środa, 25 lutego 2015

Rozdział 25

!FILL ME IN - WATTPAD | BLOG - ZAPRASZAM!


muzyka: klik
Jak bardzo musiałam być nienormalna, skoro czekałam w samochodzie naprzeciwko komisariatu na wyjście Willa, aby go śledzić? Czy w ogóle robiłam coś legalnego? Wątpię. Do dyplomowanego detektywa było mi naprawdę daleko. Właściwie nie powinnam się tak tym przejmować. Moja karta w wydziale zapewne nie należy do czystych, więc jeśli dodadzą mi kolejny występek… niczego to nie zmieni. Poza tym, działałam w dobrej wierze. Tępiłam kłamstwo, dążyłam do prawdy. Jeżeli robiłam coś złego, to niech mnie diabli poniosą! Miałam dość bycia wiecznie skrzywdzoną dziewczynką, musiałam wziąć sprawy w swoje ręce, nawet jeżeli miałabym za moje działania pójść do więzienia, co było niemożliwe. W moich dokumentach na pewno znajdowało się nazwisko Ashtona – poszukiwanego listem gończym przestępcy, a za niego nie groziło mi zupełnie nic, więc mogłam myśleć pozytywnie.
Przestraszyłam się, gdy ktoś otworzył drzwi mojego samochodu.  Theresa zajęła miejsce pasażera. Wyjęła ze swojej teczki kilka papierów. Od razu zabrała się za ich analizę, podczas gdy ja skoncentrowałam się na frontowych drzwiach komisariatu. Zachowanie Willa już od dawna wydawało się niepokojące, ale minęło sporo czasu i przestało mnie to interesować, dopóki nie odkryłyśmy, że może być zamieszany w porwanie Cassie. Nie dbałam o to, kim dokładnie jest. Kłamstwa zniszczyły naszą relację, co uświadomiłam sobie dzień wcześniej zanim wpadłam na pomysł wieczornego śledztwa. Dzięki informacji Theresy, wyrzuty sumienia przestały mnie dręczyć. Wręcz przeciwnie, determinacja zastąpiła poczucie winy. Nie mogłam doczekać się zdemaskowania tego łajdaka, który oszukiwał mnie dzień w dzień.  
- Jest tutaj parę luk w życiorysie – mówiła Theresa, oglądając dokumenty dotyczące Willa – Dziwne, byłam przekonana, że pracodawcy dbają o takie rzeczy, dlatego moja biografia zawiera wszystko.
- Nawet to, że jadłaś dziś pączka na drugie śniadanie? – spytałam rozbawiona jej oburzeniem.
- Zastanawiałam się nad wpisaniem mojego harmonogramu dnia, jeśli o to właśnie ci chodzi – odpowiedziała.
- Włącznie z załatwianiem potrzeb fizycznych? – drążyłam temat wydający się co najmniej śmieszny w okolicznościach, w których właśnie byłyśmy.
- Jeśli byłoby to wymagane.
- Jesteś dziwna, Theresa!
- Mówi to laska, która umawiała się z gangsterem, a teraz zabawia się w detektywa – prychnęła, uśmiechając się.
- Więc czemu mi pomagasz?
- Cóż, powiedzmy, że lubię adrenalinę, której pracownicy komisariatu mi nie dostarczają - wytłumaczyła blondynka - Powinien wyjść za dokładnie piętnaście minut. Obserwuj teren, a ja skoczę po fajki.
Theresa otworzyła drzwi ciemnego BMW, które pozwoliła mi poprowadzić. Wyjaśniła, że dostała auto od swojego szefa. Obiecała korzystać z samochodu w sytuacjach bez wyjścia, ale  nie do końca stosowała się do swej przysięgi. Stwierdziła, że wiele sytuacji można uznać za awaryjne, więc musi mieć auto pod ręką. Dlatego jeździła nim dosłownie wszędzie.
- Palisz? - zapytałam zaskoczona.
- Każdy funkcjonariusz pali! Musimy grać twardzieli, wiesz jak to jest. - zaśmiała się. Po chwili już jej nie było.
Oparłam się o fotel, po czym przymknęłam powieki. Westchnęłam głęboko, chcąc odejść do krainy snu. Nie pamiętam, kiedy dokładnie spałam spokojnie, a w dodatku nad ranem obudziłam się całkiem wyspana. Zjadały mnie nerwy, które nie pozwalały mi na odpoczynek.
Odkręciłam głowę w kierunku komisariatu i leniwie spoglądałam na wejście, które nadal wyglądało tak samo. Drzwi się nie otwarły, nikt nie wyszedł, żadnego funkcjonariusza palącego papierosa w ramach przerwy. Cisza, spokój, ani jednej żywej duszy oprócz mnie.
Ale nareszcie ktoś się zjawił, chociaż nie tej osoby oczekiwałam. Drgnęłam, gdy ktoś pociągnął za klamkę w drzwiach auta. W przeciągu kilku sekund na miejscu pasażera, gdzie przedtem siedziała Theresa, rozłożył się Ashton. Uśmiechnięty od ucha do ucha, usadowił się wygodnie na fotelu. W ręku trzymał paczkę czipsów. Rozkoszował się przekąską, oglądając miejsce, w które wcześniej wbijałam swój wzrok. Mlaskał, jak prostak, zachowując się w dodatku jakby był u siebie w domu.
Zacisnęłam dłonie na kierownicy, żeby pohamować swoją złość, co sprawiało mi ogromną trudność. Theresa miała wrócić za chwilę, ale on wcale nie przejmował się tym, że jest policjantką. Nie liczył się z niczym. Powiedziałabym, że nie mogłam uwierzyć, iż jest tak wielkim idiotą, ale zdążyłam się przyzwyczaić. Niestety nadal mnie irytował swoim postępowaniem.
- Szpiegujemy policjancika, no nie ładnie… - zawołał melodyjnie, zerkając na moją czerwoną twarz. Nie znałam powodu nagłej zmiany koloru mojej twarzy, ale były dwie opcje: Ashton mnie onieśmielał lub Ashton mnie wkurzał. Obie mogłam uznać za prawdopodobne.
- Czego. Chcesz. – zaakcentowałam każdy wyraz, mówiąc przez zaciśnięte zęby.
Ashton popatrzył na mnie zdziwiony. Otworzył szerzej oczy, a także usta. Na jego języku wciąż znajdowały się resztki czipsów. Ohyda. Powstrzymał się od jedzenia. Opuścił paczkę, otrzepał o spodnie brudną dłoń i jeszcze raz zerknął na mnie niepewnie. Czekałam, aż nareszcie wydobędzie ze swojego gardła jakieś słowo, które pozwoli mi rozszyfrować jego akt zaskoczenia, bo kompletnie nie miałam pojęcia, o co mu chodzi.
- To… to… - zająknął się – To nie jest randka?! – zapytał, a jego twarz posmutniała – Szlag, a ja załatwiłem nam obiad… - mruknął, ale potem znowu się uśmiechnął i podniósł paczkę z czipsami, kierując ją w moją stronę – Chcesz? Mało romantyczne, ale zawsze coś.
- Dość tych twoich gierek! - wrzasnęłam, uderzając dłonią o paczkę. Przekąska spadła na podłogę, a zawartość rozsypała się po całym miejscu pasażera. - Masz pięć sekund, aby zabrać stąd swój tyłek, albo poznasz mnie od zupełnie innej strony.
Irwin roześmiał się głośno.
- O, skarbie... Luke mówił mi, że brałaś leki uspokajające podczas mojej nieobecności, ale chyba zapomniał wspomnieć o tym, że przestałaś...
- WYNOŚ SIĘ! - krzyknęłam, bo kończyła mi się cierpliwość. Zagotowałam się od wewnątrz.
- Uspokój się - powiedział normalnym tonem - Zachowujesz się, jakbyś mnie nie znała - prychnął - Nie będziesz go śledzić sama. Może być groźny.
- Po pierwsze: Doszłam do wniosku, że nawet w małym stopniu cię nie znam, a po drugie: Nie potrzebuję niańki, jadę z funkcjonariuszką.
- Sięgająca mi do łokcia, świetna ochrona! - ironizował - Pewnie zastosuje dźwignię na dwumetrowym napakowanym gościu, który będzie celował do niej z gnata cięższego niż ona.
Zmierzyłam chłopaka wzrokiem. Napięłam każdy możliwy mięsień, mając nadzieję, że poprzez utrzymywanie z nim kontaktu wzrokowego nie stanę się miękka i łagodna, co miałam w zwyczaju.
- Mówię poważnie – syknęłam - Spróbujcie mnie śledzić, a poślę waszą czwórkę do więzienia.
Ashton podniósł ręce w geście mojej wygranej.
- W porządku - odpuścił - Nie będziemy cię śledzić.
- Naprawdę? - spytałam niedowierzając.
- Nie – rzucił gburowato - Oczywiście że sobie żartuję – wywrócił oczami – Ale za buziaka postaramy się nie wychylać.
- Prędzej dam się obsmarować błotem.
- Jeśli będziesz nago, mogę ci pomóc, bezpłatnie!
- Zniknij z moich oczu.
Burknęłam, praktycznie wypychając blondyna z samochodu. Mało nie upadł, wychodząc na zewnątrz, ale nie było mi go żal. Chciałam, żeby sobie poszedł, bo nie mogłam znieść jego obecności.
Po piętnastu minutach wróciła Theresa. Pytała mnie, czy z kimś rozmawiałam, ponieważ słyszała mój krzyk, ale zaprzeczyłam. Na szczęście dziewczyna z łatwością mi uwierzyła i nie musiałam się tłumaczyć, bo wtedy wpadłabym po uszy. Kłamstwo ma krótkie nogi, a ja się od niego wzbraniam. Czasami tylko naginam prawdę, dla dobra moich bliskich.
Drzwi komisariatu otwarły się, a Will szybkim krokiem udał się w stronę pasażu, zamiast parkingu, gdzie zostawił swoje auto. Rozglądał się co chwilę, jakby nie chciał, aby ktokolwiek go zauważył. W pewnym momencie zarzucił na głowę kaptur, dłonie ukrył w kieszeniach spodni i zgarbiony szedł w najgorsze zaułki dzielnicy. Ze zgaszonymi światłami, podjechałyśmy do ostatniej uliczki, w którą skręcił Brytyjczyk. Nie znajdowało się tam nic poza kontenerami i opuszczonym domkiem. Jedna latarnia migotała, oświetlając co kilka sekund ulicę, którą przysłaniał mrok. Wysiadłyśmy z auta, po czym podeszłyśmy do muru. Wychyliłam się delikatnie, żeby widzieć co dzieje się w ulicy. Z daleka dostrzegłam posturę Willa oraz część jego twarzy, którą oświetlała lampa.
Nagle zjawił się drugi mężczyzna. Wysoki i umięśniony, na jego ramionach spostrzegłam liczne tatuaże. Wyraz twarzy wskazywał na brak jakiegokolwiek nastroju. Wymienił kilka zdań z Willem, a później przekazał mu kopertę. Will natomiast wyjął z kieszeni portfel, wybrał około pięciu banknotów i podarował je nieznajomemu facetowi. Szybko się rozeszli. Will zniknął w ciemnościach, wychodząc drugą stroną ulicy, a mięśniak powędrował do auta.
Wymieniłam spojrzenia z Theresą. Dziewczyna doskonale wiedziała, co chodziło po mojej głowie. Kręciła przecząco głową, ale nie potrafiła mnie przekonać.  Niespodziewanie reflektory ogromnego jeep’a rozświetliły całą uliczkę. Tajemniczy mężczyzna wyjechał na główną uliczkę, kierując się na autostradę. Pociągnęłam blondynkę za sobą, do samochodu. Ruszyłyśmy za nim.
