 2/4 już za mną. Rozdział może być nieco chaotyczny właśnie przez ten cały tygodniowy szum, ale mam nadzieję, że tak strasznie nie jest.

piątek, 12 września 2014

Rozdział 5

muzyka > klik < (wybierana na szybko więc don't judge me)

Z ręką przy ustach obserwowałam otaczające mnie ulice i budynki. Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się głęboko nad przesłaniem karty Joker oraz telefonem z zakładu pogrzebowego. Próbowałam znaleźć w tym wszystkim sens, jakieś powiązanie, które pomogłoby rozszyfrować tą zagadkę. Nie miałam żadnego pomysłu. Nie pomagał mi irytujący zapach lawendy, który unosił się w powietrzu. Wszystko, co było związane z Cassie McGie, pachniało lawendą. To zapach oleju i benzyny powinien drażnić moje nozdrza. Tymczasem jechałam autem, które poprzez unoszącą się woń wyobrażałam sobie jako różowy rower.
W pewnym stopniu chciałam odbiec od rzeczywistości. Wyciszyć się, aby zapomnieć o siedzącej obok Cassie, która była wyjątkowo rozgadana. Sądzę, że mówiła o tym, co tylko przyszło jej na myśl z powodu tego całego zamieszania. Opowiedziałam jej o mojej rozmowie w pracy chcąc być szczerą. Nie jestem typem osoby, która wolałaby skrywać sekrety, już nie. Po wydarzeniach sprzed sześciu miesięcy nauczyłam się, że tajemnice przynoszą tylko więcej zła, a ja zła miałam już po dziurki w nosie.
Gdy tylko jej piskliwy głos dobiegał do mojej głowy, ochota, aby zamknąć się w dźwiękoszczelnym pokoju stawała się silniejsza niż zwykle. Cassie dyskutowała o rzeczach, które nie zmieniały biegu życiowego. To mnie frustrowało. Problemy, które aktualnie nas dotykały, znajdowały się na ostatnich miejscach jej listy tematów do rozmowy, a przynajmniej starała się, żebym tak właśnie to odebrała, bo w rzeczywistości przerażały ją wydarzenia dziejące się wokół nas. 
- Rozumiesz to, Cait? Ten baran miał czelność pomylić Gucci'ego z Pradą! - oburzała się brunetka podczas kierowania swoim autem, podczas gdy ja analizowałam szybę samochodu, doszukując się skaz, którymi mogłabym się zainteresować. Wolałam słyszeć cholerne bla, bla, bla i gapić się na plamę niż prowadzić zaciętą konwersacje o projektantach torebek lub ubrań. 
Cassie paplała, próbując za wszelką cenę rozładować atmosferę. Kiedy chciałam ją uspokoić, kazała mi dać sobie spokój.Twierdziła, że to głupie żarty, że ta informacja nie dotknęła jej w żaden sposób, ale kłamała. Dziewczyna nadmiernie gestykulowała, co oznaczało zdenerwowanie. Cassie w ogóle nie posługiwała się gestykulacją w ciągu normalnej rozmowy. Moja wiadomość dotknęła dziewczynę, przeraziła ją. Widziała przez co przechodziłam, a teraz ona grała główną rolę w tej sprawie. Pojawiła się w świecie, który przeraża, budzi największe lęki, a przede wszystkim - jest pełen zagadek, niebezpieczeństw i niespodzianek. Już dawno zauważyła, że wiele rzeczy uległo zmianie z powodu wydarzeń dotyczących Cienia. Mój świat stał się zupełnie inny - prymitywny, wyzbyty rozrywki, moich emocji oraz reakcji. Żyłam, bo musiałam. Można uznać to za pewną monotonię, w której utknęłam prawdopodobnie na wieki wieków. Próbowałam od niej uciec, ale za każdym razem kończyło się tak samo. Wspomnienia wracały, a ja nie znalazłam sił, aby pogrzebać je na zawsze. Co lepsze, z łatwością potrafiłam przyznać, że moje życie to jedna wielka klepsydra. Ta drewniana zabaweczka stała, ale piasek przelatywał z jednej strony na drugą. Podobnie wyglądała moja codzienność. Również zatrzymałam się, nie ruszając do przodu. Zapomniałam o zegarze, który wciąż tykał. Cassie wkraczała do tego życia, jako wybraniec. Bo oczywiście nie ona zadecydowała o swoim losie. Ktoś podjął tą decyzję za nią. Stała się czyimś celem, a przynajmniej na to wskazywało, gdyż moje myślenie zawsze mogło okazać się mylne. Szczerze mówiąc, w tej sytuacji wolałabym, żeby tak właśnie się stało. Za żadne skarby nie chciałabym, żeby moja przyjaciółka przechodziła przez to samo piekło.
Po tym co przeżyłam ciężko jest wydobyć z siebie jakiekolwiek emocje. Byłam świadkiem trzech morderstw, dwa razy zostałam porwana, usiłowano mnie zgwałcić, a ile razy oszukałam przeznaczenie i zamiast zginąć, przeżyłam? Tego już nie zliczę. Powinnam zmienić imię na "Szczęściara". Posiadam większą liczbę żyć, niż nie jeden kot. W dodatku myśli o Ashtonie nie opuszczały mnie nawet na minutę. Skomplikowaną sprawą jest wyrzucenie tego chłopaka ze swojego umysłu. Mimo że chemia, która istniała między nami nie zdążyła rozwinąć się do końca, ja i tak nie potrafiłam o nim zapomnieć. Zabawne, prawda? Mając faceta, myślałam o innym. Czy mogłam już nazwać się suką? Tak, chyba tak. Ale co poradzę? Serce nie sługa. Wiem, że zachowywałam się okrutnie. Nie potrafiłam podjąć decyzji, mimo że nie miałam nawet między kim wybierać. W końcu Ashton nie żył, a ja powinnam odciąć się od przeszłości.
O wiele prostszą sytuację miała Cassidy, która od razu odtrąciła zarówno Team Cashtlin, a także Team Waitlin. Ale taka była właśnie Cassie. Odkąd pamiętam, nie odpowiadał jej żaden facet z którym zamierzałam się spotykać. Możliwe, że moja przyjaciółka mierzyła za wysoko, nawet dla mnie, jeśli chodziło o kandydatów na chłopaka lub po prostu znała się na ludziach. Skreśl niepotrzebne. (Tak, skreślisz myśl drugą, też bym to zrobiła.) Przecież wszyscy dobrze wiemy, jaką osobą jest Cassie.
- Caitlin! - zawołała - Znowu o nim myślisz - stwierdziła, w dodatku z pretensją w głosie.
- Może? - burknęłam, odwracając głowę w stronę dziewczyny - Patrz na drogę - skinęłam w stronę przedniej szyby.
- Dlaczego sobie nie odpuścisz, Cait? On nie żyje. Co jest w nim takiego, że nie przestajesz o nim myśleć dzień i noc? - spytała, chcąc zrozumieć całą filozofię.
Ale Cassie nie mogła tego zrozumieć. I tak, to będzie dziwne, ale... nie dlatego, że nie należała do grona osób najbardziej inteligentnych na tej półkuli. Problem tkwił w tym, że ja również tego nie rozumiałam. Sama szukałam odpowiedzi na to pytanie. Dlaczego Ashton wciąż siedział w mojej głowie i nie miał zamiaru jej opuszczać? Cholera, gdybym wiedziała, na pewno znalazłabym sposób na usunięcie go ze swoich myśli, ale niestety pozostawało to tajemnicą.
Cassie pisnęła, hamując agresywnie. Całe moje ciało poleciało zgodnie z prawami fizyki do przodu. Dzięki Bogu zapięłam pasy przed jazdą z brunetką, jakbym przeczuła, że zrobi coś głupiego. Na szczęście nie uderzyłam ani o szybę, ani o panel, chociaż do wybicia zębów naprawdę niewiele brakowało. Opadłam na siedzenie, patrząc na dziewczynę niczym na wariatkę. Ona zaś ponowne wcisnęła gaz, ruszając. Miała szeroko otwarte oczy. Wystraszyła się? Co jej odbiło?!
- Co to do cholery było? - zapytałam, chcąc zabrzmieć spokojnie, ale mój głos drżał, a serce biło w niezmiernie szybkim tempie. Mogłam dostać zawału przez własną przyjaciółkę.
- O mój Boże - jęknęła pod nosem.
