piątek, 24 stycznia 2014

Rozdział 19

Bicie mojego serca znacznie przyśpieszyło. Uderzenia były silniejsze, o wiele bardziej odczuwalne. Kąciki moich ust zadrżały, a oczy szeroko otwarte wpatrywały się w chłopaka z którym spotkałam się już wcześniej. Miał tą samą czarną, skórzaną kurtkę, a na jego twarzy malował się ten sam chytry uśmiech co w klubie. Wyglądał na dumnego z siebie, prawdopodobnie dlatego, że znów miał mnie w garści. Zaklęłam w myślach. Wyjazd był zdecydowanie złym pomysłem znając moją obecną sytuację. Powinnam siedzieć w cholernym mieście, zadzwonić na policję i jakoś to wszystko załatwić, a tymczasem potraktowałam tą sprawę jako błahostkę nie myśląc o konsekwencjach.
Odwróciłam głowę w stronę okna, kątem oka uciekając na twarz starszego mężczyzny naprzeciwko. Oddech uwiązł mi w gardle, kiedy już otworzyłam usta, aby cokolwiek z siebie wydusić. Chciałam krzyczeć, wołać o pomoc, ale nie mogłam. Nie potrafiłam wydobyć z siebie głosu, nawet pisku. Łzy powolnie napływały do moich oczu, które wręcz błagały o wsparcie. Próbowałam myśleć, znaleźć jakiekolwiek rozwiązanie, jednak nic nie przychodziło mi do głowy.
- Caitlin... - usłyszałam jego chrapliwy głos przyprawiający moje ciało o dreszcze - Bez żadnych gierek... - kontynuował, gdy jego ręka przesuwała się za moimi plecami - Chyba, że chcesz mieć nieprzyjemności - mruknął.
Dłoń bruneta zatrzymała się na moim biodrze. Moja twarz gwałtownie zwróciła się ku chłopakowi, który uśmiechnął się chytrze. Przełknęłam głośno ślinę co chwilę zerkając na twarz oprawcy. Jego oczy zwężyły się i pociemniały, a morderczy wyraz twarzy wciąż mnie prześladował. Czułam, jak trzęsą mi się nogi. Mój wzrok wciąż błagalnie zawracał do staruszka, który co jakiś czas zerkał na mnie. Mimo mojego przerażenia, mężczyzna nie odrywał się od gazety. Jego pięści silnie ściskały końcówki prasy nie mając zamiaru jej puścić. Nie reagował na to co się dzieje. Nikt tego nie robił.
Wszyscy nagle wyglądali na zajętych. Kilka osób spoglądało na moje policzki zalane łzami, a inni - gdy już to zrobili - odwracali wzrok udając, że niczego nie widzieli. Zaczytywali się w książki, gazety, poczynali słuchać muzyki czy jeść śniadanie. Zaszklonymi oczami lustrowałam każdą osobę będącą w moim przedziale pogardliwym spojrzeniem. Nie liczyłam na obronę, albo wezwanie policji, ale chociaż na głupią improwizację, dzięki której miałabym szansę ucieczki.
Dlaczego nic nie robili? To pytanie krążyło w moich myślach. Może go znali? Może się go bali tak samo jak ja? Nawet nie spoglądali na tego chłopaka! Szybko mrugali, jakby strach w ich ciałach dominował, ale wzrok żadnego z tych ludzi nie spoczął chociaż na chwilę na chłopaku. Budził w nich przerażenie, ogromne przerażenie.
- Wstawaj - warknął, a ja posłusznie wykonałam polecenie.
Bujałam się na lewo i prawo, gdyż pociąg wciąż był w ruchu. Brunet mocno ścisnął moje ramię i zaczął ciągnąć w stronę wyjścia z przedziału. Nikt nie zwracał na nas większej uwagi. Ludzie nadal zajmowali się swoimi sprawami. Nadal nie mogłam zrozumieć ich postępowania. Mieli z nim kiedykolwiek do czynienia? Może to przed nim ostrzegał mnie Ashton?
- Zero sztuczek, albo zginiesz na miejscu - jego oddech obił się o moje uszy; wydałam cichy, pełny przerażenia jęk, a następnie skinęłam głową dając mu znać, że wszystko jest dla mnie jasne.
Brunet szturchnął mnie lekko do przodu, rozkazując tym samym, abym ruszyła. Moje nogi na moje nieszczęście odmawiały mi posłuszeństwa i z trudnością przemieszczałam się wzdłuż przedziału. Ciężko mi było zrobić krok, a co dopiero przyśpieszyć. Szurałam butami po podłożu licząc na jakiś cud.
Kiedy byliśmy blisko drzwi, te nagle rozsunęły się. W ich progu stanął wysoki mężczyzna z niebieskawą, spiczastą czapeczką. W dłoni trzymał notes w którym prawdopodobnie znajdowały się wzory mandatów, natomiast na jego ramieniu zwisał elektroniczny sprzęt sprawdzający bilety. Kontroler biletów potocznie zwany kanarem zablokował nam wyjście z przedziału.
- Bileciki do kontroli - powiedział triumfalnie, mierząc nas wzrokiem.
Wymieniłam spojrzenia z brunetem po czym sięgnęłam do swojej torebki i wyciągnęłam z niej kwadratowy papierek na którym były wszystkie informacje dotyczące mojego odjazdu, przyjazdu oraz potwierdzenia zakupu biletu. Kontroler posłał mi ciepły uśmiech, a potem podpisał kartkę i mi ją zwrócił.
- A pan? - spytał odwracając się do mojego oprawcy.
- No.. yyy... nie mam - wydukał.
- W takim razie mandacik, a pani może sobie iść - powiedział, a ja nie czekając na powtórzenie tych słów pociągnęłam za klamkę drzwi i wybiegłam. Przeszłam do kolejnego przedziału co chwilę odwracając się i widząc piorunujący wzrok bandyty. Do następnej stacji zostały jakieś trzy minuty, a ja miałam przed sobą około pięć wagonów. Nie tracąc czasu szłam, a raczej odzyskując władzę w nogach biegłam przed siebie, aby jak najdalej być od chłopaka zwanego przez Calum'a i Luke'a - Ticks'em.
Nie kontrolowałam płaczu. Po prostu biegłam ile sił w nogach licząc na cud. Wiedziałam, że to mało prawdopodobne, że pozbędę się chłopaka, ale miałam nadzieję, dzięki której chciałam jeszcze walczyć. Co chwilę otwierałam i zamykałam drzwi od kolejnych przedziałów spoglądając za siebie. Nie zauważałam ciągnięcia klamki, co mnie cieszyło, ale nie mogłam myśleć zbyt pozytywnie. On wciąż był w tym pociągu i na pewno już mnie szukał. Myślałam, że zignoruje kontrolera, w końcu sam mi groził, że mnie zabije bez skrupułów na oczach wszystkich ludzi, więc czemu przejął się brakiem biletu? Dało mi to do myślenia, ale nie miałam dużo czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Właściwie nie miałam go w ogóle.
Zamykając drzwi następnego przedziału podniosłam wzrok. Byłam na samym początku pociągu. Przede mną znajdował się tylko jeden wagon. Wiedziałam, że bez sensu będzie jeśli tam pójdę, bo Ticks na pewno mnie tam znajdzie. Nie mogłam też po prostu stać na środku przedziału zapłakana i zastanawiać się co ze sobą zrobić. W pewnym momencie poczułam wibracje w kieszeni. Wciąż miałam ze sobą telefon.
Na wyświetlaczu pojawił się nieznany numer próbujący nawiązać połączenie. Przesunęłam palcem po ekranie i przyłożyłam telefon do ucha.
- Któż by się spodziewał, że to akurat ty do mnie zadzwonisz? - spytałam retorycznie. Sama sobie się dziwiłam, że jeszcze mam ochotę na ironię.
- Któż by się spodziewał, że po raz kolejny wpakujesz się w kłopoty? - Ashton powtórzył po mnie zmieniając część zdania. Jego głos był drżący, od razu zauważyłam zdenerwowanie co spotęgowało mój strach.
- Kłopoty mam przez ciebie - odparłam.
- Zamknij się i słuchaj do cholery! - warknął z irytacją - Jak daleko jesteś od stacji?
- Nie wiem - odpowiedziałam bezradnie rozglądając się po oknach, gdy poczułam jak pociąg zaczyna zwalniać - Chyba już wjeżdżam - stwierdziłam.
- Posłuchaj mnie uważnie Caitlin - powiedział ze spokojem, a ja przytaknęłam - Wysiądziesz jak najszybciej z tego cholernego pociągu i wybiegniesz z tej stacji. Masz biec tak szybko jak tylko możesz, na tyle na ile cię stać rozumiesz? - spytał, a ja kolejny raz mruknęłam zgadzając się na jego warunki - Gdy tylko się gdzieś ukryjesz zadzwonisz do George'a i podasz mu dokładną lokalizację.
- Do George'a?! - pisnęłam, a ludzie zwrócili się ku mnie.
- Nie ma czasu na wyjaśnienia, po prostu to zrób. - fuknął, a ja się rozłączyłam.
Obróciłam się na pięcie i pognałam do wyjścia z przedziału. Stanęłam naprzeciwko drzwi wagonu niecierpliwie czekając aż się otworzą. Byłam gotowa do biegu, do ucieczki. Moje ciało było zmęczone. Czułam się jakbym przebiegła maraton mimo, że nic takiego nie miało miejsca. Adrenalina oraz towarzyszący mi strach zwiększyły zmęczenie.
Nieznośny dźwięk sygnalizujący postój pociągu rozbrzmiał na stacji, a drzwi z hukiem rozsunęły się. Ostatni raz spojrzałam w przedziały, które były po obu stronach. W jednym z nich tłum kierował się w moją stronę, do wyjścia, natomiast w drugim jedynie kilka osób. W oddali spostrzegłam brązową czuprynę, która poirytowana przepychała się przez ludzi wzdłuż wagonów. Odwróciłam wzrok i wysiadłam z pociągu, a następnie ruszyłam przed siebie. Nie biegłam. Gdybym to zrobiła, od razu skupiłby na mnie swoją uwagę. Miałam większe szanse idąc.
