niedziela, 12 listopada 2017

Rozdział 19

Mijały trzy godziny, a operacja wciąż trwała. Addelaine siedziała na plastikowym krześle szpitalnym, czekając, aż lekarz w końcu wyjdzie i poinformuje ich o stanie Ashtona. Dave spacerował po szpitalu, o ile szybkie i ciężkie kroki od ściany do ściany można było nazwać spacerem. W ręku ściskał telefon i toczył ze sobą wewnętrzną bitwę związaną z poinfomorwaniem matki Irwina o wypadku.

Nagle usłyszeli świst przesuwanych drzwi. Lekarz w poplamionym krwią białym fartuchu wyszedł z Sali operacyjnej, zdjął z twarzy maskę i skierował się w stronę stojącej nieopodal pielęgniarki. Poinstruował ją cicho, aby nikt z obecnych nie usłyszał jego słów. Zdjął fartuch, szybko przekazał go kobiecie, po czym wyszedł do poczekalni, gdzie czekali na niego wszyscy. Gdy tylko pojawił się w pomieszczeniu, Addelaine, Dave i reszta towarzyszy wstali, a następnie podeszli do niego. Jako pierwsza z pytaniami ruszyła Levinson.
 - Czy on żyje? – rzuciła szybko, patrząc na starszego mężczyznę oczami pełnymi nadziei.
- Stan pacjenta jest stabilny – oznajmił doktor, a wtedy wszyscy odetchnęli z ulgą – Obecnie śpi, odpoczywa. Będzie można go odwiedzić za około godzinę.
- Czy stało mu się coś poważniejszego? – dopytywał Dave.
- Jest parę spraw, które powinniśmy omówić – powiedział, a w jego głosie Addelaine wyczuła niepokój – Zapraszam do mojego gabinetu.
Dave powędrował wraz z lekarzem, a Addelaine ponownie zajęła miejsce na krześle, cierpliwie czekając, aż wybije odpowiednia godzina, w której zobaczy się z Ashtonem. Wpatrywała się niczym zahipnotyzowana w zegar, licząc czas. Gdy pielęgniarka się zjawiła, oznajmiając dobrą nowinę, szybko pobiegła jako pierwsza, zobaczyć się z Ashtonem.
Weszła do białego pokoju, w którym znajdowało się łóżko, szpitalne aparatury oraz drewniany stolik i krzesło, tak naprawdę dla młodego dziecka. Szpital nie należał do eksluzywnych, czy bardzo zadbanych. W sali pozabiegowej znajdowały się tylko najbardziej przydatne przedmioty, które miały pacjenta badać, utrzymywać przy życiu oraz pozwolić odpocząć. Oczywiście wszystkie trzy rzeczy się wykluczały, ponieważ narzędzia do badania pulsu były na tyle głośne, że w normalnym stanie pacjenci nie umieli przy nich spać, chyba że dosłownie padali ze zmęczenia lub byli po zabiegu, jeszcze pod utrzymującą się narkozą.
Ashton leżał, wyglądając całkiem spokojnie, jednak gdy podeszła bliżej, dostrzegła liczne siniaki na jego twarzy. Łuk brwiowy był nawet zszywany. Jego skóra zdawała się być bledsza niż zwykle. Nie widziała jego ciała, ale miała pewność, że znajdowało się na nim najwięcej ran.  Poczuła dziwny żal i kłucie w sercu. Męczyło ją delikatne poczucie winy spowodowane całym wypadkiem. Gdyby była bardziej zdecydowana, postawiła na swoim i nie dopuściła do wyjazdu z miasta, może inaczej potoczyłyby się ich losy. Tymczasem leżał tutaj, na szpitalnym łóżku, spotykając się o włos ze śmiercią. Nie tak to miało wyglądac.
Brunetka usiadła przy łóżku i chwilę patrzyła na mężczyznę. Wydawał się taki spokojny i niewinny. Przez chwilę wierzyła nawet, że nie jest żadnym mordercą, że to wszystko jest jedną wielką farsą, w którą został wplątany, ale logiczne myślenie szybko sprowadzało ją na ziemię.
Niespodziewanie Irwin otworzył oczy i uśmiechnął się na widok Addelaine.
- Jak się czujesz? – zapytała nieśmiało.
- Jakbym był na koncercie w pierwszym rzędzie, tańczył pogo, potem stracił rytm i znalazł się na ziemi, gdzie ludzie zgniataliby mnie swoimi ciężkimi butami – stwierdził, po czym słabo się zaśmiał – Wyliżę się z tego?
- Oczywiście – Addelaine odpowiedziała śmiało – Przecież musisz jeszcze pojawić się na rozprawie i wyjść na wolność, prawda? – rzuciła całkiem poważnie, ale Ashton zareagował dosyć obojętnie na jej stwierdzenie i odwrócił wzrok, zaczynając oglądać cały pokój.
Wszystko pamiętał, jak przez mgłę. Starał się sobie przypomnieć całe wydarzenie, jednak w jego głowie przebiegało tylko kilka obrazów – widok Caitlin, ciemne auto, strzały, barierka i ciemność. A kiedy zapętlony film w jego myślach dobiegał końca i pojawiał się mrok, nachodziła go silna migrena i natychmiastowo zamykał oczy, jakby chciał wymazać wszystko ze wspomnień i otwierał je licząc, iż wraca do normy. Czuł się omamiony, oszołomiony. Oglądał śnieżnobiałe pomieszczenie, starając się odpowiadać na swoje pytania. Nie widział jeszcze dobrze, ledwo rozpoznał Addelaine. Cały czas zbierało mu się na wymioty i nie był pewny, czy to dobry efekt po zabiegu, czy powinien skonsultować się ponownie z lekarzem. Nie miał też za bardzo ochoty rozmawiać, brakło mu tchu i czuł suchość w gardle, ale kiedy Levinson zaczynała temat i swoje pytania, próbował mówić. Nie po to, żeby się od niego wreszcie odczepiła, a żeby ją uspokoić.
- Oni nam nie wierzą, Ashton – mruknęła – Nie wierzą, że to był atak…
Zwrócił swoją uwagę ku kobiecie, która wydawała się zmartwiona zaistniała sytuacją. Stawiał sobie pytanie, czym bardziej się martwi – wiarygodnością, czy jego stanem. Już wcześniej zauważył, że Sean stanowił dla niej istotną rolę. Była pewna, że to on ich zaatakował, mimo że nikogo nie widziała. A to oznaczało, że Sean grał istotną rolę w jej życiu, co nie przynosiło żadnych dobrych wieści. Dlatego wolał tę sprawę zostawić.
- W porządku, Addelaine – odparł, ledwo znajdując siłę na wypowiadanie słów.
- Nie! – wrzasnęła – To nie jest w porządku, nie możemy tego tak zostawić.
- Addelaine… - zawołał prosząco.
- Mogliśmy zginąć, a wszystko spada na nas…
- Addelaine… - wtrącił ponownie.
- Musimy coś z tym zro…
- Addelaine – warknął ostro, krztusząc się, a gdy zamilkła i spojrzała na niego, a on dotknął jej dłoni leżącej na łóżku – Nie wiem, jak bardzo Sean musiał zaleźć ci za skórę, ale ja znam go lepiej i wiem, że brnięcie w jego grę spowoduje tylko większe straty, niż jest to warte. Dlatego właśnie nigdy nie śpieszyłem się do wyjścia z więzienia.
- Jaką grę?
- Sądzę, że dowiesz się o niej w swoim czasie… - szepnął i ponownie zwrócił się do ściany, szybko zamykając oczy, by zblokować wspomnienia związane z Fletcherem. Cały czas w pamięci Ashtona widniała groźba przekazana przez kolegę Seana, w więzieniu.
- Ashton, razem możemy coś w tym kierunku zrobić – starała się go nakłonić – Samo twoje wyjście jest już sukcesem, na pewno znajdziemy rozwiązanie, które…
 - Wszędzie jest haczyk, Addelaine – wtrącił – W każdym rozwiązaniu.
Addelaine chciała się już z nim kłócić i przekonywać do walki, chociaż w pewnym stopniu wiedziała, że Irwin ma rację. Zdążyła się poznać na Seanie, wystarczyło jej ponad dziesięć lat udręki i cierpień, jakie wywołał. I chociaż Ashton miał rację, jej silna wola była o wiele większa. Konwersację przerwało im jednak pukanie do drzwi, a potem wejścia lekarza, który wcześniej prowadził operację Irwina.
- Panno Levinson, Pani dziesięć minut już minęło – oznajmił lekarz – Za chwilę musimy podać kolejną dawkę leków.
Po krótkiej informacji doktor wyszedł, a brunetka również zaczęła się zbierać. Westchnęła cicho, ostatni raz rzucając spojrzenie pełne troski Ashtonowi. Przełknęła ślinę, by żadne niechciane słowa nie wypadły z jej ust. Szybko zabrała bluzę, którą wcześniej otrzymała od Dave’a i którą trzymała na swoich kolanach. Cicho pożegnała się z Ashtonem i skierowała się do wyjścia z pokoju, by zostawić go samego.  Już miała ciągnąć za klamkę, ale powstrzymała się. Długą chwilę walczyła ze sobą i powstrzymywała się, jednak w końcu nie wytrzymała.
- Przez Seana Fletchera zginął ktoś bardzo mi bliski – wydusiła z siebie przed opuszczeniem pokoju – Nie pozwolę, żeby chodził bezkarnie po tym świecie, panie Irwin.

Sydney, Australia. Godzina pierwsza w nocy.
(…)
Mijałam już ostatni zakręt, podskakując jak zwariowana. Nie zwracałam na nic uwagi, dopóki nie usłyszałam przerażonego, męskiego głosu z uliczki naprzeciwko.
- Proszę nie. Nie rób mi tego, mam dziewczynę, ona tego nie przeżyje - zatrzymałam się, gdy moje uszy zarejestrowały te słowa.
Widziałam jedynie kontury. Mój wzrok w tym stanie był bardzo słaby i wciąż nie mogłam ruszyć do przodu, jakby moje nogi przywarły do asfaltu. Cały czas stałam przyglądając się całej sytuacji. Próbowałam wytężyć swój wzrok i skupić się, aby dostrzec jak najwięcej. Prawdopodobnie było tam pięciu mężczyzn. Jeden z nich klęczał przed drugim, wysokim gościem. Dwóch stało po obu stronach , a trzeci siedział obok, śmiejąc się. Nie widziałam ich twarzy, byli zbyt daleko.
 - Masz rację. Nie przeżyje, bo ją zabiję, tak samo jak Ciebie. - wszyscy parsknęli śmiechem, a po chwili było słychać tylko strzał i niosące jego dźwięk echo.
(…)

Cień, prolog.

niedziela, 5 listopada 2017

Rozdział 18

Grube białe drzwi rozsunęły się, a do środka szpitala wbiegli ratownicy pchający nosze. Jeden z asystentów przytrzymywał wszystkie narzędzia niezbędne do ciągłej reanimacji Ashtona i towarzyszył mu w podróży na blok operacyjny. Przenośny kardiomonitor pokazywał, jak słabnie jego puls. Serce ledwie biło, a temperatura ciała spadała szybko – organizm nie chciał walczyć. Już podczas drogi do szpitala, ratownicy w karetce kilkakrotnie informali, że tracą mężczyznę i ponownie zaczynali reanimację. Wszystko działo się tak szybko.
Addelaine utykając, podążała za nimi, krzycząc i rzucając cały czas nowe pytania.
- Czy on umrze?
- Jak bardzo źle jest?
- Uratujecie go?
- Jak długo jeszcze będzie trwać reanimacja?!
Spojrzenia ludzi będących w izbie przyjęć skierowały się ku niej i ku poszkodowanemu. Gdy tylko zobaczyli znajome twarze, cały żal i współczucie nagle odeszło. W końcu to był Ashton Cień Irwin – morderca, przestępca. W ich oczach nigdy nie powinien wyjść na wolność, ani nie otrzymywać żadnej pomocy ze strony szpitali. Siedzieli na swoich miejscach i oglądali oceniająco sytuację.
- Zamknijcie cały korytarz, aż do sali czwartej – nakazał lekarz, gdy podszedł do recepcji – Zwolnijcie ostatnie piętro i zadzwoń na komendę policji.
- A…ale.. nie możemy przecież tego zrobić, doktorze! – zaprotestowała zmieszana blondwłosa pielęgniarka, która obecnie miała dyżur – Tam są pacjenci i…
- To ich przenieście! – wrzasnął poirytowany starszy mężczyzna, po czym otarł chusteczką pot ze swojego czoła. Palcem wskazującym pogroził młodej kobiecie. – Nie mam czasu na takie pierdoły, ona się nimi zajmie po tym, jak zostanie przebadana – wzrok skierował na posiniaczoną brunetkę, która przyjechała do szpitala razem z nimi. Po posłaniu jej wrogiego spojrzenia, udał się na salę operacyjną, gdzie przewieziony został Ashton Irwin. Będąc w korytarzu, zaczął zwoływać wszystkich asystentów do sali, w której rozpoczynała się akcja ratunkowa.
Addelaine przeszła do poczekalni, po czym oparła się o ścianę i osunęła na ziemię, zakrywając twarz dłońmi. Czuła silny ból w nodze, plecach i doskwierała jej migrena, ale pomimo wszystkich objaw odmówiła badania lekarskiego pielęgniarce, która chwilę po jej upadku na podłogę podbiegła pytając, czy wszystko w porządku. Nic nie było w porządku, dlatego potrzebowała zostać w tym miejscu, w którym była i czekać na informacje od lekarzy,a  przy okazji zastanawiać się, co zrobi, gdy operacja zakończy się skutkiem negatywnym.
Andre przeszedł przez białe wejściowe drzwi i rozejrzał się po poczekalni. Za nim wkroczyło kilku funkcjonariuszy, którzy skierowali się prosto do recepcji po niezbędne informacje. Później dwóch policjantów pobiegło w stronę Sali operacyjnej, jeden z nich został na izbie przyjęć, a reszta pognała do wyjścia by potem rozdzielić się i otoczyć teren. Gdy Ande odnalazł wzrokiem Addelaine, natychmiast do niej popędził. Spojrzał na nią i nie mógł powstrzymać się przed stwierdzeniem, jak fatalnie wyglądała. Miała podkrążone oczy, siniaki na twarzy i ciele, a w dodatku była strasznie blada i zdawało się, że zaraz zemdleje. Od przyjazdu do szpitala, jej myśli krążyły tylko wokół Ashtona i pytania, czy wyliże się z tego. W głowie starała się ułożyć jakiś plan B, gdyby jednak nie udałoby się go uratować, ale nie była w stanie zaakceptować tej wersji wydarzeń. Wpatrywała się w ścianę i powtarzała sobie, że Ashton musi żyć. Sama jednak do końca nie wiedziała, czy chce tego ze względu na sprawę i klucz, jakim dla niej był, czy może dlatego, że znalazła w nim odrobinę człowieczeństwa, poznała go od innej strony i obdarowała zaufaniem, a także przywiązała się do niego i czuła wyrzuty sumienia zmieszane z żalem.
Kątem oka spostrzegła znajome czarne oficerskie buty i uniosła głowę, by upewnić się, że to Andre. Mężczyzna przystanął nad nią i zmierzył wzrokiem pełnym gniewu i rozczarowania. Ona jednak zdawała się tego nie widzieć i gdy tylko go ujrzała, wstała i wyrzuciła z siebie wszystkie nurtujące ją pytania.
- Znaleźliście auto? Ich? – zapytała z nadzieją w głosie, a Andre tylko odwrócił wzrok.
- Addelaine – mruknął cicho, z niezadowoleniem; nawet na nią nie zerkając.
- Wiadomo, jaki to był kaliber? Ashton stracił naprawdę dużo krwi… - mówiła - Którędy pojechali, czy zostawili coś po sobie?
- Addelaine, nie znaleźliśmy go. – oznajmił szorstko – Ktokolwiek to był…
- Jak to ktokolwiek?! – oburzyła się brunetka – Sean Fletcher lub któryś z jego pionków, mówiłam ci!
- Nie wydaje Ci się, że to trochę podchodzi pod obsesję?
Levinson pomarszczyła czoło.
- Proszę?
Andre prychnął i wywrócił oczami, po czym zerknął na adwokatkę z politowaniem.
- Popatrz na to, co wyprawiasz – powiedział szorstko – Bronisz mordercy, wypuszczasz go na dwa dni, a teraz lądujesz przez niego w szpitalu.
- To wszystko nie jest jego winą! – wrzasnęła, zbierając spojrzenia obecnych ludzi wokół siebie – Nic o nim nie wiesz, Andre!
Funkcjonariusz chwycił brunetkę za ramię i szybko przeprowadził w drugą część pomieszczenia, gdzie było o wiele mniej gapiów i ponownie zaczął rozmawiać z Addelaine, nieco ciszej, by nie wabić publiczności.
- Wiem tyle, ile powinienem. I wiem, że ta cała szopka,  jaką odwalasz to krucjata obiecana Dylanowi.
- Mylisz się, a w dodatku stąpasz po cienkim lodzie, Andre – warknęła przez zaciśnięte zęby, kiedy zbliżyła swoją twarz do jego, by ich spojrzenia w końcu się spotkały. On jednak pozostał wobec niej obojętny i odsunął się.
- Nie, to ty się mylisz Addelaine – odparł zrezygnowany - Może ta sytuacja i śmierć Irwina pomoże ci przejrzeć na oczy.
Andre odszedł od kobiety, kierując się w stronę recepcji. Przystanął, gdy nagle Addelaine zawołała go po nazwisku, przy wszystkich obserwujących i rzuciła jedno krótkie pytanie, rozpoczynające wielką wojnę, kiedy mężczyzna odwrócił się do niej.

