poniedziałek, 27 lipca 2015

Epilog

muzyka: klik

24 grudnia 2016, Adelaide.


Droga Caitlin,
Dobry wieczór, bo mam nadzieję, że otworzyłaś ten list dopiero wieczorem, siedząc na parapecie i popijając gorącą herbatę, gdyż to ona jest odpowiednia na jesień i cały chłód, jaki zawitał do Sydney. Właściwie nie wiem czy jest chłodno, ale przynajmniej tutaj owszem. Zwłaszcza w celi. Nie widziałem nieba od dwóch tygodni, bo wycofali mi możliwość wyjścia na spacerniak. Nie pytaj z jakiego powodu, to nie ma znaczenia. W sumie cieszę się, że już nie mogę tam przebywać. Przyrzekłem sobie, że dzień w którym ujrzę światło słoneczne, a moją skórę muśnie wiatr będzie dniem w którym zobaczę również Ciebie więc cierpliwie czekam. Stevie wciąż działa w mojej sprawie. Wysyła mnóstwo podań i oświadczeń, w tym odroczenia lub zmniejszenia wyroku. Prawie codziennie przychodzi informować mnie na bieżąco, na czym stoję. Wiem, że na razie nie możemy liczyć na kaucję - tak mówił, ale ile w tym prawdy? Pojęcia nie mam, ale Stevie wydaje się być całkiem w porządku, jak na prawnika. Ba, nie rzucił mojej sprawy po miesiącu, wciąż się stara. Mam nadzieję, że tym razem coś z tego wyjdzie. 
Liczę na przepustkę, chociaż na same święta. Chciałbym je spędzić właśnie z Tobą, Caitlin. Dodatkowo w towarzystwie Caluma i Michaela. Oczywiście na samym początku poszlibyśmy na cmentarz, żeby wypić za zdrowie Luke'a... czy to nie głupi pomysł? Cassie dołączyłaby do nas, nie miałbym nic przeciwko. Najważniejsza byłabyś tylko Ty, jak zawsze. Dlatego postanowiłem to zrobić, dla Ciebie. Pragnę wyjść z tego bagna i udowodnić Ci, że Cień już dawno nie żyje, a ja jestem znów zwykłym człowiekiem, który zakochał się w Tobie po uszy i jest Ci wdzięczny za ratunek. Bo tak, uratowałaś mnie, Caitlin. Wyciągnęłaś mnie z tego bagna, w którym siedziałem. Pokazałaś mi czym jest dobro, przyjaźń i miłość. 
Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo za Tobą tęsknię. Cierpię nie dostając od Ciebie wiadomości już trzeci miesiąc, ale doskonale rozumiem przez co przechodzisz. Jesteś zła, to jasne. Jednak uwierz mi, jedyną osobą, o której myślałem unosząc ręce byłaś Ty i Twoje dobro oraz bezpieczeństwo. Nie mogłem pozwolić Ci uciekać z miasta, razem ze mną, bo takie prowadziłem życie. Chciałem z nim nareszcie skończyć, bo nie mógłbym żyć z myślą, że poświęciłabyś dla mnie swoje szczęście. Robiłaś tak wiele razy, za wiele. Ja zmarnowałem swoje życie, ale Ty? Ty masz czyste konto i musisz z tego skorzystać. Chciałbym, żeby nasze losy potoczyły się inaczej, abyśmy teraz siedzieli na ganku naszego domu wspominając wspaniałe wesele, jakie urządzili nam przyjaciele, bo tak... chciałbym żebyś została moją żoną, chociaż wiem, że beznadziejnie brzmi to w tym liście. Kocham Cię i nie przestanę. Umieram tutaj bez Ciebie. Moje usta pragną dotknąć Twoich, moje dłonie chcą spleść nasze palce, a moje oczy są w stanie widzieć tylko Twoją twarz...
Słyszałem, że willa w Hurstville zostanie wykupiona.  Jest mi żal, ale z drugiej strony cieszę się, że już nigdy tam nie wrócę. Ten dom przypominał mi o wszystkich złych rzeczach. Marzy mi się zacząć od nowa, a inne gniazdko to dobry start, nie uważasz?
Mam nadzieję, że łzy nie kłębią się w Twoich oczach, a smutek nie gra w Twojej duszy. Bądź uśmiechnięta cały czas i czerp z życia jak najwięcej, a kiedy wrócę, będziemy dzielić się tą rozkoszą i szczęściem, masz moje słowo. Nie złość się na Michaela i Caluma za ich nadopiekuńczość. Przyznaję, kazałem im mieć na Ciebie oko. Sprawdzają się w swych rolach. 
Nie myśl o mnie za dużo, nie zadręczaj się. Nim się obejrzysz, znów będę obok. Pomyśl o tym w inny sposób. W naszym związku nie ma monotonii. Czas leci, a wraz z nim akcja, to czyni nas wyjątkowymi. Dlatego wiesz co? Słyszałem wiele historii miłosnych. Od rodziny, znajomych, czy też przypadkowych osób. Ale żadna nie będzie tak wyjątkową, jak nasza. 
Kocham cię.
Ashton.

Calum zaciągnął nosem patrząc na wygrawerowaną inskrypcję. Przetarł załzawione oczy materiałem koszulki. Ukucnął przy grobie, po czym wsunął kopertę pod doniczkę nowych kwiatów. Jeszcze raz przeczytał imię i nazwisko spisane na marmurze, a potem wstał cofając się o dwa kroki. Spojrzał w niebo, które z minuty na minutę coraz bardziej ciemniało. Deszcz nadchodził, ale nawet gdyby zamierzał spaść już za moment, Calum zostałby tyle czasu, ile zdecydował sobie poświęcić na wizytę.
- Wszystko ssie – warknął – Nienawidzę tu przychodzić i zostawiać ci tych pieprzonych listów. – wyznał – Nawet, kiedy cię z nami nie ma, wciąż mnie wkurwiasz.
Chociaż nigdy tak naprawdę nie działała mu na nerwy. Próbował zatrzymać uczucie, którym darzył blondynkę, ale nie potrafił. Lubił ją, cenił i uważał za kogoś więcej niż zwykłą dziewczynę znalezioną przez Ashtona. Żadna nie zdobyła się na odwagę, aby się z nim kłócić, a co dopiero, żeby wymierzyć mu siarczysty policzek za zgryźliwość i bezczelność, a Caitlin to zrobiła. Z tego powodu jej śmierć wstrząsnęła nim tak, jak wszystkimi.Nie mógł wybaczyć sobie tego, że nie było go wtedy w szpitalu. Nie powstrzymał jej, nie poprosił, żeby wypłakała się na jego ramieniu tak jak ona, błagała jego, aby w końcu się otworzył. Nie zrobił tego samego dla niej, nawet nie przyszło mu to do głowy. Głównie dlatego sumienie nie dawało mu spokoju. Czuł się winny, ale również oszukany. Gdy ktoś daje porady, powinien sam się do nich stosować. Tymczasem Caitlin tłumiła w sobie żal, dopóki nie skrzywdziła samej siebie, a sama ostrzegała Caluma. 
 - Wiesz, że będziemy musieli mu w końcu powiedzieć? – szepnął Michael, kładąc dłoń na barku swojego przyjaciela, a Hood dopiero wtedy zorientował się, że nie był sam.
- Stracimy go na zawsze – mruknął Calum – Ona dała mu coś, czego my nie potrafiliśmy.
- Nadzieję, dobroć, wiarę…. – wymieniał Michael.
- Dlaczego do cholery odeszła?! – rzucił z pretensją Calum – Dlaczego?
- Bo kiedy człowiek traci wszystko, traci również grunt pod nogami – odparł wzdychając ciężko, zapoczątkowując pięciominutową ciszę, którą sam później przerwał zmieniając temat - A więc co chcesz zrobić, Cal? – spytał Clifford – Będziemy mu mydlić oczy? Do końca życia?
Hood wzruszył ramionami.
- Nie powiem mu, że jedyna osoba, która trzyma go przy życiu postanowiła strzelić sobie w łeb po tym jak dostał dożywocie, bo zrobi to samo – wyjaśnił – Więc jeśli chcesz go zabić, zrób to, ale ja wolę przynosić listy niż szykować kolejny pogrzeb. A przynajmniej nie chcę szykować go dla Ashtona.
