piątek, 24 lipca 2015

Rozdział 37

muzyka: klik

Mrok dopadał mnie z każdą minutą coraz szybciej, oplatając moje ramiona i wdrapując się pod cienką bladą skórę. Krew czerniała tak samo jak ciemniały moje oczy. Czułam pustkę, niesamowitą niemoc. Ciemność ściągała mnie na samo dno i nie chodziło tutaj o brak widoczności, a ból, który doprowadził mnie do załamania. Załamał się mój świat, tok rozumowania, dosłownie wszystko. Zupełnie jak w matematyce, kiedy układasz równanie polegając na wzorze, ale po kilkunastu próbach okazuje się, że wybór wzoru był zły, ponieważ zasady jakie obowiązują są inne niż te, na których dotychczas działałeś. I nagle wszystko staje się niezrozumiałe, traci sens.
Policzki wyschły, bo ostatnia łza jaka po nich spłynęła, towarzyszyła błagającemu o litość Danowi. Gdy jego krzyk ucichł, płacz również znikł, bo wiedziałam, że to koniec. Przegrałam kolejną rundę. Opadłam na krzesło, westchnęłam i siedziałam cicho, czekając na dalszy ruch. Co mogłam więcej zrobić? Pozwolić mordercy żerować na moim cierpieniu? Dać mu satysfakcję? Zgodzić się na to, aby napawał się moimi prośbami? Nie, jego zabawa dobiegła do finału. Przeciwnik mnie złamał. Uderzył w najczulszy punkt i sprawił, że zapragnęłam umrzeć. Nie potrafiłam myśleć, że może wyjdę z tego i będę żyć mając na sumieniu swoich bliskich.
- Widziałam cię – drżącym głosem mówiłam – Twoje oczy zamknęły się, przestałeś oddychać – opisywałam, wracając do wydarzeń sprzed ponad pół roku – Jak ty…
Głośny śmiech dwóch osób – kobiecy oraz męski – rozbrzmiał w pomieszczeniu odbijając się echem. Szmery pozbawiały mnie skupienia, jakie starałam się za wszelką cenę utrzymać. Ktoś szurał krzesłem, a ktoś przechadzał się wokół mnie. Toczyłam wojnę ze swoimi zmysłami, aby poddały się mojej władzy i współpracowały, jednak mimo całej obojętności jaką postanowiłam zachować, niepokój wciąż mi towarzyszył dodatkowo zagłuszając własne myśli i podpowiedzi, które kierował mój rozum.
Palce wplotły się we włosy, po czym pociągnęły moją głowę w tył. O mało nie zachłysnęłam się własną śliną. Mały węzeł puścił tuż po jednym ruchu dłoni. Opaska, którą miałam na oczach spadła, a ja ujrzałam szary, zdobiony dziurami sufit. Nim szeroko uniosłam powieki i osunęłam głowę w dół, wzięłam głęboki wdech. Chwilę później widziałam już jego.
Nie zmienił się za specjalnie. Broda postarzała go o kilka lat, ale na pewno nie wyglądał na kogoś, kto nagle zmartwychwstał, chociaż najwyraźniej tak było, bo już nie wmawiałam sobie halucynacji czy koszmaru sennego. Byłam pewna, że widziałam go naprawdę. Był tylko… mniej zadbany niż zazwyczaj. Miał na sobie poszarpany t-shirt, a na ramiona narzuconą starą bordową bluzę w licznych zabrudzeniach. Do tego ciemne jeansy i adidasy, jakby Cassie rzekła „w słabym guście”. Włosy miał do ramion, z przedziałem po środku. Zarośniety, z raną przy skroni siedział przede mną, lustrując mnie od stóp do głów.
- Naprawdę, Caitlin? – spytał – Byłaś aż tak głupia, żeby uwierzyć, że nie przewidzę zagrań mającego nierówno pod sufitem Logana?
Szybko rozejrzałam się po pokoju, ale poza mną, nim oraz kobietą stojącą przy oknie nie zauważyłam żadnego ciała czy osoby. To było istne szaleństwo. Bawił się ze mną, tworzył złudzenia i chciał, abym wierzyła, że zabija moich bliskich, bo liczył na odpowiedzi. Pytanie było tylko jedno: Czemu tak szybko skończył tę terapię, skoro nie dałam mu niczego, co spełniałoby jego oczekiwania. A może miał już wszystko, a ja nie zrozumiałam, czego tak naprawdę chciał? Osłabił mnie, może w tym tkwiło sedno. Nie ulżyło mi ze względu na brak ciał, bo to nie na tym kończyła się zabawa. On miał więcej rozrywki do zaoferowania, niż komukolwiek mogło się wydawać. Ta gra nabierała większego sensu. Każde słowo było istotnym, każde zagranie miało swoją historię, ruchy od początku do końca były przemyślane i zaplanowane. A ja obawiałam się, że pomijam najważniejsze szczegóły i tracę swoje szanse na przetrwanie.
