wtorek, 22 listopada 2016

Rozdział 7


Addelaine modliła się, aby to był żart. Nawet zaśmiała się, jednak kiedy zauważyła, że obaj mężczyźni patrzą na nią dosyć poważnie, zamilkła. To co powiedział Michael było prawdą, a ona dopiero teraz zdawała sobie sprawę, w co się wpakowała. A gdy już wszystko zrozumiała, ogarnęła ją złość.

Wyszła ze swojego gabinetu, a Dave wyskoczył tuż za nią, niczym poparzony i próbował ją dogonić. Pognała prosto do gabinetu swojego szefa, nie mogąc się doczekać, aż wejdzie za nią, zamknie drzwi, a ona rzuci na jego biurko dokumenty dotyczące swojego już byłego - jak postanowiła - klienta, a potem zaserwuje swojemu szefowi siarczystego policzka i... po prostu wyjdzie. Ale gdy pierwsze planowane kroki doszły do skutku, a ona znalazła się w pokoju Dave'a, reszta planu poszła na marne. Spojrzała na jego zmęczone oczy, zmarszczki na czole, zjeżdżające z nosa okulary i to wystarczyło, aby przypomniała sobie, jak wiele ten człowiek dla niej zrobił oraz ile lat już trzymają się razem. Nie była w stanie potraktować go, niczym zwykłego przechodnia, który rzucił w jej stronę obelgą lub oblał kawą. Dave był dla niej, jak drugi ojciec.

Brunetka uderzyła płaską dłonią w biurko swojego szefa, serwując mu mało przyjemne otrzeźwienie. Jej zachowanie mówiło samo za siebie. Dave nie musiał pytać, doskonale zdawał sobie sprawę, że Addelaine dowiedziała się o jego małym niewinnym sekrecie i nie zamierza mu łatwo odpuścić.

Adwokatka położyła na stolik akta Ashtona, po czym zrezygnowana rzekła.

- Dziękuję za współpracę.

Nic więcej nie potrafiła z siebie wydobyć. Była zła, zawiedziona i urażona faktem, że Dave zataił przed nią tak istotną wiadomość. Może w innych okolicznościach nie poddałaby się tak, jak robiła to w tym momencie, ale potrzebowała zachować swoją godność.

- Dostrzegasz w nim to samo, co ja.. – powiedział powoli, powstrzymując ją przed wyjściem – Addelaine, może twój umysł podpowiada co innego, ale serce aż wrzeszczy, że Ashton jest niewinny. Współczujesz mu, tak samo jak ja.

Zagotowała się ze wściekłości. Jak Dave mógł sugerować, że darzy Ashtona jakimikolwiek uczuciami? Współczuciem? Z jakiego powodu? Ponieważ zabił kilkanaście osób, a o zabójstwo kolejnych kilkunastu wciąż jest podejrzewany?

- Rozumiem, że jesteście rodziną, ale to pieprzony morderca, który nie może uniknąć kary! – warknęła oburzona zachowaniem swojego szefa. Ale jej krzyki i opinie nie przynosiły rezultatu. Dave pozostawał nieugięty.

- Popełnił jeden ogromny błąd, za który płaci już kilka lat i wierz mi, Addelaine... Nie płaci za to, za co oskarża go prokuratura – odparł z opanowaniem, chociaż w jego głosie Levinson dostrzegła urazę.

Niechętnie zajęła miejsce tuż przy jego biurku. Dłonie wsunęła między uda, aby przełożony nie mógł zobaczyć jej zdenerwowania, chociaż wystarczył sam ton głosu Addelaine, żeby stwierdzić, iż ta kobieta była niczym wulkan, który za moment miał eksplodować. Z początku cicha, próbująca spokojnie wyjaśnić swoje racje, a później wrzeszcząca na całe biuro wariatka, mówiąca wszystko, co przyjdzie do głowy.

Rzuciła Dave'owi nieco poirytowane spojrzenie, a później skrzyżowała ręce na piersi i założyła nogę na nogę. Czekała na więcej; więcej bzdur, które miały przekonać ją do zostania i kontynuowania sprawy Cienia, ale w tej chwili nie przewidywała jakiegokolwiek argumentu, który mógłby zmienić jej zdanie i powstrzymać przed rzuceniem roboty.

- On nie chce współpracować – wyjaśniła nieobecnym tonem, zawieszając oko na zegarze. Mimo że Ashton powoli przekonywał się do pracy z adwokatem, Addelaine skreśliła go na zawsze, za co mógł dziękować wujowi. Szukała teraz jakiegokolwiek uzasadnienia odrzucenia sprawy Cienia.

- Przekona się do ciebie – stwierdził Dave – Oboje jesteście specyficzni.

Brunetka wstała z krzesła, zabrała swoją torebkę i skierowała się do wyjścia, rzucając na odchodne krótką, stanowczą i ostateczną odmowę.

- Nie.

Już pociągała za klamkę, gdy Dave postanowił jeszcze raz spróbować swoich sił i zatrzymać kobietę.

- Podobno nigdy się nie poddajesz – przypomniał jej – I walczysz o niewinnych.

Addelaine przystanęła, po czym odwróciła się, aby ostatni raz zaszczycić szefa swoim obojętnym spojrzeniem.

- Właśnie – przytaknęła – Walczę o niewinnych.