Calum odwrócił się i chwiejnym krokiem podążył w stronę wyjścia. Zatrzymał go krzyk Michaela, a potem jego pytanie.
- A dla kogo? – usłyszał za swoimi plecami.
Kąciki ust Caluma uniosły się mimowolnie. Zwrócił się ku zdezorientowanemu przyjacielowi.
- Chodź ze mną i przekonaj się, Clifford – powiedział, czekając aż Michael go dogoni.
W przeciągu godziny znaleźli się na pustkowiu, gdzie można było zobaczyć jedynie pole i kilka drzew. Calum prowadził swojego przyjaciela wydeptaną przez przechodniów ścieżką, która tak naprawdę nie kierowała ich do miejsca, które ciemnowłosy zamierzał pokazać. Była mylną drogą do opuszczonego domu. Gdy do niego dotarli, Calum nagle skręcił w stronę gąszczu drzew. Michael nieco zdenerwowany kroczył za Hoodem, nie mając pojęcia, co chłopak wyprawia. Po dziesięciu minutach przypomniał sobie, że kiedyś już tutaj był. Niedaleko znajdował się bar, z którego ratowali Caitlin oraz Theresę. W dzień wszystko wyglądało inaczej.
Calum przystanąwszy, oparł się o kawał muru, spoglądając na Michaela.
- I co? – zapytał Clifford.
Brązowooki wzruszył ramionami, a następnie zrobił kilka kroków w przód. Ukucnął i po omacku odnalazł haczyk zamontowany przy klapie umiejscowionej w ziemi, po czym przyciągnąwszy go do siebie, otworzył wejście do podziemi.
- Stała tutaj chata, ale została rozwalona przez samolot, który się tutaj rozbił dziesięć lat temu – wyjaśnił – Została piwnica.
- W porządku, ale nadal nie rozumiem dlaczego tutaj jesteśmy – odparł Michael, drapiąc się po głowie – Kręcisz jakiś horror? Dokument? Interesują cię takie sprawy? Nigdy o tym nie wspominałeś…
Calum pokręcił głową, a potem wskazał ręką na wejście do piwnicy, zapraszając kolegę do środka. Chwilę później znaleźli się na dole, gdzie było puste pomieszczenie. No, może nie do końca puste.
Na środku pokoju stało krzesło, a na nim siedział nikt inny, jak winowajca kilkumiesięcznego zamieszania. Uniósł głowę, obdarowując dwójkę chłopaków piorunującym, ale mimo wszystko zmęczonym spojrzeniem. Ciężko oddychał, brakło mu tchu. Ręce miał związane. Wodę oraz jedzenie dostawał raz dziennie, ponieważ Calum zamierzał utrzymać go jeszcze przy życiu.
- Co za niespodzianka – wycharczał słabo.
- Nie zabiłeś go?! – spytał Michael, będąc niesamowicie zaskoczony widokiem tak osłabionego Connora.
- Jeszcze nie – odparł Calum dumnie.
- Czy dziś dostąpię zaszczytu? – odezwał się Connor.
Calum lekkim krokiem obszedł Ticksa, oglądając jego ciało i stan. Nie musiał być lekarzem, żeby wiedzieć, że dni tego człowieka są już policzone. On jednak nie zamierzał kiwnąć palcem, aby skrócić jego żywot.
- Zabicie cię, byłoby dla ciebie nagrodą, sukinsynu – syknął Hood prosto do ucha swojego wroga i poklepał go po ramieniu – Bóg zdecyduje, kiedy tu zdechniesz. Może dziś, może jutro, kto wie? – droczył się.
- Pieprz się – Connor wysilił się na skomentowanie wypowiedzi rywala.
- Jesteś tu dopiero trzy tygodnie, a już tak bardzo narzekasz? Dama z ciebie.
A wtedy Connor zamilkł, jakby miał już dość rozmowy. Spuścił głowę, wziął głęboki wdech i przymknął oczy, nie mając siły dłużej utrzymywać powiek, chociaż ledwo zaczął to robić. Calum zaś rozkoszował się tym widokiem. Jego cierpienie przynosiło ciemnowłosemu ogromną satysfakcję. Gdy udało się schwytać Ticksa, długo myślał nad tym, co powinien z nim zrobić. Miał szczęście, że Sean dał mu prawo wyboru, możliwość zemsty.
Calum przez jeden dzień siedział w swoim pokoju, zastanawiając się nad karą. Przypominając sobie, jak Ashton szukał winnego śmierci ojca w celu zemsty, powiedział sobie, że nie chce reszty życia spędzić w nienawiści. Wtedy pomysł tortur wypadł z jego głowy, a pojawiło się coś zupełnie nowego.
Do tej pory Connor spędzał swoje gorsze dni w ciemnościach. Tego dnia, gdy odwiedził Ticksa wraz z Michaelem, stwierdził że nadszedł czas na fazę drugą.
Calum podszedł do ściany, przy której wmontowany był włącznik do światła. Sam zajął się oświetleniem. Palcem dotknął przycisku, a lampka zwisająca na suficie zapaliła się, oświetlając pokój. Każda ściana była zapisana. Cytatami, historiami, słowami kierowanymi do Ticksa, które miały przypominać mu o każdej złej rzeczy, której się dopuścił. Michael czytał słowo po słowie, z otwartymi ustami. Były tam dialogi pomiędzy Caitlin, a Ashtonem, a także ich rozmowy przyjacielskie. 
- Sam to zrobiłeś? – spytał, a Calum skinął.
W tym samym momencie Ticks się zaśmiał.
- Co to ma być?
- Lampka będzie się palić wystarczająco długo, abyś mógł spotkać się z wyrzutami sumienia i poczuciem winy – objaśnił Hood – Będą nachodziły cię wspomnienia, jedno po drugim. Zniszczą cię od wewnątrz, pokażą jakim jesteś potworem – mówił z nienawiścią w głosie, utrzymując kontakt wzrokowy z mordercą – Aż w końcu pękniesz, bo nie zniesiesz tego wszystkiego.
- Jesteś walnięty – prychnął – Myślisz, że będę żałował tego, co zrobiłem?
- Ja to wiem – powiedział pewnie – I mam nadzieję, że ten żal cię zeżre od środka, bydlaku – syknął, a po chwili zacisnął dłoń w pięść i trafił nią prosto w policzek bandyty, który od razu po oddanym ciosie stracił przytomność.  – Poniosło mnie – mruknął, ocierając opuszkami palców kości na dłoni.
Michael oglądał jeszcze przez moment dzieło przyjaciela, jednak sam czuł się wystarczająco źle. Wystarczyło dziesięć minut, a miał dość i pognał do wyjścia, żeby opuścić piwnicę. Zaczerpnął świeżego powietrza. Calum zjawił się kilka minut później i objął chłopaka, aby dodać mu sił. Obaj czuli się beznadziejnie, oszukując przyjaciela i żyjąc w żałobie po stracie jego dziewczyny. 
Calum sięgnął do kieszeni, a następnie wsunął klucze w dłoń Michaela. Gdy ten zobaczył, klucze od domu w Hurstville, zaskoczony spojrzał na przyjaciela pytając.
- Ty chyba...
- Wyjeżdżam - oznajmił Hood.
- Czemu?
- Muszę naprawić błąd, który popełniłem lata temu - odparł - Niedługo znów się spotkamy, Mikey.
Ciemnowłosy odszedł do samochodu, zostawiając Clifforda w osłupieniu. Nie myślał o tym, co teraz będzie, ale o tym, co nadchodziło. Wszyscy się poddali. Ashton idąc do więzienia, Caitlin popełniając samobójstwo, a Calum wyjeżdżając. Każde z nich uciekło, a Michael zastanawiał się czy nie powinien pójść ich śladem. Może ucieczka nie rozwiązuje problemów, aczkolwiek pomaga odpocząć od rzeczywistości, która tak przerażała. 




