poniedziałek, 16 lutego 2015

Rozdział 23

muzyka: klik

Tik tak, tik tak, tik i tak… kolejne sekundy uciekały, a ja traciłam cenny czas w pracy, gapiąc się na zegar. Nie mogłam dłużej siedzieć w domu i chodzić od ściany do ściany zastanawiając się, jak idzie Theresie i czy Cassie jeszcze żyje. Obowiązki mnie nie opuściły, dalej pracowałam w biurze, byłam zmuszona do robienia zakupów, jak normalny człowiek i po prostu bycia w społeczeństwie. Konfrontacja z Ashtonem również gdzieś przejawiała się w dalszych moich losach, skoro zdecydowałam się na szantaż oraz manipulację. Uodporniłam się, a przynajmniej wmawiałam sobie, że tak właśnie zrobiłam. W rzeczywistości moje kolana nadal się uginały, gdy tylko nasze spojrzenia się spotykały, a serce biło dwa razy szybciej, kiedy zbliżał się do mnie lub mnie dotknął. Pracowałam nad swoim spokojem, ćwiczyłam wytrzymałość i utrzymywanie nerwów. Przy każdym nowym spotkaniu szło mi coraz lepiej. Robiłam postępy, tak sądzę. Toczyłam bitwę ze swoim sercem i każdym organem, który w jakiś sposób oddziaływał na obecność Irwina. Kiedyś był dla mnie, jak lek. Uzależniłam się od niego, stał się moim przyzwyczajeniem. Gdy zniknął, nadszedł czas, gdzie przymusowo musiałam przejść na odwyk. Teraz wystarczyło jedynie ten odwyk kontynuować, trzymać się określonych zasad i nie ustępować w żadnym wypadku.
Pogoda nie zachwycała. Na stalowo szarym niebie co chwilę pojawiały się błyski piorunów. Dało się również usłyszeć silne grzmoty. Padało. Co ja gadam, była ulewa! Próżno by wypatrywać jakichkolwiek śladów życia w tym miejscu, o tej godzinie i przy takim oberwaniu chmury. Patrząc przez okno udało mi się w ciągu pięciu godzin naliczyć tylko dwóch błąkających się ludzi, prawdopodobnie pijanych, którzy przypadkowo zboczyli z kursu i starali się znaleźć drogę do domu kręcąc się wokoło po nieznanym osiedlu.
Głośny stukot kropel deszczu o parapet przywołał mnie do porządku kilka minut przed końcem zmiany. Przysnęłam, można by powiedzieć, że znalazłam się w stanie hibernacji. Czuwałam z zamkniętymi oczami. W ciągu całego tygodnia przespałam może dwadzieścia godzin, co nie pozwalało mi normalnie funkcjonować za dnia, zwłaszcza w pracy. Wczoraj również nie zmrużyłam oka, a dziś można było zauważyć tego efekty.
Za dużo pytań błądziło po mojej głowie. Jedno z nich co chwila dobijało się do mojej głowy, chociaż wyrzucałam je z myśli udając, że nic mnie ta sprawa nie obchodzi. Okłamywałam jednak samą siebie. Zastanawiał mnie fakt, gdzie podziewał się Calum. Dopiero po wyjściu z mieszkania Ashtona przypomniało mi się, że liczba jego przyjaciół zmniejszyła się do dwóch. Mimo sposobu bycia Caluma i burzy wokół nas nie potrafiłam ukryć, że interesował mnie jego los. Nie widziałam go przez blisko cztery dni. Nie kręcił się z paczką, ani nie śledził mnie, bo gdyby to robił – nie kryłby się, a wparowałby do mojego domu oznajmiając, że na dzień dzisiejszy jest moim gorylem i nie obchodzi go to, że wcale mi się ta informacja nie podoba. A więc Calum stał się kolejną nierozwiązaną zagadką…
Korzystając z okazji otworzyłam na włączonym komputerze przeglądarkę internetową. Musiałam zabić jakoś te ostatnie kilka minut. Tuż potem miałam zobaczyć się z Willem, aby wyjaśnić kilka spraw, a później jechać prosto do Theresy. Zamierzałam zapytać Willa wprost, dlaczego kłamie, co wyprawia i czy ma cokolwiek wspólnego z zaginięciem Cassie. Może zwariowałam i porywałam się na ogromną głupotę, ponieważ mój były chłopak mógł okazać się przestępcą, ale nie chciałam dłużej zwlekać. Ostatnią rzeczą, jaką powinnam była robić to czekanie. Zbyt wiele razy potrzebowałam pomocy. Postanowiłam działać na własną rękę. Sprawdziłam swoją pocztę, ale nie znalazłam na niej żadnej wiadomości od Theresy. Liczyłam, że napisze chociaż dwa słowa odnośnie porwania Cassie, da mi nadzieję na jej odnalezienie, ale najwyraźniej sama niczego nie miała. Wystukałam więc na klawiaturze adres portalu informacyjnego, żeby sprawdzić najnowsze wiadomości. Być może w ostatnich dniach miało miejsce coś dziwnego, co pomogłoby mi w szukaniu przyjaciółki. Zanim strona załadowała się, zdążyłam obejrzeć pomieszczenie. Wszyscy popadli tutaj w monotonię, do której ja nie potrafiłam się przyzwyczaić. Zajęte miejsce przy biurku i robota papierkowa równająca się z nudą.