Minęły dwie godziny zanim dotarłyśmy na miejsce do którego zaprowadził nas podejrzany, bo chyba właśnie tak powinnam go określać. Znalazłyśmy się na obrzeżach Sydney. Mogłam nawet powiedzieć, że było to kompletne pustkowie. Otaczały nas lasy oraz pola; nie zauważyłyśmy żadnych domów jednorodzinnych, sklepów spożywczych, a nawet stacji benzynowych. Mieścił się tutaj tylko jeden bar, z którego dochodziły męskie okrzyki, tłukące się szkło i głośna muzyka rockowa. To tam wszedł nasz punkt obserwacji nazwany przez Theresę celem. Sądzę, że to sformułowanie przyszło jej do głowy dzięki policyjnej duszy. Chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o tożsamości tego mężczyzny, więc namówiłam swoją towarzyszkę na wejście. Właściwie, nie mogła odmówić. Miała do wyboru samotność na pustkowiu lub bar. Po dziesięciu minutach udało nam się znaleźć miejsce do zaparkowania, gdyż wszystko pozastawiane było motorami, najwyższej rangi.
Theresa od początku marudziła, że mój pomysł jest beznadziejny i cóż… po wejściu do tego pubu nie mogłam się nie zgodzić. Wewnątrz było pełno facetów. Starych, młodych, atrakcyjnych i nie atrakcyjnych. Panował chaos. Każdy z nich zachowywał się, jakby nie dosłyszał. Przekrzykiwali się wzajemnie. Kieliszkami i kubłami piwa uderzali o drewniane stoły, nie martwiąc się, że mogą coś zepsuć lub stłuc. Kolejki szły za kolejkami. Wlewali w siebie tonę alkoholu. Dochodziła dwudziesta pierwsza, a niektórzy ledwo trzymali się na nogach. Zapewne dla mężczyzn było to siódme niebo, a już zwłaszcza wtedy, kiedy dwie laski stanęły w progu. Wszyscy obecni zamilkli na nasz widok. Dali nam do zrozumienia, że kobiety rzadko tu przebywały, a jeśli już to robiły - wpadały z zapowiedzią.
Theresa pociągnęła rękaw mojej bluzki, przyciągając mnie do siebie.
- Masz broń? – spytała pół szeptem.
Spojrzałam na nią prawie jak na wariatkę.
- Oczywiście, że nie – odparłam – Nie noszę broni.
Theresa skinęła głową. Wzrokiem pośpiesznie szukałam osoby, za którą tutaj przyjechałam, bo nie zamierzałam wychodzić dlatego, że kilku facetów pożerało nas spojrzeniem. W ostatnim momencie, gdy Theresa już zawracała do wyjścia, mój wzrok zatrzymał się na mężczyźnie sączącym piwo prosto z butelki. Siedział po drugiej stronie baru, w kącie. Przecisnęłam się przez grono spoconych i owłosionych typów, podziwiających mnie niczym najlepsze mięso. Theresa nie chcąc zostać w tyle, ruszyła za mną. Nagle zatrzymałam się i odwróciłam się do dziewczyny.
- Czekaj – zarządziłam, zatrzymując ją płaską dłonią – A ty?
- Co ja?
- Broń… - wzrokiem sunęłam po kieszeniach jej spodni.
- Noszę – odpowiedziała dumnie, a później na jej twarzy zagościł grymas – Ale nie mam.
Zaklęłam w myślach. Liczyłam głęboko w duszy na Ashtona. Jeśli jechał za nami, nie zgubił naszego auta, ani nie odpuścił sobie w połowie podróżny, byłyśmy bezpieczne. Ale Ashton nie miał prawa się ujawnić, a co za tym idzie nie wszedłby do baru. W ciągu pięciu sekund ktoś mógł odstrzelić nasze głowy. Okazało się, że jednak pojawił się problem.
Dosiadłyśmy się do naszego celu, a rozmowy reszty klientów wznowiły się, jakby zainteresowanie nami zmalało w momencie wybrania kolegi na dzisiejszą noc.
- Hej – rzuciłam, aczkolwiek nie zwróciłam uwagi mężczyzny – Widziałam cię dziś z Willem – mruknęłam, a on uniósł głowę, obdarowując mnie swoim przenikliwym spojrzeniem. Wydał się zaintrygowany informacją, która przed chwilą dotarła do jego uszu.
- Nie znam – uciął, a kąciki jego ust delikatnie uniosły się.
- Oh, doprawdy? – spytałam smutnym głosem – Wysoki, brytyjski akcent, lekko kręcone włosy, nic ci to nie mówi? – uniosłam brew.
- Jakim cudem tutaj weszłyście? Kobiety mają z tym wielki kłopot - rozpoczął nowy temat, ale nie pozwoliłam mu na kontynuację. Rzuciłam na stół kilka dolarów.
- Wygląda na to, że jesteśmy niezwykłymi kobietami – wyjaśniłam.
- Will...hmm... coś mi świta… - wsunął pieniądze do kieszeni swojej koszuli, a potem napił się piwa, nie odrywając ode mnie wzroku.
- Co było w kopercie, którą mu przekazałeś? – zadałam kolejne pytanie.
- W jakiej kopercie? – skrzyżował ręce, szczerząc się głupio.
Rzuciłam kolejny banknot.
- Były w niej dokumenty – odpowiedział grzecznie.
- Dotyczące? – wtrąciła Theresa, ponaglając faceta.
- Jego tożsamości – odparł.
- Dałeś mu fałszywe dokumenty? – zapytałam zdziwiona, prawie piszcząc i pobudzając na nowo tłum. Spodziewałam się pieniędzy za morderstwo, informacje lub cokolwiek innego! W życiu nie przyszedł mi do głowy fałszywy dowód. Zaczęłam stawiać sobie pytania, dlaczego Will mógłby chcieć podrobione dokumenty. Zależało mi na dojściu do sedna sprawy. Wpadłam na pewien pomysł. Być może Will pragnął oczyścić konto ojcu, o ile był w więzieniu, bo zdaniem Theresy, stary poczciwy John odpoczywał w Nowym Jorku. Kombinowałam dalej, kontynuując dyskusję z moim informatorem.
- Może? – figlarny uśmieszek znów rozbłysnął na jego twarzy.
Westchnęłam, wyjmując kolejne dolary.
- Zbankrutuję przez te zdawkowe wypowiedzi – wymamrotałam, z bólem serca szykując następne pieniądze.
- Wtedy zapłacisz mi w naturze, czym nie pogardzę, mała – puścił mi oczko, a ja doznałam mdłości.
- Dokumenty – przypomniałam mu temat.
- Tak, dałem mu dokumenty dotyczące jego tożsamości.
- Jego? – zapytała zszokowana Theresa, otwierając szerzej oczy – Czyli Will tak naprawdę nie jest Willem?
- Nie – prychnął – To Jack, Jack Peters.
Theresa przełknęła nerwowo ślinę. Szklanka, którą obracała w dłoni, mało jej nie wypadła, gdy mężczyzna powiedział, że Will nie jest tym, za kogo go uważamy. Przeszył mnie ból w okolicach klatki piersiowej. Przez moment wydawało mi się, że tracę kontakt ze światem, ale szybko wybudziłam się z szoku, który nagle mną zawładnął. Zachowałam zimną krew, w porównaniu do Theresy, bo ta była bliska zrobienia awantury w barze. Zacisnęłam dłoń na jej ramieniu i pohamowałam jej oburzenie.
- Blefujesz - rzuciłam, opierając się na krześle, aby udać wyluzowaną. - Dlaczego Will miałby wstydzić się swojego pochodzenia? - zapytałam, marszcząc brwi.
- On się nie wstydzi swojego pochodzenia, głupiutka blondyneczko - odparł z figlarnym uśmiechem wymalowanym na tej obrzydliwej, pokrytej zarostem twarzy.
- Więc po co mu inna tożsamość? - dopytywałam, ale facet wzruszył ramionami.
Sięgnęłam do portfela, w którym nie znalazłam już banknotów. Zerknęłam na Theresę, która pokręciła tylko głową. Ugryzłam się w język, rezygnując z rozmowy. Tyle informacji musiało mi wystarczyć, chociaż na teraz. Resztę mogłam wyciągnąć od Willa... znaczy Jacka... lub od razu sprzedać wiadomości Ashtonowi w akcie małej zemsty. Skoro policjant mnie okłamywał, a gang nie znalazł informacji na ten temat poczułabym podwójną satysfakcję. Pierwszą, bo ukarałabym kłamcę, a drugą, bo byłabym szybsza niż źródła Irwina. Korzyść z obu stron, tylko dla mnie.
Nie wiedziałam, czemu wtedy nie przejęłam się tym, że Will mnie wykorzystał, żeby podobierać się do mnie i moich osobistych spraw. Wolałam postawić na chytrość i przebiegłość; chociaż raz postawić na coś innego, niż uczucia, które przez ten cały czas mnie wyniszczały. Dość przepłakałam nocy, dość żalu wylałam. Przyszedł czas na taktykę i grę.
- W porządku - zamknęłam portfel, chowając go do torby - Dzięki za pomoc, wystarczy.
Wstałam od stołu nie spoglądając nawet na mężczyznę. Przepchałyśmy się wraz z Theresą przez ludzi, po czym opuściłyśmy miejsce pełne chaosu i gwaru. Blondynka ruszyła do samochodu, chwiejnym krokiem, głośno oddychając.
- Theresa.. - zawołałam, idąc za nią - Theresa, stój! - krzyknęłam.
- Pracowałam z nim! - odkrzyknęła, odwracając się. Zobaczyłam łzy w jej oczach. Twarz ukazywała rozpacz i żal. - Miał dostęp do każdej kartoteki, mógł robić co chciał, a ja jeszcze podstawiałam mu to pod nos, niczego nie podejrzewając, Caitlin! - wyrzuciła z siebie wszystko, co ją trapiło - Ja stracę pracę... - wyszeptała - Wyrzucą mnie za to...
Podeszłam do dziewczyny, a następnie złapałam ją za rękę. Była zimna, prawie jak lód.
- Will oszukał nas obie - powiedziałam - I zapłaci za to, rozumiesz?
Potarłam dłonią jej ramię, aby dodać skórze trochę ciepła, a samej dziewczynie otuchy. Wiedziałam, jak musiała się czuć. Oszukana, zdradzona, smutna, zła. Will był jej partnerem; a to oznaczało, że spędzali ze sobą wiele czasu. Musieli się poznać, mieć dobre relacje, ponieważ to powodowało, że praca stawała się łatwiejsza. Ufała mu; bezgranicznie. On jednak okazał się być kimś innym, a to uderzyło w nią tak samo, jak we mnie fakt, że Ashton był żywy.
- Nie jest ci przykro? - zapytała - Byłaś jego dziewczyną.
- Zbyt wiele razy zostałam okłamana, żeby móc okazać znowu jakiekolwiek uczucia - odpowiedziałam, siląc się na sztuczny uśmiech.
Rozmowę przerwał nam trzask drzwi. Nasze głowy zwróciły się ku wejściu do baru, przed którym stało trzech mężczyzn, a na czele nasz dotychczasowy towarzysz. Mierzył nas wzrokiem, uśmiechając się cwaniacko.

