środa, 3 września 2014

Rozdział 3

Makijaż spływał po policzkach Cassie. Czarny tusz mieszał się ze łzami spanikowanej dziewczyny. Wyglądała na przerażoną. Dotknęłam dłonią czoła, stojąc tuż przy drzwiach i zastanawiając się, co powinnam zrobić. Przestałam myśleć o tym, kto znajduje się na dole. Nie znalazłam żadnej drogi ucieczki poza oknem, które niestety nie wchodziło w grę. Skok z drugiego piętra był zbyt niebezpieczny. Westchnęłam ciężko. Prędzej czy później, ktokolwiek tam jest dopadnie nas. Przecież nie wyjdzie wiedząc, że jesteśmy w domu. Ma szansę na zabójstwo dwóch kobiet, wolałby skorzystać.
Kto to może być? Tylko Ashton kontaktował się przez telefon za życia, więc kto tym razem chce nas zastraszyć? Co, jeśli Logan uciekł z ośrodka i właśnie jest w domu, żeby zemścić się na wszystkich tych, którzy przyczynili się do jego upadku?
Nagle światła pogasły. W całym dom rozbrzmiał krzyk – mój i Cassie. Pod wpływem impulsu, zaczęłyśmy piszczeć, niczym opętane. Nadawałybyśmy się do najlepszych horrorów, gwarantuję. Dłoń Cassie ścisnęła moją. Słyszałam bicie jej serca; cud, że nie dostała jeszcze zawału.
- Musimy tam zejść – szepnęłam.
- Popieprzyło cię?! – pisnęła – Zabiją nas!
- Wolisz tu siedzieć i czekać aż sami przyjdą? – spytałam – Po naszych krzykach na pewno nie domyślili się, że jesteśmy w domu – rzuciłam sarkazmem.
- Zadzwoń do Will'a - wpadła na pomysł, którego jak zwykle nie przemyślała.
- Will znajduje się jakąś godzinę od twojego domu, naprawdę uważasz, że zdąży przyjechać na czas? - zapytałam, wywracając oczami.
Cassie podświetliła swoim telefonem pokój, a następnie skierowała się w stronę szafki nocnej. Ukucnęła. Przez chwilę nie miałam pojęcia, jakie są zamiary dziewczyny. Ona zaś odłączyła lampkę nocną, a później sięgnęła po nią. Stwierdziła, że będzie to całkiem dobre narzędzie do obrony. Nie protestowałam, bo w sumie była to broń, jakakolwiek. Nic lepszego nie zauważyłyśmy w pokoju, a z pustymi rękami wolałyśmy nie wychodzić.
Pociągnęłam za klamkę. Wyszłyśmy na zewnątrz trzymając się za ręce. Oświetlałam naszą drogę telefonem, zaś Cassie trzymała lampę, w razie nagłego ataku. Zdecydowanie byłam za pomysłem, abyśmy zamieniły się rolami, ale dziewczyna uparła się, więc nie dyskutowałam na ten temat. Jeśli umiała używać lampy jako narzędzia do obrony własnej - nie miałam z tym problemu. O wiele gorzej będzie, jeżeli dziewczyna ze strachu wypuści lampę i ucieknie w popłochu zostawiając mnie samą z bandytami. Ale chyba przyjaciele tak nie robią? Czy robią?
Stopniowo schodziłam po schodach, ciągnąc za sobą Cassidy. Dreszcze przeszywały całe moje ciało. Starałam skupić się i użyć każdego swojego zmysłu, aby wyjść z tej sytuacji bez szwanku. Wiele nauczyłam się od Will'a, a teraz nadszedł czas na wykorzystanie wszystkich lekcji od profesjonalisty. Wsłuchiwałam się w każdy dźwięk i wytężyłam wzrok, żeby móc dostrzegać o wiele więcej. W międzyczasie odstresowałam się zaciskając dłoń na nadgarstku Cassie. Dziewczyna na pewno miała już sine ślady. Nie kontrolowałam swojej siły. 
Znalazłyśmy się na korytarzu.
