niedziela, 13 sierpnia 2017

Rozdział 12

muzyka: klik

Addelaine zasiadła za biurkiem, naprzeciwko dwóch mężczyzn. Splotła palce u dłoni, a następnie położyła ręce na biurku, pochylając się lekko i spoglądając na swoich gościem z uśmiechem. Obok niej leżała kartka, na której wydrukowany był tekst – podpisany i zapieczętowany u dołu. Obserwowała obu dżentelmenów dokładnie – Pan Clifford wyglądał na lekko zdenerwowanego, a Pan Hood był ewidentnie spięty i sprawiał wrażenie zniecierpliwionego. Dłoń schował w kieszeni spodni, gdzie trzymał paczkę papierosów.
- Jest dobrze – oznajmiła, a obydwaj mężczyźni odetchnęli z ulgą, jakby kamień spadł im z serca – Rozmawia ze mną, współpracuje i… zachowuje się zupełnie inaczej – zauważyła – Nie wiem, czy to zasługa któregoś z Was, ale poskutkowało. Nie jest może sympatyczny, ale dopóki jestem w stanie się z nim dogadać to mamy całkiem spore szanse.
- Myśli Pani, że jest możliwość uniewinnienia go? – zapytał Calum, a Addelaine zaprotestowała kręcąc głową.
- Nie – odpowiedziała stanowczo – Ale możemy ten wyrok mocno złagodzić, jeśli tylko udowodnimy, że Ashton działał pod wpływem innych osób i wydarzenia z jego życia wpłynęły na późniejsze działania. To zazwyczaj zmiękcza serca ławy przysięgłych. Opracowuję kilka strategii, ale są rzeczy, w których będę potrzebowała waszej pomocy.
- To znaczy? – dopytywał Michael.
Addelaine oparła się na krześle i wzrok wbiła w biurko. Wzięła głęboki wdech, zanim zaczęła wyjaśniać przyjacielom swojego klienta, w jakie tarapaty zamierza ich wpakować.
- W tym świecie wszystko powinno funkcjonować legalnie i zgodnie z prawem – powiedziała – Ale jak w każdym innym, czasem trzeba mieć asa w rękawie – specjalnie użyła przenośni, aby sprawdzić ich reakcje, jednak obaj siedzieli spokojnie i ani drgnęli – Potrzebuję każdego punktu zaczepienia, który wybroni Ashtona, nawet jeśli nie mogę ich zdobyć legalnie.
- I my mamy w tym pomóc? – Calum zdawał się nie być zachwycony pomysłem adwokatki.
- Potrzebuję nagrań z monitoringów, zdjęć, świadków – wymieniała – Nawet tych, które są nie do zdobycia.
Michael wzruszył ramionami.
- Nie brzmi, jak ciężkie zadanie – stwierdził, zerkając na Caluma.
- Jeśli macie kogoś, kto jeszcze obroni Ashtona – zasugerowała – Muszę ich mieć w swojej liście. Dave przyprowadzi jego matkę, sam będzie zeznawał, Cassie, ta dziewczyna, którą po…
Calum wyprostował się i wtrącił.
- Nie ma mowy – zaprotestował ostro – Cassie nie będzie zeznawać dla Ashtona.
Addelaine zaskoczona reakcją ciemnowłosego, zmarszczyła brwi i zapytała głośno.
- Dlaczego? Znała Ashtona, więc wie jaki jest. W dodatku z tego co wiem, była również przyjaciółką Caitlin, którą również musicie pomóc mi znaleźć.
- Nie znajdziemy Caitlin – odpowiadał szybko Hood, a Michael spuścił głowę i siedział w milczeniu.
- Jesteś strasznie pesymistycznie nastawiony co do tej dziewczyny – zauważyła adwokatka – Podajcie mi powód, dla którego nie możemy nawiązać z nią kontaktu?
Nastał moment ciszy. Michael nie spoglądał na Caluma, który mierzył się spojrzeniami z Addelaine. Clifford zmagał się sam ze sobą i panikował, ponieważ nie wiedział co ma powiedzieć. Levinson wywierała na obu mężczyznach presję, chcąc poznać prawdę o dziewczynie, bo wiedziała, że coś ukrywają i nie zamierzała dać sobie spokoju. Zbyt wiele czasu i chęci poświęciła na poszukiwania i sama była zdesperowana. Potrzebowała Ashtona, jego motywacji i zainteresowania wyjściem, a przyciągała je tylko informacjami o Caitlin. W dodatku oni – jako jego przyjaciele, powinni coś powiedzieć, nie tylko jej, ale i jemu. Po dziesięciu latach męki po prostu na to zasłużył.
Nagle Michael podniósł wzrok i zdecydował się na rozmowę. Gdy już otworzył usta, aby coś powiedzieć, Calum nagle wtrącił swoje słowa.
- Jest świadkiem koronnym i nikt nie jest w stanie jej znaleźć – wydusił z siebie – Służby nie dadzą żadnych informacji na jej temat.
Addelaine uniosła brew i na chwilę zamilkła, uciekając do swojej myśli, aby przeanalizować słowa przyjaciela Ashtona. To było całkiem proste i miało nawet sens. Przecież odmówiono jej wydania dokumentów dotyczących Caitlin, kiedy pojawiła się w siedzibie służb. Wiele danych i wiadomości na temat tej dziewczyny jest niewidoczna i niedostępna, a cała jej sytuacja niewyjaśniona.
I właśnie to ją zastanawiało.
Dlaczego nie ma żadnych wyjaśnień?
Nawet jeśli była świadkiem koronnym, któremu dano nowe życie oraz tożsamość, dlaczego nie zakończyli ostatniego rozdziału książki o pannie Teasel? Czemu nie ma żadnej puenty? Historyjki, która nadałaby koniec jej życiorysowi i ucięła serię pytań.
Coś tutaj nie trzymało się kupy.
- A gdzie powód, panie Hood?
- Powód? – parsknął śmiechem – Jaki powód?
- Powód, dla którego została świadkiem koronnym – odparła Addelaine.
Calum popatrzył na kobietę z niedowierzaniem i przez chwilę myślał że żartuje. Ale gdy spostrzegł, że Addelaine jest śmiertelnie poważna, pokręcił jedynie głową z niezrozumieniem i dodał:
- Ashton dostał dożywocie, a ona chciała mieć nowe spokojne życie – jego odpowiedź była prosta i banalna, jakby każdy mógł się jej domyśleć – Kto by nie skorzystał?
Brunetka uśmiechnęła się pod nosem i zamknęła leżące przed nią dokumenty. Wstała od stolika i zaczęła przechadzać się po pokoju. Calum przebiegał wzrokiem po leżących na stole papierach, po czym kątem oka zerkał, jak Addelaine krąży wokół nich. Zacisnął mocno zęby i powtarzał sobie w myślach, aby pozostać spokojnym. Nie mógł pozwolić sobie na wyprowadzenie się z równowagi.
- A więc chce mi pan powiedzieć, że służby specjalne po prostu przyszły do Caitlin i zaoferowały jej spokojne życie, ponieważ było im jej żal? – wysunęła wnioski po wypowiedziach mężczyzny, który później wzruszył ramionami i niepewnie skinął głową, co wywołało u Addelaine delikatną satyskację. Przystanęła obok Caluma i płaską dłonią uderzyła o biurko. Michael zadrżał, ale Hood pozostał w bezruchu, jakby jej zachowanie nie robiło na nim wrażenia lub chciał pokazać, że właśnie tak jest, choć w głębi duszy był już przerażony. Addelaine pochyliła się obok niego i tuż przy jego uchu, szepnęła.
- Widzi pan, panie Hood – zaczęła z westchnięciem – Problem w tym, że mam człowieka w tajnych służbach i wiem, na jakiej zasadzie się to rozgrywa. Caitlin spokoju nie dostałaby z powodu ich dobrych serc. Albo był haczyk albo nie było niczego, a to wszystko jest wielkim kłamstwem. Pytanie nasuwa się tylko jedno… Kto te kłamstwo zapoczątkował? – zapytała.
W tym czasie drzwi do tej gabinetu z impetem otwarły się, a w progu stanął nikt inny, jak jej ulubiony gość. Na widok umięśnionego wysokiego bruneta o tajemniczym niebieskookim spojrzeniu, na widok którego Addelaine o mały włos nie dostała zawału. Nogi ugięły się pod kobietą, a dłonie zaczęły się pocić. Stał w progu przez chwilę, opierając się o framugę. Był elegancko ubrany, w błękitną bawełnianą koszulę zapinaną na guziki i czarne spodnie. Ciemne włosy ułożone ustawione były ku górze, aby grzywka nie opadała na jego czoło. Addelaine obdarowała go mrożącym krew w żyłach spojrzeniem, pełnym gniewu i irytacji. Jednak to nie poskutkowało jego wyjściem, a wręcz przeciwnie – wtargnął nieproszony do pokoju, po czym zamknął drzwi trzaskając dosyć ostro.
- Boże, jeżeli przyszedłeś tutaj to oznacza naprawdę bardzo zły dzień dla mnie – powiedziała Levinson, wrogo nastawiona do towarzysza. Podeszła do krzesła i opadła na nie, w głowie mając tylko nadzieję, aby spotkanie z facetem było krótkie i mniej problematyczne niż zazwyczaj.
- Addelaine, totalnie zwariowałaś – powiedział starając się panować nad swoim głosem – Warunkowe wyjście?!
Brunetka wywróciła oczami i zwróciła się do swoich gości.
- Poznaj przyjaciół mojego klienta – zawiadomiła stojąc do niego tyłem, gdyż nie mogła już na tego człowieka patrzeć – Pan Clifford oraz pan Hood. Drodzy panowie, ten wariat to Andre Gaves, AFP.
- AFP? – powtórzył lekko drżącym głosem Hood, co zaintrygowało Addelaine. Od razu rzuciła mu pytające spojrzenie, aczkolwiek ten udawał, że go nie dostrzega. Zmierzył się wzrokiem z Andre, po czym spuścił głowę, jakby nie chciał dłużej utrzymywać kontaktu ze wszystkimi w pokoju i wdawać się w dyskusję.
Andre powstrzymał się od komentarzy i przełknął ciężko ślinę, po czym podszedł do brunetki i chwycił ją mocno za ramię. Przeprosił grzecznie obecnych jej towarzyszy i powędrował z Levinson za drzwi jej gabinetu, gdzie ją puścił i ponownie rozpoczął swój wywód, który ewidentnie nie miał na kobietę wpływu, ale mimo wszystko próbował.
- Jak możesz tego sukinsyna puszczać na wolność? – pytał rozgoryczony, ale Addelaine tylko się uśmiechała obojętnie, czekając aż w końcu da sobie spokój. Skrzyżowała ręce i oparła się o ścianę, patrząc na znajomego, a raczej w jego kierunku, ponieważ tak naprawdę swojego punktu zaczepienia szukała daleko za nim.  – Addelaine, to nie jest głupia zabawa, ten czlowiek to morderca, a ty puszczasz go wolno. Moim zdaniem to…
- Na litość boską, … - wrzasnęła Addelaine przerywając Andre wypowiedź – Nikt cię tu nie zapraszał, nikt nie oczekuje twojej pomocy, ani opinii więc…
- Mam być jego opiekunem – oznajmił i nagle Levinson zamilkła.
- Co za bezsens, nie jesteś z policji, a z AFP więc po co masz się nim opiekować? – spytała, wybuchając niepohamowanym, trochę nerwowym śmiechem.
- Bo to już zbyt duży stopień zagrożenia – odparł – AFP ścigało go tyle czasu i…
Addelaine uniosła ręce w geście protestu. Skrzywiła się i twardo wyznała swoją opinię.
- Nie ma mowy – zaprotestowała – Niech Cię zmienią.
- To nie koncert życzeń – oświadczył oschle, a to rozzłościlo Addelaine.
- Może za chwilę nim być, sama go zorganizuje – zobowiązała się szybko kobieta, posyłając facetowi szczery uśmiech.
- Addie, możesz mnie nie lubić – zaczął, ale ona szybko mu przerwała.
- To nie tak, że cię nie lubię – wyjaśniła spokojnie – Po prostu nie cieszę się twoim istnieniem.
Brunetka zawróciła szybko do gabinetu, żegnając funkcjonariusza jasną i klarowną prośbą.
- Zrób coś z tym, Andre – nakazała, a jej twarz pobladła i spoważniała – Musisz to rozwiązać.
Levinson zjawiła się w pokoju, a wtedy dyskusja pomiędzy dwoma przyjaciółmi Ashtona dziwnie ucichła. Miała dziwne przeczucie, że dotyczyło to Caitlin, ale postanowiła nie kontynuować tematu i rozegrać tę sprawę w zupełnie inny sposób. Usiadła ponownie przy biurku i szybko zlustrowała swoich gości. Wyraźnie byli zmieszani obecną sytuacją, ale ona nie zamierzała niczego wyjaśniać, zwłaszcza, iż było to ingerowaniem w jej prywatne sprawy. A jej życie było bardziej zagmatwane niż sprawa Ashtona Cienia Irwina.

