niedziela, 26 lipca 2015

Rozdział 38

muzyka: 1 | 2

Nie miałam pojęcia, jakim cudem zarówno Connor jak i Ashton w towarzystwie Seana mogli się rozpłynąć w tak szybkim tempie. Poszliśmy z Calumem przeciwnym korytarzem, ale gdy znaleźliśmy się na tym samym, którym powinna kroczyć cała trójka, zastała nas cisza.
Osunęłam się na podłogę, wzdychając ciężko. Powoli traciłam kontakt ze światem. Calum widząc moje osłabienie natychmiast przykucnął. Pomimo moich protestów, podniósł koszulkę, pod którą znajdowała się rana. Zerknęłam na niego słabo, a on odpowiedział mi troskliwym spojrzeniem. Wiedziałam co chce powiedzieć. Powinnaś była iść do samochodu, w którym czekał na ciebie Michael. Zawiózłby cię do szpitala i twojemu życiu nie zagrażałoby żadne niebezpieczeństwo. Ale Calum milczał i pozwalał mi na chwilę odpoczynku.
- Wątpię, żeby pocisk przeszedł na wylot.. – mruknął – Tracisz dużo krwi i możliwe, że masz zmiażdżoną kość, ale w końcu… nie jestem lekarzem więc nie powiem ci za wiele.
- Nic mi nie jest – odparłam.
- Pewnie, tylko wykrwawiasz się na śmierć – burknął i zadrwił – Nic wielkiego.
Calum rozerwał materiał swojej koszulki i zawinął go w kłębek. Podał mi, a następnie poprosił, abym mocno uciskała ranę. Pomógł mi wstać. Ręką objęłam go i razem podążyliśmy korytarzem, z nadzieją na znalezienie Ashtona.
Nie minęło piętnaście minut, a doszliśmy do większego pomieszczenia, skąd dochodziły głosy. W międzyczasie zdążyłam opowiedzieć Calumowi o śmierci George’a, pułapce jaką zastawił na mnie Connor, Theresie i całej grze, jaką zaaranżował Ticks. Zdawało mi się, że teraz byliśmy bardziej uważni i ubezpieczeni, chociaż to mogło być jedynie złudzenie.
Schowaliśmy się za dużymi sprzętami operacyjnymi, które zostały wywiezione w miejsce przypominające hol. Calum posadził mnie na podłodze tak, abym widziała co dzieje się na polu bitwy. Poprosił, żebym nigdzie nie odchodziła i sam poszedł na drugą stronę ocenić sytuację. Obserwowałam go, a także nadzworowałam przebieg wydarzeń.
- Uznajmy więc, że jestem wróżbitą i właśnie przepowiedziałem wam przyszłość – Connor rzucił bez większego zainteresowania, ale potem spoważniał i zaczął mówić do rzeczy – Wy idioci! Sądzicie, że kiedy zginę to gra dobiegnie końca? Nie… Ona wciąż się toczy i idzie zgodnie z moim planem…
- Jesteś popieprzony, Ticks – stwierdził Irwin bez ogródek – Zawsze byłeś. Masz jakąś cholerną manię.
- A w dodatku ta mania sięgnęła zenitu – dodał Fletcher – Zapłacisz za to, co spotkało mojego brata.
- Prędzej wy zapłacicie za to, co spotkało mnie.
Kątem oka spostrzegłam kolejny cień za idącym Hoodem. Kiedy zobaczyłam, kto się zbliża do przyjaciela Ashtona, trzymając pistolet w dłoni i celując w niego, mało nie pisnęłam. Theresa miała go na muszce i właśnie usiłowała go zabić.
Czym prędzej dłońmi przeszukałam swoje spodnie. Odnalazłam małą spluwę, którą dał mi Irwin i wyjęłam ją. Palce drżały, jakbym dłonie trzymała w lodowatej wodzie przez około godzinę czasu. Nie mogłam ustabilizować rąk. Starałam się znaleźć swój cel, namierzyć dziewczynę i wystrzelić pocisk prosto w drugi pistolet tak, jak robili to chłopcy, aczkolwiek oni mieli po prostu talent, którego mi zbrakło, bo kiedy wystrzeliłam… kula nie trafiła w broń, a w Theresę.
Głowy obecnych zwróciły się w kierunku ostatniego jęku, jaki wydała postrzelona dziewczyna. Ostatnimi siłami wstałam i wyłoniłam się zza maszyn. Kulejąc wyszłam na środek, do trójki chłopaków. Connor szybko podbiegł do Theresy, natomiast Calum znalazł się przy nas. Nigdy nie byłam w większym szoku, niż w tamtym momencie. Po raz pierwszy strzelałam z pistoletu, ale to nie było największym problemem.