Trzecia część Cienia: Gra Mroku już w październiku. Również na TYM blogu i na Wattpad. 
Dziękuję Wam za wspólną przygodę, która jeszcze będzie trwać. :) Pozdrawiam, życzę udanych wakacji i ślę dużo miłości. :)

niedziela, 26 lipca 2015

Rozdział 38

muzyka: 1 | 2

Nie miałam pojęcia, jakim cudem zarówno Connor jak i Ashton w towarzystwie Seana mogli się rozpłynąć w tak szybkim tempie. Poszliśmy z Calumem przeciwnym korytarzem, ale gdy znaleźliśmy się na tym samym, którym powinna kroczyć cała trójka, zastała nas cisza.
Osunęłam się na podłogę, wzdychając ciężko. Powoli traciłam kontakt ze światem. Calum widząc moje osłabienie natychmiast przykucnął. Pomimo moich protestów, podniósł koszulkę, pod którą znajdowała się rana. Zerknęłam na niego słabo, a on odpowiedział mi troskliwym spojrzeniem. Wiedziałam co chce powiedzieć. Powinnaś była iść do samochodu, w którym czekał na ciebie Michael. Zawiózłby cię do szpitala i twojemu życiu nie zagrażałoby żadne niebezpieczeństwo. Ale Calum milczał i pozwalał mi na chwilę odpoczynku.
- Wątpię, żeby pocisk przeszedł na wylot.. – mruknął – Tracisz dużo krwi i możliwe, że masz zmiażdżoną kość, ale w końcu… nie jestem lekarzem więc nie powiem ci za wiele.
- Nic mi nie jest – odparłam.
- Pewnie, tylko wykrwawiasz się na śmierć – burknął i zadrwił – Nic wielkiego.
Calum rozerwał materiał swojej koszulki i zawinął go w kłębek. Podał mi, a następnie poprosił, abym mocno uciskała ranę. Pomógł mi wstać. Ręką objęłam go i razem podążyliśmy korytarzem, z nadzieją na znalezienie Ashtona.
Nie minęło piętnaście minut, a doszliśmy do większego pomieszczenia, skąd dochodziły głosy. W międzyczasie zdążyłam opowiedzieć Calumowi o śmierci George’a, pułapce jaką zastawił na mnie Connor, Theresie i całej grze, jaką zaaranżował Ticks. Zdawało mi się, że teraz byliśmy bardziej uważni i ubezpieczeni, chociaż to mogło być jedynie złudzenie.
Schowaliśmy się za dużymi sprzętami operacyjnymi, które zostały wywiezione w miejsce przypominające hol. Calum posadził mnie na podłodze tak, abym widziała co dzieje się na polu bitwy. Poprosił, żebym nigdzie nie odchodziła i sam poszedł na drugą stronę ocenić sytuację. Obserwowałam go, a także nadzworowałam przebieg wydarzeń.
- Uznajmy więc, że jestem wróżbitą i właśnie przepowiedziałem wam przyszłość – Connor rzucił bez większego zainteresowania, ale potem spoważniał i zaczął mówić do rzeczy – Wy idioci! Sądzicie, że kiedy zginę to gra dobiegnie końca? Nie… Ona wciąż się toczy i idzie zgodnie z moim planem…
- Jesteś popieprzony, Ticks – stwierdził Irwin bez ogródek – Zawsze byłeś. Masz jakąś cholerną manię.
- A w dodatku ta mania sięgnęła zenitu – dodał Fletcher – Zapłacisz za to, co spotkało mojego brata.
- Prędzej wy zapłacicie za to, co spotkało mnie.
Kątem oka spostrzegłam kolejny cień za idącym Hoodem. Kiedy zobaczyłam, kto się zbliża do przyjaciela Ashtona, trzymając pistolet w dłoni i celując w niego, mało nie pisnęłam. Theresa miała go na muszce i właśnie usiłowała go zabić.
Czym prędzej dłońmi przeszukałam swoje spodnie. Odnalazłam małą spluwę, którą dał mi Irwin i wyjęłam ją. Palce drżały, jakbym dłonie trzymała w lodowatej wodzie przez około godzinę czasu. Nie mogłam ustabilizować rąk. Starałam się znaleźć swój cel, namierzyć dziewczynę i wystrzelić pocisk prosto w drugi pistolet tak, jak robili to chłopcy, aczkolwiek oni mieli po prostu talent, którego mi zbrakło, bo kiedy wystrzeliłam… kula nie trafiła w broń, a w Theresę.
Głowy obecnych zwróciły się w kierunku ostatniego jęku, jaki wydała postrzelona dziewczyna. Ostatnimi siłami wstałam i wyłoniłam się zza maszyn. Kulejąc wyszłam na środek, do trójki chłopaków. Connor szybko podbiegł do Theresy, natomiast Calum znalazł się przy nas. Nigdy nie byłam w większym szoku, niż w tamtym momencie. Po raz pierwszy strzelałam z pistoletu, ale to nie było największym problemem.
Zabiłam człowieka.
Upadłam na kolana, gapiąc się w stronę Connora siedzącego przy Theresie, która nie oddychała. Zabiłam ją jednym strzałem.
- Caitlin… - Ashton pochylił się nade mną, nawołując – Caitlin, dlaczego? Cait, słyszysz?
Nie umiałam się wysłowić. Majaczyłam, dukałam, jąkałam się.
- Ce…ce..celo..wa..ła w Ca..Caluma i ja.. po prostu.. po prostu ja… zabiłam ją… Mój Boże…
Doprowadziłam Ticksa do furii, stanu, w jakim nigdy nikt go nie widział. Najwyraźniej Theresa nie była tylko jego wspólniczką, a kimś więcej, o czym żadne z nas nie miało pojęcia, ale zdążyło się przekonać.
- Ty suko… zginiesz w cierpie…
Wszyscy usłyszeli huk dochodzący z korytarza. Tuż po nim, tajemniczy tupot ciężkiego obuwia, jakby wojskowego dał się we znaki. Patrzyliśmy na siebie, obserwując cienie poruszające się po ścianie, które były coraz mniejsze. Connor uśmiechnął się cwaniacko, po czym biegiem ruszył do wyjścia ewakuacyjnego. Ashton widząc jego reakcje, skinął w kierunku Caluma, a ten rzucił się do pościgu. Sean powoli cofał się, nie spuszczając z oka ludzi idących dosłownie na nas. Po kilku sekundach zniknął w ciemnościach korytarza prowadzącego w drugą stronę. My zaś zostaliśmy. Uciskałam swoje biodro leżąc na podłodze. Ciężko oddychałam i miałam wrażenie, że umieram chociaż Ashton zapewniał, że wyjdę z tego bez szwanku.  Siedział przy mnie, trzymając moją dłoń i oglądając moje cierpienie, bo nic innego mu nie pozostało.
- Idź.. – szepnęłam – Musisz iść.
- Nie zostawię cię, Caitlin – odparł.
- Nic mi nie będzie.
- Poza tym, że będziesz główną podejrzaną o zabójstwo funkcjonariuszki? Pewnie nic.
- Ale to ty jesteś poszukiwany, Ash.. – mruknęłam, patrząc na niego błagalnie.
Irwin westchnął ciężko, spuszczając wzrok. Policjanci byli już blisko. Ponaglałam blondyna, ale ten nie reagował. Milczał, jakby bił się w tym momencie z myślami, chociaż wybrał naprawdę najmniej odpowiednią chwilę. Prosiłam, aby uciekał, jednak on został.
- Może przyszedł czas, żeby nareszcie mnie znaleźli – odpowiedział cicho, jakby sam był rozczarowany swoją odpowiedzią, bardziej niż ja.
Otworzyłam szeroko oczy, próbując zrozumieć co chłopak ma na myśli. Już chciałam cokolwiek powiedzieć, gdy wbiegło około dziesięciu antyterrorystów z bronią w ręku, wymierzoną w naszą dwójkę. Ashton popatrzył na nich ze skruchą, a ja na niego.. z niedowierzaniem.
- Nie możesz.. Ash… Nie..
- Cień musi raz na zawsze zniknąć – rzucił.
- Ashton – szepnęłam, ciągnąc go za rękę, aby nie wstawał – Wiem, że załujesz wszystkiego co zrobiłeś, ale to nie jest wyjście. Nie możesz mnie zostawić, nie teraz!
Ale on nie słuchał. Miał swój plan, którego się trzymał i za nic nie zamierzał go zmienić, bo wydawał mu się dobry. Chciał zmienić swoje życie, chciał wyrzucić przeszłość ze swojej pamięci i zacząć od nowa, ale nie mógł mnie również wyrzucać, jak piłkę przez okno. Potrzebowałam go, a on potrzebował mnie. Czym się kierował podejmując taką decyzję i dlaczego o niczym mnie nie poinformował, a trzymał się jedynie na uboczu? Myślałam, że wszystko ustaliliśmy i nasze relacje zostały wyjaśnione, a tymczasem nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji, którego nikt się nie spodziewał, a już na pewno nie ja. Nagle pojawiła się między nami bariera; mur który wyrósł dosłownie znikąd. Przepaść, która widziałam tylko ja, mur który nas rozdzielił sprawił że znów się różniliśmy, przestaliśmy mieć te same zdania, a obietnice, które sobie oświadczyliśmy zniknęły jakby nigdy nie istniały. Nie mogłam, nie potrafiłam i nie chciałam tego zaakceptować.
I wtedy bajka zamieniła się w najgorszy z możliwych koszmarów. Ashton dobrowolnie uniósł ręce mierząc wzrokiem policjantów stojących przed nim. Siedziałam na ziemi przyglądając się całemu wydarzeniu.
- Co ty wyprawiasz?!
Ashton patrzył na mnie obojętnie. Dałabym słowo, że gdyby mógł, wzruszyłby teraz ramionami i wysilił się na sztuczny uśmiech.
- Wybieram dobro – powiedział nie wydając z siebie dźwięku. Poruszył jedynie ustami patrząc na mnie i z lekkim uśmiechem, który miał mi dać nadzieję.
Dobrowolnie pozwolił skuć się policjantom, którym jego posłuszeństwo nie wystarczyło. Powalili go na ziemię, a potem założyli kajdanki, pokazując swoją wyższość i status.
Ashton Cień Irwin. Ten sam, który walczył zawsze z policją poddał się, aby oczyścić swoje imię chociażby u Boga, ponieważ ja już dawno go rozgrzeszyłam, ale to nie było wystarczające. Nie dla niego.
Cały świat ucichł. Szklana kula znowu mnie złapała w swe sidła i uwięziła. Przestałam słuchać i rozumieć. Tylko patrzyłam.
Patrzyłam na niego, miłość mojego życia, którą ode mnie zabierano. Jego twarz powoli znikała z zasięgu mojego wzroku. Podniósł się z pomocą mundurowych i szedł w stronę wyjścia z pokoją, nie wyrywając się, nie wrzeszcząc, bez żadnego sprzeciwu.
To uczucie, które mnie dopadło tamtego dnia było najgorszym ze wszystkich, jakie doświadczyłam. Osoba o którą walczyłam tak długo poddała się na moich oczach. Takiego bólu nie życzyłabym nawet wrogowi. Moje serce rozpadało się na milion kawałków. Myślałam, że po tym starciu nareszcie nasze drogi spotkają się na dłuższą chwilę, bądź na zawsze. Umawialiśmy się, że jego domniemana śmierć była ostatnią rozłąką. A teraz? Ashton zostawiał mnie samą znowu, wbijając kolejny nóż w plecy,