Mężczyzna odprowadził Addelaine wzrokiem, a gdy trzask drzwi dobiegł do jego uszu, westchnął cicho. Ona była jego jedyną nadzieją, niegasnącym płomieniem. Jednak teraz, płomień przyćmiły sekrety.

Skierowała się do windy, do której później weszła, a gdy drzwi zsunęły się, a maszyna ruszyła w dół, Addelaine oparła się o ścianę i wzięła głęboki wdech. Nigdy przedtem nie oddawała żadnej sprawy, nie sądziła, że to taki wielki ciężar spadający na barki. Zdawałoby się, że powinna poczuć się lepiej po rozmowie z Davem, ale prawdę mówiąc... czuła się o wiele gorzej, jakby poszła na łatwiznę i odrzuciła zabawkę w kąt. Czy to możliwe, aby miała wyrzuty sumienia z powodu Ashtona? Czy samej siebie?

Drzwi otwarły się na ostatnim piętrze parkingu, przez który zazwyczaj wychodziła z budynku. Szybkim krokiem skierowała się ku wychodzącej ulicy, kiedy niespodziewanie usłyszała za sobą tupot szpilek. Przystanęła, a potem odwróciła się, jednak nikogo nie dostrzegła. Uznając, że to zwykłe omamy, ponownie ruszyła w stronę wyjścia, aczkolwiek dodatkowym wolnym i dziwnie nierównym krokom towarzyszyły głosy.

- Addie... - szepnęła jakaś kobieta – Addelaine.

Levinson stałanęła niczym zamurowana. Znała ten głos bardzo dobrze. Właściwie, słyszała go za każdym razem, gdy pojawiała się w biurze.

- Clarissa? – zapytała brunetka.

- Przepraszam – wyszlochała – On mnie zabije, jeżeli tego nie zrobię.

Młoda dziewczyna zrobiła krok do przodu, wychodząc z ciemności, za którą się ukrywała. Levinson patrzyła na sekretarkę szeroko otwartymi oczyma. W jej dłoni spoczywał pistolet – mały, zgrabny, ciemny i odbezpieczony. W przeciągu tych kilku sekund Addelaide zdążyła obejrzeć go pod każdym względem. Później zerknęła na Clarissę Fitch, przerażoną i roztrzęsioną. Blada cera zlewała się ze ścianą obok której przystanęła. Jej ręce drżały, przez co ledwo utrzymywała broń. Addelaide śmiało stwierdziła, że nigdy przedtem nie posiadała tak niebezpiecznego narzędzia.

Stała spokojna, pewna siebie. Nie raz zdarzały się sytuacje, gdzie jej życie stało na włosku, a ona pomimo strachu musiała zachować zimną krew. Bicie jej serca może trochę przyśpieszyło, nic poza tym. Przełknęła ślinę wypełnioną wątpliwościami i wyprostowała się. Wzięła głęboki wdech, po czym przeszła do etapu walki o życie, czyli rozmowy.

- Clarisso, niczego nie musisz robić – powiedziała stanowczo, wysuwając w przód obydwie dłonie – Powoli opuść pistolet, a potem połóż go na ziemi.

Po słowach Levinson, dziewczyna ryknęła płaczem, niczym małe dziecko.

- Nie mogę! – wrzasnęła – Nie mogę!

Brunetka zacisnęła pięści powtarzając sobie w głowie, że nie może dać emocjom wygrać.

- Kto ci kazał? – zapytała, ale drobna blondynka nie odpowiadała – Kto?! – powtórzyła.

- Z...Znasz... go... - wydukała – Nie osobiście, ale znasz...

- Jak się nazywa?

- On jest... On jest...

A więc był mężczyzną. Ten fakt rozwiewał wiele wątpliwości.

- Kim? Kim Clarisso?! – Addelaide prawie wrzeszczała na koleżankę z pracy, chcąc tylko poznać prawdę. Nagle odpowiedź pani Fitch stała się ważniejsza niż jej życie. Nawet w takiej sytuacji Addelaine stanęłaby na głowie, aby dowiedzieć się wszystkiego i znaleźć sens tego całego dramatu. O mały włos, a wywróciłaby oczami znudzona tą szopką, byleby przejść do części w której dostaje klucz odpowiedzi. Czasami pytania i odpowiedzi mąciły jej w głowie do tego stopnia, że nie odróżniała priorytetów i poświęcała każdą rzecz, a także osoby dla kariery.

- Twoją... - mruczała pod nosem – Przeszłością – rzuciła smutno – A teraz będzie teraźniejszością.... Jeśli nie zostawisz go w spokoju.

Levinson zmarszczyła brwi. Ta sprawa miała drugie dno. Dotyczyła większej ilości osób niż przewidywała. Przynajmniej utwierdziła adwokatkę w przekonaniu, że do wróżki jej daleko i nie może zgadywać. Potrzebuje wskazówek i dowodów.

- Nie zostawię kogo? – Wciąż dopytywała kompletnie zapominając, że jest ofiarą. Sekretarka Dave'a celowała w jej głowę, a ona zupełnie zignorowała ten fakt, jakby było jej obojętne czy strzeli. Nie dbała o swoje życie, już nie.

- Cie...