- A może Tobie pozwoli przejrzeć na oczy siedzenie za kratkami? – głośnym i ostrym tonem zagroziła funkcjonariuszowi na oczach wszystkich. Nie czuła wstydu, zażenowania czy strachu. Stanęła dumnie, unosząc brew i czekając, aż jej towarzysz odpowie na niewinne zapytanie.
- Co ty do mnie powiedziałaś? - zmrużył oczy i popatrzył na nią z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy. Szybko ruszył w jej stronę, ale ona nie cofnęła się, a poczekała, aż będzie wystarczająco blisko. Znowu można było wyczuć między nimi niebezpieczne napięcie, które prowadziło do niczego dobrego.
- To, że mam nadzieję, że on przeżyje i skończę szybko jego sprawę z wynikiem pozytywnym, bo następną jaką się zajmę, będzie nosiła twoje nazwisko i wierz mi, Andre – przerwała, by zbliżyć się jeszcze bardziej do niego i szepnąć mu do ucha jedno zdanie - Wciągnę cię w bagno, zamiast z niego wyciągać.

Ostatni raz zmierzyli się wzrokiem, a potem brunetka odsunęła się i utykając, pokierowała się do korytarza prowadzącego do sali operacyjnej. Nie zważając na uwagi i prośby pielęgniarek, poszła pod same drzwi bloku operacyjnego i przystanęła tam, cierpliwie czekając na zakończenie tej męki i pozytywne informacje.
***
Za szklanymi drzwiami i za parawanem od dwóch godzin trwała operacja. Słychać było tylko krótkie dźwięki pracujących maszyn oraz co chwila odkładanie i zmienianie szpitalnych narzędzi. Addelaine co chwila zerkała przez szybę i bacznie nasłuchiwała modląc się, by nie usłyszeć tego ponurego ciągłego sygnału, który był wszystkim dobrze znany. Minęło tyle czasu, odkąd Ashton walczył o życie na bloku operacyjnym i nikt nie wychodził z żadnymi informacjami – Addelaine nie wiedziała, co powinna o tym myśleć. 
Niespodziewanie, w szpitalu zjawili się Calum oraz Michael. Gdy spostrzegli w oddali, na końcu korytarza brunetkę siedzącą na podłodze, od razu chcieli do niej podejść, jednak policja natychmiastowo ich zatrzymała. Bez żadnych słów, funkcjonariusze złapali szybko dwóch mężczyzn za ręce, obezwładniło i powaliło na ziemię. Krzyki i dźwięk upadku zwróciły uwagę Addelaine i kiedy zobaczyła, co dzieje się w poczekalni na izbie przyjęć, ruszyła tam.
- Co to do cholery ma oznaczać!? – zapytała Andre z pretensją, jednak ten potraktował ją niczym powietrze i kontynuował swoje czynności. Addelaine natomiast nie dawała za wygraną i złapała go za ramię, mocno szarpiąc. Mężczyznę poniosły emocje i uniósł dłoń, przygotowując się do uderzenia. Zdążył tylko krzyknąć i się zamachnąć, kiedy przed popełnieniem wielkiego błędu powstrzymał go Dave.
- Andre – ryknął ostro, a wtedy wszyscy spojrzeli tylko na niego – Przemyśl to, mój drogi.
On i Ona nadal mierzyli się ze sobą. Ich oddechy były ciężkie i szybkie. Addelaine tylko czekała, aż Andre potknie się noga i da jej tym samym zielone światło do działania i ogromną satysfakcję.
- Byle odpowiednio – dopowiedziała Levinson – Chcę mieć kolejny powód, dla którego będę mogła cię wsadzić.
- Zabierzcie ich – rozkazał swoim współpracownikom, a potem odsunął się od adwokatki i podążył za kolegami.
- Po moim trupie – odpowiedziała Levinson, stając przed nim. Jego spojrzenie mówiło jasno, że trzyma się już ostatnich granic wytrzymałości, które kobieta aktualnie naruszała, jednak Levinson była zbyt uparta, żeby sama dać sobie spokój. Dlatego wkroczył ktoś, kto miał na nią odpowiedni wpływ.
- Addelaine – wrzasnął znacząco Dave i usunął ją z drogi Andre, przeciągając ją na swoją stronę, po czym powiedział do przyjaciół Ashtona – Jedźcie, załatwię to.
Gdy cała awantura na środku szpitala dobiegła końca i ciężka atmosfera trochę opadła, Dave postanowił ruszyć temat ponownie, tym razem robiąc to w bardziej prywatnym miejscu i zaciągnął Addelaine do jednego z pokoi, które zostały zamknięte ze względu na przebywanie Ashtona w szpitalu. Addelaine opadła zmęczona na jedno z krzeseł i spojrzała na Dave’a miną zbitego psa licząc, że to złagodzi obecną sytuację.
- Co do cholery sobie myślałaś, Addelaine? – wrzasnął na nią szef.
Był wkurzony. Jego policzki poczerwieniały, pięści co chwila zaciskały się, a klatka piersiowa pośpiesznie unosiła. Jego siostrzeniec mógł w każdej chwili umrzeć, a wszystko zdarzyło się przez to, że wyszedł na wolność i nieodpowiednia osoba miała sprawować nad nim kontrolę.
- To nie był mój pomysł – powiedziała ze złością w głosie i próbując się obronić – Nie mogłam go powstrzymać, poprosiłam tylko, żebyśmy nie wyjeżdżali na miasto, ale on zobaczył Caitlin, a potem nas zaatakowali!
- Nie byłoby tego, gdybyś się mu postawiła!
- Próbowałam, Dave! – odbiła piłeczkę, majac już łzy w oczach - Sądzę, że akurat Ty powinieneś dobrze wiedzieć, jak ciężko jest zapanować nad Ashtonem!
- Chcesz mi powiedzieć, że przerasta cię ta sprawa? – zarzucił.
- Dave… - błagalnie wypowiedziała jego imię wiedząc, co chce jej powiedzieć.
Zapadła chwilowa cisza. Dave wahał się ze swoją decyzją i ciężko było mu to wyznać, ale w końcu postanowił, że tak będzie najlepiej.
- Addelaine, zostajesz odsunięta.
Brunetka wstała, mało się nie przewracając.
- Dave, nie możesz!
- Owszem, mogę – odparł chłodno – To zaszło zdecydowanie za daleko, mogłaś zginąć, Ashton może zginąć!
- To nie była nasza wina! – zaprotestowała – Zaatakowali nas, Dave! Kula od pocisku jest w oponie, możemy to udowodnić.
- Żadnej kuli nie było w oponie, Addelaine – uświadomił ją mężczyzna, spuszczając wzrok – Niczego, ani nikogo tam nie było. Po prostu jechaliście za szybko, Ashton nie zapanował nad samochodem i…
- Co ty mówisz, Dave?! – wrzasnęła, o mało nie wyrywając sobie włosów z głowy. To była dla niej jakaś abstrakcja. Nigdy w życiu nie słyszała większych bzdur. – Przecież była tam wielka strzelanina! Na pewno były na ulicy jakieś kamery, cokolwiek!
- Addelaine, w tamtej dzielnicy nie ma żadnych kamer – mówił – Nie było żadnej strzelaniny, nikt nie słyszał strzałów, nikt nie zgłaszał żadnych niepokojących sytuacji. To co mówisz, brzmi w tej chwili jak bajka.
Addelaine odsunęła się od mężczyzny i zaczęła przechadzać się w kółko po korytarzu. Trzymała się za głowę, miała szeroko otwarte oczy, a w nich kłębiły się łzy. Bicie jej serca jeszcze bardziej przyśpieszyło, a migrena nasiliła się. Nawet Dave nie wierzył w to, co mu opowiadała. Uważał, że to była bajka, mimo że wszystko wydarzyło się naprawdę, ale przez chytrość Seana, była o krok w tył i obecna rzeczywistość zamieniła się w jej najgorszy koszmar.