Zabiłam człowieka.
Upadłam na kolana, gapiąc się w stronę Connora siedzącego przy Theresie, która nie oddychała. Zabiłam ją jednym strzałem.
- Caitlin… - Ashton pochylił się nade mną, nawołując – Caitlin, dlaczego? Cait, słyszysz?
Nie umiałam się wysłowić. Majaczyłam, dukałam, jąkałam się.
- Ce…ce..celo..wa..ła w Ca..Caluma i ja.. po prostu.. po prostu ja… zabiłam ją… Mój Boże…
Doprowadziłam Ticksa do furii, stanu, w jakim nigdy nikt go nie widział. Najwyraźniej Theresa nie była tylko jego wspólniczką, a kimś więcej, o czym żadne z nas nie miało pojęcia, ale zdążyło się przekonać.
- Ty suko… zginiesz w cierpie…
Wszyscy usłyszeli huk dochodzący z korytarza. Tuż po nim, tajemniczy tupot ciężkiego obuwia, jakby wojskowego dał się we znaki. Patrzyliśmy na siebie, obserwując cienie poruszające się po ścianie, które były coraz mniejsze. Connor uśmiechnął się cwaniacko, po czym biegiem ruszył do wyjścia ewakuacyjnego. Ashton widząc jego reakcje, skinął w kierunku Caluma, a ten rzucił się do pościgu. Sean powoli cofał się, nie spuszczając z oka ludzi idących dosłownie na nas. Po kilku sekundach zniknął w ciemnościach korytarza prowadzącego w drugą stronę. My zaś zostaliśmy. Uciskałam swoje biodro leżąc na podłodze. Ciężko oddychałam i miałam wrażenie, że umieram chociaż Ashton zapewniał, że wyjdę z tego bez szwanku.  Siedział przy mnie, trzymając moją dłoń i oglądając moje cierpienie, bo nic innego mu nie pozostało.
- Idź.. – szepnęłam – Musisz iść.
- Nie zostawię cię, Caitlin – odparł.
- Nic mi nie będzie.
- Poza tym, że będziesz główną podejrzaną o zabójstwo funkcjonariuszki? Pewnie nic.
- Ale to ty jesteś poszukiwany, Ash.. – mruknęłam, patrząc na niego błagalnie.
Irwin westchnął ciężko, spuszczając wzrok. Policjanci byli już blisko. Ponaglałam blondyna, ale ten nie reagował. Milczał, jakby bił się w tym momencie z myślami, chociaż wybrał naprawdę najmniej odpowiednią chwilę. Prosiłam, aby uciekał, jednak on został.
- Może przyszedł czas, żeby nareszcie mnie znaleźli – odpowiedział cicho, jakby sam był rozczarowany swoją odpowiedzią, bardziej niż ja.
Otworzyłam szeroko oczy, próbując zrozumieć co chłopak ma na myśli. Już chciałam cokolwiek powiedzieć, gdy wbiegło około dziesięciu antyterrorystów z bronią w ręku, wymierzoną w naszą dwójkę. Ashton popatrzył na nich ze skruchą, a ja na niego.. z niedowierzaniem.
- Nie możesz.. Ash… Nie..
- Cień musi raz na zawsze zniknąć – rzucił.
- Ashton – szepnęłam, ciągnąc go za rękę, aby nie wstawał – Wiem, że załujesz wszystkiego co zrobiłeś, ale to nie jest wyjście. Nie możesz mnie zostawić, nie teraz!
Ale on nie słuchał. Miał swój plan, którego się trzymał i za nic nie zamierzał go zmienić, bo wydawał mu się dobry. Chciał zmienić swoje życie, chciał wyrzucić przeszłość ze swojej pamięci i zacząć od nowa, ale nie mógł mnie również wyrzucać, jak piłkę przez okno. Potrzebowałam go, a on potrzebował mnie. Czym się kierował podejmując taką decyzję i dlaczego o niczym mnie nie poinformował, a trzymał się jedynie na uboczu? Myślałam, że wszystko ustaliliśmy i nasze relacje zostały wyjaśnione, a tymczasem nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji, którego nikt się nie spodziewał, a już na pewno nie ja. Nagle pojawiła się między nami bariera; mur który wyrósł dosłownie znikąd. Przepaść, która widziałam tylko ja, mur który nas rozdzielił sprawił że znów się różniliśmy, przestaliśmy mieć te same zdania, a obietnice, które sobie oświadczyliśmy zniknęły jakby nigdy nie istniały. Nie mogłam, nie potrafiłam i nie chciałam tego zaakceptować.