Nagle ostry huk odbił się echem, a okno pierwszego piętra parkingu roztrzaskało się na małe kawałeczki. Malutka kula przebiła się przez szybę, pędząc z prędkością światła w kierunku Clarissy Fitch. Addelaine zdążyła krzyknąć i wyciągnąć rękę, jakby chciała ruszyć do biegu, ale było za późno. Nie mogła mierzyć się z taką szybkością. Wszystko działo się w przeciągu dwóch sekund. Pocisk uderzył w głowę blondynki, a jej udało się jedynie głośno westchnąć. Następnie ciało z impetem runęło na ziemię, a na podłodze pojawiła się plama krwi. Serce kobiety przestało bić, a ona zapadła w wieczny sen.

Addelaine oparła się o filar, dłoń przyciskając do swojej piersi. Poczuła ucisk w klatce piersiowej i pulsacyjne bóle. To nie tak, że nigdy nie widziała martwego ciała. Ta śmierć nią wstrząsnęła. Nie umiała zapanować nad sobą. Nie rozumiała niczego, co przed chwilą miało miejsce. W głowie analizowała sytuację kilkakrotnie, ale nadal nie wysuwały się żadne wnioski. Clarissy zadaniem było ją zastrzelić bądź zastraszyć, a tymczasem ona sama dostała kulkę w łeb. To nie ona miała leżeć na zimnej podłodze, to nie z jej ciała miała spadać temperatura. Coś poszło nie tak, coś poszło nie po jej myśli....

Nie, nie jej myśli.

Jego myśli.

Pytanie pozostawało tylko jedno, czy morderczym 'Nim' była osoba, którą Addelaine usiłowała dorwać przez ostatnie lata?

Rozdział 6



Addelaine stała przy dużej tablicy korkowej i doczepiała do niej kolejne zdjęcia. Starała się połączyć pewne fakty i powiązać wydarzenia sprzed kilku lat na własną rękę. Odczepiła czerwoną nić od pinezki i przeciągnęła do zdjęcia po przeciwnej stronie tablicy, gdzie zahaczyła ją o cienką igiełkę, która utrzymywała porwaną kartkę z gazety, z fragmentem ważnego dla kobiety tekstu. Odsunęła się nieco od tablicy, aby obejrzeć ją w całości. Powoli brakowało już miejsca na nowe zdjęcia oraz urywki z gazet, a droga do rozwiązania była naprawdę długa. Analizowała każdy mały szczegół, czytała kilkanaście razy ten sam artykuł, próbowała oznaczyć mapę miasta odpowiednio, aby przyniosło to jakiś efekt, jednak bez zmian. Jej indywidualne śledztwo szło na marne. Przynosiło tylko więcej bólu i przywracało wspomnienia...


Brunetka stała przy szpitalnym łóżku, opierając się o jego ramę. Z oczu strumieniami płynęły łzy, których nie sposób był zatrzymać. Patrzyła na leżącego bladego chłopaka, na jego chude ręce, siną obitą twarz i opuchnięte oczy. Ledwo utrzymywała się na nogach. 

- Obiecaj mi coś.. - wydukał - Nie będziesz go szukać.

- Jak w ogóle możesz prosić mnie o coś takiego?! - oburzyła się.

- Addie, nie rób sobie problemów.

Brunetka uścisnęła jego dłoń, posyłając mu troskliwe spojrzenie.

- Nie myśl teraz o tym - uśmiechnęła się słabo i otworzyła usta, aby coś powiedzieć, jednak on jej przerwał.

- Proszę, obiecaj mi... - szepnął - Oboje wiemy, że z tego nie wyjdę... Obiecaj mi Addelaine. Tylko tego potrzebuję, żeby... żeby...

"Żeby odejść ze spokojem" - dopowiedziała w myślach, a wtedy jej oczy zaszkliły się. Nie umiała przez to przebrnąć. Nie potrafiła zaakceptować okrutnej rzeczywistości. Nie chciała pogodzić się z tym, że właśnie żegna swoją bratnią duszę. Jej serce łamało się na małe kawałeczki, a całym ciałem targała rozpacz i złość. Jedyne czego pragnęła, to śmierci tego, który stał za tym wszystkim. To on skrzywdził jego... i ją. Zrujnował wszystko. I nie była w stanie myśleć inaczej. 

Oddychał ciężko, powoli. Jego serce słabło z każdą sekundą. Patrzył na brunetkę i zapamiętywał każdy szczegół. Jej idealnie proste włosy w kolorze kasztanów, piękne ciemne oczy i ten szeroki uśmiech, którym zawsze go obdarowywała. Przypominał sobie jej śmiech, a także słowa pełne szczerości i szczęścia, jakim zawsze go zasypywała. Odsuwał w niepamięć wady, a powtarzał w głowie jej zalety. Czuł ból, widząc jak siedzi i zalewa się łzami, w dodatku z jego powodu. Chciał, żeby wszystko potoczyło się w inny sposób, jednak nie wyszło tak, jak planował. Zgubiła go nadzieja oraz zaufanie, do ludzi, którym ufać nie powinien.

I zaklinał się, właśnie teraz, że nie może cofnąć czasu. Bił się w pierś, bo traktował ją tak, jak nie powinien nigdy traktować kogoś, kto stał za nim murem. Okłamywał, odsuwał od siebie i wybrał złą drogę, przez co... znalazł się w złym miejscu. I płacił za to sporą cenę. 