niedziela, 22 października 2017

Rozdział 17

muzyka - klik

Addelaine po raz kolejny wywróciła teatralnie oczami, gdy mężczyźni czekali, aż wsiądzie ona do białego Nissana, w którym miejsce zajmował już Ashton.
- Przez Was, moja kariera będzie po prostu skończona – oświadczyła – Nie możemy tego zrobić, Panowie.
- Przejedziemy się tylko wokół domu, nikt nas nie zauważy – obiecywał Calum.
- Ostatnim razem, kiedy to mówiłeś, wszystko poszło inaczej – przypomniała Addelaine, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej i mierząc go wzrokiem.
Hood popatrzył na kolegów i wzruszył ramionami, po czym spojrzał na Addelaine lekkim, błagalnym wzrokiem, a kiedy kobieta nic nie mówiła, wykorzystał sytuację i pobiegł szybko do swojego czerwonego Audi, usiadł na miejscu kierowcy i przekręcił kluczyk w stacyjce, uruchamiając silnik. Brunetka zacisnęła pięści widząc, jak nie może nic wskórać. Jej klient nie mógł już robić żadnych głupstw, a jego przyjaciele zamiast zachowywać się, jak na mężczyzn przystało, pogarszali tylko sprawę namawiając go do dziecinnych zabaw, które mogą mu przysporzyć kłopotów.
Michael posłał jej bezradne spojrzenie i ruszył do wolnego BMW, a Addelaine została sama, mierząc się z podjętą przez większość decyzją. Ogarniała ją złość – nie tak wyobrażała sobie zachęcanie Ashtona do wyjścia z więzienia. Miała nadzieję, na wspomnienia w domowym zaciszu, spacery po rodzinnej okolicy, a nie wyścigi w ciągu dnia, za które może zostać nawet zwolniona.
Niechętnie zajęła miejsce obok kierowcy, nawet nie zerkając na Ashtona, który czekał, aż w końcu będzie mógł wyjechać na ulicę. Jej serce waliło niczym oszalałe, a umysł nie dawał spokoju. Co, jeżeli ktoś ich zobaczy? Jeśli zrobi zdjęcia i prasa w ciągu kilku minut opublikuje najnowszy news, a policja za moment tu trafi? To czysty obłęd! Nie mogła uwierzyć na co się zgodziła, ani na to, jak źle to może się skończyć.
- Wokół osiedla? – zapytał Michael swoich kolegów, a oni skinęli głowami.
Trzy ekskluzywne, sportowe auta zaczęły wyjeżdżać z posiadłości. Ashton już na pierwszym zakręcie rozpoczął swoje popisy i z piskiem opon wyjechał na ulicę. Odgłos silnika Nissana było słychać w całym osiedlu, a Addelaine odchodziła już od zmysłów, mając świadomość, że już za chwilę służby mogą zjechać się do ich posiadłości.
Jednak przez pierwsze trzy okrążenia wszystko szło sprawnie i w miarę bezpiecznie. Ashton nie jeździł przepisowo, palił gumę na większych skrzyżowaniach, wchodził w zakręty z piskiem opon, ale miał z tego frajdę, a w dodatku nikt mu w tym nie przeszkadzał. Nie słychać było syren policyjnych, czy krzyków sąsiadów z okien. To uspokajało Addelaine, chociaż wciąż miała na uwadze, że robią coś nielegalnego i niebezpiecznego, a to w ogóle nie powinno mieć miejsca.
- To dopiero zabawa, co? – zapytał Irwin, gdy Addelaine siedziała nieruchomo, patrząc w przednią szybę i mocno cisnęła paznokciami w fotel.
- Za chwilę zwymiotuję – wyznała, a Ashton zaczął się śmiać.
Już hamował, by zatrzymać samochód, ale coś przykuło jego uwagę.
- Znam to auto.. – powiedział, jakby sam do siebie, zwracając uwagę również adwokatki. Spojrzała w miejsce, któremu się przyglądał – Caitlin? Caitlin tu jest? – odwrócił się do brunetki, a ona patrzyła na niego pusto, zmieszanie. Nie wiedziała, co się właściwie dzieje.
Ashton już miał wysiąść z samochodu, gdy czarny, nieoznakowany nawet tablicami czy marką auto odjechało spod posiadłości Caluma. Ashton zatrzasnął drzwi, które wcześniej uchylił i zaczął jechać za podejrzanym wozem.
- Ashton, nie możemy… - Addelaine próbowała powstrzymać mężczyznę, gdy zauważyła, że wyjeżdżają z osiedla. Bloki oraz domy mieszkalne powoli znikały z zasięgu jej wzroku, a pojawiał się las i długa dwukierunkowa ulica prowadząca na autostradę – Ashton…
- Addelaine, to może być ona! – krzyknął Ashton, chociaż jego głos lekko załamywał się – Ja… ja.. muszę…
Samochód zdawał się przyśpieszać. Ashton wciąż starał się gonić za nieznaną osobą, ale gdy tylko byli bliżej, kierowca auta oddalał się od nich, jakby nie chciał zostać złapany. Addelaine miała złe przeczucia – coś podpowiadało jej, że ta osoba nie jest Caitlin, a jedynie haczykiem, który wyciąga ich z małej miejscowości na większe ulice.
Blondyn był skupiony na drodze, wciąż patrzył na tył śledzonego wozu. W jego kieszeni wibrował telefon, ale nie śmiał nawet przeszkadzać sobie w podróży i odbierać. Zapewne dzwonił Calum lub Michael, aby dowiedzieć się, gdzie są. Był zaślepiony nadzieją, że w końcu po tylu latach spotka się z miłością swojego życia. Nic nie mogło stanąć im teraz na przeszkodzie. Domyślał się, czemu jeszcze Caitlin nie zatrzymywała się – chciała znaleźć ustronne miejsce. Był przekonany, że coś jej grozi i teraz szuka pomocy, dlatego desperacko podążał za samochodem.
- Ashton, to bez sensu – powiedziała starając zachować spokój Addelaine – Gdyby to była ona, już dawno by się zatrzymała.
- Może przed czymś ucieka… - zastanawiał się Irwin.
- Tak – warknęła Levinson, wzdychając nerwowo – Przed nami, właśnie w tej chwili! – krzyknęła, po czym nakazała – Zawracamy, Irwin. Nie powinno nas tutaj w ogóle być.
- Nie odpuszczę – burknął Irwin, dociskając pedał gazu.
Spod maski rozległ się głośny ryk silnika.
- Boisz się prędkości? – spytał nagle.
Popatrzyła w jego stronę, a później zerknęła na zegar wskazujący sto czterdzieści kilometrów na godzinę. Znowu wciskała paznokcie w skórzany fotel i ciało docisnęła do oparcia.
- Jesteś na warunkowym, Irwin – zaznaczyła ostro – Ledwo wyszedłeś, a już przestajesz dbać o zasady.
Ashton wywrócił oczami, po czym podgłośnił muzykę i ponownie skupił się na drodze. Wjechali na most prowadzący prosto do miasta. Addelaine zwróciła głowę w stronę szyby, znów zamykając się w swoich myślach. Kątem oka blondyn obserwował kobietę, a kiedy zauważył, że przymknęła na chwilę oczy, nie chcąc oglądać przelatujących obrazów budynków i drzew, cisnął ponownie stopą w pedał gazu i zaczął jeszcze bardziej rozpędzać auto, by dogonić samochód.
- Zasady są po to, żeby je łamać – szepnął.
Zwinnie omijał jadące przez most samochody z prędkością znacznie wyższą niż dozwolona. Na jego ustach zaczął malować się uśmiech na wspomnienia wyścigów. Przypominał sobie, jak przyjemnie jest prowadzić szybko auto, jak dobrze jest tracić kontrolę.
Addelaine poczuła mocniejszy powiew we włosach i otworzyła oczy. Gdy spostrzegła, jak latarnie dosłownie migają, nagle otrzeźwiała i obudziła się.
- Co ty wyprawiasz?! – wrzasnęła – Zwolnij, już!
Jednak jej nakazy nie były w stanie teraz zatrzymać Irwina. On w końcu czuł, że żyje.
- Irwin, stój do cholery!
- Nie panikuj, to tylko dwieście dwadzieścia – na jego słowa, jej serce zaczęło bić szybciej, a paznokcie wbijać się w fotel – Nie sądziłem, że Caitlin tak dobrze jeździ.
- Drogi Boże, zginiemy! – wrzasnęła – Ashton, błagam Cię!
Addelaine popatrzyła na Ashtona z przerażeniem, którego w jego oczach nie było. Widziała w nich błysk, a nawet iskrę szczęścia, która dziwnym sposobem zaczęła ją uspokajać. On również odwrócił wzrok w jej kierunku, chcąc już krzyczeć, aby dała mu prowadzić i siedziała cicho, jednak gdy ich spojrzenia spotkały się, coś w jego sumieniu nie pozwalało mu wybuchnąć. Patrzyli na siebie, a samochód zwalniał. Irwin nie potrafił dodać gazu, aby potęgować jej strach.
Gdy odwrócił wzrok, samochodu już nie było. Otworzył usta, ale żadne słowo z nich nie padło. Na jego twarzy wymalowała się złość. Czuł rozczarowanie i gniew. Caitlin zniknęła zamiast na niego zaczekać, a wszystko było winą Addelaine i tego, że go spowolniła. Gwałtownie zjechał na pobocze i wyłączył silnik. Uderzył pięścią w kierownicę raz, a potem drugi i trzeci i czwarty, aż oparł o nią głowę. Oddychał nierówno i pośpiesznie. Nie mógł wybaczyć sobie, że był tego spotkania na tyle blisko, że zaprzepaścił szansę urzeczywistnienia go.
Nagle wysiadł z samochodu i przystanął obok. Potrzebował zaczerpnąć świeżego powietrza i uspokoić się, zanim Addelaine zobaczyłaby łzy, jakie gromadziły się w jego oczach. Nie mógł znieść tego wszystkiego, co wydarzyło się w ciągu dwóch dni. Dwa razy miał okazję spotkać się z Nią – tą jedyną, na którą czekał dziesięć lat i dwa razy coś poszło nie tak. To go przytłaczało.
- Ashton, musimy wracać – poprosiła Addelaine, kiedy również wyszła z auta. Jej nogi drżały, ledwo zdołała ustać w szpilkach – Nikt nie może cię tutaj zobaczyć, a już z pewnością nie w takim samochodzie.
Gdy zauważyła, że blondyn nie odzywa się, postanowiła wrócić i zaczekać w aucie, niż stać przy nim i denerwować go. Nie była pewna tego, czego mogła się w tej chwili po nim spodziewać.
- Chcę wyjść na wolność – wyznał, zatrzymując adwokatkę.
Nie okazała tego, ale gdy usłyszała jego słowa, poczuła ciepło wypełniające całe jej ciało. Tak długo czekała i tak wiele poświęciła by usłyszeć to zdanie. Nie mogła uwierzyć, że Ashton wreszcie poczuł, jak to jest być tu, na zewnątrz. Uśmiechnęła się lekko, po czym spojrzała na niego i obiecała, że tak się stanie. Nie powiedziała mężczyźnie tego wprost, ale była wystarczająco zmotywowana, by złożyć taką przysięgę samej sobie.
Ashton nie musiał zdradzać powodu, dla którego niespodziewanie zapragnął wolności.
Addelaine wiedziała, że chodziło o Caitlin.  Chciał ją odnależć i walczyć. To właśnie z tego powodu Levinson ustaliła, że ona będzie kluczem do umysłu Ashtona. Była pod wrażeniem, jak bardzo Irwin, znany jako straszny przestępca jest w stanie kochać do takiego stopnia. Nie spotkała się z takim silnym uczuciem od czasu, kiedy sama nie darzyła nim kogoś dla niej wyjątkowego.
Oboje zajęli miejsce w samochodzie i ruszyli w drogę powrotną – tym razem nie łamiąc przepisów i jadąc zgodnie ze znakami postawionymi przy drodze.
- Spójrz, panno Levinson – zagadał - To takie samo tempo, w jakim toczy się twoje życie – powiedział, po czym dodał żartobliwie – A nawet wolniejsze.
- Irwin – warknęła.
- Nie mam racji? – spytał, ale odpowiedziała mu milczeniem.
Odwrócił się więc, spoglądając przed siebie, na drogę i czekając na zielone światło, gdy dotarli do skrzyżowania.
- Wiesz, mi tego brakowało – ponownie zagadał, otwierając się przed adwokatką – Te dziesięć lat było dla mnie męką.. wiecznością.
Addelaine spojrzała jeszcze raz w oczy Ashtona.
- A teraz czuję, jakby życie znowu nabrało tempa – wyznał – Tęskniłem za tym.