- Cassie! - wrzasnęłam - Mało mnie nie zabiłaś! Mów co ci się stało!
- Chyba wiem, dlaczego nie możesz o nim zapomnieć... - mruknęła ze smutkiem, uciekając wzrokiem od mojej przerażonej twarzy.
Cassie znalazła odpowiedź. Czy to było możliwe? Odpowiedź, której szukałam przez sześć miesięcy spoczywała w jej umyśle. Popatrzyłam na dziewczynę pytająco. Za wszelką cenę chciałam poznać jej teorię, chociaż liczyłam się z faktem, że moja przyjaciółka nie była posiadaczką wysokiego IQ i jej wypowiedź niekoniecznie mogła mnie satysfakcjonować. Postąpiłam słusznie nie robiąc sobie nadziei. 
- Uprawiałaś seks z Ashtonem prostakiem Irwinem! - wydarła się brunetka, a na jej twarzy uformował się szeroki uśmiech. Nie wiem czy miała na celu skompromitowanie mnie, rozbawienie czy poniżenie. W każdym razie na pewno udało się jej mnie zaskoczyć.
Otworzyłam usta i uderzyłam plecami o oparcie siedzenia. Uderzenie głową o mur było dość dobrym pomysłem po usłyszeniu słów, które padły z ust Cassie. Rzucenie się z klifu również wydawało się odpowiednie. Serio Cassidy McGie? Na nic lepszego cię nie stać? W dodatku ten pomysł był powodem nagłego hamowania i przyprawiania mnie o zawał? Litości, błagam.
- Nie spałam z nim - oznajmiłam wprost - Ostatni raz uprawiałam seks z Brian'em Hensmem dwa lata temu.
- Pieprzyłaś się z Brian'em Hensmem?! - po raz kolejny brunetka krzyknęła, przyprawiając mnie o migrenę.
Nie wiem w jaki sposób znosiłam Cassie, ale był to nie mały wyczyn. Dlaczego w ogóle rozmawiałam z nią na temat moich łóżkowych przygód? Wydawało mi się, że jestem w samochodzie, a nie w kościele, w trakcie spowiedzi. 
Przytaknęłam, a następnie podkręciłam poziom głośności radia, w którym właśnie grano najnowszą piosenkę Katy Perry. Tym samym zakończyłam tą przerażającą, a zarazem krótką dyskusję na temat mojego życia seksualnego z facetami. Nie mogłam pojąć jakim cudem właśnie seks wpadł do głowy Cassie. Nawet ja o tym nie pomyślałam. Chociaż... przez brunetkę zaczęłam fantazjować o wspaniałej i wymarzonej nocy z Ashtonem, aczkolwiek szybko powstrzymałam swoje brudne, a przede wszystkim CHORE myśli. Ten chłopak nie żył, a ja wyobrażałam sobie seks z nim. Gratulacje, Caitlin, wcale nie potrzebujesz odbyć wizyty u psychiatry. Miałam szczęście, że nikt nie może usłyszeć moich myśli. W innym przypadku, zostałabym posądzona o nekrofilię.
Nie odrywając się od tematu Ashtona, doszłam do wniosku, że poza intymnymi sprawami, na które i tak zapewne bym nie wyraziła zgody po naszej krótkiej znajomości, ominęło nas wiele wspaniałych chwil. Nie udało nam się zrobić wielu rzeczy, które zazwyczaj wykonują normalne osoby. Fakt faktem, nie byliśmy normalni, ale dostaliśmy szansę, aby to zmienić. Niestety - nie została ona wykorzystana. Nasze losy potoczyły się inaczej. On zniknął, a ja musiałam żyć dalej i radzić sobie z kolejną utratą bliskiej mi osoby. Pozostały mi wspomnienia, a także wyobraźnia, która tworzyła przyszłość nie mogącą wkroczyć do rzeczywistości.
- Długo jeszcze? - zapytałam, widząc, że zbliżamy się do zakorkowanej autostrady.
Celem naszej podróży było Paddington, które wydawało się być tak blisko, a jednak daleko. Cassie wyciągnęła mnie na szybkie zakupy przed kolacją z Willem licząc, że uda jej się trochę rozerwać. Latarnie oświetlały już ulice Sydney, a zegarek wskazywał późną porę. Została mi godzina do spotkania z moim chłopakiem. Miałam nadzieję, że uda mi się zjawić na czas.  
- Jakieś dziesięć minut, o ile to coś przed nami zamierza się ruszyć - odpowiedziała Cassie, ruszając w rytm muzyki - Cholera, co za upał. Włączę klimatyzację - poinformowała wciskając kilka guzików na panelu.
Śledziłam wzrokiem poczynania dziewczyny. Kilka przeróżnych funkcji, które posiadało auto nagle zaczęło działać, a Cassie jak gdyby nigdy nic prowadziła dalej, nie zwracając na to uwagi. Nie muszę chyba wspominać, że załamałam się, chowając twarz w dłoniach.
- Jesteś pewna, że odpaliłaś klimatyzację? - spytałam, załamanym głosem.
- A czemu pytasz?
- No może dlatego, że palą nam się światła przeciwmgłowe? - popatrzyłam na brunetkę, nie dowierzając, po czym wyłączyłam niepotrzebne opcje, ustawiając później siłę działania klimatyzacji. Cassie prychnęła, wyraźnie urażona moją wiedzą na temat pojazdów czterokołowych. Cóż, nie moja wina, że znam to auto lepiej niż jego właścicielka.
Jedną z kilku rzeczy, które sprawiały, że ja i Cassie pasowałyśmy do siebie była nasza niecierpliwość, kiedy chodziło o korek. Zawsze, gdy się śpieszysz, pojawiają się te przeklęte przeszkody, które ciężko jest obejść. Żadna inna droga nie prowadziła do Paddington, a poza tym nie miałyśmy możliwości zjazdu z autostrady. Pozostawało nam jedynie czekać.
- Wow, tamtym za nami przydałoby się światło, no chyba, że trwa jakaś impreza, ale wtedy wypadałoby mieć chociaż kulę dyskotekową - odezwała się Cassie, rozbawiona jadącymi za nami mężczyznami. Popatrzyłam w górne lusterko. Faktycznie, ledwo dostrzegłam samego kierowcę. Każdy z nich ubrany był na czarno. Możliwe, że jechali z innego miasta, ponieważ w zupełności nie ubrali się adekwatnie do pogody, gdzie termometr wskazywał ponad trzydzieści stopni. Na ich głowach spoczywały czapki z daszkiem. Oczy przysłaniały czarne, przeciwsłoneczne okulary. Przypominali gościów z mafii. Przez chwilę ogarnął mnie strach. Podejrzewałam, że nas śledzą. Telefon od zakładu namącił w mojej głowie. Niewiarygodne, że po sześciu miesiącach, kiedy całe Sydney ogarnął błogi spokój, ja nadal postrzegałam niektórych ludzi jako gangsterów. Robiłam się zabawna, wręcz komiczna. Nadawałam się do wariatkowa, zdecydowanie tak.
Zaśmiałam się, aby nie dawać Cassie powodów do złości. Kolejne stwierdzenie, iż wcale jej nie słucham wyprowadziłoby mnie z równowagi. Uznałam, że kłótnia jest zbędna. Sprzeczek miałyśmy wystarczająco dużo, jeśli chodziło o ostatni tydzień i cały szał związany ze studiami, na które nie zamierzałam iść.
Niespodziewanie nasze auto zatrzęsło się pod wpływem uderzenia, którego doświadczyło tuż po naszej krótkiej wymianie zdań. Obie odbiłyśmy się od siedzeń. O mały włos, a zrobiłabym sobie krzywdę, wpadając na przednią szybę. Odpięłam pasy, jak zbliżałyśmy się powoli się do kilkunastu stojących w rzędach samochodów. Nie sądziłam, że narażę się na niebezpieczeństwo. Cassie w ostatniej chwili pochwyciła kierownicę, prawie kładąc się na niej niczym płaski naleśnik. Przywołała samochód do porządku, prostując go i sprowadzając na swój pas, z którego nieco wyjechał. Od razu po ustabilizowaniu sytuacji wymieniłyśmy spojrzenia. Odwróciłam się. Samochód jadący za nami ewidentnie w nas wjechał. Przeraziłam się, tym razem na serio. Zastanawiałam się, czy kierowca tego wozu był trzeźwy. Prowadził jednego z nowszych modeli Range Rover'a przy okazji wjeżdżając w drugą, drogą furę. Ten człowiek musiał być bogaty, naćpany lub najzwyczajniej w świecie głupi. Istniała jeszcze możliwość "trzy w jednym" lub ta, o której myślałam wcześniej. Działał na zlecenie.