- Addelaine... - wymamrotał - Proszę...

- Obiecuję - rzuciła od niechcenia, aby przestał błagać. 

Nie sądziła, że naprawdę tylko na to jedno słowo czekał. 

Brunet zamknął oczy, po czym westchnął głęboko. Samotna łza spłynęła po jego policzku. Uścisk dłoni stawał się coraz lżejszy. Addelaine uniosła głowę i spojrzała na niego jeszcze raz. Jej oddech przyśpieszył.

Długi nieprzerywany dźwięk rozbrzmiał w sali. Wiedziała, co to oznaczało.

Patrzyła na jego twarz, nawet nie mrugnąwszy. 

- Obiecuję, że za to co ci zrobił, spotka go kara - warknęła ostro, a w jej głosie było słychać tętniącą nienawiść - Obiecuję. 


Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Brunetka szybko naciągnęła mapę miasta tak, aby nie było widać jej tablicy śledczej i wróciła za biurko. Poprosiła gościa o wejście, gdy tylko zajęła swoje miejsce. Szybko zebrała z blatu stołu pinezki i schowała je do szuflady. 

W progu drzwi ukazał się mężczyzna ubrany na czarno. Pod dużym kapturem skrywał swoją twarz. Na nogach miał mosiężne buty, przypominające wojskowe. Delikatnie zgarbiony, wolnym krokiem wszedł do gabinetu i zatrzasnął za sobą drzwi. Serce Addelaine zabiło dwa razy szybciej, na widok podejrzanego człowieka. Dłoń wsunęła do szuflady, aby chwycić pistolet. Skrywała go w gabinecie na "czarną godzinę". Być może zdawała się być optymistycznie nastawiona lub pewna siebie, ale była również ostrożna i stąpała twardo po ziemi. Wiedziała, z czym się zmaga i jak bardzo niebezpieczna jest jej praca. A jak to mówią, przezorny zawsze ubezpieczony.

- Panno Levinson... - burknął tak cicho, że Addelaine podejrzewała, iż powiedział "Zaraz zginiesz", chociaż nie miało to w ogóle sensu. 

Kobieta zmarszczyła brwi, wciąż patrząc na tego dziwnego człowieka.

- Coś ty za jeden? - zapytała ze spokojem.

Mężczyzna zdjął kaptur i ukazał swoją twarz. Miał lekki zarost, średniej długości strzępione włosy idące każdy w swoim kierunku w kolorze czerni z kilkoma prześwitami blondu i ciepłe spojrzenie. Po lewej stronie nosa spostrzegła srebrny kolczyk. Wydawał się nieco zmieszany. Rozglądał się po pomieszczeniu, unikając jej wrogiego spojrzenia, którym śmiała rzucać na lewo i prawo. Cóż mogła robić, jeżeli obcy człowiek, w dodatku tego rodzaju wpadł do jej gabinetu, zachowując się prawie, jak seryjny morderca?

- Michael - odparł - Michael Clifford. 

- Świetnie, panie Clifford - powiedziała - Ale potrzebuję więcej informacji, aby stwierdzić czy powinnam wzywać ochronę, czy może nie.

Mężczyzna uniósł ręce, jakby w geście poddania, od razu błagając, żeby nie wzywała ochrony.

- Jestem przyjacielem Ashtona - wyjaśnił, a Addelaine wysunęła wtedy dłoń z szuflady i zamknęła ją, wiedząc, iż jest bezpieczna.




~*~




Kobieta rozłożyła ręce przechodząc na drugą stronę pomieszczenia.

- Robię, co mogę, panie Clifford - odezwała się w końcu - Ale nasza współpraca to ogromne wyzwanie.

- Domyślam się, Ashton nigdy nie należał do łatwych przypadków - powiedział wyrozumiale - Czy jest w ogóle szansa na to, aby wyszedł?

- Oczywiście, że jest szansa na to, aby wyszedł - odparła - Jednak to nie oznacza uniewinnienia. Poza tym, proces jest tą łatwiejszą częścią. Najpierw pan Irwin musi zacząć współpracować i grać z nami w tej samej lidze, a z tym akurat mamy duży problem.

- On dużo przeszedł.

- Każdy przeszedł przez coś, co go zmieniło - mruknęła niespokojnie, a potem dostrzegła w swoich słowach oczywistą sugestię w kierunku samej siebie. - Muszę wiedzieć, jak do niego dotrzeć. 

Addelaine usiadła na krześle i rozłożyła przed mężczyzną dokumenty Ashtona. Podsunęła mu jego akta, z nadzieją, iż on znajdzie haczyk, dzięki któremu Irwin zacznie gadać. Wziął do ręki kilka kartek i niechętnie zaczął je przeglądać. Wiedział, co może zrobić, aby jego przyjaciel zaczął rozmawiać z adwokatką, ale uznawał to za zbyt ryzykowne. W dodatku sam musiał podejmować decyzję, bo tylko on został w mieście. On jedyny zainteresował się losem przyjaciela, nikt inny. A to sprawiało mu ogromną trudność. Niegdyś wszyscy wspólnie decydowali o każdej sprawie, a teraz nie miał nikogo, do kogo mógł się zwrócić. 