- Jak już mówiłem, kobiety mają kłopot z wejściem, ale jeszcze większy mają z wyjściem - burknął, odsuwając swoją kurtkę. Wiedziałam, co kryło się za materiałem. 

!FILL ME IN - WATTPAD | BLOG - ZAPRASZAM!

-------

Niespodzianka! Mam nadzieję, że umiliłam Wam chociaż trochę wieczór. :) Rozpoczęłam współpracę z grupą AILES. Jestem niesamowicie wdzięczna za to, że dali mi szansę i wzięli Cienia oraz The most wanted pod swoje skrzydełka. Zobaczymy co z tego wyjdzie! :) 

wtorek, 24 lutego 2015

Rozdział 24

Uwaga! Rozdział zawiera wstęp do scen, które powinny czytać osoby pełnoletnie. (Chociaż i tak wiem, że małe zboczuchy je przeczytają, nie mam na to wpływu, just inform ya.)

mjuzik: klik

Nigdy przedtem nie dane było mi przesłuchiwać nikogo, ponieważ nie przygotowywałam się  w żaden sposób do zawodu policjantki, jednak wydawało mi się, że dałabym sobie radę. W ciągu krótkiej podróży zaserwowałam Willowi co najmniej dwadzieścia pytań, na które w ogóle nie udzielał odpowiedzi. Pomimo milczenia byłam nieugięta i powtarzałam swoje słowa, dopóki nie odpowiadał.
- Gdzie wychodzisz w czwartki i piątki? Widziałam twój grafik. Nie chodzisz na siłownię, prawda? Czemu nie jeździsz do swojego domu? Z jakiego powodu mnie unikasz? Co jest tak ważnego w aktach cienia, że nie potrafisz nawet spotkać się ze swoją dziewczyną, aby z nią zerwać?! – wrzeszczałam w samochodzie zadając pytania – Nie ma cię, kiedy jesteś potrzebny! Wiesz co teraz dzieje się w moim życiu?!
Will jechał prosto, w ogóle nie zwracając uwagi na to, jakim tonem do niego mówię. Jakby fakt, że znałam prawdę nie wywoływał na nim wrażenia. Pozostawał obojętny, ignorował mnie, skupiony pokonując trasę samochodem. A ja wreszcie przestałam panować nad sobą i stanowczo zareagowałam.
- WILLIAM! – krzyknęłam.
Will przechylił rękę, skręcając gwałtownie kierownicą. Na autostradzie rozbrzmiały piski opon oraz dźwięki klaksonów, w które uderzyły pięści wściekłych kierowców, bo zagranie Willa stworzyło niebezpieczeństwo na drodze. Serce omal mi nie stanęło, kiedy przecięliśmy drogę mężczyźnie jadącemu na wprost. Wbiłam paznokcie w fotel i zatrzymałam powietrze w płucach, wypuszczając je ze swoich ust dopiero, gdy nasze auto znalazło się na poboczu. Po upewnieniu się, że jesteśmy cali i zdrowi, posłałam Willowi zabójcze spojrzenie. Ten zaś ze spokojem wymalowanym na twarzy przekręcił kluczyk w stacyjce, tym samym gasząc silnik. Odpiął pas bezpieczeństwa, po czym zajął się moim. Kiedy już siedzieliśmy swobodnie na siedzeniach, odwrócił swoją twarz w moją stronę. Przełknął ślinę, wziął głęboki wdech i przemówił.
- Nie chodzę na siłownię – odpowiedział – W czwartki i piątki jeżdżę do więzienia, aby odwiedzić ojca. Unikam cię, bo nie potrafię z tobą zerwać. Gdybym powiedział, że przestałem czuć to, co czułem do ciebie wcześniej nie uwierzyłabyś i kopałabyś głębiej. Wstydziłem się powiedzieć cokolwiek. Sprawa Cienia jest dla mnie ważna, bo dostanę za nią wysokie wynagrodzenie, a dzięki temu wpłacę kaucję i ojciec wyjdzie na wolność.
- Mówiłeś, że nie utrzymujesz kontaktu z ojcem…
- Do pewnego czasu nie utrzymywałem.
- Gdzie on jest?
- W Long Bay – odparł spokojnym tonem.
Obawa, że zepsuję naszą relację kolejnymi pretensjami była zbyt silna, abym mogła wykrztusić z siebie jakiekolwiek słowo. Śniadanie, którego dziś kosztowałam podeszło mi do gardła. Nie potrafiłam określić, czy to z powodu spieprzenia sytuacji związku z Willem czy mojego braku zdecydowania dotyczącego pomocy. Wiedziałam, że Ashton żyje; wiedziałam, gdzie może być; wiedziałam, jak mogę go znaleźć. Wystarczyło tylko wydusić z siebie kilka wyrazów i utworzyć zdanie, które kosztowało tyle, co sztabka złota. Z drugiej strony, czy byłam w stanie wydać Ashtona? Wsadzić do więzienia człowieka, który kilka miesięcy temu mnie uratował?
Pojawił się swego rodzaju dylemat.
Dwie możliwości, jednak jedna decyzja, którą ciężko było mi podjąć, ponieważ musiałam wybierać między dwoma osobami, które mimo licznych kłamstw znaczyły dla mnie więcej niż zwykły szlajający się po ulicach człowiek. Ale posiadanie ich obojga przy swoim boku nie wchodziło w grę zwaną życiem. Zostałam więc zmuszona do zadania sobie pytania, którego nigdy nie chciałam usłyszeć.
Na kim zależy ci bardziej, Caitlin? Na Ashtonie, a może Willu?
Problem polegał na tym, że nie umiałam wybrać czy odrzucić. Nie potrafiłam odnaleźć we własnym umyśle odpowiedzi na zadawane przez siebie pytania. Nie umiałam określić, czy uczucie, którym darzę Ashtona jest złe; natomiast uczucie, którym darzę Willa jest silniejsze. Wiedziałam jednak, że jakie mogą być efekty wpuszczenia do mojego świata Ashtona po raz drugi. Nie byłam gotowa na następną porażkę. Nie byłam również gotowa na usunięcie go z życia. Brak zdecydowania więc zabijał mnie od środka i prowadził drogą błędów. Tym razem znowu zboczyłam z kursu.
Will widząc, że nie mam nic do powiedzenia, odpalił silnik i wyjechał na drogę. Zamknęłam się w swoich myślach myśląc nad teorią sprawdzenia siły moich uczuć. Zamierzałam walczyć, stoczyć bój z każdą komórką w moim ciele, żeby poznać odpowiedź na swoje pytanie. Z dwóch silnych uczuć wystarczyło zabić jedno – słabsze. I dziękowałam Bogu, że teraz miałam przy sobie Willa, bo mógł być moim królikiem doświadczalnym. Był w stanie pomóc mi rozwiać wszelkie wątpliwości.  
Cassie miała rację. Nie mogłam rozpocząć nowego rozdziału, dopóki nie zakończę poprzedniego. Wszystko będzie do mnie wracać, jeżeli nie znajdę sposobu, który postawi mur i zamknie przeszłość raz na zawsze. Bez znaczenia, kogo tyczy się nowy rozdział. Ja musiałam przestać żyć tym, co już nie istniało. Ja sama przywoływałam wspomnienia.
Wjeżdżaliśmy na moje osiedle. Dłoń Willa spoczywała na jego udzie. Patrzyłam na jego umięśnioną rękę. Nie widział mojego zachowania; tego, jak biłam się z myślami, czy wcielić mój plan w życie; czy zrobić pierwszy krok.
Nie miałam wyjścia, musiałam podjąć decyzję.
Will zatrzymał samochód przy ulicy. Jak to miał w zwyczaju, wysiadł z auta, obszedł je dookoła, a potem otworzył drzwi od strony pasażera, podał mi dłoń i pomógł wysiąść. Zamknął drzwi, przystanął obok i spojrzał w przestrzeń, biorąc głęboki wdech. Przygryzł wargę, co zdekoncentrowało mnie na krótką chwilę. Później wrócił wzrokiem do mnie i rzucił cicho ‘do zobaczenia’.
- Zaczekaj – powstrzymałam go przed odejściem – Zostań na noc – poprosiłam, nieśmiało spoglądając na jego twarz.
- C..c..co? Chcesz, żebym przenocował u ciebie? – dopytywał zaskoczony moją prośbą.
Skinęłam głową. Splotłam nasze dłonie i lekko pociągnęłam chłopaka za sobą, idąc w kierunku budynku. W ciszy odbyliśmy podróż do mojego mieszkania. Cały czas myślałam o tym, co za moment ma się wydarzyć i już chciałam się wycofać, kiedy Brytyjczyk objął mnie ramieniem. Wtedy zrozumiałam, że nie ma odwrotu. Wcielam swój plan w życie i nie mam prawa niczego żałować.
Zaprosiłam Willa do wejścia po otwarciu drzwi. Powiesiłam nasze kurtki i przeszłam do salonu. Po raz pierwszy czułam się tak nieswojo i obco we własnym domu; miejscu, które zawsze postrzegałam za bezpieczne. Dopadł mnie niesamowity stres, jak przy pierwszym ważnym egzaminie szkolnym. Zdam czy obleję, zdam czy obleję? Pozytywny wynik, a może negatywny…
- Na..napijesz się czegoś? – wydukałam, zachowując się tak, jakbym po raz pierwszy była sam na sam z chłopakiem w pustym mieszkaniu. Każdy dźwięk stał się intensywny, w tym bicie mojego serca. Odnosiłam wrażenie, że Will także jest w stanie je usłyszeć, ale na szczęście to były tylko i wyłącznie oznaki mojej paniki.
Podziękował. Usiadł na kanapie, potrząsając marynarką, aby ją wyprostować. Przetarł palcami brodę i oblizał usta. Bił się z myślami tak samo jak ja. Próbował rozgryźć moje zamiary. Zboczenie zawodowe. Policjant chcący dowiedzieć się, jakie przestępca ma zamiary. Uśmiechnęłam się, a on mi zawtórował i sytuacja przestała być tak napięta, przez kilka minut.
- Jesteś pewna, że to dobry pomysł? – spytał – Mogę jechać do domu.
Wzięłam głęboki wdech i ze spuszczoną głową burknęłam pod nosem.
- Zostań.
- Jest jakiś konkretny powód?
Tak! Oczywiście, że tak! Pisnęłam w duchu, ale zmniejszą ekscytacją wypowiedziałam kilka słów na głos.
- Will – mruknęłam – Chcę to zrobić.
- C…c…co? – prawie pisnął zaskoczony moim wyznaniem. – Masz na myśli…
Skończyłam rozmowę. Przycisnęłam swoje usta do jego. Byłam już wystarczająco skrępowana, nie mogłam dalej drążyć zbędnej gadki szmatki, skoro łaknęłam przejścia do rzeczy.
Will uniósł mnie z łatwością i przeprowadził przez korytarz, wpadając prosto do sypialni. Postawił mnie na podłodze, po czym objął w pasie i przyciągnął do siebie. Zatapiałam się w jego oczach. Czułam się dobrze, jak nigdy dotąd. Jego usta wydawały się idealnie wpasowane w moje. Całował zachłannie i nie hamował się w swoich poczynaniach, ale ja także. Przestałam widzieć granice. Wszystkie bariery zanikały.
Will usiadł na łóżku, a mnie pociągnął za sobą. Usiadłam okrakiem na jego kolanach. Wplotłam palce w lekko pokręcone włosy, ciągnąc za ich końce. Chłopak jęknął prosto w moje usta, wywołując uśmiech na mojej twarzy. Punkt dla mnie, był cały mój.
Rozpinałam jego koszulę powoli, koncentrując się bardziej na wolnym tańcu naszych języków. Will sztukę pocałunków opanował do perfekcji. Sprawiał mi przyjemność samym spotkaniem naszych ust, czy to nie jest niesamowite?
W końcu pozbyłam się jego koszulki, która wylądowała na podłodze. Wodziłam dłońmi po jego wyrzeźbionym brzuchu, zostawiając mokre pocałunki na klatce piersiowej. Wzdychał ciężko, pozwalając rozkoszy na panowanie, chociaż do największej przyjemności było jeszcze daleko. Nasze ciała były rozgrzane, niczym dwa wulkany, które dążyły do wybuchu. Hormony szalały w moim organizmie. Nie potrafiłam tego zatrzymać; nawet nie chciałam.
Will nie pozostał mi dłużny i szybko pozbył się górnej części mojej garderoby. Szeroko otworzył usta zerkając na moje piersi. Już miał ich dotknąć, gdy złapałam za jego dłonie i przełożyłam je na plecy. Ten zaś zsunął ręce na moje pośladki. Przysunął mnie do bioder. Poczułam wybrzuszenie w dolnej części jego ciała, co tylko mnie usatysfakcjonowało. Przygryzłam jego wargę, mrucząc cicho.
- Dość tych gierek – powiedział pewnie – Caitlin, chcę cię pieprzyć – oznajmił – TERAZ.
- A więc na co czekasz? – spytałam zachęcająco, unosząc brew.
Uwielbiałam droczyć się z facetami, ale Willowi brakowało cierpliwości.
Blondyn przerzucił mnie na drugą stronę łóżka. W tej chwili znajdował się nade mną. Z uniesioną głową i władczym spojrzeniem napawał się widokiem mojego ciała. Rozpiął guzik moich spodni i gwałtownym ruchem praktycznie zerwał ze mnie ubranie. Wędrował pocałunkami po moim brzuchu oraz udach. Doprowadzał mnie do obłędu. Jeszcze nigdy nie zaszliśmy tak daleko. Nie sądziłam, że może nam być razem tak przyjemnie.
Przycisnęłam blondyna do siebie, desperacko pragnąc jego bliskości. Kiedy poczułam jego oddech na swojej szyi, a później wilgotne wargi, wypuściłam powietrze. Wbiłam paznokcie w skórę na jego plecach, gdy delikatnie przygryzł zębami moje ucho.
Już miałam zabrać się za rozpinanie jego jeansów, ale stało się coś czego nie przewidziałam.
- Pragnę cię, Ashton – wyszeptałam prosto do jego ucha zupełnie nieświadomie.
- Co do cholery?! – wydarł się Will, wybudzony z transu, w którym oboje tkwiliśmy. Wstał i zsunął się z łóżka, o mało z niego nie spadając. Przystanął po drugiej stronie pokoju, mierząc mnie pełnym złości wzrokiem.
Zapomniałam jak się mówi. Sama nie mogłam uwierzyć w to, co przed kilkoma sekundami miało miejsce. Nie myślałam o Ashtonie, w ogóle! A jednak to jego imię wypowiedziałam, podczas przeklętej gry wstępnej z innym facetem. I właśnie tego się obawiałam. Może nie przewidziałam takiego obrotu wydarzeń, ale w mojej głowie tkwiła myśl, że popełnię niewybaczalny błąd. Szkoda, że nie posłuchałam samej siebie.
Usta otwarłam szeroko, a serce kołatało w mojej klatce piersiowej – niestety powodem nie było podniecenie, a ogromny strach. W oczach Willa widziałam ciemność, istną otchłań, która mogła kompletnie nim zawładnąć. Z doświadczenia wiedziałam, jak zachowuje się facet będący w furii i naprawdę wolałam nie być aktualnie w swojej skórze, bo na pewno miałam przerąbane – Will nie musiał mi tego uświadamiać.
Uraziłam go i jedyne co mogłam zrobić, to spojrzeć na niego z przepraszającym wyrazem twarzy i wstydem, wielkim wstydem. Czegokolwiek bym z siebie nie wykrztusiła, nie zrekompensowałoby bólu, jaki odczuł. Wbiłam nóż prosto w jego dumę. Zmiażdżyłam go jednym krótkim imieniem człowieka, na którego punkcie miał obsesję. Wypowiedziałam je w najmniej odpowiedniej chwili. To miał być piękny moment, a ja go zniszczyłam. Żadna nowość. Niszczyłam przecież wszystko i wszystkich, po kolei.
- Will… ja… - zdołałam wykrztusić tylko te dwa słowa, zanim chłopak machnął ręką i mi przerwał.
- Zastanów się, Caitlin – warknął, grożąc mi palcem wskazującym – Kogo byś chciała mieć w swoim łóżku.
Zabrał swoją koszulkę z podłogi. Szybko nałożył t-shirt na siebie i sięgnął po kurtkę. Wyszedł z pokoju, a następnie usłyszałam trzask drzwi wejściowych, co oznaczało że opuścił mieszkanie.
Siedziałam w miejscu, zaciskając swoją szczękę. Byłam wściekła, sama na siebie. Chciałam zrezygnować z Ashtona, zapomnieć o nim, o tym że kiedykolwiek byliśmy blisko. Nie potrafiłam zrobić nawet tak banalnej rzeczy. To doprowadzało mnie do białej gorączki. Fakt, że nie przyjmowałam faceta, który dawał mi swoje serce na tacy, tylko latałam myślami do oszusta i krętacza bez uczuć. Spieprzyłam swój związek, a o życiu już nie wspomnę, bo już dawno je przeklęłam. W moich oczach zebrały się łzy, ale one nie cisnęły mi się do oczu ze smutku. Miałam ochotę zrównać całe swoje mieszkanie z ziemię przez chłopaka mierzącego sto osiemdziesiąt dwa centymetry.
Wstałam z łóżka. Podeszłam do komody. Chwyciłam za szklany wazon i rzuciłam nim o ścianę.
- Nienawidzę cię Irwin, nienawidzę! – krzyknęłam, po czym popchnęłam drzwi, które zamknęły się, ale pod względem siły uderzenia również otworzyły. Wyłamałam zamek.
Nie panując nad nerwami, zdecydowałam się dać im upust. Pobiegłam do kuchni. Przeszukałam każdą szafkę, aż w końcu znalazłam zapałki. Wróciłam do pokoju i wysunęłam pudło, w którym schowałam ubrania oraz rzeczy związane z Ashtonem. Odpaliłam zapałkę, którą rzuciłam w środek pudełka. A później zapaliłam drugą, trzecią i czwartą.
Patrzyłam jak podarunki od Ashtona płoną. Zaciskałam zęby, aby żaden szloch nie uciekł z moich ust, chociaż w oczach już zbierały się łzy. Nie cisnęły mi się do oczu ze smutku. Byłam wściekła, głównie na siebie. Miałam ochotę zrównać całe swoje mieszkanie z ziemię przez osobę, której nie umiałam wybić sobie z głowy. Przez Ashtona krzywdziłam swoich bliskich. To była przełomowa chwila, gdzie wyzbywałam się Ashtona Cienia Irwina, usuwałam go ze swojego życia raz na zawsze.
Ale czy to był dobry pomysł?
Te rzeczy miały dla mnie szczególną wartość, a pewna część mnie wręcz wrzeszczała i zaklinała mnie, abym przestała, zatrzymała to, powstrzymała się przed największą głupotą.
- Nienawidzę cię.. – powtórzyłam, ale tym razem bez złości i nie tak pewnie, jak poprzednio – Nie.. nie nienawidzę cię.. – szepnęłam.
Rzuciłam się do biegu i wpadłam prędko do łazienki. Nalałam wody do wiaderka, a potem wbiegłam do pokoju gasząc ten mały pożar, który zainicjowałam. Wystarczyło jedno chluśnięcie wodą, która rozlała się po podłodze. Mogłam się założyć, że na następny dzień pod moimi drzwiami będzie stała sąsiadka skarżąc się na zacieki. Ale nieważne, to nie miało znaczenia.
Obrałam złą taktykę. Tu nie chodziło o Ashtona, a o uczucie, które żywiłam do niego i którego nie byłam w stanie pokonać, ani zaakceptować. A tocząca bitwa kończyła się zawsze tak samo – moją klęską.
Klęczałam nad popalonymi zdjęciami oraz ubraniami, wgapiając się w nie tępo i zastanawiając się, jak mogę rozwiązać swój problem, ale moje zmagania przerwał telefon. Niechętnie sięgnęłam po komórkę i sprawdziłam, kto stara się ze mną skontaktować. Widząc nazwisko Theresy, bez wahania odebrałam w nadziei na nowe informacje.
- Znalazłaś coś? – zapytałam bez powitania, zaciągając cicho nosem, żeby dziewczyna nie zorientowała się, że właśnie przechodzę przez kryzys.
- Właściwie chyba wiem, dokąd jeździ Will – oświadczyła, a ja jęknęłam z rezygnacją.
- Och, to już nieważne – burknęłam – Ta sprawa jest wyjaśniona, odwiedza ojca.
- Jego ojciec nie mieszka przecież w Manly.
Zmarszczyłam czoło.
- O czym mówisz?
- Wczoraj jechał w kierunku Cremorne, śledziłam go trochę – przyznała z zażenowaniem, a potem wróciła do tematu - Kiedyś wspominał, że jego ojciec mieszka w Nowym Jorku.
- Może kłamał – powiedziałam, przypominając sobie, jak Will tłumaczył mi swoje oszustwo.
- Przejrzałam jego papiery, jest w zmianka o Nowym Jorku.