- Dupek - syknęła Cassie.
Dziewczyna otworzyła okno, a później wystawiła środkowy palec w kierunku nienormalnego kierowcy, czym sobie przy okazji ulżyła. Rzucała jeszcze kilkoma wyzwiskami w faceta, ale w końcu zrezygnowała, zdając sobie sprawę, że jestem jedyną osobą, która może wszystkie te obelgi usłyszeć.
Zaczęłyśmy zwalniać, będąc kilkanaście metrów od ogromnego korka z nadzieją, że w trakcie wolnej jazdy cokolwiek ruszy się na najbliższej drodze.
Czarny Range Rover po wrzuceniu kierunkowskazu zjechał na pas obok, po czym przyśpieszył, żeby nas dogonić, a następnie jak zgadywałam - wyminąć. Rozwiał moje wątpliwości. Był po prostu niecierpliwym człowiekiem, który zachował się wobec nas chamsko. Nie zamierzałyśmy podarować mu uderzenia w wóz. Mógł zostawić na nim ślady, więc Cassie wolała go zatrzymać zanim zwiałby bez ponoszenia kosztów za naprawę. Najpierw jednak zdecydowała się na małą rozmowę z tym nieprzyjemnym panem.
- Otwieraj okno, dam małą lekcję temu kutasowi z jazdy samochodem - warknęła przez zaciśnięte zęby Cassie, widząc jak kierowca dojeżdża do czubka naszego wozu. Posłuchałam przyjaciółki, ale nie dlatego, że jej prośba zabrzmiała jak rozkaz. Chodziło mi bardziej o zapewnienie sobie rozrywki. Ubliżająca ludziom Cassie to zabawna Cassie. Nie mogło być lepiej. Powinnam była tylko wyjąć telefon i nagrywać to całe zajście, bo wiedziałam, że pójdzie ogień. Wyobrażałam sobie moment, w którym po zjeździe na pobocze brunetka wysiądzie i wymierzy siarczysty policzek temu cieniasowi.  Aż żal nie robić popcornu i nie oglądać tej akcji z pełną ekscytacją.
Opuściłam szybę oczekując na podjazd Range Rover'a. Czułam w kościach, że z ust Cassie polecą nieziemskie bluzgi i będę się śmiała dziś, jutro, a także za dwa tygodnie.
Przyciemnione szyby auta obok osuwały się powoli, a gdy opadły całkowicie nastąpiła mała zmiana scenariusza. Zamiast dawki śmiechu otrzymałam paraliż na widok zamaskowanego faceta, celującego do mnie z pistoletu.
- Ca.. Ca.. Cas -  wyjąkałam, łapiąc dziewczynę za rękę - Przyśpiesz - poprosiłam.
- Tak, Cait, wiem! - powiedziała marudnie - To dla ciebie nic nie warty, zapewne stary, owłosiony i brzydki dziad, ale tknął moje maleństwo, a tego mu nie podaruję.
- Nawet jeśli ma w ręku broń wielkości penisa twojego byłego chłopaka? - spytałam dla pewności, ledwo przełykając ślinę.
- Skąd wiesz jakiej wielkości jest... - brunetka formułowała błędne pytanie, ale w ostatnim momencie wstrzymała się z kontynuacją, bo jej mózg przeanalizował to, co właśnie jej oznajmiłam - Czekaj, co? - odwróciła twarz.
- Padnij! - krzyknęłam, widząc jak nieznajomy pociąga za spust.
Dziewczyna pochyliła się, chowając twarz w kierownicę. Ja zaś skuliłam się, modląc o przetrwanie. Cassie dodała gazu, starając się utrzymać samochód na pasie pomimo braku widoczności. Dźwięk strzału rozbrzmiał w naszych uszach. Zaczęłyśmy panicznie krzyczeć. Wtedy zrozumiałam, dlaczego dzwonił do mnie zakład pogrzebowy. Ten atak był zaplanowany. Ktoś chciał zabić Cassie. Ale dlaczego? Padł kolejny strzał. Tym razem nie w naszym kierunku. Napastnik obrał za cel koło samochodu. Przedziurawił nam oponę. Auto wpadło w poślizg, idąc bokiem na piszczących kołach. Zjeżdżałyśmy z pasu, nie utrzymywałyśmy prędkości. Range Rover przyśpieszył; wyminął nas i odjechał z piskiem opon.
- Cassie! - zawołałam.
Tył bluzki brunetki był we krwi. Pierwsza kula musiała drasnąć jej ciało. W dodatku odłamki szkła wybitej szyby od strony kierowcy spadły na jej kręgosłup raniąc skórę. Cassie jęczała, odczuwając nie mały ból. Zauważyłam, że spod opon idą iskry. Jechałyśmy slalomem, a samochody podążające za nami trąbiły, nie mając pojęcia, co się dzieje. Wozem miotało. Cassie starała się przywrócić kontrolę nad samochodem, ale tylko marnowała czas. Siedzący w niej stres w ogóle nie pomagał, a utrudniał zapanowanie nad sytuacją. Płakała, bo wizja naszych zmiażdżonych ciał na pewno pojawiła się w jej głowie. Wołała o pomoc czując, że to już koniec. 
Wjeżdżałyśmy powoli w tłum stojących na światłach aut, nie mogąc się zatrzymać, gdyż za nami ciągnęły się następne pojazdy. Kierując się intuicją oraz wszystkim, czego nauczyłam się podczas jazd z Ashtonem oraz Lukiem, chwyciłam kierownice, przejmując prowadzenie. Wykorzystywałam swoje wspomnienia i całą wiedzę na temat aut, a także prędkości. Czekając na odpowiedni moment, przekręciłam gwałtownie kierownicę, zjeżdżając na sąsiedni pas prowadzący w drugą stronę. Nie prostując kierownicy, w miarę możliwości, które dzięki Bogu istniały, przecięłam oba pasy, wjeżdżając na chodnik. Nie zdążyłam upewnić się, czy nikogo na nim nie ma, więc uderzyłam pięścią w klakson, ostrzegając o swoich manewrach pieszych. Samochód przejechał na trawnik, wpadając na dziury. Miałyśmy szczęście, gdyż obeszło się bez dachowania. Gdy już znalazłyśmy się na w miarę równej ziemi, nakazałam Cassie wcisnąć awaryjnie hamulec. Auto gwałtownie zahamowało, na co odpowiedziałyśmy piskiem. Cassie podniosła nogi, puszczając wszystkie pedały. Zatrzymałyśmy się, obracając o dziewięćdziesiąt stopni. Samochód zgasł, a wtedy dopiero otworzyły się poduszki powietrzne, blokując nam widoczność. Patrzyłam na białe, napompowane prześcieradło dusząc się leśnym zapachem materiału. Dlaczego zapach kojarzył mi się z lasem? Na to pytanie chyba nigdy nie znajdę odpowiedzi.
Genialnie.
Uderzyłam w poduszki pięścią, a gdy te zmniejszyły się, wysiadłam z wozu i popędziłam do Cassie. Pomogłam jej wysiąść. Na drżących nogach opuściła samochód, do którego teraz czuła już tylko wstręt zmieszany z obawami. Makijaż spływał wraz ze łzami po jej policzkach. Dzieliłam z nią zdenerwowanie. Nie miałam pojęcia kim byli ci ludzie, ani czego od nas chcieli. Mogłyśmy zginąć, a myśl o tym powodowała czterdziestostopniową gorączkę. 
Wyjęłam z kieszeni komórkę, telefonując szybko do jednego z przyjaciół Ashtona. Nikt inny nie mógł mi pomóc, nawet Will. Ta sprawa mogła dotyczyć Ashtona, a on spędził już masę czasu na słuchaniu o jego osobie. Luke odebrał połączenie, a ja wyjaśniłam mu w skrócie zdarzenie, jakie miało kilka minut temu miejsce. Blondyn bez wahania zgodził się przyjechać i pomóc nam. Pozostało nam czekać.
W bagażniku odnalazłam niewielką apteczkę. Opatrzyłam w miarę możliwości plecy Cassie, oczekując na Hemmings'a.
- Przykro mi - szepnęłam, gładząc dłonią ramię dziewczyny. Widok roztrzęsionej Cassie łamał moje serce.
- Cait - mruknęła - Ta sprawa nigdy się nie skończyła prawda? - spytała.
Objęłam Cassie ramionami chcąc okazać jej wsparcie. Nie odpowiedziałam na jej pytanie. Bałam się wyrazić swoją opinię na głos, a brzmiała ona następująco..
To, co nas spotkało... było dopiero rozgrzewką. 