Słysząc wołanie znajomego głosu dośpieszyłam kroku. Gdy tylko wyszłam z peronu rzuciłam się do ucieczki. Nie musiałam się odwracać, by wiedzieć, że Ticks podąża za mną. Byłam wręcz przekonana, że gdzieś z tyłu odszukiwał mnie wzrokiem, aby za chwilę mnie gonić. Czułam się jak w jakimś cholernym filmie akcji, jakby to był pościg. Byłam pieprzonym zbiegiem, który musiał się ukryć i przeczekać poszukiwania. Moje blond włosy opadały na moją twarz, ale nie miało to dla mnie większego znaczenia. Szybko odgarniałam je dłonią. Potykałam się kilka razy, czasem o wystające cegły z chodnika, a czasem o własne nogi. Mijając tabliczkę z nazwą ulicy, wyciągnęłam z kieszeni komórkę i prędko przepisałam to, co widniało na informacji. Wbiegłam za jeden ze starych budynków przy których się znajdowałam i przykucnęłam.
Starałam się złapać oddech. Moje serce biło niczym oszalałe. Zalewały mnie siódme poty, a w żołądku wciąż się przewracało. Dyszałam. Nie kontrolowałam łez, które spływały po policzkach. Pewnie wyglądałam teraz żałośnie. Mój makijaż był cały rozmazany; zauważyłam to, kiedy przejechałam opuszkiem palca na którym znalazła się czarna maź; prawdopodobnie był to mój tusz do rzęs. Co chwilę zerkałam na telefon czekając na jakąś wiadomość, czy połączenie, jednak nic się nie pojawiało.
Wstałam i oparłam się o mur zaczynając spowalniać swój oddech. Odwróciłam głowę w drugą stronę, gdzie panowała ciemność. W tle widziałam jedynie kawałek światła. Zgaduję, że była to ciemna uliczka, a gdy przez nią się przeszło, wychodziło się na aleję Stanmore, gdzie właśnie przebywałam. Kiedyś tutaj byłam, w tej dzielnicy. Nie należy do najgroźniejszych, wręcz przeciwnie - jest jedną ze spokojniejszych.
Moje ciało automatycznie powędrowało w dół, a z ust wyleciał jęk, kiedy duża dłoń umiejscowiła się na moim barku ściskając go. Znajomy brunet przeniósł swą rękę pod moją brodę i poderwał mnie do góry przyduszając. Uderzyłam o ziemię, kiedy popchnął mnie z satysfakcją. Szybko podniosłam się i wycofałam. Stałam przed nim, a za mną była ciemność. Nie miałam dokąd uciekać.
- Mam cię suko - powiedział dumnie, a następnie zagwizdał.
Zza jego pleców wyłoniło się dwóch umięśnionych mężczyzn. Obaj posiadali w swoich dłoniach noże. Zakryłam usta rękoma, aby stłumić krzyk, który miał ochotę wydobyć się z moich ust. Do moich oczu napłynęły kolejne łzy. Wiedziałam co to oznacza. Mój koniec.
- Dlaczego? - wyszlochałam - Dlaczego ja?
Z nieba zaczęły spadać krople deszczu. Szare, pełne chłodu chmury osłoniły światło bijące od słońca. Uliczne lampy nie włączyły się, ponieważ był ranek. Ludzie szybko kierowali się do domów, lub na przystanki w poszukiwaniu dachu nad głową. Na niebie od czasu do czasu pojawiały się pioruny. Co chwilę grzmiało.
- Oh, błagam cię, nie wiesz? Pojawiłaś się gdzieś, gdzie nie powinno cię być. A jeśli ktoś ma taką sytuację, właśnie tak kończy - objaśnił, a uśmiech nie schodził z jego twarzy.
Jednym ruchem ręki odsunął kawałek swojego płaszcza odsłaniając pokrowiec z nożem. Odpiął go, po czym wyjął narzędzie i powoli zaczął iść w moim kierunku. Impulsywnie zaczęłam się wycofywać powtarzając pod nosem tylko jedno słowo. Nie. Błagałam w myślach, aby za chwilę zjawiła się tu policja, albo George. Ktokolwiek. Nie miałam nawet czasu zastanowić się nad moją śmiercią, ale na pewno nie chciałam, żeby wyglądała ona właśnie tak. Czym sobie na to zasłużyłam? Nie wydawało mi się, że mogłam być złym człowiekiem. Nigdy nie skrzywdziłam nikogo celowo, więc za co ponoszę taką karę?
Zamknęłam oczy i zacisnęłam zęby starając się nie płakać. Chciałam zginąć z dumą, wyzbyć się strachu. Czekałam, aż będzie po wszystkim, mimo, że moje nogi wciąż sunęły do tyłu nie mając zamiaru się zatrzymywać. Robiłam co innego niż myślałam.
Moje ciało zatrzymało się na ścianie, a przynajmniej tak mi się z początku wydawało. Zmieniłam zdanie, kiedy po moim brzuchu przebiegła duża dłoń. Moje powieki poderwały się do góry, a palce zacisnęły impulsywnie nadgarstek męskiej ręki obejmującej mnie w talii. Nie myślałam czyja może ona być. Mój rozum jedynie podpowiadał mi, że nie muszę obawiać się tego człowieka. Postanowiłam mu więc zaufać. Nie miałam jednak odwagi odwrócić się i spojrzeć na twarz osoby stojącej za mną. Oddychałam głęboko, ale szybko patrząc na oprawców. Ticks nie wyglądał na zadowolonego, raczej na zaskoczonego. Jego nóż opadł na ziemię, a usta otworzyły się z wrażenia. Ten sam wyraz twarzy przejęli jego koledzy.
- O ile wiem, moi ludzie dali wam do zrozumienia, że ona jest nietykalna - moje uszy zarejestrowały znajomy, zachrypiały głos - Więc Ticks... - kontynuował - Czego do kurwy nędzy w tym nie zrozumiałeś? - spytał, a brunet zaczął się jąkać.
Wyglądał na zmieszanego, ale i przerażonego. Wiedziałam, kto trzyma mnie w ramionach. Głos w mojej głowie mówił mi, że w tej chwili jestem bezpieczna. Nie mogłam uwierzyć, że stoi za mną on. Ashton, we własnej osobie. Kiedy usłyszałam jego głos, myślałam, że to moja wyobraźnia. Słyszę, to co chcę słyszeć, ale myliłam się. To naprawdę był on. Nie przywidziało mi się. Nie tym razem. Nie byłam do końca pewna, czy powinnam się z tego powodu cieszyć, czy też po raz kolejny przeklinać się w duchu za życiowe błędy.
Zdenerwowanie chłopaka zwiększało się, a jego przyjaciele zaczęli się wycofywać.
Ticks zmarszczył czoło. Jego twarz pobladła, jakby zobaczył właśnie ducha. Jego wrażliwe nerwy zaczęły płonąć żywym ogniem. Wyglądał żałośnie. Z groźnego, umięśnionego przestępcy w ciągu kilku minut zmienił się w bezbronnego chłopczyka, który prawie błagał o litość. Otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale jego wargi drżały, a głos zatrzymał się zanim w ogóle wypowiedział pierwsze słowo. Był zniesmaczony, zdenerwowany i wystraszony widokiem wysokiego mężczyzny stojącego za moimi plecami. Czułam oddech Ashton'a obijający o płatek mojego ucha. Zdecydowanie był ode mnie wyższy.
- Niemożliwe, że ty.. - zaczął brunet jąkając się.
Popadł w obłęd. Ashton był ostatnią osobą, której prawdopodobnie się spodziewał. Nie wierzył w to, że jest w mieście, sam to okazał pod klubem. Myślał, że Calum i Luke kłamią nie chcąc po prostu, aby mnie skrzywdzili. A teraz? Ashton stał przed nim we własnej osobie, broniąc mnie i dając mu do zrozumienia, że nie ma czego tutaj szukać.
- Przekaż Loganowi pozdrowienia - mruknął - I odpierdolcie się od niej, chyba, że chcecie mieć nieprzyjemności - powiedział wyraźnie poirytowany.
Ticks zamilkł. Podniósł nóż leżący na ziemi i ostatni raz zmierzył mnie wzrokiem. Zarzucił kaptur szybkim ruchem i obrócił się na pięcie następnie znikając za budynkiem wraz ze swoją paczką. Ręka Ashton'a puściła moją talię, a ja głęboko westchnęłam. Wszystkie negatywne emocje uciekły ze mnie, gdy tylko Ticks zniknął z moich oczu. Otarłam swoje łzy opuszkami palców i zaciągnęłam kilka razy nosem. Głos w mojej głowie zakomunikował mi, że Ashton wciąż tu jest i mogę go spokojnie zobaczyć. Już teraz mi nie ucieknie.
Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Wcześniej może nie cieszyłabym się na to spotkanie, ale uratował mnie. Przyjechał tu sam, aby mnie ocalić.
- Nawet nie wiem jak mogę ci podzię... - zaczęłam odwracając się szczęśliwie, ale moja twarz zbladła, kiedy moje oczy spotkały się z jego wzrokiem. Nie dokończyłam zdania - Nie wierzę... - szepnęłam stojąc i patrząc na chłopaka ze spuszczonym spojrzeniem o dobrze znanej mi twarzy - Ja... - powiedziałam na wdechu.
Świat zaczął wirować przed moimi oczami. Nogi, które jeszcze chwilę temu stały pewnie zaczęły się uginać, a ja powolnie rzucałam się w wir nie świadomości. Ashton złapał mnie zanim upadłam na ziemię. Moje powieki stały się ciężkie.
- Caitlin - usłyszałam swoje imię, wypowiedziane przez Ashton'a zanim zamknęłam oczy.
Chwilę później straciłam przytomność.