Zamknęłam oczy pozwalając łzom płynąć. Policjanci podnieśli mnie, bo sama nie zamierzałam ruszyć się z miejsca. Nie miałam sił. Oni zaś nie dbali o moje samopoczucie czy zdrowie. Wyciagnęli mnie z budynku popychając i szarpiąc mną, niczym nic nie wartą osobą. Być może tak właśnie było. Zaprowadzono mnie prosto do karetki.
Szłam obok skutego Ashtona, patrząc na niego i starając się zapamiętać każdy szczegół, bo nie wiedziałam, kiedy jeszcze go zobaczę. Kątem oka zobaczyłam schowany między drzewami samochód, który na pewno należał do Michaela bądź Caluma. Z drugiej strony widziałam chowającego się Seana. Ten także patrzył na nas z szeroko otwartymi ustami.
Ashton odwrócił swoją twarz w moją stronę. Pochylony był do przodu, idąc w niewygodnej pozycji, ale bezpiecznej dla funkcjonariuszy, którzy wciąż uważali, że może wywinąć im numer. On zaś potulnie kroczył do radiowozu, poddając się.
- Dlaczego? – szepnęłam.
- Bo jeśli… - powoli ruszał wargami, abym nadążyła – Kogoś kochasz – mówił utrzymując ze mną kontakt wzrokowy – To chcesz jego szczęścia, nawet jeśli nie ma w nim ciebie – przypomniał mi słowa które już kiedyś wypowiedział.
Rozkleiłam się. Beczałam jak małe dziecko. Czułam, jak rozpadam się od środka, umieram w każdym procencie.  Świat runął, a ja stałam po środku, nieruchomo. Chciałam go objąć, wykrzyczeć jak bardzo go kocham i nie chcę się z nim rozstawać. Pragnęłam wyznać mu, jak wdzięczna jestem za poznanie go, za zmiany, jakie dokonał w moim życiu. Chciałam myśleć, że to nie był jeszcze koniec, jednak…
Niestety był.
Auto ruszyło, a Ashton odjechał. Już więcej go nie zobaczyłam. To smutne, ale tak toczyły się nasze losy. Byliśmy niczym gwiazdy leżące blisko siebie, ale jednocześnie oddalone na tyle, że nigdy nie mogły się spotkać.
Wspominałam poprzedni tydzień, leżąc niczym przykuta do szpitalnego łóżka. Obok mnie siedział funkcjonariusz Royze, a przynajmniej takie nazwisko miał wpisane na plakietce. Codziennie musiałam go oglądać. Rozsiadał się na fotelu tuż obok łóżka, zostawiał swój sprzęt na stoliku i spędzał czas w moim towarzystwie, co musiało być katorgą, ponieważ ani razu w ciągu tych siedmiu dni nie odezwałam się do niego słowem.
W końcu nadszedł wyczekiwany przez wszystkich mieszkańców Sydney poniedziałek. Poniedziałek stał się ważnym dniem tygodnia, ze względu na proces nareszcie złapanego przez policję Ashtona Cienia Irwina oskarżonego o kilkanaście zabójstw, kilkadziesiąt kradzieży, a także liczne włamania, bójki i groźby. Ludzie siedzieli w domach, barach lub pracy, głównie przed telewizorami. Nigdy przedtem nie widzieli Irwina na własne oczy, a tym razem mieli okazję. W końcu telewizja na wieść o schwytaniu zbrodniarza postanowiła transmitować przebieg procesu, aby nabić sobie oglądalność, bo wiele osób zrezygnowała tego dnia z obowiązków, aby tylko dowiedzieć się ile lat ten bandyta dostanie od sędziny.
Pokazano, jak Ashton wchodził na salę. Ból, który widziałam w jego oczach był ogromny, nie do zniesienia. Dzieliłam go z nim, bo wszystko co dotyczyło Ashtona, dotyczyło także mnie. Upadałam pod ciężarem tych negatywnych emocji, jakie się we mnie zebrały. Myśl, że straciłam go na zawsze zabijała mnie od środka. Nigdy więcej miałam go nie zobaczyć, nie poczuć jego dotyku, nie słyszeć go przez najbliższe miesiące. A ja go potrzebowałam, pragnęłam i musiałam mieć przy sobie, bo cały świat zwalał się na moją głowę i tylko on mógł pomóc mi przejść przez największe piekło. Był jak narkotyk, od którego się uzależniłam; jak powietrze niezbędne to życia; jak piosenka, od której nie potrafiłam się uwolnić. Wciąż czułam zapach jego perfum zmieszanych z wonią Marlboro,w głowie słyszałam irytujący śmiech, a przed oczami widziałam tą uradowaną twarz zawsze, gdy patrzył na mnie. Bez Ashtona byłam nikim, zupełnie nikim i nikim miałam pozostać. Miałam stąpać sama po ziemi, iść przez życie bez niego u boku, a to było niewykonalne. On był jedyną osobą, dla której chciałam w ogóle postawić krok do przodu, więc jakim sposobem miałam ruszyć samotna?
- Proszę usiąść – przemówił wysoki sąd tuż po swoim wejściu i rozpoczął całą tę farsę, którą zmuszona byłam oglądać z moim opiekunem. Słuchaliśmy w zaparte każdego słowa, które padło z ust prokuratora, Ashtona, adwokata.
- Co stało się z funkcjonariuszką
- Zabiłem ją – wzruszył ramionami, a ja poczułam wyrzuty sumienia.
Przez większość czasu zdawało mi się myśleć, że on mnie nie kocha, a przynajmniej nie tak, jak ja jego. Tą silna, napiętą i namiętną miłością, która wypełniała moje ciało nawet wtedy, gdy go przy mnie nie było. Wydawało mi się, że on nie czuje tego samego lub po prostu nie odczuwa miłości w tak intensywny sposób jak ja. Ale on mnie kochał. Kochał mnie o wiele bardziej niż ja jego i widocznie musiało dojść do tragedii,  to dostrzegła.
Nie rozumiałam miłości, teraz to wiem. Od zawsze sądziłam, że zakochanie następuje wtedy, kiedy druga osoba staje się dla ciebie całym światem i w żadnym wypadku z niej nie rezygnujesz. Ale to zła definicja miłości. Prawdziwą jest ta, w której glówna mowa dotyczy szczęścia. Bo to jest miłość – gdy przestajesz myśleć o sobie, a najważniejszy jest uśmiech na ustach twojej drugiej połówki. Właśnie tego chciał dla mnie Ashton, żebym była szczęśliwa i wolna od wszelkich niebezpieczeństw. Dla mnie chciał się zmienić, dla mnie zrezygnował z ucieczki, dla mnie walczył i dla mnie się poddał.
Popełniłam błąd. Mój egoizm wyrządził nam wszystkim krzywdę. Czy nie powinno się kochać „pomimo” zamiast „za”? Czy nie powinno się akceptować wad, jeżeli się kocha? Niszczyłam Ashtona od samego początku i tylko ja jestem winna sytuacji w jakiej się znaleźliśmy.
- Panno Teasel, mój przełożony tu jest – oznajmił Royze wyrywając mnie z rozmyśleń – Za chwilę wrócę, zapewne ma do pani sprawę.
Skinęłam głową, nie odwracając swojego wzroku od telewizora. Czekałam tylko na jedno. Na koniec, który nadchodził. Nastąpiła przerwa, narada ławy przysięgłych, a tuż potem miało być ogłoszenie werdyktu. Gdy reklamy się skończyły, a znów pojawiła się transmisja z rozprawy, popatrzyłam na stolik. Royze znów zostawił swoje rzeczy, w tym jedną, która szczególnie mnie interesowała.
- Proszę wstać – Sędzina znów zabrała głos.
Cholera, to wszystko było takie skomplikowane. Tak długo walczyłam z przeciwnościami losu, a teraz on rzucił mi najcięższą kłodę pod nogi, której nie mogłam usunąć, ani przeskoczyć, ponieważ zabrakło mi sił i chęci. Przecież cała moja motywacja odeszła w niepamięć, a dokładniej zniknęła w czeluściach więzienia, aby odbyć karę. A ja mogłam jedynie żyć z tą myślą, albo oszczęścić sobie cierpienia, które w ciągu mojego życia pojawiało się nazbyt często.
Podsumowując, postanowiłam odejść. Po dłuższym przemyśleniu dostrzegłam nawet tego plusy. Czułam się spełniona, właśnie dzięki Ashtonowi. Zafundował mi przejażdkę,, o której nie śmiałabym zapomnieć. Obudził we mnie wszystkie możliwe emocje, uczucia i doznania, których posiadania nie byłam świadoma. To była jak jazda rollercoasterem. Z początku spokojna, potem niebezpieczna, ale nadal przyjemna z odrobiną adrenaliny, a zbliżając się ku końcowi smutna. Patrząc na to, co mnie spotkało z biegiem czasu, nie jestem zła.
Jestem szczęśliwa.
Spotkałam miłość mojego życia, przeżyłam niezwykłe przygody, rodem z filmu akcji, straciłam i zyskałam bliskie osoby, robiłam szalone i przerażające rzeczy, ale żyłam pełnią życia. Nie żałuję niczego. A już na pewno nie żałuję, że zakochałam się w Ashtonie.
Przyszedł najwyższy czas, by pożegnać się i nie gnać dalej w zaparte, skoro nie ma najmniejszego sensu. Gry skończone. Taka historia została nam wszystkim przypisana i chcąc nie chcąc musiałam na nią przystać bo nie było innego wyjścia. Potrzebowałam jedynie ogłoszenia decyzji sądu, która dodałaby mi odwagi, bo mimo wszystko trzymałam się nadziei, że on jakoś z tego wyjdzie. Jak to mawiał „jak zwykle bez szwanku”.
Ale tym razem taka możliwość nie istniała.
- Wysoki sąd skazuje Ashtona Irwina zwanego jako Cień na… - z głośników telewizora dobiegała przemowa sędziny.
Sięgnęłam po broń leżącą na stoliku i odbezpieczyłam ją. Zaciągnęłam nosem i zamknęłam oczy. Po wzięciu głębokiego wdechu, przyłożyłam lufę do skroni. Otworzyłam oczy i spojrzałam w ekran telewizora, zamieniając się w słuch.
- Dożywocie.
Po moim policzku popłynęła łza. Miałam świadomość, że właśnie takie stanowisko sądu usłyszę, jednak nie potrafiłam dopuścić do siebie myśli, że jest ono prawdziwe. Ale gdy wszystko było już jasne i wyraźnie oznajmione.. nic nie trzymało mnie na świecie.
- Żegnaj… na zawsze… - wyszeptałam.
Klamka opadła, a do pokoju wszedł zagadany z funkcjonariuszem detektyw Smith. Widząc mnie, pobladł i chciał szybko zareagować, ale nie wiedział jak się zachować. Złapał się za głowę, zrobił krok w przód i wrzasnął.
- Panno Teasel, nie! – poprosił – Niech pani tego nie robi! Mam dla pani propozycję, proszę!