Sięgnęłam po kubek, zauważając, że jest w nim herbata. Upiłam łyk, kątem oka widząc pojawiające się informacje na komputerze. Wróciłam wzrokiem do monitora, a czytając nagłówek top tematu zamarłam. Zakryłam dłonią usta, aby niepohamowany krzyk nie rozbrzmiał w całym biurze strasząc resztę pracowników. Wydałam z siebie jedynie cichy jęk, ale on wyraźnie oddawał całe moje przerażenie, a także zaskoczenie.
„Logan Fletcher na wolności”. Ta krótka wiadomość wystarczyła, abym mogła zacząć panikować. Nie rozwijałam artykułu, nie chciałam wiedzieć więcej. Nieważne, czy zbiegł, a może został wypuszczony. On po prostu chodził teraz ulicami Sydney, prawdopodobnie mając ochotę mnie ukatrupić. Pragnienie, aby dołączyć do dręczącego mnie psychopaty i w najbliższym czasie posiekać mnie na kawałki, wykańczając mnie najpierw psychicznie na pewno buzowało w jego organizmie.
To na pewno on porwał Cassie. Tak wyglądała jego zemsta. Zamierzał krzywdzić osoby, które prawdziwie kochałam, żeby wykończyć mnie psychicznie. A potem zwabiłby mnie do jakiegoś miejsca rodem z horroru w celu zabicia. Musiałam więc go uprzedzić, przechytrzyć i pokonać. Musiałam go znaleźć i poznać jego zamiary. W szczegółach.
Wybiła ósma. Zerwałam się z fotela, stając na równe nogi. Wyłączyłam komputer, a właściwie udałam, że to zrobiłam ponieważ nie miałam czasu na nic więcej. Wzięłam swój płaszcz i rzuciłam się do wyjścia, opuszczając biuro niczym poparzona wrzątkiem. Nie miałam parasola, ale nie zamierzałam stać przed budynkiem czekając na Willa, który dziś miał mnie odebrać, bo zdecydował się oddzwonić widząc dwadzieścia nieodebranych połączeń, jakie mu zostawiłam poprzedniego dnia. Ruszyłam więc w kierunku ulicy, z której zazwyczaj nadjeżdżał. Bałam się tak po prostu stać pod budynkiem w bezruchu. Stanowiłabym świeży pokarm dla takiej hieny, jaką był Logan. Bóg jeden wiedział, gdzie ten człowiek aktualnie przebywał. Możliwe, że czaił się za jednym z krzaków, czyhając na odpowiedni moment.
Wybrałam na komórce numer Willa, ale nie odbierał, co nie było nowością, ale irytowało tak jak zawsze. Nie pozostało mi nic innego, jak nagranie się na pocztę głosową.
- Hej, tu Cait… - przedstawiłam się głupkowato zapominając że ma mój numer w swoich kontaktach - Idę w twoim kierunku, więc wypatruj mnie czy coś… - mój głos drżał - Przyjedź jak najszybciej. Will… To ważne. – I rozłączyłam się.
