wtorek, 12 września 2017

Rozdział 14

Addelaine wysiadła z samochodu, a za nią reszta obecnych osób. Zaczęła iść w stronę, gdzie widziała powoli znikającego w tłumie ludzi Ashtona. Andre dołączył do niej i podtrzymywał jej krok. Jego twarz czerwieniała, a na twarzy malowała się złość. Zaciskał już dłonie i czekał, aż dorwie Irwina, by móc wymierzyć swoją sprawiedliwość. Był również zły na prawniczkę, która powoli, spacerkowym krokiem podążała za więźniem, który właśnie im zbiegł. Nie mógł zaakceptować jej post podejścia do sprawy.
- Długo będziesz tak wędrować? – zapytał z irytacją, patrząc na nią wkurzony – Właśnie spieprza nam więzień.
Addelaine zaś zatrzymała się i skrzyżowała ręce, spoglądając na mężczyznę z politowaniem.
- To będzie twój problem – odparła, wywracając oczami – O ile wiem, to ty się nim opiekujesz – palcami pokazała cudzysłów – A ja nie jestem mistrzynią w sportcie zwanym „Bieg w szpilkach”.
Andre zerknął na jej stopy, które faktycznie zdobiły czarne, matowe szpilki.
- Długo będziesz czekał, idioto? – zapytała zdenerwowana – Biegnij po niego! – nakazała, a mężczyzna ruszył w poszukiwaniu więźnia, a za nim jego dwóch przyjaciół.
Dziesięć minut później wrócili, w towarzystwie Ashtona, którego wyraz twarzy nie wyrażał zadowolenia, jak Addelaine się spodziewała. Andre szybko wepchnął Ashtona do samochodu, zanim ktoś z ludzi zdążyłby zadzwonić i poinformować media lub policję, że najgroźniejszy morderca zbiegł służbom specjalnym.
- I?! – spytała głośno brunetka – Gdzie ona jest?
- Ja… Ja nie wiem, myślałem, że….
- No pięknie – podsumował funkcjonariusz – Nie dość, że wypuściłaś więźnia na wolność, to okazuje się, że jest w dodatku pierdolnięty i ma zwidy.
- Stul pysk – rozkazali zgodnie, a później spojrzeli się na siebie. Addelaine spiorunowała swoim wzrokiem Ashtona, który mógł ugryźć się w język, ale mimo wszystko rozumiała jego reakcję. Zwróciła się do niego grzecznie i spokojnie, chociaż w głębi duszy serce łomotało jej ze zdenerwowania. Umiała to po prostu dobrze ukryć.
- Nie możesz tak uciekać, Ashton – oświadczyła – Ledwo wyszedłeś, a takie zachowania nie pomogą Ci w utrzymaniu przepustki.
- Ja po prostu.. – zająknął się, kiedy próbował wytłumaczyć całą sytuację, ale Addelaine sprawnie przeszkodziła mu.
- Wiem – wtrąciła – Po takim czasie wyjście z więzienia może być trudne. Mogłeś się pomylić.
Samochód jechał już drugą godzinę, a Ashton cały czas wypatrywał za oknem znajomych miejsc, a także.. Caitlin. Ciągle jego myśli krążyły wokół niej. Ta dziewczyna wyglądała tak znajomo, prawie identycznie. Nie mógł wyrzucić jej ze swojej pamięci.
Nagle spostrzegł tabliczkę „Witamy w Hurstville” i szybko zwrócił się do reszty osób.
- Jedziemy do mojego domu?
- Został sprzedany – oświadczył Calum.
- Mieszkania?
- Też już go nie masz… - odpowiedział z zakłopotaniem Michael.
Ashton prychnął, zwracając się ponownie do okna i mruknął cicho.
- Wow, a mam chociaż swoje konto bankowe, żeby móc je kupić czy również jest sprzedane?
- Jakby ci to powiedzieć… - zaczął Calum, ale Addelaine mu przerwała.
- Twoje konto zostało zamrożone – oznajmiła ze spokojem – Pieniądze nadal się na nim znajdują, ale nie masz do nich dostępu.
- Więc kto ma? – zapytał, zerkając na nią podejrzliwie.
Levinson uśmiechnęła się ciepło.
- Osoba, do której właśnie zmierzamy.
***
Gdy tylko wjechali w odpowiednią ulicę, Ashton rozpoznał miejsce, w którym się znajdowali. Każdy domek jednorodzinny, który mijali wyglądał tak, jak je zapamiętał. Nic w okolicy nie zmieniło się. Poza kilkoma rzeczami i… osobami.
Zatrzymali się przed znajomym mu domem, w którym spędził swoje całe dzieciństwo. Wysiadł z samochodu i nie czekając na swoich towarzyszy przeszedł przez ogrodzenie, zanim brama zdążyła się otworzyć, jak to robił w młodzieńczych latach. Ze schodów właśnie schodził lekko zasiwiały mężczyzna, który nie był wcale obcy, a odpowiadał za całe to zamieszanie.
- Nie sądziłem, że w końcu normalnie cię uściskam – zawołał wuj Ashtona, któremu wpadł w ramiona, gdy go zobaczył.
- Dziękuję – powiedział cicho – Nie sądziłem, że ktoś po tylu latach o mnie pamięta i jest w stanie zrobić tyle, ile ty robisz teraz…
- Ashton, ja w ciebie wierzę – szepnął mu do ucha – Nie spieprz tego.
- Postaram się – obiecał.
- A teraz zapraszam do domu, gdzie czeka na ciebie ktoś ważniejszy niż ja – poprosił, po czym podążył do Addelaine, by przywitać się z nią i zostawić go na moment samego, by mógł przeżyć tę chwilę sam.
Blondyn powoli wszedł po schodach, nie spodziewając się tego, co może zaraz zobaczyć. Przeszedł przez korytarz do salonu, gdzie stała niska postać o średniej długości siwych włosów, odwrócona do niego plecami. Słysząc kroki, zwróciła się, by pokazać swoją twarz.
- Ma…mama? – wydusił z siebie, gdy zobaczył starszą kobietę, która na jego widok rozpłakała się. W dłoni ściskała uchwyt laski, ale ona nie powstrzymała jej przed szybkim podejściem do mężczyzny i wzięcia go w swoje ramiona. Ashton również ją objął. Nie za mocno, ale z całą miłością, jaką darzył starszą kobietę i siłą tęsknoty, którą mógł jej okazać. Nie czuł się świadomy tego, co się właśnie wokół niego działo. Miał wrażenie, że część życia, której został pozbawiony i odcięty od niej na kilkanaście lat, właśnie do niego powróciła, a wręcz została mu podarowana. Addelaine oraz reszta towarzyszy patrzyli na niego i widzieli to oszołomienie, ale i szczęście, tęsknotę i desperację, jaka w tym momencie nad nim brała władzę. Wydawał się być taki mały i niewinny, niczym małe dziecko. Po jego policzku spłynęło kilka łez, które starał się ukryć i nie pokazywać nikomu, a zwłaszcza matce, która w przeciwieństwie do niego wylewała ich morze. Gdy oderwała się od niego, a on zdążył otrzeć łzy, głaskała go po głowie i policzkach powtarzając, że jej malutki synek wrócił. O mały włos, a raz by się prawie przewróciła z powodu braku sił i opuszczenia laski, która wspomagała staruszkę. Szybko Michael i Calum ruszyli na ratunek, sadzając kobietę na kanapie. Irwin zajął miejsce tuż obok niej, trzymając ją mocno za rękę. Addelaine siedząc naprzeciwko nie mogła wyjść z podziwu, w jaki sposób taki człowiek jak On, mógł sobie tak spieprzyć życie – mając kochającą, czekającą na niego rodzinę i przyjaciół; ciepły dom i wspaniałe życie. Sama wzruszyła się na oczach wszytkich, patrząc na ten niesamowity widok, którego zupełnie się niespodziewała. Patrząc na niego nie mogła zrozumieć, dlaczego nie chciał wyjść z więzienia, czemu nie chciał od niej pomocy i ucieczki od tego mroku, mając coś, czego ona nie mogła już otrzymać?
Po dwudziestu minutach wszyscy przeszli do wspominania poprzednich czasów. To było dla Addelaine bardzo korzystną sprawą, bo w końcu mogła dobrze poznać Ashtona i dowiedzieć się, jaką naprawdę był osobą. Jednak Irwin nie czuł zadowolenia, gdy jego mama mówiła o czasach szkolnych, a później przeszła do czasów, gdy przez dziesięć lat była sama i opowiadała, jak żyła. Wuj śmiał się z nią, Addelaine, Andre, Calum i Michael z grzeczności się uśmiechali, ale Ashton zbladł i spoważniał, aż w pewnym momencie wstał, rzucając cicho, iż za chwilę przyjdzie i wyszedł przez drzwi wejściowe. Andre już ruszał za nim, by nie spuszczać go z oka, ale Levinson powstrzymała go i sama podążyła za mężczyzną. Domyśliła się, że ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebował był natrętny funkcjonariusz.
Prawniczka znalazła mężczyznę siedzącego na schodach.
- Nie sądziłem, że to będzie takie trudne  - wyznał – Stać tam i…
- Rozumiem – odparła Addelaine, siadając obok mężczyzny – Nie tylko ty masz z tym problem, każdy ma.
- Gdyby chodziło tu tylko o mnie, ale.. wyrwałem dziesięć lat życia z nich wszystkich – powiedział, a w jego głosie słychać było ogromne rozczarowanie sobą i niewyobrażalny ból – To wszystko zdawało się być o wiele łatwiejsze, kiedy…
- Caitlin była obok? – spytała, wtrącając się blondynowi w słowo, a ten skinął.
Addelaine westchnęła.
- Nie sądzę, że poradzę sobie z tym…
- Poradzisz, Irwin – po raz kolejny weszła mu w zdanie, nie chcąc słyszeć żadnej odmowy.
Za bardzo go teraz potrzebowała. Musiała mu udowodnić i pokazać, że ma szansę z tego wyjść i jest w stanie walczyć, bo gdy w końcu to zrozumie – pomoże jej w schwytaniu jedynej osoby, o której w tej chwili jest w stanie myśleć.
- Wiesz, ile osób straciłem przez swoją własną głupotę? – zapytał z wyrzutem – Moją rodzinę, moich najbliższych przyjaciół, przeze mnie zginął Luke, Caitlin nie ma i och, Boże, nie mam nawet siły wymieniać ich wszystkich.
- Hej! – brunetka krzyknęła karcącą i dotknęła jego ramienia – Czytałam twoje akta i wiem, kto zabił Luke’a. Nie była to twoja wina.
- Gdybym ich wszystkich nie wpakował w swoje problemy, to wszystko nie miałoby miejsca – obwiniał się mężczyzna.
Addelaine wywróciła oczami i zabrała dłoń. Wstała i wysunęła rękę w kierunku blondyna, czekając aż po nią sięgnie. Nie mogła dłużej wysłuchiwać jego spowiedzi, w której zadręcza się czymś, czego powodem w ogóle nie był.
- Musisz przestać obciążać siebie błędami, w które ktoś inny cię wplątał. Może nie jesteś niewinny, ale nie możesz również ciągnąć za sobą czyiś występków. Wszyscy odpowiadają za siebie, nie ma organizacji charytatywnych, kiedy chodzi o popełnianie zbrodni. – powiedziała ostro, wyjaśniając – Dlatego zamierzam do więzienia wsadzić Seana Fletchera.
Ashton uniósł głowę i popatrzył na nią z niedowierzaniem.
- Uważasz, że jesteś w stanie to zrobić?
Levinson skinęła głową.
- Tylko, jeśli będę miała w tobie wsparcie – odparła, a w jej głosie można było wyczuć nutkę nadziei. Kiedy Ashton milczał, postanowiła ponegocjować – Ja znajdę Caitlin, a ty wsadzisz ze mną Seana do więzienia. Wydaje mi się, że to całkiem dobry układ.
Blondyn podał kobiecie dłoń, oddając jej również swoje zaufanie, chociaż coś mu podpowiadało, że nie powinien tego robić w stu procentach.
By załatwić sprawy dokumentowe, Addelaine zostawiła na godzinę Ashtona i jego przyjaciół wraz z Andre i wróciła do miasta, a później mieszkania, żeby chwilę odpocząć. Ku jej zdziwieniu, gdy szła przez korytarz, ujrzała uchylone drzwi mieszkania. Nie było to nic szokującego, jeśli Charlotte była w domu i zwyczajnie ich nie zamknęła, jednak parę rzeczy znajdowało się na wycieraczce, a to już budziło wątpliwości. Przyśpieszyła kroku i wręcz wpadła do mieszkania, aby je sprawdzić, ale przyjechała zdecydowanie za późno. Całe mieszkanie zostało zdemolowane.Akcesoria, naczynia i dodatki do domu leżały popękane na ziemii. Szafa z książkami była przewrócona, kanapa przekrywiona i rozdarta, okno balkonu wybite. Brunetka stała w korytarzu i bała się przejść dalej, nie chcąc widzieć większych strat. To co się wydarzyło w pierwszej części mieszkania było już dla niej wystarczające.
- Addelaine, chcesz mi powiedzieć, co tu się do cholery wydarzyło? – zza ściany niczym zaczarowana wyłoniła się Charlotte, a wyraz jej twarzy wyraźnie wskazywał na to, że jest zdenerwowana i przerażona tym, co zastała zanim Addelaine udało się trafić do domu.
Addelaine przeszła obok niej, o mało po raz kolejny nie wywracając oczami.
- A na co ci to wygląda? – burknęła pod nosem, gdy wchodziła do salonu.
Brunetka zaczęła podnosić papiery z podłogi, a popękane wazony oraz szklanki delikatnie i uważnie zbierać w jedno miejsce. Odnalazła w jednej z szuflad pod telewizorem reklamówkę i zdecydowała się powrzucać tam popękane szkło.
- To już przechodzi wszelkie pojęcie – Charlotte oburzyła się – A wszystko przez tę cholerną sprawę…
- Przestań – warknęła Levinson, nie pozwalając współlokatorce skończyć.
Charlotte nie wytrzymała i podeszła do kobiety, szarpiąc ją za rękę i odwracając do siebie.
- Czy ty naprawdę jesteś aż taka ślepa, Addelaine? – zapytała delikatnie, chociaż nadal wyczuwalna była jej złość, którą teraz dzialiła ze swoją koleżanką – Nigdy nie było takich szurniętych sytuacji! Nikt nie napadał na nasze mieszkanie! Raz na miesiąc przychodziły do ciebie jakieś groźby, a teraz?
Addelaine wstrzymała powietrze, po czym spojrzała na Charlotte z politowaniem.
- Próbuje nas zastraszyć – wyjaśniła – To nic takiego.
- Nic takiego?! – Ciemnowłosa rozłożyła ręce i rozejrzała się dookoła – To dla ciebie jest „nic takiego”?
Adwokatka wzruszyła ramionami.
- Nie zrezygnuję z Ashtona – oświadczyła pewnym głosem i wróciła do sprzątania całego bałaganu, jaki zastała.
Brunetka podeszła do beżowej kanapy okrytej białym bawełnianym kocem oraz kolorowymi poduszkami i przysunęła ją bliżej telewizora, by znów mogła stać prosto. Wazon, który jako jedyn nie zbił się, postawiła na komodzie, tuż przy zaległych, nieodczytanych listach. Reklamówkę z niepotrzebnym już szkłem zabrała i wrzuciła prosto do śmietnika. Próbowała naprawić drzwi od szafy, które z niej dosłownie zwisały, jednak urwały się zawiasy. Nie mogła już nic z nimi zrobić, nadawały się do wymiany. Zdjęła lustro, które wisiało na ścianie w korytarzu i ustawiła je przy śmietniku. Charlotte nie zamierzała jej pomóc, bo nie była winna tym wydarzeniom. Stała i patrzyła, jak Addelaine cierpliwie i bez narzekań porządkuje całe mieszkanie, jak gdyby żadne włamanie i rozruba nie miały tutaj miejsca.
- Kto nas próbuje zastrzaszyć – wydusiła z siebie w końcu pytanie, poprzez zaciśnięte zęby.
- Dobrze wiesz – odpowiedziała Addelaine.
- Kto?! – wrzasnęła Charlotte, a Addelaine zwróciła się ku niej.
- Sean! – również krzyknęła ostro – A myślisz, że kto zrobiłby taki burdel? Święty Mikołaj szukając choinki!?
Charlotte schowała twarz w dłonie i zaczęła chodzić w kółko po pokoju, powtarzając jedynie słowa „Nie wierzę”. Addelaine oglądała, jak jej koleżanka popada w panikę i nie wiedziała co robić, ani co powiedzieć, aby ją uspokoić. Kiedy już otwierała usta i wyciągała ręce, aby porozmawiać, za chwilę je opuszczała, bo brak odpowiednich słów, by jakkolwiek się usprawiedliwić ją blokował.
- Dlatego nie chcesz zrezygnować z Ashtona? – spytała – Bo on doprowadzi cię do niego, prawda?
Addelaine nieśmiało i cicho potwierdziła jej teorię.
- Jak długo będziesz się łudzić Addelaine, że to coś zmieni? – głos dziewczyny był pretensjonalny i sarkastyczny – Myślisz, że nadejdą lepsze dni? Nie. Nie… - zaśmiała się przez łzy – Nie dość, że marnujesz swoje życie, to jeszcze moje. To jest popaprane, ty jesteś popaprana, jeżeli uważasz, że to zwróci ci twoją ukochaną przeszłość. Życie to nie pieprzona bajka, a on nie żyje i ty nie zmienisz tego, choćbyś wsadziła za kratki Seana! On i tak będzie martwy. Jest od dwunastu lat, był i będzie!
- Zamknij się! – wybuchła brunetka uderzając płaską dłonią w blat stołu obok którego stała. Jej głowa była spuszczona w dół, a rozgarnięte włosy zakrywały twarz. Oddychała ciężko, jej całe ciało unosiło się, a dłonie błyszczały od potu. Zgarbiona, ledwo stojąca na nogach nie miała już dłużej siły, by słuchać ataków swojej współlokatorki. Uniosła lekko głowę, a przez kosmyki włosów można było zobaczyć jej ciemne, kipiące złością oczy. Gdy Charlotte patrzyła na nią, była prawie pewna, że mogłaby teraz zabić. Uderzyła w jej najgorszy czuły punkt, którego nikt nigdy nie odważył się poruszyć, bo doskonale wiedział, co może spowodować. Ona jednak nie była tego świadoma, ale kiedy już się przekonała, to postanowiła więcej nie próbować. A już na pewno nie rzucać tak ostrych słów w złości. Charlotte zdecydowała ulotnić się na jakiś czas, więc rzuciła tylko krótko:
- Pamiętaj, że ja też tu mieszkam i nie zamierzam tego znosić.
A po chwili już jej nie było. Zostawiła Addelaine całkiem samą.