- Powiedziała osoba całkiem normalna – skwitowałam, widząc trzy osoby w pokoju, zamiast sześciu.
- Och skarbie, ja jestem normalny – odparł – Walczę tylko o miejsce, które zostało mi odebrane.
- Przez wspólnika, którego zabiłeś? – dogryzłam mu.
- Hej! – wrzasnął – On zaczął zabawę w zabijanie – przypomniał mi – Logan zawsze był lalką, którą udało mi się sterować, ale po pewnym czasie pojawiły się komplikacje. Zaczął uważać się za potężnego króla. A ta gra nie polega na byciu królem, którego łatwo pozbawić korony, a na byciu Jokerem, mającym w rękawie kilka asów.
- Sean… - szepnęłam – Jakim cudem on ma być twoim asem? Fletcher nie pragnie niczego innego jak twojej śmierci za zamordowanie jego młodszego brata. – parsknęłam śmiechem, słysząc jakie bzdury opowiadał Connor.
-- Oczywiście – zgodził się ze mną, bez wahania – Ale gdy zobaczy, co przygotowałem dla Ashtona, będzie chciał to podtrzymać, dla własnego dobra.
Brunet wstał i rozpoczął rozwiązywanie mnie. Zapewne uznał, że byłam słaba i nie tworzyłam dla nich zagrożenia. Bardzo się mylił.
- O czym ty mówisz?
Connor pochylił twarz w moim kierunku, aby jak najbardziej zbliżyć się do mnie. Dłonią sunął po moim udzie, to w górę, to w dół, chcąc wytrącić mnie z równowagi. Utrzymywał ze mną kontakt wzrokowy. Uśmiechał się za każdym razem, kiedy spuszczałam wzrok, aby zobaczyć jak wysoko wędruje jego ręka. Kiedy jego palce zatrzymały się za guziki moich spodni, wróciłam do jego twarzy, aby dać mu do zrozumienia, że robi zbyt duży krok.
- O piekle, moja kochana -  ten zaś wyszeptał - Irwin nareszcie trafi do piekła.
Zacisnęłam usta w cienką linię. Wyciągnęłam nogę do góry i wymierzyłam cios w jego krocze. Chłopak zawył, chowając ręce między nogi, aby zmniejszyć swoje cierpienie. Niestety, na marne.
- To był błąd.
- Ty suko – warknął, a ja pożałowałam swojego czynu lada chwila.
Zamachnął się, a moment później uderzył pięścią w moją twarz. Uderzenie było na tyle silne, że wraz z krzesłem przechyliłam się na prawą stronę i runęłam na podłogę. Poczułam przeraźliwy ból w okolicach żeber, na które upadłam.  Czym prędzej złapalam za krzesło i rzuciłam nim w jego stronę. Czym prędzej powstałam i praktycznie rzuciłam się na drzwi wyjściowe. Kobieta stojąca przy oknie odwróciła się i wyciągnęła pistolet. To była Theresa. Z determinacją w oczach mierzyła we mnie, nie wahając się by strzelić.
- Spróbuj wyjść, a zginiesz – poinformowała mnie krótkim, przepełnionym jadem głosem, którego nigdy wcześniej nie słyszałam.
- Cóż, zaryzykuję – odpowiedziałam.
W mgnieniu oka pociągnęłam za klamkę i odepchnęłam drzwi. Przemknęłam przez mały otwór, równo z otwarciem przez dziewczynę ognia. Niemożliwym było, aby szkolona na policjantkę nie trafiła. Poczułam jak pocisk rozrywa mi skórę w okolicach biodra i wypala dziurę. Aczkolwiek nie śmiałam się zatrzymywać. Przylgnęłam do ściany, schyliłam się, a dłoń przycisnęłam do rany. Szurałam nogami, starając się utrzymać szybki krok. Z moich ust wydobywały się krótkie jęki zmieszane z zadyszką, jaką łapałam po drodze. Słyszałam trzask drzwi, a następnie jego kroki, ciężkie i mozolne. Nie gonił mnie, a jedynie szedł za mną. Na jego ustach zapewne widniał ten przebiegły uśmiech, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że jestem dla niego tylko małą myszką uwięzioną w klatce. Nie znałam drogi do wyjścia, więc utknęłam, chodząc po tym feralnym labiryncie.Nie zwalniałam swojego tempa, mając głupią nadzieję, że jednak los uśmiechnie się do mnie i odnajdę drzwi do wyjścia. Zamiast tego, w trakcie swej ucieczki poczułam niespodziewanie uścisk na ramieniu. Nieznajomy pociągnął mnie w swoim kierunku, a później objął ramionami.