I wtedy bajka zamieniła się w najgorszy z możliwych koszmarów. Ashton dobrowolnie uniósł ręce mierząc wzrokiem policjantów stojących przed nim. Siedziałam na ziemi przyglądając się całemu wydarzeniu.
- Co ty wyprawiasz?!
Ashton patrzył na mnie obojętnie. Dałabym słowo, że gdyby mógł, wzruszyłby teraz ramionami i wysilił się na sztuczny uśmiech.
- Wybieram dobro – powiedział nie wydając z siebie dźwięku. Poruszył jedynie ustami patrząc na mnie i z lekkim uśmiechem, który miał mi dać nadzieję.
Dobrowolnie pozwolił skuć się policjantom, którym jego posłuszeństwo nie wystarczyło. Powalili go na ziemię, a potem założyli kajdanki, pokazując swoją wyższość i status.
Ashton Cień Irwin. Ten sam, który walczył zawsze z policją poddał się, aby oczyścić swoje imię chociażby u Boga, ponieważ ja już dawno go rozgrzeszyłam, ale to nie było wystarczające. Nie dla niego.
Cały świat ucichł. Szklana kula znowu mnie złapała w swe sidła i uwięziła. Przestałam słuchać i rozumieć. Tylko patrzyłam.
Patrzyłam na niego, miłość mojego życia, którą ode mnie zabierano. Jego twarz powoli znikała z zasięgu mojego wzroku. Podniósł się z pomocą mundurowych i szedł w stronę wyjścia z pokoją, nie wyrywając się, nie wrzeszcząc, bez żadnego sprzeciwu.
To uczucie, które mnie dopadło tamtego dnia było najgorszym ze wszystkich, jakie doświadczyłam. Osoba o którą walczyłam tak długo poddała się na moich oczach. Takiego bólu nie życzyłabym nawet wrogowi. Moje serce rozpadało się na milion kawałków. Myślałam, że po tym starciu nareszcie nasze drogi spotkają się na dłuższą chwilę, bądź na zawsze. Umawialiśmy się, że jego domniemana śmierć była ostatnią rozłąką. A teraz? Ashton zostawiał mnie samą znowu, wbijając kolejny nóż w plecy,
Zamknęłam oczy pozwalając łzom płynąć. Policjanci podnieśli mnie, bo sama nie zamierzałam ruszyć się z miejsca. Nie miałam sił. Oni zaś nie dbali o moje samopoczucie czy zdrowie. Wyciagnęli mnie z budynku popychając i szarpiąc mną, niczym nic nie wartą osobą. Być może tak właśnie było. Zaprowadzono mnie prosto do karetki.
Szłam obok skutego Ashtona, patrząc na niego i starając się zapamiętać każdy szczegół, bo nie wiedziałam, kiedy jeszcze go zobaczę. Kątem oka zobaczyłam schowany między drzewami samochód, który na pewno należał do Michaela bądź Caluma. Z drugiej strony widziałam chowającego się Seana. Ten także patrzył na nas z szeroko otwartymi ustami.
Ashton odwrócił swoją twarz w moją stronę. Pochylony był do przodu, idąc w niewygodnej pozycji, ale bezpiecznej dla funkcjonariuszy, którzy wciąż uważali, że może wywinąć im numer. On zaś potulnie kroczył do radiowozu, poddając się.
- Dlaczego? – szepnęłam.
- Bo jeśli… - powoli ruszał wargami, abym nadążyła – Kogoś kochasz – mówił utrzymując ze mną kontakt wzrokowy – To chcesz jego szczęścia, nawet jeśli nie ma w nim ciebie – przypomniał mi słowa które już kiedyś wypowiedział.
Rozkleiłam się. Beczałam jak małe dziecko. Czułam, jak rozpadam się od środka, umieram w każdym procencie.  Świat runął, a ja stałam po środku, nieruchomo. Chciałam go objąć, wykrzyczeć jak bardzo go kocham i nie chcę się z nim rozstawać. Pragnęłam wyznać mu, jak wdzięczna jestem za poznanie go, za zmiany, jakie dokonał w moim życiu. Chciałam myśleć, że to nie był jeszcze koniec, jednak…
Niestety był.
Auto ruszyło, a Ashton odjechał. Już więcej go nie zobaczyłam. To smutne, ale tak toczyły się nasze losy. Byliśmy niczym gwiazdy leżące blisko siebie, ale jednocześnie oddalone na tyle, że nigdy nie mogły się spotkać.