Adwokatka powędrowała do kuchni, gdzie odnalazła całą, nie pękniętą szklankę. Nalała do niej whisky, którą wyciągnęła wcześniej z lodówki i upiła łyk. Ale smak nie był już taki sam, jak zawsze. Był gorzki, a zarazem mdły. Gdy nawet tak mały detal nie był w porządku, kobietę znów ogarnęła złość. Rzuciła szklanką o ziemię, a ta rozbiła się na drobne kawałki. Nie zamierzała tego sprzątać. Podeszła do ściany słabym i wolnym krokiem, a potem osunęła się na podłogę i rozpłakała, wspominając przeszłość, która chodziła za nią i przez którą ogarniał ją mrok. Wtedy niedaleko niej spostrzegła prostokątną kartkę, leżącą prawie że na środku mieszkania tak, by nie sposób było jej nie zauważyć. As.

niedziela, 3 września 2017

Rozdział 13

muzyka: https://www.youtube.com/watch?v=lMiryutApRk

Nadszedł dzień, który od początku nie miał należeć do najszczęśliwszych. Nad całym miastem unosiły się ciemne gęste chmury zwiastujące deszcz. Piesi poruszali się po ulicach wyjątkowo szybciej niż zazwyczaj, jakby chcieli prześcignąć ponurą pogodę, jednak to nie ona była powodem, dla którego przyśpieszyli tempo.

Brunetka z niechęcią podniosła się z łóżka. Podeszła do szafy, którą później rozsunęła i zaczęła przebierać między wieszakami. Wybrała białą gładką flanelową koszulę zapinaną na guziki, ale nie było to czymś nadzwyczajnym, ponieważ miała takich kilka. Różniły się tylko materiałem lub rodzajem guzików. Z dolnej półki dobrała granatowe spodnie z wysokim stanem, a z kolejnego wieszaka ściągnęła marynarkę. Pociągnęła za drzwi szafy, by ją zamknąć, a kiedy ta się zasunęła – lustrzana część i własne odbicie stanęło przed kobietą. Patrzyła prosto w swoją twarz, lekko trzymając przygotowane ubrania. Przyglądała się sobie samej, starając się uzyskać odpowiedzi na pytania, które nękały ją nawet w snach.

Czy postępuje dobrze?

Czy podjęła dobrą decyzję?

Nie było już odwrotu, a ona wciąż próbowała utwierdzić się w swoich działaniach. Delikatny błysk w oczach, jaki dostrzegła gapiąc się na siebie, wyglądał całkiem przekonująco. W końcu widziała go nawet u Ashtona, co było prawie cieniem nadziei i spontanicznie pchnęło ją do wykonania ruchu. Dopiero później miała okazję go przemyśleć, ale wtedy było już za późno.

Addelaine starała się odpędzić złe myśli, zastępując je czymś przyjemniejszym. Poszła do łazienki, pod prysznic, gdzie wyobrażała sobie już koniec tego horroru i siebie za kilka miesięcy, siedzącą na ławce, jedzącą swoje ulubione lody w czasie urlopowym. Lecz nawet myśl o lodach w ulubionym smaku, nie poprawiała jej nastroju. Kiedy przypominała sobie, jak dumna z siebie była, gdy ukończyła studia z oceną bardzo dobrą oraz tytułem, a później spełniała się jako prawnik z determinacją broniąc niewinnych ludzi dopóki nie trafiły w jej ręce akta jego i całe zamieszanie spadło na jej głowę, pochmurniała i ogarniał ją smutek. Przebrnięcie przez tę historię i trafienie do takiej osoby jak Ashton, było trudniejsze niż myślała.

