sobota, 18 kwietnia 2015

Rozdział 29

Szliśmy aleją parku przez pół godziny, aż wreszcie Calum zdecydował się zająć miejsce na którejś z mijanych ławek. Podróżując nie mówił o sobie, a raczej o dniach nieobecności. O tym, gdzie przebywał, co zwiedzał i w jaki sposób szukał informacji na własną rękę, bo w pewnym momencie przestał wyrzucać z głowy swoje poprzednie życie, czyli bycie swego rodzaju bandziorem, który szuka zaczepki. Gdy nie potrafił stanąć oko w oko z męczącymi go myślami, szedł w miasto, a upust swoim emocjom dawał znajdując równego sobie gościa albo nawet silniejszego, aby tylko stanąć do walki. Bójka kończyła się zazwyczaj przegraną Caluma, który wracał do mieszkania swojego kumpla zakrwawiony oraz posiniaczony, ale czuł ulgę, ponieważ ból fizyczny przysłonił cierpienie psychiczne. A Calum cierpiał bardzo, tylko nie umiał tego przyznać. 
- Kiedy kumpel Josha powiedział, że zna Willa, ale nazwał go Jackiem to od razu pojechałem do tego wariata - oświadczył - Liczyłem na wyciągnięcie większej ilości informacji, ale..
- Calum - szepnęłam cicho, przerywając chłopakowi. Spojrzał na mnie pytająco, a ja popatrzyłam na niego nieśmiało. Chciałam rozpocząć rozmowę, dla której przyszliśmy do parku, ale bałam się, że Hood może zareagować negatywnie. Mimo wszystko musiałam dowiedzieć się, dlaczego Calum stał się osobą zamkniętą. 
Widząc mój wzrok, ciemnowłosy sam zaczął swoją opowieść, bez mojej prośby. 
- Zamierzałem zostawić rodzinę dla Ashtona, ale to ona zostawiła mnie... - mruknął, a chwilę później poznałam całą historię.
Wydarzenie miało miejsce kilka lat temu, kiedy Calum był jeszcze urwisem poszukującym wrażeń. Uwielbiał piłkę nożną, imprezy i swoich znajomych, z którymi spędzał ogromną ilość czasu - zwłaszcza z Ashtonem. Wiedzieli o sobie wszystko. Nie ukrywali swoich tajemnic rodzinnych, a wręcz przeciwnie, dzielili się nimi, dyskutowali  i wspólnie rozwiązywali problemy, bo tak powinni robić prawdziwi przyjaciele. Pewnej ciepłej nocy, Calum jak zawsze zostawił uchylone okna, a później poszedł wziąć prysznic. Gdy wrócił, na jego łóżku siedział roztrzęsiony Luke. Jego nieułożone włosy, potargane i brudne ubrania świadczyły tylko o tym, że znów wpakował się w tarapaty. Serce Caluma niemal stanęło, kiedy zobaczył swojego drugiego przyjaciela w takim stanie. 
- Jak się tutaj dostałeś? - zapytał, a jego słowa brzmiały niepewnie, jakby odpowiadał przed nauczycielką matematyki z prostego równania, kompletnie nie znając tabliczki mnożenia i nie mając pewności co do swych obliczeń. Ale on po prostu bał się usłyszeć, że Luke wspiął się po domku na pierwsze piętro i przeszedł oknem do jego pokoju po raz kolejny. Przecież powtarzał mu, że drzwi zawsze stoją dla niego otworem i nie musi narażać się na niebezpieczeństwo. Ale tym razem wcale nie chodziło o bycie bezpiecznym. Luke nie miał odwagi stanąć w drzwiach domu Caluma i czekać na przywitanie przez jego mamę, która spojrzałaby na niego ze wzrokiem pełnym przerażenia.
- Sam wiesz - palnął - Oglądałeś wiadomości? 
Calum zmarszczył czoło, zerkając na blondyna. Nie rozumiał, co mają media do jego wizyty. Zdenerwowanie Luke'a nie pozwoliło mu jednak na bezczynne stanie i gapienie się. Sięgnął po pilota, a później przełączył kanał na pierwszy lepszy związany z informacjami ze świata. To co zobaczył, przerosło jego najśmielsze oczekiwania.
- Dziewiętnastolatek zabił własnego ojca, Ashton Irwin zostanie skazany, a może uniewinniony... - wyszeptał tekst, który odnalazł wzrokiem na dolnym pasku ważnych wiadomości - Co to do cholery ma znaczyć? - spytał Calum, odwracając się do przyjaciela.
- Ktoś go wrobił, Cal - odparł drżącym głosem - On go nie zabił, ale pójdzie siedzieć... - powiedział, a potem powtarzał to zdanie jeszcze około stu razy, gdy już po pierwszym rozpłakał się niczym małe dziecko. Calum objął swojego przyjaciela i starał się uciszyć, aby rodzice nie dowiedzieli się o jego sekretnej wizycie. Był w szoku, nie wiedział co powinien myśleć, ale na pewno do jego głowy nie wpadł pomysł, iż Ashton zamordował ojca. Znał go za dobrze, żeby pomyśleć o takiej głupocie. Irwin nie należał do grzecznych, wyrachowanych i kochanych dzieciaków, ale nigdy nie podniósł ręki na ojca, czy matkę. Miał pewność, że doszło do nieporozumienia, tragicznego nieporozumienia. 