- No cóż – mruknęła, spoglądając na mężczyzn, którzy czekali na jakieś wyjaśnienia – Pozytywne wiadomości już słyszeliście – Otrzymałam zgodę na dwa dni wolności warunkowej dla Ashtona – oświadczyła – A tą mniej pozytywną wiadomość muszę przepić, bo na trzeźwo chyba nie uda mi się jej zaakceptować. Więc… kto przekaże panu Irwinowi szczęśliwą wiadomość?

wtorek, 25 lipca 2017

Rozdział 11

Brunetka lekkim krokiem weszła do pomieszczenia niosąc w rękach stertę dokumentów. Tuż przed sobą zobaczyła znajomego mężczyznę, który ze skrzyżowanymi rękoma stał i przyglądał się zza szyby. Levinson podeszła i przywitała się z Michaelem, a później spojrzała w miejsce, któremu tak zahipnotyzowało przyjaciela jej klienta. Za szybą siedział Ashton, ale nie sam.
Towarzyszył mu Calum.
Jednak nie on był zaskoczeniem, jakie malowało się na twarzy Clifforda, a później adwokatki. Był nim Ashton. Zupełnie inny Ashton – Promienny,  uśmiechnięty, możnaby rzec, że szczęśliwy. A to zdawało się być niemożliwe, jak myślała Addelaine. Sądziła, że taka osoba jaką był On, nie jest w stanie uśmiechnąć się szczerze, normalnie, prawie jak dziecko na widok nowej zabawki czy cukierka. Ale On właśnie taki był. I nie była w stanie pomyśleć, że spotkanie z przyjacielem po kilku latach mogło zdziałać takie cuda.
- Mija godzina, odkąd rozmawiają – zagadał Clifford, wyraźnie zadowolony.
- Myślisz, że Calum może być kluczem do sukcesu? – zapytała, cały czas oglądając Irwina. Rozmawiał tak ochoczo i żywo, jak nigdy wcześniej. Mrok, który wcześniej widziała w jego oczach zniknął. Twarz, która wydawała się zmęczona, teraz była jasna i pogodna. Szeroki uśmiech nie schodził z jego ust. Mężczyzna, który siedział przed nią wcale nie przypominał klienta, z którym musiała się użerać.
- Myślę, że im więcej bliskich Ashtona, tym zdrowszy się wydaje – stwierdził – Zaczyna myśleć, potrzebować i czuć. Aż w końcu, może pewnego dnia zechce chcieć wyjść.
- Może dziś będzie ten dzień – powiedziała, mając nadzieje.
Calum wstał, a Ashton razem z nim. Objęli się, chociaż Irwinowi trudność sprawiały kajdanki. Addelaine obserwowała, jak blondyn zaciska dłoń na koszulke swojego przyjaciela. Widziała tę tęsknotę, potrzebę ciepła i troski, jakiej szukał Irwin. I zrozumiała, że w pewnym sensie to może mieć głębsze dno i sens, którego szukała w Ashtonie. Rodzina i przyjaciele, czyli najbliżsi, którzy mogą wyciągnąć go z tego bagna. Jednak w centrum tego rozwiązania pojawiał się mur zwany Caitlin Teasel, który był nie do przejścia, jak na razie.
Gdy przyjaciel Irwina opuscił pomieszczenie, Addelaine zajęła jego miejsce. Przywitała się z Irwinem, któremu humor nadal dopisywał pomimo zmiany wizytorów. Levinson odetchnęła z ulgą i modliła się, aby to oznaczało, że dzisiejsze spotkanie przyniesie jakieś owocne efekty.
- Miła rozmowa? – spytała Addelaine, zajmując miejsce naprzeciwko swojego klienta.
- Nadrabianie straconego czasu – rzucił krótko, posyłając jej wymowne spojrzenie.
- Niedługo go nadrobicie, w przyjemniejszych miejscach niż.. – przerwała, oglądając ściany prawie pustego, starego i po prostu brzydkiego pokoju, po czym dodała – To.
Ashton zmarszczył czoło i popatrzył na adwokatkę pytająco.
- O czym ty mówisz?
- Złożyłam wniosek o warunkowe wyjście – oznajmiła, jakby to było nic niezwykłego – Kilka. Wniosków.
Blondyn zamilkł i opadł ciałem na oparcie krzesła, wpatrując się w kobietę z niedowierzaniem. Jego wargi rozszerzyły się, jakby zamierzał coś powiedzieć, jednak żadne słowa nie padły z jego ust. Powtarzał sobie słowa Addelaine w głowie i próbował zrozumieć, analizować, uwierzyć. Aż w końcu dotarło do niego, że to co mówiła nie było obietnicą rzuconą na wiatr, a rzeczywistością. Ona walczyła o jego wyjście, o ponowne ujrzenie świata. I wtedy jego serce zaczęło bić dwa razy szybciej, gdyż wiedział, jaka przyszłość nadchodziła zarówno dla niego, jak i dla niej.
Addelaine wciąż gadała, ględziła, opowiadała, a Ashton tkwił w milczeniu, tylko potakując głową i od czasu do czasu siląc się na uśmiech. Kiedy była w trakcie relacjonowania swojej historii o składaniu wniosku, on szukał wyjścia z sytuacji i grał na czas, którego było niewiele. Musiał znaleźć odpowiedni plan, który nikogo nie kosztowałby wiele, a już na pewno nie jego. Zbyt dużo miał do stracenia, nie mógł pozwolić sobie na większe problemy.
- Ale gdy już wyjdziesz, będziemy mogli wspólnie zająć się szukaniem Caitlin…
- Zapomnij o niej – napokmnął – To już nieważne.
Addelaine nagle otrząsnęła się z transu swego rodzaju hipnozy w formie monologu. O mało nie zakrztusiła się własną śliną. Spojrzała na Irwina niczym na wariata, chociaż w jej mniemaniu nim był, ale skoro dziś ich konwersacje tak dobrze szły, a przynajmniej do tego momentu, dlaczego miała sobie o tym przypominać? Wolała traktować go, jako normalnego człowieka.
- C..Co? – wydukała – Jeszcze dwa dni temu nie dawałeś mi szans na rozmowę i informacje, dopóki nie znajdę Caitlin – przypomniała – Skąd ta zmiana?
Jego serce znów zabiło szybciej, a w głowie pojawiła się wielka burza. Co robić? Co jej powiedzieć? Co wymyślić, aby dała sobie spokój? Jak sprawić, aby przestała pytać?
- Uznałem, że to bez sensu – odparł oschle, zerkając w ścianę, aby nie spotkać jej świdrującego wzroku. Miała piękne duże oczy, ale one zadawały więcej pytań niż ona sama. – No wiesz, skoro od dziesięciu lat nie kontaktowała się ze mną, a teraz nawet nie da się jej znaleźć, po co mam się trudzić? – Starał się wybrnąć z sytuacji, kłamiąc.
Addelaine prychnęła, a ciało Ashtona ogarnął wtedy gorąc. Nie tak łatwo było ją oszukać i zbyć.
- Ty tak uznałeś? – spytała – Czy może Calum?
- Calum? – odpowiedział pytaniem – A co ma Calum z tym wspólnego?
- Nie wydawał się być zadowolony widząc mnie, w dodatku szukającą Caitlin – wyznała – Właściwie, to bardzo jasno powiedział mi, że nie powinieneś jej szukać.
Ashton spuścił głowę i zaczął przecierać palcami. Zaczął zastanawiać się nad słowami Caluma. Ich dzisiejsza rozmowa oraz temat Caitlin również miał dziwny wydźwięk. Być może przeczucia Addelaine wcale nie pojawiy się bez powodu. Ale, jeśli faktycznie Calum wiedziałby coś więcej o Caitlin, to Michael również, a wtedy cała układanka nie miałaby najmniejszego sensu. A może jednak?
- Nie, Calum nie ma nic wspólnego z moją decyzją – odpowiedział szczerze, aczkolwiek nie zamierzał zdradzać niczego poza tym. Wpływ na jego zachowanie miał ktoś inny. Ktoś, kto obiecał i dał mu o wiele więcej niż adwokatka.
Godzinę przed spotkaniem z Levinson, Irwin został zawołany na kolację. W kajdankach oraz towarzystwie ochroniarzy spacerował korytarzem prosto do stołówki, na której czekało jedzenie przygotowane dla więźniów. Mijał rozwścieczonych psychopatów, chcących wydostać się zza krat, rzucających wyzwiskami morderców, pedofilów i złodziei. Ignorował ich zachowania, starał się nie zwracać uwagi na słowa, jakie szły w jego kierunku, aby nie dać się sprowokować. I wybrnął z tego całkiem dobrze, jednak nie miał pojęcia, że idzie w pułapkę, która już długo na niego czekała.
- Stary, zamkniesz drzwi na końcu korytarza? – poprosił ochroniarz, swojego drugiego kolegę – Ja przetransportuje tego bałwana.
Gdy ten skinął głową i ruszył za prośbą towarzysza, mężczyzna zabrał Ashtona i poprowadził go w głąb korytarza, po czym skręcili w stronę stołówki. Zanim do niej dotarli, mężczyzna chwycił blondyna za szyję i popchnął na ścianę. Później, przycisnął ramię do jego gardła, by odciąć mu dopływ powietrza. Ashton starał się złapać go za ręce, jednak uniemożliwiały mu ten ruch kajdanki. Łańcuch łączący nogi oraz ręce był zdecydowanie za krótki, by mógł chwycić mężczyznę i uwolnić się spod uścisku.
- Proszę, proszę, jaki waleczny – zaśmiał się facet – Masz pozdrowienia.
- Od… kogo.. – wykrztusił Irwin.
- Naprawdę potrzebujesz pytać? – Umięśniony i wysoki mężczyzna przycisnął swoją rękę mocniej – Wiesz, Ashton… Plotki szybko się roznoszą… - powiedział – I bardzo mu się nie podobają.
- O czym ty mówisz?
- O twoim wyjściu, które załatwia ta wariatka Levinson – wyjaśnił szybko – Kiedy w końcu ją spławisz?
Tętno Ashtona stawało się coraz słabsze, a jego twarz poczerwieniała.
- Staram się… - prawie pisnął.
- Staraj się bardziej! – wrzasnął ciemnowłosy – Jeżeli wygra sprawę, a ty wyjdziesz na wolność, pożegnasz się z Caitlin Teasel na zawsze – zagroził, po czym puścił blondyna.
Ashton zakasłał kilkakrotnie i wziął pięć głębokich wdechów, zanim ocucił się i dotarło do niego, co przed chwilą uslyszał.
- On ma Caitlin? – spytał.
Mężczyzna zbliżył się do niego, a potem ścisnął dłoń na jego włosach i uniósł głowę, aby patrzeć prosto w oczy Ashtona.
- A kluczem do jej wolności jest Twoje miejsce tutaj – postawił warunki – Wybieraj – warknął, a następnie złapał blondyna za ramię i poprowadził do stołówki, jak gdyby sytuacja mająca miejsce chwilę temu wcale nie zaistniała.
Po raz pierwszy Ashtona ogarnęła panika, bo jego cały świat okazał się być zagrożonym i tylko od niego zależało, jak gra ma się potoczyć.
- W porządku – odpuściła Addelaine, ale tylko Ashtonowi – dokładnie w tym momencie, bo wcale nie zamierzała puścić jego słów koło ucha. Nie była naiwna, ani głupia, żeby uwierzyć w brednie, które wygadywał i oczywiście zdecydowała się temu przyjrzeć z bliska, a w dodatku uznała za swój nowy cel odnalezienie Caitlin, chociaż Irwin miał o tym nie wiedzieć. A więc grała słodką idiotkę, by wyciągnąć ze swojego klienta jak najwięcej. – To co teraz chciałbyś w zamian za informacje?
Blondyn wzruszył ramionami.
- Nic – mruknął cicho, po czym dopowiedział nieco głośniej – Powiem ci wszystko, co tylko będziesz chciała.
Addelaine patrzyła na niego, niczym wryta. Miała wrażenie, że Ashton wziął złe leki albo w ogóle ich nie wziął. Bo skoro był tak miły i łagodny, to nie mogło zwiastować niczego dobrego.
- Czyli będziesz ze mną współpracował i wyrażasz właśnie chęć wyjścia stąd? – dopytała dla pewności.
Irwin uśmiechnął się pod nosem.
- Znudził mi się kolor ścian – wymyślił – Muszę wyjść, żeby chociaż kupić inny i przemalować swoją celę. Może na zielono? Podobno uspokaja.
Brunetka wywróciła oczami. Sięgnęła po swój notes i otworzyła go. Następnie wyciągnęła z torebki dyktafon, który po chwili uruchomiła. Jeszcze raz spojrzała na Ashtona pytająco, prosząc o potwierdzenie swoich decyzji. Ten zaś skinął głową na znak gotowości. Kobieta ujęła długopis w dłoń i odezwała się jako pierwsza.

- Zaczynamy?