Koniec Działu I - Sekrety

_____________________________________________________

Jak widzicie podzieliłam Cienia na działy, wydaje mi się, że działy nadają temu fanfiction jakiś ład i porządek przez co staje się to w jakiś sposób ciekawsze.
Nie wiem czy udał mi się ten rozdział, ale jest on naprawdę moim ulubionym ze względu na to, co się w nim dzieje. Można uznać, że to jest pierwsze pełne spotkanie Ashton'a i Caitlin twarzą w twarz i od razu mówię - NIE, NIE BĘDĘ WAS JUŻ MĘCZYĆ I ASHTON BĘDZIE W NASTĘPNYM ROZDZIALE, NIE ZNIKNIE. 
Dziękuję, że wciąż tu jesteście, dziękuję za każde wejście, komentarz, tweet, za wszystko. Jesteście wspaniali, naprawdę, nie zdajecie sobie sprawy ile szczęścia mi to daje.

_____________________________________________________


jeśli czytasz skomentuj i zaobserwuj - DZIĘKUJĘ.



środa, 15 stycznia 2014

Rozdział 18

Nie mogłam być zaskoczona. Sam Ashton powiedział mi, że obserwacja mojej osoby na razie nie dobiegnie końca. Myślałam jednak, że nie będzie ona aż tak intensywna. Liczyłam, że cofniemy się do początków znajomości, gdzie on i jego znajomi byli anonimowi i nie zamierzali się ze mną kontaktować, ani mi się pokazywać. Widocznie będę musiała ich znosić.
- Oh, kolega od samochodu - klasnęłam w dłonie mówiąc przy tym dość entuzjastycznie - Faaaaakt - przeciągnęłam - Był już Calum, blondasek... - wyliczałam na palcach - pojawił się również Ashton i czas na ciebie! - wskazałam palcem na chłopaka przypominającego rock'owca. 
- Jeśli chciałaś być śmieszna... - mruknął zdejmując kaptur i tym samym ukazując swoje czarne włosy z kilkoma zielonymi kosmykami - To ci nie wyszło - dokończył kręcąc głową, jakby znudzony. 
Prychnęłam, a następnie pokręciłam teatralnie oczami. Przeszłam obok niego, uderzając barkiem o jego ramię i pociągnęłam za drzwi. Weszłam do bloku, a chłopak był tuż za mną. Stanęłam przy wejściu do mojego mieszkania i oparłam się o ścianę w oczekiwaniu aż kolega Ashton'a otworzy moje drzwi. Dziwnie to brzmi, ponieważ to mój dom, a nieznajomy mi człowiek będzie właśnie grzebał swoimi własnymi kluczami w moim zamku. Ja tak po prostu ulegnę i pozwolę na to bez żadnych sporów i kłótni. Cóż, widocznie taki mój los i nie mam niego większego wpływu.
- Możesz mi się chociaż przedstawić? Wolałabym wiedzieć kto wchodzi do mojego domu. - warknęłam stojąc obok ciemnowłosego, który otwierał drzwi.
- Michael. - odparł.
- A ten blondyn to był...? - spytałam oczekując dokończenia mojego zdania.
- Luke. 
- Oh, fakt, mówił mi, musiałam zapomnieć. - powiedziałam wzdychając.
Michael wyciągnął klucz z drzwi, a jego dłoń przeniosła się na klamkę. Pociągnął ją w dół, po czym otworzył drzwi do mieszkania, jednak po chwili je zamknął. Odwrócił twarz w moją stronę i zmarszczył czoło. Jego usta ułożyły się w tak zwany 'dziubek' i poruszały się na prawo, a potem na lewo. Zachowywał się jakby coś analizował, a gdy skończył - przemówił:
- Ash mówił mi, że jesteś blondynką - rzucił, a moje brwi uniosły się z wrażenia - Słyszałem też stereotypy - dodał - Ale nie spodziewałem się, że są prawdziwe. Twoje zachowanie mówi mi, że są. 
Stałam jak wryta, kiedy Michael po prostu wszedł sobie do mojego domu. Zastanawiałam się, czy wszyscy przyjaciele Ashton'a są takimi samymi gburami, bo jak na razie nie spotkałam się z nikim przyjaźnie do mnie nastawionym. Co za brak taktu i bezczelność! Jak w ogóle mógł tak powiedzieć? To, że mam jasny kolor włosów nie znaczy, że jestem mniej rozwinięta intelektualnie. Zastanowiłabym się nad tym co do Cassie, ale ja na pewno nie jestem głupia.
Zamknęłam za sobą drzwi, po czym zdjęłam z nóg ciężkie, sznurowane kozaki na obcasie. Złapałam dłonią za kostkę i kilkakrotnie nią pokręciłam. Odczuwałam ból po całym dniu chodzenia i obsługiwania klientów. Przyjęłam obronną postawę, kiedy spostrzegłam chłopaka. Michael stał przy oknie przyglądając się osiedlu. Nie zwracając na mnie większej uwagi postanowiłam również nie przywiązywać do niego wagi i pognałam do mojej sypialni. Uklękłam przy łóżku i wsunęłam pod nie rękę wyciągając dużą torbę. Rozsunęłam ją i rozłożyłam tak, aby wygodnie wkładało mi się do niej najpotrzebniejsze rzeczy na weekend. Wstałam i pokierowałam się do szafy, którą po chwili otworzyłam. Większość ubrań była porozrzucana na półkach. Nie należałam do pedantów chcących utrzymać jak największy porządek. Owszem, nie znoszę brudu, nieładu i burdelu, ale tylko jeśli chodzi o przestrzeń widoczną dla gości. 
Wyrzuciłam z szafki kilka bluzek i dwie pary spodni, a następnie ułożyłam je w torbie. Rozpoczęłam poszukiwania bluz, abym nie zmarzła. W telewizji nie słyszałam o pogorszeniu się pogody, ale wolę być ubezpieczona. W Australii nigdy nic nie wiadomo.
W progu pojawił się Michael dokładnie mnie lustrując. Chodziłam od szafki do torby i od torby do szafki głowiąc się co jeszcze powinnam spakować. Chłopak oparł się o framugę i skrzyżował ręcę wciąż mi się przyglądając. W końcu spuścił ze mnie wzrok, aby rozejrzeć się po moim pokoju. Miałam wrażenie, że jeszcze go nie widział. Nie wierzyłam w to, bo przecież miał klucz do mieszkania, więc musiał je zwiedzić. Niemożliwe, żeby ominął jego najważniejszą część czyli sypialnię. Jego oczy zatrzymały się na zdjęciu wiszącym nad moim łóżku. Kolorowa fotografia oprawiona ramką, na której widniałam ja i moi rodzice. Kiedyś to zdjęcie znajdowało się w naszym domu w Perth, bo tam początkowo mieszkaliśmy. Zabraliśmy je ze sobą, gdy tata zdecydował o wyprowadzce, a już później - po ich śmierci, ciotka wręczyła mi je jako pozostałość po rodzicach. To dość sentymentalna dla mnie rzecz. Na tej fotografii miałam około dziesięciu lat. Na każdej twarzy widniał jeden wielki uśmiech. Mama miała ten błysk w oku, a ojciec pierwszy raz pozował do jakiegokolwiek zdjęcia ukazując swoje śnieżnobiałe zęby. Miał na sobie kratkowany, czarno-biały sweter, który podarowałam mu na gwiazdkę, a mama zaś piękną, czerwoną sukienkę będącą moją ulubioną. 
- Wybierasz się gdzieś? - zapytał, kiedy krzątałam się po pokoju blisko niego. Prawdopodobnie naruszyłam jego sferę prywatną. 
- Jadę do Melbourne na weekend. Któryś z was zamierza mi w tym przeszkodzić, towarzyszyć czy dać mi spokój? 
- Chyba wybierzemy trzecią opcję. - odparł - Dobrze, że wyjeżdżasz. - dodał, a ja zatrzymałam się.
Złapałam się za biodra i wzięłam głęboki wdech. Mój wzrok badający podłogę przeniósł się na twarz Michael'a. Dopiero teraz zauważyłam jak bladą ma cerę. Mimo kontrastu pomiędzy kolorem skóry, a włosów naprawdę dobrze wyglądał. Mogłam spokojnie powiedzieć, że był atrakcyjni. Z resztą - jak każdy z poznanych mi kolegów Ashton'a. Coraz bardziej przestawałam wierzyć, że jest jakimś nudnym kujonem bez życia towarzyskiego. Powiedziałabym, że jest może w jakimś zespole rock'owym, ale jedynie, kiedy widziałam Michael'a. To on na takiego wyglądał. Luke i Calum przypominali bardziej zwykłych nastolatków lubiących pograć od czasu do czasu w piłkę nożną. Michael w żadnym wypadku nie był do nich podobny. Jego budowa ciała była dość przeciętna. Od razu mogłam stwierdzić, że nie jest fanem sportu, a przynajmniej nie widać tego po nim. Może lubił oglądać? Na pewno nie ćwiczyć. Gdyby to robił, zauważyłabym jakieś mięśnie. Do tej pory nic takiego nie rzuciło się w moje oczy.
- Dlaczego uważasz, że to dobry pomysł? - spytałam.
- Powinnaś odpocząć od tego całego... chaosu. - stwierdził, a ja pokiwałam głową.
Bardzo dobrze to określił. Chaos. Tak właśnie wyglądało moje życie w tej chwili. Kiedy kończył się jeden problem - zaczynał się drugi, a gdy kończył się drugi wracał pierwszy. Potrzebuję odskoczni, pewnego odpoczynku, który może zapewnić mi inne miasto. W końcu tam nikt mnie nie zna i nie będzie zatruwał mi życia. Jedynie po powrocie wrócę do całego zamieszania, którym jest moje życie w Sydney. Kilkakrotnie zastanawiałam się, co może się wtedy stać. Ułożyłam już nawet czarny scenariusz - gdy wrócę, mojego domu może nie być. 
- Nie będę ci już przeszkadzał. - powiedział, a ja zmarszczyłam brwi zdziwiona. Zazwyczaj koledzy Ashton'a wolą sobie posiedzieć w moim mieszkaniu, pośledzić mnie czy zatruwać mi życie, a Michael chce po prostu sobie iść? 
Chłopak odwrócił się na pięcie, a po chwili zniknął za ścianą pokoju. 
- Czekaj! - krzyknęłam i wybiegłam na korytarz. Dłoń czarnowłosego spoczywała już na klamce i była gotowa ją pociągnąć. Mruknął pytająco i spojrzał w moją stronę swoimi zielonymi oczami. - Wychodzisz, już? Nie..nie zostajesz? - zająkałam się - Myślałam, że będziesz tu siedział dopóki nie będę miała cię dość...
- Miałem tylko sprawdzić czy wszystko w porządku. - odpowiedział - Wiem, że dla ciebie to wszystko skomplikowane Caitlin, ale żaden z nas nie jest twoim wrogiem, pamiętaj to.
Wciąż patrzyłam na chłopaka niepewnie. Jego kąciki ust uniosły się lekko posyłając mi uśmiech, który wyglądał na szczery. Odwzajemniłam go nieśmiało. Splotłam swoje dłonie ściskając je poprzez niezręczność panującą wokół nas. Mimo początku dzisiejszego spotkania, Michael wydawał się być w porządku. To on zabronił Calum'owi krzywdzić mnie w parku i zawiózł mnie do domu gdy wpadłam na jego samochód. Bardzo chciałam uwierzyć w jego słowa, ale fakt, że Ashton nie zrobił nic, co mogłoby utwierdzić mnie w przekonaniu, że jest moim przyjacielem - nie potrafiłam. 
Michael pociągnął za drzwi, które się otworzyły. 
- Oh i Caitlin. - zwrócił się jeszcze raz do mnie. - Bądź ostrożna.
Skinęłam głową, a następnie pomachałam chłopakowi, którego po chwili nie było widać. Usłyszałam tylko jak zamyka drzwi na klucz. Faktycznie dbał o moje bezpieczeństwo. 
Stałam jeszcze chwilę na korytarzu próbując zrozumieć intencję każdego z czterech chłopaków. Dlaczego mieliby mnie chronić? Dlaczego mieliby mnie krzywdzić? Zapomniałam zadać podstawowego pytania. Czemu w ogóle pojawili się w moim życiu? 