Niezdarnie szłam w szpilkach, wpadając na każdą możliwą kałużę. Było ciemno, ale przekonanie iż moje buty są w stanie krytycznym rosło z minuty na minutę. Przestałam się rozglądać, bo do mojej głowy wracały wszystkie sceny, które widziałam w horrorach. Otrząsnęłam się, kiedy nagle usłyszałam dźwięk chluśnięcia za plecami. Ktoś uderzył nogą w kałużę. Potrząsnęłam głową, uznając że przesłyszałam się. Uspokajałam samą siebie, żeby tylko nie siać niepotrzebnej paniki. Jeżeli spotkałabym kogoś po drodze, uznałby mnie za wariatkę uciekającą przed osobą, której za mną nie ma. Ale zesztywniałam, gdy następnym dźwiękiem słyszanym przeze mnie stał się gwizd. Wiedziałam, że tym razem to nie moja wyobraźnia, a spotkanie z diabłem we własnej osobie. Byłam pewna, że to Logan. Przyszedł po mnie.
- Jeśli zamierzasz mnie zabić, po prostu to zrób zamiast terroryzowania moich przyjaciół – powiedziałam, nie wykonując żadnego ruchu. Zamknęłam oczy, wyobrażając sobie dalszy ciąg naszego spotkania. Strzeli do mnie, albo dźgnie nożem – dwie opcje. No bo przecież nie przyjechał tu, żeby poukładać puzzle czy napić się kawy w moim towarzystwie. Do jasnej cholery! Wpadłam! Czekał na tą formę zemsty od dłuższego czasu, a teraz.. kiedy ma okazje, nie przepuści jej. Żadnej drogi ucieczki, ani pomocy ze strony ludzi. Nikogo nie było, a małe uliczki prowadziły do ślepego zaułka. Mogłam biec przed siebie z nadzieją, że wpadnę na przejeżdżającego Willa, który mnie uratuje. Ale swoje szanse oceniałam na nikłe. Trudno, widocznie właśnie tak miało przebiegać moje życie. Pogodziłam się z tym, byłam gotowa na odejście z tego świata. Niecierpliwiło mnie jedynie narastanie napięcia, które budował. Nie wiem, czemu czekał, jeśli miał pełne pole do popisu. A może jednak czuł potrzebę posiadania publiczności?
Śmiech. Wybuchł śmiechem. Ale to nie był jego śmiech, nie śmiech Logana.. Ten śmiech był bardzo znajomy. Tak znajomy, że krew w moich żyłach zawrzała.
- Kpisz sobie!? – wydarłam się, odwracając napięcie. Cała moja twarz poczerwieniała ze złości. Nigdy przedtem nie towarzyszyła mi tak ogromna chęć strzelenia Ashtona prosto w tą roześmianą buźkę. Przekraczał granicę, której tak naprawdę już nie było, jednak on się tym nie przejmował. – Mało  nie dostałam zawału, ty pieprzony idioto!
Ashton zgiął się w pół, nie mogąc powstrzymać śmiechu. Tak, to zdecydowanie było komiczne. Ja prosząca o szybką i w miarę bezbolesną śmierć. W duchu przygotowywałam się najgorsze cierpienie, a tymczasem on stał i czerpał z mojego strachu energię. Świetny żart. Adekwatny do sytuacji, w której wszyscy się znajdowaliśmy.
- Oh błagam, wiem, że lubisz odrobinę niebezpieczeństwa i przerażenia w swoim życiu – na jego buzi widniał szeroki uśmiech. Co za dupek.
- Jesteś głupszy niż myślałam – pokręciłam głową z niedowierzaniem – Jeżeli nie masz żadnych informacji dotyczących Cassie, daj mi spokój i następnym razem przywitaj się jak cywilizowany człowiek. Wiem, że to sprawia ci trudność – naśladowanie normalnych ludzi, ale postaraj się nie przyprawiać mnie o palpitacje serca. – poprosiłam, ale zwykłym tonem.
