czwartek, 16 lipca 2015

Rozdział 36

Otworzyłam oczy, ale mimo uniesienia powiek otaczała mnie ciemność. Pulsujący ból po prawej stronie głowy nie pozwalał mi się skupić. W mojej pamięci pojawiały się obrazy, dosyć słabe, niewyraźne i krótkie. Powoli przypominałam sobie co wydarzyło się zanim straciłam przytomność. Pamiętałam jak intensywnie wpatrywałam się w zamknięte drzwi. Moje serce biło niesamowicie szybko, jakbym za moment miała dostać zawału. Mokre od płaczu policzki ocierałam rękawami bluzy. Przez chwilę zastanawiałam się nad całą sytuacją, powodem tych wydarzeń. Bałam się myśleć, co może zadziać się dalej. Popadałam w obłęd, panikowałam i błagałam o litość Boga, który jakby w ogóle mnie nie słuchał, bo po kilku minutach rozległ się huk. Zaczęłam wrzeszczeć niczym opętana, kiedy ujrzałam kawałek ostrza, który utknął w środku drzwi. Napastnik siłował się z wyjęciem siekiery, a gdy to zrobił, wbił ją ponownie w drewno. Pchałam ciało na ścianę, jakbym chciała przez nią przejść, chociaż doskonale wiedziałam, że było to po prostu niemożliwe. Starałam się uciec, sprawić, abym przedostała się do innego pomieszczenia, ale nie moje modły nie działały. Siedziałam na blacie stołu krzycząc wniebogłosy i pozwalając oprawcy dostać się do mnie tylko po to, aby mógł mnie zabić, bo musiałam przyznać, że po części zapragnęłam już śmierci. Strach mnie przerastał. Opanował całe moje ciało i duszę. Nie potrafiłam się kontrolować, kierowałam się instynktem, który zawodził z minuty na minutę. Pragnęłam zakończyć swoją historię jak najszybciej, żebym nie musiała przechodzić przez to piekło. Tchórzyłam, byłam słaba, mała i bezbronna. A najgorszą rzeczą był fakt, że nie potrafiłam tego zmienić.
Ku mojemu zdziwieniu, piąte uderzenie w drzwi nie nastąpiło. W zamian za ostry, pobudzający moją histerię świst, pojawiła się głucha cisza. Mijało pięć, dziesięć, a może i piętnaście minut, a ja nie usłyszałam żadnego dźwięku poza kapiącą wodą z rury kanalizacyjnej gdzieś w korytarzu. I chociaż oglądałam wiele horrorów karcąc przed telewizorem dziewczyny wchodzące do pomieszczeń, których zdecydowanie nie powinny zwiedzać, sama nie powstrzymałam się przed wyjściem oraz sprawdzeniem głównego holu. Kierowałam się myślą, iż mogłabym spróbować uciec z tego miejsca. W końcu nadzieja również mi towarzyszyła.
Drzwi lekko zaskrzypiały, kiedy je uchyliłam. Rozejrzałam się po korytarzu, jednak nie dostrzegłam żywej duszy. Chciałabym móc powiedzieć, że mi ulżyło, ale w tym wypadku nie czułam spokoju pomimo bycia samej po środku korytarza. W dalszym ciągu drżałam z zimna, a także przerażenia. Ledwo stałam na nogach, a poruszanie się sprawiało mi jeszcze większą trudność. Ale zebrałam siły i ruszyłam przed siebie w poszukiwaniu drogi prowadzącej na zewnątrz. Stawiałam małe kroki, starając się nie szeleszczeć, co było nielada wyczynem, z powodu kałuż wody znajdujących się na podłodze. Dłonią dotykałam ściany, która asekurowała mnie przed upadkiem. Korytarz był długi, a także prosty niczym ze zwykłego thrillera. Ociekający wodą, zamieszkały przez szczury i słabo oświetlony. W dodatku wyglądał tak samo przez całą podróż. Przypominał ścieżkę ze snu, udekorowaną drzwiami, które jedynie otwierało się, aby iść dalej, bo końca nie sposób było odnaleźć.