Pozwoliłam powiekom opaść i…

piątek, 24 lipca 2015

Rozdział 37

muzyka: klik

Mrok dopadał mnie z każdą minutą coraz szybciej, oplatając moje ramiona i wdrapując się pod cienką bladą skórę. Krew czerniała tak samo jak ciemniały moje oczy. Czułam pustkę, niesamowitą niemoc. Ciemność ściągała mnie na samo dno i nie chodziło tutaj o brak widoczności, a ból, który doprowadził mnie do załamania. Załamał się mój świat, tok rozumowania, dosłownie wszystko. Zupełnie jak w matematyce, kiedy układasz równanie polegając na wzorze, ale po kilkunastu próbach okazuje się, że wybór wzoru był zły, ponieważ zasady jakie obowiązują są inne niż te, na których dotychczas działałeś. I nagle wszystko staje się niezrozumiałe, traci sens.
Policzki wyschły, bo ostatnia łza jaka po nich spłynęła, towarzyszyła błagającemu o litość Danowi. Gdy jego krzyk ucichł, płacz również znikł, bo wiedziałam, że to koniec. Przegrałam kolejną rundę. Opadłam na krzesło, westchnęłam i siedziałam cicho, czekając na dalszy ruch. Co mogłam więcej zrobić? Pozwolić mordercy żerować na moim cierpieniu? Dać mu satysfakcję? Zgodzić się na to, aby napawał się moimi prośbami? Nie, jego zabawa dobiegła do finału. Przeciwnik mnie złamał. Uderzył w najczulszy punkt i sprawił, że zapragnęłam umrzeć. Nie potrafiłam myśleć, że może wyjdę z tego i będę żyć mając na sumieniu swoich bliskich.
- Widziałam cię – drżącym głosem mówiłam – Twoje oczy zamknęły się, przestałeś oddychać – opisywałam, wracając do wydarzeń sprzed ponad pół roku – Jak ty…
Głośny śmiech dwóch osób – kobiecy oraz męski – rozbrzmiał w pomieszczeniu odbijając się echem. Szmery pozbawiały mnie skupienia, jakie starałam się za wszelką cenę utrzymać. Ktoś szurał krzesłem, a ktoś przechadzał się wokół mnie. Toczyłam wojnę ze swoimi zmysłami, aby poddały się mojej władzy i współpracowały, jednak mimo całej obojętności jaką postanowiłam zachować, niepokój wciąż mi towarzyszył dodatkowo zagłuszając własne myśli i podpowiedzi, które kierował mój rozum.
Palce wplotły się we włosy, po czym pociągnęły moją głowę w tył. O mało nie zachłysnęłam się własną śliną. Mały węzeł puścił tuż po jednym ruchu dłoni. Opaska, którą miałam na oczach spadła, a ja ujrzałam szary, zdobiony dziurami sufit. Nim szeroko uniosłam powieki i osunęłam głowę w dół, wzięłam głęboki wdech. Chwilę później widziałam już jego.
Nie zmienił się za specjalnie. Broda postarzała go o kilka lat, ale na pewno nie wyglądał na kogoś, kto nagle zmartwychwstał, chociaż najwyraźniej tak było, bo już nie wmawiałam sobie halucynacji czy koszmaru sennego. Byłam pewna, że widziałam go naprawdę. Był tylko… mniej zadbany niż zazwyczaj. Miał na sobie poszarpany t-shirt, a na ramiona narzuconą starą bordową bluzę w licznych zabrudzeniach. Do tego ciemne jeansy i adidasy, jakby Cassie rzekła „w słabym guście”. Włosy miał do ramion, z przedziałem po środku. Zarośniety, z raną przy skroni siedział przede mną, lustrując mnie od stóp do głów.
- Naprawdę, Caitlin? – spytał – Byłaś aż tak głupia, żeby uwierzyć, że nie przewidzę zagrań mającego nierówno pod sufitem Logana?
Szybko rozejrzałam się po pokoju, ale poza mną, nim oraz kobietą stojącą przy oknie nie zauważyłam żadnego ciała czy osoby. To było istne szaleństwo. Bawił się ze mną, tworzył złudzenia i chciał, abym wierzyła, że zabija moich bliskich, bo liczył na odpowiedzi. Pytanie było tylko jedno: Czemu tak szybko skończył tę terapię, skoro nie dałam mu niczego, co spełniałoby jego oczekiwania. A może miał już wszystko, a ja nie zrozumiałam, czego tak naprawdę chciał? Osłabił mnie, może w tym tkwiło sedno. Nie ulżyło mi ze względu na brak ciał, bo to nie na tym kończyła się zabawa. On miał więcej rozrywki do zaoferowania, niż komukolwiek mogło się wydawać. Ta gra nabierała większego sensu. Każde słowo było istotnym, każde zagranie miało swoją historię, ruchy od początku do końca były przemyślane i zaplanowane. A ja obawiałam się, że pomijam najważniejsze szczegóły i tracę swoje szanse na przetrwanie.
- Powiedziała osoba całkiem normalna – skwitowałam, widząc trzy osoby w pokoju, zamiast sześciu.
- Och skarbie, ja jestem normalny – odparł – Walczę tylko o miejsce, które zostało mi odebrane.
- Przez wspólnika, którego zabiłeś? – dogryzłam mu.
- Hej! – wrzasnął – On zaczął zabawę w zabijanie – przypomniał mi – Logan zawsze był lalką, którą udało mi się sterować, ale po pewnym czasie pojawiły się komplikacje. Zaczął uważać się za potężnego króla. A ta gra nie polega na byciu królem, którego łatwo pozbawić korony, a na byciu Jokerem, mającym w rękawie kilka asów.
- Sean… - szepnęłam – Jakim cudem on ma być twoim asem? Fletcher nie pragnie niczego innego jak twojej śmierci za zamordowanie jego młodszego brata. – parsknęłam śmiechem, słysząc jakie bzdury opowiadał Connor.
-- Oczywiście – zgodził się ze mną, bez wahania – Ale gdy zobaczy, co przygotowałem dla Ashtona, będzie chciał to podtrzymać, dla własnego dobra.
Brunet wstał i rozpoczął rozwiązywanie mnie. Zapewne uznał, że byłam słaba i nie tworzyłam dla nich zagrożenia. Bardzo się mylił.
- O czym ty mówisz?
Connor pochylił twarz w moim kierunku, aby jak najbardziej zbliżyć się do mnie. Dłonią sunął po moim udzie, to w górę, to w dół, chcąc wytrącić mnie z równowagi. Utrzymywał ze mną kontakt wzrokowy. Uśmiechał się za każdym razem, kiedy spuszczałam wzrok, aby zobaczyć jak wysoko wędruje jego ręka. Kiedy jego palce zatrzymały się za guziki moich spodni, wróciłam do jego twarzy, aby dać mu do zrozumienia, że robi zbyt duży krok.
- O piekle, moja kochana -  ten zaś wyszeptał - Irwin nareszcie trafi do piekła.
Zacisnęłam usta w cienką linię. Wyciągnęłam nogę do góry i wymierzyłam cios w jego krocze. Chłopak zawył, chowając ręce między nogi, aby zmniejszyć swoje cierpienie. Niestety, na marne.
- To był błąd.
- Ty suko – warknął, a ja pożałowałam swojego czynu lada chwila.
Zamachnął się, a moment później uderzył pięścią w moją twarz. Uderzenie było na tyle silne, że wraz z krzesłem przechyliłam się na prawą stronę i runęłam na podłogę. Poczułam przeraźliwy ból w okolicach żeber, na które upadłam.  Czym prędzej złapalam za krzesło i rzuciłam nim w jego stronę. Czym prędzej powstałam i praktycznie rzuciłam się na drzwi wyjściowe. Kobieta stojąca przy oknie odwróciła się i wyciągnęła pistolet. To była Theresa. Z determinacją w oczach mierzyła we mnie, nie wahając się by strzelić.
- Spróbuj wyjść, a zginiesz – poinformowała mnie krótkim, przepełnionym jadem głosem, którego nigdy wcześniej nie słyszałam.
- Cóż, zaryzykuję – odpowiedziałam.
W mgnieniu oka pociągnęłam za klamkę i odepchnęłam drzwi. Przemknęłam przez mały otwór, równo z otwarciem przez dziewczynę ognia. Niemożliwym było, aby szkolona na policjantkę nie trafiła. Poczułam jak pocisk rozrywa mi skórę w okolicach biodra i wypala dziurę. Aczkolwiek nie śmiałam się zatrzymywać. Przylgnęłam do ściany, schyliłam się, a dłoń przycisnęłam do rany. Szurałam nogami, starając się utrzymać szybki krok. Z moich ust wydobywały się krótkie jęki zmieszane z zadyszką, jaką łapałam po drodze. Słyszałam trzask drzwi, a następnie jego kroki, ciężkie i mozolne. Nie gonił mnie, a jedynie szedł za mną. Na jego ustach zapewne widniał ten przebiegły uśmiech, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że jestem dla niego tylko małą myszką uwięzioną w klatce. Nie znałam drogi do wyjścia, więc utknęłam, chodząc po tym feralnym labiryncie.Nie zwalniałam swojego tempa, mając głupią nadzieję, że jednak los uśmiechnie się do mnie i odnajdę drzwi do wyjścia. Zamiast tego, w trakcie swej ucieczki poczułam niespodziewanie uścisk na ramieniu. Nieznajomy pociągnął mnie w swoim kierunku, a później objął ramionami.
- Cholera jasna, Caitlin! – mruknął do mojego ucha, a moje serce nie zwolniło swego bicia, a przyśpieszyło na widok tulącego mnie do siebie Ashtona.
- Nie, nie, nie – powtarzałam – Musisz wynosić się stąd, nie możesz tu być – mówiłam, jakbym dopiero opuściła ośrodek psychiatryczny i nie dokończyła swojego leczenia – Uciekaj, uciekaj, Ashton, proszę – bełkotałam.
- Co? O czym ty mówisz? – dopytywał, ale gdy zauważył krwawienie, zajął się moją raną – Ten wariat cię postrzelił.. Niech go szlag…
- On żyje, Ashton – wyznałam, ale przez moje rozgarnięcie blondyn nic nie rozumiał – Ticks, on tu jest, to on jest Jokerem.
Irwin odsunął się ode mnie o dwa kroki, a później popatrzył na swojego towarzyszy, Caluma i Seana. Seana Fletchera. Wszystko szło zgodnie z planem Connora. Znajdowali się tu obaj, a potem musieli tylko spotkać się z nim, aby Sean przeszedł na złą stronę. Nie mogłam do tego dopuścić.
- Caitlin, musisz iść do końca, a potem skręcić w lewo – nakazał Irwin – Calum pójdzie z tobą.
Złapałam się za głowę. W moich myślach nadal słyszałam jedno słowo. Nie, nie, nie. Miałam wrażenie, że oszaleję, albo wybuchnę. On nie mógł tam iść, nie mógł tam iść sam, ani z Seanem. Connor zamierzał przeciwstawić Fletchera przeciwko Ashtonowi, ale przecież nie miałam jak powiedzieć mu o tym, skoro ciemnowłosy stał tuż obok.
- Nie możesz tam iść – wypaliłam – Nie możesz, on tego chce. Wie, że tu jesteś! - krzyczałam, bo zaczynałam powoli poznawać taktykę. Gdyby Connor chciał mnie zabić, zrobiłby to, a tymczasem nie gonił mnie, gdyż wiedział, że doprowadzę go do Ashtona, który przyjdzie mi na ratunek. Takim sposobem miało dojść do spotkania. Domyślił się, że Sean wciąż żyje i pójdzie wraz z nim. Dopracował każdy detal swojego planu, który trwał zgodnie z jego zamysłami. 
Ashton wywrócił teatralnie oczami, jak gdyby to co mówię było zupełnie nieważne. Wyjął z kieszeni broń i wsadził ją w ręce posyłając znaczące spojrzenie. Pogładził dłonią mój policzek, a kąciki jego ust uniosły się delikatnie ku górze. Zauważyłam jednak, że uśmiech ten był wymuszony. Miał on oznaczać jak zwykle jedno i to samo.
- Nie martw się o mnie – odparł – Wiesz, że zawsze wychodzę z takich cyrków cało.
Zsunęłam jego dłoń.
- Nie rozumiesz – oburzyłam się – To pulapka, Ashton.

- Zabierz ją – poprosił Irwin, patrząc na swojego przyjaciela z politowaniem. Gdy ciemnowłosy chwycił mnie za rękę, Ashton po raz ostatni zawołał mnie powtarzając, że wszystko będzie w porządku, ale nie mógł mnie nabrać, skoro dokładnie wiedziałam, jak potoczy się sytuacja. Kiedy więc obydwaj poszli w głąb korytarza, na spotkanie z Connorem, który nagle jakby rozpłynął się w powietrzu, ja nie potrafiłam po prostu odpuścić i odejść, zostawiając Ashtona praktycznie podanego na talerzu. Szybko wyrwałam się z objęcia Hooda, przepraszając i ruszyłam do biegu za nimi. Nie zważałam na wołania przyjaciela Ashtona. Zdawałam sobie sprawę, że on również pójdzie za moim przykładem, bo nie zostawi mnie samej na pastwę losu. Dlatego gdy mnie dogonił i starał się zatrzymać, po czym zawrócić wraz ze mną, wyjaśniłam mu problem. Chłopak odbezpieczył swój pistolet, złapał mnie za rękę i razem pognaliśmy na ratunek oraz poszukiwania Ashtona.