- Ścigają mnie listem gończym. Ciężko jest chodzić po świecie w dzień, gdzie każdy może mnie poznać, bo moja piękna twarz gościła na okładkach każdej gazety oraz w telewizji – wyjaśnił, wywracając oczami – Poza tym, zapomniałaś, o czym mówiłem ci ostatnio? – spytał, dotrzymując mi kroku, ponieważ zdecydowałam się kontynuować mój spacer w deszczu – Powiedz, że nic do mnie nie czujesz, a nigdy więcej nie stanę przed twoimi oczami. Pinky promise! – wyciągnął swój mały palec, mówiąc melodyjnie.
- Jesteś dziecinny i nudny, Ashton – burknęłam przyśpieszając, aby chłopak zniknął z mojego pola widzenia. Jego obecność odbierała mi masę energii, cierpliwości, powodując że brakło mi stalowych nerwów, w które uzbrajałam się cały dzień.
- A ty fałszywa – odparł, zatrzymując mnie. Odwróciłam się w jego stronę, patrząc pytająco. – Oh wybacz, myślałem, że to ten moment w którym wymieniamy wzajemnie swoje wady, a później stwierdzamy, że możemy je zaakceptować – powiedział, a moje ciało oblał nieprzyjemny gorąc. Miałam ochotę znów spoliczkować Irwina, dać mu porządny wycisk lub zrobić cokolwiek, żeby chociaż raz ugryzł się w język i zachował niektóre opinie dla siebie.
- Dlaczego uważasz, że jestem fałszywa, hm? – zapytałam, czym wygrał tą rundę. Sprowokował mnie do następnej kłótni.
- Nie sądziłem, że gustujesz w policjantach. – kąciki jego ust uniosły się - Raczej preferujesz gości takich jak ja – wypiął dumnie pierś, szczerząc się.
- Skąd możesz to wiedzieć? – mruknęłam, chwiejnym krokiem idąc w jego stronę - Bo wcześniej potrafiłam usnąć w twoich ramionach? Bo zadowalałam się twoimi pocałunkami? – dopytywałam, decydując się na zagranie w jego grę - Zaskoczę cię, teraz pragnę pocałunków Willa i to jego potrze…
- Kochasz go? – zapytał, ucinając mój monolog.
- Może – odparłam protekcjonalnym tonem.
- Czyli nie – odpowiedział, nie kryjąc zadowolenia z tego stwierdzenia.
Prychnęłam. Wyminęłam blondyna, dalej podążając wzdłuż ulicy.
- Co ty możesz wiedzieć o miłości, Irwin.. – szepnęłam z rezygnacją, odchodząc, jednak Ashton zdołał usłyszeć moje słowa.
- A ty? – krzyknął, powstrzymując znów moje kroki – Powiedz mi, co ty wiesz o miłości.
Patrzyłam jak stoi pewnie, krzyżując ręce i czeka, aż skuszę się na udział w dyskusji, dzieląc się swoją wiedzą na temat zakochania. A ja licząc, że kiedy odpowiem na zadane przez niego pytanie to nareszcie się odczepi, porwałam się na dalszą rozmowę.
- Wiem, że miłość jest wtedy, gdy pragniesz szczęścia drugiej osoby, nawet gdy nie ma w nim miejsce dla ciebie. Miłość jest umiejętnością rozstania. – zdefiniowałam pełna złości, mając nadzieję, że Ashton zauważy aluzję.
Blondyn zaczął zmniejszać dystans między nami, zbliżając się do mnie.
- Zgadza się – przyznał mi rację, będąc tuż obok. Byłam zaskoczona, że zrobił to z taką łatwością, bez rzucania kontrargumentu czy obelgi.
- Wniosek? – zapytałam, licząc że zrozumie.
- Twój facet jest idiotą, a między wami nie ma czegoś takiego jak miłość – odparł, unosząc mój podbródek, a ja wypuściłam powietrze zdziwiona, próbując zrozumieć jego sugestię – Powinien odejść, mając świadomość, że nigdy nie uszczęśliwi cię tak, jak robię to ja – wyszeptał do moich ust, złączając je następnie ze swoimi.