- Może już sobie poszli? – spytała z nadzieją w głosie Cassie.
Miałam ochotę spojrzeć na nią z żalem, aczkolwiek nie zauważyłaby tego przez panującą w domu ciemność. Przemilczałam więc jej głupie pytanie. Włamywacz na pewno zdał sobie sprawę, że nie ma w tym domu nic do roboty, zwłaszcza po krzykach przerażonych dziewczyn i opuścił willę pełną bogactw. W jakim świecie ona żyła? 
Ruszyłam do przodu, puszczając rękę brunetki. Szłam na palcach, aby wydawać jak najmniej dźwięków. Zdawałam sobie sprawę z faktu, iż nieproszona osoba mogła być profesjonalnym złodziejem przez co obserwowała mnie i znała każdy mój ruch, ale nie mogłam stać z założonymi rękami i patrzeć na to wszystko, co się dzieje. Ktoś nas zastraszał. Prawdopodobnie jakiś gnojek z osiedla chował się za zasłoną, chichocząc, bo nasze zachowanie wydawało mu się komiczne oraz absurdalne.
- Caitlin! – usłyszałam za swoimi plecami pisk Cassie.
Odwróciłam się, świecąc telefonem w stronę korytarza. Ubrany na czarno mężczyzna ściskał ręką szyję mojej przyjaciółki. Nie widziałam jego twarzy. Z resztą jak mogłam widzieć, skoro komórka dawała minimalną ilość światła. Ledwo spostrzegłam czarne, skórzane rękawiczki oplatające skórę Cassie. Próbowałam rozejrzeć się po korytarzu, aby chwycić jakiekolwiek narzędzie i pomóc przyjaciółce. Nie mogłam niczego znaleźć. Żadnego wazonu, telefonu stacjonarnego, czy nawet głupiego kubka.
Poczułam ucisk na swoim ramieniu. Ktoś chwycił mnie, przyciągając do siebie. Złapał mnie w talii ściskając. Krzyknęłam panicznie, wzywając pomoc. Intruz stłumił mój krzyk, zakrywając mi usta ręką. Panika w moim ciele wzrosła gwałtownie. Nagle wszystko, czego uczył mnie Will wyleciało z mojej głowy. Musiałam się skupić, odnaleźć jakąkolwiek instrukcje dotyczącą zasad samoobrony. Wzięłam głęboki wdech i zamknęłam oczy. Na moje szczęście, olśniło mnie w odpowiednim momencie. Zacisnęłam zęby na rękawiczce mężczyzny, a kiedy jęknął i zabrał rękę, szybko zadałam mu cios łokciem w brzuch. Kiedy jego uścisk rozluźnił się, ponowiłam swój atak. Czekałam, aż całkowicie mnie puści. Gdy jego ręce nie dotykały mojego ciała, tym razem ja chwyciłam jego nadgarstek oraz podłokieć, zarzucając go na swój barku. Pochyliłam się do przodu, po czym przerzuciłam człowieka przez bark. Upadł na podłogę, wyjąc i skręcając się z bólu.
Nagle światło rozbłysło. Drugi napastnik nie trzymał już Cassie. Patrzył na swojego przyjaciela, zerkając przy tym na mnie. W końcu zdjął kominiarkę, przyprawiając mnie o złość, jakiej dawno nie doznałam.
- To jakiś żart – powiedziałam wściekle, patrząc na stojącego obok mojej przyjaciółki Calum’a. Miał szeroko otwarte oczy. Spoglądał na leżącego na ziemi kumpla, który skamlał niczym pies. Pokonany przeze mnie chłopak również zdjął swoje nakrycie twarzy. Blond włosy były teraz w nieładzie. Zamknął oczy i kręcił się po ziemi.
- Skopałaś dupę facetowi – komplement wyleciał z ust Calum’a.
- Teraz już wiem, dlaczego kazałeś mi zająć się tą mądrzejszą – warknął Hemmings – Kutas!
- Zwariowaliście? Cassie mało nie zeszła przez wasze żarty! – wydarłam się, nie mogąc uwierzyć, że Calum i Luke udawali włamywaczy.