Niespodziewanie zobaczyłam światło, o wiele większe niż te bijące z lamp umieszczonych na suficie. Wtedy odzyskałam władzę nad nogami i przyśpieszyłam. Prawie biegłam, gdy przepełniło mnie szczęście. Ale tak szybko, jak ono obudziło się we mnie, tak zniknęło. Nagle ktoś pociągnął mnie za rękę, a potem pchnął na ścianę. Niefortunnie głową uderzyłam o podłogę, upadając i zamknęłam oczy.
Ocknęłam się dopiero w miejscu, którego nawet nie zdążyłam zobaczyć. Polegając na swoich zmysłach wychodziłam z założenia, że nadal byłam w zamkniętym pomieszczeniu, bo wiatr nie obijał się o moją twarz czy dłonie. W powietrzu unosiła się mieszanka różnych nieprzyjemnych zapachów. Woń alkoholu, nikotyny i stęchlizny rozpoznałam jako pierwszą. Później znów pojawił się ten ohydny szpitalny zapach.
Moje nadgarstki były ściśnięte i związane do oparcia krzesła na którym siedziałam tak, jak moje nogi. Próbowałam poruszać dłońmi, jednak tylko traciłam siły, a także marnowałam czas. Ktoś bardzo postarał się, abym nie mogła uciec. Sznury wbijały się w moją skórę, podrażniając i raniąc. Nie pozostawało mi nic innego, jak przyjmowanie bólu.
Nie byłam sama w pomieszczeniu. Pewna postać obserwowała mnie, wyczuwałam czyjąś obecność. Oglądała mnie rozkojarzoną, przepełnioną różnego rodzaju obawami. Patrzyła jak kręcę głową to w prawo, a to w lewo, aby dojrzeć chociaż małą iskierkę światła. Słuchała bicia mojego serca i przyśpieszonego oddechu. Syciła się tym, karmiła moim zdenerwowaniem. Chciała jak najdłużej utrzymywać ciszę, abym mogła oszaleć. Po kilku minutach ledwie zdołałam usłyszeć jedynie słaby szelest. Intuicyjnie odwróciłam głowę w stronę lewą, żeby bardziej skupić swoją uwagę na dźwięku, który zauważyłam w tamtej części pokoju. Nie minęła minuta, a moją szyję zaczął ogrzewać czyiś oddech. Wdychał, a potem wydychał powietrze zostawiając nieprzyjemne ciepło na mojej szyi. Ten oddech był ciężki, niespokojny i dość głośny, jakby ta osoba próbowała zabrać głos, ale nie potrafiła wydobyć z siebie ani jednego słowa. Kiedy nosem otarła o mój policzek, pokręciłam głową, aby jak najszybciej pozbyć się tego dotyku i wybić go z pamięci.  A później znów zjawiła się cisza, wprawiająca mnie w zdenerwowanie.
- Halo? – zawołałam, a mój głos niósł się echem – Kto tu jest?
Nie uzyskałam odpowiedzi, a przynajmniej nie słownej. Ktoś chodził, w dodatku na szpilkach, bo tylko damskie buty wydawały tak znajomy stukot. Mimo drżenia zebrałam się na odwagę, aby spróbować skłonić moją napastniczkę do rozmowy.
- Theresa, to ty? – spytałam – D              laczego to robisz? Gdzie ja jestem?
Niespodziewanie czyjaś dłoń dotknęła mojego ramienia.
- Shhh…. Oszczędzaj się – szept mężczyzny dotarł do mojego ucha. A więc w pomieszczeniu znajdowało się o wiele więcej osób, niż sądziłam. – Musisz mieć sporo siły na kolejne atrakcje, które dla ciebie przygotowałem – oświadczył. Jego głos wydawał się znajomy, pełen pewności siebie ekscytacji i energii - Zagramy w grę – powiedział, a na jego wieści jedzenie podeszło mi do gardła – Gwarantuję, że ta będzie twoją ulubioną, Caitlin… - mruczał -  Na pewno jesteś ciekawa jej reguł, co?
- Nie za specjalnie – warknęłam.