Wystarczyło jedno zdanie, abym przestała żałować, iż wyszeptałam do ucha Willa nie jego imię. 

__________________________________________________

Uwielbiam się z Wami drażnić i wiem, że teraz kilka osób chce mnie pochlastać, bo myślały, że będzie tutaj co innego. Ach, moja złośliwość nie ma końca.
Ten rozdział w ogóle jest rozpaćkany i uważam go za lekką masakrę, bo.. ROZLENIWIŁAM SIĘ. Dzisiaj miałam wolne i mówię sobie: aaaa, spoko, skończę co to dla mnie. Godzina 19ta, a ja się wzięłam do roboty. Wybaczcie mi to, postanawiam poprawę. I obiecuję akcję. Wybuchy emocji, łzy, wrzaski, kłótnie, zgody, krew i wiele wiele innych. Dajcie mi chwilę.

Anyway.

Cień zakończył swoją przygodę z Blogiem Roku 2014 na drugim etapie, gdzie zajął pierwsze miejsce. Przeszliśmy do 3ciego etapu, ale niestety... no nie wyszło. Bez względu na to, czy jury podobał się mój blog czy nie, nie zamierzam się załamywać. Zamierzam pisać dalej, koniec, kropka, finito. Nic tego nie zmieni. Zgłoszę się za rok, spokojnie, nie dam tak łatwo za wygraną.
Pamiętajcie, najważniejsze to nigdy się nie poddawać.