***
Podeszłam do wiszącej nade mną tablicy. Kilka cyfer widniało na niebieskim tle co chwilę się zmieniając. Zerknęłam na prostokątną kartkę, która znajdowała się w mojej dłoni i wyszukałam na niej informacji o odjeździe. Jeszcze raz spojrzałam na interaktywną tablicę, aby sprawdzić czy wszystko się zgadza. O godzinie 7.00 pociąg miał wyjechać ze stacji w kierunku Kensington. Spojrzałam na mój zegarek wskazujący 6.40 Zostało mi dwadzieścia minut do odjazdu. Postanowiłam zakupić na drogę jakąś przekąskę. Będę w podróży blisko jedenaście godzin, sądzę, że to co sama sobie zrobiłam mi nie wystarczy. 
Ustawiłam się w kolejce w subwayu. Nie przepadałam specjalnie za tą restauracją, ale żadnej innej nie było w pobliżu. Zamówiłam klasyczną kanapkę z szynką oraz warzywami, a po pięciu minutach już miałam ją w rękach. Byłam naprawdę głodna. Rano nic nie tknęłam, ponieważ zaspałam i musiałam załatwiać wszystko w biegu. Nie wiem jakim cudem pojawiłam się wcześniej na stacji, ale widocznie posiadam pewnie niespotykane moce, które pomogły mi być przed czasem. 
Zajęłam miejsce na jednej z wolnych ławek. Pociąg właśnie podjechał na stację wpuszczając pasażerów. Nie śpieszyłam się wiedząc, że mam jeszcze czas. Wolałam zaczekać i pozwolić innym zająć miejsca. O tej godzinie jeździło mało osób więc na pewno znajdę gdzieś wolne siedzenie. 
- Caitlin! - usłyszałam piskliwy głos za swoimi plecami. Gdy się odwróciłam, moje oczy ujrzały idącą w moją stronę Cassie. Brunetka miała ze sobą plecak, który zazwyczaj zabierała na uczelnię. Zgaduję, że właśnie tam będzie zmierzać po naszym spotkaniu.
- Co tu robisz? - spytałam, a na mojej twarzy pojawił się wyraźny grymas. 
Nie zamierzałam ukrywać niezadowolenia spowodowanym obecnością Cassie. Zrobiła coś, czego w życiu się po niej nie spodziewałam. Jej osoba działała na mnie w tej chwili irytująco i nie miałam nawet ochoty na pogaduszki z nią.  Z drugiej strony prędzej czy później musiałabym z nią o tym porozmawiać. Nie spodziewałam się natomiast, że będę musiała przerabiać ten temat dzisiaj i psuć sobie nastrój, ale jak widać los zdecydował za mnie.
- Eleanor powiedziała mi, że tu cię znajdę. - rzekła brunetka siadając obok mnie - Dlaczego nie zawiadomiłaś mnie, że wyjeżdżasz? - spytała, a w moim ciele zaczęło się gotować.
Czułam jak moje policzki zaczynają mnie piec, a kanapka, którą przed chwilą zaczęłam jeść wiruje w moim żołądku. Żyły na dłoniach w ciągu sekundy stały się wyraźniejsze, a puls przyśpieszył. Wiedziałam, że Cassie wcale nie żartuje, tylko prawdopodobnie pozostałości szarych komórek podpowiadają jej, iż nie zrobiła nic złego. 
- Pomyślmy, może dlatego, że nie chcę mieć z tobą nic wspólnego? Rozwaliłaś moją przyjaźń z Dan'em! - krzyknęłam wstając z miejsca, a ludzie na peronie odwrócili się w naszym kierunku. Zmierzyłam każdego z nich wzrokiem i czekałam, aż zajmą się swoimi sprawami.
- Myślałam, że zgodzisz się na związek z nim, w końcu to nie jest zły pomysł - powiedziała brunetka przewracając oczami, co wywołało we mnie jeszcze większą złość.
- Nie jest zły pomysł? Czy ty w ogóle myślisz Cassie? - zapytałam retorycznie - Nie kocham Dan'a! Nie w ten sposób, a ty dobrze o tym wiedziałaś! Dlaczego w ogóle to zrobiłaś?
- Chciałam ci jakoś umilić życie... - westchnęła cicho - Ciągle masz jakieś problemy, do tego jeszcze ten psychopata... może gdybyś miała faceta odczepiłby się.
- Nie nazywaj Ashton'a psychopatą. - fuknęłam sama dziwiąc się swoim słowom. Broniłam Ashton'a, haha! Po tym wszystkim co mi zrobił, ja nie pozwalałam go obrazić.
- Ashton'a? Przecież to Cień! - oburzyła się Cass. 
- Nie masz dowodów! - odkrzyknęłam.
- Jesteś nienormalna Caitlin! 
- Może i jestem. - odparłam ze spokojem - Ale przynajmniej nie jestem zadufaną w sobie hipokrytką nie dbającą o uczucia innych. Czy zanim namówiłaś Dan'a do tego, aby poprosił mnie o chodzenie pomyślałaś o nim? Co z nim będzie jeśli mu odmówię? A dobrze wiedziałaś, że to właśnie zrobię. Oceniasz wszystkich wokół zapominając o sobie. Może chociaż raz pomyśl o innych Cassie, bo za rzadko to robisz. - warknęłam.
Wstałam z ławki po czym zebrałam swoje rzeczy i pokierowałam się na peron. Brunetka jeszcze chwilę stała nieruchomo prawdopodobnie analizując co właśnie jej powiedziałam. To była chyba nasza pierwsza, poważna kłótnia. Nie żałowałam żadnego słowa, które wyszło z moich ust. Cassie powinna poznać prawdę i dostrzec to, co tak naprawdę ludzie w niej widzą. Myli się, jeśli uważa, że jej znajomym chodzi o charakter. Nawet przez myśl nie przeszło mi, że zrobiła to dla mojego dobra, ponieważ dobrze wiedziała jakie mam na ten temat zdanie. Dan nigdy nie będzie dla mnie osobą, z którą mogłabym iść przez życie. Cassie powinna to zrozumieć i zaakceptować. Jeśli jest to dla niej za trudne - nie mój problem. 
Wiem, że to moja przyjaciółka. Znam ją dłuższy czas, ale nie mogę zaprzątać sobie tym głowy. Są ważniejsze sprawy, które wymagają mojej koncentracji. Jedyne czego chciałam to wygarnąć Cassie co tak naprawdę leży na moim sercu. Kiedy mam już to za sobą czuję się o wiele lepiej. Nie mam spraw, które nie zostały załatwione na tą chwilę w Sydney. Mogę swobodnie jechać do Melbourne bez potrzeby zamartwiania się.
Idąc wzdłuż stojącego pociągu poszukiwałam wolnych miejsc. Większość była pozajmowana, praktycznie w każdym przedziale. Byłam naprawdę zdziwiona, ponieważ nie widziałam dużej ilości osób na peronie, a nagle w każdym wagonie znajdowały się tłumy. Moje policzki powoli wracały do naturalnego koloru i przestawały mnie piec. Najwyraźniej udało mi się ochłonąć. Zatrzymałam się przy piątym wagonie, gdzie zauważyłam trzy wolne miejsca. Szybko weszłam do pociągu od razu skręcając w wyznaczony przez siebie przedział. Usiadłam na fotelu biorąc kilka wdechów. W końcu jestem w środku, gotowa do mojej drogi.
Naprzeciwko mnie siedział mężczyzna w podeszłym wieku. Jego siwe włosy i broda wskazywały na to, że mógł mieć około sześćdziesięciu lat. Okulary znajdujące się na jego nosie co chwilę szły do góry, a następnie osuwały się w dół, gdy tylko spoglądał na swoją gazetę. Jego wyraz twarzy był spokojny, ciepły. Wyglądał na sympatycznego człowieka. Pod swoimi nogami trzymał sporą walizkę. Prawdopodobnie jechał do kogoś w odwiedziny, lub wracał do siebie. Odrywając się od prasy spojrzał na mnie posyłając mi powitalny uśmiech, który ujawnił na jego twarzy setki zmarszczek. Rozejrzał się dookoła jakby szukając kogoś, jednak szybko powrócił do czytania. Jego brwi podnosiły się za każdym razem, gdy czytał nagłówek artykułu. Nie wiem co było w nim zadziwiającego, ponieważ widziałam go jedynie do góry nogami, więc ciężko mi było rozszyfrować hasła. Nie chcąc wyjść na wścibską, wyjęłam książkę autorstwa Steven'a King'a pod tytułem ''Carrie'' i rozpoczęłam lekturę czekając, aż pociąg ruszy.
- Dobra książka - rzucił staruszek zachrypiałym głosem. 
Gdy podniosłam głowę obdarowując go spojrzeniem, mężczyzna uśmiechnął się po raz kolejny. Ogarnął mnie spokój. Sympatia bijąca od tego człowieka była niezwykle przyjemna i wiedziałam, że mogę czuć się dobrze podczas tej podróży, mile spędzając czas.
- Czytał pan King'a? - spytałam nieśmiało nawiązując z nim kontakt wzrokowy.
- Carrie, Miasteczko Salem, Bastion.. - wymieniał siwowłosy, a ja patrzyłam na niego z podziwem - Joyland, Talizman, Worek Kości... i kilka innych.
- Wow - wydusiłam z siebie - Jego twórczość jest dość ciężka, dość sporą ilość pan przeczytał.
- Słoneczko, nie mam piętnastu lat - zaśmiał się staruszek - Miałem na to sporo czasu. Polecam ci przeczytanie Stukostrachów, to dość interesująca i trzymająca w napięciu książka. - powiedział składając gazetę. 
W tym samym czasie rozbrzmiał głośny gwizd, a drzwi wagonów zostały zamknięte. Moja twarz obróciła się w stronę okna. Patrzyłam jak powoli ruszamy ze stacji. Każdy z pasażerów odczuł lekkie szarpnięcie i uszłyszał warkot silnika, oraz łomot kół. Moje serce zabiło szybciej, kiedy wyjechaliśmy ze stacji znacznie przyśpieszając. Od dziecka bałam się jazdy pociągiem. Czułam jak rzuca mną na boki, słyszałam liczne uderzenia i przedziwne dźwięki podpowiadające mi, że dzieje się coś złego, mimo, że nic się nie działo. Kiedy podróżowałam do Brisbane, gdzie mieszka moja babcia, błagałam mamę, abyśmy lecieli samolotem lub jechali samochodem. Niestety zawsze kończyło się to pociągiem i moim płaczem. Były to dla mnie istne katorgi i jak widać - zostało mi to do dziś.
- Woli pan horrory? - zadałam kolejne pytanie, aby oderwać się od swoich myśli i wyobrażeń. Zaczęłam tworzyć w mojej głowie sytuacje, które mogłyby się zdarzeć podczas tej jazdy i naprawdę nie były one przyjemne ani bezpieczne. Wolałam o tym zapomnieć i od tego jak najszybciej odbiec.
- Owszem, zwłaszcza King'a. Ten człowiek miał świetną fantazję. - odparł, a ja przytaknęłam.
Nagle telefon rozpoczął wibracje w mojej kieszeni, a ja się wzdrygnęłam. Każdy dźwięk, gest czy ruch wzbudzał we mnie strach. Wysunęłam komórkę z kieszeni, a na jej wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie George'a. Kompletnie nie spodziewałam się połączenia od niego. W końcu jest teraz w pracy, a kiedy tam jest bardzo rzadko korzysta z telefonu, a zwłaszcza żeby pogadać. Pomyślałam więc, że może również wziął wolne i znalazł sobie zastępstwo na dzień dzisiejszy. Dziwiło mnie tylko, że dzwoni tak rano.
- Już się stęskniłeś? - spytałam śmiejąc się do słuchawki.
- Caitlin wysiądź z pociągu dopóki możesz. - oznajmił George nerwowym głosem, a ja zmarszczyłam czoło wciąż patrząc w okno.
- Jestem w drodzę do Melbourne, co się stało? Zapomniałeś iść do pracy? - pytałam będąc w dość dobrym nastroju.
- Cait, musisz wysiąść na następnej stacji, jesteś w niebezpieczeństwie. - zawiadomił, co jeszcze bardziej mnie rozbawiło.
- Wow, George - powiedziałam - Zabalowałeś wczoraj, albo dziś z samego rana i wciąż cię trzyma, co piłeś? A może jakieś narkotyki? - dopytywałam.
- Caitlin, oni tam są.
- Kto?
- Jeśli zobaczysz kogokolwiek znajomego uciekaj i wysiadaj na najbliższej stacji, jestem w drodze. - krzyknął George, a następnie się rozłączył. 
Moje kąciki ust uniosły się. Pokręciłam głową i powróciłam do czytania książki. George często imprezuje i wydzwania do mnie mówiąc bardzo dziwne rzeczy. To w jego stylu. Kiedyś zażartował sobie, że w moim domu jest tarantula. Mam arachnofobię, więc byłam niezmiernie przerażona. Gdy dowiedziałam się, że to żart miałam ochotę go zabić.
Kątem oka spostrzegłam, jak ktoś zajął miejsce tuż obok mnie. Nie zwróciłam na to większej uwagi i skupiłam się na czytaniu książki. Niestety nie na długo.
- Jaki zbieg okoliczności... - szorstki głos obił się o moje uszy; odwróciłam głowę w jego kierunku i zamarłam - Tęskniłaś Caitlin? 