Brunetka natomiast przerzucała kartkę po kartce. Śledziła tekst wzrokiem, ale za każdym razem widziała to samo - wielkie nic. Ogromny znak zapytania. Nie znała Ashtona, był jej kompletnie obcy, więc nie znała sposobu, którym mogłaby go podejść. Jej kołem ratunkowym okazywał się właśnie Clifford. Sądziła, że da jej odpowiedź o wiele szybciej niż po pół godzinnym śledztwie dokumentów, jednak cieszyła się, że w ogóle cokolwiek powiedział.

- Niech pani poruszy temat Caitlin Teasel - rzucił cicho, jakby chciał, żeby jednak go nie usłyszała.

Kobieta uniosła wzrok, spoglądając na niego pytająco. Rzadko kto umiał ją zaciekawić jednym zdaniem, a jednak Cliffordowi się to udało. 

- Kim jest Caitlin Teasel? - zapytała.

- Ona jest... 

W tym samym czasie, do jej gabinetu ponownie otworzyły się drzwi, a w progu stanął sam Dave. Niósł stertę dokumentów, które mogłyby przydać się w sprawie Ashtona Irwina. Jego serce omal nie stanęło na widok mężczyzny, który siedział na fotelu u jego pracownicy. Obaj patrzyli na siebie z niedowierzaniem, nie mogąc wydusić z siebie, ani jednego słowa. Wyglądali tak, jakby zobaczyli ducha, zwłaszcza Dave. Zbladł, a włosy stanęły mu dęba. Nie w ten sposób wyobrażał sobie ich spotkanie, a już na pewno nie w tym czasie.

- Dave.

- Michael.

Addelaine stała równie zaszokowana, jak oni. Zmarszczyła czoło, oglądając zapatrzonych w siebie mężczyzn i zastanawiając się, co właśnie miało tutaj miejsce. Jakim cudem się znali? Skąd takie zdziwione przywitanie? Dave nigdy nie prowadził sprawy Cienia, więc to nie miało sensu. No chyba, że to właśnie Michael przyszedł do niego prosić o ratowanie Ashtona.

Brunetka stanęła pomiędzy dwoma gośćmi mierząc ich wzrokiem.

- To wy się znacie? - spytała, a po chwili Michael rozwiał jej wszelkie wątpliwości.

- To wuj Ashtona.

Rozdział 5



Słońce zakradało się do kuchni przez okno, kiedy Addelaine parzyła kawę. Dochodziła siódma rano, a to była jej już czwarta kawa począwszy od godziny pierwszej. Co jakiś czas obiecywała sobie, że po tym paragrafie pójdzie spać, jednak zawsze kończyła w tym samym miejscu, przy tej samej czynności. Oczy miała podkrążone, zaspane i proszące o chwilę przerwy. Jej dłonie drżały z powodu ilości kofeiny, jaką dostarczyła organizmowi.

Jakimś szalonym cudem dostała się do kuchni, aby zafundować sobie kolejną dawkę pobudzenia. To nie był koniec dnia, a sam początek. Musiała w szybkim tempie stanąć na nogi, żeby móc jechać do Ashtona, dać mu porządną reprymendę i sprowokować do gadania. Z tego też powodu wyjęła z szuflady również tabletki uspokajające, które wrzuciła do torebki zanim ktokolwiek by ją przyłapał na gorącym uczynku. Inaczej nie byłaby w stanie przebrnąć przez ten dzień, gdzie po raz dwunasty jej obowiązkiem było zmierzyć się ze swoim klientem.

- Addie? – usłyszała za swoimi plecami delikatny głos, który zakłócała lekka chrypa – Przyzwyczaiłam się do twoich porannych rewolucji w domu, ale o siódmej rano zazwyczaj wstawałaś, a pół godziny później przygotowywałaś śniadanie.

Brunetka westchnęła zrezygnowana, bo wiedziała, że skoro już została przyłapana na gorącym uczynku, była zmuszona złożyć współlokatorce wyjaśnienia. Odwróciła się, a jej oczom ukazała się wysoka kobieta, o ciemnych niczym noc długich włosach i pięknej pulchnej twarzy. Wczorajszy makijaż jeszcze widniał na jej brązowiutkiej skórze, a nos zdobił złoty kolczyk, którego wcześniej Addelaine nie zauważyła. Widywały się dosyć rzadko, z powodu innych godzin pracy, być może dlatego nie spostrzegła nowej zdobyczy Charlotte. Stała w szlafroku zakrywającym jej piżamę, dzięki czemu Addelaine mogła wywnioskować, iż ostatnia noc nie należała do najgorszych lub zdaniem koleżanki z mieszkania „najlepszych", bo zdołała się przebrać. Około trzeciej nad ranem słyszała jeszcze śpiew Charlotte, ale po pół godzinie nastała cisza. Widocznie wrzeszczenie tekstu piosenki „Call me maybe" przestało być interesujące i zasnęła.

- Nie miałam tak zabawnego wieczoru, jak ty – odparła, może z nutką zazdrości w głosie. Addelaine nie stroniła od rozrywki, jednak pracując w takim zawodzie nie mogła sobie pozwolić na zupełną obojętność wobec dziejących się rzeczy. Zawsze musiała się kontrolować, a to już nie sprawiało takiej przyjemności, jak kompletny odjazd i płynięcie razem z falą. Co bardzo godziło w jej serce.