Chciałabym, żeby każdy z Was wiedział, że jestem wdzięczna za głosy i wsparcie, jakie od Was dostałam. Porwałam się na ten konkurs, bo.. raz się żyje. Stworzyłam bloga z tego samego powodu, dla sprawdzenia siebie. Chciałam wiedzieć, czy jestem wystarczająco dobra, aby mieć czytelników, którzy będą śledzić moją twórczość i czekać na następne rozdziały. Ten konkurs to coś więcej niż zwykły konkurs blogowy. To coś wielkiego, oficjalnego, poważnego. Dlatego to również był dla mnie pewnego rodzaju test. Swoimi głosami udowodniliście mi, że nie piszę czegoś błahego, co nie ma sensu i żadnego znaczenia. Pokazaliście mi, że pomimo błędów, jakie walę co zdanie w każdym rozdziale, to opowiadanie ma swego rodzaju wartość. Dzięki Wam patrzę na Cienia trochę inaczej, nie krytykuję siebie tak, jak wcześniej. Pozwalacie mi wierzyć w moje możliwości. jestem Wam wdzięczna za pokazanie mi, że to opowiadanie coś dla Was znaczy i nie jest kolejnym fanfiction z Waszej półeczki. 
Serdecznie dziękuję.


poniedziałek, 16 lutego 2015

Rozdział 23

muzyka: klik

Tik tak, tik tak, tik i tak… kolejne sekundy uciekały, a ja traciłam cenny czas w pracy, gapiąc się na zegar. Nie mogłam dłużej siedzieć w domu i chodzić od ściany do ściany zastanawiając się, jak idzie Theresie i czy Cassie jeszcze żyje. Obowiązki mnie nie opuściły, dalej pracowałam w biurze, byłam zmuszona do robienia zakupów, jak normalny człowiek i po prostu bycia w społeczeństwie. Konfrontacja z Ashtonem również gdzieś przejawiała się w dalszych moich losach, skoro zdecydowałam się na szantaż oraz manipulację. Uodporniłam się, a przynajmniej wmawiałam sobie, że tak właśnie zrobiłam. W rzeczywistości moje kolana nadal się uginały, gdy tylko nasze spojrzenia się spotykały, a serce biło dwa razy szybciej, kiedy zbliżał się do mnie lub mnie dotknął. Pracowałam nad swoim spokojem, ćwiczyłam wytrzymałość i utrzymywanie nerwów. Przy każdym nowym spotkaniu szło mi coraz lepiej. Robiłam postępy, tak sądzę. Toczyłam bitwę ze swoim sercem i każdym organem, który w jakiś sposób oddziaływał na obecność Irwina. Kiedyś był dla mnie, jak lek. Uzależniłam się od niego, stał się moim przyzwyczajeniem. Gdy zniknął, nadszedł czas, gdzie przymusowo musiałam przejść na odwyk. Teraz wystarczyło jedynie ten odwyk kontynuować, trzymać się określonych zasad i nie ustępować w żadnym wypadku.
Pogoda nie zachwycała. Na stalowo szarym niebie co chwilę pojawiały się błyski piorunów. Dało się również usłyszeć silne grzmoty. Padało. Co ja gadam, była ulewa! Próżno by wypatrywać jakichkolwiek śladów życia w tym miejscu, o tej godzinie i przy takim oberwaniu chmury. Patrząc przez okno udało mi się w ciągu pięciu godzin naliczyć tylko dwóch błąkających się ludzi, prawdopodobnie pijanych, którzy przypadkowo zboczyli z kursu i starali się znaleźć drogę do domu kręcąc się wokoło po nieznanym osiedlu.
Głośny stukot kropel deszczu o parapet przywołał mnie do porządku kilka minut przed końcem zmiany. Przysnęłam, można by powiedzieć, że znalazłam się w stanie hibernacji. Czuwałam z zamkniętymi oczami. W ciągu całego tygodnia przespałam może dwadzieścia godzin, co nie pozwalało mi normalnie funkcjonować za dnia, zwłaszcza w pracy. Wczoraj również nie zmrużyłam oka, a dziś można było zauważyć tego efekty.
Za dużo pytań błądziło po mojej głowie. Jedno z nich co chwila dobijało się do mojej głowy, chociaż wyrzucałam je z myśli udając, że nic mnie ta sprawa nie obchodzi. Okłamywałam jednak samą siebie. Zastanawiał mnie fakt, gdzie podziewał się Calum. Dopiero po wyjściu z mieszkania Ashtona przypomniało mi się, że liczba jego przyjaciół zmniejszyła się do dwóch. Mimo sposobu bycia Caluma i burzy wokół nas nie potrafiłam ukryć, że interesował mnie jego los. Nie widziałam go przez blisko cztery dni. Nie kręcił się z paczką, ani nie śledził mnie, bo gdyby to robił – nie kryłby się, a wparowałby do mojego domu oznajmiając, że na dzień dzisiejszy jest moim gorylem i nie obchodzi go to, że wcale mi się ta informacja nie podoba. A więc Calum stał się kolejną nierozwiązaną zagadką…
Korzystając z okazji otworzyłam na włączonym komputerze przeglądarkę internetową. Musiałam zabić jakoś te ostatnie kilka minut. Tuż potem miałam zobaczyć się z Willem, aby wyjaśnić kilka spraw, a później jechać prosto do Theresy. Zamierzałam zapytać Willa wprost, dlaczego kłamie, co wyprawia i czy ma cokolwiek wspólnego z zaginięciem Cassie. Może zwariowałam i porywałam się na ogromną głupotę, ponieważ mój były chłopak mógł okazać się przestępcą, ale nie chciałam dłużej zwlekać. Ostatnią rzeczą, jaką powinnam była robić to czekanie. Zbyt wiele razy potrzebowałam pomocy. Postanowiłam działać na własną rękę. Sprawdziłam swoją pocztę, ale nie znalazłam na niej żadnej wiadomości od Theresy. Liczyłam, że napisze chociaż dwa słowa odnośnie porwania Cassie, da mi nadzieję na jej odnalezienie, ale najwyraźniej sama niczego nie miała. Wystukałam więc na klawiaturze adres portalu informacyjnego, żeby sprawdzić najnowsze wiadomości. Być może w ostatnich dniach miało miejsce coś dziwnego, co pomogłoby mi w szukaniu przyjaciółki. Zanim strona załadowała się, zdążyłam obejrzeć pomieszczenie. Wszyscy popadli tutaj w monotonię, do której ja nie potrafiłam się przyzwyczaić. Zajęte miejsce przy biurku i robota papierkowa równająca się z nudą.
Sięgnęłam po kubek, zauważając, że jest w nim herbata. Upiłam łyk, kątem oka widząc pojawiające się informacje na komputerze. Wróciłam wzrokiem do monitora, a czytając nagłówek top tematu zamarłam. Zakryłam dłonią usta, aby niepohamowany krzyk nie rozbrzmiał w całym biurze strasząc resztę pracowników. Wydałam z siebie jedynie cichy jęk, ale on wyraźnie oddawał całe moje przerażenie, a także zaskoczenie.
„Logan Fletcher na wolności”. Ta krótka wiadomość wystarczyła, abym mogła zacząć panikować. Nie rozwijałam artykułu, nie chciałam wiedzieć więcej. Nieważne, czy zbiegł, a może został wypuszczony. On po prostu chodził teraz ulicami Sydney, prawdopodobnie mając ochotę mnie ukatrupić. Pragnienie, aby dołączyć do dręczącego mnie psychopaty i w najbliższym czasie posiekać mnie na kawałki, wykańczając mnie najpierw psychicznie na pewno buzowało w jego organizmie.
To na pewno on porwał Cassie. Tak wyglądała jego zemsta. Zamierzał krzywdzić osoby, które prawdziwie kochałam, żeby wykończyć mnie psychicznie. A potem zwabiłby mnie do jakiegoś miejsca rodem z horroru w celu zabicia. Musiałam więc go uprzedzić, przechytrzyć i pokonać. Musiałam go znaleźć i poznać jego zamiary. W szczegółach.
Wybiła ósma. Zerwałam się z fotela, stając na równe nogi. Wyłączyłam komputer, a właściwie udałam, że to zrobiłam ponieważ nie miałam czasu na nic więcej. Wzięłam swój płaszcz i rzuciłam się do wyjścia, opuszczając biuro niczym poparzona wrzątkiem. Nie miałam parasola, ale nie zamierzałam stać przed budynkiem czekając na Willa, który dziś miał mnie odebrać, bo zdecydował się oddzwonić widząc dwadzieścia nieodebranych połączeń, jakie mu zostawiłam poprzedniego dnia. Ruszyłam więc w kierunku ulicy, z której zazwyczaj nadjeżdżał. Bałam się tak po prostu stać pod budynkiem w bezruchu. Stanowiłabym świeży pokarm dla takiej hieny, jaką był Logan. Bóg jeden wiedział, gdzie ten człowiek aktualnie przebywał. Możliwe, że czaił się za jednym z krzaków, czyhając na odpowiedni moment.
Wybrałam na komórce numer Willa, ale nie odbierał, co nie było nowością, ale irytowało tak jak zawsze. Nie pozostało mi nic innego, jak nagranie się na pocztę głosową.
- Hej, tu Cait… - przedstawiłam się głupkowato zapominając że ma mój numer w swoich kontaktach - Idę w twoim kierunku, więc wypatruj mnie czy coś… - mój głos drżał - Przyjedź jak najszybciej. Will… To ważne. – I rozłączyłam się.
Niezdarnie szłam w szpilkach, wpadając na każdą możliwą kałużę. Było ciemno, ale przekonanie iż moje buty są w stanie krytycznym rosło z minuty na minutę. Przestałam się rozglądać, bo do mojej głowy wracały wszystkie sceny, które widziałam w horrorach. Otrząsnęłam się, kiedy nagle usłyszałam dźwięk chluśnięcia za plecami. Ktoś uderzył nogą w kałużę. Potrząsnęłam głową, uznając że przesłyszałam się. Uspokajałam samą siebie, żeby tylko nie siać niepotrzebnej paniki. Jeżeli spotkałabym kogoś po drodze, uznałby mnie za wariatkę uciekającą przed osobą, której za mną nie ma. Ale zesztywniałam, gdy następnym dźwiękiem słyszanym przeze mnie stał się gwizd. Wiedziałam, że tym razem to nie moja wyobraźnia, a spotkanie z diabłem we własnej osobie. Byłam pewna, że to Logan. Przyszedł po mnie.
- Jeśli zamierzasz mnie zabić, po prostu to zrób zamiast terroryzowania moich przyjaciół – powiedziałam, nie wykonując żadnego ruchu. Zamknęłam oczy, wyobrażając sobie dalszy ciąg naszego spotkania. Strzeli do mnie, albo dźgnie nożem – dwie opcje. No bo przecież nie przyjechał tu, żeby poukładać puzzle czy napić się kawy w moim towarzystwie. Do jasnej cholery! Wpadłam! Czekał na tą formę zemsty od dłuższego czasu, a teraz.. kiedy ma okazje, nie przepuści jej. Żadnej drogi ucieczki, ani pomocy ze strony ludzi. Nikogo nie było, a małe uliczki prowadziły do ślepego zaułka. Mogłam biec przed siebie z nadzieją, że wpadnę na przejeżdżającego Willa, który mnie uratuje. Ale swoje szanse oceniałam na nikłe. Trudno, widocznie właśnie tak miało przebiegać moje życie. Pogodziłam się z tym, byłam gotowa na odejście z tego świata. Niecierpliwiło mnie jedynie narastanie napięcia, które budował. Nie wiem, czemu czekał, jeśli miał pełne pole do popisu. A może jednak czuł potrzebę posiadania publiczności?