piątek, 10 stycznia 2014

Rozdział 17



Moje usta były wciąż otwarte, a mózg przetwarzał informacje. Właściwie to starał się pojąć skąd w ogóle Dan wziął pomysł 'bycia razem'. Kilkakrotnie dawałam mu do zrozumienia, że nie zostaniemy parą. Myślałam, że to do niego doszło i nigdy nie będziemy musieli być w takiej sytuacji w jakiej jesteśmy teraz. Jak zwykle się myliłam.
- Wow, Dan - powiedziałam śmiejąc się - Chyba się nie zrozumieliśmy. 
- W jakim sensie? - zapytał zmieszany.
- Ja... - zaczęłam, ale nie potrafiłam dokończyć zdania.
Wiedziałam jak bardzo Dan mnie lubi. To było widać od samego początku. Troszczył się o mnie, zawsze był przy mnie i nigdy mnie nie zawiódł. Nie raz próbował się do mnie zbliżyć, ale ja mu to utrudniałam. Nic do niego nie czułam i mogę śmiało powiedzieć, że nigdy nie będę czuła, jednak ciężko mi to wyznać właśnie jemu. Nie chcę stracić w nim przyjaciela, ale nie mogę żyć w kłamstwie. To jak na mnie patrzy i w jaki sposób do mnie mówi łamie mi serce. Zawsze będzie mi bliski, ale nie na tyle, aby być mężczyzną na całe życie. Musiałam więc w końcu mu to oznajmić.
- Uwielbiam cię - westchnęłam z lekkim uśmiechem - Ale cię nie kocham - dodałam ciszej, po czym spuściłam wzrok - Nie tak jak chłopaka z którym mogłabym dzielić życie.
- Miłość może przyjść z czasem - mruknął, jakby sam nie był pewien swoich słów.
- Nie, jeśli wiem, że tak nie będzie - odparłam - A wiem to od początku.
- Myślałem, że może jednak... - zaczął brunet, ale ja zaprzeczyłam nie dając mu dokończyć.
- Dan - powiedziałam stanowczo - Jesteś wspaniałym, przystojnym i sympatycznym chłopakiem, ale po prostu dla mnie będziesz zawsze przyjacielem. Jestem wdzięczna Bogu, że mam kogoś takiego jak ty. Nie mogę robić czegoś na siłę, zrozum mnie. 
- Czyli znowu wyszedłem na idiotę. - rzucił patrząc w niebo.
- Nie, oczywiście, że nie. 
- Oh, nie zaprzeczaj Caitlin. Niepotrzebnie tu w ogóle przychodziłem - fuknął, czym mnie zaskoczył - Mogłem się tego spodziewać, ale Cassie mówiła, że może coś z tego wyjść i...
- Czekaj co? - przerwałam mu monolog - Cassie cię do tego namówiła? - spytałam prawie piszcząc, a chłopak skinął - Nie wierzę.. - szepnęłam.
- Nieważne - burknął - Zapomnij o tym, nie było rozmowy.
Dan odwrócił się, a następnie powolnie oddalił od mojego auta i mnie. Kilka razy krzyczałam jego imię mając nadzieję, że się odwróci, ale na marne. Wiedziałam, że uderzę w jego uczucia, jednak nie miałam innego wyjścia. Będąc z nim okłamywałabym nie tylko Dan'a, ale i samą siebie. Nie miałoby to żadnego sensu. Zniszczyłabym tylko nasze relacje. 
Tak, wciąż mam nadzieję, że Dan jednak mi wybaczy i doceni moją szczerość. Natomiast ja nie wiem czy jestem w stanie wybaczyć Cassie kłamstwa. Nie jestem w stanie uwierzyć, że mogła powiedzieć Dan'owi, że jest między nami chemia i szansa na związek. Sama mówiła mi, że spróbuje wybić mu z głowy pomysł związku, a teraz pchała go do tego? Jak mogła? Skrzywdziła nas oboje i zburzyła naszą przyjaźń. 
Moje plecy przylgnęły do samochodu. Osunęłam się na ziemię kucając i zakrywając twarz dłońmi. Myśl, że straciłam przyjaciela wystarczająco mnie dobijała. Fakt, że Cassie miała w tym udział powodowała, że byłam jeszcze bardziej zdołowana. Zastanawiałam się dlaczego to zrobiła, jaki był jej powód, ale nie mogłam doszukać się żadnego. Jeśli uważała, że tak będzie dla mnie lepiej to zdecydowanie się myliła. 
Wstałam z miejsca i włączyłam w samochodzie autoalarm. Moje nogi pokierowały mnie ponownie do baru. Nie patrzyłam nawet przed siebie. Mój wzrok utrzymywał się na nogach, śledząc chodnik. Nie spostrzegłam, kiedy z impetem uderzyłam w chłopaka, który zapatrzony był w swój tablet. Nasze bliskie spotkanie spowodowało, że zachwiałam się i momentalnie wylądowałam na ziemii. Wściekła burknęłam coś pod nosem i pomimo, że przystojny, brązowooki nieznajomy podał mi swoją dłoń, wstałam o własnych siłach. Burknęłam coś pod nosem i wyminęłam go wchodząc do baru. Kolejny raz zrobiłam z siebie idiotkę, ale nie mogłam się do tego przyznać. Miałam ochotę zalać się na miejscu, gdyby nie fakt, że przyjechałam tutaj autem. Poza tym, gdyby ciotka zauważyła mnie pijaną prawdopodobnie byłabym martwa. 
Ciotka Eleanor odkąd pamiętam miała wstręt do alkoholu. Co za paradoks, ponieważ pracuje w pubie, gdzie codziennością są pijani ludzie, którym ona i jej pracownicy sprzedają napoje dozwolone od lat osiemnastu. W dodatku lubi tą pracę. Czasem nie rozumiem tej sprzeczności, a właściwie tej kobiety. Jest taka skomplikowana.
Nie wiem dlaczego tak bardzo nie lubi osób, które przesadzą z alkoholem. Toleruje jedynie te, które są w stanie funkcjonować po wypiciu. Ja natomiast nie widzę nic złego w zapiciu smutków, jeśli jest ku temu powód, a zazwyczaj jest. No chyba, że jest się nałogowym alkoholikiem, wtedy mamy problem.
George stał przy kasie podpierając twarz dłonią. Ledwo przyszedł do pracy, a już był wyjątkowo znudzony. Fakt, że w barze dziś było mało kobiet zapewne go przybijał. Nie miał z kim flirtować, ani rozmawiać. Nie było mi go szkoda, bo czasem naprawdę przesadzał. Wydaje mi się, że nigdy jeszcze nie miał dziewczyny i nie wie co znaczy słowo 'wierność'. Zdaje mi się, że powinnam go uświadomić. Jeśli tak dalej pójdzie to zostanie starym, sześćdziesięcioletnim podrywaczem. 
Zasiadłam naprzeciwko niego utrzymując tą samą pozę. Położyłam łokieć na blat, a dłoń podsunęłam pod brodę. Mój wyraz twarzy mówił sam za siebie. George od razu zauważył moje zdenerwowanie, więc podsunął mi szklankę do której nalał wody. Mimo wszystko spojrzał na mnie pytająco licząc, że mu cokolwiek wyjaśnię. 
- No zgaduj - przewróciłam teatralnie oczami.
- Czyżby twoja ' jaka to jestem super ' przyjaciółka znowu coś wymyśliła? - zapytał, a ja skinęłam.
George i Cassie znali się od kilku miesięcy. Cassie kiedyś często przychodziła do baru, aby ze mną porozmawiać, ale odkąd pojawił się George - nigdy więcej jej tu nie widziałam. Ich pierwsza rozmowa nie poszła w dobrym kierunku, a za nią potoczyły się kolejne i kolejne. Ich charaktery były dość sprzeczne. Cassie była pewna swojej urody, a także pozycji w mieście oraz szkole. Każdy ją lubił pomimo, że zdarzało się jej palnąć głupotę. George natomiast nie uważał się za niewiadomo kogo i kilkakrotnie próbował się z nią dogadać. W końcu odpuścił, co doprowadziło do większej sprzeczki. Nie wtrącałam się w ich konflikt, ponieważ obie strony były dla mnie ważne i żadnej z nich nie chciałam stracić. Stwierdziłam, że sami to rozwiążą... kiedyś. On nie lubił jej braku samokrytyki. Uważał Cassie za pustą i płytką laskę, która jedyne co ma w głowie to pieniądze i popularność. Naprawdę byli bardzo, bardzo różni.
- Co tym razem wymyśliła? - spytał.
- Pamiętasz Dan'a? - odpowiedziałam pytaniem przy czym obkręcałam szklankę z wodą, aby zająć czymś rękę. Dzięki temu mniej się denerwowałam, a przynajmniej miałam takie wrażenie. Gdy George potwierdził, kontynuuowałam - Kiedy rozmawiała ze mną, powiedziała, że odwiedzie go od proponowania mi związku.
- No i? Czy to nie to czego właśnie chciałaś?
- To, właśnie to. Z tym, że Dan dzisiaj przyszedł zapytać mnie czy zostanę jego dziewczyną, a w dodatku oznajmił mi, że Cassie podsunęła mu ten pomysł. - podniosłam ręce po czym je opuściłam uderzając z całej siły o blat. Byłam pełna oburzenia, a zwłaszcza jak to sobie przypominałam. Kiedy mina Dan'a błądziła po moich myślach, a za nią jego słowa, miałam ochotę iść i zabić Cassie na miejscu.
- A myślałem, że to ty jesteś blondynką - zaśmiał się George, a ja spiorunowałam go wzrokiem  - Dobra, już dobra, tylko żartowałem - uniósł ręce w geście obrony.
- Mam dość - westchnęłam kładąc ręce na blat i chowając głowę. 
- Było od razu przyjść do mnie, moje porady są najlepsze - powiedział dumnie.
Po raz już piąty w ciągu naszej rozmowy drzwi baru otworzyły się, a do środka wszedł kolejny klient. Dzwonek, który był przymocowany nad wejściem nieziemsko mnie irytował swoim dźwiękiem. Myślałam nawet, żeby powiedzieć o tym ciotce, ale jest on w pubie od kiedy Eleanor wykupiła to miejsce. Nie chcę jej zabierać rzeczy, która stanowi początek tego biznesu, więc milczę dopóki to możliwe. 