__________________________________
Teraz już rozpoczynamy jazdę bez trzymanki, nie żartując. Kto strzelał? Kto wysłał Jokera? Kto jest kim? Dlaczego Cassie? O co kaman? Haha.

Notka ode mnie dziś będzie troszkę dłuższa, dlatego proszę o uzbrojenie się w cierpliwość i przeczytanie, bo to co piszę jest naprawdę istotne.

1. Po prawej stronie w ankiecie zdecydowaliście, że rozdziały powinny być w piątek. Nie mam z tym problemu, także jak wolicie - tak będzie.

2. Chciałam Wam podziękować za tak ogromne wsparcie przy tłumaczeniu pierwszej części Cienia na angielski i poszukiwaniu tłumaczki, bo znalazło się trochę osób chętnych, więc sądzę, że tłumaczenie zostanie uratowane. Możemy więc skakać z radości wszyscy, bo to nasza wspólna sprawa.


3. Mam nadzieję, że ktoś zainteresował się banerkami niżej czyli Pustą Miską i Karmimy Psiaki. Wchodźcie, bo naprawdę warto.

5. Wciąż nabijamy wyświetlenia dla sosów <klik>

sobota, 6 września 2014

Rozdział 4

Rozejrzałam się po korytarzu, aby sprawdzić czy znajdują się tu osoby całkowicie wolne. Jak zdążyłam zauważyć, każdy miał swoje zajęcie. Dwóch mężczyzn zacięcie kłóciło się o wyniki wczorajszego meczu, mała dziewczynka płakała, chcąc z desperacją odnaleźć swoich rodziców, a na końcu korytarza wydzierał się mężczyzna, prawdopodobnie funkcjonariusz. Wykorzystałam okazję i przeszłam przez barierkę odgradzającą pomieszczenie publiczne od personelu. Usiadłam na fotelu Theresy, biorąc do rąk teczkę.
Moje serce biło niczym oszalałe, a łzy pojawiały się w moich oczach. Tak wiele bólu sprawiało mi samo patrzenie na jego imię i nazwisko, a co dopiero na jego kartotekę w której w większości zapewne były bzdury i kłamstwa. Policja miała oczyścić go z zarzutów, które otrzymał niesprawiedliwie, aczkolwiek szczerze wątpiłam czy tak się stało. Poza tym... obleciał mnie strach. W tych dokumentach mieściła się informacja, która zmieni mój tok myślenia. Skoro akta nie zostały zamknięte, musiał być tego powód, którym niekoniecznie mogłam być zachwycona.
Kiedy miałam otworzyć dokumenty na pierwszej stronie, poczułam dłonie oplatające moją talię. Ktoś podniósł mnie z miejsca, a następnie przyciągnął do siebie przytulając z całych sił. Wilgotne usta zostawiły czuły pocałunek na mojej szyi, później szepcąc mi do ucha.
- Witam mojego skarba.
Odwróciłam się. Z uśmiechem na ustach przywitałam Will’a, mojego chłopaka. Tak, chłopaka. Splotłam swoje ręce na jego karku i wzrokiem oglądałam jego piękną twarz.
Will był nieziemsko przystojny. Jego największym atutem były oczy o wyrazistym, niebieskim kolorze. Na nich skupiała się uwaga każdej kobiety, w tym moja. Krótko ścięte, lokowane włosy dodawały brunetowi uroku. Uwielbiałam mówić mu, że jest słodki. On natomiast nienawidził tego komplementu, zawsze wywracał wtedy oczami albo posyłał mi zabójcze spojrzenie. Ostro zarysowane kości policzkowe sprawiały, że jego twarz wydawała się smukła. Nie należał do grupy opalonych mężczyzn. Nasze ciała miały praktycznie ten sam kolor skóry. Will kochał ćwiczyć, czasami nawet myślałam, że był zapatrzony w siebie i swoje mięśnie, ale to od razu przeczył komentując, iż jest to jedynie jego pasja. Pracował nad swoim ciałem w wolnym czasie. Nie przeszkadzało mi to szczególnie, ponieważ dla mnie również było miejsce w jego grafiku. Lubił mnie zabawiać. Opowiadał żarty, odgrywał scenki kabaretowe. Nie zdziwiło mnie to, gdyż Will pochodzi z Wielkiej Brytanii. Brytyjczycy słyną z dobrego poczucia humoru i rozrywkowości. W dodatku posiadał akcent, do którego miałam ogromną słabość. Naprawdę atrakcyjny z niego mężczyzna. Nasze drogi splotły się po śmierci Ashtona. Miał swój udział w sprawie Logana, a właściwie w jej zakończeniu. Zastępował chorego przyjaciela, który wziął urlop.Spotkaliśmy się na kilku przesłuchaniach. To dobry, serdeczny i troskliwy człowiek. Zaopiekował się mną, kiedy po śmierci Ashtona czułam się samotnie i popadałam w depresję. Być może dlatego właśnie z nim postanowiłam się związać na dłuższy czas. Okazał mi wiele dobroci i miłości. Był moją odskocznią od przykrej rzeczywistości, w której tkwiłam. Jestem świadoma, że nie odwzajemnię jego uczuć w taki sam sposób w jaki on mi je okazuje, a na pewno nie w najbliższych miesiącach, jednak wiem, że nie jest mi obojętny i nie traktuję go tylko jak przyjaciela. Musiałam w jakiś sposób ruszyć dalej. Być może Will był w stanie pomóc mi wrócić do normy i zacząć żyć od nowa. 
Lekko rozpięta koszula wskazywała na to, że dziś pracował tylko i wyłącznie w biurze. Za każdym razem, gdy widziałam się z nim na mieście,  zapinał kołnierzyk i wiązał krawat. Biło od niego ciepłem. W jego ramionach czułam się najbezpieczniej od czasu, gdy Ashton’a już nie było. Gdybym miała stracić jeszcze Will'a, nie przeżyłabym na tym świecie.
Wysunęłam z kieszeni spodni komórkę, którą przekazałam w ręce Will’a. Uniosłam brwi, jak i kąciki ust przypatrując się chłopakowi. Brunet spojrzał na mnie przepraszająco.
- To nie powtórzy się nigdy więcej? – zapytał niepewnie, jakby nie do końca wiedział, co chcę usłyszeć.
- Mam nadzieję – rzuciłam – Jak można być taką gapą?
- Kocham cię – szepnął, całując mnie w czoło – Nie mam dziś zbyt dużo roboty, więc może zjemy razem obiad?
Nie rozumiałam dlaczego, ale za każdym razem gdy te dwa słowa padały z ust Will'a, czułam nieprzyjemne kłucie w sercu. Kłamanie przychodziło mi z trudnością, zwłaszcza, jeżeli chodziło o miłość. Nigdy nie powiedziałam brunetowi, że kocham go tak samo jak on mnie. Mimo to, Will nie naciskał. Czekał cierpliwie na moment, w którym będę gotowa wyrzucić z siebie te dwa piękne słowa przy okazji patrząc mu prosto w oczy. 
- Jadę do pracy, dostałam wezwanie – wyjaśniłam – Ale możemy zjeść kolację.
- Idealnie – powiedział, ściskając mnie.
- Will... - wtrąciła Theresa, przerywając nam rozmowę - Zostawiłam ci dokumenty na biurku, resztę doniosę za moment, jak już uporam się z pomieszaną stertą - oznajmiła uśmiechając się ciepło do chłopaka, na co odpowiedział skinieniem. Blondynka zniknęła w korytarzu, a Will wrócił wzrokiem do mnie.
- Na co masz więc ochotę? Chińszczyzna, a może kurczak w cieście? - zapytał.
- Sam zdecyduj - odparłam, gładząc jego policzek - Cassie na mnie czeka, muszę lecieć.
- Jasne, nie zatrzymuję cię - Will ucałował mój policzek, a potem skierował się do swojego gabinetu.
Odwróciłam się prędko, sprawdzając stolik Theresy. Wszystkie dokumenty zniknęły wraz z teczką Ashtona. Złapałam się za głowę wściekła. Zamierzałam ją obejrzeć, ale nie zdążyłam. Gdzie ona mogła się podziać? Przecież nie mogła nagle rozpłynąć się w powietrzu. Theresa biegała po całym komisariacie więc sprawdziłam ponownie stolik razem z szufladami. Pusto. Musiała ją zabrać ze sobą. Pozostało jedynie pytanie... dokąd? 