Siedzieli w ciszy przez około godzinę. Ciemnowłosy obejmował ramieniem swojego przyjaciela, który szlochał mu w koszulę. Zawsze to on pocieszał Caluma, stawiał go na nogi swoimi motywującymi cytatami, a wtedy role się odwróciły. Obaj nie mieli pojęcia co robić, jak pomóc swojemu kumplowi z paczki.
- Uniewinnią go... muszą. - powiedział cicho Calum - A wtedy wyjedziemy.
Zaskoczony Luke popatrzył na Caluma, a ten zanim przyjaciel zdąrzył zapytać skąd taki pomysł, odpowiedział mu.
- Znajdą cokolwiek i wypuszczą Asha - oświadczył - Ale tylko sąd go uniewinni, nie ludzie. Poza tym, to był jego ojciec. Za wszelką cenę będzie chciał znaleźć mordercę. 
Luke z początku wahał się, jednak doskonale zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji i wiedział, że Calum ma rację. Media, a także ludzie nie dadzą Ashtonowi spokoju. On sam nie zaśnie nocą myśląc, że człowiek, który zabił jego ojca chodzi spokojnie po świecie. Mogli dyskutować na ten temat godzinami, ale tylko jedno wyjście zdawało się słuszne. Wyjazd, ucieczka, poszukiwania winnego. I w końcu podjęli decyzję. 
Hemmings pognał do Michaela, aby poinformować go o planach i zapytać, czy weźmie w nich udział. Około piętnastu minut opracowywali telefonicznie plan, działając za plecami kumpla, z którym nie mieli zupełnie kontaktu, bo na komisariacie był nieosiągalny. Kiedy skończyli, zabrali się za realizację. 
Calum rozpoczął pakowanie. Wrzucał ubrania do torby, nie zwracając uwagi na ich ułożenie. Liczył się czas. Proces miał swój początek za dwa dni, a trwać miał około czterech godzin. Głęboko w duszy modlił się, aby znaleźli chociaż jedną małą rzecz, która odciąży Ashtona od sprawy. Sami zamierzali wziąć w niej udział, jako świadkowie z nadzieją, że pomogą przyjacielowi w wydostaniu się z tarapatów. 
Wtem w pokoju rozległ się dziewczęcy głos.
- Co ty u diabła wyrabiasz? - spytała zadziwiona zachowaniem brata Mali.
- Zamknij się - próbował uciszyć dziewczynę, ale ona miała o wiele więcej pytań niż Calum mógł sobie myśleć.
- Uciekasz? Zostawiasz nas? To przez Irwina? Pomagałeś mu w zabójstwie? Jesteś mordercą? 
Calum przerwał swoje pakowanie, żeby pójść do dziewczyny i zamknąć mieszczące się za jej plecami drzwi. Zmierzył czarnowłosą wzrokiem, a następnie poprosił grzecznie o spokój.
- Ktoś go wrabia - oznajmił. 
- Jasne - prychnęła - Irwin ma na drugie imię kłopoty, a ty dobrze o tym wiesz. To on wpakował cię w towarzystwo starszego Fletchera i pewnie znowu to zrobi. 
- Co ty pieprzysz, Mali? - Chłopak starał się pohamować przed wrzaskiem, ale jego siostra zaczynała działać mu na nerwy - Ashton nie ma wpływu na to, z kim się kumpluję. Gdybym nie chciał, nie trzymałbym się z żadnym Fletcherem. Poza tym, to moja sprawa! Irwin jest moim przyjacielem, a przyjaciół nie zostawia się w potrzebie.
- A ja twoją siostrą! - krzyknęła - Rodziną, Calum! Rodziną!
- Rodzina powinna rozumieć.
- I trzymać się razem. - Mali nie dawała za wygraną.
- Daj spokój, Mali. 
Hood machnął ręką na swoją siostrę i powrócił do pakowania. Sądził, że akurat ona zrozumie jego decyzję, bo sama uratowała swoją przyjaciółkę przed agresywnym chłopakiem. Winę za rozbicie wazonu na jego głowie w obronie własnej wzięła na siebie, żeby uratować Liz przed karą, gdyż miała już bójkę na koncie. Zachowała się odważnie i lojalnie, więc dlaczego Calumowi nie chciała pozwolić na zrobienie czegoś podobnego?
- Powiem rodzicom - zagroziła, próbując powstrzymać swojego brata.
- Śmiało - parsknął - Ich oburzenie czy brak zgody nie zmieni mojej decyzji.
Nastała cisza. Mali szukała w głowie innego pomysłu, który pomógłby jej zatrzymać Caluma, ale nic nie przychodziło do jej umysłu. Nie potrafiła pogodzić się z myślą, że Calum wybiera przyjaciela zamiast swojej rodziny.  Nie mogła zrozumieć, dlaczego to robi, ale on miał swoje powody. Ashton nie raz rezygnował z rodziny, aby pomóc swojemu kumplowi w potrzebie, bo ten także wpadał w niezłe tarapaty. Gdy przyjechał dla niego do Melbourne, żeby oddać pieniądze dillerowi za narkotyki, które skradziono Calumowi, ten nie mógł wyjść z podziwu. Ashton przyjął kilka ciosów na siebie. Wyszedł ze złamaną ręką, stracił w pewnym stopniu swoją godność, ale uratował przyjaciela przed śmiercią, czego Calum nigdy nie zapomniał. Uważał, że nastał moment, aby odwdzięczyć się Irwinowi za wszelką pomoc.  