___
Może być trochę pomieszany, bo bez edycji, ale następny będzie lepszy xx.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Rozdział 10

muzyka: klik
________________________________________

Addelaine Levinson pewnym krokiem weszła do wieżowca i pokierowała się prosto do windy. Gdy drzwi się rozsunęły, wkroczyła do maszyny i kliknęła przycisk z numerem dwadzieścia trzy. Poprawiła swoją marynarkę i sprawdziła czy aby wszystkie guziki koszuli są zapięte. Ostatni raz zerknęła na makijaż w lustrze windy, a później na zegarek, który wskazywał za dziesięć jedenastą. Miała dokładnie półtorej godziny czasu do odlotu samolotu kierującego się do Sydney. W kieszeni jej płaszcza motała się karta, którą wczoraj znalazła przy swoim samochodzie. Wyjęła ją, spojrzała jeszcze raz na jej znak, po czym cicho westchnęła. Gdy winda zatrzymała się na wybranym piętrze, kobieta szybko wsunęła kartę ponownie do kieszeni i z uniesioną głową podążyła do holu, w którym czekała na nią recepcjonistka.
Widząc adwokatkę, twarz młodej dziewczyny spoważniała. Wyprostowała się i podeszła do blatu stolika, będąc gotową obsłużyć brunetkę. Wysiliła się na uśmiech i niechętnie przywitała obrończynię.
- Panno Levinson, czym mogę służyć? – zapytała delikatnie, aby kobieta nie zauważyła jej niezadowolenia.
Ale Addelaine wiedziała, że dziewczyna jej nie znosi. Nikt jej nie znosił. Była za dobra, a ludzie tego nie rozumieli i zazdrościli jej wygranych spraw, pieniędzy i życia, chociaż wcale nie było takie kolorowe, jakie mogłoby się wydawać. Ale poza nienawiścią, czuli również strach – Tylko na początku kariery przegrała kilka spraw, a później.. wszystko szło tak łatwo. Ludzie bali się – Skoro nie przegrała już od dawna, była naprawdę groźnym zawodnikiem. Kto mógł znowu wiedzieć, jakie sztuczki chowa w rękawach i czy nie szła do celu po samych trupach?
- Pragnę złożyć wniosek o trzydniowe zwolnienie warunkowe – powiedziała jasno, bez zbędnych reakcji, ignorując zachowanie recepcjonistki.
Młoda dziewczyna poczerwieniała.
- A...Ale.. P..Pani Le...Levinso..n, jeśli cho...dzi.. o pana Irwi...Irwi..na.. – jąkała się.
- Na litość Boską! – wrzasnęła Addelaine poirytowana i uniosła ręce w górę, jakby wzywała o pomoc samego Boga – Nie chcesz mi chyba powiedzieć...
- Spokojnie, Madison – usłyszała za swoimi plecami ciężki męski głos – Ja porozmawiam z panią Addelaine...
 Odwróciła się, a starszy mężczyzna o siwej czuprynie i zmęczonym wzroku popatrzył na nią z lekkim uśmiechem. Dłonią wskazał na drzwi u końcu korytarza, do których chwilę później pokierowali się. Addelaine nie była zachwycona widokiem tego człowieka. Liczyła, że rozmowa obejdzie się bez niego albo, że w w ogóle go nie zobaczy, bo w wreszcie został zwolniony. Ale jednak to były tylko jej niespełnione marzenia, chociaż uważała je także za cel – Wysłanie go na emeryturę i objęcie tej posady.
Pokój do którego przeszli był elegancki, gustowny, ale i przytulny. Na środku stało czarne biurko, natomiast przed nim znajdowały się fotele, wyglądające na bardzo wygodne. Zostały skierowane w stronę dużych okien, przez które można było zobaczyć całą panoramę miasta. Widok zapierał dech w piersi. Podobnie, jak poczekalnia, pomieszczenie było drobiazgowo wysprzątane i sterylnie czyste.
Addelaine zajęła miejsce na jednym z foteli i przygotowała dokumenty, które wypełniała z samego rana.
- Co u ciebie, Addelaine? – zapytał spokojnie – Zauważyłem, że się rozwijasz pomimo tragedii, przez którą przeszłaś.
- Pieprzony stary burak – pomyślała i zacisnęła zęby, aby przypadkiem te słowa nie wyleciały z jej ust. Chciał ją wyprowadzić z równowagi, aby szybciej powiedzieć jej stanowcze: NIE. Już formowała dłonie w pięści i opierała je na ramach fotela, ledwo się powstrzymując. Powtarzała sobie, że nie może się tak zachowywać; że to tylko prowokacja i próba rozpalenia w niej tego ognia żalu, złości i nieopanowanego gniewu. Kontrola to jedyna rzecz, o której teraz powinna była myśleć poza złożeniem wniosku i otrzymaniem pozytywnej odpowiedzi.
- Fantastycznie – wypaliła w końcu – Jak widzisz, ratuję ludzi od głupiego i chorego społeczeństwa, które tylko dba o własną dupę oraz pieniądze.
Mężczyzna chrząknął, po czym zaczął przewracać kartki losowych dokumentów, aby tylko czymś się zająć i na nią nie patrzeć.
- Zdążyłaś z pewnością zauważyć, że nie każdego da się uratować – burknął złośliwie, żeby zadać kolejny cios adwokatce. Jej oczy pociemniały, a w sali momentalnie zrobiło się gorąco. Już miała się rzucić na mężczyznę, by raz na zawsze zamknąć mu buzię i nauczyć szacunku oraz empatii, ale ostatni raz powstrzymała się i rzuciła jedynie na jego biurko papiery, posyłając mu satysfakcjonujący uśmiech. 
- Addelaine… Wiesz, że nie mogę wyrazić na to zgody – powiedział oschle, nie zerkając nawet na papiery, gdyż wiedział doskonale z czym przyszła. Odsunął je.
- Nie szkodzi – uśmiechnęła się, po czym podsunęła papier ponownie w jego stronę – Zachowaj to, mam kopię. Addelaine wstała i skierowała się do wyjścia. Zanim jednak jej dłoń zawisła na klamce, zwróciła się do mężczyzny.
- Widzimy się za tydzień? – spytała.
- Co takiego?
- Prawo to prawo – oświadczyła – Odrzuciłeś mój wniosek, ale to nie znaczy, że nie mogę złożyć go jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze raz… - wymieniała, aż wzięła głęboki wdech i dodała ponownie – Oraz jeszcze raz.
- Panno Levinson, to co Pani teraz próbuje zrobić…
- To uświadomienie Pana, jakie przysługuje mi prawo – wtrąciła – Pan może odrzucać moje wnioski, a ja mogę je składać, dopóki Pan ich nie przyjmie. – Była pewna swoich słów  - Proszę więc rozważyć, czyli woli Pan dać raz szansę człowiekowi, który przez dziesięć lat nie widział niczego innego tylko cztery szare ściany, czy jednak preferuje Pan otrzymywać dość sporą pocztę z kilkoma tymi samymi wnioskami, zajmującymi Panu tylko czas.
Brunetka nie dając dojść do słowa mężczyźnie, opuściła pomieszczenie, trzaskając za sobą drzwiami. Nie czuła jednak złości, a wręcz przeciwnie. Była usatysfakcjonowana tym spotkaniem i czuła, że mimo postawy szefa więzienia, jej postawa i zaangażowanie przyniosą upragnione efekty.
***
Mało brakowało, a Addelaine spóźniłaby się na samolot do Sydney. Właściwie, stewardessy nie chciały jej już dopuścić do odprawy, ale Levinson jak zwykle pozostała nieugięta i wygrała z ciężko obrażonymi kobietami. Zajęła miejsce w samolocie i nie czekała na odlot. Zdrzemnęła się zanim jeszcze samolot zdążył ruszyć. Podróż trwała całkiem krótko, gdyby porównywać ją z pociągiem czy samochodem. Spod lotniska, kobieta złapała pierwszą lepszą taksówkę, która zabrała ją pod wskazany adres. Nie sądziła, że bar ciotki Caitlin będzie znajdował się tak blisko serca Sydney. Jechała zaledwie czterdzieści minut na miejsce.