~*~
Powracając do rzeczywistości, powróciłam do swoich obowiązków czyli pracy. 
Lustrowałam wzrokiem budynek przypominający porcelanę. Blask słońca odbijał się w szybach, którymi otoczony był gmach. Westchnęłam cicho. Osiem godzin, tylko albo aż osiem godzin musiałam wytrzymać w tym biurowcu, udając, że mój dzień składa się z samych pozytywów. Nic nowego. Robiłam to przecież codziennie. Wmawiałam każdemu włącznie ze sobą, że układa mi się świetnie, a nawet genialnie. Dziwne, że rodzina i przyjaciele uwierzyli w to z łatwością. Ja niestety nie przywykłam do schematu cudownego życia. Skoro dzień w dzień ćwiczyłam tą samą kwestię i to samo zachowanie, dlaczego nie przyzwyczaiłam się do niego? 
Weszłam do windy. Przejrzałam się w ogromnym lustrze zawieszonym na jednej ze ścian dźwigu. Nie wyglądałam najgorzej. Wyprasowana marynarka, rażąco biała koszula, a także spięte i ułożone włosy. Jedyną rzeczą, którą pragnęłam zmienić był wyraz mojej twarzy mówiący sam za siebie. Wcale nie chciałam iść dziś do pracy. Wolałam zostać w domu, oglądać telewizję, leżąc pod kołdrą. Ta myśl krążyła po mojej głowie każdego dnia. Siłą wyższą okazał się mój obowiązek. 
Spojrzałam w swoje odbicie. Bez zbędnego przyglądania się, nawet osoba głupia zauważyłaby smutek kłębiący się w moich oczach. Towarzyszące mi znudzenie zmieszane ze zmęczeniem było na tyle wyraźne, że ukrycie tych emocji sprawiałoby trudność. Siliłam się na uśmiech, ale on nadal nie wyglądał prawdziwie. Co mogłam jeszcze zrobić, aby wrócić do normy? Nic, zupełnie nic. 
Cichy szum otwierających się drzwi dobiegł do moich uszu. Automatycznie odwróciłam się, a następnie przeszłam przez próg i tym samym znalazłam się w holu. Panował harmider. Pracownicy dosłownie przelatywali przede mną, jak też za mną. Istne godziny szczytu. Moja głowa wariowała, słysząc tak wiele głosów na raz. Nie miałam pojęcia, skąd nagle zgromadziło się tylu ludzi w firmie. Wiedziałam jednak, że dzisiaj moja praca nie będzie polegała jedynie na siedzeniu i wpatrywaniu się w ścianę.
Skierowałam się do swojego gabinetu, a raczej do pokoju, gdzie swoją robotę wykonywali również inni sekretarze. Zajęłam swoje stałe miejsce pracy, rzucając na krzesło płaszcz. Rozgościłam się, przygotowując swoje stanowisko do roboty. Włączyłam komputer, a także telefon stacjonarny. W międzyczasie otworzyłam szafkę z dokumentami. Przejrzałam dokładnie każde pismo, segregując je. Praca sekretarki wymaga pełnego skupienia i dobrego zorganizowania. Usiadłam na krześle i zalogowałam się do systemu. Kątem oka spostrzegłam stertę pisemek. Kilka listów oraz magazyny. Większa ilość niż zazwyczaj. Cholera. Przed chwilą porządkowałam pliki, a teraz przez moją nieuwagę doszły nowe. Dlatego właśnie nie powinnam była w ogóle przychodzić do biura. Dziecko radziłoby sobie o wiele lepiej niż laska po załamaniu nerwowo-psychicznym. 
Czemu to musi być takie skomplikowane?
Przysunęłam do siebie kartki i zaczęłam działać. Tasowałam listy, dzieląc je na adresatów. Czasami zdarzało się, że prywatne korespondencje przychodziły do mojej firmy zamiast zjawiać się w mieszkaniu. Niektóre przesyłki były katalogami lub propozycjami współpracy. W czasie przeszukiwania odnalazłam jedną kopertę bez danych adresata. Otworzyłam ją z czystej ciekawości. 
W moje dłonie trafiła cienka, prostokątna karta, prawdopodobnie wyjęta z talii. 
Joker. 
Kompletnie nie rozumiałam, co mam z tym wspólnego. Sprawdziłam tył karty, a później kopertę, aczkolwiek nikt nie zostawił żadnej wiadomości. Anonim podarował mi jedynie czarnego jokera wraz z zagadką. Nie należałam do fanów gier karcianych. W dodatku nie znałam reguł tych zabaw, więc nic nie świtało mi w głowie. Poza tym... coś podpowiadało mi, że rozwiązanie nie jest umieszczone w instrukcji którejś z gier.
Pewna lampka zapaliła się w mojej głowie. Karta mogła stanowić powiązanie z Ashtonem. Zaczęłam doszukiwać się głębszego sensu, którego zapewne nie było. Moja wyobraźnia szalała. Akta, karta, Ashton, akta, karta, Ashton... w kółko to samo. Powinnam bić się po głowie za swoje głupie i dziecinne myśli. Tyle razy przerabiałam ten temat. Obiecałam sobie skończyć z teoriami, zagadkami, a także podejrzeniami. Oddzielałam grubą linią sprawę Cienia i gangu, ale po jakimś czasie wracałam do tego niszcząc sobie życie. A może to przeznaczenie? Co, jeśli nie mylę się i Logan znalazł jakiś sposób, aby znowu mnie straszyć i szantażować? Nie, nie i nie. To wszystko wina Cassie i horrorów. Przeplatałam swoje obawy oraz fikcje z życiem rzeczywistym i takie były tego efekty.
Rozbrzmiał telefon. Podskoczyłam na krześle. Za bardzo odpłynęłam, zastanawiając się nad sensem i nadawcą przesyłki. Schowałam kartę do koperty, a później wepchnęłam pocztę w głąb torebki Podniosłam słuchawkę telefonu stacjonarnego. Wpuściłam powietrze do ust, dodałam sobie trochę optymizmu w myślach i rozpoczęłam konwersację.
- Firma SilverStyle, w czym mogę pomóc? – przywitałam klienta ciepłym i spokojnym tonem, mówiąc głośno i wyraźnie.
- Witam z tej strony zakład pogrzebowy Cray, przekierowano mnie na ten numer, aby skontaktować się z panią Caitlin Teasel – usłyszałam niski głos młodego mężczyzny po drugiej stronie słuchawki. Przesłyszałam się, zwyczajnie przesłyszałam albo panikowałam. 
- C..co? - wydukałam, a facet powtórzył tą samą formułkę.
Zdziwił mnie fakt, że dzwoni tutaj ktoś z tego typu korporacji, ale być może ten pan miał ciekawą ofertę, która miała nawiązać między nami współpracę. Już na szkoleniu pracodawca zaznaczał, że jeżeli stawka jest satysfakcjonująca to przyjmujemy propozycję od każdego, niezależnie od typu prowadzonego biznesu. Nie zniechęcałam się więc na samym początku. Różne osobistości telefonowały do naszej firmy. Zachowałam kulturę i klasę kontynuując konwersację.
- Przy telefonie – oznajmiłam.
- Miałem z Panią ustalić materiał z którego ma być wykonana trumna – poinformował pracownik, a ja z wrażenia zaczęłam się krztusić.
Chciałam się roześmiać, jednak nie byłam sama w biurze, a to nie była rozmowa z koleżanką przy kubku kawy. Toczyłam negocjację, a przynajmniej początkowo miałam takie wrażenie. Jego telefon zwiastował jednak zupełnie co innego. Ten człowiek został najwyraźniej wprowadzony w błąd, duży błąd. Innej możliwości po prostu nie dostrzegałam.
Powstrzymałam się, aby nie wybuchnąć śmiechem. Wyjście na niegrzeczną również wykreśliłam z listy rozwiązań tej sytuacji. Ten facet nie mógł ponosić winy za baranów, z którymi dane było mu pracować. W dodatku nie znał mnie, skąd miałby wiedzieć, że taka dyskusja może być niezręczna?
- Nie zamawiałam trumny, przykro mi – mruknęłam.
- Ale pan, który dzwonił do mnie wczoraj kazał dogadywać się z panią.
Zmarszczyłam brwi zaintrygowana oraz przerażona wiadomością, jaką przekazał mi mężczyzna. Wyprostowałam się i oparłam łokcie na biurku, wytężając swój słuch, modląc się, żeby żadne słowo wypowiedziane przez tego osobnika po moim pytaniu nie opuściło moich uszu.
- Jaki pan? – spytałam, czekając na wyjaśnienie.
- Nie przedstawił się – odparł – Zapisał tylko zamówienie na panią, mówiąc, że nie mogła pani zadzwonić wcześniej, a jest to pilne – wyjaśnił, czytając z dokumentacji, a przynajmniej tak wywnioskowałam po jego wahaniach i zamyśleniach.
Zaklęłam. Liczyłam chociaż na nazwisko tego dowcipnisia. Obstawiałam, że stał za tym żartem Calum albo Luke. W końcu ostatnio tym dwóm kretynom było do śmiechu, czemu więc nie mieliby po raz kolejny wymyślić czegoś beznadziejnie słabego? Przeklęci gówniarze znowu wystawiali moją cierpliwość na próbę. Dokuczanie mi znudzi się tym błaznom dopiero po śmierci, tak przypuszczam. Byłam skazana na głupotę kolegów Ashtona do końca życia. Niech to szlag.
- Okay – odpuściłam – A wie pan może dla kogo ta trumna była robiona? – zapytałam, tracąc jakiekolwiek nadzieję, bo tego pewnie również pracownik nie posiadał w swych notatkach.
- Hmm… - przeszukiwał papiery – Mam! – krzyknął uradowany, jakby znalazł co najmniej złoto – Zamówienie wykonywane dla niejakiej Cassidy McGie – odpowiedział.
Uderzyłam plecami o oparcie krzesła, ciężko wzdychając. Moje ciało oblał nieprzyjemny gorąc. Myślałam, że za moment eksploduję. To nawet nie zostało wykreowane na śmieszny żart. Przypominało groźbę albo ostrzeżenie. Było chamskie i nietaktowne. Takie zagranie przekroczyło granice mojej wytrzymałości.