- Lepiej żebyś je poznała, przydadzą ci się później.
Mężczyzna zacisnął swoją dłoń, po czym klepnął moje ramię i cofnął się. Sugerując się dźwiękiem kroków, wydawało mi się, że chodzi wokół mnie, cały czas wzrokiem badając moje reakcje. Nic więcej stwierdzić nie mogłam.
- A więc jest tu kilka znajomych ci osób, wiesz? – zagadał, a następnie począł wymieniać imiona, po których usłyszeniu włosy stanęły mi dęba – Tępa Cassidy, troskliwa Eleanor… i och! Bym zapomniał! Wielbiący cię Danny…
Moje serce omal nie stanęło. Zatrzymałam powietrze w płucach.
- Spokojnie… - wtrącił sam sobie, widząc niepokój na mojej twarzy – Są jeszcze żywi.
- Ty sukin… - urwałam, kiedy jego dłoń uderzyła prosto w mój policzek, skutecznie mnie uciszając.
- Będziesz miała prawo głosu, ale teraz stul pysk – skarcił mnie, a później kontynuował, jak gdyby nigdy nic się nie stało – Zasady są proste – oznajmił – Ja zadaję pytania, a ty grzecznie odpowiadasz – wyjaśnił jednym zdaniem reguły gry – Zabawa może dobiec końca szybciej niż ci się wydaje, moja droga…
Zaciągnęłam nosem, bo łzy wzbierały się w moich oczach i byłam gotowa szlochać oraz błagać o litość. Wiedziałam, że ta krótka informacja kryła za sobą pewien sekret, który na pewno nie był dla mnie korzystny.
- Gdzie jest haczyk? – zapytałam starając się brzmieć, jak opanowana osoba, jednak w takiej sytuacji nie wiedziałam, czy ktokolwiek utrzymałby spokój. Wewnątrz czułam, jak gniję albo rozpadam się na milion kawałków. Świadomość, że moim bliskim zagraża niebezpieczeństwo powodowała większy strach, niż fakt, że to mi mogła stać się krzywda. W tej chwili przestałam dbać o swoje życie, a za priorytet uznałam moich przyjaciół i rodzinę.
- Dobrze, że o nim wspominasz – odparł, a ja byłam pewna, że na jego parszywej gębie pojawił się triumfalny uśmiech – Pomimo pozorów, muszę cię uświadomić, że gra nie jest przyjemna – powiedział udając smutek.
Po raz kolejny zapadła cisza, jednak tym razem nie na długo. Mężczyzna znowu mnie dotknął; złapał dłońmi moje ramiona i pochylił się, aby jego usta znalazły się przy moim uchu. Po moim ciele przeszły dreszcze, a ust uleciał cichy jęk.
- Będziesz płakać…. Krzyczeć…. Prosić…. Błagać…. – mówił szeptem – A ja nie zatrzymam gry, dopóki nie usatysfakcjonują mnie twoje odpowiedzi.
Ledwo zdołałam przełknąć ślinę. Nie mogłam skojarzyć głosu, ani sposobu bycia tego człowieka. Nie miałam pojęcia, czy posługuje się narzędziem do mutacji głosu. Martwił mnie również fakt, że nie słyszałam nikogo poza nim. Skoro w pomieszczeniu była Cassie, Eleanor i Dan, czemu żadne z nich nie odezwało się? Co, jeśli mężczyzna blefował?
- Ach, nie wspomniałem o karach! – przypomniał sobie przypadkiem – Za każde kłamstwo lub milczenie, będziesz podejmowała pewną decyzję, Caitlin.
- O czym ty mówisz? – spytałam, nie rozumiejąc jego słów, ani chorych zasad.
- Sama zobaczysz – odpowiedział z zadowoleniem – Zaczynajmy!
Klasycznie klasnął w dłoń, jakby ten gest miał oznaczać swego rodzaju gwizdek mówiący „Start!”. Krzesło szurnęło, a on chyba na nim usiadł – dokładnie naprzeciwko mnie. Lustrował mnie wzrokiem, niczym psychopata, którym właściwie był, bo nikt normalny nie zabijałby dla swoich pobudek, czy porywał ludzi bez powodu. Aczkolwiek on na pewno miał powód, o którym jeszcze nie napomknął.