Po wyjściu z taksówki, rozejrzała się. Nie było trudno odnaleźć słynny bar, jednak nie spodziwała się, że zobaczy go właśnie w takim stanie. Ten widok stwarzał pewne problemy.
Addelaine podeszła bliżej drzwi. Były zabarykadowane drewnianymi deskami, za którymi skrywał się napis „Zamknięte”. Trudno było zobaczyć co znajduje się wewnątrz. Zarówno drzwi, jak i okna były zabudowane, a przez niewielkie szpary Addelaine nie zobaczyła niczego, poza ciemnością. Lampki przypięte do szyldu już dawno przestały działać. Obok budynku nikt się nie kręcił. Kilkoro ludzi można było spostrzec dopiero po drugiej stronie ulicy. Brunetka zrobiła kilka kroków w tył i spojrzała w górę, gdzie znajdowały się mieszkania. Levinson postanowiła sprawdzić, czy ktoś mieszka w budynku, czy pozostał opustoszały. Jedną rodzinę udało jej się zastać, jednak nie wydobyła od nich szczegółowych informacji. Każdy mówił to samo – Niewiadomo, co stało się z Caitlin. Addelaine zaczęła się zastanawiać, dlaczego sprawa tej dziewczyny jest aż tak zamknięta.
- Kim jesteś? – usłyszała za sobą damski głos.
Brunetka odwróciła się nagle, a przed nią ukazała się ciemnowłosa kobieta o dużych piwnych oczach. Była bardzo szczupła i wysoka, przypominała anorektyczkę. Wyglądała blado, jakby źle się czuła, a może taki właśnie był odcień jej skóry? Ubrana w zwiewną, kolorową sukienkę stała przed Levinson, gapiąc się na nią, dosyć smutnym wzrokiem.
- Nazywam się Addelaine Levinson… - zaczęła oficjalnie, po czym kontynuowała – I jestem obrońcą…
- Ashtona Irwina – wtrąciła kobieta.
Addelaine zastanawiała się, czy to jej umysł zwariował i przesłyszała się, czy nieznajoma naprawdę wiedziała, kim jest Ashton, ponieważ takie właśnie dotarło do niej odczucie. Brunetka rozejrzała się po ulicy, sprawdzając czy na pewno nikt nie idzie. Gdy upewniła się, że mogą spokojnie porozmawiać, dała krok w przód i zbliżyła się do ciemnowłosej. Wyglądała tak ponuro i smutno, że Addelaine dopadły dziwne, mieszane uczucia oraz obawy. Jakby dziewczyna samym spojrzeniem wyciągała na zewnątrz jej wszystkie lęki i sprawiała, że nagle boli ją serce. Addelaine myślała, że współczucie jest czymś, czego już nigdy więcej nie poczuje, ale jednak ono nie odeszło, a było uśpione.
- Znasz go? – zapytała cicho Levinson.
Nagle przestała być pewną swoich pytań. Nie bardzo wiedziała, jak zacząć lepiej rozmowę, aby wyciągnąć z niej jak najwięcej informacji.
- Był chłopakiem mojej przyjaciółki…
- Caitlin – wymyka się z ust Addelaine – Caitlin Teasel… Wiesz, gdzie ona jest? Gdzie mogę ją znaleźć?
Kobieta spojrzała na prawniczkę pytająco, a jej oczy zaszkliły się. Jej wyraz twarzy był niezrozumiały. Addelaine nie wiedziała, co spowodowało taką reakcję.
- Cassie! – zawołał ktoś z tyłu budynku, przerywając ich krótką rozmowę.
Lekko opalony i umięśniony mężczyzna o czarnej czuprynie wyłonił się zza ścian budynku. Niewysoki i szczupły, ubrany był na czarno, a swoje oczy skrył za okularami przeciwsłonecznymi. Oparł się o zabite drewnianymi deskami drzwi baru.
- Powinnaś już iść, Cassie – powiedział łagodnie.
Czarnowłosa zmierzyła go wzrokiem, jednak posłuchała się i odeszła, skręcając w jedną z uliczek. Brunetka zaś została sama z mężczyzną, który właśnie spławił jej źródło informacji. Nie była tym faktem zadowolona.
- Kim ty do cholery jesteś? – zapytała Addelaine, jednak mężczyzna zignorował jej pytanie i ruszył na zaplecze baru.
Addelaine działając impulsywnie, podążyła za nim. Potrzebowała odpowiedzi, a jedyne źródło, jakie znalazła, odpędził dosyć spokojnie właśnie ten chłopak, co oznaczało, że on również może mieć dużo do powiedzenia, a ona zamierzała to z niego wyciągnąć. Pewnie weszła w zaułek, w który wcześniej wrócił nieznajomy facet i zaczęła się za nim rozglądać. Miejsce wyglądało paskudnie – pełne śmieci, szczurów i unoszącego się smrodu. Levinson zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie śledziła właśnie bezdomnego, który tak naprawdę wcale nie jest jej potrzebny.
Niespodziewianie, ciężka ręka znalazła się na szyi kobiety. Mężczyzna przygwoździł ją do ściany, zaciskając dłoń na jej skórze, aby mogła ledwo oddychać. Drugą dłoń trzymał jej ręce, aby nie próbowała się uwolnić. Jej nogi trzęsły się i gdyby nie fakt, że blokował ją swoim ciałem, zapewne osunęłaby się już na ziemię. Strach momentalnie zapanował nad jej ciałem. Pomimo, że wiele razy pozwalała ludziom wierzyć, że nie boi się niczego, tak naprawdę obaw miała wiele, a z pewnością największą była właśnie śmierć.
- Wydaje mi się, że to ja powinienem spytać, o to kim ty jesteś i dlaczego wpieprzasz się w nie swoje sprawy? – warknął ostro, a jego głos był tak głęboki, że nie sposób było go nie usłyszeć i nie zapamiętać. Patrzył prosto na nią, czuła to, mimo że nie widziała jego wzroku poprzez okulary. Widziała pulsujące żyły na jego umięśnionych ramionach, pot spływający z czoła i ciężki oddech. Wyraźnie wkurzyła go swoją obecnością.
Czuła chłód ściany i mocny ucisk jego dłoni. Brakło jej tchu i zaczynało kręcić się głowie. Zebrała swoje siły, aby uratować sytuację.
- Nie wiem.. – krztusiła się – Cz..cz..y zab..ój..stwo adwo…ka..ta jest.. do..br..ym.. pomysłem.
Mężczyzna nagle zabrał swoją dłoń z szyi Addelaine, odsuwając się o kilka kroków. Brunetka oparła rękę na ścianie. Przez chwilę wyglądała, jakby zaraz miała zemdleć, ale szybko odzyskała przytomność. Ciemnowłosy zaś zdjął okulary i pokazał swoje ciemne czekoladowe oczy. Nie potrafił ukryć zdziwienia, patrząc na nią.
- Jesteś prawniczką Ashtona? – spytał, a ona skinęła – Przepraszam, odpędzamy każdego, kto tutaj węszy – zdawał się być zakłopotany całą sytuacją - Wszystko w porządku?
- Ta – Burknęła brunetka, dłonią masując swoją szyję. Niepewnie stanęła, chwiejąc się. Nie była zachwycona przebywaniem w jego towarzystwie po takim przywitaniu. Najpierw ją zaatakował, a teraz próbował pokazać, jaki z niego gentleman– Skoro już się przedstawiłam, czas na ciebie.
- Calum – odparł – Calum Hood.
- Przyjaciel Ashtona i Michaela, prawda?
- I Luke’a – dodał z lekkim oburzeniem.
Addelaine zdjęła swój czarny żakiet i zaczęła strzepywać brud i kurz, który został na nim, kiedy Calum przyparł ją do ściany. Mężczyzna zaś usiadł na jednej ze starych palet, których zapomnianio wyrzucić po zamknięciu baru Eleanor.