- To nie żarty! – oburzył się Hood, krzyżując ręce – To był test twoich dotychczasowych zdolności.
- Jakich zdolności?! – wtrąciła Cassie.
- Mówiłaś, że trenujesz z tym swoim patałachem, a ten frajer chciał to sprawdzić – wyjaśnił Hemmings.
- Hemmings, przypominam ci, że jesteś na dole, nie na górze, więc lepiej się zamknij zanim wgniotę cię w podłogę - warknął Hood, a niewielki uśmieszek pojawił się na jego twarzy.
Czułam jak moje ciało zaczyna wrzeć. Nie mogłam uwierzyć w to, że ci dwaj idioci postanowili mnie testować, a do tego w taki sposób. Przekraczali wszelkie granice, nie dbając o konsekwencje.
Cassie natychmiastowo pobiegła do Luke'a, pomagając mu wstać. Wykorzystałam sytuację i pociągnęłam Calum'a za ramię do kuchni, aby rozmówić się z nim raz na zawsze.
- Co to ma być do cholery za szopka? - spytałam chamsko, bez żadnych ogródek.
- To nie żadna szopka, tylko dbanie o twoje bezpieczeństwo - odparł, wzruszając ramionami.
Oparł ręce o blat stołu. Dłonią przeczesał swoje włosy, układając je na bok, inaczej niż zwykle. Oblizał swoje usta, jakby miał to po prostu w zwyczaju, a później spojrzał na mnie pytająco, kiedy starałam się wywołać w nim poczucie winy poprzez swoje zbulwersowanie.
- Dbanie o moje bezpieczeństwo? - zapytałam - Powiedziałam wam, że nie potrzebuję nianiek, bo mam ich wystarczająco, więc może łaskawie odpuścisz?
- Odpuszczę, jak Ashton wstanie nagle z grobu i powie, że odwołuje swoje ostatnie słowa - warknął - Nie moja wina, że tradycją jest spełnianie woli zmarłego.
- Od kiedy dbasz o tradycję, hm?
- Od kiedy Luke przestał pieprzyć się z każdą napotkaną laską, a uwierz mi, to aż się prosi o jakieś poświęcenia. Mike czyta gazety, a ja spełniam ostatnie życzenie Ashtona, czyli ochrona rozkapryszonej i niewdzięcznej laski.
- Lepiej żebyś mówił o Cassie, bo mam całkiem niezły lewy sierpowy - zaznaczyłam, grożąc mu palcem.
- Nie odzywałaś się długo, więc musiałem sprawdzić co u ciebie - poinformował, po czym wyjął telefon, udając brak zainteresowania moją osobą.
- Widziałam się z Michael'em.
- Nie dogadujemy się ostatnio, więc skąd mam to niby wiedzieć? - zadał pytanie, patrząc na mnie z pretensją.
- No tak, zapomniałam, że ty i Luke to ten poziom mniej zaawansowany jeśli chodzi o stalking* - dogryzłam.
Po pogrzebie Ashton’a zdecydowałam odciąć się od jego przyjaciół. Zamierzałam powrócić do życia zwykłej nastolatki, pracującej w barze ciotki i marzącej o wyjeździe na studia. Mój plan oczywiście nie powiódł się, ponieważ po czasie chłopcy oznajmili mi, że ostatnią prośbą Ashton'a, którą usłyszał Luke była ochrona. Ochrona Caitlin Teasel mieszkającej w Sydney. Przez pierwsze miesiące dochodziło do licznych sprzeczek. W końcu urwałam kontakt z resztą gangu. Nie potrafiłam skupić się na żadnej z codziennych rzeczy. Brakowało mi Ashton’a, a także jego przyjaciół. Zmieniłam plany. Postanowiłam złączyć te dwa światy, dzięki czemu udało mi się przetrwać na świecie i funkcjonować. Spotykałam się od czasu do czasu z Michael'em. Luke zwykle nie posiadał dla mnie czasu, a Calum zawsze dawał mi do zrozumienia, że nie lubi, a nawet nie znosi mojego towarzystwa. Przestałam pytać o spotkania. Nie należę przecież do osób nachalnych.