Kobieta zaparzyła kawę, przelała ją do kubka i przeszła do salonu, gdzie włączyła telewizję i zmieniła kanał na jeden z informacyjnych. Odłożyła pilota, a potem przeszła na balkon, siadając w progu drzwi i patrząc w niebo jednocześnie słuchając wiadomości.

- To już dzisiaj jeden z najniebezpieczniejszych więźniów, którego w schwytaniu musiały pomagać służby specjalne opuści warunkowo na dwa dni swoją celę dzięki determinacji adwokat Addelaine Levinson – zawiadamiała reporterka – Czy prawniczka oszalała chcąc wypuścić na wolność Ashtona Cienia Irwina? A może wszystko jest częścią pewnego spisku? Znajdujemy się już przed budy… - kontynuowała, ale brunetka postanowiła się wyłączyć i z każdym upitym łykiem kawy, coraz bardziej wyciszała swój umysł.

Zamknęła na chwilę oczy i powolnie wdychała powietrze. Zdawało się jej, że wie z czym będzie musiała się niedługo zmierzyć, ale to co działo się w ostatnich tygodniach, kiedy media rozpowszechniły informacje o zwolnieniu warunkowym przerosło jej oczekiwania. Zastanawiała się, jak potoczą się wydarzenia, kiedy uda jej się wygrać proces. Albo czy go przeżyje, bo ludzie zdecydowanie będą gotowi wyjść na miasto i zlinczować najpierw Ashtona, a potem ją.

Spakowała wszystkie niezbędne dokumenty do torby i opuściła mieszkanie zamykając je na klucz. Zanim wyszła z bloku mieszkalnego, upewniła się czy przed jej klatką nie czyhają wścibscy dziennikarze. Na szczęście lub jej nieszczęście, cała zgraja fotoreporterów czekała już przed bramą więzienia licząc na dobrej jakości zdjęcia.

Addelaine popędziła do auta, a potem zajęła miejsce za kierownicą. Westchnęła ciężko, zanim przekręciła kluczyk w stacyjce. To było jej „teraz albo nigdy”. Mimo zawahań wybrała „teraz”.

Gdy dotarła na miejsce, ledwo przecisnęła się samochodem przez tłum protestujących ludzi pomieszanych z pracownikami gazet oraz stacji radiowych i telewizyjnych. Jej serce zaczęło bić szybciej, w nieregularnym tempie, a dłonie pociły się. Żałowała, że poświęciła tak mało czasu na przemyślenie swoich decyzji. Ale nie mogła w tej chwili już się tym zadręczać. Po raz kolejny musiała postawić na profesjonalizm, pokazać klasę, odwagę i zareprezentować się jak najlepiej, a przede wszystkim zaprezentować dobrze Ashtona i okazać mu wsparcie, nawet jeśli nie miała na to najmniejszej ochoty i jej samej go brakowało.

Pośpiesznie zeszła schodami do głównego holu, gdzie wszyscy już czekali. Jednak kiedy jej telefon zawibrował, a na wyświetlaczu pojawił się napis „Numer zastrzeżony” zatrzymała się. Wróciła do pomieszczenia, w którym znajdowało się zejście schodami i odebrała przychodzące połączenie.

- Domyślam się, że z niecierpliwością czekałaś na mój telefon – zachrypiały ciężki męski głos rozbrzmiał w słuchawce, a ciało Addelaine zadrżało.

- Kto mówi? – spytała, chociaż doskonale wiedziała, że to On.

- Naprawdę panno Levinson? Musimy się w to bawić? A może potrzebujesz dowodu?

- Wydaje mi się, że dla ciebie to nie jest problem – odparła – Spotkanie byłoby najlepszym z nich – warknęła ostro.

Roześmiał się.

- Jesteś znana z tego, że dostajesz to czego chcesz – powiedział – Ja również, droga Addelaine. W ten sposób nasze drogi się połączyły, czyż nie? Tylko, że twoja ścieżka jest tą mniej szczęśliwą, gdyż popełniasz na niej spore błędy.

- Ach tak? Wydaje mi się, że to ty go popełniłeś prawie dwanaście lat temu.

- Czy wiesz z jakimi konsekwencjami spotkasz się wypuszczając Irwina? Psujesz całą grę, a wiesz, że w grach nie można iść na skróty, prawda? – pytał – Czy on w ogóle wie, dlaczego go bronisz i po co? Zdradziłaś mu ten mały sekret, a może ja mam to zrobić?

- Wiesz co możesz zrobić? Przygotować się na nasze spotkanie, bo przysięgam ci że będzie ono dla ciebie ostatnim – powiedziała ostro, wyraźnie zdenerwowana i rozłączyła się.

Głowę oparła o ścianę ciężko oddychając. Czy to naprawdę był On? Zadzwonił do niej, właśnie teraz? Ten dzień nie mógł być dla niej gorszy. Kiedy potrzebowała znaleźć w sobie siłę, musiała stoczyć jeszcze większą walkę z nerwami oraz stresem, jaki spowodował jeden telefon, na który tak naprawdę długo czekała, a pojawił się w najmniej odpowiedniej sytuacji.

Levinson odczekała jeszcze pięć minut, zanim ruszyła do czekających na nią towarzyszy. Ashton wyglądał inaczej, kiedy jego ciało nie było przysłonięte brudnym pomarańczowym kombinezonem z wyszytym numerem identyfikacyjnym na prawej górnej kieszonce. Tym razem nosił biały t-shirt i czarne spodnie oraz ciemne wiązane buty. Ochroniarz właśnie rozpinął jego kajdanki. Wsunął kluczyk do zamka i przekręcił go, a metal rozluźnił się i uwolnił dłonie Irwina, a później jego nogi. Mężczyzna pomasował poranione nadgarstki, które wcześniej zdobił ciężki metal. Na jego lewej kostce u nogi znalazła się niewielka aktywna bransoleta, którą podczas swojego pobytu na zewnątrz musiał nosić. Jednak pomimo tej małej ozdoby odczuł ulgę, że w końcu ze swobodą może poruszać rękoma oraz nogami i gdy tylko spostrzegł swoją adwokat, delikatnie pomachał w jej kierunku, na co odpowiedziała słabym, ale szczerym uśmiechem.

- Mam coś dla ciebie – powiedziała nieco nieśmiało, gdy już do niego podeszła, po czym zerknęła do swojej torebki i zaczęła w niej szperać. Gdy już odnalazła mały upominek dla swojego klienta, podała mu go.

- Okulary? – zapytał – Słońce zbliżyło się do naszej planety i razi do tego stopnia, że nie mogę bez nich iść?

Addelaine energicznie pokręciła przecząco głową.

- Przydadzą ci się przy wyjściu, do czegoś innego – odpowiedziała cicho.

Ashton tylko skinął głową, ponieważ doskonale wiedział, co Addelaine miała na myśli. To samo spotkało go dziesięć lat temu pod sądem, a także podczas transportu ludzi. Okrzyki, obelgi, oskarżenia i pogardliwe spojrzenia. W pewnym stopniu spodziewał się takiego przebiegu wydarzeń. Przecież nie mógł oczekiwać, że po kilku latach społeczeństwo rozgrzeszy go i oczyści z win. Był realistą, a w dodatku nie cierpiał ludzi przez stereotypy, które wytwarzali. Wystarczyły nam plotki i „inny” wygląd, by ocenić drugiego człowieka i przypisać mu pewną łatkę. Żadnemu nie potrzebna była historia czy przeszłość lub prawda. My sami ją kreowaliśmy.

Z tego powodu czuł pewien żal w stosunku do Addelaine, bo miał świadomość, że cały trud, jaki na siebie zrzuciła pójdzie na marne. Słowa jednej osoby nie wystarczą, by zmienić pogląd całego społeczeństwa. Wydawało mu się, że jako adwokat z doświadczeniem powinna to wiedzieć. A tymczasem tylko ona jedna spośród tylu profesjonalistów, jakich mu przydzielano, próbuje odeprzeć wszelkie ataki i wciąż się stara nawet wtedy, gdy spotyka się z wielkim murem stojącym pomiędzy nimi, czyli jego niechęcią. W pewnym sensie, jej determinacja mu imponowała.

- Gotowy? – spytała go kobieta, jednak pytanie kierowała również do siebie, jakby po raz ostatni chciała potwierdzić swoją decyzje słowami swojego klienta.

- T-tak – odparł, a Levinson wyczuła w jego głosie wahanie.

Brunetka wzięła głęboki wdech i położyła dłoń na jego ramieniu, chcąc mimo wszystko dodać mu wsparcia.

- Nie jesteś sam, Ashton – wydusiła z siebie, chociaż wolała, żeby to on pocieszał ją lub zrobił to nawet ktokolwiek inny, kto po prostu powiedziałby, że nie ma nic złego w tym, co robi.

Czuła na sobie wzrok Andre i nie patrząc na niego wiedziała, że z irytacją wywracał oczami. Jego zazdrość była niemal namacalna. Addelaine starała się go ignorować tak samo, jak przez ostatnie dwa lata. Nigdy nie była zainteresowana jego istnieniem, w tym również jego ingerencją w swoje życie, jednak jej ojciec widział to inaczej. Dlatego ich drogi splotły się znowu, tutaj, w tym mieście. I chociaż jemu całkiem podobały się ich spotkania, ona modliła się, aby wreszcie przestali się widywać.

- Idziemy – oświadczyła krótko i ruszyła w stronę wyjścia, dając po drodze kolejne instrukcje – W drodze do auta nie zatrzymujcie się i przede wszystkim nie odpowiadajcie na żadne pytania lub… oskarżenia.

- Oskarżenia? – dopytywał Michael idąc tuż przy niej i Ashtonie.

- Obelgi również – dodała zerkając na Irwina, który skinął głową.

Ochroniarz uchylił drzwi, a wyścig szczurów rozpoczął się w przeciągu sekund. Andre złapał Ashtona za ramię i rzucił mu pogardliwe spojrzenie. Addelaine natomiast ruszyła przed nich, aby paparazzi nie mieli dobrego kadru na zdjęcia.

- Panno Levinson, czy to pani wybrała sprawę Cienia, czy może on wybrał panią?

- Bez komentarza – ucinała krótko Addelaine.

- Morderca!

- Nie wychodź na ulicę wariacie, bo spłoniesz żywcem! – ostre okrzyki były tłumione przez co chwilę rzucających pytania dziennikarzy.

- Kogo teraz zabijesz?

- Bez komentarza.

- Panno Addelaine, czy to rodzaj pewnej zagrywki, czy pani po prostu oszalała?

- Bez komentarza!

- Psychol!

- Wariatka!

Addelaine przepuściła Andre prowadzącego Ashtona i przystanęła na chwilę, kończąc szybko pytania.