- Szukam Caitlin Teasel – oświadczyła, kładąc dłonie na biodrach – Może mógłbyś mi w tym pomóc, skoro przyjaźnicie się z Ashtonem?
- Wiem, że ciężko mi zaufać po takim chłodnym powitaniu, ale wierz mi -  - Lepiej, żeby Ashton jej po prostu więcej nie zobaczył.
- Co masz na myśli?
- To, że nie są sobie pisani, jak myśli – powiedział ze spokojem – Więc wybij mu to z głowy.
- To nie tak, że biorę w tym przypadku jego stronę, ale czy nie powinni pozwolić sobie chociaż na jedno spotkanie, które wyjaśniłoby wszystko? – zapytała – Skoro mają taką okazję..
- Nie mają – szybko skończył jej myśl – I nie będą mieć, Addelaine.
- Dlaczego? – dopytywała wścibsko.
- Ta sprawa jest skomplikowana, zamknięta i utajniona przez najlepsze służby – odpowiedział, jednak ton głosu Caluma zmienił się i można było zauważyć lekką irytację w jego wypowiedziach -  Nikt już nie ma dostępu do tych informacji, ani do Caitlin.
- Sugerujesz właśnie, że została świadkiem koronnym?
- To, co sugeruję, to właśnie to, abyś ty oraz Ashton sobie odpuścili – powiedział stanowczo ciemnowłosy.
Addelaine stała chwilę w osłupieniu, próbując poskładać wszystkie wątki w całość, jednak niczego nie potrafiła zrozumieć. Słowa Caluma wskazywały na to, że Caitlin przejęły specjalne służby i dostała czystą kartę, ale z drugiej strony nie chciał się rozwodzić nad jej tematem, a to sprawiało wrażenie osoby, która wie znacznie więcej niż mówi. Być może chciał, aby wszyscy myśleli, że właśnie to spotkało Caitlin, a wcale tak nie było?
Odpuściła sobie, bo dokonale wiedziała, że nawet gdyby stała tutaj kolejną godzinę, nic by nie wyciągnęła z przyjaciela Ashtona. Właśnie, przyjaciela. Zaczęła się nad tym zastanawiać i jakim on znowu był przyjacielem, skoro ani razu nie odwiedził go za kratkami, tylko spędzał czas tutaj? A może to również miało drugie dno, o którym Addelaine nie pomyślała?
- Hej! – zawołała, zanim odeszła – Jednej rzeczy nie rozumiem…. Mówisz, że jesteś przyjacielem Ashtona, ale do tej pory nie widziałam cię u niego… - zazuważyła – Chcesz w ogóle, żeby wyszedł z więzienia?
Calum popatrzył na Addelaine z wyrzutem i uniósł ręce.
- Oczywiście, że tak – odparł – Wszyscy tego chcemy.
- Więc może przestań siedzieć na dupie tutaj, tylko jedź do niego – poradziła ostrym tonem – Sam z siebie nie znajdzie motywacji. On potrzebuje pomocy. Potrzebuje przyjaciół. – Akcentowała mocno każde zdanie, jakby chowała żal do Caluma, którego poznała kilkanaście minut temu, o to że porzucił przyjaciela, ale właśnie tak było.
Addelaine miała żal, bo wiedziała jak to jest i jak bardzo Ashton potrzebował teraz bliskich, aby odbić się od dna. Tylko oni mogli mu pomóc, wprowadzić na dobre tory i odzyskać człowieka, którym był kiedyś. Ona kiedyś też tego potrzebowała, ale nikt nie stanął u jej boku. Dlatego właśnie jej życie potoczyło się w taki sposób.
Oddaliła się, w poszukiwaniu postoju taksówek. A kiedy już odnalazła jedną – wsiadła i pokierowała się do najbliższej restauracji na obiad. Później pozostawało już tylko lotnisko i powrót do domu.
Po zakupie biletu na podróż do Addelaide, Levinson poszła na pokierowany przez administrację sektor i czekała na swój lot. Wyjazd był dla niej ciężki, niezrozumiały, a w dodatku przywracający wiele dręczących wspomnień. Chciała już zapomnieć o tym wszystkim i chociaż jeden dzień odpocząć. Czasami miała tego dość – swojego zawodu, gry aktorskiej, która nosiła tytuł „Jestem silną, niezależną kobietą” i tych niekończących się dni, które zawsze wyglądały tak samo. Osób, które dbały tylko o własny biznes i miały gdzieś uczucia innych. Tego, że zawsze musiała pozostawać niewzruszona, bezuczuciowa i bez serca. Oraz tego, że jej życie było ciągłą walką, nie przynoszącą efektów.
W mieście wylądowała około godziny dwudziestej. Zirytowana dość długą odprawą, szybko ulotniła się spod sektora, w którym zbierał się tłum ludzi witający bliskich, przyjaciół i rodzinę. Prędko popędziła na ciężkich i niewygodnych szpilkach do wyjścia, marząc tylko o znalezieniu się w domu.
Jednak przy wyjściu z lotniska zauważyła znajomą twarz. Michael Clifford stał i czekał na kogoś tuż przed bramą wyjściową. Przystanęła na chwilę udając, iż poszukuje taksówki, kiedy tak naprawdę ciekawość zżerała ją od zewnątrz.
Nagle usłyszała, jak ktoś woła Michaela i razem z nim odwróciła się w kierunku dochodzącego głosu. Addelaine spostrzegła nikogo innego, jak swojego towarzysza z Sydney.
- Cześć stary! – powitał go ochoczo Clifford, wyraźnie zadowolony z jego przyjazdu.
Kiedy spojrzenia Addelaine i Caluma spotkały się, tym razem wymienili się ciepłymi uśmiechami. Kobieta ruszyła w kierunku wyjścia, zostawiając dwóch kolegów razem. Wiedziała, że na pewno mieli sobie dużo do opowiedzenia i chcieli spędzić wspólnie czas. Na szczęście Michael nie zauważył jej, więc nawet nie miał możliwości zaczepienia. Addelaine nie chciała nawet wdawać się w szersze znajomości z przyjaciółmi swojego klienta. Zresztą, chciała jak najszybciej wrócić do domu i zakopać się pod pościelą w łóżku, gdzie chociaż na chwilę znalazłaby ukojenie.
Po wejściu do mieszkania zdjęła płaszcz oraz rzuciła torebkę, wyjmując tylko najważniejsze rzeczy – telefon, dokumenty oraz tajemniczą kartę. Rzuciła wszystko na stolik w kuchni i podeszła do szafki, w poszukiwaniu szklanki. Tuż po wypiciu, zamierzała udać się w końcu do łóżka, aby odpocząć, jednak złapała ją Charlotte, która najwyraźniej nie miała planów na wieczór i została w domu, żeby się wyciszyć.
- Hej – przywitała się – Cały dzień cię nie widziałam, gdzie się zgubiłaś?
Addelaine zaśmiała się.
- Nie uwierzyłabyś – rzuciła jej krótkie spojrzenie.
- Co to takiego? – zapytała Charlotte, a jej twarz nagle spoważniała, kiedy na stoliku zobaczyła leżącego Asa.
- To? – Addelaine uniosła kartę – Jedna karta z talii – wytłumaczyła.
- Addelaine, jest praktycznie noc, a tobie zachciało się w karty grać? – zaśmiała się, ale brunetka wyczuła w jej głosie coś innego, jakby zdenerwowanie.
Spojrzała na kartę, która wyglądała tak niewinnie i zwyczajnie, a jednak była czymś zupełnie innym. Czymś większym, gorszym i niebezpieczniejszym, a nikt jej sobie w ten sposób nie wyobrażał. Wiedzieli tylko Ci, którzy ją dostali.
Addelaine wzruszyła ramionami, a Charlotte widząc jej reakcję, nie kontynuowała rozmowy. Zabrała jabłko leżące w białej misce znajdującej się na blacie kuchennym i wróciła do swojego pokoju, machając współlokatorce na pożegnanie. Levinson również powędrowała do siebie, ale przed drzwiami ostatni raz odwróciła się, by spojrzeć na kartę.