Wspominałam poprzedni tydzień, leżąc niczym przykuta do szpitalnego łóżka. Obok mnie siedział funkcjonariusz Royze, a przynajmniej takie nazwisko miał wpisane na plakietce. Codziennie musiałam go oglądać. Rozsiadał się na fotelu tuż obok łóżka, zostawiał swój sprzęt na stoliku i spędzał czas w moim towarzystwie, co musiało być katorgą, ponieważ ani razu w ciągu tych siedmiu dni nie odezwałam się do niego słowem.
W końcu nadszedł wyczekiwany przez wszystkich mieszkańców Sydney poniedziałek. Poniedziałek stał się ważnym dniem tygodnia, ze względu na proces nareszcie złapanego przez policję Ashtona Cienia Irwina oskarżonego o kilkanaście zabójstw, kilkadziesiąt kradzieży, a także liczne włamania, bójki i groźby. Ludzie siedzieli w domach, barach lub pracy, głównie przed telewizorami. Nigdy przedtem nie widzieli Irwina na własne oczy, a tym razem mieli okazję. W końcu telewizja na wieść o schwytaniu zbrodniarza postanowiła transmitować przebieg procesu, aby nabić sobie oglądalność, bo wiele osób zrezygnowała tego dnia z obowiązków, aby tylko dowiedzieć się ile lat ten bandyta dostanie od sędziny.
Pokazano, jak Ashton wchodził na salę. Ból, który widziałam w jego oczach był ogromny, nie do zniesienia. Dzieliłam go z nim, bo wszystko co dotyczyło Ashtona, dotyczyło także mnie. Upadałam pod ciężarem tych negatywnych emocji, jakie się we mnie zebrały. Myśl, że straciłam go na zawsze zabijała mnie od środka. Nigdy więcej miałam go nie zobaczyć, nie poczuć jego dotyku, nie słyszeć go przez najbliższe miesiące. A ja go potrzebowałam, pragnęłam i musiałam mieć przy sobie, bo cały świat zwalał się na moją głowę i tylko on mógł pomóc mi przejść przez największe piekło. Był jak narkotyk, od którego się uzależniłam; jak powietrze niezbędne to życia; jak piosenka, od której nie potrafiłam się uwolnić. Wciąż czułam zapach jego perfum zmieszanych z wonią Marlboro,w głowie słyszałam irytujący śmiech, a przed oczami widziałam tą uradowaną twarz zawsze, gdy patrzył na mnie. Bez Ashtona byłam nikim, zupełnie nikim i nikim miałam pozostać. Miałam stąpać sama po ziemi, iść przez życie bez niego u boku, a to było niewykonalne. On był jedyną osobą, dla której chciałam w ogóle postawić krok do przodu, więc jakim sposobem miałam ruszyć samotna?
- Proszę usiąść – przemówił wysoki sąd tuż po swoim wejściu i rozpoczął całą tę farsę, którą zmuszona byłam oglądać z moim opiekunem. Słuchaliśmy w zaparte każdego słowa, które padło z ust prokuratora, Ashtona, adwokata.
- Co stało się z funkcjonariuszką
- Zabiłem ją – wzruszył ramionami, a ja poczułam wyrzuty sumienia.
Przez większość czasu zdawało mi się myśleć, że on mnie nie kocha, a przynajmniej nie tak, jak ja jego. Tą silna, napiętą i namiętną miłością, która wypełniała moje ciało nawet wtedy, gdy go przy mnie nie było. Wydawało mi się, że on nie czuje tego samego lub po prostu nie odczuwa miłości w tak intensywny sposób jak ja. Ale on mnie kochał. Kochał mnie o wiele bardziej niż ja jego i widocznie musiało dojść do tragedii,  to dostrzegła.
Nie rozumiałam miłości, teraz to wiem. Od zawsze sądziłam, że zakochanie następuje wtedy, kiedy druga osoba staje się dla ciebie całym światem i w żadnym wypadku z niej nie rezygnujesz. Ale to zła definicja miłości. Prawdziwą jest ta, w której glówna mowa dotyczy szczęścia. Bo to jest miłość – gdy przestajesz myśleć o sobie, a najważniejszy jest uśmiech na ustach twojej drugiej połówki. Właśnie tego chciał dla mnie Ashton, żebym była szczęśliwa i wolna od wszelkich niebezpieczeństw. Dla mnie chciał się zmienić, dla mnie zrezygnował z ucieczki, dla mnie walczył i dla mnie się poddał.