Rzuciłam słuchawką w szale, zapominając iż wciąż znajdowałam się w pracy. Zacisnęłam szczękę, aby nie wypuścić z ust tych wszystkich obelg. Daję słowo, że gdyby życie realne przypominało kreskówki, nad moją głową właśnie unosiłaby się para.
Mój wzrok zawiesił się na torebce, do której schowałam kopertę. Jeżeli joker i ten telefon miały ze sobą powiązanie... oznaczało to jedno. Wielkie kłopoty.

środa, 3 września 2014

Rozdział 3

Makijaż spływał po policzkach Cassie. Czarny tusz mieszał się ze łzami spanikowanej dziewczyny. Wyglądała na przerażoną. Dotknęłam dłonią czoła, stojąc tuż przy drzwiach i zastanawiając się, co powinnam zrobić. Przestałam myśleć o tym, kto znajduje się na dole. Nie znalazłam żadnej drogi ucieczki poza oknem, które niestety nie wchodziło w grę. Skok z drugiego piętra był zbyt niebezpieczny. Westchnęłam ciężko. Prędzej czy później, ktokolwiek tam jest dopadnie nas. Przecież nie wyjdzie wiedząc, że jesteśmy w domu. Ma szansę na zabójstwo dwóch kobiet, wolałby skorzystać.
Kto to może być? Tylko Ashton kontaktował się przez telefon za życia, więc kto tym razem chce nas zastraszyć? Co, jeśli Logan uciekł z ośrodka i właśnie jest w domu, żeby zemścić się na wszystkich tych, którzy przyczynili się do jego upadku?
Nagle światła pogasły. W całym dom rozbrzmiał krzyk – mój i Cassie. Pod wpływem impulsu, zaczęłyśmy piszczeć, niczym opętane. Nadawałybyśmy się do najlepszych horrorów, gwarantuję. Dłoń Cassie ścisnęła moją. Słyszałam bicie jej serca; cud, że nie dostała jeszcze zawału.
- Musimy tam zejść – szepnęłam.
- Popieprzyło cię?! – pisnęła – Zabiją nas!
- Wolisz tu siedzieć i czekać aż sami przyjdą? – spytałam – Po naszych krzykach na pewno nie domyślili się, że jesteśmy w domu – rzuciłam sarkazmem.
- Zadzwoń do Will'a - wpadła na pomysł, którego jak zwykle nie przemyślała.
- Will znajduje się jakąś godzinę od twojego domu, naprawdę uważasz, że zdąży przyjechać na czas? - zapytałam, wywracając oczami.
Cassie podświetliła swoim telefonem pokój, a następnie skierowała się w stronę szafki nocnej. Ukucnęła. Przez chwilę nie miałam pojęcia, jakie są zamiary dziewczyny. Ona zaś odłączyła lampkę nocną, a później sięgnęła po nią. Stwierdziła, że będzie to całkiem dobre narzędzie do obrony. Nie protestowałam, bo w sumie była to broń, jakakolwiek. Nic lepszego nie zauważyłyśmy w pokoju, a z pustymi rękami wolałyśmy nie wychodzić.
Pociągnęłam za klamkę. Wyszłyśmy na zewnątrz trzymając się za ręce. Oświetlałam naszą drogę telefonem, zaś Cassie trzymała lampę, w razie nagłego ataku. Zdecydowanie byłam za pomysłem, abyśmy zamieniły się rolami, ale dziewczyna uparła się, więc nie dyskutowałam na ten temat. Jeśli umiała używać lampy jako narzędzia do obrony własnej - nie miałam z tym problemu. O wiele gorzej będzie, jeżeli dziewczyna ze strachu wypuści lampę i ucieknie w popłochu zostawiając mnie samą z bandytami. Ale chyba przyjaciele tak nie robią? Czy robią?
Stopniowo schodziłam po schodach, ciągnąc za sobą Cassidy. Dreszcze przeszywały całe moje ciało. Starałam skupić się i użyć każdego swojego zmysłu, aby wyjść z tej sytuacji bez szwanku. Wiele nauczyłam się od Will'a, a teraz nadszedł czas na wykorzystanie wszystkich lekcji od profesjonalisty. Wsłuchiwałam się w każdy dźwięk i wytężyłam wzrok, żeby móc dostrzegać o wiele więcej. W międzyczasie odstresowałam się zaciskając dłoń na nadgarstku Cassie. Dziewczyna na pewno miała już sine ślady. Nie kontrolowałam swojej siły. 
Znalazłyśmy się na korytarzu.
- Może już sobie poszli? – spytała z nadzieją w głosie Cassie.
Miałam ochotę spojrzeć na nią z żalem, aczkolwiek nie zauważyłaby tego przez panującą w domu ciemność. Przemilczałam więc jej głupie pytanie. Włamywacz na pewno zdał sobie sprawę, że nie ma w tym domu nic do roboty, zwłaszcza po krzykach przerażonych dziewczyn i opuścił willę pełną bogactw. W jakim świecie ona żyła? 
Ruszyłam do przodu, puszczając rękę brunetki. Szłam na palcach, aby wydawać jak najmniej dźwięków. Zdawałam sobie sprawę z faktu, iż nieproszona osoba mogła być profesjonalnym złodziejem przez co obserwowała mnie i znała każdy mój ruch, ale nie mogłam stać z założonymi rękami i patrzeć na to wszystko, co się dzieje. Ktoś nas zastraszał. Prawdopodobnie jakiś gnojek z osiedla chował się za zasłoną, chichocząc, bo nasze zachowanie wydawało mu się komiczne oraz absurdalne.
- Caitlin! – usłyszałam za swoimi plecami pisk Cassie.
Odwróciłam się, świecąc telefonem w stronę korytarza. Ubrany na czarno mężczyzna ściskał ręką szyję mojej przyjaciółki. Nie widziałam jego twarzy. Z resztą jak mogłam widzieć, skoro komórka dawała minimalną ilość światła. Ledwo spostrzegłam czarne, skórzane rękawiczki oplatające skórę Cassie. Próbowałam rozejrzeć się po korytarzu, aby chwycić jakiekolwiek narzędzie i pomóc przyjaciółce. Nie mogłam niczego znaleźć. Żadnego wazonu, telefonu stacjonarnego, czy nawet głupiego kubka.
Poczułam ucisk na swoim ramieniu. Ktoś chwycił mnie, przyciągając do siebie. Złapał mnie w talii ściskając. Krzyknęłam panicznie, wzywając pomoc. Intruz stłumił mój krzyk, zakrywając mi usta ręką. Panika w moim ciele wzrosła gwałtownie. Nagle wszystko, czego uczył mnie Will wyleciało z mojej głowy. Musiałam się skupić, odnaleźć jakąkolwiek instrukcje dotyczącą zasad samoobrony. Wzięłam głęboki wdech i zamknęłam oczy. Na moje szczęście, olśniło mnie w odpowiednim momencie. Zacisnęłam zęby na rękawiczce mężczyzny, a kiedy jęknął i zabrał rękę, szybko zadałam mu cios łokciem w brzuch. Kiedy jego uścisk rozluźnił się, ponowiłam swój atak. Czekałam, aż całkowicie mnie puści. Gdy jego ręce nie dotykały mojego ciała, tym razem ja chwyciłam jego nadgarstek oraz podłokieć, zarzucając go na swój barku. Pochyliłam się do przodu, po czym przerzuciłam człowieka przez bark. Upadł na podłogę, wyjąc i skręcając się z bólu.