- To nie jest zwykła gra… - szepnęła.

piątek, 30 czerwca 2017

Rozdział 9

muzyka: klik
____________________________________________________________
Właśnie wybijała druga w nocy, kiedy w salonie rozbłysło światło. Addelaine przetarła zmęczone oczy, w które uderzyło światło dochodzące z lampy. Brunetka zdjęła z uszu słuchawki, a notes oraz laptop odłożyła na bok. Odwróciła się, aby sprawdzić kto hałasuje w korytarzu. Charlotte upuściła klucze i zaklęła pod nosem. Zaczęła zdejmować buty, starając się robić to cicho, jednak nie bardzo umiała utrzymać ciszę. Addelaine oparła się o ścianę i skrzyżowała ręce, czekając cierpliwie, aż dziewczyna doprowadzi się do porządku. Ta zaś widząc kolorowe skarpetki przed swoimi oczami, uniosła głowę, aby spojrzeć na współlokatorkę.
 - Wybacz, nie chciałam cię obudzić - przeprosiła nieco zakłopotana, dodając później pod nosem - Znowu...
 - Właściwie to nie spałam - odparła brunetka, wzruszając ramionami i odwróciła się na pięcie, żeby powędrować z powrotem do salonu. 
- Cóż, wyglądasz trochę jakbyś jednak spała.. - mruknęła Charlotte, a później ulotniła się do swojego pokoju, zamykając drzwi za sobą. 
Addelaine nie mogła się nie zgodzić z jej opinią. Była w piżamie, składającej się z luźnej koszulki i krótkich spodni. Na nosie miała nieco krzywo leżące okulary, a włosy były upięte w niechlujnego koka. Salon wyglądał, niczym po przejściu huraganu. Na podłodze przewracały się zapisane kartki, podrukowane artykuły i kilka zdjęć dokumentów powypożyczanych z komisariatu policji. Oczywiście, nie wypożyczyła ich, a podkradła, kiedy Jim - dyżurny komisariatu zajadał się pączkami, które mu przywiozła. Gdy był zajęty konsumpcją, Addelaine zrobiła parę zdjęć telefonem, a później podsunęła mu na biurko wcześniej wyciągnięte arkusze. Przy stoliku znajdowały się długopisy oraz zakreślacze. Między poduszkami natomiast leżał pilot do telewizora, pod który podłączyła laptopa, aby odtwarzać nagrane przedtem wiadomości. Tuż przy jej nogach znalazł swoje miejsce kubek wypełniony mocną czarną kawą. A właściwie dwa kubki, ale jeden był już pusty i przewrócony, w kącie pokoju. 
Levinson usiadła na podłodze i wróciła do poszerzania swojej wiedzy. Wzięła jeden z raportów spisanych prawie dziesięć lat temu i kontynuowała lekturę na temat nikogo innego, jak Caitlin Teasel. Czytała, oglądała, przeglądała i wertowała. Informacji było naprawdę niewiele, do kilku wiadomości nie miała nawet dostępu i uprawnień. Wszystko jednak sprowadzało się do jednego, małego rąbka tajemnicy, którego Addelaine potrzebowała odkryć. Ale luk było tyle, że nie wiedziała nawet od czego zacząć. Mimo leżących przed nią tysięcy zapisanych kartek na temat młodej dziewczyny, nie mogła znaleźć odpowiedzi na to najważniejsze pytanie – Co się z nią stało? Co takiego wydarzyło się po skazaniu Ashtona Cienia Irwina na lata więzienia? Jaką decyzję podjęła Caitlin i gdzie obecnie się znajdowała? 
Drugą nierozwiązaną zagadką był sam Ashton. Dlaczego szukał Caitlin, skoro ich drogi się rozeszły, a ona sama ulotniła się z jego życia? Czy nie dała mu wyraźnej odpowiedzi na to, że nie chce już mieć z nim nic do czynienia? Czy właśnie dlatego jej szukał? Bo potrzebował wyjaśnień? 
Zadając sobie właśnie te pytania, Addelaine zauważyła, że Ashton nadal jest wielką niewiadomą. Dał jej zadanie, ale tak naprawdę nie zdradził żadnych szczegółów, a ona pozwoliła się zmanipulować. Z jednej strony podziwiała go, myśląc sobie: Kurczę... Dobry jest! Ale patrząc na to w inny sposób, to on miał przewagę nad Addelaine, nie Addelaine nad nim i to w nią uderzało. Cały czas czuła się, jak w grze, która nie miała końca. Liczyła, że w końcu naprostuje ich relacje, a tymczasem wszystko stało w miejscu, jak poprzednio. 
Zamknęła teczkę z artykułami na temat młodej dziewczyny, którą aktualnie trzymała w rękach. Zaczęła powoli zbierać wszystkie leżące na podłodze kartki i sprzątać zrobiony przez siebie bałagan. Kiedy już prawie skończyła, usiadła na podłodze, aby odpocząć. Nie spostrzegła, gdy zasnęła. 
Z samego rana tuż po porannym prysznicu i zjedzeniu kawałka kanapki, Addelaine ruszyła prosto na policyjny komisariat w konkretnym celu i z odpowiednim nastawieniem – pozytywnym. Weszła pewnym krokiem do holu, a w korytarzu słychać było jedynie stukot jej nowych, jeszcze nie rozchodzonych szpilek odbijających się echem. Kiedy zobaczyła znajomą twarz stojącą na recepcji, miała ochotę zawrócić. Właściwie, zrobiła to - obróciła się prędko i już miała stawiać nogę w kierunku drzwi, kiedy usłyszała swoje imię. Zaklęła pod nosem, wywróciła oczami i z grymasem na twarzy wróciła do kierunku, w którym znajdowała się recepcja. Przystojny brunet stał oparty o stolik, ubrany w służbowy mundur prezentując się przy tym bardzo dobrze. Może, gdyby Addelaine nie była tak bardzo zajęta swoją pracą, mogłaby poświęcić się jemu, zwłaszcza, że o odwzajemnienie zainteresowania nie musiała się martwić. W ich przypadku, to własnie jemu towarzyszył tego typu problem. 
- Andre - przywitała go - Bracie - rzucała tym określeniem, kiedy chciała wyraźnie wyrysować granice pomiędzy ich znajomością - Co słychać? 
Funkcjonariusz popatrzył na nią z niedowierzaniem, po czym zrezygnowany pokręcił głową. 
- Ostatnio dałem ci informacje - powiedział ściszonym głosem - Czemu zawdzięczam tą przyjemność? 
- Potrzebuję wszystkiego na temat Caitlin Teasel - oświadczyła, po czym podała mężczyźnie swoją teczkę - Spakuj to wszystko tutaj, proszę. 
Brunet zaśmiał się pod nosem, posyłając jej znaczące spojrzenie. Addelaine uniosła brwi. 
- Jakiś problem? - zapytała. 
- Addelaine, nie możesz sobie tak po prostu tutaj przyjść i czegoś chcieć - wyjaśnił jej - To nie fabryka Świętego Mikołaja, to AFP. 
- No właśnie, AFP - krzyknęła ochoczo - A ja jestem adwokatem, który wymaga w tej chwili dostępu do akt niezbędnych do obrony mojego klienta. Funkcjonariusz już otworzył usta, aby coś odpowiedzieć, lecz Addelaine zareagowała szybciej. Uniosła palec wskazujący ku górze i skierowała go ku mężczyźnie. - Andre, nie dyskutuj ze mną - poprosiła grzecznie - Wiesz, że ze mną rzadko kiedy ktoś wygrywa. 
- Przykro mi Addie, ale te akta są zamknięte – oświadczył ostro 
– Dostęp do nich ma tylko szefostwo. 
- A ja kim jestem? – zapytała nieco urażona jego stwierdzeniem. 
- Na pewno nie moim szefem.
- Och, daj spokój - machnęła ręką.
- Potrafię być nawet gorsza niż on, dobrze o tym wiesz. 
Andre rozłożył ręce, po czym objął koleżankę i skierował ją ku wyjściu, posyłając przepraszające spojrzenie. Addelaine zrozumiała aluzję i nie pchała się więcej do budynku, a wręcz przeciwnie - opuściła go z klasą i podniesioną głową. Gorzej było już po wyjściu, kiedy w akcie złości uderzyła nogą o śmietnik i zgniotła przód swojej prawej szpilki. Ale nie tym wtedy się przejmowała. Zależało jej na aktach i musiała znaleźć sposób, aby je dostać. Legalnie lub nie. 