Aby zabezpieczyć się przed ponownymi atakami zaczęłam ćwiczyć wraz z Will'em, który po pewnym czasie stał się dla mnie osobą bliską. Nie pomyślałabym, że będzie on miał kiedykolwiek tak wielkie znaczenie, aczkolwiek wyszło jak wyszło. Można powiedzieć, że zostaliśmy parą. Czy jestem z tego powodu szczęśliwa? Nie wiem. Staram się wykorzystać każdą możliwość, aby wybić Ashton'a ze swojej głowy. Muszę ruszyć dalej, a nawet tego pragnę. Być może Will jest do tego wspaniałą okazją. 
Podczas spotkań z Michael'em opowiadałam mu o sobie i moich przejściach. Uważałam go za swojego przyjaciela. Przechodził to samo, co ja - Ashton był dla niego ważny, nie mówił mi dlaczego, ale wydawało mi się, że ma to związek z jego rodziną. W trakcie którejś rozmowy wspomniałam mu o moich naukach sztuk walki. Nie sądziłam, że dzieli się takimi nowinkami z resztą przyjaciół. No cóż... ludzie są nieprzewidywalni. Przykładem są Luke i Calum. Nie spodziewałam się, że będą chcieli zabawiać się we włamywaczy, a dodatkowo straszyć moją przyjaciółkę. 
- Jesteście nienormalni - podsumowałam oburzona ich zachowaniem.
- Doszukuj się plusów, Caitlin - odezwał się Calum - Sprawdziłaś przynajmniej swoje umiejętności. Teraz wiemy, że Hemmings ma dużo do nadrobienia.
- Pierdol się, Hood! Nie byłem przygotowany na taką reakcję! 
Odprowadziłyśmy naszych niespodziewanych gości do drzwi. Po zamknięciu ich, zabrałyśmy się do sprzątania stłuczonej lampy. Cassie poszła po miotłę, a ja jeszcze obserwowałam w oknie odchodzących przyjaciół Ashton'a. Po raz pierwszy nie przyjechali samochodem. Luke wsiadł na motor, bodajże firmy Yamaha. Po lewej stronie zauważyłam długą rysę. Zgadywałam, że wygrał tą maszynę w wyścigu, bądź miał wypadek. Stawiałam na to pierwsze. Ostatnio w gazetach non stop pisano o nielegalnych wyścigach na przedmieściach, gdzie do zdobycia były motory. Calum usiadł za blondynem, obejmując go w pasie. Po kilku sekundach zniknęli. Odjechali.

~*~

Cassie zaparkowała samochód na parkingu, po czym zgasiła silnik. Wysiadłam z samochodu i zamknęłam drzwi od strony pasażera. Oświadczyłam Cassie, że sprawa, którą miałam załatwić nie zajmie mi więcej niż dziesięć minut. Ruszyłam w stronę pasów, a kiedy je przeszłam stałam na wprost komisariatu policji. Wielki błękitny napis znajdujący się na przodzie budynku jako pierwszy rzucał się w oczy.
Westchnęłam cicho. Postawiłam nogę na pierwszym stopniu schodów, a za nią drugą. Wspięłam się na górę, trafiając do dużych dwuskrzydłowych drzwi. Otworzyłam je, aby później znaleźć się wewnątrz komisariatu.