Nagle światło rozbłysło. Drugi napastnik nie trzymał już Cassie. Patrzył na swojego przyjaciela, zerkając przy tym na mnie. W końcu zdjął kominiarkę, przyprawiając mnie o złość, jakiej dawno nie doznałam.
- To jakiś żart – powiedziałam wściekle, patrząc na stojącego obok mojej przyjaciółki Calum’a. Miał szeroko otwarte oczy. Spoglądał na leżącego na ziemi kumpla, który skamlał niczym pies. Pokonany przeze mnie chłopak również zdjął swoje nakrycie twarzy. Blond włosy były teraz w nieładzie. Zamknął oczy i kręcił się po ziemi.
- Skopałaś dupę facetowi – komplement wyleciał z ust Calum’a.
- Teraz już wiem, dlaczego kazałeś mi zająć się tą mądrzejszą – warknął Hemmings – Kutas!
- Zwariowaliście? Cassie mało nie zeszła przez wasze żarty! – wydarłam się, nie mogąc uwierzyć, że Calum i Luke udawali włamywaczy.
- To nie żarty! – oburzył się Hood, krzyżując ręce – To był test twoich dotychczasowych zdolności.
- Jakich zdolności?! – wtrąciła Cassie.
- Mówiłaś, że trenujesz z tym swoim patałachem, a ten frajer chciał to sprawdzić – wyjaśnił Hemmings.
- Hemmings, przypominam ci, że jesteś na dole, nie na górze, więc lepiej się zamknij zanim wgniotę cię w podłogę - warknął Hood, a niewielki uśmieszek pojawił się na jego twarzy.
Czułam jak moje ciało zaczyna wrzeć. Nie mogłam uwierzyć w to, że ci dwaj idioci postanowili mnie testować, a do tego w taki sposób. Przekraczali wszelkie granice, nie dbając o konsekwencje.
Cassie natychmiastowo pobiegła do Luke'a, pomagając mu wstać. Wykorzystałam sytuację i pociągnęłam Calum'a za ramię do kuchni, aby rozmówić się z nim raz na zawsze.
- Co to ma być do cholery za szopka? - spytałam chamsko, bez żadnych ogródek.
- To nie żadna szopka, tylko dbanie o twoje bezpieczeństwo - odparł, wzruszając ramionami.
Oparł ręce o blat stołu. Dłonią przeczesał swoje włosy, układając je na bok, inaczej niż zwykle. Oblizał swoje usta, jakby miał to po prostu w zwyczaju, a później spojrzał na mnie pytająco, kiedy starałam się wywołać w nim poczucie winy poprzez swoje zbulwersowanie.
- Dbanie o moje bezpieczeństwo? - zapytałam - Powiedziałam wam, że nie potrzebuję nianiek, bo mam ich wystarczająco, więc może łaskawie odpuścisz?
- Odpuszczę, jak Ashton wstanie nagle z grobu i powie, że odwołuje swoje ostatnie słowa - warknął - Nie moja wina, że tradycją jest spełnianie woli zmarłego.
- Od kiedy dbasz o tradycję, hm?
- Od kiedy Luke przestał pieprzyć się z każdą napotkaną laską, a uwierz mi, to aż się prosi o jakieś poświęcenia. Mike czyta gazety, a ja spełniam ostatnie życzenie Ashtona, czyli ochrona rozkapryszonej i niewdzięcznej laski.
- Lepiej żebyś mówił o Cassie, bo mam całkiem niezły lewy sierpowy - zaznaczyłam, grożąc mu palcem.
- Nie odzywałaś się długo, więc musiałem sprawdzić co u ciebie - poinformował, po czym wyjął telefon, udając brak zainteresowania moją osobą.
- Widziałam się z Michael'em.
- Nie dogadujemy się ostatnio, więc skąd mam to niby wiedzieć? - zadał pytanie, patrząc na mnie z pretensją.
- No tak, zapomniałam, że ty i Luke to ten poziom mniej zaawansowany jeśli chodzi o stalking* - dogryzłam.
Po pogrzebie Ashton’a zdecydowałam odciąć się od jego przyjaciół. Zamierzałam powrócić do życia zwykłej nastolatki, pracującej w barze ciotki i marzącej o wyjeździe na studia. Mój plan oczywiście nie powiódł się, ponieważ po czasie chłopcy oznajmili mi, że ostatnią prośbą Ashton'a, którą usłyszał Luke była ochrona. Ochrona Caitlin Teasel mieszkającej w Sydney. Przez pierwsze miesiące dochodziło do licznych sprzeczek. W końcu urwałam kontakt z resztą gangu. Nie potrafiłam skupić się na żadnej z codziennych rzeczy. Brakowało mi Ashton’a, a także jego przyjaciół. Zmieniłam plany. Postanowiłam złączyć te dwa światy, dzięki czemu udało mi się przetrwać na świecie i funkcjonować. Spotykałam się od czasu do czasu z Michael'em. Luke zwykle nie posiadał dla mnie czasu, a Calum zawsze dawał mi do zrozumienia, że nie lubi, a nawet nie znosi mojego towarzystwa. Przestałam pytać o spotkania. Nie należę przecież do osób nachalnych.
Aby zabezpieczyć się przed ponownymi atakami zaczęłam ćwiczyć wraz z Will'em, który po pewnym czasie stał się dla mnie osobą bliską. Nie pomyślałabym, że będzie on miał kiedykolwiek tak wielkie znaczenie, aczkolwiek wyszło jak wyszło. Można powiedzieć, że zostaliśmy parą. Czy jestem z tego powodu szczęśliwa? Nie wiem. Staram się wykorzystać każdą możliwość, aby wybić Ashton'a ze swojej głowy. Muszę ruszyć dalej, a nawet tego pragnę. Być może Will jest do tego wspaniałą okazją. 
Podczas spotkań z Michael'em opowiadałam mu o sobie i moich przejściach. Uważałam go za swojego przyjaciela. Przechodził to samo, co ja - Ashton był dla niego ważny, nie mówił mi dlaczego, ale wydawało mi się, że ma to związek z jego rodziną. W trakcie którejś rozmowy wspomniałam mu o moich naukach sztuk walki. Nie sądziłam, że dzieli się takimi nowinkami z resztą przyjaciół. No cóż... ludzie są nieprzewidywalni. Przykładem są Luke i Calum. Nie spodziewałam się, że będą chcieli zabawiać się we włamywaczy, a dodatkowo straszyć moją przyjaciółkę. 
- Jesteście nienormalni - podsumowałam oburzona ich zachowaniem.
- Doszukuj się plusów, Caitlin - odezwał się Calum - Sprawdziłaś przynajmniej swoje umiejętności. Teraz wiemy, że Hemmings ma dużo do nadrobienia.
- Pierdol się, Hood! Nie byłem przygotowany na taką reakcję! 
Odprowadziłyśmy naszych niespodziewanych gości do drzwi. Po zamknięciu ich, zabrałyśmy się do sprzątania stłuczonej lampy. Cassie poszła po miotłę, a ja jeszcze obserwowałam w oknie odchodzących przyjaciół Ashton'a. Po raz pierwszy nie przyjechali samochodem. Luke wsiadł na motor, bodajże firmy Yamaha. Po lewej stronie zauważyłam długą rysę. Zgadywałam, że wygrał tą maszynę w wyścigu, bądź miał wypadek. Stawiałam na to pierwsze. Ostatnio w gazetach non stop pisano o nielegalnych wyścigach na przedmieściach, gdzie do zdobycia były motory. Calum usiadł za blondynem, obejmując go w pasie. Po kilku sekundach zniknęli. Odjechali.