czwartek, 16 lipca 2015

Rozdział 36

Otworzyłam oczy, ale mimo uniesienia powiek otaczała mnie ciemność. Pulsujący ból po prawej stronie głowy nie pozwalał mi się skupić. W mojej pamięci pojawiały się obrazy, dosyć słabe, niewyraźne i krótkie. Powoli przypominałam sobie co wydarzyło się zanim straciłam przytomność. Pamiętałam jak intensywnie wpatrywałam się w zamknięte drzwi. Moje serce biło niesamowicie szybko, jakbym za moment miała dostać zawału. Mokre od płaczu policzki ocierałam rękawami bluzy. Przez chwilę zastanawiałam się nad całą sytuacją, powodem tych wydarzeń. Bałam się myśleć, co może zadziać się dalej. Popadałam w obłęd, panikowałam i błagałam o litość Boga, który jakby w ogóle mnie nie słuchał, bo po kilku minutach rozległ się huk. Zaczęłam wrzeszczeć niczym opętana, kiedy ujrzałam kawałek ostrza, który utknął w środku drzwi. Napastnik siłował się z wyjęciem siekiery, a gdy to zrobił, wbił ją ponownie w drewno. Pchałam ciało na ścianę, jakbym chciała przez nią przejść, chociaż doskonale wiedziałam, że było to po prostu niemożliwe. Starałam się uciec, sprawić, abym przedostała się do innego pomieszczenia, ale nie moje modły nie działały. Siedziałam na blacie stołu krzycząc wniebogłosy i pozwalając oprawcy dostać się do mnie tylko po to, aby mógł mnie zabić, bo musiałam przyznać, że po części zapragnęłam już śmierci. Strach mnie przerastał. Opanował całe moje ciało i duszę. Nie potrafiłam się kontrolować, kierowałam się instynktem, który zawodził z minuty na minutę. Pragnęłam zakończyć swoją historię jak najszybciej, żebym nie musiała przechodzić przez to piekło. Tchórzyłam, byłam słaba, mała i bezbronna. A najgorszą rzeczą był fakt, że nie potrafiłam tego zmienić.
Ku mojemu zdziwieniu, piąte uderzenie w drzwi nie nastąpiło. W zamian za ostry, pobudzający moją histerię świst, pojawiła się głucha cisza. Mijało pięć, dziesięć, a może i piętnaście minut, a ja nie usłyszałam żadnego dźwięku poza kapiącą wodą z rury kanalizacyjnej gdzieś w korytarzu. I chociaż oglądałam wiele horrorów karcąc przed telewizorem dziewczyny wchodzące do pomieszczeń, których zdecydowanie nie powinny zwiedzać, sama nie powstrzymałam się przed wyjściem oraz sprawdzeniem głównego holu. Kierowałam się myślą, iż mogłabym spróbować uciec z tego miejsca. W końcu nadzieja również mi towarzyszyła.
Drzwi lekko zaskrzypiały, kiedy je uchyliłam. Rozejrzałam się po korytarzu, jednak nie dostrzegłam żywej duszy. Chciałabym móc powiedzieć, że mi ulżyło, ale w tym wypadku nie czułam spokoju pomimo bycia samej po środku korytarza. W dalszym ciągu drżałam z zimna, a także przerażenia. Ledwo stałam na nogach, a poruszanie się sprawiało mi jeszcze większą trudność. Ale zebrałam siły i ruszyłam przed siebie w poszukiwaniu drogi prowadzącej na zewnątrz. Stawiałam małe kroki, starając się nie szeleszczeć, co było nielada wyczynem, z powodu kałuż wody znajdujących się na podłodze. Dłonią dotykałam ściany, która asekurowała mnie przed upadkiem. Korytarz był długi, a także prosty niczym ze zwykłego thrillera. Ociekający wodą, zamieszkały przez szczury i słabo oświetlony. W dodatku wyglądał tak samo przez całą podróż. Przypominał ścieżkę ze snu, udekorowaną drzwiami, które jedynie otwierało się, aby iść dalej, bo końca nie sposób było odnaleźć.
Niespodziewanie zobaczyłam światło, o wiele większe niż te bijące z lamp umieszczonych na suficie. Wtedy odzyskałam władzę nad nogami i przyśpieszyłam. Prawie biegłam, gdy przepełniło mnie szczęście. Ale tak szybko, jak ono obudziło się we mnie, tak zniknęło. Nagle ktoś pociągnął mnie za rękę, a potem pchnął na ścianę. Niefortunnie głową uderzyłam o podłogę, upadając i zamknęłam oczy.
Ocknęłam się dopiero w miejscu, którego nawet nie zdążyłam zobaczyć. Polegając na swoich zmysłach wychodziłam z założenia, że nadal byłam w zamkniętym pomieszczeniu, bo wiatr nie obijał się o moją twarz czy dłonie. W powietrzu unosiła się mieszanka różnych nieprzyjemnych zapachów. Woń alkoholu, nikotyny i stęchlizny rozpoznałam jako pierwszą. Później znów pojawił się ten ohydny szpitalny zapach.
Moje nadgarstki były ściśnięte i związane do oparcia krzesła na którym siedziałam tak, jak moje nogi. Próbowałam poruszać dłońmi, jednak tylko traciłam siły, a także marnowałam czas. Ktoś bardzo postarał się, abym nie mogła uciec. Sznury wbijały się w moją skórę, podrażniając i raniąc. Nie pozostawało mi nic innego, jak przyjmowanie bólu.
Nie byłam sama w pomieszczeniu. Pewna postać obserwowała mnie, wyczuwałam czyjąś obecność. Oglądała mnie rozkojarzoną, przepełnioną różnego rodzaju obawami. Patrzyła jak kręcę głową to w prawo, a to w lewo, aby dojrzeć chociaż małą iskierkę światła. Słuchała bicia mojego serca i przyśpieszonego oddechu. Syciła się tym, karmiła moim zdenerwowaniem. Chciała jak najdłużej utrzymywać ciszę, abym mogła oszaleć. Po kilku minutach ledwie zdołałam usłyszeć jedynie słaby szelest. Intuicyjnie odwróciłam głowę w stronę lewą, żeby bardziej skupić swoją uwagę na dźwięku, który zauważyłam w tamtej części pokoju. Nie minęła minuta, a moją szyję zaczął ogrzewać czyiś oddech. Wdychał, a potem wydychał powietrze zostawiając nieprzyjemne ciepło na mojej szyi. Ten oddech był ciężki, niespokojny i dość głośny, jakby ta osoba próbowała zabrać głos, ale nie potrafiła wydobyć z siebie ani jednego słowa. Kiedy nosem otarła o mój policzek, pokręciłam głową, aby jak najszybciej pozbyć się tego dotyku i wybić go z pamięci.  A później znów zjawiła się cisza, wprawiająca mnie w zdenerwowanie.
- Halo? – zawołałam, a mój głos niósł się echem – Kto tu jest?
Nie uzyskałam odpowiedzi, a przynajmniej nie słownej. Ktoś chodził, w dodatku na szpilkach, bo tylko damskie buty wydawały tak znajomy stukot. Mimo drżenia zebrałam się na odwagę, aby spróbować skłonić moją napastniczkę do rozmowy.
- Theresa, to ty? – spytałam – D              laczego to robisz? Gdzie ja jestem?
Niespodziewanie czyjaś dłoń dotknęła mojego ramienia.
- Shhh…. Oszczędzaj się – szept mężczyzny dotarł do mojego ucha. A więc w pomieszczeniu znajdowało się o wiele więcej osób, niż sądziłam. – Musisz mieć sporo siły na kolejne atrakcje, które dla ciebie przygotowałem – oświadczył. Jego głos wydawał się znajomy, pełen pewności siebie ekscytacji i energii - Zagramy w grę – powiedział, a na jego wieści jedzenie podeszło mi do gardła – Gwarantuję, że ta będzie twoją ulubioną, Caitlin… - mruczał -  Na pewno jesteś ciekawa jej reguł, co?
- Nie za specjalnie – warknęłam.
- Lepiej żebyś je poznała, przydadzą ci się później.
Mężczyzna zacisnął swoją dłoń, po czym klepnął moje ramię i cofnął się. Sugerując się dźwiękiem kroków, wydawało mi się, że chodzi wokół mnie, cały czas wzrokiem badając moje reakcje. Nic więcej stwierdzić nie mogłam.
- A więc jest tu kilka znajomych ci osób, wiesz? – zagadał, a następnie począł wymieniać imiona, po których usłyszeniu włosy stanęły mi dęba – Tępa Cassidy, troskliwa Eleanor… i och! Bym zapomniał! Wielbiący cię Danny…
Moje serce omal nie stanęło. Zatrzymałam powietrze w płucach.
- Spokojnie… - wtrącił sam sobie, widząc niepokój na mojej twarzy – Są jeszcze żywi.
- Ty sukin… - urwałam, kiedy jego dłoń uderzyła prosto w mój policzek, skutecznie mnie uciszając.
- Będziesz miała prawo głosu, ale teraz stul pysk – skarcił mnie, a później kontynuował, jak gdyby nigdy nic się nie stało – Zasady są proste – oznajmił – Ja zadaję pytania, a ty grzecznie odpowiadasz – wyjaśnił jednym zdaniem reguły gry – Zabawa może dobiec końca szybciej niż ci się wydaje, moja droga…
Zaciągnęłam nosem, bo łzy wzbierały się w moich oczach i byłam gotowa szlochać oraz błagać o litość. Wiedziałam, że ta krótka informacja kryła za sobą pewien sekret, który na pewno nie był dla mnie korzystny.