- Nie liczcie na dobry materiał, bo go nie otrzymacie ani ode mnie, ani od mojego klienta, wstrętne i głodne hieny - warknęła patrząc w obiektywy paparazzi.

Ashton mknął do przodu, chociaż nie było wyrażone to jego wolą. Andre popychał go w kierunku auta, by mógł jak najszybciej się w nim znaleźć. Ale jego instynkt nakazywał mu się wycofać do środka budynku, do swojej celi, którą uważał za swoje miejsce. Pomimo świadomości, że jego wyjście chcąc lub nie chcąc odbędzie się w taki sposób, nie wyobrażał sobie tego. Miał nadzieję, że ta chwila potoczy się inaczej, a on sam opuści więzienie bez czyjegoś popędzania, przystając na schodach i oglądając rażące słońce, które unosiło się na niebie. Liczył na deszcz, na ulewę w momencie, gdy wyjdzie na zewnątrz, bo potrzebował poczuć krople wody uciekające z chmur na swojej skórze. Pragnął paść na kolana przy najbliższym trawniku, żeby opuszkami palców dotknąć zazielenionych roślin.

Tymczasem w przeciągu minuty, która zdawała się być niekończącą się godziną, został wepchnięty do samochodu z przyciemnionymi szybami. A gdy był już w nim zamknięty i chciał rozsiąść się wygodnie i dopiąć pas, auto ruszyło z piskiem opon tuż po tym jak Calum i Michael do niego dotarli i w pośpiechu opuścili teren więzienia, aby nikt nie zobaczył dokąd się udają i ich nie śledził. Czuł się niczym zwierze na uwięzione na smyczy, przywiązane do swoich błędów oraz konsekwencji, które przez nie ponosił. I chociaż wiedział, że tak być musi – nie umiał pozbyć się rozczarowania i towarzyszącej mu złości względem całej tej sytuacji.

Addelaine odetchnęła z ulgą. Wszystko do tej pory przebiegło zgodnie z planem. Ashtonowi nie spadł włos z głowy i był transportowany właśnie do swojego lokum. Rozluźniła się i ułożyła wygodnie głowę, zamykając oczy, by powrócić do zastanawiającego telefonu.

Ashton natomiast mógł nareszcie poświęcić chwilę, by rozkoszować się widokiem, który wypadł na dziesięć lat z jego pamięci. Piękne duże drzewa o intensywnym zielonym kolorze liści; wąskie ulice, po których przejeżdżały setki aut; ciemne zachmurzone niebo, z którego już za chwilę mógł spaść deszcz. Te wszystkie drobne szczegóły nagle miały dla niego ogromne znaczenie i wywoływały w nim pozytywne emocje.

Całą drogę, która wszystkim innym wydawała się być nudna i monotonna, Ashton przeżywał i bacznie obserwował, nawet kiedy zatrzymywali się na światłach. Podziwiał każdy mały detal i szczegół – świeżo pomalowaną ławkę, latające gołębie, migające zielone światło na przejściu dla pieszych. Może jeszcze nie był dosłownie na zewnątrz, bo nadal tkwił w aucie, które przewoziło go w bezpieczne miejsce, to świat już był dla niego zniewalającym i wyjątkowym. Porównywał go z tym, który ostatni raz widział dziesięć lat temu, a przede wszystkim – teraz go doceniał.

Gdy wóz zatrzymał się na kolejnych światłach, mężczyzna oglądał park po przeciwnej ulicy, w którym bawiły się dzieci, a dorośli spacerowali. W pewnym momencie zauważył kogoś znajomego. Średniej długości naturalne blond włosy, których nie sposób było zapomnieć, sukienkę, którą już kiedyś widział i ten niski wzrost, identyczny, jak w jej przypadku…

- Zatrzymaj samochód – rozkazał Irwin – Zatrzymaj!

Głos Ashtona wybudził wszystkich ze snu lub rozmyśleń.

- Co się stało? – zapytał Calum, chwytając blondyna za nadgarstek, kiedy chciał otworzyć drzwi.

- Irwin, co ty robisz? – dodała Addelaine ze zdenerwowaniem.

Ashton popatrzył na nich szaleńczym spojrzeniem pełnym smutku, ale również i nadziei. Niespodziewanie pojawił się w jego oczach błysk, jakiego nigdy wcześniej nie widzieli. Co chwila zerkał znowu na park, by zobaczyć, czy ona nadal tam jest, czy nie miał omamów. Zwrócił się do brunetki, błagając.

- Proszę Addelaine, zatrzymaj auto – powiedział, szybko dodając – Chyba… chyba widziałem Caitlin – wyznał, a prawniczka patrzyła na niego, nie mogąc uwierzyć w to, co mówił.

Calum i Michael popatrzyli na siebie pytająco, a później znów spojrzeli na Ashtona będącego prawie że w amoku. Zachowywał się niczym małe dziecko stęsknione za rodzicem. Szarpał za klamkę drzwi w nadziei, że wreszcie się odblokuje. Niczego więcej nie potrzebował.

- Zrób to – powtórzyła Addelaine nagle, zwracając się do kierowcy, po czym spotkała się ze sprzeciwem Andre.

- Oszalałaś?! Ledwo wyszedł z więzienia, a ty…

Addelaine przerwała jego kolejne osądy, wtrącając.

- Samochód. Ma. Się. Zatrzymać. W. Tej. Chwili. – zaznaczała powoli jasno i głośno każde wypowiadane słowo.

Auto zjechało na pobocze, a gdy kierowca zgasił silnik, a zamki odblokowały się, Ashton wybiegł kierując się w głąb parku.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Rozdział 12