- W takim układzie, nigdy więcej mnie nie zobaczysz.. - rzuciła Mali, uznając, że jest to jej jedyna deska ratunku.
Calum zaśmiał się, kręcąc głową z niedowierzaniem, jaka to Mali jest głupiutka mimo swojego wieku. Była starsza o dwa lata, ale przywiązana do swojego brata niczym malutka dziewczynka czująca potrzebę posiadania wsparcia rodzeństwa. Calum natomiast kochał siostrę, aczkolwiek działał na własną rękę, bo nie chciał wplątywać rodziny w tak skomplikowane sprawy, jaką była sprawa Ashtona i zabójstwa jego ojca. Wolał rozwiązać zagadkę z przyjaciółmi, nie narażając najbliższych na niebezpieczeństwo. Mali niestety nic z tego nie rozumiała. 
- Idź już spać, pleciesz bzdury - poradził jej, nie wierząc w jej groźby. 
- Jeszcze się przekonamy.
Burknęła, a później wyszła z pokoju swojego brata, pozwalając mu kontynuować poprzednią czynność. 
- To były jej ostatnie słowa... - powiedział cicho Calum, obracając palcami bransoletkę z imieniem siostry - Nigdy więcej jej nie zobaczyłem...
Siedziałam w zdumieniu, przyglądając się ciemnowłosemu. Miałam masę pytań, ale nie wiedziałam czy powinnam je zadawać, widząc stan Caluma. Jego twarz wydawała się być zmęczona, a oczy smutne, przepełnione żalem i wyrzutami sumienia, bo gdyby nie jego zawziętość i brak wiary w słowa siostry, może wszystko potoczyłoby się inaczej. Tymczasem on uznał, że Mali rzuciła słowa na wiatr, a ona nie żartowała. Zagroziła bratu, a że nie posłuchał.. musiał ponieść tego konsekwencje. 
- Zostawiła nas dzień później - kontynuował - Planowaliśmy ucieczkę z chłopakami po trzech dniach od procesu, jeżeli Ashton miałby zostać uniewinniony. Mali zniknęła dzień po naszej rozmowie. Brakowało jej rzeczy, pieniędzy również. Rodzice przeszli przez załamanie. Nie chciałem uciec, chociaż musiałem. Powiedziałem, że jadę do Europy, na studia. Sprzeciwiali się, ale nic nie podejrzewali, bo kiedyś napomknąłem, że jeżeli miałbym studiować to właśnie tam. 
- A więc odwiedzasz ich?
- Dzwoniłem.
- Przestałeś? - dopytywałam.
Calum przytaknął. 
- Wątpię, że nie domyślili się, że to ja jestem pomocnikiem wielkiego Cienia.
- Nawet jeśli, to wciąż twoi rodzice, którzy kochają cię i chcą utrzymywać z tobą kontakt - próbowałam przekonać Caluma - Warto z nimi porozmawiać. Stracili już jedno dziecko, na pewno nie chcą stracić drugiego.
- Stracili je przeze mnie.
- Nie, Calum - zaprotestowałam - Mali podjęła decyzję, nie ty. I wiem, że ciężko ci z tym żyć, bo nie jesteś w stanie zatrzymać wyrzutów sumienia, ale one powinny zniknąć, bo nic złego nie zrobiłeś. 
- Szkoda, że ja nie potrafię myśleć o tym w taki sposób... - szepnął.
Rozumiałam już wszystko i było mi przykro, gdy oceniałam Caluma jako wrednego i podłego człowieka bez uczuć. On miał uczucia, ale skrywał je, bo kiedy tylko otworzył się na ludzi, do jego drzwi pukało rozczarowanie. Zaufanie, jakim obdarowywał kogokolwiek zostawało wystawiane na próbę. To smutne, ale prawdziwe. Nie sądziłam, że musiało go spotkać tyle przykrości. Jego siostra zniknęła, być może nie żyje, a on nie ma kontaktu z rodzicami, bo uważa się za winnego. Dlatego nie dopuszczał mnie do siebie.
Wraz z Calumem ruszyliśmy w kierunku głównej ulicy, wolnym krokiem zwiedzając okolice Sydney. Po raz pierwszy czułam się swobodnie rozmawiając z Hoodem, który również nie wydawał się spięty. Właściwie uważałam, że chłopak otworzył się na mnie i mówił to, co leżało na jego sercu. 
- Dowiadując się o fałszywej śmierci Ashtona coś we mnie pękło - wyznał, po spuszczeniu głowy - Ufałem mu i sądziłem, że on ufa także mi, a tymczasem wziął Luke'a i kazał mu milczeć. To było dla mnie bolesne, zwłaszcza że tyle poświęciliśmy dla siebie nawzajem. 
- I wszyscy siedzieliście w tym razem.. - dodałam. 
Calum skinął głową.