- Gdzie jest haczyk? – zapytałam starając się brzmieć, jak opanowana osoba, jednak w takiej sytuacji nie wiedziałam, czy ktokolwiek utrzymałby spokój. Wewnątrz czułam, jak gniję albo rozpadam się na milion kawałków. Świadomość, że moim bliskim zagraża niebezpieczeństwo powodowała większy strach, niż fakt, że to mi mogła stać się krzywda. W tej chwili przestałam dbać o swoje życie, a za priorytet uznałam moich przyjaciół i rodzinę.
- Dobrze, że o nim wspominasz – odparł, a ja byłam pewna, że na jego parszywej gębie pojawił się triumfalny uśmiech – Pomimo pozorów, muszę cię uświadomić, że gra nie jest przyjemna – powiedział udając smutek.
Po raz kolejny zapadła cisza, jednak tym razem nie na długo. Mężczyzna znowu mnie dotknął; złapał dłońmi moje ramiona i pochylił się, aby jego usta znalazły się przy moim uchu. Po moim ciele przeszły dreszcze, a ust uleciał cichy jęk.
- Będziesz płakać…. Krzyczeć…. Prosić…. Błagać…. – mówił szeptem – A ja nie zatrzymam gry, dopóki nie usatysfakcjonują mnie twoje odpowiedzi.
Ledwo zdołałam przełknąć ślinę. Nie mogłam skojarzyć głosu, ani sposobu bycia tego człowieka. Nie miałam pojęcia, czy posługuje się narzędziem do mutacji głosu. Martwił mnie również fakt, że nie słyszałam nikogo poza nim. Skoro w pomieszczeniu była Cassie, Eleanor i Dan, czemu żadne z nich nie odezwało się? Co, jeśli mężczyzna blefował?
- Ach, nie wspomniałem o karach! – przypomniał sobie przypadkiem – Za każde kłamstwo lub milczenie, będziesz podejmowała pewną decyzję, Caitlin.
- O czym ty mówisz? – spytałam, nie rozumiejąc jego słów, ani chorych zasad.
- Sama zobaczysz – odpowiedział z zadowoleniem – Zaczynajmy!
Klasycznie klasnął w dłoń, jakby ten gest miał oznaczać swego rodzaju gwizdek mówiący „Start!”. Krzesło szurnęło, a on chyba na nim usiadł – dokładnie naprzeciwko mnie. Lustrował mnie wzrokiem, niczym psychopata, którym właściwie był, bo nikt normalny nie zabijałby dla swoich pobudek, czy porywał ludzi bez powodu. Aczkolwiek on na pewno miał powód, o którym jeszcze nie napomknął.
- Na początek bardzo proste pytanie: Dlaczego Sean Fletcher cię nie zabił?
Analizując jego pytania, próbowałam odkryć jego tożsamość. Znał go, znał Seana, a więc mógł znać Logana lub Jacka. Być może pracował ze starszym Fletcherem? Mógł się go obawiać, albo być jednym z jego wrogów, ale co ja miałam z tym wspólnego? A może był bratem Seana? Może Logan wcale nie umarł?
- Widocznie uznał, że nie ma takiej potrzeby – warknęłam.
- Hm… źle zaczynasz tę rundę… - mruknął.
- A ty? – zdecydowałam się podejść dręczyciela – Dlaczego zabiłeś Luke’a?
- O ile wiem to moja gra i ja wykładam karty – fuknął.
- Ale na jedno pytanie możesz odpowiedzieć, prawda? – zapytałam.
- Odpowiedź za karę, co ty na to? – bawił się w negocjatora, ale pragnąca informacji, zgodziłam się na jego warunki – Widziałaś kartę, którą zostawiłem? Wiadomość na odwrocie? – spytał, a ja pokręciłam przecząco głową – Wyrównywałem tylko rachunki.
- Co to ma znaczyć…
Mężczyzna wstał i przez kilka sekund chodził po pomieszczeniu, aż w końcu przystał w drugiej części pokoju.
- To, że czas na karę – zawołał – Jak uważasz, Caitlin… Cassie może wiedzieć kim jestem? – Słysząc imię przyjaciółki o mało nie udusiłam się. Wyobrażałam sobie, jak ten wariat stoi tuż obok niej, mając w ręku broń.  – Bo jeśli tak, z pewnością chciałaby powiedzieć o tym tobie.. ale z drugiej strony, czy ma ona tak długi język, jak Eleanor, która wypaplała znaczenie kart?
Zastanawiałam się do czego dąży mężczyzna, jednak kiedy poznałam jego zamiary, wolałam umrzeć. Utwierdził mnie w przekonaniu, iż potrzebował psychiatry, na którego nawet było już za późno.
- Zdecyduj, Caitlin – poprosił – Komu powinienem obciąć język – Eleanor, a może Cassie? Masz trzydzieści sekund.
- Oszalałeś – syknęłam.
Kręciłam się po krześle, licząc na rozluzowanie sznurów albo uwolnienie się, ale trud jaki wkładałam w ucieczkę szedł na marne. Ze złości wyżywałam się na krześle, uderzając o nie plecami. Gdy łudziłam się, że jesteśmy w pokoju sami, niespodziewanie usłyszałam kobiecy jęk. Moje serce zabiło niczym największy dzwon, aż poczułam ukłucie w piersi. Nie mogłam w to uwierzyć, on naprawdę ich uwięził.
- Piętnaście… - ponaglał mnie.
- Proszę cię, nie rób tego – Z desperacją w głosie prosiłam mężczyznę, jednak nie miał on skrupułów. Odliczał do samego końca.
- Skoro nie chcesz zadecydować, ja to zrobię. Eleanor jest starsza, więc język będzie jej zbędny.
Ten wrzask utrzymywał się w mojej głowie do samego końca. Nie płakałam, brakło mi sił. Słyszałam jedynie krzyk, chociaż w pomieszczeniu było cicho. Nie mogłam powiedzieć, że pojawiły się u mnie wyrzuty sumienia, ponieważ to było za mało. Umierałam od środka. Widziałam obraz zapłakanej Eleanor i napastnika, który trzyma jej twarz dłońmi, a palcami otwiera usta. Więcej nie umiałam sobie wyobrazić. Ta wizja była wystarczająca, aby moje serce łamało się. Sama to spowodowałam. Moja ciekawość i chęć poznania prawdy sprowadziły nieszczęście na ciotkę.
- Och, nie bądź taka pochmurna! Bawmy się dalej! Czas na następne pytanie… - Wrócił do gry i nie było mu choćby przez sekundę żal – Zmienimy trochę kolejność, gdyż przejdę do ostatniego z mojej ogromnej puli! Jak myślisz, kim jestem?
- Popieprzeńcem, który pożałuje tego, co przed chwilą zrobił – pomyślałam, ale nie odważyłam się wypowiedzieć swoich słów głośno.
- Masz 3 szanse – powiedział stanowczo – Jeżeli nie uda ci się, jedno z twoich przyjaciół straci nogę, żeby nie mogło dojść na przykład do komisariatu, kiedy ich wypuszczę, bo wiesz… miałem to w planach. Nie sądziłem jednak, że będziesz taka słaba w tej grze.
Popadłam w rozpacz. Mogłam strzelać, ale nie chciałam tego robić, gdyż wiedziałam ile mnie będzie kosztował każdy błąd. Nie zniosłabym kolejnej porażki, chociaż ona nadchodziła. Zaciskałam zęby, aby powstrzymywać skowyt i grałam. Pozwoliłam zawładnąć sobą. Utknęłam w tej przeklętej zabawie, próbując za wszelką cenę wygrać, mimo że miałam nikłe szanse.
- Logan – palnęłam – Żyjesz i teraz odpłacasz się każdemu, kto zalazł ci za skórę.
Roześmiał się.
- Próbuj dalej.
Trzymałam się nadziei, że jednak trafiłam, a tymczasem Logan faktycznie został zamordowany przez człowieka, który mnie więził, o ile nie zbijał mnie z tropu.
- Jack? – zadałam pytanie, w zupełności nie będąc pewną swoich domyśleń. Brakło mi pomysłów.
- Ostatnia szansa – Wyraźnie bawiło go moje cierpienie i to, że nie potrafię z nim wygrać.
- Danny – Wrzasnęłam ostatecznie, bo mimo oświadczeń iż on również jest zagrożony, nie potrafiłam wybić sobie z głowy wieczoru, w którym znalazłam napis na lustrze. Tylko on wychodził z mieszkania, a później zniknął, podobno w Nowym Jorku, ale jakim cudem byłby tutaj? No właśnie, to mógł być on. Nie ufałam już nikomu, nawet osobie, która przyjaźniła się ze mną tyle czasu.
- Danny.. – powtórzył za mną – Danny za kilka minut zostanie pozbawiony nogi…
- Nie… - Prawie westchnęłam.
Grunt roztapiał się pod moimi nogami. Upadałam.
- A byłaś tak blisko…
Zanim porywacz pokusił się o krzyk Dana, zabrałam głos.
- Myślisz, że wygrywasz? – zapytałam wściekła, a dłonie cisnęły się w pięści – Gówno prawda! Może i jesteś jokerem czy pies wie kim, ale wiesz co? Skoro ja również jestem w grze, to też mogę grać kartami. A moim jokerem jest nikt inny, jak Ashton Irwin.
Zamilkł, a gdy już myślałam, że informacja, którą oznajmiłam była niczym kontratak i przeraziła faceta od stóp do głów, ten zachichotał, a tuż potem odpowiedział swobodnym, pełnym rozbawienia chamskim rechotem. Minęło kilka minut, nim się uspokoił i postanowił coś powiedzieć.
- Miał być dla mnie niespodzianką fakt, że żyje? – spytał, jakby było to pytanie retoryczne – Skarbie… wiedziałem o tym od samego początku – poinformował mnie, co wzbudziło pewne zainteresowanie. Jakim cudem? – On nigdy mnie nie zaskakiwał… zawsze byłem i będę o krok do przodu.