Śmiech. Wybuchł śmiechem. Ale to nie był jego śmiech, nie śmiech Logana.. Ten śmiech był bardzo znajomy. Tak znajomy, że krew w moich żyłach zawrzała.
- Kpisz sobie!? – wydarłam się, odwracając napięcie. Cała moja twarz poczerwieniała ze złości. Nigdy przedtem nie towarzyszyła mi tak ogromna chęć strzelenia Ashtona prosto w tą roześmianą buźkę. Przekraczał granicę, której tak naprawdę już nie było, jednak on się tym nie przejmował. – Mało  nie dostałam zawału, ty pieprzony idioto!
Ashton zgiął się w pół, nie mogąc powstrzymać śmiechu. Tak, to zdecydowanie było komiczne. Ja prosząca o szybką i w miarę bezbolesną śmierć. W duchu przygotowywałam się najgorsze cierpienie, a tymczasem on stał i czerpał z mojego strachu energię. Świetny żart. Adekwatny do sytuacji, w której wszyscy się znajdowaliśmy.
- Oh błagam, wiem, że lubisz odrobinę niebezpieczeństwa i przerażenia w swoim życiu – na jego buzi widniał szeroki uśmiech. Co za dupek.
- Jesteś głupszy niż myślałam – pokręciłam głową z niedowierzaniem – Jeżeli nie masz żadnych informacji dotyczących Cassie, daj mi spokój i następnym razem przywitaj się jak cywilizowany człowiek. Wiem, że to sprawia ci trudność – naśladowanie normalnych ludzi, ale postaraj się nie przyprawiać mnie o palpitacje serca. – poprosiłam, ale zwykłym tonem.
- Ścigają mnie listem gończym. Ciężko jest chodzić po świecie w dzień, gdzie każdy może mnie poznać, bo moja piękna twarz gościła na okładkach każdej gazety oraz w telewizji – wyjaśnił, wywracając oczami – Poza tym, zapomniałaś, o czym mówiłem ci ostatnio? – spytał, dotrzymując mi kroku, ponieważ zdecydowałam się kontynuować mój spacer w deszczu – Powiedz, że nic do mnie nie czujesz, a nigdy więcej nie stanę przed twoimi oczami. Pinky promise! – wyciągnął swój mały palec, mówiąc melodyjnie.
- Jesteś dziecinny i nudny, Ashton – burknęłam przyśpieszając, aby chłopak zniknął z mojego pola widzenia. Jego obecność odbierała mi masę energii, cierpliwości, powodując że brakło mi stalowych nerwów, w które uzbrajałam się cały dzień.
- A ty fałszywa – odparł, zatrzymując mnie. Odwróciłam się w jego stronę, patrząc pytająco. – Oh wybacz, myślałem, że to ten moment w którym wymieniamy wzajemnie swoje wady, a później stwierdzamy, że możemy je zaakceptować – powiedział, a moje ciało oblał nieprzyjemny gorąc. Miałam ochotę znów spoliczkować Irwina, dać mu porządny wycisk lub zrobić cokolwiek, żeby chociaż raz ugryzł się w język i zachował niektóre opinie dla siebie.
- Dlaczego uważasz, że jestem fałszywa, hm? – zapytałam, czym wygrał tą rundę. Sprowokował mnie do następnej kłótni.
- Nie sądziłem, że gustujesz w policjantach. – kąciki jego ust uniosły się - Raczej preferujesz gości takich jak ja – wypiął dumnie pierś, szczerząc się.
- Skąd możesz to wiedzieć? – mruknęłam, chwiejnym krokiem idąc w jego stronę - Bo wcześniej potrafiłam usnąć w twoich ramionach? Bo zadowalałam się twoimi pocałunkami? – dopytywałam, decydując się na zagranie w jego grę - Zaskoczę cię, teraz pragnę pocałunków Willa i to jego potrze…
- Kochasz go? – zapytał, ucinając mój monolog.
- Może – odparłam protekcjonalnym tonem.
- Czyli nie – odpowiedział, nie kryjąc zadowolenia z tego stwierdzenia.
Prychnęłam. Wyminęłam blondyna, dalej podążając wzdłuż ulicy.
- Co ty możesz wiedzieć o miłości, Irwin.. – szepnęłam z rezygnacją, odchodząc, jednak Ashton zdołał usłyszeć moje słowa.
- A ty? – krzyknął, powstrzymując znów moje kroki – Powiedz mi, co ty wiesz o miłości.
Patrzyłam jak stoi pewnie, krzyżując ręce i czeka, aż skuszę się na udział w dyskusji, dzieląc się swoją wiedzą na temat zakochania. A ja licząc, że kiedy odpowiem na zadane przez niego pytanie to nareszcie się odczepi, porwałam się na dalszą rozmowę.
- Wiem, że miłość jest wtedy, gdy pragniesz szczęścia drugiej osoby, nawet gdy nie ma w nim miejsce dla ciebie. Miłość jest umiejętnością rozstania. – zdefiniowałam pełna złości, mając nadzieję, że Ashton zauważy aluzję.
Blondyn zaczął zmniejszać dystans między nami, zbliżając się do mnie.
- Zgadza się – przyznał mi rację, będąc tuż obok. Byłam zaskoczona, że zrobił to z taką łatwością, bez rzucania kontrargumentu czy obelgi.
- Wniosek? – zapytałam, licząc że zrozumie.
- Twój facet jest idiotą, a między wami nie ma czegoś takiego jak miłość – odparł, unosząc mój podbródek, a ja wypuściłam powietrze zdziwiona, próbując zrozumieć jego sugestię – Powinien odejść, mając świadomość, że nigdy nie uszczęśliwi cię tak, jak robię to ja – wyszeptał do moich ust, złączając je następnie ze swoimi.
I wszystko co budowałam od kilku dni, rozpłynęło się w powietrzu. Smak pożądanych przeze mnie ust odcisnął się na moich wargach, przypominając mi o wszystkich szczęśliwie spędzonych chwilach. Po moich plecach przeszedł utęskniony dreszcz. Nie zauważyłam, kiedy oplotłam rękoma jego szyję. Jego dłonie spoczywały na moich ramionach, ściskając mocno moją skórę, abym nie śmiała mu uciec. Ani mi się śniło. Czułam, jakby pustka, którą nosiłam w sobie przez dłuższy czas została wreszcie wypełniona; w dodatku uczucie, które ją wypełniło sprawiało, że nie chciałam, by kiedykolwiek znikło. Dzięki niemu wszystko wydawało się naturalne i zwyczajne. Staliśmy na środku ulicy, całując się, przesiąknięci wodą, która spadała z nieba. I fakt, że następnego dnia obudzimy się chorzy nie miał znaczenia, bo byliśmy ze sobą, zaspokajając się wzajemnie swoją obecnością.
Ashton wykorzystał chwilę i wsunął swój język do moich ust, gdy tylko je rozchyliłam. Jego dłonie zsunęły się na moje biodra. Przyciągnął mnie do siebie, aby nasze ciała się stykały. Ciepło oblewało moje ciało. Czerwona lampka z napisem „Skończ to” zapaliła się w mojej głowie dopiero po kilku minutach, a wtedy odsunęłam się od Ashtona. Wytarłam dłonią swoje usta, spuszczając wzrok.
- Przestań – mruknęłam błagalnie, chociaż chciałam zabrzmieć stanowczo.
- Miłość to także związek pełen kłótni oraz łez Caitlin – wymamrotał przybliżając się do mnie. Splótł nasze dłonie i kontynuował budowanie chaosu w moim sercu. – Gdzie pomimo całego trudu nie poddajesz się i walczysz, bo wiesz, że tylko z tą osobą jesteś szczęśliwy, z  nikim innym – mówił oddychając szybko, jakby przebiegł maraton – Będę o ciebie walczył, choćbym miał to robić przez całe pieprzone życie. Bo nie miało ono dla mnie sensu, dopóki nie pojawiłaś się ty.
Ashton odsunął się, puszczając mnie wolno. Smutnym wzrokiem patrzył na mnie, idąc do tyłu prosto w ciemność, gdy ulice rozświetliły dwie lampy auta. Stałam oniemiała, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego słowa. Tak bardzo złościłam się na niego za tą całą zabawę. Pozwoliłam mu na to, aby mnie pocałował, na bajki, które mi wciskał. Łzy napłynęły do moich oczu. Ashton wchodził do mojego życia i wychodził, kiedy miał na to ochotę. Pojawiał się, a potem znikał. A ja poddawałam się wszystkiemu, dając mu pole do popisu. Bawił się mną jak lalką, bo wystarczył jeden jego dotyk i już byłam zaczarowana. Nie umiałam tego zatrzymać.
- Głupia – wygarnęłam sama sobie – Dajesz sobą pomiatać.
Wystarczył jeden gest, malutki ruch Ashtona, a ja już traciłam grunt pod nogami.
Mogłam na chwilę zapomnieć o przykrościach, ale nie umiałam wymazać ich całkowicie z pamięci. Dzięki temu uświadamiałam sobie, że dzieli nas zbyt wiele różnic. Nasze światy nie łączyły się ze sobą, żyliśmy według innych zasad.
Czarne BMW zatrzymało się obok latarni przy której stałam, najeżdżając na krawężnik. Will wysiadł z samochodu podbiegając do mnie. Jego dłoń zacisnęła się na moim nadgarstku. Nie zdążyłam skomentować jego zachowania, bo od razu zaatakował mnie natarczywymi pytaniami.
- Z kim rozmawiałaś? Widziałem kogoś! Jakieś kontury! Kto to był? Czy to Ashton? Albo któryś z jego kumpli?! – mówił szybko, ledwo go rozumiałam. Wyłapywałam słowa, w głowie układając zdanie. Wydawał się taki nabuzowany. W jego oczach widniał błysk, jakby światełko podniecenia. Sprawa Ashtona miała dla niego większą wagę niż cokolwiek, co dotyczyło mnie.
Pięknie, jeszcze tego brakowało. Policjant, którego ambicje przewyższały dobro swojej byłej dziewczyny. Miałam ochotę zakopać się pod ziemią.
Co tu dużo gadać? Tak, oczywiście, Will! To twój uciekinier, a mój dawny prześladowca, z którym jeszcze chwilę temu się całowałam! Wy kretyni, daliście się oszukać! Ha! Mamy was! A może… skłamać? Poprawka, złożyć fałszywe zeznania. Mogłam się założyć, że Will uznał naszą rozmowę za przesłuchanie i tuż po odwiezieniu mnie do domu zamierzał dodać każde zdanie wypowiedziane przeze mnie do akt.
- Caitlin, kto to był! – wrzasnął, potrząsając mną.
Moje serce pękało na milion kawałków. Mogłam sprzedać Ashtona i tym samym odpłacić się za wszystkie krzywdy lub pozwolić mu na kolejną burzę w moim życiu, chroniąc go i skrywając jego sekret. Komu ja miałam ufać? Co postawiłoby mnie w lepszej sytuacji? Wybierając którąkolwiek opcję skończę fatalnie. Poniosłabym konsekwencje nawet, jeśli wybrałabym dobro.
Ashton, Will, Ashton, Will, Ashton, Will…
Moje usta drżały. To tak, jak dokonywanie wyboru pomiędzy sposobem zabójstwa. Wolisz skok z mostu czy może dużą dawkę pigułek nasennych z alkoholem? Walczyłam sama ze sobą, co było najwyższą formą sztuki, a ja do wybitnych artystów nie należałam więc ponosiłam klęskę.
W końcu poszłam na żywioł, decydując się na popełnienie kolejnego błędu.
Uniosłam powieki. W moich oczach było pełno pogardy i złości.
- Nie, Will – odpowiedziałam prawie krzycząc – Cień jest martwy. Był, jest i będzie. – warknęłam – Przynajmniej dla mnie – burknęłam.
- Ale widzia…