I wszystko co budowałam od kilku dni, rozpłynęło się w powietrzu. Smak pożądanych przeze mnie ust odcisnął się na moich wargach, przypominając mi o wszystkich szczęśliwie spędzonych chwilach. Po moich plecach przeszedł utęskniony dreszcz. Nie zauważyłam, kiedy oplotłam rękoma jego szyję. Jego dłonie spoczywały na moich ramionach, ściskając mocno moją skórę, abym nie śmiała mu uciec. Ani mi się śniło. Czułam, jakby pustka, którą nosiłam w sobie przez dłuższy czas została wreszcie wypełniona; w dodatku uczucie, które ją wypełniło sprawiało, że nie chciałam, by kiedykolwiek znikło. Dzięki niemu wszystko wydawało się naturalne i zwyczajne. Staliśmy na środku ulicy, całując się, przesiąknięci wodą, która spadała z nieba. I fakt, że następnego dnia obudzimy się chorzy nie miał znaczenia, bo byliśmy ze sobą, zaspokajając się wzajemnie swoją obecnością.
Ashton wykorzystał chwilę i wsunął swój język do moich ust, gdy tylko je rozchyliłam. Jego dłonie zsunęły się na moje biodra. Przyciągnął mnie do siebie, aby nasze ciała się stykały. Ciepło oblewało moje ciało. Czerwona lampka z napisem „Skończ to” zapaliła się w mojej głowie dopiero po kilku minutach, a wtedy odsunęłam się od Ashtona. Wytarłam dłonią swoje usta, spuszczając wzrok.
- Przestań – mruknęłam błagalnie, chociaż chciałam zabrzmieć stanowczo.
- Miłość to także związek pełen kłótni oraz łez Caitlin – wymamrotał przybliżając się do mnie. Splótł nasze dłonie i kontynuował budowanie chaosu w moim sercu. – Gdzie pomimo całego trudu nie poddajesz się i walczysz, bo wiesz, że tylko z tą osobą jesteś szczęśliwy, z  nikim innym – mówił oddychając szybko, jakby przebiegł maraton – Będę o ciebie walczył, choćbym miał to robić przez całe pieprzone życie. Bo nie miało ono dla mnie sensu, dopóki nie pojawiłaś się ty.
Ashton odsunął się, puszczając mnie wolno. Smutnym wzrokiem patrzył na mnie, idąc do tyłu prosto w ciemność, gdy ulice rozświetliły dwie lampy auta. Stałam oniemiała, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego słowa. Tak bardzo złościłam się na niego za tą całą zabawę. Pozwoliłam mu na to, aby mnie pocałował, na bajki, które mi wciskał. Łzy napłynęły do moich oczu. Ashton wchodził do mojego życia i wychodził, kiedy miał na to ochotę. Pojawiał się, a potem znikał. A ja poddawałam się wszystkiemu, dając mu pole do popisu. Bawił się mną jak lalką, bo wystarczył jeden jego dotyk i już byłam zaczarowana. Nie umiałam tego zatrzymać.
- Głupia – wygarnęłam sama sobie – Dajesz sobą pomiatać.
Wystarczył jeden gest, malutki ruch Ashtona, a ja już traciłam grunt pod nogami.
Mogłam na chwilę zapomnieć o przykrościach, ale nie umiałam wymazać ich całkowicie z pamięci. Dzięki temu uświadamiałam sobie, że dzieli nas zbyt wiele różnic. Nasze światy nie łączyły się ze sobą, żyliśmy według innych zasad.
Czarne BMW zatrzymało się obok latarni przy której stałam, najeżdżając na krawężnik. Will wysiadł z samochodu podbiegając do mnie. Jego dłoń zacisnęła się na moim nadgarstku. Nie zdążyłam skomentować jego zachowania, bo od razu zaatakował mnie natarczywymi pytaniami.
- Z kim rozmawiałaś? Widziałem kogoś! Jakieś kontury! Kto to był? Czy to Ashton? Albo któryś z jego kumpli?! – mówił szybko, ledwo go rozumiałam. Wyłapywałam słowa, w głowie układając zdanie. Wydawał się taki nabuzowany. W jego oczach widniał błysk, jakby światełko podniecenia. Sprawa Ashtona miała dla niego większą wagę niż cokolwiek, co dotyczyło mnie.