- Na początek bardzo proste pytanie: Dlaczego Sean Fletcher cię nie zabił?
Analizując jego pytania, próbowałam odkryć jego tożsamość. Znał go, znał Seana, a więc mógł znać Logana lub Jacka. Być może pracował ze starszym Fletcherem? Mógł się go obawiać, albo być jednym z jego wrogów, ale co ja miałam z tym wspólnego? A może był bratem Seana? Może Logan wcale nie umarł?
- Widocznie uznał, że nie ma takiej potrzeby – warknęłam.
- Hm… źle zaczynasz tę rundę… - mruknął.
- A ty? – zdecydowałam się podejść dręczyciela – Dlaczego zabiłeś Luke’a?
- O ile wiem to moja gra i ja wykładam karty – fuknął.
- Ale na jedno pytanie możesz odpowiedzieć, prawda? – zapytałam.
- Odpowiedź za karę, co ty na to? – bawił się w negocjatora, ale pragnąca informacji, zgodziłam się na jego warunki – Widziałaś kartę, którą zostawiłem? Wiadomość na odwrocie? – spytał, a ja pokręciłam przecząco głową – Wyrównywałem tylko rachunki.
- Co to ma znaczyć…
Mężczyzna wstał i przez kilka sekund chodził po pomieszczeniu, aż w końcu przystał w drugiej części pokoju.
- To, że czas na karę – zawołał – Jak uważasz, Caitlin… Cassie może wiedzieć kim jestem? – Słysząc imię przyjaciółki o mało nie udusiłam się. Wyobrażałam sobie, jak ten wariat stoi tuż obok niej, mając w ręku broń.  – Bo jeśli tak, z pewnością chciałaby powiedzieć o tym tobie.. ale z drugiej strony, czy ma ona tak długi język, jak Eleanor, która wypaplała znaczenie kart?
Zastanawiałam się do czego dąży mężczyzna, jednak kiedy poznałam jego zamiary, wolałam umrzeć. Utwierdził mnie w przekonaniu, iż potrzebował psychiatry, na którego nawet było już za późno.
- Zdecyduj, Caitlin – poprosił – Komu powinienem obciąć język – Eleanor, a może Cassie? Masz trzydzieści sekund.
- Oszalałeś – syknęłam.
Kręciłam się po krześle, licząc na rozluzowanie sznurów albo uwolnienie się, ale trud jaki wkładałam w ucieczkę szedł na marne. Ze złości wyżywałam się na krześle, uderzając o nie plecami. Gdy łudziłam się, że jesteśmy w pokoju sami, niespodziewanie usłyszałam kobiecy jęk. Moje serce zabiło niczym największy dzwon, aż poczułam ukłucie w piersi. Nie mogłam w to uwierzyć, on naprawdę ich uwięził.
- Piętnaście… - ponaglał mnie.
- Proszę cię, nie rób tego – Z desperacją w głosie prosiłam mężczyznę, jednak nie miał on skrupułów. Odliczał do samego końca.
- Skoro nie chcesz zadecydować, ja to zrobię. Eleanor jest starsza, więc język będzie jej zbędny.
Ten wrzask utrzymywał się w mojej głowie do samego końca. Nie płakałam, brakło mi sił. Słyszałam jedynie krzyk, chociaż w pomieszczeniu było cicho. Nie mogłam powiedzieć, że pojawiły się u mnie wyrzuty sumienia, ponieważ to było za mało. Umierałam od środka. Widziałam obraz zapłakanej Eleanor i napastnika, który trzyma jej twarz dłońmi, a palcami otwiera usta. Więcej nie umiałam sobie wyobrazić. Ta wizja była wystarczająca, aby moje serce łamało się. Sama to spowodowałam. Moja ciekawość i chęć poznania prawdy sprowadziły nieszczęście na ciotkę.