Chwilę po jego słowach, do moich uszu dobiegł krzyk. Nikogo innego, jak biednego Dana, czyli drugiej osoby, która ucierpiała przez moją głupotę.




________________________________________

Jutro - 17.07 - Piątek - Warszawa - Pole Mokotowskie - Godzina 16:00 - Spotkanie z czytelnikami!
Ławeczki przy głównym stawie! Więcej info na fanpejdżu Cień Fanfiction! :) 

niedziela, 5 lipca 2015

Rozdział 35

Nie zważając na ograniczenia, mknęłam przez autostradę, aby jak najszybciej znaleźć się na podanej przez Theresę ulicy. W międzyczasie Cassie w towarzystwie Michaela pojechała do ciotki Eleanor, żeby wydobyć informacje związane ze znaczeniem kart. Przedtem zdążyliśmy pochować Luke’a, pożegnać się z nim i utknąć przez chwilę w smutku, ale Sean Fletcher nie pozwolił nam na dłuższe rozżalanie. Każdy znalazł dla siebie zadanie, a potem skupił się na nim, mimo że nie było łatwo, zwłaszcza po stracie kompana. W podróży wciąż myślałam o Luke’u. Uznałam, że rozwiązuję zagadkę ze względu na niego, nie na siebie. Ten problem przestał dotyczyć tylko mojej osoby. Walczyłam o to, aby nikomu więcej nie stała się krzywda.
Zapukałam pięciokrotnie; najpierw delikatnie, a potem dwa razy uderzyłam o drewniane drzwi pięścią, aż w końcu młoda policjantka otworzyła mi i wpuściła do środka. Nie oglądałam domu, chociaż spostrzegłam, że urządzony był skromnie. Szłam wąskim korytarzem, ale pustym, dzięki czemu było wiele przestrzeni. Theresa szybko przeprowadziła mnie do salonu, oszczędzając sobie oprowadzanie po posiadłości, w końcu miałyśmy o wiele większy kłopot, który należało rozwiązać.
- Jaką dostałaś kartę? – spytałam zanim pozwoliła mi usiąść.
Dziewczyna rzuciła kawałkiem tektury, a ja szybko przyciągnęłam go do siebie, w celu rozpoznania figury oraz koloru. Moje oczy ujrzały damę pik, co całkowicie zbiło mnie z tropu, ponieważ wcześniej nikomu nie zdarzyło się jej dostać poza Loganem i oznaczała ona prawdopodobnie znak zabójcy. Spojrzałam na Theresę pytająco, natomiast ona odpowiedziała mi niewinnym spojrzeniem, a także wzruszeniem ramion. Ponownie popatrzyłam na kartę. Niczego nie potrafiłam rozumieć. Czemu do gry włączono niższą kartę? Wszyscy sądziliśmy, że gramy na trzech najwyższych, a tymczasem… ktoś wykorzystywał całą talię.
- Wiesz co ona oznacza? – zadałam następne pytanie, a na twarzy Theresy pojawił się grymas. Utwierdziła mnie tym samym w przekonaniu, iż nigdy nie bawiła się w odczytywanie znaczenia kart.
Czym prędzej wyciągnęłam komórkę i wykonałam połączenie do Cassie z nadzieją, że udało jej się wypytać ciotkę Eleanor o figury oraz kolory. Brunetka szybko odebrała, od razu dając mi potrzebne informacje.
- Potrzebuję czegokolwiek na temat damy pik – oświadczyłam, a przyjaciółka rozpoczęła kartkowanie zeszytu, w którym zapisywała każdą wiadomość, jaką przekazywała nam Eleanor.
- Mądra, ambitna, wymagająca.. – wymieniała Cassie.
- Same pozytywne? – wtrąciłam.
Chodziłam od ściany do ściany, błagając Cassie o cokolwiek sensownego, podczas gdy ta szukała poszlak.
- Była odwrócona, kiedy ją dostałam – dodała Theresa, a wtedy Cassie McGie dostała olśnienia i prawie krzyknęła z zachwytu, bo kolejne rozwiązanie satysfakcjonowało o wiele bardziej niż pierwsza myśl.
- Zgorzkniała, podstępna, lubi knuć, coś związanego ze zdradą – mówiła chaotycznie McGie, wymieniając każde słowo, jakie zapisała.
Zmarszczyłam brwi. Nagle znalazłam się w kropce. Wydawało mi się, że nic nie ma sensu. Z jakiego powodu Theresa dostała taką, a nie inną kartkę? Czy jej znaczenie miało sens? Z czym wiązała się przepowiednia? Miałam mętlik w głowie. Próbowałam wysnuć pewien wniosek, ale nie szło mi za dobrze.
- Co to w ogóle oznacza? – zapytałam w pewnym momencie, jakby samą siebie.
- Oznacza to, że nigdy nie powinnaś mi ufać – twardy głos, którego jeszcze nigdy nie usłyszałam, wydobył się z ciała Theresy tuż przedtym, jak dziewczyna wzięła zamach i uderzyła mnie ciężkim naczyniem w głowę. Świat zawirował przed moimi oczami. Nie wiedziałam kiedy upadłam na ziemię, ani po jakim czasie straciłam przytomność. Ostatnią rzeczą jaką usłyszałam był dźwięk rozpadającej się komórki, która runęła na podłogę. Tuż po tym wydarzeniu, straciłam przytomność.
~*~
Ciemność… nic poza nią.
Cisza… przerażająca, głucha, cisza.
W mojej głowie tkwiło mnóstwo pytań. Gdzie jestem? Dlaczego niczego nie widzę? Co się wydarzyło? Czy jestem sama? Czemu niczego nie słyszę? Żadnego szumu, śpiewu ptaków, tłukącego się szkła, czegokolwiek? Umarłam?
Nie, to przecież niemożliwe. Moje ciało przeszywał ból. Mój zmysł węchu działał, do moich ust oraz nosa wpływało powietrze oraz intensywny, a zarazem nieprzyjemny i kompletnie mi nieznany zapach. Ruszałam palcami - zarówno u stóp jak i rąk. Musiałam więc żyć.
Pamiętałam moment, w którym upadłam, ale reszta wspomnień znajdowała się za mgłą. Przypominałam sobie powoli, kto mnie uderzył, a także z jakiego powodu i powoli składałam zagadkę w jedną całość. Cholera, a więc Theresa mnie zdradziła!  Nie mogłam się tego spodziewać. Ufałam jej i głęboko wierzyłam, że ta dziewczyna dba o moje dobro. Tymczasem ona grała, jak inni. A ja naiwnie dałam się podejść.
Wydawało mi się, że leżałam luźno, między workami. Gdy tylko próbowałam się przekręcić słyszałam szelest. Czułam również śliski materiał.
Nie byłam związana. Miałam wolne ręce oraz nogi. Wsunęłam więc swoją dłoń do kieszeni spodni, gdzie wciąż znajdowała się moja komórka. Zdziwiłam się, ale również uspokoiłam. Skoro telefon nadal był przy mnie oznaczało to, że nie zostałam porwana.
Podniosłam się do pozycji siedzącej. Było ciasno, naprawdę ciasno. Odblokowałam swój telefon, aby wyświetlacz mógł służyć za latarkę. Obróciłam telefon, żeby rozświetlić miejsce, w którym właśnie się znajdowałam.
Zwykłe pomieszczenie, a w dodatku puste, nieumeblowane. Żadnych szafek, stołów czy krzeseł. Przy suficie znajdowały się jedynie rury kanalizacyjne. Ściany w kolorze szarości wyglądały na dawno malowane – były brudne i porysowane. Przesunęłam swoją rękę w dół, oświetlając podłogę.
Worki, wszędzie czarne worki. Znalazłam około dziesięciu. Co do cholery? Co to za miejsce? Moja głowa non stop kręciła się, skanując każdy kawałek pomieszczenia. Skurcze w moim brzuchu pojawiały się częściej, atakując mnie ze zdwojoną siłą.
Wstałam z miejsca, a następnie cofnęłam się pod wolną ścianę. Oparłam się o nią, oddychając głęboko. Mój wzrok ciągle utrzymywał się na czarnym materiale okrywającym pewne rzeczy. Chciałam wierzyć, że były to narzędzia, materiały montażowe.. cokolwiek. Strach towarzyszył mi cały czas.
Przyłożyłam palce do worka, lekko zaciskając dłoń. Zacisnęłam powieki oraz usta podczas odsłonięcia materiału. Moje serce biło niczym oszalałe. Myślałam, że dostanę zawału. Bałam się, że moje oczy zobaczą to, czego wolałyby nigdy nie widzieć po raz kolejny. Otworzyłam oczy, w których powoli zbierały się łzy. Ku mojemu zdziwieniu ujrzałam manekina. Dotknęłam plastikowej lalki, żeby upewnić się, iż jest ona sztuczna. Miała wielkie, przerażające oczy; różowe, uśmiechnięte usta i zadarty nos. Po co komu był manekin? Nie wiedziałam, nawet nie zamierzałam szukać dotyczących tego informacji.
Zastanawiałam się, czy w pozostałych workach również mieszczą się manekiny. Od razu zabrałam się za ich sprawdzenie. Przeszukiwałam każdy po kolei.
Kamienie…
Ubrania…
Ciało.
Mój Krzyk.
Wrzeszczałam, nie starając się nawet stłumić swojego krzyku. Potknęłam się, oddalając od zwłok, po czym upadłam. To, kogo tam zobaczyłam zmroziło krew w moich żyłach. Złapałam się za głowę, uciekając pod ścianę.
- To sen… to sen.. to sen… - powtarzałam cicho.
Zwłoki George’’a leżały przede mną. Po środku jego czoła mieściła się okrągła dziura otoczona dookoła czarno czerwonym strupem, prawdopodobnie od pocisku. Chłopak miała otwarte oczy, w których nie odnalazłam żadnej emocji. Były puste, bez uczuć… martwe.  Miał zwężone źrenice, podobne do kocich. Blade ciało okrywał szpitalny fartuch. Miał pokaleczoną szyję, jakby ktoś starał się z początku ją udusić. Sine ślady na jej szyi wyglądały na stare. Nie leżała więc tu od wczoraj. Ktoś musiał skrzywdzić go kilka dni wcześniej, a później zostawić jej ciało na pastwę losu. Moje ręce zlodowaciały. Zrobiło się okropnie zimno i niedobrze. Dlaczego on? Kto mu to zrobił? Jak to się stało?
Nie mogłam dłużej wytrzymać.
Szlochając, wybiegłam z pomieszczenia. Znalazłam się na długim korytarzu, który oświetlały podłużne lampy. Rozejrzałam się.
Cisza.
Brak żywej duszy.
Żarówki migotały, co chwila przyciemniając drogę. Płacząc, szłam tak, jak prowadził korytarz z nadzieją, iż odnajdę wyjście. O niczym innym nie marzyłam. Myśl, że przez kilka godzin, a może nawet i dni znajdowałam się obok zwłok George’a lub innych osób sprawiała, że miałam ochotę zabić się, aby nigdy więcej tego nie wspominać.
Moje życie przypominało jeden wielki horror. Byłam pewna, że moje problemy dobiegły końca wraz z odejściem Ashtona, a tak naprawdę one wciąż krzątały się obok, czekając na odpowiedni moment ujawnienia się i zburzenia całej  tego utopii, którą powoli budowałam.
Szłam wzdłuż ściany, oczekując wyjściowych drzwi. Po prawej stronie spostrzegłam coś wypukłego, w kształcie prostokąta. Zbliżywszy się, odnalazłam gablotę.
Na metalowej tablicy za szklaną szybą odnalazłam kilka przydatnych informacji. Napis mówił, że przedtem mieścił się tutaj szpital St Vincent’a. A więc byłam na przedmieściach Darlinghurst. Mogłam się spodziewać, że moje nadzieje dotyczące dalszego pobytu w Sydney legną w gruzach.
Podążałam korytarzem, mijając stare i zardzewiałe nosze oraz wózki inwalidzkie. Rozpaczliwie zapragnęłam wydostać się z tego miejsca. To, co moje oczy musiały oglądać przyprawiało mnie dreszcze. Płacz wraz z paniką przybierały na sile.
Wtem kilka metrów ode mnie spostrzegłam czarne smugi formujące się w ciało. Im bliżej byłam, tym kontury stawały się wyraźniejsze. Osobnik stał, tak po prostu. Światła lamp zaczęły migotać coraz częściej, jakby chciały dodać nieco dreszczyku niczym pomoc w słabym horrorze.
Potrafiłam zarejestrować coraz więcej szczegółów. Już miałam wołać o pomoc, jednak w ostatniej chwili, gdy postać wykonała swój pierwszy ruch zatrzymałam się, zastygając. Światło przestało migotać. Człowiek wysunął zza pleców dobrze znajomą mi siekierę. Dam sobie rękę uciąć, że na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, kiedy usłyszał mój cichy, pełen lęku jęk. Głowę miał spuszczoną. Spod kaptura wystawało kilka pojedyńczych kosmyków. Przypominał mi Ashtona, ale przecież nie mógł nim być. Chyba, że był złudzeniem.
Czym prędzej rzuciłam się do biegu w drugą stronę, zauważając, że napastnik ruszył. Krzyczałam, wzywając pomoc, ale po drodze nie spotkałam nikogo kto mógłby takową zaoferować. Nikogo tu nie było poza mną i człowiekiem, który właśnie chciał mnie zabić.
Pociągnęłam za klamkę drzwi przy których się znalazłam i wbiegłam do środka, zamykając je. Prawdopodobnie weszłam do pomieszczenia, w którym kiedyś przeprowadzano operacje. Na środku znajdował się blok operacyjny, a ściany otaczały liczne szafki. Użyłam całej swojej siły, aby przeprowadzić stół pod drzwi. Po skończeniu swojej pracy uciekłam pod ścianę, siadając na ziemi i modląc się o przeżycie.

Pod drzwiami spostrzegłam cień. Panika wzrosła. Zakrywałam dłońmi usta, aby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Jeśli odnalazłby mnie tutaj, zapewne zginęłabym na miejscu. Kim on był? Dlaczego to robił?



(następny będzie lepszy, pisałam w pośpiechu)