Popełniłam błąd. Mój egoizm wyrządził nam wszystkim krzywdę. Czy nie powinno się kochać „pomimo” zamiast „za”? Czy nie powinno się akceptować wad, jeżeli się kocha? Niszczyłam Ashtona od samego początku i tylko ja jestem winna sytuacji w jakiej się znaleźliśmy.
- Panno Teasel, mój przełożony tu jest – oznajmił Royze wyrywając mnie z rozmyśleń – Za chwilę wrócę, zapewne ma do pani sprawę.
Skinęłam głową, nie odwracając swojego wzroku od telewizora. Czekałam tylko na jedno. Na koniec, który nadchodził. Nastąpiła przerwa, narada ławy przysięgłych, a tuż potem miało być ogłoszenie werdyktu. Gdy reklamy się skończyły, a znów pojawiła się transmisja z rozprawy, popatrzyłam na stolik. Royze znów zostawił swoje rzeczy, w tym jedną, która szczególnie mnie interesowała.
- Proszę wstać – Sędzina znów zabrała głos.
Cholera, to wszystko było takie skomplikowane. Tak długo walczyłam z przeciwnościami losu, a teraz on rzucił mi najcięższą kłodę pod nogi, której nie mogłam usunąć, ani przeskoczyć, ponieważ zabrakło mi sił i chęci. Przecież cała moja motywacja odeszła w niepamięć, a dokładniej zniknęła w czeluściach więzienia, aby odbyć karę. A ja mogłam jedynie żyć z tą myślą, albo oszczęścić sobie cierpienia, które w ciągu mojego życia pojawiało się nazbyt często.
Podsumowując, postanowiłam odejść. Po dłuższym przemyśleniu dostrzegłam nawet tego plusy. Czułam się spełniona, właśnie dzięki Ashtonowi. Zafundował mi przejażdkę,, o której nie śmiałabym zapomnieć. Obudził we mnie wszystkie możliwe emocje, uczucia i doznania, których posiadania nie byłam świadoma. To była jak jazda rollercoasterem. Z początku spokojna, potem niebezpieczna, ale nadal przyjemna z odrobiną adrenaliny, a zbliżając się ku końcowi smutna. Patrząc na to, co mnie spotkało z biegiem czasu, nie jestem zła.
Jestem szczęśliwa.
Spotkałam miłość mojego życia, przeżyłam niezwykłe przygody, rodem z filmu akcji, straciłam i zyskałam bliskie osoby, robiłam szalone i przerażające rzeczy, ale żyłam pełnią życia. Nie żałuję niczego. A już na pewno nie żałuję, że zakochałam się w Ashtonie.
Przyszedł najwyższy czas, by pożegnać się i nie gnać dalej w zaparte, skoro nie ma najmniejszego sensu. Gry skończone. Taka historia została nam wszystkim przypisana i chcąc nie chcąc musiałam na nią przystać bo nie było innego wyjścia. Potrzebowałam jedynie ogłoszenia decyzji sądu, która dodałaby mi odwagi, bo mimo wszystko trzymałam się nadziei, że on jakoś z tego wyjdzie. Jak to mawiał „jak zwykle bez szwanku”.
Ale tym razem taka możliwość nie istniała.
- Wysoki sąd skazuje Ashtona Irwina zwanego jako Cień na… - z głośników telewizora dobiegała przemowa sędziny.
Sięgnęłam po broń leżącą na stoliku i odbezpieczyłam ją. Zaciągnęłam nosem i zamknęłam oczy. Po wzięciu głębokiego wdechu, przyłożyłam lufę do skroni. Otworzyłam oczy i spojrzałam w ekran telewizora, zamieniając się w słuch.
- Dożywocie.
Po moim policzku popłynęła łza. Miałam świadomość, że właśnie takie stanowisko sądu usłyszę, jednak nie potrafiłam dopuścić do siebie myśli, że jest ono prawdziwe. Ale gdy wszystko było już jasne i wyraźnie oznajmione.. nic nie trzymało mnie na świecie.
- Żegnaj… na zawsze… - wyszeptałam.
Klamka opadła, a do pokoju wszedł zagadany z funkcjonariuszem detektyw Smith. Widząc mnie, pobladł i chciał szybko zareagować, ale nie wiedział jak się zachować. Złapał się za głowę, zrobił krok w przód i wrzasnął.
- Panno Teasel, nie! – poprosił – Niech pani tego nie robi! Mam dla pani propozycję, proszę!

Pozwoliłam powiekom opaść i…