- Och, nie bądź taka pochmurna! Bawmy się dalej! Czas na następne pytanie… - Wrócił do gry i nie było mu choćby przez sekundę żal – Zmienimy trochę kolejność, gdyż przejdę do ostatniego z mojej ogromnej puli! Jak myślisz, kim jestem?
- Popieprzeńcem, który pożałuje tego, co przed chwilą zrobił – pomyślałam, ale nie odważyłam się wypowiedzieć swoich słów głośno.
- Masz 3 szanse – powiedział stanowczo – Jeżeli nie uda ci się, jedno z twoich przyjaciół straci nogę, żeby nie mogło dojść na przykład do komisariatu, kiedy ich wypuszczę, bo wiesz… miałem to w planach. Nie sądziłem jednak, że będziesz taka słaba w tej grze.
Popadłam w rozpacz. Mogłam strzelać, ale nie chciałam tego robić, gdyż wiedziałam ile mnie będzie kosztował każdy błąd. Nie zniosłabym kolejnej porażki, chociaż ona nadchodziła. Zaciskałam zęby, aby powstrzymywać skowyt i grałam. Pozwoliłam zawładnąć sobą. Utknęłam w tej przeklętej zabawie, próbując za wszelką cenę wygrać, mimo że miałam nikłe szanse.
- Logan – palnęłam – Żyjesz i teraz odpłacasz się każdemu, kto zalazł ci za skórę.
Roześmiał się.
- Próbuj dalej.
Trzymałam się nadziei, że jednak trafiłam, a tymczasem Logan faktycznie został zamordowany przez człowieka, który mnie więził, o ile nie zbijał mnie z tropu.
- Jack? – zadałam pytanie, w zupełności nie będąc pewną swoich domyśleń. Brakło mi pomysłów.
- Ostatnia szansa – Wyraźnie bawiło go moje cierpienie i to, że nie potrafię z nim wygrać.
- Danny – Wrzasnęłam ostatecznie, bo mimo oświadczeń iż on również jest zagrożony, nie potrafiłam wybić sobie z głowy wieczoru, w którym znalazłam napis na lustrze. Tylko on wychodził z mieszkania, a później zniknął, podobno w Nowym Jorku, ale jakim cudem byłby tutaj? No właśnie, to mógł być on. Nie ufałam już nikomu, nawet osobie, która przyjaźniła się ze mną tyle czasu.
- Danny.. – powtórzył za mną – Danny za kilka minut zostanie pozbawiony nogi…
- Nie… - Prawie westchnęłam.
Grunt roztapiał się pod moimi nogami. Upadałam.
- A byłaś tak blisko…
Zanim porywacz pokusił się o krzyk Dana, zabrałam głos.
- Myślisz, że wygrywasz? – zapytałam wściekła, a dłonie cisnęły się w pięści – Gówno prawda! Może i jesteś jokerem czy pies wie kim, ale wiesz co? Skoro ja również jestem w grze, to też mogę grać kartami. A moim jokerem jest nikt inny, jak Ashton Irwin.
Zamilkł, a gdy już myślałam, że informacja, którą oznajmiłam była niczym kontratak i przeraziła faceta od stóp do głów, ten zachichotał, a tuż potem odpowiedział swobodnym, pełnym rozbawienia chamskim rechotem. Minęło kilka minut, nim się uspokoił i postanowił coś powiedzieć.
- Miał być dla mnie niespodzianką fakt, że żyje? – spytał, jakby było to pytanie retoryczne – Skarbie… wiedziałem o tym od samego początku – poinformował mnie, co wzbudziło pewne zainteresowanie. Jakim cudem? – On nigdy mnie nie zaskakiwał… zawsze byłem i będę o krok do przodu.

Chwilę po jego słowach, do moich uszu dobiegł krzyk. Nikogo innego, jak biednego Dana, czyli drugiej osoby, która ucierpiała przez moją głupotę.




________________________________________

Jutro - 17.07 - Piątek - Warszawa - Pole Mokotowskie - Godzina 16:00 - Spotkanie z czytelnikami!
Ławeczki przy głównym stawie! Więcej info na fanpejdżu Cień Fanfiction! :)