Moim oczom rzuciła się duża ilość ludzi, krzątających się po pomieszczeniu. Większość była ubrana w niebieskie koszule i czarne spodnie z czego mogłam wywnioskować iż byli funkcjonariuszami. Wychodzili z jednego pokoju, aby zaraz znaleźć się w drugim. Kobiety biegały ze stertami dokumentów lub siedziały przy komputerach przepisując dane z kartek. W tym miejscu panował ogromny chaos. Z resztą jak zwykle. Kiedy się tu nie zjawiłam, zawsze dzień pracowników wyglądał tak samo. Przerażała mnie ta sytuacja. Zastanawiałam się, jak ktokolwiek może się tutaj odnaleźć? Nie jestem anty towarzyska, ale nie słyszałabym na komisariacie własnych myśli. Tutaj ciągle się coś dzieje. Wieczny dźwięk telefonów, krzyki, skargi, donosy, obelgi rzucane w stronę policjantów nie wykonujących dobrze swojej służby, rozkazy…. Zero chwili wytchnienia. Całkowity rozgardiasz. Nie mam pojęcia jakim cudem ci ludzie nie dostają szału. Ja odczuwam wewnętrzną irytacje, gdy tylko przekraczam próg drzwi wejściowych tego budynku. Nienawidzę go z całego serca. Nie tylko dlatego, że ciężko mi jest się tu odnaleźć. Ci ludzie skrzywdzili ważną dla mnie osobę, której nie ma już ze mną. To boli, bardzo boli.
Z ponurą miną ruszyłam przez korytarz, aby dojść do punktu informacji. Mijałam alkoholików, którzy starali się wytrzeźwieć, kłócącego się komendanta ze starszą babcią, krzyczącego mężczyznę na kobietę ledwo utrzymującą sterty papieru i małego, zapłakanego chłopczyka. Czułam się tutaj strasznie. Komisariat emanował negatywnymi emocjami zgromadzonych tu osób. Odbijało się to również na mnie.
- Caitlin, jak miło cię widzieć! – powitała mnie Theresa, gdy dotarłam do punktu informacyjnego.
Theresa pracowała w policji od dwóch lat. Niestety w ciągu tego czasu nie zmieniła swojego stanowiska pracy. Nie wysłali jej na żadną akcje, ani patrol. Nigdy nie zrozumiem jak udało jej się wytrzymać dwadzieścia cztery miesiące siedząc na niewygodnym fotelu kilkanaście godzin, uśmiechać się i udzielać informacji chamskich i zgryźliwych ludzi.
Theresa miała około dwudziestu trzech lat. Była dość szczupłą osobą, wcześniej nawet podejrzewałam ją o anoreksję. Rzadko miałam szansę widzieć, aby kobieta cokolwiek jadła. Niski wzrost sprawiał, że wyglądała jak krucha, mała dziewczynka, którą dotknięciem można łatwo ranić. To nadzwyczajne, w życiu nie widziałam osoby o tak niespotykanej urodzie. Miała kręcone, farbowane na kolor blondu włosy do ramion. Jej błękitne oczy przypominały kolor najczystszego oceanu świata. Poprzez swoją jasną, nieskazitelną cerę przypominała nieco porcelanową laleczkę. Dziewczyna onieśmielała swoją niezwykłą urodą każdego policjanta.
- Zawołać go? – spytała pełnym entuzjazmu głosem.
Skinęłam.
Theresa zabrała teczki ze swoich nóg, odkładając je na biurko i przeszła do pokoju obok. Oparłam dłonie na wysokim blacie i zaczęłam wystukiwać rytm ostatnio słuchanej piosenki. Oglądałam wzrokiem dyplomy wiszące na ścianach oraz różne obrazy. Kręciłam głową tu i ówdzie. Dziewczyna zniknęła na dłuższą chwilę. Niecierpliwiłam się. 
Podciągnęłam rękaw mojej bluzy, żeby zerknąć na zegarek. Wskazywał czternastą osiem. Cassie czekała już około piętnastu minut. Wymyślałam obelgi, którymi dziewczyna będzie rzucała, kiedy stawię się obok jej samochodu, spóźniona, z miną smutnego szczeniaczka błagającego o litość.
Moją uwagę przykuła jasno brązowa teczka, leżąca na biurku Theresy z napisem „Ashton Irwin”. Zamrugałam kilkakrotnie dla pewności. Mogłam śnić lub mieć przywidzenia, ale nie... ta teczka leżała przede mną, naprawdę. Dotknęłam jej, była prawdziwa. Serce zabiło mi szybciej na widok tego imienia i nazwiska. Dlaczego była tam jego dokumentacja? Sprawy Ashton’a powinny być już dawno zamknięte. Czemu więc Theresa ma je w grupie akt teraźniejszych?