Usłyszałam dźwięk odsuwającego się krzesła tuż obok mnie. Podniosłam wzrok, a moim oczom ukazał się tajemniczy chłopak, który był w pubie kilka tygodni temu. Usiadł zgarbiony zsuwając kaptur z głowy. Każdy kosmyk jego włosów leżał nie na swoim miejscu, dopóki nie przeczesał ich ręką. Położył dłonie na blacie, kilka razy stukając palcami, a następnie zwrócił się do George'a.
- Szkocką poproszę - mruknął
Poczułam się nieswojo, kiedy jego oczy zaczęły oglądać moją twarz. Wyprostowałam się i splotłam swoje dłonie patrząc wciąż na nie. Jego wzrok wzbudzał przerażenie, ale nie mogłam powiedzieć, że mnie nie intrygował swoją osobą. Ciekawił mnie, tak po prostu. Nie umiałam nawet wyjaśnić dlaczego. Pragnienie, aby spojrzeć na niego chociaż kątem oka uniemożliwiało mi logiczne myślenie. Musiałam wyglądać dość śmiesznie walcząc sama ze sobą, zmieniając co chwilę wyraz twarzy.
W końcu jednak zdecydowałam się odpuścić i skupić na butelkach stojących na półkach. Znudzona czytałam wszystkie ich nazwy, mimo, że znałam każdą na pamięć. Nie pracowałam w barze od pięciu dni, od dawna pamiętałam gdzie dana rzecz leży. Mam po prostu dobrą pamięć fotograficzną.
Kiedy skończyłam recytować w myślach nazwy alkoholi ustawionych rzędem, przeniosłam swój wzrok na szklankę w której znajdowało się jeszcze trochę wody. Wypiłam ją zachłannie i tym samym opróżniłam szklankę. Odłożyłam ją na bok i cicho westchnęłam.
- Czyżby zły dzień? - odezwał się po raz kolejny, tym razem głośniej, a moje oczy rozszerzyły się. 
Powtarzałam w głowie jego pytanie kilka razy. Ten głos brzmiał tak samo jak głos Ashton'a, ale to było wręcz niemożliwe. Przez moje ciało przeleciały dreszcze. Siedziałam nieruchomo, jakby wbito mnie w siedzenie. Moja szczęka zaczęła się trząść, a moje ciśnienie znacznie się podniosło. Nie mogłam tego opanować. 
Odwróciłam wzrok w kierunku chłopaka, który przyglądał mi się z zaciekawieniem. Jestem pewna, że zauważył moje zdenerwowanie. Patrzyłam prosto w jego przyciemnione oczy budzące strach. W pewnej chwili złapałam dłonią blat i zerwałam się z krzesła. Kilkakrotnie mną zakołysało, a świat zawirował przed oczami. Poczułam jego dużą dłoń na swoich plecach, która popchnęła mnie do przodu, prostując całe moje ciało. Złapałam się za głowę próbując opanować emocje. 
Jego zdezorientowanie podpowiadało mi, że coś jest nie tak. Ashton uśmiechnąłby się patrząc na mnie z wyższością. Byłby dumny, że tak mnie oszukał. Musiałam się pomylić, musiałam się przesłyszeć. A może ja po prostu zwariowałam?
- Cait... w porządku? - zapytał George, kiedy zauważył jak wpatruję się w chłopaka. Odległość dzieląca nasze twarze była niewielka. Blondyn utrzymywał mnie w swoim uścisku, abym nie straciła przytomności.
- Ja.. - wydukałam zerkając na George'a, a potem na nieznajomego - przepraszam, po prostu - jąkałam się - Zaraz wrócę - oznajmiłam pośpiesznie odsuwając jego dłonie.  Mało się nie przewróciłam, gdy wbiegłam na zaplecze. Nerwowo dyszałam wciąż przypominając sobie głos Ashton'a. Oparłam się o ścianę i zaczęłam kłócić się z myślami.
TO NIEMOŻLIWE CAITLIN. ODPUŚĆ. Powtarzałam błagalnie w swojej głowie chcąc o tym zapomnieć. Mój rozum podpowiadał mi, że Ashton nigdy by się tak nie zachował. Jest okrutny, ale nie do tego stopnia, aby przyjść do baru, usiąść obok i do tego ze mną rozmawiać. Kategorycznie nie. To po prostu nadmiar pracy, zbyt duża ilość emocji i nerwów powoduje, że wariuję. Moja wyobraźnia działa zbyt mocno i szybko. Muszę się uspokoić.
Uderzyłam dwa razy w drzwi od gabinetu ciotki, po czym pociągnęłam za klamkę. Eleanor jak zazwyczaj siedziała za biurkiem wpatrzona w monitor komputera. Wydaje mi się, że obliczała zyski z ostatniego tygodnia, gdyż kalkulator znajdował się pod jej dłonią. Zastanawiałam się czy w ogóle spostrzegła, że weszłam bo nawet na mnie nie spojrzała. Zamknęłam drzwi za sobą i usiadłam czekając aż dokończy swoją pracę. Wolałam spędzać czas w jej gabinecie milcząc niż czuć się nieswojo i wariować w towarzystwie tajemniczego chłopaka i George'a. Wystarczająco już się zbłaźniłam.
- W czym mogę Ci pomóc Caitlin? - zapytała rudowłosa wciąż stukając palcami o klawiaturę.
- Chciałabym wziąć wolne - powiedziałam zdecydowanie, a ciotka odwróciła wzrok w moją stronę - W ten weekend. - dokończyłam mrugając kilka razy. 
- Coś się stało? Denerwujesz się? 
- Nie - pokręciłam głową - Chciałabym tylko pojechać do Melbourne - mruknęłam.
- Do Melbourne? W jakim celu chcesz jechać do Melbourne Caitlin? Przeprowadzasz się? - spytała zmartwiona. Zaśmiałam się jedynie i znowu pokręciłam przecząco głową.
- Chcę obejrzeć uniwersytet, niedługo zamierzam iść na studia. - odparłam.
Brwi ciotki uniosły się. Widziałam dumę w jej oczach. Ona chciała, żebym w końcu rozpoczęła studia, bo to było marzenie zarówno moje jak i rodziców. Wiedziałam, że Eleanor pragnie mojego szczęścia, więc nie będzie mnie trzymać, a na pewno pozwoli mi na wyjazd.
- W takim razie nie będę cię zatrzymywać. Wiem jak bardzo ci na tym zależy - ciotka posłała mi uśmiech, który odwzajemniłam. Ścisnęłam jej dłoń leżącą swobodnie na biurku. Zdobiło ją kilka zmarszczek i pierścionek, który wuj podarował kobiecie na ich czternastą rocznicę ślubu. 
Mój wuj, czyli mąż ciotki również nie żyje. W tym roku byłaby to ich osiemnasta rocznica małżeństwa, ale niestety zmarł na raka. Ciotka nigdy nie otrząsnęła się po tej tragedii. Obiecała sobie, że nie spojrzy na innego mężczyznę, a już na pewno nie tak, jak patrzyła na Johnatanna.
Ich miłość była piękna, a przynajmniej ja tak uważałam. Poznali się na rejsie statkiem, gdzie zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Mimo sprzeciwu rodziców wuja pobrali się żyjąc szczęśliwie w Sydney. Rodzice Johna nie zgadzali się na ich związek, gdyż ciotka nie była wystarczająco bogata. Jego natomiast to nie obchodziło. Przeprowadzili się tutaj, aby być jak najdalej od rodziców mieszkających w Stanach. Byli przyjaciółmi, ale i kochankami. Coś pięknego.
Nie chcąc znowu widzieć się z chłopakiem, którego wzięłam za Ashton'a wyszłam drzwiami ewakuacyjnymi i powędrowałam na parking przez plac zabaw. Kąciki ust uniosły się bez mojej pomocy na wspomnienia, które właśnie mnie napadły. Pamiętam wszystko jakby to było wczoraj. Bawiłam się w piaskownicy, chowałam się za drzewami czy grałam w berka ze znajomymi. Nigdy nie zapomnę jak zgubiłam w sklepie moją ulubioną lalkę, którą mama kupiła mi na urodziny. Była dość droga i ważna dla mnie. Niestety miałam tendencję do upuszczania rzeczy, które znajdowały się w mojej dłoni. Czasami po prostu zapominałam, że coś w nich mam.
Wsiadłam do auta i rozmarzyłam się na dobre. Stare, piękne czasy. 

Siedziałam na huśtawce czekając, aż tata ją popchnie. Złapałam się mocno łańcucha, kiedy poczułam jego dotyk na plecach. Po chwili widziałam już wszystko z góry. Drzewa były teraz na moim poziomie, a kolorowe domki dodające uroku okolicy oglądałam bez problemu. Z mojego gardła wyrwał się głośny śmiech, kiedy znów byłam na dole, a następnie znów w górze. Kiedy bujałam się już sama, ujrzałam jak tata stoi pod ścianą i uśmiecha się do mnie. W oknie obok niego ujrzałam mamę, która krzątała się po kuchni, prawdopodobnie gotując obiad.
- Caitlin, bujasz się już od ponad 10 minut. Zejdź już - powiedział do mnie spod ściany, nadal się uśmiechając.
- Dobrze tato - wyjęczałam śmiejąc się, próbując zatrzymać huśtawkę. Kiedy mi się to udało, tato znalazł się przede mną i wziął mnie za ręce kręcąc w kółko. Widziałam świat, kręcący się kolorowy świat, który dawał mi tyle szczęścia. Po całym podwórku roznosił się nasz śmiech. Kiedy postawił mnie na ziemi, przywędrował do nas wielki owczarek. Rzucił się na mnie przygniatając do ziemii i zaczął lizać po twarzy.
- Lilou dość! - próbowałam przemówić psinie do rozumu. Na szczęście wygrałam i pies zszedł ze mnie siadając tuż obok. Począł merdać wesoło ogonem, a ja sięgnęłam po piłkę i rzuciłam przed siebie. Lilou od razu rozpoczęła swój bieg. Ojciec wziął mnie na ręce wciąż się uśmiechając. Mój śmiech natomiast nie znikał, wręcz przeciwnie - był coraz głośniejszy...