muzyka: klik

Addelaine zasiadła za biurkiem, naprzeciwko dwóch mężczyzn. Splotła palce u dłoni, a następnie położyła ręce na biurku, pochylając się lekko i spoglądając na swoich gościem z uśmiechem. Obok niej leżała kartka, na której wydrukowany był tekst – podpisany i zapieczętowany u dołu. Obserwowała obu dżentelmenów dokładnie – Pan Clifford wyglądał na lekko zdenerwowanego, a Pan Hood był ewidentnie spięty i sprawiał wrażenie zniecierpliwionego. Dłoń schował w kieszeni spodni, gdzie trzymał paczkę papierosów.
- Jest dobrze – oznajmiła, a obydwaj mężczyźni odetchnęli z ulgą, jakby kamień spadł im z serca – Rozmawia ze mną, współpracuje i… zachowuje się zupełnie inaczej – zauważyła – Nie wiem, czy to zasługa któregoś z Was, ale poskutkowało. Nie jest może sympatyczny, ale dopóki jestem w stanie się z nim dogadać to mamy całkiem spore szanse.
- Myśli Pani, że jest możliwość uniewinnienia go? – zapytał Calum, a Addelaine zaprotestowała kręcąc głową.
- Nie – odpowiedziała stanowczo – Ale możemy ten wyrok mocno złagodzić, jeśli tylko udowodnimy, że Ashton działał pod wpływem innych osób i wydarzenia z jego życia wpłynęły na późniejsze działania. To zazwyczaj zmiękcza serca ławy przysięgłych. Opracowuję kilka strategii, ale są rzeczy, w których będę potrzebowała waszej pomocy.
- To znaczy? – dopytywał Michael.
Addelaine oparła się na krześle i wzrok wbiła w biurko. Wzięła głęboki wdech, zanim zaczęła wyjaśniać przyjacielom swojego klienta, w jakie tarapaty zamierza ich wpakować.
- W tym świecie wszystko powinno funkcjonować legalnie i zgodnie z prawem – powiedziała – Ale jak w każdym innym, czasem trzeba mieć asa w rękawie – specjalnie użyła przenośni, aby sprawdzić ich reakcje, jednak obaj siedzieli spokojnie i ani drgnęli – Potrzebuję każdego punktu zaczepienia, który wybroni Ashtona, nawet jeśli nie mogę ich zdobyć legalnie.
- I my mamy w tym pomóc? – Calum zdawał się nie być zachwycony pomysłem adwokatki.
- Potrzebuję nagrań z monitoringów, zdjęć, świadków – wymieniała – Nawet tych, które są nie do zdobycia.
Michael wzruszył ramionami.
- Nie brzmi, jak ciężkie zadanie – stwierdził, zerkając na Caluma.
- Jeśli macie kogoś, kto jeszcze obroni Ashtona – zasugerowała – Muszę ich mieć w swojej liście. Dave przyprowadzi jego matkę, sam będzie zeznawał, Cassie, ta dziewczyna, którą po…
Calum wyprostował się i wtrącił.
- Nie ma mowy – zaprotestował ostro – Cassie nie będzie zeznawać dla Ashtona.
Addelaine zaskoczona reakcją ciemnowłosego, zmarszczyła brwi i zapytała głośno.
- Dlaczego? Znała Ashtona, więc wie jaki jest. W dodatku z tego co wiem, była również przyjaciółką Caitlin, którą również musicie pomóc mi znaleźć.
- Nie znajdziemy Caitlin – odpowiadał szybko Hood, a Michael spuścił głowę i siedział w milczeniu.
- Jesteś strasznie pesymistycznie nastawiony co do tej dziewczyny – zauważyła adwokatka – Podajcie mi powód, dla którego nie możemy nawiązać z nią kontaktu?
Nastał moment ciszy. Michael nie spoglądał na Caluma, który mierzył się spojrzeniami z Addelaine. Clifford zmagał się sam ze sobą i panikował, ponieważ nie wiedział co ma powiedzieć. Levinson wywierała na obu mężczyznach presję, chcąc poznać prawdę o dziewczynie, bo wiedziała, że coś ukrywają i nie zamierzała dać sobie spokoju. Zbyt wiele czasu i chęci poświęciła na poszukiwania i sama była zdesperowana. Potrzebowała Ashtona, jego motywacji i zainteresowania wyjściem, a przyciągała je tylko informacjami o Caitlin. W dodatku oni – jako jego przyjaciele, powinni coś powiedzieć, nie tylko jej, ale i jemu. Po dziesięciu latach męki po prostu na to zasłużył.
Nagle Michael podniósł wzrok i zdecydował się na rozmowę. Gdy już otworzył usta, aby coś powiedzieć, Calum nagle wtrącił swoje słowa.
- Jest świadkiem koronnym i nikt nie jest w stanie jej znaleźć – wydusił z siebie – Służby nie dadzą żadnych informacji na jej temat.
Addelaine uniosła brew i na chwilę zamilkła, uciekając do swojej myśli, aby przeanalizować słowa przyjaciela Ashtona. To było całkiem proste i miało nawet sens. Przecież odmówiono jej wydania dokumentów dotyczących Caitlin, kiedy pojawiła się w siedzibie służb. Wiele danych i wiadomości na temat tej dziewczyny jest niewidoczna i niedostępna, a cała jej sytuacja niewyjaśniona.
I właśnie to ją zastanawiało.
Dlaczego nie ma żadnych wyjaśnień?
Nawet jeśli była świadkiem koronnym, któremu dano nowe życie oraz tożsamość, dlaczego nie zakończyli ostatniego rozdziału książki o pannie Teasel? Czemu nie ma żadnej puenty? Historyjki, która nadałaby koniec jej życiorysowi i ucięła serię pytań.
Coś tutaj nie trzymało się kupy.
- A gdzie powód, panie Hood?
- Powód? – parsknął śmiechem – Jaki powód?
- Powód, dla którego została świadkiem koronnym – odparła Addelaine.
Calum popatrzył na kobietę z niedowierzaniem i przez chwilę myślał że żartuje. Ale gdy spostrzegł, że Addelaine jest śmiertelnie poważna, pokręcił jedynie głową z niezrozumieniem i dodał:
- Ashton dostał dożywocie, a ona chciała mieć nowe spokojne życie – jego odpowiedź była prosta i banalna, jakby każdy mógł się jej domyśleć – Kto by nie skorzystał?
Brunetka uśmiechnęła się pod nosem i zamknęła leżące przed nią dokumenty. Wstała od stolika i zaczęła przechadzać się po pokoju. Calum przebiegał wzrokiem po leżących na stole papierach, po czym kątem oka zerkał, jak Addelaine krąży wokół nich. Zacisnął mocno zęby i powtarzał sobie w myślach, aby pozostać spokojnym. Nie mógł pozwolić sobie na wyprowadzenie się z równowagi.
- A więc chce mi pan powiedzieć, że służby specjalne po prostu przyszły do Caitlin i zaoferowały jej spokojne życie, ponieważ było im jej żal? – wysunęła wnioski po wypowiedziach mężczyzny, który później wzruszył ramionami i niepewnie skinął głową, co wywołało u Addelaine delikatną satyskację. Przystanęła obok Caluma i płaską dłonią uderzyła o biurko. Michael zadrżał, ale Hood pozostał w bezruchu, jakby jej zachowanie nie robiło na nim wrażenia lub chciał pokazać, że właśnie tak jest, choć w głębi duszy był już przerażony. Addelaine pochyliła się obok niego i tuż przy jego uchu, szepnęła.
- Widzi pan, panie Hood – zaczęła z westchnięciem – Problem w tym, że mam człowieka w tajnych służbach i wiem, na jakiej zasadzie się to rozgrywa. Caitlin spokoju nie dostałaby z powodu ich dobrych serc. Albo był haczyk albo nie było niczego, a to wszystko jest wielkim kłamstwem. Pytanie nasuwa się tylko jedno… Kto te kłamstwo zapoczątkował? – zapytała.
W tym czasie drzwi do tej gabinetu z impetem otwarły się, a w progu stanął nikt inny, jak jej ulubiony gość. Na widok umięśnionego wysokiego bruneta o tajemniczym niebieskookim spojrzeniu, na widok którego Addelaine o mały włos nie dostała zawału. Nogi ugięły się pod kobietą, a dłonie zaczęły się pocić. Stał w progu przez chwilę, opierając się o framugę. Był elegancko ubrany, w błękitną bawełnianą koszulę zapinaną na guziki i czarne spodnie. Ciemne włosy ułożone ustawione były ku górze, aby grzywka nie opadała na jego czoło. Addelaine obdarowała go mrożącym krew w żyłach spojrzeniem, pełnym gniewu i irytacji. Jednak to nie poskutkowało jego wyjściem, a wręcz przeciwnie – wtargnął nieproszony do pokoju, po czym zamknął drzwi trzaskając dosyć ostro.
- Boże, jeżeli przyszedłeś tutaj to oznacza naprawdę bardzo zły dzień dla mnie – powiedziała Levinson, wrogo nastawiona do towarzysza. Podeszła do krzesła i opadła na nie, w głowie mając tylko nadzieję, aby spotkanie z facetem było krótkie i mniej problematyczne niż zazwyczaj.
- Addelaine, totalnie zwariowałaś – powiedział starając się panować nad swoim głosem – Warunkowe wyjście?!
Brunetka wywróciła oczami i zwróciła się do swoich gości.
- Poznaj przyjaciół mojego klienta – zawiadomiła stojąc do niego tyłem, gdyż nie mogła już na tego człowieka patrzeć – Pan Clifford oraz pan Hood. Drodzy panowie, ten wariat to Andre Gaves, AFP.
- AFP? – powtórzył lekko drżącym głosem Hood, co zaintrygowało Addelaine. Od razu rzuciła mu pytające spojrzenie, aczkolwiek ten udawał, że go nie dostrzega. Zmierzył się wzrokiem z Andre, po czym spuścił głowę, jakby nie chciał dłużej utrzymywać kontaktu ze wszystkimi w pokoju i wdawać się w dyskusję.
Andre powstrzymał się od komentarzy i przełknął ciężko ślinę, po czym podszedł do brunetki i chwycił ją mocno za ramię. Przeprosił grzecznie obecnych jej towarzyszy i powędrował z Levinson za drzwi jej gabinetu, gdzie ją puścił i ponownie rozpoczął swój wywód, który ewidentnie nie miał na kobietę wpływu, ale mimo wszystko próbował.
- Jak możesz tego sukinsyna puszczać na wolność? – pytał rozgoryczony, ale Addelaine tylko się uśmiechała obojętnie, czekając aż w końcu da sobie spokój. Skrzyżowała ręce i oparła się o ścianę, patrząc na znajomego, a raczej w jego kierunku, ponieważ tak naprawdę swojego punktu zaczepienia szukała daleko za nim.  – Addelaine, to nie jest głupia zabawa, ten czlowiek to morderca, a ty puszczasz go wolno. Moim zdaniem to…
- Na litość boską, … - wrzasnęła Addelaine przerywając Andre wypowiedź – Nikt cię tu nie zapraszał, nikt nie oczekuje twojej pomocy, ani opinii więc…
- Mam być jego opiekunem – oznajmił i nagle Levinson zamilkła.
- Co za bezsens, nie jesteś z policji, a z AFP więc po co masz się nim opiekować? – spytała, wybuchając niepohamowanym, trochę nerwowym śmiechem.
- Bo to już zbyt duży stopień zagrożenia – odparł – AFP ścigało go tyle czasu i…
Addelaine uniosła ręce w geście protestu. Skrzywiła się i twardo wyznała swoją opinię.
- Nie ma mowy – zaprotestowała – Niech Cię zmienią.
- To nie koncert życzeń – oświadczył oschle, a to rozzłościlo Addelaine.
- Może za chwilę nim być, sama go zorganizuje – zobowiązała się szybko kobieta, posyłając facetowi szczery uśmiech.
- Addie, możesz mnie nie lubić – zaczął, ale ona szybko mu przerwała.
- To nie tak, że cię nie lubię – wyjaśniła spokojnie – Po prostu nie cieszę się twoim istnieniem.
Brunetka zawróciła szybko do gabinetu, żegnając funkcjonariusza jasną i klarowną prośbą.
- Zrób coś z tym, Andre – nakazała, a jej twarz pobladła i spoważniała – Musisz to rozwiązać.
Levinson zjawiła się w pokoju, a wtedy dyskusja pomiędzy dwoma przyjaciółmi Ashtona dziwnie ucichła. Miała dziwne przeczucie, że dotyczyło to Caitlin, ale postanowiła nie kontynuować tematu i rozegrać tę sprawę w zupełnie inny sposób. Usiadła ponownie przy biurku i szybko zlustrowała swoich gości. Wyraźnie byli zmieszani obecną sytuacją, ale ona nie zamierzała niczego wyjaśniać, zwłaszcza, iż było to ingerowaniem w jej prywatne sprawy. A jej życie było bardziej zagmatwane niż sprawa Ashtona Cienia Irwina.

- No cóż – mruknęła, spoglądając na mężczyzn, którzy czekali na jakieś wyjaśnienia – Pozytywne wiadomości już słyszeliście – Otrzymałam zgodę na dwa dni wolności warunkowej dla Ashtona – oświadczyła – A tą mniej pozytywną wiadomość muszę przepić, bo na trzeźwo chyba nie uda mi się jej zaakceptować. Więc… kto przekaże panu Irwinowi szczęśliwą wiadomość?