- Czy w ogóle spałaś? – zapytała Charlotte drapiąc się po głowie, jakby chciała zebrać swoje myśli i wspomnienia do kupy – Słyszałam przez sen jakieś stukanie... A może to był budzik?

Levinson uśmiechnęła się pod nosem. To z pewnością był budzik, krzyczący na Charlotte, aby wstała wreszcie, bo za godzinę idzie do pracy. Ale ona znowu go olała i zwyczajnie wyłączyła tak, jak telefon, kiedy jej szef zadzwonił godzinę później zapytać, czemu nie zjawiła się w biurze. Ciekawe, dlaczego jeszcze nie została wyrzucona – pomyślała Addelaine.

- Kolejne groźby? – Charlotte zerknęła na Addie, która obojętnie wzruszyła ramionami nawet nie patrząc na współlokatorkę, czy na kosz do którego wyrzuciła znalezione dziś rano listy. Czarnowłosa wyciągnęła ze śmietnika papierki i zaczęła kolejno przeglądać wiadomości, jakie zostały nadesłane do adwokatki. – Jak długo jeszcze będziesz to ignorować?

- Charlotte, doceniam twoją troskę – rzuciła krótko Addelaine, wyraźnie poirytowana – Ale tak długo, aż w końcu dasz temu spokój. To tylko głupie wycinane literki poprańców, którzy myślą, że cokolwiek wskórają. 

- Tym razem jest inaczej – odparła – Bronisz człowieka, który ma większą liczbę wrogów niż jest miejscowości w Stanach Zjednoczonych.

Addelaine przelała gotową kawę do kubka termicznego, po czym zamknęła go szczelnie i chwyciła w dłoń. Zwróciła się w stronę towarzyszki i ruszyła w stronę drzwi z uśmiechem na ustach. Przechodząc obok kobiety, zatrzymała się na kilka sekund, aby odpowiedzieć na jej stwierdzenie.

- Żyjemy w Australii, więc porównanie jakiego użyłaś nie ma dla mnie znaczenia. – szepnęła brunetka, a potem oddaliła się, podążając prosto do swojego pokoju, żeby wrócić do analizowania sprawy.

- Addelaine, jesteś w większym niebezpieczeństwie niż kiedykolwiek byłaś, zdajesz sobie z tego sprawę?

- Skąd możesz to wiedzieć, Charlotte?

- Wystarczy mieć świadomość, jak wielkim przestępcą jest Ashton Irwin.

- Był – poprawiła ją – Teraz zmienił się i pracuje na wyjście.

- Ty tak uważasz, nie społeczeństwo.

- I to właśnie powód, dla którego tutaj jestem – uśmiechnęła się Levinson, unosząc brwi – Żeby przekonać społeczeństwo do swoich racji.

- Dlaczego jesteś tak cholernie uparta! - wrzasnęła Charlotte, nie mogąc dłużej udźwignąć twardego zdania Addelaine. Była niczym mur nie do przebicia. Cokolwiek miałoby się wydarzyć, jeżeli coś postanowiła - zamierzała to zrobić. 

- Zadaję sobie to samo pytanie, kiedy chodzi o ciebie - mruknęła pod nosem, aby współlokatorka przypadkiem nie usłyszała jej komentarza. Udając zignorowanie, uśmiechnęła się ciepło w jej kierunku i kiwnęła głową na pożegnanie. Sięgnęła po torebkę i zaczęła zmierzać ku wyjściu.

- Sprawa Cienia odbije się na tobie! - Charlotte próbowała zatrzymać ją każdym słowem, jednak kobieta w ogóle nie słuchała jej przestróg. 

- Byle pozytywnie! - znalazła dobrą, ale trochę złośliwą odpowiedź na poradę dziewczyny. Aby nie jej nie urazić, przystanęła i odwróciła się w jej kierunku, posyłając ciemnowłosej troskliwe spojrzenie - Daj spokój, jest wielu takich jak on, a nawet gorszych. 

Charlotte ruszyła w stronę Addelaine, również zniżając ton głosu. Nadal jednak denerwowała się, a także martwiła faktem, iż jej przyjaciółka w ogóle nie przejmuje się konsekwencjami obrony takiego złoczyńcy, jakim jest Cień. W głębi duszy czuła, że przyniesie to same kłopoty, nawet tak odpornej, odważnej i silnej kobiecie, jaką była Addelaine. 

- Tylko, że to właśnie o nim jest najgłośniej. - burknęła. 

- Bo jest ciekawym przypadkiem - odparła Levinson, znów rozpoczynając zwykłą konwersację na temat Ashtona. Rozmawiała o nim, jak o nikim ważnym, czy specjalnym. Nie widziała w tym tematu tabu, o którym nie mogłaby mówić głośno i w towarzystwie. Swobodnie dyskutowała na jego temat, bez nerwów, stresu czy obaw. A to przerażało Charlotte oraz wszystkich innych wokół najbardziej. Kompletnie nie dostrzegała minusów swojej pracy. Ale ona po prostu starała się o nich nie myśleć. Nie zamierzała rzucać sobie kłód pod nogi, rozważaniami czy na pewno jest bezpieczna, czy może nie. Życie szło dalej, a ona nie marnowała czasu. Osiągała swoje cele, nie patrząc na konsekwencje. Czasami to ją gubiło, w tym przypadku również. - Wiesz, że lubię ciekawe i trudne przypadki.