Brunetka uśmiechnęła się lekko, zupełnie nie kontrolując tego. Nagle poczuła się dumna i szczęśliwa. Słowa Ashtona były dla niej dowodem, że jego wyznanie było szczere – chciał wrócić. Pragnął opuścić więzienie i znowu skosztować normalnego życia, zamiast chodzić po spacerniaku z łatką zabójcy.
Szczerość i zaufanie, jakim Ashton obdarzył Addelaine sprawiało, że ona też chciała się otworzyć. Miała dość potajemnego wykorzystywania go, by dotrzeć do Seana i była gotowa powiedzieć mu prawdę, na którą od bardzo dawna liczył.
Gdy tylko kolor światła zmienił się, Ashton ruszył, a potem przyśpieszył nieco tempo jazdy, zerkając co chwila w lusterka.
- W porządku, ale tym razem jedźmy trochę wolniej – zaśmiała się, oglądając uciekające z jej pola widzenia budynki.
Levinson już miała zacząć swoją historię, jednak Ashton przeszkodził jej w zabraniu głosu.
- Właściwie, to nie bardzo mogę – mruknął, a wtedy Addelaine zauważyła, jak zaciska ręce na kierownicy, a jego wzrok nerwowo przebiega po wszystkich trzech lusterkach.
- Co do cho... – urwała, kiedy w odbiciu zobaczyła czarnego Range Rovera z przyciemnianymi szybami, jadącego tuż za nimi – Kto to? – spytała grzecznie, ale z każdym kolejnym pytaniem i milczeniem ze strony Ashtona, Addelaine podnosiła głos – Znasz ich? Wiesz, kto za nami jedzie? Są niebezpieczni? Kto jedzie za nami, Ashton?
- Myślę, że wiesz – syknął, po czym skręcił w uliczkę, aby uciec od oprawców.
Addelaine zamarła. Czy Irwin mógł wiedzieć więcej, niż mówiła? Co jego słowa miały w ogóle oznaczać? Nie mogła się jednak w tej chwili zastanawiać. Odwróciła się, by zobaczyć, jak daleko są od samochodu jadącego za nimi, a gdy spostrzegła, że są niebezpiecznie blisko, postanowiła posunąć się do ostatecznych działań.
- Przyśpiesz – nakazała.
- A co z prze…
- Pieprzyć przepisy – warknęła, po czym odwróciła się na chwilę całym ciałem do przodu. Sięgnęła do torebki, w której grzebała przez parę sekund. Jej dłonie zaczęły się pocić, a serce bić w niebezpiecznie szybkim tempie. Miała chwilę zawahania, ale w końcu wyciągnęła czarny mały pistolet. Ashton spojrzał na broń, a później na kobietę. Na jego twarzy wymalowało się zaskoczenie i delikatny niepokój.
- Umiesz się tym posługiwać? – zapytał, a w jego głosie dało wyczuć się obawę.
Addelaine popatrzyła na niego z niedowierzaniem i wywróciła oczami poirytowana.
- Przeszłam pięć profesjonalnych szkoleń i mam pozwolenie odkąd zaczęłam wykonywać zawód – oświadczyła, a następnie zaczęła nieporadnie przeciskać się na tylne siedzenia. Samochód jechał zbyt szybko, aby mogła swobodnie przejść na jego tyły, dlatego podczas swojej krótkiej podróży odbijała się raz od prawej, a raz od lewej strony, aż w końcu wylądowała na siedzeniu, uderzając głową o dach auta. – Cholera, staraj się jechać w miarę prosto, żebym się nie chwiała.
- Może chcesz sama poprowadzić, a ja zajmę się naszymi kolegami? – zaproponował wrzeszcząc.
- Tobie jazda idzie nienagannie, a poza tym w przypadku oddawania strzałów, ja będę działać w obronie własnej.
- A ja nie?
- Jeśli chodzi o ciebie, nie będzie miało to znaczenia – powiedziała podczas uchylania okna – Aktualnie zawróciliby cię do więzienia za zgniecenie małej muchy.
- Nie mogłaś mnie uświadomić pięć minut temu? – spytał – Oszczędziłbym ją! – zażartował, ale szybko spotkał się z karcącym spojrzeniem Addelaine, które zobaczył w odbiciu lusterka.
Brunetka wychyliła powoli głowę zza samochodu, ale w tym czasie zamaskowany mężczyzna wystrzelił kolejny pocisk w ich kierunku. Szybko schowała się w aucie i skuliła, a kula uderzyła w tylną szybę i przebiła szkło, które rozpadło się na kawałki. Ashton zadrżał, a samochód wpadł w lekki poślizg, kiedy jego ręce dosłownie na sekunde puściły kierownicę.
- O ile pamiętam, uchodzisz za dobrego kierowcę – wrzasnęła na niego Levinson.
- Cholera, dziesięć lat nie jeździłem! – krzyknął spanikowany.
- Piętnaście minut temu szło ci dobrze!
- Nie jechałem pod pieprzoną presją!
- Przypomniałeś sobie w ciągu dwóch minut, jak jeździ się bez presji, to przypomnij sobie, jak jeździ się w jej towarzystwie! – odpowiedziała Addelaine kolejnym krzykiem i wychyliła się, aby sprawdzić odległość od oprawców. Nie mogli ich zgubić.
Brunetka wyciągnęła telefon i wybrała z ostatnich kontaktów numer.  Usłyszała męski, zmęczony głos dopiero po kilku próbach nawiązania połączenia.
- Czego tym razem potrzebujesz? – zapytał nieprzyjemnym tonem głosu.
- Pomocy! – krzyknęła – Wezwij posiłki kretynie, ten wariat nas ściga – starała się podać najważniejsze informacje, ale kolejne strzały były wysyłane w ich kierunku – Jesteśmy trzy ulice od sądu.
- Addelaine, o czym ty mówisz?
- Mówię, że Sean Fletcher chce mnie zabić! Zrób coś, kurwa!
Kolejny pocisk wystrzelił, a Ashton by go ominąć, zjechał gwałtownie na pas obok. Addelaine uderzyła ciałem w drzwi auta, po czym opadła na fotele. Telefon wypadł z jej dłoni. Nie mogła dostrzec go wzrokiem, więc odpuściła sobie wzywanie pomocy. Podniosła się z foteli i umiejscowiła się na wewnętrznym daszku bagażnika. Łokcie oparła na pokrytym miękkim materiałem daszku, dłonie zacisnęła na pistolecie, a palec ułożyła na spuście. Wzięła głęboki oddech i skupiła się. Jej wzrok szukał dobrego miejsca do strzału, chociaż czasu było zbyt mało, aby odpowiednio wycelować i puścić swobodnie pocisk, który z pewnością wylądowałby w odpowiednim punkcie. Starała się uderzyć w opony. Chwila spokoju i nagłe mocne przyciśnięcie. Wystrzał był silny, odepchnął ją z miejsca. Spudłowała. Zdecydowała się ponowić próbę, jednak gdy zerknęła dalej, ujrzała napastnika celującego w ich samochód. Zmieniła miejsce oddania strzału i szybko wypuściła pocisk, jednak mężczyzna zdążył zrobić unik. Addelaine widziała, jak machnął w jej kierunku, a później oddał strzał prosto w koło. Potem usłyszała tylko głośny pisk, zauważyła toczącą się oponę i wtedy zapoczątkował się ich koniec.
Biały Nissan sunął po drodze, z impetem wjeżdżając w barierki. Tył maszyny odbił się od ziemii i przepchnął całość auta w przód. Ashton uderzył głową o kierownicę i już wtedy stracił przytomność. Pistolet Addelaine wypadł z jej rąk, a ona sama ciałem obijała się o każde możliwe miejsce samochodu, gdy przeleciał on przez barierki i zaczął dachować. Dosłownie w kilka sekund znaleźli się na polu tuż za drogą, zatrzymując się przy drzewie, w które uderzył samochód.  Krzyczała, głośno i panicznie, jednak nikt nie był w stanie jej usłyszeć. Próbowała utrzymać się w jednej pozycji, ale siła uderzeń sprawiała, że każda część jej ciała została poraniona od uderzeń. Starała się krzyczeć imię Ashtona, ale on nie odpowiadał. Siedział na miejscu kierowcy, przypięty pasami. Jego głowa bezwładnie przesuwała się na każdą stronę pod wpływem dachowania. Miał zamknięte oczy, zakrwawioną twarz.
Addelaine podjęła próbę wydostania się z wozu. Pociągnęła za klamkę, jednak ta ani drgnęła. Czuła zapach benzyny unoszący się w powietrzu, a to nie wróżyło niczego dobrego. Prędko zaczęła przeczołgiwać się przez wnękę, w której powinna znajdować się szyba. Kilka odłamków szkła mieściło się jeszcze w szynie i kaleczyło brunetkę podczas wyjścia z wozu. Syknęła, gdy ostrzejszy kawałek szyby przejechał po jej brzuchu rozrywając koszulę oraz wbijając się w skórę. Spojrzała na swoje ciało i czuła obrzydzenie. Załkała z bólu. Im głębiej próbowała oddychać, tym bardziej szkło wbijało się w jej skórę. Zacisnęła zęby i ponownie ruszyła do wyjścia przez okno. Będąc w większości na zewnątrz opadła na trawę i odpychając się od niej rękoma, wysunęła swoje nogi i wydostała się. Wzięła kilka głębokich wdechów, zanim chwyciła za odłamek szkła, który utkwił w jej skórze i zaczęła go wyciągać. Krzyczała głośno, a łzy płynęły z jej oczu niczym oszalałe, jednak udało się. Szybko otarła twarz i wstała, po czym pobiegła do drzwi kierowcy i z całej siły za nie pociągnęła. Ku jej szczęściu, otworzyły się za pierwszym razem. Brunetka odpięła pasy Ashtona, a następnie poklepała go lekko po policzku. Nie odpowiadał. Zaklęła głośno i wsunęła swoje ręce pod jego pachy, by wysunąć go z siedzenia. Był ciężki, a ona nie mogła znaleźć w sobie tyle siły, aby z łatwością wyprowadzić mężczyznę z wozu, jednak starała się. Krawiący i bolący brzuch nie pomagał jej w ucieczce. Wiedziała, że za moment może mieć miejsce wielki wybuch. Widziała przecież, jak dym unosił się spod maski, a wszystkie płyny wyciekały.
Addelaine wydostała Ashtona i odciągnęła go tak daleko, jak siły jej pozwalały, by został w bezpiecznym miejscu. W tym samym momencie rozległ się grzmot i nastąpił wybuch, który sprawił, że kobieta momentalnie padła na ziemię. Przysunęła się prędko do Irwina i pochyliła się nad nim, zasłaniając mu twarz przed nadchodzącym ciepłem oraz dymem. Na szczęście byli w bezpiecznej odległości, która nie spowodowała kolejnych obrażeń. Jak tylko fala wybuchowa przeszła, Levinson podniosła się i popatrzyła na Ashtona. Był nieprzytomny. Dwa palce dłoni przyłożyła do jego szyi, aby odszukać puls, ale niczego nie czuła.
- Irwin?! Ashton… Ashton kurwa, obudź się! – wrzeszczała spanikowana, klepiąc go po policzku, jednak na marne.  
Addelaine przykucnęła obok Ashtona i rozdarła jego koszulę, odsłaniając wyrzeźbioną i poranioną klatkę piersiową. Ułożyła nadgarstek jednej ręki na środku klatki, natomiast drugą dłoń położyła na pierwszej, splatając palce. Uciskała klatkę piersiową blondyna, nerwowo oddychając i czekając z niecierpliwością, aż się ocknie.
- Nie umrzesz, Irwin – mówiła, zmniejszając nacisk i kontynuując reanimację – Nie umrzesz tutaj, rozumiesz? No dalej, Irwin! Cholera, nie rób mi tego!
W tle słychać było syreny. W powietrzu unosił się ciemny dym.  Ona nie przestawała, nawet kiedy podjechały policyjne wozy i karetka. Funkcjonariusze prosili, by odpuściła, ale ona cały czas go reanimowała, dopóki nie odciągnęli jej siłą, a lekarze ratowniczy nie przejęli jej roboty. Jeden z policjantów wziął ją za ręce i mimo oporu, zaprowadził do radiowozu, gdy medycy przenosili Ashtona na nosze i zabierali do karetki. Nigdy wcześniej Addelaine nie była w takim transie, a jednocześnie w szoku. Wcześniej nie spotkała się ze śmiercią, nikt nie umarł na jej oczach. Doświadczyła straty bliskiej osoby, ale nie w ten sposób. Nie mogła pozwolić, aby Ashton teraz odszedł. Nie wybaczyłaby sobie tego.