Pięknie, jeszcze tego brakowało. Policjant, którego ambicje przewyższały dobro swojej byłej dziewczyny. Miałam ochotę zakopać się pod ziemią.
Co tu dużo gadać? Tak, oczywiście, Will! To twój uciekinier, a mój dawny prześladowca, z którym jeszcze chwilę temu się całowałam! Wy kretyni, daliście się oszukać! Ha! Mamy was! A może… skłamać? Poprawka, złożyć fałszywe zeznania. Mogłam się założyć, że Will uznał naszą rozmowę za przesłuchanie i tuż po odwiezieniu mnie do domu zamierzał dodać każde zdanie wypowiedziane przeze mnie do akt.
- Caitlin, kto to był! – wrzasnął, potrząsając mną.
Moje serce pękało na milion kawałków. Mogłam sprzedać Ashtona i tym samym odpłacić się za wszystkie krzywdy lub pozwolić mu na kolejną burzę w moim życiu, chroniąc go i skrywając jego sekret. Komu ja miałam ufać? Co postawiłoby mnie w lepszej sytuacji? Wybierając którąkolwiek opcję skończę fatalnie. Poniosłabym konsekwencje nawet, jeśli wybrałabym dobro.
Ashton, Will, Ashton, Will, Ashton, Will…
Moje usta drżały. To tak, jak dokonywanie wyboru pomiędzy sposobem zabójstwa. Wolisz skok z mostu czy może dużą dawkę pigułek nasennych z alkoholem? Walczyłam sama ze sobą, co było najwyższą formą sztuki, a ja do wybitnych artystów nie należałam więc ponosiłam klęskę.
W końcu poszłam na żywioł, decydując się na popełnienie kolejnego błędu.
Uniosłam powieki. W moich oczach było pełno pogardy i złości.
- Nie, Will – odpowiedziałam prawie krzycząc – Cień jest martwy. Był, jest i będzie. – warknęłam – Przynajmniej dla mnie – burknęłam.
- Ale widzia…

 – Mógłbyś chociaż raz dać sobie spokój i zająć się ważniejszymi sprawami, jak na przykład stojącą przed tobą blondynką, którą ściga na co dzień wariat, a teraz stoi zalana łzami, bo jej przyjaciółka zaginęła – fuknęłam z wyrzutem, a on zamilkł, bo rzecz jasna o niczym nie wiedział – Musimy wyjaśnić sobie parę rzeczy.
Zamieniliśmy się rolami. Teraz to Will siedział na miejscu przesłuchiwanego.
__________________________

Guess who's back.. back.. back.. :> Rozdział taki trochę przejściowy, bo niezła akcja zacznie się już w następnym :D
Pragnę Wam podziękować za ponad trzysta głosów w konkursie na Blog Roku 2014! Jest mi niezmiernie miło, że poświęciliście chwilę i wydaliście te 1,23 wspierając fundację oraz mnie. Jesteście wspaniali! Obiecuję Wam wynagrodzić to w jakiś sposób.
Szkoda tylko, że pojawia się coraz mniej komentarzy. Mam wrażenie, że coś robię nie tak... Jeżeli tak jest - napiszcie mi o tym, proszę! Wasza opinia jest najważniejsza, pamiętajcie!

Poproszono mnie, aby wspomnieć o pewnej bardzo ważnej akcji. Chodzi o "Ratowanie Świata". Ja wpadłam na stronę i wkręciłam się niesamowicie! Wy też powinniście. Zajrzyjcie na FANPEJDŻ
Do napisania!

Dla ciekawych... już po mojej sesji. Prawdopodobnie nie zaliczyłam jednego przedmiotu, ale nie mam jeszcze wyników. Anyway, myślałam, że będzie gorzej! ;) 

ps. Dziękuję za klikanie w reklamy! Jeśli Wam się nudzi- śmiało :) Jeśli nie macie ochoty - nie zmuszam! :)
ps2. DZIĘKUJĘ ZA TYLE WYŚWIETLEŃ NA BLOGU, WATTPAD POD CIENIEM I PUŁAPKĄ SKAJHDKAHDKASHKDHAHDKA ILYSM

Wyniki konkursu na Blog Roku 2014, około 23 lutego. :)