 – Mógłbyś chociaż raz dać sobie spokój i zająć się ważniejszymi sprawami, jak na przykład stojącą przed tobą blondynką, którą ściga na co dzień wariat, a teraz stoi zalana łzami, bo jej przyjaciółka zaginęła – fuknęłam z wyrzutem, a on zamilkł, bo rzecz jasna o niczym nie wiedział – Musimy wyjaśnić sobie parę rzeczy.
Zamieniliśmy się rolami. Teraz to Will siedział na miejscu przesłuchiwanego.
__________________________

Guess who's back.. back.. back.. :> Rozdział taki trochę przejściowy, bo niezła akcja zacznie się już w następnym :D
Pragnę Wam podziękować za ponad trzysta głosów w konkursie na Blog Roku 2014! Jest mi niezmiernie miło, że poświęciliście chwilę i wydaliście te 1,23 wspierając fundację oraz mnie. Jesteście wspaniali! Obiecuję Wam wynagrodzić to w jakiś sposób.
Szkoda tylko, że pojawia się coraz mniej komentarzy. Mam wrażenie, że coś robię nie tak... Jeżeli tak jest - napiszcie mi o tym, proszę! Wasza opinia jest najważniejsza, pamiętajcie!

Poproszono mnie, aby wspomnieć o pewnej bardzo ważnej akcji. Chodzi o "Ratowanie Świata". Ja wpadłam na stronę i wkręciłam się niesamowicie! Wy też powinniście. Zajrzyjcie na FANPEJDŻ
Do napisania!

Dla ciekawych... już po mojej sesji. Prawdopodobnie nie zaliczyłam jednego przedmiotu, ale nie mam jeszcze wyników. Anyway, myślałam, że będzie gorzej! ;) 

ps. Dziękuję za klikanie w reklamy! Jeśli Wam się nudzi- śmiało :) Jeśli nie macie ochoty - nie zmuszam! :)
ps2. DZIĘKUJĘ ZA TYLE WYŚWIETLEŃ NA BLOGU, WATTPAD POD CIENIEM I PUŁAPKĄ SKAJHDKAHDKASHKDHAHDKA ILYSM

Wyniki konkursu na Blog Roku 2014, około 23 lutego. :) 