wtorek, 25 lipca 2017

Rozdział 11

Brunetka lekkim krokiem weszła do pomieszczenia niosąc w rękach stertę dokumentów. Tuż przed sobą zobaczyła znajomego mężczyznę, który ze skrzyżowanymi rękoma stał i przyglądał się zza szyby. Levinson podeszła i przywitała się z Michaelem, a później spojrzała w miejsce, któremu tak zahipnotyzowało przyjaciela jej klienta. Za szybą siedział Ashton, ale nie sam.
Towarzyszył mu Calum.
Jednak nie on był zaskoczeniem, jakie malowało się na twarzy Clifforda, a później adwokatki. Był nim Ashton. Zupełnie inny Ashton – Promienny,  uśmiechnięty, możnaby rzec, że szczęśliwy. A to zdawało się być niemożliwe, jak myślała Addelaine. Sądziła, że taka osoba jaką był On, nie jest w stanie uśmiechnąć się szczerze, normalnie, prawie jak dziecko na widok nowej zabawki czy cukierka. Ale On właśnie taki był. I nie była w stanie pomyśleć, że spotkanie z przyjacielem po kilku latach mogło zdziałać takie cuda.
- Mija godzina, odkąd rozmawiają – zagadał Clifford, wyraźnie zadowolony.
- Myślisz, że Calum może być kluczem do sukcesu? – zapytała, cały czas oglądając Irwina. Rozmawiał tak ochoczo i żywo, jak nigdy wcześniej. Mrok, który wcześniej widziała w jego oczach zniknął. Twarz, która wydawała się zmęczona, teraz była jasna i pogodna. Szeroki uśmiech nie schodził z jego ust. Mężczyzna, który siedział przed nią wcale nie przypominał klienta, z którym musiała się użerać.
- Myślę, że im więcej bliskich Ashtona, tym zdrowszy się wydaje – stwierdził – Zaczyna myśleć, potrzebować i czuć. Aż w końcu, może pewnego dnia zechce chcieć wyjść.
- Może dziś będzie ten dzień – powiedziała, mając nadzieje.
Calum wstał, a Ashton razem z nim. Objęli się, chociaż Irwinowi trudność sprawiały kajdanki. Addelaine obserwowała, jak blondyn zaciska dłoń na koszulke swojego przyjaciela. Widziała tę tęsknotę, potrzebę ciepła i troski, jakiej szukał Irwin. I zrozumiała, że w pewnym sensie to może mieć głębsze dno i sens, którego szukała w Ashtonie. Rodzina i przyjaciele, czyli najbliżsi, którzy mogą wyciągnąć go z tego bagna. Jednak w centrum tego rozwiązania pojawiał się mur zwany Caitlin Teasel, który był nie do przejścia, jak na razie.
Gdy przyjaciel Irwina opuscił pomieszczenie, Addelaine zajęła jego miejsce. Przywitała się z Irwinem, któremu humor nadal dopisywał pomimo zmiany wizytorów. Levinson odetchnęła z ulgą i modliła się, aby to oznaczało, że dzisiejsze spotkanie przyniesie jakieś owocne efekty.
- Miła rozmowa? – spytała Addelaine, zajmując miejsce naprzeciwko swojego klienta.
- Nadrabianie straconego czasu – rzucił krótko, posyłając jej wymowne spojrzenie.
- Niedługo go nadrobicie, w przyjemniejszych miejscach niż.. – przerwała, oglądając ściany prawie pustego, starego i po prostu brzydkiego pokoju, po czym dodała – To.
Ashton zmarszczył czoło i popatrzył na adwokatkę pytająco.
- O czym ty mówisz?
- Złożyłam wniosek o warunkowe wyjście – oznajmiła, jakby to było nic niezwykłego – Kilka. Wniosków.
Blondyn zamilkł i opadł ciałem na oparcie krzesła, wpatrując się w kobietę z niedowierzaniem. Jego wargi rozszerzyły się, jakby zamierzał coś powiedzieć, jednak żadne słowa nie padły z jego ust. Powtarzał sobie słowa Addelaine w głowie i próbował zrozumieć, analizować, uwierzyć. Aż w końcu dotarło do niego, że to co mówiła nie było obietnicą rzuconą na wiatr, a rzeczywistością. Ona walczyła o jego wyjście, o ponowne ujrzenie świata. I wtedy jego serce zaczęło bić dwa razy szybciej, gdyż wiedział, jaka przyszłość nadchodziła zarówno dla niego, jak i dla niej.
Addelaine wciąż gadała, ględziła, opowiadała, a Ashton tkwił w milczeniu, tylko potakując głową i od czasu do czasu siląc się na uśmiech. Kiedy była w trakcie relacjonowania swojej historii o składaniu wniosku, on szukał wyjścia z sytuacji i grał na czas, którego było niewiele. Musiał znaleźć odpowiedni plan, który nikogo nie kosztowałby wiele, a już na pewno nie jego. Zbyt dużo miał do stracenia, nie mógł pozwolić sobie na większe problemy.
- Ale gdy już wyjdziesz, będziemy mogli wspólnie zająć się szukaniem Caitlin…
- Zapomnij o niej – napokmnął – To już nieważne.
Addelaine nagle otrząsnęła się z transu swego rodzaju hipnozy w formie monologu. O mało nie zakrztusiła się własną śliną. Spojrzała na Irwina niczym na wariata, chociaż w jej mniemaniu nim był, ale skoro dziś ich konwersacje tak dobrze szły, a przynajmniej do tego momentu, dlaczego miała sobie o tym przypominać? Wolała traktować go, jako normalnego człowieka.
- C..Co? – wydukała – Jeszcze dwa dni temu nie dawałeś mi szans na rozmowę i informacje, dopóki nie znajdę Caitlin – przypomniała – Skąd ta zmiana?
Jego serce znów zabiło szybciej, a w głowie pojawiła się wielka burza. Co robić? Co jej powiedzieć? Co wymyślić, aby dała sobie spokój? Jak sprawić, aby przestała pytać?
- Uznałem, że to bez sensu – odparł oschle, zerkając w ścianę, aby nie spotkać jej świdrującego wzroku. Miała piękne duże oczy, ale one zadawały więcej pytań niż ona sama. – No wiesz, skoro od dziesięciu lat nie kontaktowała się ze mną, a teraz nawet nie da się jej znaleźć, po co mam się trudzić? – Starał się wybrnąć z sytuacji, kłamiąc.
Addelaine prychnęła, a ciało Ashtona ogarnął wtedy gorąc. Nie tak łatwo było ją oszukać i zbyć.
- Ty tak uznałeś? – spytała – Czy może Calum?
- Calum? – odpowiedział pytaniem – A co ma Calum z tym wspólnego?
- Nie wydawał się być zadowolony widząc mnie, w dodatku szukającą Caitlin – wyznała – Właściwie, to bardzo jasno powiedział mi, że nie powinieneś jej szukać.
Ashton spuścił głowę i zaczął przecierać palcami. Zaczął zastanawiać się nad słowami Caluma. Ich dzisiejsza rozmowa oraz temat Caitlin również miał dziwny wydźwięk. Być może przeczucia Addelaine wcale nie pojawiy się bez powodu. Ale, jeśli faktycznie Calum wiedziałby coś więcej o Caitlin, to Michael również, a wtedy cała układanka nie miałaby najmniejszego sensu. A może jednak?
- Nie, Calum nie ma nic wspólnego z moją decyzją – odpowiedział szczerze, aczkolwiek nie zamierzał zdradzać niczego poza tym. Wpływ na jego zachowanie miał ktoś inny. Ktoś, kto obiecał i dał mu o wiele więcej niż adwokatka.
Godzinę przed spotkaniem z Levinson, Irwin został zawołany na kolację. W kajdankach oraz towarzystwie ochroniarzy spacerował korytarzem prosto do stołówki, na której czekało jedzenie przygotowane dla więźniów. Mijał rozwścieczonych psychopatów, chcących wydostać się zza krat, rzucających wyzwiskami morderców, pedofilów i złodziei. Ignorował ich zachowania, starał się nie zwracać uwagi na słowa, jakie szły w jego kierunku, aby nie dać się sprowokować. I wybrnął z tego całkiem dobrze, jednak nie miał pojęcia, że idzie w pułapkę, która już długo na niego czekała.
- Stary, zamkniesz drzwi na końcu korytarza? – poprosił ochroniarz, swojego drugiego kolegę – Ja przetransportuje tego bałwana.
Gdy ten skinął głową i ruszył za prośbą towarzysza, mężczyzna zabrał Ashtona i poprowadził go w głąb korytarza, po czym skręcili w stronę stołówki. Zanim do niej dotarli, mężczyzna chwycił blondyna za szyję i popchnął na ścianę. Później, przycisnął ramię do jego gardła, by odciąć mu dopływ powietrza. Ashton starał się złapać go za ręce, jednak uniemożliwiały mu ten ruch kajdanki. Łańcuch łączący nogi oraz ręce był zdecydowanie za krótki, by mógł chwycić mężczyznę i uwolnić się spod uścisku.
- Proszę, proszę, jaki waleczny – zaśmiał się facet – Masz pozdrowienia.
- Od… kogo.. – wykrztusił Irwin.
- Naprawdę potrzebujesz pytać? – Umięśniony i wysoki mężczyzna przycisnął swoją rękę mocniej – Wiesz, Ashton… Plotki szybko się roznoszą… - powiedział – I bardzo mu się nie podobają.
- O czym ty mówisz?
- O twoim wyjściu, które załatwia ta wariatka Levinson – wyjaśnił szybko – Kiedy w końcu ją spławisz?
Tętno Ashtona stawało się coraz słabsze, a jego twarz poczerwieniała.
- Staram się… - prawie pisnął.
- Staraj się bardziej! – wrzasnął ciemnowłosy – Jeżeli wygra sprawę, a ty wyjdziesz na wolność, pożegnasz się z Caitlin Teasel na zawsze – zagroził, po czym puścił blondyna.
Ashton zakasłał kilkakrotnie i wziął pięć głębokich wdechów, zanim ocucił się i dotarło do niego, co przed chwilą uslyszał.
- On ma Caitlin? – spytał.
Mężczyzna zbliżył się do niego, a potem ścisnął dłoń na jego włosach i uniósł głowę, aby patrzeć prosto w oczy Ashtona.
- A kluczem do jej wolności jest Twoje miejsce tutaj – postawił warunki – Wybieraj – warknął, a następnie złapał blondyna za ramię i poprowadził do stołówki, jak gdyby sytuacja mająca miejsce chwilę temu wcale nie zaistniała.
Po raz pierwszy Ashtona ogarnęła panika, bo jego cały świat okazał się być zagrożonym i tylko od niego zależało, jak gra ma się potoczyć.
- W porządku – odpuściła Addelaine, ale tylko Ashtonowi – dokładnie w tym momencie, bo wcale nie zamierzała puścić jego słów koło ucha. Nie była naiwna, ani głupia, żeby uwierzyć w brednie, które wygadywał i oczywiście zdecydowała się temu przyjrzeć z bliska, a w dodatku uznała za swój nowy cel odnalezienie Caitlin, chociaż Irwin miał o tym nie wiedzieć. A więc grała słodką idiotkę, by wyciągnąć ze swojego klienta jak najwięcej. – To co teraz chciałbyś w zamian za informacje?
Blondyn wzruszył ramionami.
- Nic – mruknął cicho, po czym dopowiedział nieco głośniej – Powiem ci wszystko, co tylko będziesz chciała.
Addelaine patrzyła na niego, niczym wryta. Miała wrażenie, że Ashton wziął złe leki albo w ogóle ich nie wziął. Bo skoro był tak miły i łagodny, to nie mogło zwiastować niczego dobrego.
- Czyli będziesz ze mną współpracował i wyrażasz właśnie chęć wyjścia stąd? – dopytała dla pewności.
Irwin uśmiechnął się pod nosem.
- Znudził mi się kolor ścian – wymyślił – Muszę wyjść, żeby chociaż kupić inny i przemalować swoją celę. Może na zielono? Podobno uspokaja.
Brunetka wywróciła oczami. Sięgnęła po swój notes i otworzyła go. Następnie wyciągnęła z torebki dyktafon, który po chwili uruchomiła. Jeszcze raz spojrzała na Ashtona pytająco, prosząc o potwierdzenie swoich decyzji. Ten zaś skinął głową na znak gotowości. Kobieta ujęła długopis w dłoń i odezwała się jako pierwsza.

- Zaczynamy?

___
Może być trochę pomieszany, bo bez edycji, ale następny będzie lepszy xx.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Rozdział 10