Zatrzymałam się, a ciemnowłosy po chwili zrobił to samo. Na samą myśl, ile przykrości spotkało mnie oraz Caluma, łzy pojawiły się w moich oczach. Zdołałam jedynie powiedzieć, że jest mi przykro. Hood objął mnie ramieniem, a potem przytulił. Niesamowite, jak osoba po tylu przejściach potrafi dać jeszcze mnóstwo ciepła i czasem uśmiechnąć się szczerze. Przechodził przez piekło, zarówno teraz jak i wcześniej. Ból był nie do zniesienia, a jednak radził sobie z nim. Podziwiałam go, naprawdę.
- Ashtonowi zależy na tobie.. - jego głos obił się o moje ucho, a oczy rozszerzyły się, gdy dotarło do mnie co przed chwilą przekazał. Pozwoliłam mu mówić dalej. - Byłem zły, kiedy wygarnąłem ci, że jesteś głupia i nic nie warta. Odsuwałem cię od siebie, bo przypominasz Mali. Ona była taka porywcza, naiwna, ale zdeterminowana, a także silna, jak ty. Bałem się, że ty też kiedyś znikniesz, albo Ashton...
- Mnie zniszczy? - spytałam.
- On nie niszczy ludzi, ludzie zniszczyli jego - odpowiedział Calum, gdy odsunął się ode mnie - Popełnia błędy, chwyta się ostatnich desek ratunku i na swój sposób próbuje chronić bliskich, bo myśli że krzywdzi nas będąc w pobliżu. 
Zauważyłam, że Calum miał rację. Ashton znikał, trzymał się z daleka zawsze, gdy coś się działo, żeby nie narazić nikogo na niebezpieczeństwo. To jego ścigali, nie nas, a więc stał na uboczu, działając po kryjomu. Nie zwróciłam na to uwagi wcześniej. Nie mogłam stwierdzić, że postępował słusznie, jednak przypomniały mi się słowa Michaela - nie patrząc na działania, widzimy intencje, a intencje Ashtona są dobre. Są szlachetne i piękne. 
Gdy już miałam zapytać Caluma, co zamierza zrobić tuż po naszym spacerze, dźwięk mojego telefonu przerwał ciszę na ulicy. Szybko odnalazłam komórkę i zerkając na wyświetlacz, spostrzegłam numer Luke'a. Odebrałam połączenie.
- Gdzie jesteś?! - wrzasnął do słuchawki blondyn.
- W parku, z Calumem - spojrzałam na Hooda, który nie okazał swojej złości, gdy wypowiedziałam jego imię. 
- Zaraz tam będę - oświadczył Hemmings poważnym tonem.
- Co się stało? - zapytałam. 
Po chwili telefon wysunął się z mojej dłoni. Niewielki sprzęt upadł na ziemię, rozbijając się na części. Byłam pewna, że w przeciągu sekundy zbladłam. Nabrałam powietrza do ust, po czym zatrzymałam je w płucach. Bicie mojego serca przyśpieszyło. Wiadomość od Luke'a spowodowała, że ledwo utrzymywałam się na nogach. Calum na widok mojego zachowania, objął mnie w pasie ratując przed upadkiem.
- Caitlin?! - wykrzyczał w przerażeniu moje imię.
- Logan... - wyszeptałam.
- Jest tutaj?! - spytał, ale pokręciłam głową - Więc co z nim?
- Nie żyje...


______________
Przepraszam za liczne powtórzenia etc, ale pisałam dziś bardzo bardzo na szybciutko. :( 


W przeciągu kilku miesięcy (2-3) "Cień" zostanie wydany w postaci e-booka, natomiast w wydaniu książkowym pojawi się nieco później, na przełomie sierpnia lub września.
Gratulować możecie tylko sobie, bo dzięki Wam Cień pojawi się w postaci książkowej. Jestem w trakcie kończenia tekstu. Możecie być z siebie dumni. 

piątek, 3 kwietnia 2015

Rozdział 28


Jadąc autobusem, myślami byłam wciąż przy wydarzeniu sprzed kilku godzin. Michael pomagał mi otrząsnąć się, a także sugerował, aby wziąć dzień wolny w pracy. Nie wiedział jednak, że dzisiaj nie miałam zmiany. Okłamałam go tak jak Ashtona, ponieważ w innym przypadku nie zostawiliby mnie samej. Pozwoliłam odwieźć się pod biuro, weszłam do budynku, ale tuż po odjeździe Clifforda wróciłam i pognałam prosto na przystanek. Miałam swój plan, który musiałam wpleść w życie, a brzmiał on następująco - stanąć twarzą w twarz z Willem lub Jackiem, jakkolwiek ten człowiek się nazywał. 
Mogłam uciekać, jak to miałam w zwyczaju albo zmierzyć się z tym oszustem. Zbyt wiele spraw załatwiał za mnie Ashton. Tym razem chciałam zająć się czymś sama. Rozmówić się z nim raz na zawsze, poznać prawdę i żyć z nią dalej. 
Kiedy mężczyzna z baru powiedział o fałszywej tożsamości mojego byłego chłopaka, coś we mnie trafiło. Jakaś lampka rozbłysła w mojej głowie, a napis WINNY zaświecił się na czerwono. Skoro Theresa podejrzewała, że Will może mieć coś wspólnego z zaginięciem Cassie, mogła mieć rację. Towarzyszyła jej intuicja, która nie bez powodu nasunęła to pytanie. Zabolał mnie fakt, że nigdy sama go nie zadałam, bo nie widziałam w Willu kłamcy, a przeciwnie - patrzyłam na lojalnego i honorowego policjanta. 