wtorek, 10 października 2017

Rozdział 16

muzyka: klik

Calum i Michael stali przy barze, obserwując bawiącą się w tłumie dwójkę. Śmiali się z nich, a może do nich? Cała czwórka szokująco dobrze się czuła w swoim towarzystwie. Ashton obracał Addelaine na parkiecie i zamiast przetańczyć jedną piosenkę, przetańczył z nią połowę nocy. Dał jej coś, czego od dawna nie zaznała w swoim życiu – wolność. Zakazy przestały mieć dla niej znaczenie, a problemy, z którymi się borykała odeszły w niepamięć. I uśmiechała się, jak nigdy wcześniej. I pomyśleć, że wystarczyło kilka kieliszków i jeden taniec z odpowiednią osobą. Ten uśmiech nie był nieodwzajemniony – sam Irwin bawił się świetnie. Na chwilę porzucił swoje rozterki, żale, gniew oraz ból, a ludzi za którymi tęsknił zastąpił innymi. I może było to okrutne, ale po dziesięciu latach czuł taką samą potrzebę, jaką Addelaine – wolności.
Ale nic nie mogło wiecznie trwać, a już na pewno nie ten wieczór. Addelaine pomimo delikatnego stanu upojenia, pamiętała ustaleniach godzinowych Ashtona. Gdy ostatnia z zamawianych przez Irwina piosenek skończyła się, oboje zeszli z parkietu i dołączyli do dwóch mężczyzn przy barze, którzy właśnie kończyli swoje drinki. Dochodziła godzina pierwsza w nocy, kiedy spojrzeli na zegarek wiszący na ścianie.
- Trochę przegięliśmy z czasem – stwierdziła Addelaine, po czym zerknęła na swój telefon.
Miała dwadzieścia połączeń od Andre i kilka wiadomości. Szybko odpisała mu wiadomość z adresem miejsca, w którym obecnie znajdowała się z Ashtonem, a także zawarła krótką informację, że wszystko jest w porządku.
- A już chciałem powiedzieć, że fenomenalnie ruszasz się na parkiecie, ale wróciła... – powiedział Calum, unosząc dłonie do góry, robiąc głupią minę i parodiując – Panna Levinson, obrońca z wyboru – naśladował słowa, a także ruchy Addelaine.
- Hej! – krzyknęła brunetka, dając towarzyszowi kuksańca w ramię. – Jedna partyjka w bilard i spadamy, okej? – spytała, a panowie zgodzili się – Już zadzwoniłam po naszego szofera.
Mężczyźni pokierowali się do stołu i szybko zabrali się za grę. Addelaine usiadła niedaleko i obserwowała grę, powoli trzeźwiejąc. Mimo że nie wypiła dużo, jej stan upojenia dawał się we znaki. Ale przynajmniej było jej lżej na sercu, a w umyśle czuła chwilową pustkę, dzięki czemu mogła odpocząć od całego prawniczego chaosu. Jej umysł zaczął przywracać wspomnienia z czasów nim została adwokatem. To było takie beztroskie życie młodej i wolnej dziewczyny, która wykorzystywała czas na przygodach z przyjaciółmi, odkrywając nowe miejsca oraz doświadczając nowych rzeczy. I nagle wszystko przybrało zupełnie inny obrót za pomocą jednej osoby. Wystarczył jeden dzień, by wszystko uległo zmianie.
Nawet nie spostrzegła, kiedy łza spłynęła po jej policzku tuż po tym, jak w jej głowie pojawił się obraz wydarzenia, które odbiło się na całym jej życiu. Szybko otarła twarz, ale na nic się to nie zdało, bo kolejne łzy już zbiegały po bladej skórze. Zebrała torebkę z blatu i uciekła do wyjścia, z pilną potrzebą zaczerpnięcia świeżego powietrza. I racja – było to nieodpowiedzialne – zostawienie samych trzech przestępców, w tym jednego, będącego na zwolnieniu warunkowym, ale nie była już w stanie utrzymać tych emocji. Po raz pierwszy pozwoliła im wziąć górę w miejscu, gdzie każdy mógł ją zobaczyć. Nie chowała się już z nimi w swoim pokoju, gdzie sączyła whisky i beczała, jak małe dziecko. Tym razem ból, cierpienie i żal miały nad nią przewagę.
Zatrzymała się przy budynku i oparła się o ścianę. Oddychała szybko, głośno i głęboko, jakby się dusiła swoimi własnymi wspomnieniami. Dłonią ściskała czoło, próbując powstrzymać okropny ból głowy. Druga ręka spoczywała na jej klatce piersiowej, a palce ściskały koszulę, tuż przy sercu. Tyle wysiłku kosztowało ją codzienne wstawanie z łóżka, każde zachowanie i działanie. Chciała już przestać, doczekać się czasu takiego, jak ten – kiedy nie czuła tych wszystkich negatywnych emocji. Gdy mogła spojrzeć na Ashtona normalnie, nie widząc w nim Jego. Ale poznając go bliżej, właśnie widziała to podobieństwo. I to bolało, a także utrudniało ich współpracę.
Ashton po swojej kolejce odszedł od stolika i już miał wędrować w kierunku baru, gdy spostrzegł, że Levinson tam nie ma. Od razu rzucił się w stronę wyjścia, w poszukiwaniu kobiety. Zanim jednak wyszedł, zauważył ją przez okno i zawahał się. Już wcześniej zastanawiał się, jak ogromną tajemnicę kryje w sobie adwokatka. Nie był głupi, ani naiwny. Każdy adwokat, który wcześniej miał z nim do czynienia wytrzymywał zaledwie tydzień bądź dwa, a ona była inna – twarda, zmotywowana i zdeterminowana. A to musiało nieść za sobą pewien sekret. Było zbyt wiele potknięć, a jednocześnie powiązań – ich spotkanie, nagłe groźby i zastraszania. Wiedział, że nie jest to przypadek, ale nie był pewny, kiedy może wykorzystać te wszystkie informacje, by to wyjaśnić. Czy teraz to odpowiedni moment?
- Addelaine! – zawołał, po wyjściu z budynku – Levinson, co do jasnej cholery się z tobą dzieje?
Brunetka prędko zasłoniła twarz i odwróciła wzrok, żeby się uspokoić.
- Nic – burknęła, czekając chwilę, by nie spojrzeć na niego zapłakanymi oczami.
- Nic? – spytał, parskając śmiechem i rozkładajac ręce – Znam to – powiedział ze spokojem, podchodząc do niej bliżej i kładąc dłoń na jej ramieniu, a palcem odwracając jej twarz w swoją stronę – Każdą swoją bliznę ukrywasz za słowami „W porządku, nic mi nie jest”, ale ja wiem, że jest inaczej.
Addelaine zaciągnęła nosem i popatrzyła na Irwina z gniewem.
- Niby skąd?
- Bo powtarzam innym tą samą formułkę – odparł szczerze, tym samym przypominając sobie najcięższe wspomnienie jednej osoby, która podążała za nim od dziesięciu lat. Caitlin. – Wymagałaś ode mnie zaufania i to zrobiłem. Czas, żebyś ty zapracowała na moje zaufanie i była szczera. Wiem, że nie bez powodu walczysz o moje wyjście, Levinson. Po prostu mi po…
- Ty! – krzyknął ktoś z tyłu – Cień! Irwin! – wydzierał się, dopóki oboje się nie zatrzymali i nie odwrócili – Już się wybawiłeś? Grunt, że nikogo dzisiaj nie zarżnąłeś.
Ashton odsunął się od Addelaine i przystanął w kierunku obcego. Jego oczy pociemniały, a twarz spoważniała. Kiedy Addelaine zauważyła jego reakcję, szybko chwyciła go za ramię i stanęła obok.
- Nie daj się sprowokować – poradziła – Jeden zły ruch i wrócisz skąd przyszedłeś, nie warto marnować reszty dni na takich ludzi.
Irwin wziął głęboki wdech i powoli uspokajał się. Już miał pokręcić głową i pójść dalej, ale nieznajomy facet nie dawał za wygraną.
- Pozdrów Caitlin – powiedział mężczyzna. Addelaine zauważyła, jak triumfalnie unosi brwi i cwaniacko się uśmiecha, jakby tylko chciał, aby Ashtonowi puściły nerwy – A może ja to zrobię?
Blondyn zacisnął pięści i ruszył na mężczyznę. Był średniego wzrostu, trochę umięśniony, jednak nie mógł się równać z Irwinem, który w więzieniu miał dużo czasu na ćwiczenia i dbanie o swoją siłę. Złapał nieznajomego za koszulkę i pchnął na ścianę. Żyły na jego rękach stały się wyraźniejsze. Jego serce biło trzy razy szybciej. Przycisnął go do muru i czekał na kolejne słowa, które dałyby mu pozwolenie na wymierzenie ciosu. Jego spojrzenie było przepełnione złością. Oddychał szybko, na krótko wdychając powietrze. Kilka kosmyków włosów opadło na jego czoło, przysłaniając twarz.
Calum i Michael wyszli z baru, a gdy zobaczyli całą sytuację, zamarli. Krzyczeli do Ashtona, namawiając go do spokoju, do powstrzymania się. Levinson nie mogła uwierzyć, że jeszcze chwilę temu wszyscy dobrze się bawili, a teraz każda możliwa rzecz szła w złym kierunku. Ogarnęło ją poczucie winy. Nie powinna była się zgadzać na to wyjście. Mogła przewidzieć, że nie skończy się to dobrze.
Przyjaciele Ashtona i Addelaine odważyli się ruszyć do Ashtona i go powstrzymać, ale w tym samym czasie usłyszeli dźwięk załadowania pistoletu. Gdy Levinson spojrzała na blondyna, miał przyłożoną do głowy broń. Jednak nie był to żaden znajomy atakującego mężczyzny. Za Irwinem stał Andre.
- Puść go – warknął chłodno.
- Andre! – wrzasnęła brunetka – Opanuj się, do cholery!
Addelaine nie miała nawet nadziei, że Cień zmniejszy nacisk na faceta lub w ogóle odpuści. Trzymał mężczyznę mocno, nie zerkając na nią lub jej przyjaciela, który starał się zapanować nad sytuacją. Mierząc mężczyznę wzrokiem, zwrócił się jedynie słownie do funkcjonariusza.
- Słyszałeś, co powiedziała – wycedził przez zęby Irwin – Opanuj się, bo będziesz następny.
- Chcę ci oświadczyć, że grozisz w tej chwili funkcjonariuszowi – odparł – Nie pomoże ci to w wyjściu z więzienia. – bronią dotknął głowy Irwina – A teraz puść go albo ja puszczę pocisk w twój łeb – wyraził się jasno.
Ashton był nieugięty. Jeszcze mocniej zacisnął dłoń na jego koszuli, a drugą natomiast uformował w pięść i już ją podnosił, gdy wtrąciła się Levinson.
- Ashton, proszę... – Addelaine powiedziała półgłosem.
Blondyn wstrzymał się. Mierzył nieznajomego wzrokiem i walczył sam ze sobą, by nie popełnić błędu, który wiele by go kosztował i przekreślił szanse na wyjście i lepsze życie. Ale pragnienie było ogromne, a prowokacja odpowiednia. Wiedział, czym go dotknie i uruchomi. Ashton w tej chwili pomyślał – zadał odpowiednie pytania, by znaleźć odpowiedź. A kiedy już domyślił się, co miała na celu ta szopka, rozluźnił delikatnie uścisk.
- Pamiętasz o waszej umowie, Irwin? – spytał cicho mężczyzna tak, by tylko Cień mógł usłyszeć jego słowa.
Ashton uwolnił swój gniew i wrzasnął, uderzając pięścią tuż obok głowy swojego napastnika, prosto w mur. Krew popłynęła z jego pokaleczonej dłoni. Odsunął się od faceta, który już chciał uciec, ale Andre opuścił broń skierowaną w Ashtona i rzucił się za nim, łapiąc go i szybko sprowadzając na ziemię by założyć kajdanki. Później zadzwonił po wsparcie i posadził swojego więźnia pod ścianą, by czekał na funkcjonariuszy.
Ashton oparł głowę o ścianę. Jego klatka unosiła się i opadała tak, że Addelaine widziała, jak ciężko oddycha będąc kilka metrów dalej.
- Czy do końca cię porąbało? – brunetka zwróciła się do swojego kolegi, po czym spojrzała na Ashtona – A ciebie? – zapytała – Co ci w ogóle do głowy strzeliło?! Mówiłam, żebyś nie dał się sprowokować! – zganiła Irwina, a potem wróciła wzrokiem do Andre – Musiałeś odstawiać taki cyrk!? Ten koleś sam zaczął!