muzyka: klik
________________________________________

Addelaine Levinson pewnym krokiem weszła do wieżowca i pokierowała się prosto do windy. Gdy drzwi się rozsunęły, wkroczyła do maszyny i kliknęła przycisk z numerem dwadzieścia trzy. Poprawiła swoją marynarkę i sprawdziła czy aby wszystkie guziki koszuli są zapięte. Ostatni raz zerknęła na makijaż w lustrze windy, a później na zegarek, który wskazywał za dziesięć jedenastą. Miała dokładnie półtorej godziny czasu do odlotu samolotu kierującego się do Sydney. W kieszeni jej płaszcza motała się karta, którą wczoraj znalazła przy swoim samochodzie. Wyjęła ją, spojrzała jeszcze raz na jej znak, po czym cicho westchnęła. Gdy winda zatrzymała się na wybranym piętrze, kobieta szybko wsunęła kartę ponownie do kieszeni i z uniesioną głową podążyła do holu, w którym czekała na nią recepcjonistka.
Widząc adwokatkę, twarz młodej dziewczyny spoważniała. Wyprostowała się i podeszła do blatu stolika, będąc gotową obsłużyć brunetkę. Wysiliła się na uśmiech i niechętnie przywitała obrończynię.
- Panno Levinson, czym mogę służyć? – zapytała delikatnie, aby kobieta nie zauważyła jej niezadowolenia.
Ale Addelaine wiedziała, że dziewczyna jej nie znosi. Nikt jej nie znosił. Była za dobra, a ludzie tego nie rozumieli i zazdrościli jej wygranych spraw, pieniędzy i życia, chociaż wcale nie było takie kolorowe, jakie mogłoby się wydawać. Ale poza nienawiścią, czuli również strach – Tylko na początku kariery przegrała kilka spraw, a później.. wszystko szło tak łatwo. Ludzie bali się – Skoro nie przegrała już od dawna, była naprawdę groźnym zawodnikiem. Kto mógł znowu wiedzieć, jakie sztuczki chowa w rękawach i czy nie szła do celu po samych trupach?
- Pragnę złożyć wniosek o trzydniowe zwolnienie warunkowe – powiedziała jasno, bez zbędnych reakcji, ignorując zachowanie recepcjonistki.
Młoda dziewczyna poczerwieniała.
- A...Ale.. P..Pani Le...Levinso..n, jeśli cho...dzi.. o pana Irwi...Irwi..na.. – jąkała się.
- Na litość Boską! – wrzasnęła Addelaine poirytowana i uniosła ręce w górę, jakby wzywała o pomoc samego Boga – Nie chcesz mi chyba powiedzieć...
- Spokojnie, Madison – usłyszała za swoimi plecami ciężki męski głos – Ja porozmawiam z panią Addelaine...
 Odwróciła się, a starszy mężczyzna o siwej czuprynie i zmęczonym wzroku popatrzył na nią z lekkim uśmiechem. Dłonią wskazał na drzwi u końcu korytarza, do których chwilę później pokierowali się. Addelaine nie była zachwycona widokiem tego człowieka. Liczyła, że rozmowa obejdzie się bez niego albo, że w w ogóle go nie zobaczy, bo w wreszcie został zwolniony. Ale jednak to były tylko jej niespełnione marzenia, chociaż uważała je także za cel – Wysłanie go na emeryturę i objęcie tej posady.
Pokój do którego przeszli był elegancki, gustowny, ale i przytulny. Na środku stało czarne biurko, natomiast przed nim znajdowały się fotele, wyglądające na bardzo wygodne. Zostały skierowane w stronę dużych okien, przez które można było zobaczyć całą panoramę miasta. Widok zapierał dech w piersi. Podobnie, jak poczekalnia, pomieszczenie było drobiazgowo wysprzątane i sterylnie czyste.
Addelaine zajęła miejsce na jednym z foteli i przygotowała dokumenty, które wypełniała z samego rana.
- Co u ciebie, Addelaine? – zapytał spokojnie – Zauważyłem, że się rozwijasz pomimo tragedii, przez którą przeszłaś.
- Pieprzony stary burak – pomyślała i zacisnęła zęby, aby przypadkiem te słowa nie wyleciały z jej ust. Chciał ją wyprowadzić z równowagi, aby szybciej powiedzieć jej stanowcze: NIE. Już formowała dłonie w pięści i opierała je na ramach fotela, ledwo się powstrzymując. Powtarzała sobie, że nie może się tak zachowywać; że to tylko prowokacja i próba rozpalenia w niej tego ognia żalu, złości i nieopanowanego gniewu. Kontrola to jedyna rzecz, o której teraz powinna była myśleć poza złożeniem wniosku i otrzymaniem pozytywnej odpowiedzi.
- Fantastycznie – wypaliła w końcu – Jak widzisz, ratuję ludzi od głupiego i chorego społeczeństwa, które tylko dba o własną dupę oraz pieniądze.
Mężczyzna chrząknął, po czym zaczął przewracać kartki losowych dokumentów, aby tylko czymś się zająć i na nią nie patrzeć.
- Zdążyłaś z pewnością zauważyć, że nie każdego da się uratować – burknął złośliwie, żeby zadać kolejny cios adwokatce. Jej oczy pociemniały, a w sali momentalnie zrobiło się gorąco. Już miała się rzucić na mężczyznę, by raz na zawsze zamknąć mu buzię i nauczyć szacunku oraz empatii, ale ostatni raz powstrzymała się i rzuciła jedynie na jego biurko papiery, posyłając mu satysfakcjonujący uśmiech. 
- Addelaine… Wiesz, że nie mogę wyrazić na to zgody – powiedział oschle, nie zerkając nawet na papiery, gdyż wiedział doskonale z czym przyszła. Odsunął je.
- Nie szkodzi – uśmiechnęła się, po czym podsunęła papier ponownie w jego stronę – Zachowaj to, mam kopię. Addelaine wstała i skierowała się do wyjścia. Zanim jednak jej dłoń zawisła na klamce, zwróciła się do mężczyzny.
- Widzimy się za tydzień? – spytała.
- Co takiego?
- Prawo to prawo – oświadczyła – Odrzuciłeś mój wniosek, ale to nie znaczy, że nie mogę złożyć go jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze raz… - wymieniała, aż wzięła głęboki wdech i dodała ponownie – Oraz jeszcze raz.
- Panno Levinson, to co Pani teraz próbuje zrobić…
- To uświadomienie Pana, jakie przysługuje mi prawo – wtrąciła – Pan może odrzucać moje wnioski, a ja mogę je składać, dopóki Pan ich nie przyjmie. – Była pewna swoich słów  - Proszę więc rozważyć, czyli woli Pan dać raz szansę człowiekowi, który przez dziesięć lat nie widział niczego innego tylko cztery szare ściany, czy jednak preferuje Pan otrzymywać dość sporą pocztę z kilkoma tymi samymi wnioskami, zajmującymi Panu tylko czas.
Brunetka nie dając dojść do słowa mężczyźnie, opuściła pomieszczenie, trzaskając za sobą drzwiami. Nie czuła jednak złości, a wręcz przeciwnie. Była usatysfakcjonowana tym spotkaniem i czuła, że mimo postawy szefa więzienia, jej postawa i zaangażowanie przyniosą upragnione efekty.
***
Mało brakowało, a Addelaine spóźniłaby się na samolot do Sydney. Właściwie, stewardessy nie chciały jej już dopuścić do odprawy, ale Levinson jak zwykle pozostała nieugięta i wygrała z ciężko obrażonymi kobietami. Zajęła miejsce w samolocie i nie czekała na odlot. Zdrzemnęła się zanim jeszcze samolot zdążył ruszyć. Podróż trwała całkiem krótko, gdyby porównywać ją z pociągiem czy samochodem. Spod lotniska, kobieta złapała pierwszą lepszą taksówkę, która zabrała ją pod wskazany adres. Nie sądziła, że bar ciotki Caitlin będzie znajdował się tak blisko serca Sydney. Jechała zaledwie czterdzieści minut na miejsce.
Po wyjściu z taksówki, rozejrzała się. Nie było trudno odnaleźć słynny bar, jednak nie spodziwała się, że zobaczy go właśnie w takim stanie. Ten widok stwarzał pewne problemy.
Addelaine podeszła bliżej drzwi. Były zabarykadowane drewnianymi deskami, za którymi skrywał się napis „Zamknięte”. Trudno było zobaczyć co znajduje się wewnątrz. Zarówno drzwi, jak i okna były zabudowane, a przez niewielkie szpary Addelaine nie zobaczyła niczego, poza ciemnością. Lampki przypięte do szyldu już dawno przestały działać. Obok budynku nikt się nie kręcił. Kilkoro ludzi można było spostrzec dopiero po drugiej stronie ulicy. Brunetka zrobiła kilka kroków w tył i spojrzała w górę, gdzie znajdowały się mieszkania. Levinson postanowiła sprawdzić, czy ktoś mieszka w budynku, czy pozostał opustoszały. Jedną rodzinę udało jej się zastać, jednak nie wydobyła od nich szczegółowych informacji. Każdy mówił to samo – Niewiadomo, co stało się z Caitlin. Addelaine zaczęła się zastanawiać, dlaczego sprawa tej dziewczyny jest aż tak zamknięta.
- Kim jesteś? – usłyszała za sobą damski głos.
Brunetka odwróciła się nagle, a przed nią ukazała się ciemnowłosa kobieta o dużych piwnych oczach. Była bardzo szczupła i wysoka, przypominała anorektyczkę. Wyglądała blado, jakby źle się czuła, a może taki właśnie był odcień jej skóry? Ubrana w zwiewną, kolorową sukienkę stała przed Levinson, gapiąc się na nią, dosyć smutnym wzrokiem.
- Nazywam się Addelaine Levinson… - zaczęła oficjalnie, po czym kontynuowała – I jestem obrońcą…
- Ashtona Irwina – wtrąciła kobieta.
Addelaine zastanawiała się, czy to jej umysł zwariował i przesłyszała się, czy nieznajoma naprawdę wiedziała, kim jest Ashton, ponieważ takie właśnie dotarło do niej odczucie. Brunetka rozejrzała się po ulicy, sprawdzając czy na pewno nikt nie idzie. Gdy upewniła się, że mogą spokojnie porozmawiać, dała krok w przód i zbliżyła się do ciemnowłosej. Wyglądała tak ponuro i smutno, że Addelaine dopadły dziwne, mieszane uczucia oraz obawy. Jakby dziewczyna samym spojrzeniem wyciągała na zewnątrz jej wszystkie lęki i sprawiała, że nagle boli ją serce. Addelaine myślała, że współczucie jest czymś, czego już nigdy więcej nie poczuje, ale jednak ono nie odeszło, a było uśpione.
- Znasz go? – zapytała cicho Levinson.
Nagle przestała być pewną swoich pytań. Nie bardzo wiedziała, jak zacząć lepiej rozmowę, aby wyciągnąć z niej jak najwięcej informacji.
- Był chłopakiem mojej przyjaciółki…
- Caitlin – wymyka się z ust Addelaine – Caitlin Teasel… Wiesz, gdzie ona jest? Gdzie mogę ją znaleźć?
Kobieta spojrzała na prawniczkę pytająco, a jej oczy zaszkliły się. Jej wyraz twarzy był niezrozumiały. Addelaine nie wiedziała, co spowodowało taką reakcję.
- Cassie! – zawołał ktoś z tyłu budynku, przerywając ich krótką rozmowę.
Lekko opalony i umięśniony mężczyzna o czarnej czuprynie wyłonił się zza ścian budynku. Niewysoki i szczupły, ubrany był na czarno, a swoje oczy skrył za okularami przeciwsłonecznymi. Oparł się o zabite drewnianymi deskami drzwi baru.
- Powinnaś już iść, Cassie – powiedział łagodnie.