Stałam przed budynkiem, w którym mieszkał funkcjonariusz długo zastanawiając się, w jak wielkie bagno mogę się wpakować. 
Ale nie bałam się. Spotkałam się z bólem, żalem i strachem nie raz, ale podczas tego momentu nie odczuwałam go nawet wtedy, gdy postawiłam pierwszy krok w stronę wejścia do starej, szarej budowli nadającej się już do remontu. Skupionym wzrokiem patrzyłam prosto na drzwi, do których się zbliżałam. Złapałam za klamkę, pociągnęłam dłoń w dół, a później znalazłam się wewnątrz budynku. Wcisnęłam guzik i czekałam na przyjazd windy, do której potem wsiadłam. Każdą czynność zdawałam się wykonywać tak naturalnie, jakbym za chwilę miała wpaść do jego mieszkania na filiżankę herbaty, a także rozmowę o błahostkach. Tymczasem w przeciągu kilku minut miałam rozpętać burzę, po której mogło przyjść słońce lub więcej deszczu.  Kiedyś pewnie wycofałabym się, ale wiele rzeczy uległo zmianie odkąd Ashton zniknął. Zaczęłam inaczej patrzyć na życie, a  ludzi traktowałam z dystansem, dzięki czemu nie uderzyły we mnie oszustwa Willa. Nigdy nie był mi tak bliski, jak Ashton. Okłamywałam samą siebie przez dłuższy czas. Kamuflowałam uczucie do Irwina, gdyż nie sądziłam, że może ono mieć taką siłę. 
Zapukałam, a on po jedenastu sekundach otworzył drzwi mając zaskoczenie wymalowane na twarzy. Cichutko westchnęłam, przeciskając się obok niego bez słowa. Nie licząc na zaproszenie, wkroczyłam do jego mieszkania, a następnie do salonu, gdzie usiadłam na kanapie. Płaskie dłonie złączyłam ze sobą, po czym przytknęłam je do ust. Łokcie oparłam na kolanach. Siedziałam i gapiłam się w telewizor, dopóki Will nie przyszedł do mnie. Kiedy to zrobił, zajął miejsce naprzeciwko. Splótł ręce, podtrzymując je na klatce piersiowej. Mierzyliśmy się wzrokiem krótką chwilę, aż zdecydowałam się rozpocząć rozmowę, dla której postanowiłam się tutaj pojawić.
- Interesuje mnie  Cassie - rzuciłam zwyczajnym tonem - Chciałabym dowiedzieć się, gdzie ją znajdę.
Konsternacja na jego twarzy dała mi do zrozumienia, że słowa które usłyszał, nie były tymi, o których myślał. Zapewne liczył na wyjaśnienie naszych relacji bądź przeprosiny z mojej strony, bo przecież nie miał zielonego pojęcia o tym, że znałam jego prawdziwą tożsamość.
- Czy ty właśnie prosisz mnie o pomoc? Po wszystkim, czego doświa...
- Nie - odparłam szybko nie dając mu skończyć - Pytam, gdzie ona jest.
Blondyn wstał, najwyraźniej oburzony moim zachowaniem.
- Jakim sposobem mam ją znaleźć?! - wydarł się.
- Może wcale nie musisz - wzruszyłam ramionami, a uśmiech zagościł na mojej twarzy - Nie wspomniałam o tym, iż zaginęła - zauważyłam.
Zamilkł, gapiąc się na mnie niczym na obraz warty kilkanaście milionów. Zaskoczyła go moja przebiegłość. Fakt, że byłam o krok do przodu zmusił go do hamowania się w swoich odpowiedziach i dłuższego myślenia nad ich formułowaniem. 
Od razu zabrał się za tłumaczenie.
- Musiałem o tym usłyszeć.. 
- Po prostu o tym wiedziałeś - rzuciłam kręcąc głową ze znudzenia - Nie oszukasz mnie znowu, Jack.
Zastygł, gdy z moich ust padło jego prawdziwe imię. Jego mięśnie napięły się, a dłonie zacisnął w pięści. Wzrok chłopaka bezbronnego i przepełnionego litością zmienił się w ciężki i pogardliwy. Taki, jakiego jeszcze nigdy nie widziałam na jego twarzy, bo dopiero pokazał tą prawdziwą. 
Milczeliśmy oboje, wpatrując się w siebie. Czekałam, aż Jack zacznie się tłumaczyć, albo mieszać swoje zeznania, jednak on patrzył na mnie i nawet nie spróbował otworzyć ust. Gniew przepływał przez jego żyły. Sądził, że pociągnie swoje kłamstwo dłużej, a tymczasem zaskoczyłam go odkrywając prawdę. W dodatku mówiłam o niej ze spokojem, co zapewne potęgowało jego złość, bo tylko pokazałam, że przedstawienie, które odstawił nie zrobiło na mnie wrażenia. Przyzwyczaiłam się do oszustw. Nie zamierzałam wrzeszczeć, ani rzucać w niego obelgami tylko po to, aby było mi lepiej, bo wcale nie czułam się źle. Wręcz przeciwnie, czułam satysfakcję, gdyż po raz pierwszy moje podejrzenia okazały się prawdziwe. Nigdy nie ufałam mu w stu procentach.