wtorek, 3 lutego 2015

Rozdział 22


muzyka: klik


Michael siedział przy biurku przeglądając wszystkie dokumenty, jakie znalazł w piwnicy pod willą w Hurstville. Luke przyglądał się mapie, rozrysowując na kartkach prawdopodobną trasę, jaką jechali porywacze wraz z Cassie. Co chwila zgnieciona kartka papieru lądowała na podłodze, a gniew w ciele blondyna rósł, bo nie potrafił znaleźć żadnej wskazówki, która mogłaby pomóc w odzyskaniu mojej przyjaciółki. Ashton zaś ze spokojem wymalowanym na twarzy grzebał przy komputerze próbując wyśledzić miejsce, z którego dzwonił do mnie porywacz.
- To bez sensu – warknął Hemmings – W życiu nie znajdziemy!
Luke uderzył pięścią w stół, a każda z obecnych w mieszkaniu osób uniosła swoją głowę. Widząc złość i przejęcie blondyna zrobiło mi się przykro, ale nie potrafiłam wyrzucić ze swojej głowy myśli, że gdyby nie ich kłamstwa, nie musielibyśmy teraz martwić się o życie Cassie. Na pewno porywacz bawiłby się w grę, ale wiedząc, że Ashton żyje zmieniłby swoje zasady.
- Główkuj – odparł Ashton, uderzając palcami o klawiaturę. Usiadłam na kanapie, czekając, jednak moja cierpliwość dobiegała końca. Od dwóch godzin szukaliśmy nie znajdując niczego. Żaden z chłopaków nie był tajnym agentem, ani nie odbył szkolenia policyjnego. Nie posiadali również odpowiednich sprzętów, aby móc zbadać ślady opon czy zlokalizować Cassie za pomocą genialnego programu. Korzystali z kradzionych programów, ale słabszej kategorii. Byli amatorami, nie mogli nic zrobić poza skakaniem sobie do gardeł z powodu braku informacji. A ja mogłam siedzieć i przyglądać się każdej scenie albo zadziałać.
Wyjęłam swoją komórkę i wybrałam numer Willa. Przyłożyłam telefon do ucha, a gdy Ashton zauważył mój ruch, oderwał się od swojej pracy.
- Do kogo dzwonisz?
- Do Willa – szepnęłam.
- Oszalałaś?! – krzyknął Hemmings – Nie potrzebujemy psa!
- Owszem, potrzebujemy! – wstałam z miejsca, mówiąc tak głośno, jak Luke – Od dwóch godzin ślęczysz nad tą pieprzoną mapą i nie masz niczego poza głupią kropką! – wrzasnęłam – Cassie może być torturowana lub bliska śmierci! Nie będę traciła czasu na wasze łamigłówki!
Wargi Luke’a zadrżały i już miał znów się sprzeciwić podjętej przeze mnie decyzji, jednak przeszkodził mu Ashton. Wstał z miejsca, po czym podszedł bliżej i stanął tuż obok mnie. Odwrócił głowę w moim kierunku, patrząc na mnie z pełną powagą.
- Dzwoń – wtrącił się w naszą rozmowę, a swoją decyzją zwrócił naszą uwagę – Powiedz, że porwano Cassie, a porywacz sam cię o tym poinformował. Byłaś sama w domu, nikt więcej tego nie słyszał.
- Co z tobą jest nie tak?! – oburzył się Hemmings.
- Nie jesteśmy bohaterami, a przestępcami! – wydarł się Irwin – Nie mamy poszlak, to nawet nie nasza działka. A jeżeli później policja zobaczy, że przy tym grzebaliśmy, jak im wszystko wyjaśnisz? Jestem poszukiwany, Luke! Myślisz, że nie wpadną na to, że mogłem z wami działać w tej sprawie?
Luke westchnął ciężko, opadając bezsilnie na fotel. Schował swoją twarz w dłoniach, pocierając nimi skórę, aby otrzeźwieć i zacząć nareszcie myśleć. Pragnął uratować Cassie, ale nie był w stanie zrobić tego sam, a to go zabijało od środka. Czuł, że zawiódł.
Rozłączyłam się, gdy po trzecim razie powitała mnie poczta głosowa Willa. Jego nieobecność wkurzała mnie jeszcze bardziej. Wiedziałam, że między nami prawdopodobnie już nic się nie ułoży, ale wciąż miałam nadzieję, która nie dawała mi spokoju. Chciałam walczyć, ale Will widział to najwyraźniej inaczej. Kiedyś musiałam odpuścić. Może teraz nadszedł czas.
Ashton wrócił do komputera, który po chwili wyłączył. Przystanął przy oknie, oglądając otoczenie. Ze skupieniem gapił się na sklep naprzeciwko ulicy, jakby miał on jakieś znaczenie w sprawie. Ale nie miał. Ashton po prostu postanowił zakończyć poszukiwania, na co ja nie mogłam w żadnym wypadku pozwolić, mimo że chciałam zaangażować w nasz problem policję.
- To, że zaingeruje w poszukiwania Cassie policja nie znaczy, że ty masz tą sprawę w zupełności olać – zauważyłam, mówiąc poirytowana.
- Nie olewam, myślę – odparł.
- Obserwując piekarnię?
- Byłbym wdzięczny za więcej wyrozumiałości. Nie mogę latać po mieście, jak spiderman, zapomniałaś, że szukają mnie listem gończym?
- Brak mi wyrozumiałości, jeśli chodzi o kogoś, kto odegrał scenę własnej śmierci.
- Och, znowu zaczynasz? Przypomnieć ci, w czyich ramionach byłaś zaledwie dwie godziny temu?
- To była chwila słabości – warknęłam.
Ashton uśmiechnął się, ukazując szereg swoich śnieżnobiałych zębów. Jego oczy skupione były tylko i wyłącznie na mnie, a moje tylko i wyłącznie na nim. Zignorowaliśmy Michaela i Luke’a będących z nami w jednym pomieszczeniu i kontynuowaliśmy twardą dyskusję.
- Oczywiście – prychnął blondyn.
- Przytuliłam się do ciebie, bo myślałam że przyniesie mi to ukojenie – powiedziałam, nie spuszczając z Irwina oka – Ale zapomniałam, że ty przynosisz zupełnie co innego.
- Co?
- Ból.
Jedno słowo, które cięło serce jak najostrzejszy nóż spowodowało, że znowu negatywna energia wypełniła mieszkanie. Przyjaciele Ashtona milczeli, oglądając naszą porażkę, z której nie potrafiliśmy wybrnąć. Ashton za wszelką cenę chciał to zrobić, jednak pragnęłam, żeby zamienił się ze mną rolami i cierpiał tak samo lub chociaż w połowie jak ja, kiedy go przy mnie nie było.
Ashton jako pierwszy spuścił wzrok i wbił go w ziemię. Ciężko przełknął ślinę, a jego broda zadrżała. Nie odpowiedział na moje stwierdzenie. Nie starał się nawet przekonywać mnie, że nie mam racji. Odpuścił, najzwyczajniej w świecie odpuścił. To nie zdarzało się często, a gdy miało miejsce – wybierał nieodpowiedni moment, bo właśnie teraz powinien był walczyć w swojej obronie.
Zanim łzy zdołałyby pojawić się w moich oczach, postanowiłam ulotnić się z tego miejsca. Zabrałam swoje rzeczy. Próbowałam wyjść bez słowa, jednak nie pohamowałam swojego ciętego języka.
- Znajdziecie Cassie albo osobiście wybiorę ci celę w więzieniu, do którego cię zabiorą – zarządziłam, wskazując palcem na Ashtona.
- Czy ty nam właśnie grozisz? – zapytał Michael, wyraźnie zaskoczony moją postawą.
- Informuję – odpowiedziałam, uśmiechając się fałszywie.
- Nie wsypałabyś mnie, nie byłabyś do tego zdolna – syknął Ashton, posyłając mi spojrzenie pełne wrogości.
Nie mogłam się nie zgodzić. Nie wydałabym go, nie byłabym w stanie. Nieważne jak wielką krzywdę mi wyrządził, kryłam go i zamierzałam kryć dalej, bo uczucie, którym go darzyłam było o wiele silniejsze niż złość, jaka znalazła sobie miejsce w moim ciele. Za wszelką cenę musiałam odnaleźć Cassie, a to wiązało się ze zmotywowaniem Ashtona.
- Wszyscy szukają twojego ciała, a ja akurat mam je przed sobą. Chciałbyś może zgadnąć w przeciągu ilu sekund odbierają połączenia na komisariacie? – spytałam, unosząc brwi.
Irwin odwrócił się tyłem. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej. W odbiciu szyby widziałam jak przygryza dolną wargę, żeby nie wydusić z siebie nic, co mogłoby mnie obrazić. Wiedział, że przekreśliłby szansę na kolejną rozmowę. Był pewien, że sięgnęłabym wtedy po telefon i zadzwoniła na infolinię oznajmiając, że stoi przede mną Cień we własnej osobie. W duchu dziękowałam, że tym razem nie wybuchnął, bo przegrałabym kolejną walkę. Przecież blefowałam.
- Będę czekała na wiadomości – zawiadomiłam, po czym wyszłam z mieszkania.
Gdy tylko dotarłam do windy, oparłam się o ścianę. Zamknęłam oczy i wypuściłam powietrze wraz z całą goryczą, którą w połowie przelałam na Ashtona. Dotknęłam dłonią czoła, żeby sprawdzić jak bardzo rozgrzana jestem. Moje serce biło szybko i z ogromną siłą, jakbym przed chwilą przeszła przez starcie z seryjnym mordercą. W sumie to porównanie było dosyć trafione.
Nie umiałam się przełamać. Odezwanie się grzecznie, uśmiechnięcie się szczerze czy bycie w stu procentach szczęśliwą z jego obecności po prostu było niemożliwe. Niezależnie od tego, jak proste było osiągnięcie szczęścia, nie umiałam sobie na nie pozwolić. Bo ono wymagało wybaczenia, a wybaczenie nie przychodziło zbyt łatwo.
Znajdując się na zewnątrz, popatrzyłam tam, gdzie Ashton zawiesił swój wzrok kilka minut wcześniej. Ujrzałam zwyczajną piekarnię, o niezwykłej nazwie, która to zapewne przykuła uwagę Ashtona i pobudziła w nim myślenie. Zrozumiałam, że Irwin nie zastanawiał się nad Cassie. Zerkając na szyld i widząc napis „ Piekarnia Trefl „ szukał odpowiedzi na pytanie, co mogą znaczyć wysyłane karty, a raczej kto je nam śle.
~*~
Jeszcze kilka miesięcy temu śmiałabym twierdzić, że na świecie nie ma tak wielu oszustów, jak może nam się wszystkim wydawać. Z dnia na dzień przekonywałam się, że przez długi czas moja teoria była błędna, a ja sama żyłam w jednym wielkim kłamstwie. Dowodem był chociażby fakt, że otaczali mnie oszuści, z każdej możliwej strony.
- Jak to ma wolne, do cholery?! – wrzasnęłam, patrząc na grafik Willa, który pokazała mi w swoim komputerze Theresa – Mówił mi kilkakrotnie, że w czwartki ma dłuższą zmianę, a w piątki co dwa tygodnie szkolenia. Środy jego zdaniem miał wolne, ale rano zawsze bywał na siłowni. – przekazałam koleżance mojego byłego chłopaka wersję, którą mi sprzedawał i w którą naiwnie wierzyłam.
- Przykro mi, Cait – mruknęła Theresa, a potem zamknęła program z rozpiską funkcjonariuszy – Ten grafik pozostawał w takiej postaci od samego początku. Pamiętałabym, jeśli wprowadzałabym do niego zmiany, ale nic takiego nie robiłam.
- Co on wyprawia… - szepnęłam, zadając samej sobie pytanie, które zaczęło mnie nurtować.
Theresa usłyszała moje słowa. Przekręciła głowę w moim kierunku. Widziałam, jak przygryza od wewnątrz policzek, jakby powstrzymywała się przed powiedzeniem mi czegoś interesującego. Patrzyłam na nią dłuższą chwilę, chcąc wyczytać z jej twarzy, co może oznaczać dziwne zachowanie Willa. Dziewczyna jednak nie wytrzymała napięcia i postanowiła skomentować sprawę sama, bez moich próśb oraz błagań o jakiekolwiek wskazówki.
- Will od dawna wydaje mi się podejrzany – stwierdziła – Ciągle grzebie w aktach tego psychopaty Irwina, biega z jakimiś kopertami i dokumentami…
- On nie był psychopatą – wtrąciłam, poprawiając dziewczynę.
- Był, nie był, nieważne – blondynka machnęła ręką, dając mi wyraźnie do zrozumienia, że nie obchodzi ją jakim człowiekiem jest Ashton - Chodzi mi o to, że wkręcił się w jego życiorys, jak w dobrą książkę. Ciągle analizuje poszczególne fakty, doszukuje się drugiego dna. Często wychodzi wcześniej z pracy i gdzieś jedzie, ale nie do domu. No chyba, że na około, bo przez okno widzę, że wyrusza w przeciwnym kierunku. – wytłumaczyła.
Zmarszczyłam brwi. To rzeczywiście wydawało się podejrzane. Will stawał się dla mnie coraz to większym znakiem zapytania. Sądziłam, że dobrze go znam, a tak naprawdę kolejny raz dałam się podpuszczać. A przynajmniej na to wychodziło, bo  nie mogłam wysnuwać wniosków tylko z opinii Theresy. Być może panikowałam, ponieważ w moim życiu wydarzyło się zbyt wiele, abym mogła myśleć spokojnie. Albo miałam powód do obaw i wcale nie martwiłam się na zapas.
- Porozmawiam z nim na ten temat, kiedy nareszcie się skontaktujemy – powiedziałam nieco zażenowana. Teraz nawet Theresa wiedziała, że między nami nic nie jest w porządku, a wręcz przeciwnie – pomiędzy mną a Willem znalazła się spora bariera, oddalająca nas od siebie. Na moje nieszczęście, on należał do wielkiej grupy osób, które odgradzały mnie od siebie stawiając mur. Z dnia na dzień stałam się samotna.
- Czy coś się stało? – zapytała z troską – Może mogę ci w czymś pomóc.
Oczywiście, że mogła, przecież pracowała w policji. Jednak liczyłam, że to Willowi opowiem o swoich zmartwieniach, a nie jego koleżance z pracy, która o dziwo była dla mnie dostępna częściej niż on.
Zawahałam się. Przyszłam na policję w konkretnym celu, aby zgłosić porwanie. Mój tok myślenia zmienił się na kilka sekund tuż po tym, gdy okazało się, że Will nie jest człowiekiem, którego powinnam darzyć zaufaniem. Niemniej jednak pomoc była potrzebna, więc musiałam się przełamać i o nią poprosić. Bez znaczenia, czy zająć się tym miał ktoś dobrze mi znany lub nie.
- Moja przyjaciółka… - mruknęłam – Ona… ona.. porwali ją – wymamrotałam po cichu, żeby nie wstrząsnąć całym komisariatem.
Oczy Theresy rozszerzyły się do nienaturalnych rozmiarów. Zamarła. Nie wiedziała w jaki sposób się zachować, ani co robić. Nagle straciła całą policyjną wiedzę. Tym razem sprawa nie dotyczyła obcej osoby, a mnie – dziewczyny, którą kojarzyła, rozmawiała z nią i prawdopodobnie lubiła. To było dla niej coś nowego. Z trudem przychodziło jej opanowanie.
- Ale.. jak to?! Kto? Co? Dlaczego? – dopytywała, mrugając szybko.
- Nie mam pojęcia – odparłam – Chciałam, aby pomógł mi w tym Will, jednak on odciął się i…
- Nie masz do kogo się zwrócić – dokończyła za mnie – Mogę iść do szefa, ruszymy niebo i ziemię.
- Wolałabym tego nie robić – delikatnie zaprotestowałam – Porywacz się nie określił, nie wiem czego chce, być może zaangażowanie policji jest złym pomysłem. Chciałam, żeby Will działał sam… rozumiesz?
Blondynka skinęła głową, po czym wyciągnęła czystą kartkę papieru i sięgnęła po długopis.
- Imię, nazwisko, kiedy i gdzie ją ostatnio widziałaś, dane wrogów, numer rejestracyjny jej wozu, dane rodziców, opisz charakter…
Odpowiadałam na każde pytanie Theresy, a ona spisywała je w dokumencie. Obiecała, że zajmie się wszystkim na moich zasadach. Theresa wyglądała na inteligentną i zaradną dziewczynę pomimo że większość czasu dane jej było spędzać przy biurku, gdyż szef brał na większe akcje jedynie mężczyzn. Jej zostawiał raporty oraz inne nazywane przez nią „pierdoły”. Teraz miała okazję się wykazać. Z tego co spostrzegłam, wykonywała swoją pracę starannie. Wypytywała o wszelkie szczegóły, rozrysowywała wszystkie możliwe sytuacje, a także wypisywała podejrzane osoby. Jedna z nich w ogóle nie przyszła mi na myśl, natomiast jej owszem. Z ciężarem na sercu, drżącym głosem spytała:
- Czy uważasz, że Will mógłby być w to zamieszany?

Przytaknęłam, sama nie wiedząc dlaczego. Najwyraźniej moja ostrożność w towarzystwie z intuicją zwyciężyły. 
_____________________________

Przepraszam. Naprawdę ogromnie Was przepraszam za spóźnienie, zwłokę i nie wyrobienie się w czasie. Niestety, studenckie sprawy i zmęczenie pracą dopadły mnie nieco wcześniej niż myślałam. Mam nadzieję, że ta sytuacja się nie powtórzy.
Dziękuję, że czekaliście. Mimo że pisałam, iż dodam rozdział po przerwie, robię to wcześniej, bo był spóźniony.

GŁOSOWANIE NA BLOG ROKU 2014 JUŻ SIĘ ROZPOCZĘŁO. JEŻELI UWAŻACIE, ŻE CIEŃ ZASŁUGUJE NA PRZEJŚCIE DO NASTĘPNEGO ETAPU, WYŚLIJCIE SMS O TREŚCI J11212 NA NUMER 7122 (koszt 1,23zł) PIENIĄDZĘ Z GŁOSOWANIA IDĄ NA FUNDACJE WALCZĄCĄ Z PRZEMOCĄ "DZIECI NICZYJE". Wasze smsy więc nie idą na marne, bo to dość szczytny cel. :) CZAS DO 10-TEGO LUTEGO. GŁOS MOŻNA ODDAĆ TYLKO 1! (dziennie lub ogólnie, raczej dziennie) DZIĘKUJĘ ZA KAŻDY ODDANY GŁOS. To naprawdę miło, że angażujecie się i mnie wspieracie. Nigdy nie sądziłam, że zajdę z blogiem tak daleko. 

Dziękuję również za klikanie w reklamy, jeżeli nadal to robicie. (a robicie, bo widzę haha) Jestem mega, mega wdzięczna! 

Na razie robię mini przerwę ze względu na sesję egzaminacyjną. Widzimy się jakoś po 15tym lutego!

ps. Z niektórymi na pewno zobaczę się 13tego lutego na koncercie Eda Sheerana przed Torwarem bądź na płycie albo wcześniej w Złotych Tarasach około 13 na premierze 50 twarzy Greya! :) Nie mogę się doczekać!!

Pozdrawiam. xx