- Cholera jasna, Caitlin! – mruknął do mojego ucha, a moje serce nie zwolniło swego bicia, a przyśpieszyło na widok tulącego mnie do siebie Ashtona.
- Nie, nie, nie – powtarzałam – Musisz wynosić się stąd, nie możesz tu być – mówiłam, jakbym dopiero opuściła ośrodek psychiatryczny i nie dokończyła swojego leczenia – Uciekaj, uciekaj, Ashton, proszę – bełkotałam.
- Co? O czym ty mówisz? – dopytywał, ale gdy zauważył krwawienie, zajął się moją raną – Ten wariat cię postrzelił.. Niech go szlag…
- On żyje, Ashton – wyznałam, ale przez moje rozgarnięcie blondyn nic nie rozumiał – Ticks, on tu jest, to on jest Jokerem.
Irwin odsunął się ode mnie o dwa kroki, a później popatrzył na swojego towarzyszy, Caluma i Seana. Seana Fletchera. Wszystko szło zgodnie z planem Connora. Znajdowali się tu obaj, a potem musieli tylko spotkać się z nim, aby Sean przeszedł na złą stronę. Nie mogłam do tego dopuścić.
- Caitlin, musisz iść do końca, a potem skręcić w lewo – nakazał Irwin – Calum pójdzie z tobą.
Złapałam się za głowę. W moich myślach nadal słyszałam jedno słowo. Nie, nie, nie. Miałam wrażenie, że oszaleję, albo wybuchnę. On nie mógł tam iść, nie mógł tam iść sam, ani z Seanem. Connor zamierzał przeciwstawić Fletchera przeciwko Ashtonowi, ale przecież nie miałam jak powiedzieć mu o tym, skoro ciemnowłosy stał tuż obok.
- Nie możesz tam iść – wypaliłam – Nie możesz, on tego chce. Wie, że tu jesteś! - krzyczałam, bo zaczynałam powoli poznawać taktykę. Gdyby Connor chciał mnie zabić, zrobiłby to, a tymczasem nie gonił mnie, gdyż wiedział, że doprowadzę go do Ashtona, który przyjdzie mi na ratunek. Takim sposobem miało dojść do spotkania. Domyślił się, że Sean wciąż żyje i pójdzie wraz z nim. Dopracował każdy detal swojego planu, który trwał zgodnie z jego zamysłami. 
Ashton wywrócił teatralnie oczami, jak gdyby to co mówię było zupełnie nieważne. Wyjął z kieszeni broń i wsadził ją w ręce posyłając znaczące spojrzenie. Pogładził dłonią mój policzek, a kąciki jego ust uniosły się delikatnie ku górze. Zauważyłam jednak, że uśmiech ten był wymuszony. Miał on oznaczać jak zwykle jedno i to samo.
- Nie martw się o mnie – odparł – Wiesz, że zawsze wychodzę z takich cyrków cało.
Zsunęłam jego dłoń.
- Nie rozumiesz – oburzyłam się – To pulapka, Ashton.

- Zabierz ją – poprosił Irwin, patrząc na swojego przyjaciela z politowaniem. Gdy ciemnowłosy chwycił mnie za rękę, Ashton po raz ostatni zawołał mnie powtarzając, że wszystko będzie w porządku, ale nie mógł mnie nabrać, skoro dokładnie wiedziałam, jak potoczy się sytuacja. Kiedy więc obydwaj poszli w głąb korytarza, na spotkanie z Connorem, który nagle jakby rozpłynął się w powietrzu, ja nie potrafiłam po prostu odpuścić i odejść, zostawiając Ashtona praktycznie podanego na talerzu. Szybko wyrwałam się z objęcia Hooda, przepraszając i ruszyłam do biegu za nimi. Nie zważałam na wołania przyjaciela Ashtona. Zdawałam sobie sprawę, że on również pójdzie za moim przykładem, bo nie zostawi mnie samej na pastwę losu. Dlatego gdy mnie dogonił i starał się zatrzymać, po czym zawrócić wraz ze mną, wyjaśniłam mu problem. Chłopak odbezpieczył swój pistolet, złapał mnie za rękę i razem pognaliśmy na ratunek oraz poszukiwania Ashtona.