- Posłuchaj... - jego głos wydawał się opanowany, ale zauważając jak zaciska zęby, żeby przypadkiem nie unieść tonu, wiedziałam, że znów odstawia szopkę. Prychnęłam, po czym wstałam z miejsca i pokierowałam się w stronę drzwi, które następnie otworzyłam. Na do widzenia odwróciłam się, a potem powtórzyłam, czego od niego oczekuję.
- Do jutra chcę zobaczyć adres miejsca, w którym znajdę moją przyjaciółkę.
Już miałam wychodzić, kiedy złapał mnie za nadgarstek. Jack przyciągnął mnie do siebie, a później popchnął na ścianę. Starałam się wyrwać, ale zacisnął dłonie na moich rękach i przyparł je do ściany, czym unieruchomił górną część mojego ciała. Abym nie mogła uderzyć go nogą, przycisnął swoje ciało do mojego. Nasze twarze dzieliły centymetry. Patrzył na mnie wrogo, z szyderczym uśmiechem, bo nareszcie miał nade mną przewagę. Ciężko oddychał, tak samo jak ja, ponieważ dopiero w tym momencie dopadł mnie strach. Byłam w potrzasku i mogłam liczyć jedynie na cud. 
- Nie lubię, gdy ktoś wtrąca nos w nie swoje sprawy, wiesz? - syknął, przyglądając mi się. Czerpał przyjemność widząc przerażenie w moich oczach, śmiał się. - Pchasz się w wielkie bagno, Caitlin - szepnął do mojego ucha - Mimo że od dawna twoja sytuacja jest bardzo słaba..
- Twoja w tej chwili jest gorsza.
Jack puścił mnie, a sam uderzył o ścianę obok, gdy ktoś niespodziewanie go popchnął. Brytyjczyk padł na ziemię. Odwróciłam twarz w kierunku mojego wybawcy. Nie kryłam zaskoczenia, spoglądając na nikogo innego, jak Caluma. Nie sądziłam, że to właśnie on przyszedł mi na ratunek. W końcu nie widziałam go kilka dni. Byłam przekonana, iż zostawił swoich przyjaciół i wybrał wolność, a także samotność. Pomimo urlopu, ucieszył mnie jego powrót, zwłaszcza w tej chwili grozy.
Jack wstał, a na jego twarzy gościł radosny, psychopatyczny uśmiech.
Zacisnął pięść, wypuścił cios w głowę i chybił, bo Calum zrobił unik. Natychmiast chwycił go za przegub, wscunął przedramię pod łokieć i zgiął mu rękę w stawie. Nie mając wyboru, chłopak upadł na kolana, co było fatalnym ruchem, gdyż Hood nie czekał ani chwili dłużej, aby uderzyć nogą prosto w jego twarz. Coś chlasnęło, ale długo nie zastanawiałam się skąd dobiegł ten dźwięk. Spoglądając na Willa, a raczej Jacka, dostrzegłam zakrwawiony nos, który prawdopodobnie został złamany. Calum położył swoje dłonie na koszulce chłopaka, po czym zgniótł ją i pociągnął ledwo przytomnego blondyna w górę. Byłam w szoku widząc, z jaką siłą Cal popchnął brytyjczyka na ścianę. Nie miałam wątpliwości, że dokumenty dotyczące ukończenia szkoły policyjnej przez Willa Heathrowa zostały sfałszowane, ale sądziłam że mimo wszystko trenował, w końcu był bandziorem. Tymczasem niższy od niego o jakieś dziesięć centymetrów Calum, nawet się nie zmęczył, zbijając go na kwaśne jabłko. Niemniej jednak miałam dość tego widoku i zdecydowałam się przerwać krwawą jadkę, zanim Calum zabiłby człowieka na moich oczach. 
- Calum.. - mruknęłam, dotykając jego ramienia - Wystarczy - powiedziałam błagalnie i o dziwo moje słowa dotarły do ciemnowłosego, bo cofnął się o kilka kroków.
- Przy następnej okazji zabiję cię, więc módl się, żeby więcej takiej nie było, śmieciu - warknął Hood lustrując chłopaka pełnym grozy spojrzeniem, które wywołało dreszcze na mojej skórze. - Gdzie jest dziewczyna. - nawet nie zapytał. Jego słowa miały bardziej formę rozkazu niż pytania czy prośby.
- Nie wiem! - wydarł się Jack, a potem splunął śliną pomieszaną z krwią na podłogę. Otarł swoje usta wierzchem dłoni i spojrzał na nas miną smutnego psa - Nic jej nie zrobiłem, nie po to tu przyjechałem!
- A więc po co?! - wrzasnął Calum, ruszając ponownie na brytyjczyka, ale zatrzymałam go szarpnięciem za rękę.
- Szef dał mi zadanie - odpowiedział grzecznie - Miałem być kretem.