- Co w nim jest takiego ciekawego?

Addelaine zamilkła na chwilę. Nigdy nie zadawała sobie takiego pytania, po prostu każdy człowiek, którego spotykała był w pewnym sensie ciekawy. Ale kiedy ktoś pytał ją o to, co w danej osobie dostrzega, zawsze znajdowała odpowiedź po kilku minutach zastanowienia i nigdy nie była ona taka sama. Każdego jej klienta coś wyróżniało, coś sprawiało, że był interesujący i inny niż wszyscy. Łączył ich tylko ten sam cel - wyjście z więzienia. Opuszczenie tych cholernych czterech ścian i poczucie wolności. Każdy z nich miał inny powód - ukochana, dzieci, rodzice, nowe życie. Jednak, gdy Addelaine szukała odpowiedzi na temat Ashtona, spostrzegła, że on był zupełnie inny. Całkowicie różnił się od reszty jej klientów, jednym drobnym szczegółem.

- Fakt, że on wcale nie chce wyjść z więzienia - uświadomiła sobie wreszcie, wspominając w głowie treść zapisków odnośnie poprzednich spraw, jakie zostały wniesione o jego wypuszczenie na wolność.

- Być może nie ma do kogo - zasugerowała Charlotte.

Addelaine pokręciła głową przecząco. Doskonale wiedziała, że to nie był powód jego zachowania. Za tym kryło się coś większego. Rozwiązanie nie mogło być takie proste. 

- Każdy ma jakiś powód, by wyjść - stwierdziła - A on ma jakiś, żeby zostać za kratkami. Natomiast moim zadaniem jest rozwiązać tę zagadkę. 

Addelaine ucałowała policzek Charlotte, po czym pognała do drzwi. Wyszła, pędząc szybko do windy. W pośpiechu założyła płaszcz, zanim opuściła budynek, w którym wynajmowała mieszkanie. Odnalazła na parkingu samochód, po czym wsiadła do niego prędko, jakby nie chciała, żeby ktokolwiek zobaczył ją na ulicy.

Levinson nie odjechała spod budynku. Poczekała z zapaleniem silnika samochodu pięć minut. Rozejrzała się po parkingu, czy aby nie ma żadnych przechodniów, a gdy była pewna, iż jest już sama, sięgnęła do torebki. Wyciągnęła dokumenty, które otrzymała dzień wcześniej i zaczęła przekartkowywać akta. Przeglądała zrobione zdjęcia z ostatnich dni, na których widać idącego między ciemnymi ulicami wysokiego mężczyznę o gęstych, czarnych jak smoła, długich lokowanych włosach. Trzyma między palcami papierosa, a na nosie ma czarne okulary. 

Brunetka zgniotła zdjęcie w dłoni, gdy dotarło do niej, iż wszystko dzieje się naprawdę. 

Sean wrócił. 

Aczkolwiek nasuwało się na myśl trudne pytanie. 

Kto był powodem jego powrotu - Ona, czy może Irwin?

Rozdział 4



Brunetka szybkim krokiem przemijała kolejno ulice, aby w końcu znaleźć się w umówionym miejscu spotkania, jakie wyznaczyła godzinę temu. Lodowate krople deszczu spadały z nieba prosto na jej nowy beżowy żakiet, który zgniatała ręką, dociskając materiał do ciała, żeby dodać ciału nieco ciepła. Pogoda zmieniała się z godziny na godzinę, co było niepodobne do Australijskiego klimatu, ale nawet tutaj działy się tak przerażające anomalie.

Co chwila odwracała głowę, aby sprawdzić, czy nikt jej nie śledzi. Strach nie zawładnął jej umysłem, była jedynie zaciekawiona zdarzeniem oraz mężczyzną patrzącym na nią pod bramami więzienia. Intuicja podpowiadała kobiecie, że nie był on przypadkową osobą, a jego wizyta nie zwiastowala niczego dobrego. Miała nadzieje, że ich spotkanie należało do jednorazowych, ale zdawała sobie sprawę, iż gdyby był to zwykły zbieg okoliczności, ten człowiek zachowałby się inaczej. Rozejrzałby się, pospacerował... jednak on stał i wpatrywał się w nią. A takiej postawy Addelaine nie mogła zaliczyć do normalnych.

Nawet nie spostrzegła, kiedy przeszła na drugą stronę ulicy. Zerkając w tym momencie za siebie, nie zauważyła przed sobą przeszkody w postaci mężczyzny. Wracając twarzą w przód, uderzyła prosto w jego klatkę piersiową, po czym podskoczyła, jakby poparzona ogniem, wydając z siebie delikatny pisk.

- Na litość boską – westchnęła, kiedy uniosła wzrok – O mały włos, a dzwoniłbyś po pogotowie tłumacząc, że dostałam zawału.

Ciemnowłosy facet zaśmiał się, a następnie objął kobietę przyjaźnie ściskając.

- Nie sądziłem, że Addelaine Levinson da się wystraszyć – rzucił żartowbliwie.