~*~

Cassie zaparkowała samochód na parkingu, po czym zgasiła silnik. Wysiadłam z samochodu i zamknęłam drzwi od strony pasażera. Oświadczyłam Cassie, że sprawa, którą miałam załatwić nie zajmie mi więcej niż dziesięć minut. Ruszyłam w stronę pasów, a kiedy je przeszłam stałam na wprost komisariatu policji. Wielki błękitny napis znajdujący się na przodzie budynku jako pierwszy rzucał się w oczy.
Westchnęłam cicho. Postawiłam nogę na pierwszym stopniu schodów, a za nią drugą. Wspięłam się na górę, trafiając do dużych dwuskrzydłowych drzwi. Otworzyłam je, aby później znaleźć się wewnątrz komisariatu.
Moim oczom rzuciła się duża ilość ludzi, krzątających się po pomieszczeniu. Większość była ubrana w niebieskie koszule i czarne spodnie z czego mogłam wywnioskować iż byli funkcjonariuszami. Wychodzili z jednego pokoju, aby zaraz znaleźć się w drugim. Kobiety biegały ze stertami dokumentów lub siedziały przy komputerach przepisując dane z kartek. W tym miejscu panował ogromny chaos. Z resztą jak zwykle. Kiedy się tu nie zjawiłam, zawsze dzień pracowników wyglądał tak samo. Przerażała mnie ta sytuacja. Zastanawiałam się, jak ktokolwiek może się tutaj odnaleźć? Nie jestem anty towarzyska, ale nie słyszałabym na komisariacie własnych myśli. Tutaj ciągle się coś dzieje. Wieczny dźwięk telefonów, krzyki, skargi, donosy, obelgi rzucane w stronę policjantów nie wykonujących dobrze swojej służby, rozkazy…. Zero chwili wytchnienia. Całkowity rozgardiasz. Nie mam pojęcia jakim cudem ci ludzie nie dostają szału. Ja odczuwam wewnętrzną irytacje, gdy tylko przekraczam próg drzwi wejściowych tego budynku. Nienawidzę go z całego serca. Nie tylko dlatego, że ciężko mi jest się tu odnaleźć. Ci ludzie skrzywdzili ważną dla mnie osobę, której nie ma już ze mną. To boli, bardzo boli.
Z ponurą miną ruszyłam przez korytarz, aby dojść do punktu informacji. Mijałam alkoholików, którzy starali się wytrzeźwieć, kłócącego się komendanta ze starszą babcią, krzyczącego mężczyznę na kobietę ledwo utrzymującą sterty papieru i małego, zapłakanego chłopczyka. Czułam się tutaj strasznie. Komisariat emanował negatywnymi emocjami zgromadzonych tu osób. Odbijało się to również na mnie.
- Caitlin, jak miło cię widzieć! – powitała mnie Theresa, gdy dotarłam do punktu informacyjnego.
Theresa pracowała w policji od dwóch lat. Niestety w ciągu tego czasu nie zmieniła swojego stanowiska pracy. Nie wysłali jej na żadną akcje, ani patrol. Nigdy nie zrozumiem jak udało jej się wytrzymać dwadzieścia cztery miesiące siedząc na niewygodnym fotelu kilkanaście godzin, uśmiechać się i udzielać informacji chamskich i zgryźliwych ludzi.
Theresa miała około dwudziestu trzech lat. Była dość szczupłą osobą, wcześniej nawet podejrzewałam ją o anoreksję. Rzadko miałam szansę widzieć, aby kobieta cokolwiek jadła. Niski wzrost sprawiał, że wyglądała jak krucha, mała dziewczynka, którą dotknięciem można łatwo ranić. To nadzwyczajne, w życiu nie widziałam osoby o tak niespotykanej urodzie. Miała kręcone, farbowane na kolor blondu włosy do ramion. Jej błękitne oczy przypominały kolor najczystszego oceanu świata. Poprzez swoją jasną, nieskazitelną cerę przypominała nieco porcelanową laleczkę. Dziewczyna onieśmielała swoją niezwykłą urodą każdego policjanta.
- Zawołać go? – spytała pełnym entuzjazmu głosem.
Skinęłam.
Theresa zabrała teczki ze swoich nóg, odkładając je na biurko i przeszła do pokoju obok. Oparłam dłonie na wysokim blacie i zaczęłam wystukiwać rytm ostatnio słuchanej piosenki. Oglądałam wzrokiem dyplomy wiszące na ścianach oraz różne obrazy. Kręciłam głową tu i ówdzie. Dziewczyna zniknęła na dłuższą chwilę. Niecierpliwiłam się. 
Podciągnęłam rękaw mojej bluzy, żeby zerknąć na zegarek. Wskazywał czternastą osiem. Cassie czekała już około piętnastu minut. Wymyślałam obelgi, którymi dziewczyna będzie rzucała, kiedy stawię się obok jej samochodu, spóźniona, z miną smutnego szczeniaczka błagającego o litość.
Moją uwagę przykuła jasno brązowa teczka, leżąca na biurku Theresy z napisem „Ashton Irwin”. Zamrugałam kilkakrotnie dla pewności. Mogłam śnić lub mieć przywidzenia, ale nie... ta teczka leżała przede mną, naprawdę. Dotknęłam jej, była prawdziwa. Serce zabiło mi szybciej na widok tego imienia i nazwiska. Dlaczego była tam jego dokumentacja? Sprawy Ashton’a powinny być już dawno zamknięte. Czemu więc Theresa ma je w grupie akt teraźniejszych?