Ciało Caluma było rozgrzane, gotowe do kolejnego pojedynku. Zdenerwowanie w jego ciele wzrastało z minuty na minutę. Zdawkowe odpowiedzi Jacka nie zadowalały go. Chciał wyciągnąć z niego jak najwięcej, ale nie mógł, co tylko dawało mu w kość. Mogłam zgadywać, co w tej chwili chodziło po jego myślach, jakie sposoby tortur proponował w swojej głowie dla Jacka. 
- Kto. Jest. Twoim. Szefem. - zaakcentował każdy wyraz powoli i wyraźnie, żeby funkcjonariusz zdał sobie sprawę ze swojej klęski, która zbliżała się wielkimi krokami. 
- Ktoś dobrze ci znany - odparł, a wtedy Calum nie wytrzymał i cisnął w jego twarz pięścią. Jack uderzył głową o ścianę, po czym stracił przytomność. 
Wybłagałam Caluma o wyjście z domu chłopaka i zostawienie go w spokoju. Nie potrafiłam patrzeć na agresję, która kierowała przyjacielem Ashtona. Wystarczająco wielu bójek naoglądałam się zarówno w telewizji jak i na żywo. Nie zdołałabym obserwować katuszy, jakie Calum zaserwowałby Jackowi. 
Ciemnowłosy chwycił moją rękę, a następnie pociągnął za sobą w stronę drzwi wyjściowych. Szedł szybko, nie zdołałam dotrzymać mu kroku, ciągnął mnie za sobą. Nie wyrażał chęci rozmowy. Burkał coś pod nosem, trochę przekleństw wyleciało z jego ust, ale nie zwracał się do mnie przez całe pięć minut podróży do samochodu. Sama próbowałam zachęcić go do dyskusji. 
- Jak mnie znalazłeś? - spytałam.
- Nie szukałem - odparł, a ton jego głosu przyprawił mnie o dreszcie.
Wywnioskowałam, że Calum podjął decyzję działania na własną rękę. Nie przyszedł mi z pomocą, a jedynie natrafił na mnie i postanowił interweniować. Zamierzał sam wpaść na małą pogawędkę do Jacka. Dzięki Bogu, znalazłam się pomiędzy nimi. Gdybym była nieobecna, Hood prawdopodobnie zabiłby człowieka, który w świetle prawa jest policjantem, bo nikt nie mógłby go powstrzymać. Całe szczęście, że ta sytuacja skończyła się inaczej. 
Gdy opuściliśmy budynek, Calum puścił moją dłoń i szybko pokierował się do auta, zostawiając mnie w tyle. Nie musiał zbyt wiele mówić, jego zachowanie dawało mi do zrozumienia, że nie mamy sobie nic do wyjaśnienia. Ja jednak miałam odmienną opinię. Czułam, że muszę go powstrzymać przed głupstwem, czyli odcięciem się od grupy. Razem mieliśmy szansę przebrnąć przez ten chaos, ale osobno.. szanse były nikłe.
- Calum, zaczekaj! - krzyczałam, ale Calum nie zwalniał - Hood! - wrzasnęłam.
- Nie ma za co, Caitlin - odkrzyknął wesoły, nie zatrzymując się. Szedł dalej, a ja zaczęłam go gonić.
- Calum, przestań!
Ciemnowłosy przystanął, a potem odwrócił głowę. Światło dochodzące z latarni padało na jego twarz, a wtedy zobaczyłam jak patrzy na mnie pytająco. 
- Przestań, co?  
Zatrzymałam się, kiedy byłam wystarczająco blisko, żeby dokładnie go widzieć. Popatrzyłam na niego pełna litości. Wzruszyłam ramionami.
- Przestań trzymać mnie na dystans - odparłam - Nie zostawię cię, nie tak jak Ashton... czy Mali.
Od początku wiedziałam, że postawa Caluma nie została wyrobiona tylko i wyłącznie dzięki Ashtonowi. To byłby dla Irwina zbyt wielki zaszczyt - zniszczenie człowieka do szpiku kości, zabicie jego uczuć w osiemdziesięciu procentach. Za to wszystko odpowiadało życie, pewne sytuacje, które ukształtowały ciężki charakter jego przyjaciela. 
Wypowiedziane przeze mnie zdanie było dużym błędem biorąc pod uwagę złość dominującą w ciele Caluma. Wspomnienie o Mali jeszcze bardziej go rozwścieczyło, co zobaczyłam w jego oczach. Nagle cała jasność znikła, a zastąpił ją mrok. Calum szybkim krokiem wrócił do mnie. Zacisnął dłonie na moich ramionach, dając mi wyraźnie do zrozumienia, że wybrałam zły moment na rozmowę, a właściwie.. nigdy nie powinnam poruszać tego tematu.
- Nie waż się więcej wypowiadać jej imienia - zagroził, szarpiąc moim ciałem. Zostawił po swoim uścisku czerwone znamiona, które w niedalekiej przyszłości miał zmienić się w siniaki. Być może byłam szalona, jednak brnęłam w zaparte, chcąc raz na zawsze wyprostować naszą relację.
- Bo co? - zapytałam - Nic mi nie zrobisz Calum, nie mógłbyś.
- Gówno o mnie wiesz!