***

Kobieta weszła do pomieszczenia i postawiła na biurku kawę - dla siebie oraz klienta. Ashton spojrzał na nią ze zdziwieniem, jednak nie odezwał się. Obserwował bacznie jej zachowanie. Zdawała się być dzisiaj nieco rozgarnięta lub wybita z rytmu. Na pewno nie była zdenerwowana - właściwie, jeszcze nigdy nie widział jej zdenerwowanej, ale z pewnością to nie było to. 
- Co z Caitlin? – zapytał tuż po tym, jak kobieta usiadła. Addelaine westchnęła. 
- Więc.. - zaczęła - Nie dostałam dokumentów o twojej dziewczynie z AFP. Okazują się być tajne i dobrze strzeżone. Może zechcesz mi powiedzieć, dlaczego? - zapytała, po czym upiła łyk kawy i otworzyła swój notes, przygotowując się do notatek. 
- Zapewne to sprawa służb, z którymi pracowałem tuż po tym, jak upozorowałem swoją śmierć - odpowiedział na jej pytanie grzecznie. 
Addelaine uniosła brwi. 
- A więc upozorowałeś swoją śmierć? - zadała kolejne pytanie. 
- Słabo się przygotowałaś, jak na adwokata - stwierdził oschle, po czym skrzyżował ręce i posłał jej słaby uśmiech. 
Addelaine oburzyła opinia swojego klienta. Gdyby mogła - przygotowałaby się lepiej, ale dostęp zarówno do akt Ashtona, jak i Caitlin nie był taki prosty. Musiała się naprawdę natrudzić, aby zdobyć pełne dokumentacje odnośnie Cienia, a teraz podobny problem ma z jego partnerką. Przełknęła komentarz Irwina i postanowiła go zignorować. Odgarnęła włosy z twarzy i usiadła swobodnie na krześle, odsuwając się od stolika. 
Rzuciła długopis na blat i również skrzyżowała ręce na wysokości klatki piersiowej, mierząc wzrokiem blondyna. 
- Gdzie jest rodzina Caitlin? - spytała - Poznałeś jej rodziców? 
- Jej rodzice zginęli w wypadku - odpowiedział cicho.
- Opiekun? 
- Jej ciotka. 
- Gdzie może być teraz? 
- Jakbyś nie zdążyła zauważyć - Siedzę w czterech ścianach od dziesięciu lat. 
- Ale masz swoich kumpli na wolności - wtrąciła, zanim mógł ją zripostować - Przecież nie odpuściłeś sobie przez te dziesięć lat szukania ukochanej. 
- I uważasz, że prosiłbym cię o pomoc, gdybym cokolwiek miał? - pochylił się i oparł łokcie na stole - Nie sądzę. 
- Więc powiedz chociaż, gdzie mogę spróbować znaleźć informacje - poprosiła - Nie jestem wróżką, nie wyczaruję danych czy panny Teasel. 
- Jeśli powiesz, do czego jest ci potrzebny Sean - zaszantażował blondyn. 
- Nie negocjuję, Irwin - burknęła mocno. 
Zapadła cisza. Ashton cierpliwie czekał, aż adwokatka zmięknie i powie mu prawdę. Od początku wiedział, że nie chodzi tu o dobroduszność czy wiarę w niego - jej intencje miały o wiele głębsze znaczenie i chciał je poznać. Czy na pewno nie była to kolejna pułapka, za którą ślepo szedł? Ale skoro pomagała mu dotrzeć do Caitlin, dlaczego to miałoby stanowić zasadzkę? Próbował być ostrożnym, ale nadzieja na spotkanie ze swoją miłością nie pozwalały mu myśleć ostrzegawczo. Impulsy przejmowały nad nim władzę i chociaż mijały minuty, a on chciał złamać Addelaine, złamał po raz kolejny samego siebie. 
- Jedź do baru w Sydney - rzucił w końcu zrezygnowany - Michael poda ci dokładny adres. 
- Dziękuję - odparła cicho - Do zobaczenia, panie Irwin. 
Już miała wychodzić, kiedy Ashton zatrzymał ją, wołając. 
- Levinson, nie ufam ci - wyznał - Zauważyłem, że nie lubisz o sobie mówić, a to nie wróży nic dobrego. 
Brunetka odwróciła się w stronę mężczyzny i spojrzała na niego z troską. 
- Mój drogi... - westchnęła - Ja nawet myśleć o sobie nie lubię. 
Kobieta opuściła pomieszczenie w pośpiechu, kierując się ku wyjściu z więzienia. Skupiona na telefonie, odwoływała wszelkie spotkania, które miała na dwa najbliższe dni, aby wybrać się do Sydney. Jeśli to miało przynieść efekty sprawie i pociągnąć Ashtona za język, nie widziała innej możliwości. Musiała tam pojechać, odnaleźć ciotkę Caitlin i porozmawiać z nią, jak najszybciej. Do procesu zostało mało czasu, a ona stała w miejscu. Nie mogła pozwolić sobie na porażkę. 
Addelaine przechodząc przez ulicę, odszukała w torebce kluczyki do auta. Gdy odnalazła samochód wzrokiem, kliknęła na pilocie przycisk do odblokowania zamka. Jednak, kiedy patrzyła na swój wóz, coś przykuło jej uwagę. Zauważyła za wycieraczką samochodu coś prostokątnego i białego. Podeszła bliżej, a później ściągnęła z auta małą kartkę. Odwróciła ją, aby sprawdzić, co na niej jest. Zanim to zrobiła, już wiedziała, że będzie to As.

niedziela, 5 marca 2017

Rozdział 8



I znów to samo. Czuła się, niczym w filmie, który ktoś cały czas cofał, żeby zobaczyć swoją ulubioną scenę po raz kolejny. Jak gdyby uparcie zatrzymywano czas w tej samej sekundzie, kiedy wchodziła do pokoju, siadała na krześle, rozkładała dokumenty i czekała na jego wejście.