Czarnowłosa zmierzyła go wzrokiem, jednak posłuchała się i odeszła, skręcając w jedną z uliczek. Brunetka zaś została sama z mężczyzną, który właśnie spławił jej źródło informacji. Nie była tym faktem zadowolona.
- Kim ty do cholery jesteś? – zapytała Addelaine, jednak mężczyzna zignorował jej pytanie i ruszył na zaplecze baru.
Addelaine działając impulsywnie, podążyła za nim. Potrzebowała odpowiedzi, a jedyne źródło, jakie znalazła, odpędził dosyć spokojnie właśnie ten chłopak, co oznaczało, że on również może mieć dużo do powiedzenia, a ona zamierzała to z niego wyciągnąć. Pewnie weszła w zaułek, w który wcześniej wrócił nieznajomy facet i zaczęła się za nim rozglądać. Miejsce wyglądało paskudnie – pełne śmieci, szczurów i unoszącego się smrodu. Levinson zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie śledziła właśnie bezdomnego, który tak naprawdę wcale nie jest jej potrzebny.
Niespodziewianie, ciężka ręka znalazła się na szyi kobiety. Mężczyzna przygwoździł ją do ściany, zaciskając dłoń na jej skórze, aby mogła ledwo oddychać. Drugą dłoń trzymał jej ręce, aby nie próbowała się uwolnić. Jej nogi trzęsły się i gdyby nie fakt, że blokował ją swoim ciałem, zapewne osunęłaby się już na ziemię. Strach momentalnie zapanował nad jej ciałem. Pomimo, że wiele razy pozwalała ludziom wierzyć, że nie boi się niczego, tak naprawdę obaw miała wiele, a z pewnością największą była właśnie śmierć.
- Wydaje mi się, że to ja powinienem spytać, o to kim ty jesteś i dlaczego wpieprzasz się w nie swoje sprawy? – warknął ostro, a jego głos był tak głęboki, że nie sposób było go nie usłyszeć i nie zapamiętać. Patrzył prosto na nią, czuła to, mimo że nie widziała jego wzroku poprzez okulary. Widziała pulsujące żyły na jego umięśnionych ramionach, pot spływający z czoła i ciężki oddech. Wyraźnie wkurzyła go swoją obecnością.
Czuła chłód ściany i mocny ucisk jego dłoni. Brakło jej tchu i zaczynało kręcić się głowie. Zebrała swoje siły, aby uratować sytuację.
- Nie wiem.. – krztusiła się – Cz..cz..y zab..ój..stwo adwo…ka..ta jest.. do..br..ym.. pomysłem.
Mężczyzna nagle zabrał swoją dłoń z szyi Addelaine, odsuwając się o kilka kroków. Brunetka oparła rękę na ścianie. Przez chwilę wyglądała, jakby zaraz miała zemdleć, ale szybko odzyskała przytomność. Ciemnowłosy zaś zdjął okulary i pokazał swoje ciemne czekoladowe oczy. Nie potrafił ukryć zdziwienia, patrząc na nią.
- Jesteś prawniczką Ashtona? – spytał, a ona skinęła – Przepraszam, odpędzamy każdego, kto tutaj węszy – zdawał się być zakłopotany całą sytuacją - Wszystko w porządku?
- Ta – Burknęła brunetka, dłonią masując swoją szyję. Niepewnie stanęła, chwiejąc się. Nie była zachwycona przebywaniem w jego towarzystwie po takim przywitaniu. Najpierw ją zaatakował, a teraz próbował pokazać, jaki z niego gentleman– Skoro już się przedstawiłam, czas na ciebie.
- Calum – odparł – Calum Hood.
- Przyjaciel Ashtona i Michaela, prawda?
- I Luke’a – dodał z lekkim oburzeniem.
Addelaine zdjęła swój czarny żakiet i zaczęła strzepywać brud i kurz, który został na nim, kiedy Calum przyparł ją do ściany. Mężczyzna zaś usiadł na jednej ze starych palet, których zapomnianio wyrzucić po zamknięciu baru Eleanor.
- Szukam Caitlin Teasel – oświadczyła, kładąc dłonie na biodrach – Może mógłbyś mi w tym pomóc, skoro przyjaźnicie się z Ashtonem?
- Wiem, że ciężko mi zaufać po takim chłodnym powitaniu, ale wierz mi -  - Lepiej, żeby Ashton jej po prostu więcej nie zobaczył.
- Co masz na myśli?
- To, że nie są sobie pisani, jak myśli – powiedział ze spokojem – Więc wybij mu to z głowy.
- To nie tak, że biorę w tym przypadku jego stronę, ale czy nie powinni pozwolić sobie chociaż na jedno spotkanie, które wyjaśniłoby wszystko? – zapytała – Skoro mają taką okazję..
- Nie mają – szybko skończył jej myśl – I nie będą mieć, Addelaine.
- Dlaczego? – dopytywała wścibsko.
- Ta sprawa jest skomplikowana, zamknięta i utajniona przez najlepsze służby – odpowiedział, jednak ton głosu Caluma zmienił się i można było zauważyć lekką irytację w jego wypowiedziach -  Nikt już nie ma dostępu do tych informacji, ani do Caitlin.
- Sugerujesz właśnie, że została świadkiem koronnym?
- To, co sugeruję, to właśnie to, abyś ty oraz Ashton sobie odpuścili – powiedział stanowczo ciemnowłosy.
Addelaine stała chwilę w osłupieniu, próbując poskładać wszystkie wątki w całość, jednak niczego nie potrafiła zrozumieć. Słowa Caluma wskazywały na to, że Caitlin przejęły specjalne służby i dostała czystą kartę, ale z drugiej strony nie chciał się rozwodzić nad jej tematem, a to sprawiało wrażenie osoby, która wie znacznie więcej niż mówi. Być może chciał, aby wszyscy myśleli, że właśnie to spotkało Caitlin, a wcale tak nie było?
Odpuściła sobie, bo dokonale wiedziała, że nawet gdyby stała tutaj kolejną godzinę, nic by nie wyciągnęła z przyjaciela Ashtona. Właśnie, przyjaciela. Zaczęła się nad tym zastanawiać i jakim on znowu był przyjacielem, skoro ani razu nie odwiedził go za kratkami, tylko spędzał czas tutaj? A może to również miało drugie dno, o którym Addelaine nie pomyślała?
- Hej! – zawołała, zanim odeszła – Jednej rzeczy nie rozumiem…. Mówisz, że jesteś przyjacielem Ashtona, ale do tej pory nie widziałam cię u niego… - zazuważyła – Chcesz w ogóle, żeby wyszedł z więzienia?
Calum popatrzył na Addelaine z wyrzutem i uniósł ręce.
- Oczywiście, że tak – odparł – Wszyscy tego chcemy.
- Więc może przestań siedzieć na dupie tutaj, tylko jedź do niego – poradziła ostrym tonem – Sam z siebie nie znajdzie motywacji. On potrzebuje pomocy. Potrzebuje przyjaciół. – Akcentowała mocno każde zdanie, jakby chowała żal do Caluma, którego poznała kilkanaście minut temu, o to że porzucił przyjaciela, ale właśnie tak było.
Addelaine miała żal, bo wiedziała jak to jest i jak bardzo Ashton potrzebował teraz bliskich, aby odbić się od dna. Tylko oni mogli mu pomóc, wprowadzić na dobre tory i odzyskać człowieka, którym był kiedyś. Ona kiedyś też tego potrzebowała, ale nikt nie stanął u jej boku. Dlatego właśnie jej życie potoczyło się w taki sposób.
Oddaliła się, w poszukiwaniu postoju taksówek. A kiedy już odnalazła jedną – wsiadła i pokierowała się do najbliższej restauracji na obiad. Później pozostawało już tylko lotnisko i powrót do domu.
Po zakupie biletu na podróż do Addelaide, Levinson poszła na pokierowany przez administrację sektor i czekała na swój lot. Wyjazd był dla niej ciężki, niezrozumiały, a w dodatku przywracający wiele dręczących wspomnień. Chciała już zapomnieć o tym wszystkim i chociaż jeden dzień odpocząć. Czasami miała tego dość – swojego zawodu, gry aktorskiej, która nosiła tytuł „Jestem silną, niezależną kobietą” i tych niekończących się dni, które zawsze wyglądały tak samo. Osób, które dbały tylko o własny biznes i miały gdzieś uczucia innych. Tego, że zawsze musiała pozostawać niewzruszona, bezuczuciowa i bez serca. Oraz tego, że jej życie było ciągłą walką, nie przynoszącą efektów.
W mieście wylądowała około godziny dwudziestej. Zirytowana dość długą odprawą, szybko ulotniła się spod sektora, w którym zbierał się tłum ludzi witający bliskich, przyjaciół i rodzinę. Prędko popędziła na ciężkich i niewygodnych szpilkach do wyjścia, marząc tylko o znalezieniu się w domu.
Jednak przy wyjściu z lotniska zauważyła znajomą twarz. Michael Clifford stał i czekał na kogoś tuż przed bramą wyjściową. Przystanęła na chwilę udając, iż poszukuje taksówki, kiedy tak naprawdę ciekawość zżerała ją od zewnątrz.
Nagle usłyszała, jak ktoś woła Michaela i razem z nim odwróciła się w kierunku dochodzącego głosu. Addelaine spostrzegła nikogo innego, jak swojego towarzysza z Sydney.
- Cześć stary! – powitał go ochoczo Clifford, wyraźnie zadowolony z jego przyjazdu.
Kiedy spojrzenia Addelaine i Caluma spotkały się, tym razem wymienili się ciepłymi uśmiechami. Kobieta ruszyła w kierunku wyjścia, zostawiając dwóch kolegów razem. Wiedziała, że na pewno mieli sobie dużo do opowiedzenia i chcieli spędzić wspólnie czas. Na szczęście Michael nie zauważył jej, więc nawet nie miał możliwości zaczepienia. Addelaine nie chciała nawet wdawać się w szersze znajomości z przyjaciółmi swojego klienta. Zresztą, chciała jak najszybciej wrócić do domu i zakopać się pod pościelą w łóżku, gdzie chociaż na chwilę znalazłaby ukojenie.
Po wejściu do mieszkania zdjęła płaszcz oraz rzuciła torebkę, wyjmując tylko najważniejsze rzeczy – telefon, dokumenty oraz tajemniczą kartę. Rzuciła wszystko na stolik w kuchni i podeszła do szafki, w poszukiwaniu szklanki. Tuż po wypiciu, zamierzała udać się w końcu do łóżka, aby odpocząć, jednak złapała ją Charlotte, która najwyraźniej nie miała planów na wieczór i została w domu, żeby się wyciszyć.
- Hej – przywitała się – Cały dzień cię nie widziałam, gdzie się zgubiłaś?
Addelaine zaśmiała się.
- Nie uwierzyłabyś – rzuciła jej krótkie spojrzenie.
- Co to takiego? – zapytała Charlotte, a jej twarz nagle spoważniała, kiedy na stoliku zobaczyła leżącego Asa.
- To? – Addelaine uniosła kartę – Jedna karta z talii – wytłumaczyła.
- Addelaine, jest praktycznie noc, a tobie zachciało się w karty grać? – zaśmiała się, ale brunetka wyczuła w jej głosie coś innego, jakby zdenerwowanie.
Spojrzała na kartę, która wyglądała tak niewinnie i zwyczajnie, a jednak była czymś zupełnie innym. Czymś większym, gorszym i niebezpieczniejszym, a nikt jej sobie w ten sposób nie wyobrażał. Wiedzieli tylko Ci, którzy ją dostali.
Addelaine wzruszyła ramionami, a Charlotte widząc jej reakcję, nie kontynuowała rozmowy. Zabrała jabłko leżące w białej misce znajdującej się na blacie kuchennym i wróciła do swojego pokoju, machając współlokatorce na pożegnanie. Levinson również powędrowała do siebie, ale przed drzwiami ostatni raz odwróciła się, by spojrzeć na kartę.

- To nie jest zwykła gra… - szepnęła.

Obserwatorzy

Szablon
Fantazja
zxvzxvz