Otarłam łzy powolnie spływające po moich policzkach. Nikomu nie życzę utraty rodziców czy nawet jednego z nich. To cierpienie, które nigdy nie ustąpi. Co noc śnią się oni, lub koszmary związane z nimi. Wszystkie wspomnienia są wzmocnione, ukazują się częściej. Z czasem się przyzwyczajasz, ale to nie znaczy, że nie tęsknisz. Bo to uczucie tkwi w tobie i nawet czas nie zabierze go od ciebie.
Nie minęło pół godziny, a moje auto znalazło się pod samym blokiem. Zabrałam z niego wszystkie rzeczy i wysiadłam blokując autoalarm. Stwierdziłam, że dzisiejszy dzień poświęcę na pakowanie, a z samego rana wyjadę z miasta, aby jak najszybciej znaleźć się w Melbourne. Chcę być tam jak najwcześniej, aby zwiedzić jak najwięcej i zobaczyć cały kampus. Możliwe, że uda mi się nawiązać kontakt z którymś studentem, który pomoże mi się odnaleźć. Muszę zorientować się również w kosztach.
Postawiłam większy krok, kiedy zauważyłam stopień. Rozpoczęłam szukanie klucza w torebce będąc blisko wejścia. Nagle usłyszałam dźwięk obijających się o siebie kluczy, jednak nie rozbrzmiewał on w torebce. Uniosłam wzrok. Zakapturzona postać stała oparta o drzwi wejściowe, a na jej palcu kręcił się plik.  Spod kaptura wystawały jedynie jego oczy.
- Nie szukaj, ja otworzę - powiedział uśmiechając się szarmancko, a ja spiorunowałam go wzrokiem.
Myślałam, że to już się skończyło.

_____________________________________________

Czytasz? Skomentuj i zaobserwuj. :)
* pochyła treść > myśli + retrospekcja.
________________________________________

czwartek, 2 stycznia 2014

Rozdział 16

Tuż po upadku kubka, Ashton zaśmiał się. Mnie akurat ta sytuacja nie bawiła, wręcz przeciwnie, byłam naprawdę przerażona. Jeśli Cień znajduje się właśnie w tej chwili, w moim domu, to przyszedł tylko po jedno. 
Zabić mnie.
Przełknęłam głośno ślinę trzęsąc się. Nie widziałam nic poza ciemnością, musiałam ufać mojemu słuchowi. Chciałam coś powiedzieć, ale miałam tak wiele pytań przed moją śmiercią, że nie wiedziałam od którego zacząć. Kiedy Ashton milczał, prawdopodobnie opierając się o moją szafę zebrałam swoje myśli i zaczęłam naszą konwersację od podstawowego pytania.
- Zabijesz mnie?
Ashton wybuchł śmiechem. 
- Uważasz, że to po to przyszedłem? - spytał, a odgłosy kroków znowu stały się słyszalne. Łózko zaskrzypiało, co oznaczało, że Ashton zajął na nim miejsce - Boisz się mnie? - zadał pretensjonalnie kolejne pytanie.
Jego zachrypiały głos obił się o moje uszy niczym echo. Nie pozwalał mi na poczucie swobody, spokoju. Mój żołądek wręcz wariował, myślałam, że za moment zwymiotuję. Tkwiłam w strachu, ale w życiu bym mu tego nie przyznała. Jeśli miałabym umrzeć to tylko i wyłącznie z godnością.
- Nie - odparłam szybko i pewnie, a przynajmniej liczyłam, że tak właśnie to zabrzmiało.
Nie chciałam okazać moich słabości. Miałam nadzieję, że jeśli zauważy moją odwagę odejdzie, ale na razie się na to nie zanosiło. W ręku ściskałam swoją komórkę, aby w razie czego szybko wybrać numer alarmowy i wezwać pomoc. Byłam na to przygotowana.
Wiedziałam, że stąpam po cienkim lodzie. Mogłam się wszystkiego spodziewać, zwłaszcza, że mój prześladowca kilkakrotnie pokazał mi na co go stać. Byłam głupia, że pozwoliłam mu na kontrolowanie mnie. 
Nerwowo odgarniałam kosmyki z moich włosów zaciągając je za ucho. Cisza mnie irytowała. Czekanie na jego ruch powodowało większy stres w moim organizmie niż presja zdobycia jak najlepszej oceny na egzaminach szkolnych. Co chwila ocierałam dłońmi swoje ramiona, aby pozbyć się nieprzyjemnych dreszczy przechodzących przez moje ciało. Miałam wrażenie, że Ashton widzi moje zachowanie mimo, że w pokoju było całkowicie ciemno. 
- Czar prysł? - zapytał przerywając ciszę.
- Jaki czar? - odpowiedziałam pytając.
- Kogo się spodziewałaś? Myślałaś, że kim jestem?
- Mam w dłoni telefon, zadzwonię na policję jeśli stąd nie wyjdziesz w ciągu dwóch minut - zagroziłam mocniej przyciskając telefon do swojej klatki piersiowej, która unosiła się i opadała dość porywczo.
- Spróbuj, ale pamiętaj.. - szepnął, a łózko znowu zaskrzypiało. Chwilę później poczułam dłoń przejeżdżającą po moim barku opuszkami palców. Na mojej skórze pojawiła się gęsia skórka, a z ust uleciał cichutki jęk przepełniony strachem. - jeśli to zrobisz, sprawię, że będziesz bała się każdego niewinnego dźwięku - wybełkotał z nutką rozbawienia.
Tym właśnie dla niego byłam - zabawą. Zachowywał się jak kot, który w końcu dopadł upragnioną mysz. Miał świadomość, że się go boję, dlatego to perfidnie wykorzystywał. Właśnie o to mu chodziło. O przewagę.
- To dlatego tak cię nazywają? - spytałam drżącym głosem - Cieniem? Nikt cię nie może zobaczyć, ukrywasz się.
- Jak na blondynkę myślenie całkiem dobrze ci idzie - skwitował.
Dłoń Ashton'a sunęła po moim ramieniu, aż dodarła do pięści w której mieściła się komórka. Bez sprzeciwu pozwoliłam mu wyjąć telefon z mojej ręki oddając go tym samym w jego posiadanie. 
- Odpowiedz więc proszę na moje poprzednie pytanie - poprosił grzecznym tonem - Jak mnie sobie wyobrażałaś?
Milczałam. Zacisnęłam wargi nie chcąc wydać z siebie ani jednego dźwięku. Bałam się powiedzieć cokolwiek. Do moich oczu cisnęły się łzy. Sama nawet nie zastanawiałam się nad tym jak może wyglądać Ashton, ani kim może być. Z początku myślałam, że to jakiś dzieciak robiący sobie żarty, a z czasem przestało mi zależeć na tej informacji. Później natomiast nie miałam czasu do tego wrócić, działo się zbyt wiele rzeczy wartych uwagi. 
Wzdrygnęłam się, kiedy Ashton uderzył pięścią o moje biurko.
- Odpowiedz! - krzyknął wyraźnie poirytowany.
- Jako kpiącego ze mnie pieprzonego piętnastolatka! - odkrzyknęłam szlochając - Zadowolony?!
Moje dłonie wsunęły się w kosmyki włosów ściskając je. Zamknęłam oczy licząc, że to w jakikolwiek sposób pomoże mi zapanować nad emocjami. Kolana automatycznie podsunęły się pod samą głowę. Oparłam na nich brodę wciąż drżąc ze strachu. 
- To już koniec Caitlin - mruknął - Już więcej o mnie nie usłyszysz - wyszeptał prosto do mojego ucha, gdy uniosłam głowę.
Moje oczy niesamowicie piekły. Wypłynęła z nich ogromna ilość łez, nie miałam siły dłużej płakać. Zacisnęłam zęby starając się oddychać. Zamiast tego wydawałam z siebie syczenie, ale tylko tak potrafiłam powstrzymać się od krzyków. Chociażby na moment.
- Co takiego? - spytałam - Nie możesz - powiedziałam z oburzeniem - Chcesz mnie teraz po prostu zostawić po tym wszystkim ?!
- Po czym Caitlin? To ty stoisz za tym wszystkim - odparł jakby urażony moimi słowami - Pomyśl tylko. Nie pojawiłem się w twoim życiu bez powodu.
- Co z Cassie? - zmieniłam temat nie wiedząc o czym Ashton mówi. Będąc całkowicie szczerą nie chciałam wiedzieć do czego ten człowiek dąży. Byłam zdezorientowana.
- Jest bezpieczna dopóki dotrzymujesz umowy.
- Mówiłeś, że nic mi się nie stanie bo jestem nietykalna. - zadrwiłam wypowiadając ostatnie słowo.
- To prawda. Nic ci nie grozi. - odparł bez uczuciowo. 
- Nadal będziesz mnie obserwował? - spytałam drżącym głosem.
- Tak - odpowiedział, a ja fuknęłam. 
Zachowywał się tak, jakby cała nasza znajomość była normalna. 
- Czy kiedykolwiek cię zobaczę? Czy już zawsze będziesz moim cieniem?
Jego oddech połaskotał skrawek mojego ucha.
- Już mnie widziałaś - szepnął, a moje oczy się rozszerzyły.
Wciągnęłam zachłannie powietrze nie mogąc uwierzyć w to co przed chwilą usłyszałam. Nie spodziewałam się takiej odpowiedzi. Co ona w ogóle miała oznaczać? Widziałam go? Przez moją głowę poczęły przelatywać miejsca, twarze, które moje oczy zarejestrowały w tym tygodniu. Widziałam wielu ludzi, w końcu pracuję w cholernym pubie! Widziałam też mężczyzn na mieście, pod moim blokiem, w klubie i innych różnych miejscach. Niemożliwe, że nie zauważyłam nikogo podejrzanego. To było bez sensu. Nie miałam nawet punktu zaczepienia. Zero charakterystycznych znaków, które mogłyby podpowiedzieć mi, że to właśnie był on.
Usłyszałam jak Ashton cofa się na sam koniec pokoju. Powoli zaczęłam odzyskiwać władzę nad moim ciałem.Prawdopodobnie stał już w progu drzwi, kiedy znowu odezwał się do mnie.
- Mam do ciebie jedną małą prośbę - powiedział, a ja przytaknęłam - Uważaj na siebie Caitlin.
Jego ciężkie kroki z sekundy na sekundę stawały się praktycznie nie słyszalne. Gdy nastąpiło zamknięcie drzwi wyjściowych od razu ruszyłam z miejsca prosto do najbliższego okna. Pragnienie ujrzenia Ashton'a, chociażby po raz pierwszy i ostatni było ogromne. Chciałam jedynie zobaczyć kto zrzucił na mnie tyle problemów, kto zaprząta mi myśli, kto właśnie wszedł i wyszedł z mojego mieszkania. 
Otworzyłam okno, a wiatr uderzył prosto w moją twarz. Kosmyk blond włosów opadł na moje czoło, ale prędko odgarnęłam go ręką chcąc widzieć idealnie przestrzeń. Moje oczy kręciły się jak szalone w poszukiwaniu postaci na podwórku. Wspięłam się na biurko po czym usiadłam na parapecie. Kilka łez spłynęło po moich policzkach opadając na moją koszulkę. Oddychałam nerwowo, szybko.
Zamknęłam okno, kiedy nie zauważyłam nikogo kręcącego się po osiedlu, jednak zostałam na parapecie i wciąż obserwowałam. Mogłam się tego spodziewać. Skoro Ashton wyłączył prąd bo nie chciał, abym go widziała, na pewno wyszedł tak samo jak prawdopodobnie wszedł - drzwiami ewakuacyjnymi. 
Lampa stojąca w rogu mojego pokoju rozbłysła oświetlając całe pomieszczenie. Laptop uruchomił się tak samo jak telewizor. Spojrzałam na rozbity kubek leżący na podłodze i westchnęłam. W głębi duszy wciąż miałam nadzieję, że to jedynie moja wyobraźnia działała, a Ashton'a wcale tu nie było. 
W mojej głowie pojawiały się nowe pytania. Czemu się ze mną pożegnał? Dlaczego wszystko zakończył? Czy to część jego planu? Coś go do tego zmusiło? Nie chciał tego robić, ale pojawiły się przeszkody? 
Próbowałam zrozumieć i poskładać wszystko w całość. Po co w ogóle wszedł do mojego życia? Pewna część mnie nie chciała się pogodzić z odejściem Ashton'a, jednak wiedziałam, że tak właśnie powinno być. Nie jest odpowiednią osobą dla mojego towarzystwa. Jedyną rzeczą, która mnie przy nim zatrzymywała to tajemniczość, ale nawet ona przestała mieć dla mnie głębsze znaczenie. Nie chciałam mieć z nim nic wspólnego, gdyż mijało się to z celem. Miałam tylko nadzieję, że po jego wyjściu z mojego domu ten cały koszmar się skończy i nigdy więcej ja i Cień się nie spotkamy. No chyba, że nie dożyję do rana, aby rozpocząć nowy dzień.
Siedziałam na zimnym parapecie przykryta kocem. Moja głowa opierała się o okno. Powieki powolnie opadały zamykając się. Mózg jednak pracował wymyślając coraz to nowe pomysły. Nie spostrzegłam nawet, kiedy usnęłam ze zmęczenia...