Przeklęte deja vu, można byłoby powiedzieć, ale Addelaine miała świadomość, że to wszystko wydarzyło się już wcześniej i działo się teraz.

A wczoraj miał być ostatni raz, gdy miała się z nim widzieć. Ostatnia wymiana zdań i spojrzeń. Tymczasem wróciła, zaskakując nie tyle co samą siebie, a Ashtona, który sądził, że pozbawił ją motywacji i determinacji na zawsze.

Zaklął pod nosem, rzucając pogardliwe spojrzenie w ścianę. Czy to możliwe, że nie chciał, aby Addelaine zobaczyła złość w jego oczach? Dlatego to nie na nią spojrzał z gniewem? Mimo wszystko, nie ukrył swojego rozczarowania. Myślał, że ma uciążliwą i nieustępliwą adwokat z głowy i już nigdy więcej nie będzie musiał siedzieć na wykładach, które nazywała spotkaniami. Levinson również nie sądziła, że ich drogi ponownie się splotą, dopóki nie korzyści, które zaistniały niespodziewanie. Musiała jedynie się postarać, a także sprawić, żeby sam Irwin zaczął współpracować, co do tej pory jej nie wychodziło.

- Co sprawiło, że zmieniłaś zdanie? - zapytał, starając się zabrzmieć, jak najbardziej obojętnie, ale skoro zadał takie, a nie inne pytanie, nie mógł łudzić się, że Addelaine nie zauważyła jego ciekawości.

Westchnęła ciężko, ponieważ, aby odpowiedzieć na jego pytanie musiała wrócić do przeszłości. W jej umyśle pojawił się obraz sekretarki padającej na ziemię tuż po strzale. Strzale, który pozbawił Levinson rozwiązania zagadki.

Policjanci fotografowali martwe ciało dziewczyny oraz badali miejsce zbrodni. Addelaine w tym czasie stała po drugiej stronie parkingu. Jej ramiona okrywał ciepły polarowy koc, który dostała tuż po przyjeździe pogotowia oraz pobliskiego patrolu, który później zadzwonił po swoich kolegów. Oferowano jej również herbatę, ale trzy razy zdołała odmówić, chociaż wszyscy wiedzieli, że jest uzależniona. Towarzyszył jej Dave, który głównie milczał, a kiedy się odzywał, zadawał konkretne pytanie lub subiektywnie oceniał sytuację.

- Uważasz, że to Sean? - spytał wprost, widząc konsternację wymalowaną na twarzy swojej podopiecznej.

- Oczywiście, że tak - burknęła - Wiele rzeczy na to wskazuje. Pytanie pozostaje tylko, dlaczego tak bardzo chce odsunąć mnie od sprawy Ashtona.

Brunetka zastanawiała się, czy to na pewno chodzi o nią. A może to Ashton był celem, a może oni oboje? Wiedziała jedno, nie mogła pozwolić na to, aby Sean miał przewagę. Zbyt długo pracowała na jego uwagę i nareszcie ją uzyskała. Całkiem niespodziewanie, ale udało się. Wystarczyło jedynie wykorzystać sytuację.

- Bo wie, że jesteś w stanie ją wygrać - odparł Dave - Boi się.

Ale czy ktoś taki, jak Fletcher mógł się bać?

- Myślisz, że wie o mnie tyle, co ja o nim? - rzuciła nieśmiało, jakby odpowiedź Dave'a mogła ją przerazić.

- Sądzę, że wie o wiele więcej. - wymamrotał pod nosem.

- W takim układzie wie, że się nie poddaję.

Addelaine zrzuciła z ramion kocyk i oddała go w ręce Dave'a.

- Muszę się zobaczyć z Irwinem - oznajmiła - Jutro. Przygotuj papiery.

Mężczyzna uniósł brwi i otworzył usta ze zdziwienia. Nagle jakby ogłuchł, albo zapomniał języka, bo kompletnie nie rozumiał, co jej słowa mają znaczyć.

- Ale zrezygnowałaś...

Brunetka wzruszyła ramionami, a na jej twarzy wymalowała się sztuczna bezradność.

- Sorry - rzuciła smutno - Nieaktualne.

Levinson zrobiła kilka kroków w przód i była gotowa wyjść, ale szef zatrzymał ją. Złapał za rękę i odwrócił w swoją stronę, patrząc błagalnie na młodą adwokat.

- W takim razie sam cię odsunę od tej sprawy Addelaine - zagroził Dave - To zachodzi za daleko, nie wyobrażam sobie, żebym mógł zrzucić na ciebie... - Zaczął swój monolog, a Levinson przystanęła i patrzyła na niego z politowaniem, ale nie przerywała. Pozwoliła mu skończyć paplaninę o tym, jak nie chciałby, aby wpadła w kłopoty, ponieważ jest dla niego naprawdę ważną osobą i nie tylko zwykłym pracownikiem. Znała tę śpiewkę na pamięć i wierzyła w każde słowo, jednak Addelaine była niczym kot. Zawsze sama podejmowała decyzje i chodziła swoimi drogami. Jeżeli postanowiła, że nie da za wygraną zwłaszcza, kiedy chodzi o Seana, po prostu tego nie zrobi. I choćby waliło się i paliło, ona zdania nie zmieni.

- Nie możesz, Dave - mruknęła - Sam mnie do niej zbliżyłeś.

Uścisnęła jego dłoń, po czym ruszyła w kierunku policjantów, aby spytać, czy jeszcze potrzebują jej na miejscu zbrodni. Po spisaniu zeznań, była wolna, więc nie musiała ślęczeć do końca procesu badania parkingu.

Addelaine wróciła myślami do rzeczywistości, gdy usłyszała głośne chrząknięcie. Ashton gapił się na nią, czekając na wyjaśnienia.

- Miałam chwilę załamania - skłamała, ale z uśmiechem na ustach - Już minęła, możemy więc wrócić do pracy, Irwin.

Była niesamowicie dobrą aktorką. Nie mrugała, nie pociła się, nie szukała wzrokiem punktu zaczepienia, nie robiła niczego, co wskazywałoby na to, iż kłamie. Mogła powiedzieć wszystko, a nawet przyznać się do zbrodni, której nie popełniła, a każdy uwierzyłby w jej zeznania. To również powód dla którego Dave z początku pokładał w niej nadzieje. Była wiarygodna i czegokolwiek by nie nie zrobiła, wierzył, że wyciągnęłaby Ashtona z więzienia. Kłamstwem lub prawdą. Nie miało to dużego znaczenia.

- Dziś porozmawiamy o Seanie Fletcherze - oświadczyła ze swobodą w głosie, jakby Ashton nie miał wyjścia, tylko musiał zacząć gadać.

- Po co? - Blondyn oburzył się.

- Ponieważ bardzo chciałabym się z nim spotkać - odpowiedziała melodyjnie, po czym oparła łokcie na blacie stołu, a dłonie ułożyła pod podbródkiem.

Ashton roześmiał się głośno, patrząc na kobietę z niedowierzaniem. Pierwszą myślą, jaka przyszła mu do głowy, było stwierdzenie, iż Addelaine jest zwyczajnie szurnięta, albo narwana. Strzelał również, że życie jej nie miłe i ma w głębokim poważaniu, czy chodzi po tej planecie czy nie. Bo kto normalny chciałby stanąć oko w oko z Seanem Fletcherem? Tylko wariat, który nic o nim nie wiedział. A Ashton był pewien, że Addelaine doskonale znała Fletchera chociaż z opowieści lub kartotek. Miała świadomość, jakiego typu jest człowiekiem, o ile można było go w ogóle w ten sposób nazywać. Musiała mieć naprawdę nierówno pod sufitem, żeby rwać się na takie zadania specjalne.

Jednak ona cierpliwie czekała, aż blondyn uspokoi się i opanuje śmiech, ponieważ wcale nie żartowała. Dopiero po kilku minutach dotarło do Ashtona, że Addelaine była śmiertelnie poważna.

- Sean nie spotyka się z nikim - wyszeptał - A ty jesteś nienormalna, skoro pakujesz się w takie sprawy.

- Bronię mordercy, który w dodatku ma miano psychopaty, a ty śmiesz mi mówić, że jestem nienormalna, bo chcę się spotkać z kolejnym psychopatą? - zapytała - Mój drogi, taki zawód.

- Sean nie jest kolejnym psychopatą - wtrącił - Jest czymś o wiele gorszym.

Kobieta uniosła głowę, rzucając łagodne spojrzenie swojemu klientowi. Jej błękitne oczy mogły przeszyć każdego na wskroś, ale nie Ashtona. On był zbyt twardy, chociaż tym razem... zmiękł.

- Widzę, że jednak jesteś skory do rozmowy - uśmiechnęła się triumfalnie Addelaine, mówiąc.

- Jeżeli coś dla mnie zrobisz - zażądał.

A ona poszła na układ, nie mając świadomości, w co takiego się pakuje.