Andre spojrzał na nią badawczo i uniósł brwi, śmiało stwierdzając.
- Jesteś pijana – parsknął, kręcąc głową oburzony – Za chwilę będzie taksówka więc lepiej wsiądźcie szybko, zanim ktoś zobaczy cię w takim stanie i skończy twoją karierę w ciągu pięciu sekund.
Addelaine wyprostowała się. Nagle zaczęło być jej dziwnie gorąco. W głowie panowała pustka – wiedziała, że nie ma nic na swoją obronę. Przecież, nie może powiedzieć, że nie piła, bo czuć od niej alkohol. Po drugie, mogłaby walczyć o swoje, ale wciąż stali pod barem z którego wyszli i podała Andre właśnie ten adres. Trudno by było wyjść z tej sytuacji bez szwanku – a w tym wypadku – trzeźwo.
- Od razu pijana... – burknęła nieco urażona jego banalnym stwierdzeniem – Jestem w stanie upojenia alkoholowego, co wcale nie oznacza, że jestem pijana.
***
Po tym, jak taksówka odwiozła Ashtona i jego przyjaciół do hotelu, Addelaine poprosiła o podwózkę do domu, mimo że z samego rana znów musiała znaleźć się w tym samym miejscu. Wolała jednak przespać noc spokojnie w swoim łóżku niż w obcym miejscu. O godzinie ósmej zebrała się do wyjścia, a o godzinie dziewiątej już znalazła się pod hotelem, gdzie czekał na nią Andre. Przeszła obok niego, traktując go niczym powietrze, bo wiedziała, że gdyby odezwała się chociaż słowem, dostałaby piętnastominutowy wykład na temat swojego zachowania. A ona po prostu chciała zapomnieć o tym, co wydarzyło się wczorajszej nocy. Poza oczywiście sytuacją, która zdarzyła się już po wyjściu z baru, bo ta znowu dawała jej wiele do myślenia.
Drzwi pokoju Irwina były uchylone, więc bez zapytania wtargnęła do pomieszczenia, rozglądając się bacznie. Nikogo nie zauważyła i kiedy poczula się wystarczająco bezpiecznie, wkroczyła do samego środka, szukając swojego klienta. Blond czuprynę wystającą zza drzwi spostrzegła na balkonie. Szybko pokierowała się w tamtą stronę, chcąc dać już Ashtonowi odpowiednią reprymendę odnośnie nie zamykania się i głuchej ciszy. Jednak gdy do niego dotarła i zobaczyła, jak z konsternacją patrzy na unoszące się na niebie słońce, postanowiła na chwilę zamilknąć.
Addelaine usiadła obok Ashtona i spojrzała w tym samym kierunku, odkrywając przepiękny widok.
- Kiedyś to było tym, co ratowało mnie przed okropnym światem. – wyznał - Dziesięć lat temu siedziałem z moimi przyjaciółmi na balkonie w naszym domu rozmawiając i oglądając to, a teraz czasem nie wiem, jak z nimi rozmawiać – blondyn spuścił głowę i zaczął nerwowo pocierać posiniaczone knykcie opuszkami palców. – A jak jest z tobą?
- Ze mną? – spytała zaskoczona – Co jest ze mną?
- Też się nad tym zastanawiam… - zażartował, łapiąc się za głowę, a ona odpowiedziała mu ostrym kuksańcem w ramię. – Co jest twoją odskocznią od rzeczywistości?
- Milczenie – odpowiedziała prosto, po czym wywracając oczami dodała – I alkohol.
Ashton zaśmiał się, a Addelaine mu zawtórowała.
- Wychodzę z założenia, że jeśli wciąż się o czymś gada, to nadal nam na tym zależy.
- To, że nie chcesz mówić o tym głośno, Levinson, nie znaczy, że o tym nie myślisz. A to oznacza, że ci zależy.
- Panie Irwinie, nie po to mam serce, by pękało mi każdego dnia przez kilka złych wspomnień – oświadczyła, słabo się uśmiechając.
Addelaine wstała i już miała opuścić balkon, gdy Ashton złapał ją za rękę i zatrzymał.
- Nie musi pękać każdego dnia, Addelaine – powiedział ze spokojem – Wystarczy, że pęknie raz i wszystko co w tobie siedzi da ci wolność.
- Właśnie, Irwin – odparła – Zastosuj się do tych rad, a ja o nich pomyślę.
Z korytarza słychać było głośne śmiechy. Oboje wiedzieli, że Calum i Michael już nadchodzą i zamierzają ich zaskoczyć swoimi szalonymi pomysłami. Prędko wstali i wrócili do pokoju, gdzie czekali już na nich chłopcy. Na twarzy Caluma widniał już głupkowaty uśmiech, przez co Addelaine wiedziała, że nie wróży to niczego dobrego. Mając jednak na uwadze to, że mężczyźni pomagali jej tchnąć w Ashtona życie i sprawić by zanim zatęsknił, uginała się pod każdym wymysłem i przystawała na ich warunki.
- Dobrze więc, jakie plany macie na dziś? – spytała Addelaine, kiedy wszyscy rozgościli się w hotelowym pokoju Ashtona.
- Pomyślałem, że możemy pojechać do mnie – wychylił się Calum, a Michael bez słowa skinął tylko głową. Addelaine również wyraziła zgodę na jego pomysł, bo wydał się o dziwo dosyć normalny, a nawet za normalny, jak na kolegę Ashtona, który od początku zdawał się najbardziej szalonym z ich grupy. I nie myliła się, bo Hood już zacierał rączki ze względu na powodzenie swojego niecnego planu.
Caluma dom znajdował się niecałe pięć kilometrów za miastem Addelaide. W ciągu godziny byli już przy posiadłości. Był to niewielki ceglasty domek o dwóch piętrach, w którym spokojnie mogłyby mieszkać cztery osoby. Nie miał bogatego wyposażenia i nie wydawał się być mocno zadbany. Meble wyglądały na kilkunastoletnie, wykładziny zdobiły podłogę, w kuchni brakowało nowoczesnych urządzeń takich jak zmywarka czy elegancka kuchenka. Kran w zlewie został wykręcony w odwrotną stronę lub montowany przez amatora, który nie miał zielonego pojęcia, jak go założyć. Z rozmów z Michaelem, Addelaine zapamiętała Caluma, jako bogatego faceta, jednak najwidoczniej nie inwestował on w dom, a inne rzeczy – prawdopodobnie nielegalne, a co za tym szło – Addelaine nie chciała nawet o tym wiedzieć. W dodatku dom sprawiał wrażenie opuszczonego. Może Calum w ogóle w nim nie przebywał, a był on jedynie przykrywką? To miało wtedy sens. Ale po co sprowadzałby ich wszystkich tutaj? Addelaine zadawała w swojej głowie mnóstwo pytań, prosząc siebie samą o wyjaśnienia, aczkolwiek nie była ona jedyną, która pytała. Ashton również nie poznawał tego miejsca, widać było to po jego zachowaniu. Każdą rzecz oglądał i starał się zapamiętać. Dotykał zakurzonych wazonów i obrazów, jakby chciał sobie cokolwiek przypomnieć, ale pustka w jego głowie na to nie pozwalała. Czuł się dziwnie i obco, bo zaczął zauważać, jak wiele się zmieniło i jak wielki dystans dzielił jego i przyjaciół przez ten cały czas.
Jako, że Addelaine ponownie pełniła funkcję opiekuna i miała wymienić się z Andre zmianą za około trzy godziny, zabrała ze sobą kilka książek prawniczych do przestudiowania, a także akta Irwina z nadzieją, że może wpadnie na nowy pomysł, który wniesie coś do sprawy i pomoże w procesie ułaskawiającym. W jej głowie wciąż widniały wydarzenia z wczorajszego dnia, a także inne pułapki zaplanowane na nią. Zastanawiała się, jakie mogą mieć powiązania i jak może je wykorzystać. Do procesu zostały niecałe dwa tygodnie, a ona nie wyciągnęła z Ashtona nic, poza sprawą Caitlin i kilkoma zdaniami na temat popełnionych przez  niego występków. To wciąż było za mało. Musiała znaleźć pewien sposób, który nakłoniłby go do rozmowy.
Mijało kilka godzin, kiedy chłopcy nadrabiali stracony czas, a Addelaine zagłębiała się w lekturę, starając się łączyć fakty oraz historie. W pewnej chwili przerwano jej studiowanie.
- Wychodzimy na zewnątrz – rzucił krótko Michael, a kobieta zaczęła zbierać swoje rzeczy i powędrowała za mężczyznami.
Ogród był nieduży, ale w porównianiu do reszty części domu, całkiem zadbany. Calum wynajmował specjalne osoby, które czasami przyjeżdżały tu i zajmowały się domem, podczas jego nieobecności. Nie tłumaczył Ashtonowi, gdzie i po co był poza miastem, szybko ucinał rozmowy na ten temat, a to stawiało wiele wątpliwości. On, a także Addelaine wyczuli, że jest coś, czego im nie mówił. Ashton jednak nie drążył tematu, ze względu na brak czasu. Chciał spędził czas z przyjaciółmi jak najlepiej, nie marnując go na niepotrzebne kłótnie. Od żadnego ze swoich przyjaciół nie oczekiwał, że przez dziesięć lat będą siedzieć i nocować pod murami więzienia, planując wydostanie go. Czuł jedynie dziwny niepokój, gdy Calum stawał się małomówny, mimo że często zachowywał się w taki sposób. Ale tym razem, Irwin odbierał to inaczej.
Wszyscy udali się na tyły niewielkiej posiadłości, za którą znajdował się duży garaż. Właściwie, można było śmiało powiedzieć, że pan Hood zainwestował w niego bardziej, niż w dom. Do głowy Addelaine dochodziły pytania, skąd taki pomysł, ale wolała nie zadawać ich głośno. W tym przypadku uznawała, że niewiedza byłaby dla niej lepsza. Ale mężczyźni mieli zupełnie inne odczucia.
- Okej, przypomnijmy Ci trochę starych czasów – powiedział Calum, a na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech. Addelaine spojrzała na niego pytająco, a Ashton milczał i wpatrywał się w drzwi garażu, które za chwile miały się podnieść. Jego oczy rozbłysły i nie mógł doczekać się, aż zobaczy to, co na niego czeka.
Szerokie drzwi wyjazdowe zaczęły się unosić.
Przed oczami zebranych pojawiły się trzy czterokołowe maszyny – Biały Nissan GTR Nismo, czarne BMW i8 oraz czerwone Audi R8 Spyder. Duże, masywne opony, lśniące felgi, przyciemniane szyby i spoilery. Samo patrzenie na drogie auta sprawiało, że Addelaine miękły nogi na myśl, że Ashton w jednym z nich mógłby wyjechać, a ktoś mógłby go zobaczyć.
- O kurwa – wydusił z siebie Irwin, a potem złapał się za głowę i ruszył w kierunku samochodów – Myślałem, że je też sprzedaliście!
- Bez jaj – wymsknęło się Addelaine, która od razu zaczęła reagować – Chyba nie zamierzacie jechać na wyścigi?! Przecież on do jasnej cholery nawet jeszcze nie wyszedł z więzienia! – wrzasnęła.
Calum spojrzał na Michaela i wzruszył ramionami.
- Już na pewno wiemy, że wytrzeźwiała – stwierdził szybko.
Ciemnowłosy uderzył łokciem kolegę, by nie pogarszał sprawy i pozwolił sobie samemu wyjaśnić adwokatce sytuację.
- Nie zamierzamy jechać na wyścigi, panno Levinson – Michael starał się wyprowadzić kobietę z błędu.
- Ponieważ my nie jeździmy na wyścigi – wtrącił Ashton – My je organizujemy – sprostował – Nie odnotowali tego w moich aktach, czy może nie czytałaś ich dokładnie i ze zrozumieniem?
- Wystarczy – warknęła ostro, mierząc blondyna wzrokiem – Możesz tylko na nie popatrzeć, bo nie ma nawet mowy, żebyś…
Nagle spod jednej maski samochodu usłyszeli głośne warknięcie silnika. Ashton otworzył drzwi i wychylił się zza nich, uśmiechając się złośliwie do Addelaine.