***
Piątek. Cholerny piątek nareszcie nadszedł. To był ostatni dzień mojej pracy co mnie ogromnie cieszyło. Naprawdę nie miałam ochoty spędzać wieczoru w barze pełnym mężczyzn, którzy ledwo patrzą na oczy. Co drugi z nich był zalany co wcale mi się nie uśmiechało. Nie byłam jakąś pięknością, ale to nie stanowiło dla nich przeszkody, aby mnie podrywać. Niestety, mój humor ostatnio nie należał do najlepszych przez co nie byłam chętna do flirtowania, a nawet do bycia po prostu miłą.
W ciągu ostatnich trzech dni moje myśli krążyły wokół Ashton'a. Nie odzywał się. Zero wiadomości, znaków, czegokolwiek. Jego przyjaciele również zniknęli. Zastanawiałam się czy to już koniec. Nie żartował? Już nigdy się do mnie nie odezwie? Nigdy go nie zobaczę? W głębi duszy wciąż uważałam, że to niemożliwe. To nie w jego stylu. 
Siedząc blisko kasy przerzucałam kartki codziennej prasy dostarczanej do naszego pub'u. Zazwyczaj czytałam jedynie dowcipy, jednak odkąd pojawiły się tajemnicze morderstwa, kradzieże oraz pobicia nie mogłam oderwać wzroku od gazety. Przeglądałam każdy artykuł, śledząc uważnie tekst i starając się zapamiętać jak najwięcej. Kilka razy mój wzrok zauważył frazę 'Cień'. Bicie mojego serca było wtedy od razu silniejsze.
Mój rozum nigdy nie pozwalał mi wierzyć w to co wypisują media i gazety. Mimo, że czytałam wszystkie wiadomości nie byłam do końca przekonana co do ich wiarygodności. Ludzie lubią koloryzować, zmyślać, więc dlaczego nagle mieliby pisać prawdę? Poza tym na pewno nie dostają od policji całkowitych informacji. 
Zamknęłam gazetę, kiedy usłyszałam donośny śmiech jednego z mężczyzn siedzących przy stoliku. Wywróciłam oczami i schowałam prasę pod blat wiedząc, że już więcej dzisiaj nie przeczytam, a przynajmniej nie tutaj. Nie powinnam się złościć, to bar. Śmiechy, krzyki i wygłupy są tutaj normalnością. Muszę do tego przywyknąć lub znaleźć inną pracę, a z moim aktualnym wykształceniem druga opcja jest na tą chwilę niemożliwa.
Gdy drzwi pub'u otworzyły się, a w ich progu stanął George uśmiechnęłam się. Moja wyczekiwana zmiana. Jego długie, smukłe nogi kilkakrotnie uderzyły stopami o wycieraczkę oczyszczając w niewielkiej ilości spód butów. Dłonie trzymał w kieszeniach swojego płaszcza. Kierował się w moją stronę lekko zgarbiony co chwilę odgarniając kilka kosmyków brąz włosów opadających na jego czoło. Jego palce zgrabnie przeczesywały pasma grzywki odrzucając je do tyłu. Widocznie dzisiaj George wybrał swój tandetny nieład na głowie mający wyglądać na atrakcyjny. Jak zwykle mu nie wyszło. 
Chłopak przywitał się ze mną cmoknięciem w policzek po czym zrzucił z siebie płaszcz odkładając go na bok. Szybko założył uniform wskazując głową na zegarek. Tym gestem poinformował mnie o swoim spóźnieniu. Na szczęście ciotka była dzisiejszego dnia zbyt zajęta, aby dbać o naszą punktualność czy perfekcyjność. Biurokracja zatrzymała ją na kilka godzin. 
Gdy George zamienił się ze mną miejscami pobiegłam na zaplecze aby zabrać swoje rzeczy. Po wykonaniu tej czynności wróciłam na przód baru, gdzie podpisałam listę na której mieliśmy odnotowywać godziny przyjścia oraz wyjścia. 
Pomachałam mojemu zmiennikowi na pożegnanie i opuściłam budynek z wielką ulgą i uśmiechem na twarzy. Wolne po całym tygodniu pracy to najlepsza rzecz jaka mogła mi się w tej chwili przytrafić. Ten tydzień był dla mnie dość ciężki więc moje szczęście było nie do opisania. 
Kiedy doszłam na parking po drodze usłyszałam dwa krótkie kliknięcia. Moje auto odblokowało się gdy tylko wcisnęłam przycisk dołączony do moich kluczyków. Podniosłam głowę i gwałtownie zatrzymałam się widząc średniego wzrostu mężczyznę w kapturze opierającego się o mój samochód. Moje serce zaczęło bić szybciej, a plik kluczy prawie wypadł mi z ręki. 
Chłopak zaczął iść w moją stronę, a ja powolnie wycofywałam się robiąc coraz to większe kroki. Gdy jednak zdjął kaptur zatrzymałam się, a z moich ust wyleciało głębokie westchnięcie przepełnione ulgą.
- Cholera Dan! - krzyknęłam tupiąc nogą - Wystraszyłeś mnie na śmierć - zaśmiałam się podbiegając do przyjaciela i go obejmując.
- Wybacz, nie miałem takiego zamiaru - brunet ukazał szereg śnieżnobiałych zębów. 
Jego ciemne jak czekolada oczy przejeżdżały po mojej twarzy analizując każdą jej część. Chłopak chciał już coś powiedzieć, gdyż otworzył usta, jednak zamknął je po chwili znowu mi się przyglądając. Przygryzłam nerwowo wargę. Dan jeszcze przez moment dziwnie na mnie patrzył po czym wypuścił ze swoich płuc śmiech, który łączył się z westchnięciem. Podniosłam brwi czekając na jakieś wyjaśnienia. Patrząc na niego miałam wrażenie, że zbiera myśli, albo słowa. Pokręcił nerwowo głową wciąż unosząc kąciki swych ust. Unikał przez chwilę mojego wzroku. Na szczęście jego 'normalność' powróciła i w końcu udało mu się skleić zdanie spoglądając przy tym nieśmiało w moje oczy.
- Chciałem z tobą porozmawiać - oznajmił na co przytaknęłam.
- Spoko, mów - powiedziałam wzruszając ramionami.
Podeszłam do swojego wozu i wspięłam się na jego tył. Usiadłam na bagażniku opierając swoje nogi na rejestracji auta, aby nie zwisały tym samym ściągając mnie na dół. To nie pierwsza nasza rozmowa więc nie widziałam powodu do stresu w porównaniu do chłopaka.
- Więc? - ponagliłam swojego przyjaciela.
- To nie jest takie proste - odparł śmiejąc się dość nerwowo.
Zmarszczyłam brwi. Brunet nieśmiało wysunął rękę zza swoich pleców. Dość długo ją tam trzymał co wyglądało komicznie, ponieważ stał jak na baczność. W jego dłoni znajdował się nieduży bukiet stokrotek. Otworzyłam usta z wrażenia co chwilę spoglądając to na kwiatki,  to na Dan'a próbując odczytać jego intencje. 
- Emmm... bo wiesz... skoro się tak długo...długo znamy... - Dan jąkał się, a moje oczy stawały się coraz szersze  - i nasza przyjaźń zmierza w dobrym kierunku... - kontynuował - bo ja ciebie bardzo lubię Caitlin... 
- Ja też cię lubię Dan - wtrąciłam się próbując zapobiec ukończeniu tego zdania.


- Tak, wiem... znaczy... tak mi się wydaje - po raz kolejny z jego ust wyleciał nerwowy śmiech - dlatego chciałbym spytać, czy zostałabyś może moją dziewczyną? - chłopak wystawił swoją rękę trzymając w niej bukiet. Siedziałam na aucie kompletnie nie wiedząc co powinnam w tej chwili zrobić. Czy byłam spięta? To mało powiedziane.

_____________________________________________________
Jeśli przeczytałeś/aś > Skomentuj.
Jeśli czytasz i odwiedzasz często bloga > Zaobserwuj.