- Masz rację - odparłam ze spokojem, rozkładając ręce w geście poddania się - Ale chcę się dowiedzieć. Chcę cię wysłuchać i chcę zrozumieć twój ból i wiem, że ty też tego chcesz, więc nie odpychaj mnie. Im dłużej tłumisz w sobie cierpienie, tym gorzej. W końcu wybuchniesz z większą siłą i nie będziesz w stanie nad tym zapanować. Dojdzie do tragedii.
- Nie jestem Ashtonem, który w furii ma ochotę zatłuc każdego - prychnął.
- Nie miałam na myśli tego, że zrobisz komuś krzywdę.
- Tylko, że zrobię ją sobie.. - dokończył, wyjmując słowa prosto z moich ust. Zaśmiał się i spojrzał w ziemię, a po chwili przemówił. - Bawisz się w pieprzonego psychologa? Jeżeli tak, to radziłbym ci poszukać innego pacjenta.
Ból, jaki ujrzałam w jego oczach odczułam na sobie. Trafiłam w samo sedno. Domyślałam się, że podczas odcięcia się od grupy, włóczył się po ulicach, szukając rozwiązania. Nie wiedział co ze sobą zrobić, dlatego że wszystkim co miał był Ashton, Luke i Michael. Reszta mostów została popalona. 
Ale Calum unosił się dumą i honorem. Nie potrafił wybaczyć zdrady, ani oszustwa. Zrozumienie przychodziło mu z trudem, zupełnie jak mi. Z tego powodu chciałam dotrzeć do niego, bo byłam w podobnej sytuacji i wiedziałam, że jest szansa na uratowanie go przed zachowaniem swojej maski na zawsze. 
- Dlaczego zachowujesz się w ten sposób?!
- Bo taki jestem, Caitlin! - wrzasnął - Takim jestem człowiekiem!
- Nie.. - pokręciłam głową, pewna swoich przekonań - Udajesz twardego gościa, którego nie wzrusza ludzkie cierpienie, bo ludzie skrzywdzili cię do takiego stopnia, że boisz się okazywać uczucia czy targające tobą emocje.
- Powiedziałem ci już - syknął, szarpiąc mną - Nie jestem twoim pacjentem!
- To nie jest sesja psychologiczna, a prawda! - krzyknęłam - Czemu nie otworzysz się i nie porozmawiasz ze mną!
- Bo mam dość ludzi, którzy przez moment przy mnie będą, a potem uciekają! - odpowiedział krzykiem - Mam dość ufania złym osobom! Rozumiesz?!
Przystanęłam patrząc na niego z politowaniem.
- Nie każdy człowiek jest taki sam.
- Przejdź moją ścieżką życiową, a wtedy powiedz czy nadal wierzysz w swoje słowa.
Ostatnie struny pękły, bo jego głos zmiękł, a zdanie wypowiedział z większym spokojem, a mogłabym rzec, że usłyszałam jego niewypowiedzianą prośbę o pomoc. 
- Więc zapraszam na spacer.
Wyciągnęłam dłoń w kierunku chłopaka. Spojrzał na mnie, a później na moją rękę z niechęcią i brakiem zdecydowania. Dopiero po minucie podjął decyzję i uścisnął moją dłoń, udając się ze mną w stronę parku. 


_____________________________________________________

Dobry wieczór!
Rozdział krótki i po długim czasie, a ponadto słaby, ale obiecałam się wytłumaczyć, więc teraz przyszedł na to czas. 
Nie mogę za wiele powiedzieć. Jak niektórzy z Was zdążyli zauważyć na twitterze, bądź fejsbukowym fanpejdżu, dodałam posta, gdzie informuję, iż pod koniec kwietnia dostaniecie wiadomość odnośnie książki "Cień". To tyle, co w tej chwili mogę Wam oznajmić. Chciałabym, żebyście na nic się nie zapalali. Dopóki nic nie jest dopięte na ostatni guzik, możemy sobie gdybać. 
Z tego powodu właśnie wszystko idzie z opóźnieniem. Cały czas nowa wersja Cienia jest edytowana, próbuję to nadgonić, ale mam jeszcze pierdyliard innych spraw i staram się naprawdę aktualizować chociaż Pułapkę na czas, bo nie chcę wspominać o moich nowych opowiadaniach, które stoją w miejscu. (Największe przeprosiny dla czytelników "Psycho", bo tam rozdziały przestały się pojawiać) W święta zamierzam wziąć się konkretnie do roboty. Nie chcę Was zostawiać w tyle, zawodzić, ani nic z tych rzeczy. Choćbym miała paść czy stanąć na głowie, postaram się więcej nie mieć takich opóźnień. Pinky promise!

ps. Pułapka będzie miała 35-36 rozdziałów + Epilog.

Chciałabym Wam życzyć Wesołych Świąt, spędzonych spokojnie i w gronie rodzinnym. No, może poza Śmingusem Dyngusem, który obowiązkowo musi być spędzony szalenie, chociaż pogoda nie dopisuje.. ale może w ten jeden dzień będzie ciepło, kto wie? W każdym bądź razie liczę na to, że każdy z Was odpocznie w te święta i będzie się dobrze czuł. Ja zamierzam skupić się na pracy przy Cieniu, jedzeniu i... jedzeniu.

Pozdrawiam Was cieplutko!

ps2. Zauważyliście, że niedługo 2 miliony wyświetleń na blogu? Istne szaleństwo!