- Je odpalił? – zapytał. 

niedziela, 1 października 2017

Rozdział 15

muzyka: klik

Dochodził wieczór, kiedy Addelaine dotarła do rodzinnego domu państwa Irwin i odebrała Ashtona, przejmując chwilowo wartę swojego kolegi, by zamienić się rolami opiekuna. Teraz to ona sprawowała odpowiedzialność nad przestępcą i musiała go mieć na oku. Poza nią oczywiście byli strażnicy, ale oni trzymali się na uboczu, siedząc w samochodach i obserwując zachowanie Irwina z daleka. Taki rozkaz otrzymali od Andre, a Andre od Addelaine, która chciała, aby mężczyzna zaznał wolności i za nią zatęsknił. Widziała w tym rozwiązaniu nadzieję na to, że Ashton zechce wyjść i pomóc jej w znalezieniu Jego.
Trudno było rozdzielić syna i stęsknioną za nim matkę, która pragnęła mieć go już na zawsze przy sobie. Zmarnowali tyle pięknych rodzinnych lat, które ona bardzo chciała nadrobić. Jej łzy i pełen bólu oraz strachu płacz wywoływały w każdym z obecnych ogromne emocje. Zwłaszcza w Addelaine, która już nie potrafiła nawet powiedzieć, kiedy dokładnie widziała po raz ostatni rodziców. Nie spodziewała się, że obecna sytuacja nawet w niej wywoła głęboką nostalgię. Zdążyła ledwo wejść, przywitać się i popatrzeć przez dwie minuty na starszą kobietę, swojego przełożonego i klienta, a momentalnie zapragnęła zaczerpnąć powietrza. Wyszła na zewnątrz i tam postanowiła zaczekać na wszystkich.
Stojąc na schodach, przed domem Irwinów, spostrzegła kilka domów dalej czarną mazdę sześć z zapalonymi światłami. Za dobrze znała ten wóz, aby nie przyciągnął jej uwagi. Ruszyła w jego stronę, widząc, gdy zauważyła rysy człowieka siedzącego za kierownicą. Jej serce zabiło szybciej, a oddech przyśpieszył. Nie spodziewała się, że będzie to takie proste spotkanie, zwłaszcza po słowach, jakie wypowiedziała przez słuchawkę. Z jednej strony cieszyła się, że to w końcu nadeszło, a z drugiej… zastanawiała się, czy to nie jest przypadkowe. Może to wcale nie chodziło o nią? Może była po prostu przynętą, która właśnie doprowadziła go do Ashtona? Może to odwrócenie uwagi?
Przestała iść - zaczęła biec. W wysokich czarnych szpilkach nie było to wygodne, ani dobrze nie wyglądało. Gdyby ktoś ją teraz widział – pomyślałby, że cierpi na jakąś chorobę związaną z krzywym chodzeniem i utykaniem. Z tego właśnie względu Andre miał ją wyręczać w gonitwie za Ashtonem. Nie zamierzała się przecież ośmieszać na oczach przechodniów. Tutaj nikogo nie było poza strażą obserwującą dom Irwina, nie ją. Była ona i on, nikt więcej – na spotkaniu, po latach.
Nagle ktoś uruchomił silnik auta, a później włączył światła. Gdy Addelaine była na środku ulicy, już prawie przy samochodzie, nieznajomy ruszył z piskiem opon, prosto na nią. To były dosłownie sekundy, które prawniczka wykorzystała w porę, gdy rzuciła się w lewą stronę na chodnik, by ratować własne życie. Kilka centymetrów mniej od skoku, a opona rozstrzaskałaby jej kości w nogach. Zaklęła, kiedy poczuła ból w lewym biodrze, na które upadła. Starała się go zignorować, by wstać i sprawdzić, gdzie jest oprawca, ale w tym momencie zdolała się jedynie przeczołgać spowrotem na ulicę. Było pusto, jakby się rozpłynął.
Odetchnęła z ulgą.
Powoli podniosła się, opierając o samochód dostawczy zaparkowany tuż obok. Jej płaszcz był przetarty, wręcz do wyrzucenia, ale tak naprawdę to on uratował kobietę przed ranami. Przełożyła torebkę z prawego ramienia na lewę, aby zasłonić uszkodzenia. Spodnie otarła z piachu, a fryzurę poprawiła, aby nikt nie zadawał zbędnych pytań. Cały czas obserwowała nerwowo drogę, sprawdzając, czy On nie wracał.
- Addelaine? – usłyszała głos Ashtona.
Odwróciła się, a mężczyzna stał przed swoim domem, wgapiając się w nią niezrozumiale.
- Co? – zapytała z irytacją w głosie, żeby zabrzmieć całkiem naturalnie. Przecież non stop chodziła wkurzona, więc ten ton powinien wydawać się dla Irwina zwyczajnym.
- Co ty tam robisz? – zastanawiał się.
Bacznie obserwował jej zachowanie. Coś mu podpowiadało, że skrywa przed nim jakiś sekret, ale nie mógł jej o nic oskarżyć, bo nie miał pewności. Ale jej dłonie trzęsły się, widać to było z daleka. Głos wydawał się być inny, sztuczny i nerwowy. Ashton wiedział, że coś jest nie tak i to od dłuższego czasu. Było zbyt pięknie, by mogło być prawdziwie. Od samego początku nie mógł jej rozpracować, a to denerwowało go najbardziej. Jednak z każdym dniem, Addelaine podkładała sobie kłody pod nogi i dawała mu więcej wskazówek. A on tylko czekał, aż rozwiąże jej zagadkę.
- Czekam na ciebie – odparła, wzruszając ramionami, jakby nic nie miało miejsca podczas jego nieobecności – Jedziemy, czy nie? – zapytała, a Irwin skinął głową, zostawiając sprawę specjalnie, by uśpić czujność adwokatki.
***
Noc była piękna i wystarczająco ciepła, aby móc spacerować po zasypanym liśćmi parku botanicznym niedaleko Plane Tree Drive. Żadna z chmur nie pokrywała granatowego, roziskrzonego gwiazdami nieba. Jaskrawe światła latarni przebijały się przez ciemne korony drzew. Wiatr delikatnie rozwiewał zeschnięte liście, które opadły na drogę, ale widoki były bajeczne, wręcz magiczne. Było cicho, pusto, spokojnie i jesiennie.
Addelaine i Ashton spacerowali powoli po parku, oczyszczając swoje myśli i zaczerpując świeżego powietrza. Ashton poprosił o małą godzinną wycieczkę, kiedy jego przyjaciele musieli załatwić kilka spraw. Zarówno on, jak i ona potrzebowali tej chwili spokoju, kiedy nic nie zaprzątało im głów, ani nie zwiastowało kolejnych problemów. A przynajmniej stwarzali pozory, jakby na moment przestali siebie wzajemnie rozpracowywać, chociaż nie było to prawdą.
Przechadzali się wspólnie alejami, jednak nie rozmiawiali. No, może czasem, kiedy żadne z nich nie chciało, aby było niezręcznie. Addelaine chciała podarować Ashtonowi kilka momentów wytchnienia, zanim wróci do trzech ścian oraz kraty. Tym samym próbowała odrzucić swoje myśli związane z niespodzianką, jaką zostawiono w jej mieszkaniu, a także sytuacji, która zdarzyła się w Hurstville. I chociaż bardzo tego nie chciała, miała nadzieję, że to był właśnie On i już niedługo, spotkają się – w nadziei Addelaine – ostatni raz. Ashton natomiast pogrążył się w swoich myślach, od czasu do czasu zapomniwszy, że ktoś w ogóle mu towarzyszy. A kiedy już w końcu dostrzegał Addelaine u swojego boku, dopytywał o proste rzeczy.
- Gdzie będę nocował?
- W dobrze strzeżonym hotelu – Levinson odpowiadała na każde jego pytania ze spokojem i cierpliwością.
- Ty również? – spytał, a Addelaine przystanęła i popatrzyła na niego dziwnie, z lekkim uśmiechem i niezrozumieniem.
- Jesteś na tyle duży, że nie potrzebujesz niani za ścianą – powiedziała, a potem schowała zmarźnięte dłonie do kieszeni płaszcza i ruszyła dalej. Ashton wywrócił oczami i zakrył twarz dłonią, by ukryć swoje zażenowanie względem adwokatki, po czym dołączył do niej.
- Co będę robił jutro? – kontynuował swoje małe przesłuchanie, starając się wyprowadzić Addelaine z równowagi.
- Cieszył się wolnością, tak sądzę.
Blondyn zatrzymał się i rozłożył ręce.
- Jakie ty musisz mieć cholernie trudne i nudne życie – burknął z niezadowoleniem – Myślałem, że to ja jestem skomplikowanym człowiekiem, ale jednak nie różnimy się tak bardzo, jak może się komukolwiek wydawać – powiedział w końcu, a później popatrzył na nią z lekkim uśmiechem.
- Oczywiście, że się różnimy, panie Irwin – odparła – Ja nie jestem taką ciężką do rozgryzienia zbuntowaną przestępczynią – zaśmiała się, mówiąc pół żartem, pół serio.
- Przestępczynią może nie… - mruknął, a potem dodał – Ale ciężko cię rozgryźć, Levinson.
Brunetka uśmiechnęła się słabo. Założyła kaptur na głowę i kontynuowała wędrówkę. Szła przed siebie, nie dostrzegając piękna parku ani nie delektując się ciepłą, choć jesienną pogodą. Słowa Ashtona przywołały wspomnienia, które starała się zatrzeć, jednak każdej nocy – nawet tej, podczas której nie leżała w łóżku, przykryta pościelą, pod którą wylewała swoje łzy – powracały. Jedno zdanie, które zmieniło całe jej życie odbijało się echem w jej głowie codziennie. I nie była w stanie się tego pozbyć, ani zahamować bólu, który jej towarzyszył.
Przetarła szybko zaszklone oczy, zanim Ashton zobaczyłby, jak pozwala emocjom wziąć górę. Nie pokazywała swojej twarzy, a już na pewno nie mogła pokazać jej Irwinowi. Ashton jednak nie musiał jej widzieć, by wiedzieć. A wiedział doskonale.
- A najbardziej łączy nas to, że oboje nosimy rany, które wciąż krwawią i nie są w stanie się zagoić –wypowiedział swoje myśli głośno i prosto, nie plącząc się w swoich słowach, kiedy złapał kobietę za nadgarstek i odwrócił w swoją stronę.
- O czym ty mówisz? – zapytała zaskoczona tym, co wyznał mężczyzna.
- Myślę, że dobrze wiesz… - powiedział cicho i ruszył dalej, w stronę wyjścia z parku.
Przy ulicy czekali już Calum oraz Michael, którym zdecydowanie dopisywali nastroje. Wygłupiali się oraz śmiali, gdy Ashton i Addelaine do nich dołączyli.
- Zjaraliście się? – spytał wprost Irwin, patrząc na swoich kolegów z niedowierzaniem – Wiecie, że ja nie mogę więc przyszliście mi podokuczać w takim stanie?
Obaj pokręcili przecząco głowami.
- Nie… nie.. Nie możesz? – Calum był zaskoczony – Ale to co? Żadnego zielska, ani alkoholu? Nie zabawimy się dzisiaj?
Ich oczy powędrowały na Addelaine, która zmierzyła mężczyzn wzrokiem.
- Jako twój obrońca…
- No błagam, nie zaczynaj – wtrącił Hood – Zabierzemy go tam, gdzie nie będzie nikogo lub nie będzie ludzi, którzy go znają.
- Calum, wszyscy mnie znają – powiedział Irwin, dając koledze do zrozumienia, że powinien znaleźć lepsze argumenty.
- Nie pomagasz – burknął Hood pod nosem, posyłając mały sygnał Ashtonowi.
- Addelaine – Michael popatrzył na kobietę błagalnie – Jest jedno miejsce, gdzie Ashton będzie bezpieczny i wszyscy inni też. Nikt się nie dowie.
- Nie powinnam….
- Nie możesz nagiąć trochę przepisów? Lub swojego zawodowego „Ja – Pani Adwokat, która zrobię wszystko co w mojej mocy, żebyś miał piekło”?
Brunetka otworzyła usta ze zdziwienia, a w jej żyłach zagotowała się krew.
- Wypraszam sobie! – wrzasnęła.
- Czyli się zgadzasz? – dopytywał Clifford.
Addelaine milczała chwilę, rozważając wszelkie za i przeciw. Przecież jeśli ktokolwiek dowie się, że puściła więźnia na imprezę alkoholową, to jej kariera będzie skończona. Ale chciała dać Ashtonowi jak największą linię możliwości, by zdobyć jego zaufanie, a później otrzymać informacje, na których jej zależało. Nie potrafiła postawić przed nimi kategorycznego słowa „Nie”. Była za bardzo zdesperowana i to ją gubiło.
- Pod moją opieką – powiedziała – I maksymalnie godzina, a potem wracamy do hotelu, gdzie dopiero tam Ashton będzie mógł wypić trochę alkoholu.
I mimo że przekazywała im swoje warunki, przyjaciele Ashtona zdawali się jej nie słuchać. Zajęli się swoim towarzyszem, pakując go szybko do auta i ustawiając nawigację na lokal. Addelaine szybko pobiegła i wsiadla do samochodu, zanim kompletnie zapomnieliby o jej istnieniu.
Levinson nie była typem osoby imprezowej, już nie. Kilka lat temu umiała się dobrze bawić i korzystać z życia, jednak ostatnimi latami, kiedy zaczęła aplikować na posadę prawnika, wiele się zmieniło. Pewna część z jej życia została wyrwana nagle i ciężko było się przyzwyczaić do spędzanych nocy przy książkach zamiast w towarzystwie przyjaciół. Już zapomniała, jak to jest.
Bar znajdował się niedaleko wjazdu do Hurstville. Cała czwórka przeszła przez drzwi prawie niezauważona, jednak po wejściu do głównego pomieszczenia, w którym mieściło się stoisko z barem, wszystkie oczy zwróciły się ku niemu. Każdy, widząc Ashtona Irwina na wolności, w dodatku w miejscu publicznym, zamarł.
- Nikt go nie zna, nikogo nie będzie, ta? – warknęła w stronę Caluma, wściekła Addelaine.
Żałowała, że dała się namówić na takie przedstawienie.
- Wiedziałem, że to nie jest dobry pomysł – burknął pod nosem równie niezadowolony Ashton.
Michael położył dłoń na jego ramieniu.
- Kiedyś taka reakcja nie robiła na tobie wrażenia – powiedział – Dlaczego nie wrócimy do tych czasów, chociaż dzisiaj? – zapytał, z lekkim uśmiechem.
Irwin przewrócił oczami i strząchnął jego dłoń. Ruszył do przodu, kierując się do baru. Usiadł na jednym z krzeseł i już miał krzyknąć do barmana swoje zamówienie, kiedy nagle obok pojawiła się Addelaine.
- Cztery drinki, w tym jedno bezalkoholowe mohito – oświadczyła, po czym zwróciła się do Ashtona – Na mój koszt.
- Jednak moja opiekunka pozwoliła mi na jedną kolejkę? – zaśmiał się.
- Mohito jest dla ciebie – stwierdziła kobieta, wzruszając lekko ramionami.
- Nie żartuj. Mohito, jak dla dziecka? – prychnął obrażony – Poza tym, skoro jesteś na mini służbie, czy nie powinnaś również nie pić?
- Bądźmy szczerzy, panie Irwin – zaczęła, ciężko wzdychając, po czym spojrzała mu w oczy – Ja nie przetrwam tego na trzeźwo.
Ashton popatrzył na nią z niedowierzaniem. Zaczął zastanawiać się, czy to na pewno ta sama pani adwokat, która była nieugięta na przesłuchaniach i doprowadzała go do największej pasji.
Barman podsunął pierwsze kieliszki. Addelaine i Ashton sięgnęli po drinki; zaczekali na Michaela oraz Caluma, a potem wspólnie wznosząc toast napili się. Tuż po tym ruszyli do stołu bilardowego i rozpoczęli grę. Kobieta zaś została przy barze, sączyła drinka i oglądała wnętrze pubu, patrząc również na jego gości. Co jakiś czas zerkała na Ashtona i obserwowała go. Wydawał się być zupełnie innym człowiekiem, niż ten, którego widziała za kratkami. Widziała na jego twarzy ten mały błysk szczęścia, co również ją uszczęśliwiało. Wmawiała sobie, że cieszy się z dobrze idącego zadania, za jakie zabrała się z Michaelem oraz Calumem, ale to szczęście było spowodowane po prostu jego szczęściem. Odczuwała swego rodzaju satysfakcję, bo sprawiła komuś przyjemność. A poza sądowym wybronienem nie zdarzało się to za często.
Ashton zdawał się czerpać z wolności jak najwięcej. Zdołał zapomnieć, że wcześniej swoje dni spędzał za kratkami. Przypominał sobie stare dobre czasy, kiedy jego dni zapełniali przyjaciele – Calum, Michael i Luke. Nic więcej się nie liczyło, tylko oni. Brakowało mu tego.
Ale nie tylko tęsknota i przywołanie wspomnień było celem tego wyjścia. Ashton również jak Addelaine, miał swój plan, który powoli wprowadzał w życie. Być może adwokatka myślała, że dobrze odgrywa swoją rolę, ale Ashton również potrafił to robić, lepiej niż ona. Dlatego tym razem to on postanowił zacząć działać i zdobyć zaufanie Addelaine, by dowiedzieć się, co takiego skrywa.
- Widzę, że bawisz się fantastycznie – zagadał do prawniczki, nie omieszkając dorzucić do swoich słów nutki ironii, gdy Calum i Michael kończyli swoją rundę bilarda.
Addelaine zaśmiała się sztucznie.
- Mnie taka forma spędzania czasu odpowiada – odparła – Czy ma pan z tym problem, panie Irwin?
- Czy ty kiedykolwiek gdzieś wychodziłaś, Levinson? – zapytał – No wiesz, tak ze znajomymi?
- Owszem – powiedziała, po czym przełknęła ciężko alkohol, który w siebie wlała po tych słowach – Ale teraz jestem prawnikiem, więc nie przystoi mi szlajanie się po klubach czy barach.
- Więc co tutaj robisz?
- Jak to co, niańczę cię! – obruszyła się brunetka.
- Wiesz co? Nawet niańczyć można o wiele lepiej – zaśmiał się – A skoro już mi matkujesz, powinnaś też zapewniać mi trochę rozrywki – Irwin puścił jej oczko, przyjmując postawę flirciarza.
- Czy bilard już ci się znudził? Możemy zmienić lokal na inny... – wtrąciła – Znam jedno miejsce, gdzie są rzutki, chińczyk, a może... szachy?
- Chodź, zatańcz ze mną – zaproponował, a jego twarz spoważniała.
- Co?! – wrzasnęła, mało nie opluwając całego blatu baru. Otarła twarz i zadała Ashtonowi kolejne pytanie. – Oszalałeś?
Blondyn zaś zignorował pytanie adwokatki i uniósł rękę, przywołując tym gestem barmana.
- Jeszcze jeden kieliszek dla tej pani – poprosił grzecznie – I puśćcie jakąś hiszpańską muzykę.
Pociągnął ją za rękę. Stanęli w tłumie tańczących ludzi, którzy właśnie zmieniali rytm do puszczonej piosenki. Ashton przyciągnął Addelaine do siebie. Chwycił jej prawą dłoń i uniósł, natomiast drugą dłoń położył na jej plecach. Kobieta zdawała się być delikatnie oszołomiona, tym co właśnie się działo. Blondyn zaczął stawiać pierwsze kroki i prowadzić partnerkę, powoli wchodząc w rytm piosenki. Addelaine ciągle myślała o tym, aby nikogo nie podeptać. Trochę szumiało jej w głowie, po mocnym drinku; próbowała się kontrolować, ale Ashton dawał jej tak dużo swobody, że w pewnym momencie zapragnęła się uwolnić. Chciała chociaż na ten wieczór dać sobie spokój z byciem oficjalną, odrzucić prowadzenie sprawy i matkowanie. Potrzebowała przypomnieć sobie stare czasy. I odpuściła.

Przestała myśleć o krokach, o pracy czy kulturze prawniczej. Po prostu zaczęła się bawić i to z człowiekiem, o którym w życiu by nie pomyślała, że będzie mogła pójść do baru, swobodnie rozmawiać, tańczyć i się śmiać. 

wtorek, 12 września 2017

Rozdział 14

Addelaine wysiadła z samochodu, a za nią reszta obecnych osób. Zaczęła iść w stronę, gdzie widziała powoli znikającego w tłumie ludzi Ashtona. Andre dołączył do niej i podtrzymywał jej krok. Jego twarz czerwieniała, a na twarzy malowała się złość. Zaciskał już dłonie i czekał, aż dorwie Irwina, by móc wymierzyć swoją sprawiedliwość. Był również zły na prawniczkę, która powoli, spacerkowym krokiem podążała za więźniem, który właśnie im zbiegł. Nie mógł zaakceptować jej post podejścia do sprawy.
- Długo będziesz tak wędrować? – zapytał z irytacją, patrząc na nią wkurzony – Właśnie spieprza nam więzień.
Addelaine zaś zatrzymała się i skrzyżowała ręce, spoglądając na mężczyznę z politowaniem.
- To będzie twój problem – odparła, wywracając oczami – O ile wiem, to ty się nim opiekujesz – palcami pokazała cudzysłów – A ja nie jestem mistrzynią w sportcie zwanym „Bieg w szpilkach”.
Andre zerknął na jej stopy, które faktycznie zdobiły czarne, matowe szpilki.
- Długo będziesz czekał, idioto? – zapytała zdenerwowana – Biegnij po niego! – nakazała, a mężczyzna ruszył w poszukiwaniu więźnia, a za nim jego dwóch przyjaciół.
Dziesięć minut później wrócili, w towarzystwie Ashtona, którego wyraz twarzy nie wyrażał zadowolenia, jak Addelaine się spodziewała. Andre szybko wepchnął Ashtona do samochodu, zanim ktoś z ludzi zdążyłby zadzwonić i poinformować media lub policję, że najgroźniejszy morderca zbiegł służbom specjalnym.
- I?! – spytała głośno brunetka – Gdzie ona jest?
- Ja… Ja nie wiem, myślałem, że….
- No pięknie – podsumował funkcjonariusz – Nie dość, że wypuściłaś więźnia na wolność, to okazuje się, że jest w dodatku pierdolnięty i ma zwidy.
- Stul pysk – rozkazali zgodnie, a później spojrzeli się na siebie. Addelaine spiorunowała swoim wzrokiem Ashtona, który mógł ugryźć się w język, ale mimo wszystko rozumiała jego reakcję. Zwróciła się do niego grzecznie i spokojnie, chociaż w głębi duszy serce łomotało jej ze zdenerwowania. Umiała to po prostu dobrze ukryć.
- Nie możesz tak uciekać, Ashton – oświadczyła – Ledwo wyszedłeś, a takie zachowania nie pomogą Ci w utrzymaniu przepustki.
- Ja po prostu.. – zająknął się, kiedy próbował wytłumaczyć całą sytuację, ale Addelaine sprawnie przeszkodziła mu.
- Wiem – wtrąciła – Po takim czasie wyjście z więzienia może być trudne. Mogłeś się pomylić.
Samochód jechał już drugą godzinę, a Ashton cały czas wypatrywał za oknem znajomych miejsc, a także.. Caitlin. Ciągle jego myśli krążyły wokół niej. Ta dziewczyna wyglądała tak znajomo, prawie identycznie. Nie mógł wyrzucić jej ze swojej pamięci.
Nagle spostrzegł tabliczkę „Witamy w Hurstville” i szybko zwrócił się do reszty osób.
- Jedziemy do mojego domu?
- Został sprzedany – oświadczył Calum.
- Mieszkania?
- Też już go nie masz… - odpowiedział z zakłopotaniem Michael.
Ashton prychnął, zwracając się ponownie do okna i mruknął cicho.
- Wow, a mam chociaż swoje konto bankowe, żeby móc je kupić czy również jest sprzedane?
- Jakby ci to powiedzieć… - zaczął Calum, ale Addelaine mu przerwała.
- Twoje konto zostało zamrożone – oznajmiła ze spokojem – Pieniądze nadal się na nim znajdują, ale nie masz do nich dostępu.
- Więc kto ma? – zapytał, zerkając na nią podejrzliwie.
Levinson uśmiechnęła się ciepło.
- Osoba, do której właśnie zmierzamy.
***
Gdy tylko wjechali w odpowiednią ulicę, Ashton rozpoznał miejsce, w którym się znajdowali. Każdy domek jednorodzinny, który mijali wyglądał tak, jak je zapamiętał. Nic w okolicy nie zmieniło się. Poza kilkoma rzeczami i… osobami.
Zatrzymali się przed znajomym mu domem, w którym spędził swoje całe dzieciństwo. Wysiadł z samochodu i nie czekając na swoich towarzyszy przeszedł przez ogrodzenie, zanim brama zdążyła się otworzyć, jak to robił w młodzieńczych latach. Ze schodów właśnie schodził lekko zasiwiały mężczyzna, który nie był wcale obcy, a odpowiadał za całe to zamieszanie.
- Nie sądziłem, że w końcu normalnie cię uściskam – zawołał wuj Ashtona, któremu wpadł w ramiona, gdy go zobaczył.
- Dziękuję – powiedział cicho – Nie sądziłem, że ktoś po tylu latach o mnie pamięta i jest w stanie zrobić tyle, ile ty robisz teraz…
- Ashton, ja w ciebie wierzę – szepnął mu do ucha – Nie spieprz tego.
- Postaram się – obiecał.
- A teraz zapraszam do domu, gdzie czeka na ciebie ktoś ważniejszy niż ja – poprosił, po czym podążył do Addelaine, by przywitać się z nią i zostawić go na moment samego, by mógł przeżyć tę chwilę sam.
Blondyn powoli wszedł po schodach, nie spodziewając się tego, co może zaraz zobaczyć. Przeszedł przez korytarz do salonu, gdzie stała niska postać o średniej długości siwych włosów, odwrócona do niego plecami. Słysząc kroki, zwróciła się, by pokazać swoją twarz.
- Ma…mama? – wydusił z siebie, gdy zobaczył starszą kobietę, która na jego widok rozpłakała się. W dłoni ściskała uchwyt laski, ale ona nie powstrzymała jej przed szybkim podejściem do mężczyzny i wzięcia go w swoje ramiona. Ashton również ją objął. Nie za mocno, ale z całą miłością, jaką darzył starszą kobietę i siłą tęsknoty, którą mógł jej okazać. Nie czuł się świadomy tego, co się właśnie wokół niego działo. Miał wrażenie, że część życia, której został pozbawiony i odcięty od niej na kilkanaście lat, właśnie do niego powróciła, a wręcz została mu podarowana. Addelaine oraz reszta towarzyszy patrzyli na niego i widzieli to oszołomienie, ale i szczęście, tęsknotę i desperację, jaka w tym momencie nad nim brała władzę. Wydawał się być taki mały i niewinny, niczym małe dziecko. Po jego policzku spłynęło kilka łez, które starał się ukryć i nie pokazywać nikomu, a zwłaszcza matce, która w przeciwieństwie do niego wylewała ich morze. Gdy oderwała się od niego, a on zdążył otrzeć łzy, głaskała go po głowie i policzkach powtarzając, że jej malutki synek wrócił. O mały włos, a raz by się prawie przewróciła z powodu braku sił i opuszczenia laski, która wspomagała staruszkę. Szybko Michael i Calum ruszyli na ratunek, sadzając kobietę na kanapie. Irwin zajął miejsce tuż obok niej, trzymając ją mocno za rękę. Addelaine siedząc naprzeciwko nie mogła wyjść z podziwu, w jaki sposób taki człowiek jak On, mógł sobie tak spieprzyć życie – mając kochającą, czekającą na niego rodzinę i przyjaciół; ciepły dom i wspaniałe życie. Sama wzruszyła się na oczach wszytkich, patrząc na ten niesamowity widok, którego zupełnie się niespodziewała. Patrząc na niego nie mogła zrozumieć, dlaczego nie chciał wyjść z więzienia, czemu nie chciał od niej pomocy i ucieczki od tego mroku, mając coś, czego ona nie mogła już otrzymać?
Po dwudziestu minutach wszyscy przeszli do wspominania poprzednich czasów. To było dla Addelaine bardzo korzystną sprawą, bo w końcu mogła dobrze poznać Ashtona i dowiedzieć się, jaką naprawdę był osobą. Jednak Irwin nie czuł zadowolenia, gdy jego mama mówiła o czasach szkolnych, a później przeszła do czasów, gdy przez dziesięć lat była sama i opowiadała, jak żyła. Wuj śmiał się z nią, Addelaine, Andre, Calum i Michael z grzeczności się uśmiechali, ale Ashton zbladł i spoważniał, aż w pewnym momencie wstał, rzucając cicho, iż za chwilę przyjdzie i wyszedł przez drzwi wejściowe. Andre już ruszał za nim, by nie spuszczać go z oka, ale Levinson powstrzymała go i sama podążyła za mężczyzną. Domyśliła się, że ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebował był natrętny funkcjonariusz.
Prawniczka znalazła mężczyznę siedzącego na schodach.
- Nie sądziłem, że to będzie takie trudne  - wyznał – Stać tam i…
- Rozumiem – odparła Addelaine, siadając obok mężczyzny – Nie tylko ty masz z tym problem, każdy ma.
- Gdyby chodziło tu tylko o mnie, ale.. wyrwałem dziesięć lat życia z nich wszystkich – powiedział, a w jego głosie słychać było ogromne rozczarowanie sobą i niewyobrażalny ból – To wszystko zdawało się być o wiele łatwiejsze, kiedy…
- Caitlin była obok? – spytała, wtrącając się blondynowi w słowo, a ten skinął.
Addelaine westchnęła.
- Nie sądzę, że poradzę sobie z tym…
- Poradzisz, Irwin – po raz kolejny weszła mu w zdanie, nie chcąc słyszeć żadnej odmowy.
Za bardzo go teraz potrzebowała. Musiała mu udowodnić i pokazać, że ma szansę z tego wyjść i jest w stanie walczyć, bo gdy w końcu to zrozumie – pomoże jej w schwytaniu jedynej osoby, o której w tej chwili jest w stanie myśleć.
- Wiesz, ile osób straciłem przez swoją własną głupotę? – zapytał z wyrzutem – Moją rodzinę, moich najbliższych przyjaciół, przeze mnie zginął Luke, Caitlin nie ma i och, Boże, nie mam nawet siły wymieniać ich wszystkich.
- Hej! – brunetka krzyknęła karcącą i dotknęła jego ramienia – Czytałam twoje akta i wiem, kto zabił Luke’a. Nie była to twoja wina.
- Gdybym ich wszystkich nie wpakował w swoje problemy, to wszystko nie miałoby miejsca – obwiniał się mężczyzna.
Addelaine wywróciła oczami i zabrała dłoń. Wstała i wysunęła rękę w kierunku blondyna, czekając aż po nią sięgnie. Nie mogła dłużej wysłuchiwać jego spowiedzi, w której zadręcza się czymś, czego powodem w ogóle nie był.
- Musisz przestać obciążać siebie błędami, w które ktoś inny cię wplątał. Może nie jesteś niewinny, ale nie możesz również ciągnąć za sobą czyiś występków. Wszyscy odpowiadają za siebie, nie ma organizacji charytatywnych, kiedy chodzi o popełnianie zbrodni. – powiedziała ostro, wyjaśniając – Dlatego zamierzam do więzienia wsadzić Seana Fletchera.
Ashton uniósł głowę i popatrzył na nią z niedowierzaniem.
- Uważasz, że jesteś w stanie to zrobić?
Levinson skinęła głową.
- Tylko, jeśli będę miała w tobie wsparcie – odparła, a w jej głosie można było wyczuć nutkę nadziei. Kiedy Ashton milczał, postanowiła ponegocjować – Ja znajdę Caitlin, a ty wsadzisz ze mną Seana do więzienia. Wydaje mi się, że to całkiem dobry układ.
Blondyn podał kobiecie dłoń, oddając jej również swoje zaufanie, chociaż coś mu podpowiadało, że nie powinien tego robić w stu procentach.
By załatwić sprawy dokumentowe, Addelaine zostawiła na godzinę Ashtona i jego przyjaciół wraz z Andre i wróciła do miasta, a później mieszkania, żeby chwilę odpocząć. Ku jej zdziwieniu, gdy szła przez korytarz, ujrzała uchylone drzwi mieszkania. Nie było to nic szokującego, jeśli Charlotte była w domu i zwyczajnie ich nie zamknęła, jednak parę rzeczy znajdowało się na wycieraczce, a to już budziło wątpliwości. Przyśpieszyła kroku i wręcz wpadła do mieszkania, aby je sprawdzić, ale przyjechała zdecydowanie za późno. Całe mieszkanie zostało zdemolowane.Akcesoria, naczynia i dodatki do domu leżały popękane na ziemii. Szafa z książkami była przewrócona, kanapa przekrywiona i rozdarta, okno balkonu wybite. Brunetka stała w korytarzu i bała się przejść dalej, nie chcąc widzieć większych strat. To co się wydarzyło w pierwszej części mieszkania było już dla niej wystarczające.
- Addelaine, chcesz mi powiedzieć, co tu się do cholery wydarzyło? – zza ściany niczym zaczarowana wyłoniła się Charlotte, a wyraz jej twarzy wyraźnie wskazywał na to, że jest zdenerwowana i przerażona tym, co zastała zanim Addelaine udało się trafić do domu.
Addelaine przeszła obok niej, o mało po raz kolejny nie wywracając oczami.
- A na co ci to wygląda? – burknęła pod nosem, gdy wchodziła do salonu.
Brunetka zaczęła podnosić papiery z podłogi, a popękane wazony oraz szklanki delikatnie i uważnie zbierać w jedno miejsce. Odnalazła w jednej z szuflad pod telewizorem reklamówkę i zdecydowała się powrzucać tam popękane szkło.
- To już przechodzi wszelkie pojęcie – Charlotte oburzyła się – A wszystko przez tę cholerną sprawę…
- Przestań – warknęła Levinson, nie pozwalając współlokatorce skończyć.
Charlotte nie wytrzymała i podeszła do kobiety, szarpiąc ją za rękę i odwracając do siebie.
- Czy ty naprawdę jesteś aż taka ślepa, Addelaine? – zapytała delikatnie, chociaż nadal wyczuwalna była jej złość, którą teraz dzialiła ze swoją koleżanką – Nigdy nie było takich szurniętych sytuacji! Nikt nie napadał na nasze mieszkanie! Raz na miesiąc przychodziły do ciebie jakieś groźby, a teraz?
Addelaine wstrzymała powietrze, po czym spojrzała na Charlotte z politowaniem.
- Próbuje nas zastraszyć – wyjaśniła – To nic takiego.
- Nic takiego?! – Ciemnowłosa rozłożyła ręce i rozejrzała się dookoła – To dla ciebie jest „nic takiego”?
Adwokatka wzruszyła ramionami.
- Nie zrezygnuję z Ashtona – oświadczyła pewnym głosem i wróciła do sprzątania całego bałaganu, jaki zastała.
Brunetka podeszła do beżowej kanapy okrytej białym bawełnianym kocem oraz kolorowymi poduszkami i przysunęła ją bliżej telewizora, by znów mogła stać prosto. Wazon, który jako jedyn nie zbił się, postawiła na komodzie, tuż przy zaległych, nieodczytanych listach. Reklamówkę z niepotrzebnym już szkłem zabrała i wrzuciła prosto do śmietnika. Próbowała naprawić drzwi od szafy, które z niej dosłownie zwisały, jednak urwały się zawiasy. Nie mogła już nic z nimi zrobić, nadawały się do wymiany. Zdjęła lustro, które wisiało na ścianie w korytarzu i ustawiła je przy śmietniku. Charlotte nie zamierzała jej pomóc, bo nie była winna tym wydarzeniom. Stała i patrzyła, jak Addelaine cierpliwie i bez narzekań porządkuje całe mieszkanie, jak gdyby żadne włamanie i rozruba nie miały tutaj miejsca.
- Kto nas próbuje zastrzaszyć – wydusiła z siebie w końcu pytanie, poprzez zaciśnięte zęby.
- Dobrze wiesz – odpowiedziała Addelaine.
- Kto?! – wrzasnęła Charlotte, a Addelaine zwróciła się ku niej.
- Sean! – również krzyknęła ostro – A myślisz, że kto zrobiłby taki burdel? Święty Mikołaj szukając choinki!?
Charlotte schowała twarz w dłonie i zaczęła chodzić w kółko po pokoju, powtarzając jedynie słowa „Nie wierzę”. Addelaine oglądała, jak jej koleżanka popada w panikę i nie wiedziała co robić, ani co powiedzieć, aby ją uspokoić. Kiedy już otwierała usta i wyciągała ręce, aby porozmawiać, za chwilę je opuszczała, bo brak odpowiednich słów, by jakkolwiek się usprawiedliwić ją blokował.
- Dlatego nie chcesz zrezygnować z Ashtona? – spytała – Bo on doprowadzi cię do niego, prawda?
Addelaine nieśmiało i cicho potwierdziła jej teorię.
- Jak długo będziesz się łudzić Addelaine, że to coś zmieni? – głos dziewczyny był pretensjonalny i sarkastyczny – Myślisz, że nadejdą lepsze dni? Nie. Nie… - zaśmiała się przez łzy – Nie dość, że marnujesz swoje życie, to jeszcze moje. To jest popaprane, ty jesteś popaprana, jeżeli uważasz, że to zwróci ci twoją ukochaną przeszłość. Życie to nie pieprzona bajka, a on nie żyje i ty nie zmienisz tego, choćbyś wsadziła za kratki Seana! On i tak będzie martwy. Jest od dwunastu lat, był i będzie!
- Zamknij się! – wybuchła brunetka uderzając płaską dłonią w blat stołu obok którego stała. Jej głowa była spuszczona w dół, a rozgarnięte włosy zakrywały twarz. Oddychała ciężko, jej całe ciało unosiło się, a dłonie błyszczały od potu. Zgarbiona, ledwo stojąca na nogach nie miała już dłużej siły, by słuchać ataków swojej współlokatorki. Uniosła lekko głowę, a przez kosmyki włosów można było zobaczyć jej ciemne, kipiące złością oczy. Gdy Charlotte patrzyła na nią, była prawie pewna, że mogłaby teraz zabić. Uderzyła w jej najgorszy czuły punkt, którego nikt nigdy nie odważył się poruszyć, bo doskonale wiedział, co może spowodować. Ona jednak nie była tego świadoma, ale kiedy już się przekonała, to postanowiła więcej nie próbować. A już na pewno nie rzucać tak ostrych słów w złości. Charlotte zdecydowała ulotnić się na jakiś czas, więc rzuciła tylko krótko:
- Pamiętaj, że ja też tu mieszkam i nie zamierzam tego znosić.
A po chwili już jej nie było. Zostawiła Addelaine całkiem samą.

Adwokatka powędrowała do kuchni, gdzie odnalazła całą, nie pękniętą szklankę. Nalała do niej whisky, którą wyciągnęła wcześniej z lodówki i upiła łyk. Ale smak nie był już taki sam, jak zawsze. Był gorzki, a zarazem mdły. Gdy nawet tak mały detal nie był w porządku, kobietę znów ogarnęła złość. Rzuciła szklanką o ziemię, a ta rozbiła się na drobne kawałki. Nie zamierzała tego sprzątać. Podeszła do ściany słabym i wolnym krokiem, a potem osunęła się na podłogę i rozpłakała, wspominając przeszłość, która chodziła za nią i przez którą ogarniał ją mrok. Wtedy niedaleko niej spostrzegła prostokątną kartkę, leżącą prawie że na środku mieszkania tak, by nie sposób było jej nie zauważyć. As.

Obserwatorzy

Szablon
Fantazja
zxvzxvz