- Nie wystraszyłeś mnie, Andre – odparła oburzona jego stwierdzeniem, po czym prędko zmieniła temat rozmowy – Co masz dla mnie?

- Jest w mieście – mruknął, patrząc obojętnie w niebo aby udać, że mówi coś błahego, nie mającego największego znaczenia.

- A dokładniej? – spytała tuż po tym, jak wywróciła oczami. Ta informacja nie nasyciła jej umysłu do końca.

Andre wzruszył ramionami.

- Sean jest jak duch...

- Ciężko nawiązać z nim kontakt? – zadrwiła.

- Nie, ale łatwo go przez to wkurzyć – odparł – Nie staraj się odnajdywać kogoś, kto może przysporzyć jeszcze większe problemy.

Addelaine zignorowała słowa kolegi i wyciągnęła ku niemu dłoń. Uniosła brwi, chcąc go pośpieszyć. Brunet wsunął dłoń do środka swojego plecaka, grzebiąc w nim niezdarnie. Nie minęło pięć minut, a wyciągnął stertę dokumentów, i umieścił w jej rękach. Kobieta wrzuciła je do torebki, podziękowała i zamierzała już uciec, gdy Andre złapał ją za ramię.

- Addelaine! – wrzasnął – Mówię poważnie! W tej chwili jesteś na celowniku poprzez sprawę Cienia. Fletcher na pewno ma już cię na oku. – powiedział, po czym dodał – Nie możemy złapać go od piętnastu lat...

- I co? – zapytała również podniesionym tonem głosu, odwracając się do mężczyzny – Mam się bać? – zakpiła - Josh bał się i spójrz, do jakiej tragedii doprowadził.

- Nie rozumiesz..

- Być może – powiedziała wzruszając ramionami brunetka – Być może nie rozumiem, jak ogromnym niebezpieczeństwem jest Sean Fletcher. Jednak strach względem jego osoby trzeba pokonywać zamiast akceptować. – burknęła, wyszarpując się mężczyźnie. – Dam sobie radę, bracie.

Ucałowała jego policzek, zostawiając na jego twarzy delikatny uśmiech. Pomachała mu ręką na pożegnanie tuż przed nosem, a później swobodnym krokiem zaczęła kierować się w stronę postoju taksówek. Na dziś miała dość poruszania się autobusem pełnym ludzi, którzy nie gwarantowali jej przestrzeni osobistej.

- Addelaine jest jeszcze coś! – zawołał Andre, a wtedy brunetka zawróciła i spojrzała na niego pytającym wzrokiem. – Nie sądzę, żeby Dave dał ci jego sprawę bez powodu.

Kąciki jej ust uniosły się. Oczywiście, że Dave miał swój powód, przecież była najlepsza i miała ogromne szanse na sukces. Pokładał w niej całe swoje nadzieje, jak zawsze. Czemu więc Andre doszukiwał się tutaj haczyka?

- Stwierdził, że nikt inny nie dałby rady – wyjaśniła, chcąc wyprowadzić brata z błędnych myśli.

- Poza tobą, oraz nim samym... - dodał – Ale on nie mógł wziąć tej sprawy.

Addelaine zmarszczyła brwi i poczęła analizować słowa brata.

- Z jakiej przyczyny?

- Ponieważ....

Andre był gotów wyznać prawdę, jednak przerwał mu dźwięk komórki siostry. Ta zaś widząc przychodzące połączenie, nie mogła zwyczajnie odrzucić. Błagalnym wzrokiem przeprosiła brata i ponownie ucałowała jego policzek, rzucając się do biegu w stronę taksówek. To była cała Addelaine... gonił ją czas.

- Już jadę do biura – oświadczyła, tuż po odebraniu telefonu od swojego szefa.

- Wracaj do więzienia – usłyszała w słuchawce – Ashton został pobity.

Nie zdążyła wyrazić swojego zaskoczenia. Przecież jeszcze jakiś czas temu odwiedzała klienta, który był cały i zdrowy! Co do cholery stało się w przeciągu niepełnych dwóch godzin!? Wsiadła do taksówki, prawie wrzeszcząc kierowcy adres. Nalegała na jak najszybsze przedostanie się do celu, bo wiedziała, że sprawa nabrała zbyt wielkiego tempa, aby potraktować tę sytuację z obojętnością. Ashton doznał uszczerbku na zdrowiu, a to niosło za sobą wiele plusów i minusów. Właściwie, plusem był jedynie wpis do akt działający na ich korzyść, o ile Irwin nie zaatakował pierwszy. Ale skoro to on został pobity, on został ofiarą. Inna wersja nie mogła istnieć.

Ashton siedział na fotelu w poczekalni, ocierając twarz chusteczkami, kiedy Addelaine wbiegła do budynku zapominając o kulturze i wszelkich manierach. Nie przywitała się z nikim, nie widziała żadnej osoby poza swoim klientem, do którego podeszła i przykucnęła.

- Wszystko w porządku? – zapytała głosem pełnym troski, a później położyła dłoń na jego ramieniu. Zerknął na jej długie i smukłe palce, zdobione dwoma pierścionkami. Żaden z nich nie był obrączką, jednak jeden znajdował się na palcu serdecznym i wyglądał wyjątkowo.

Popatrzyła na niego okiem lekarskim. Kiedyś studiowała medycynę, którą rzuciła po roku, ale zdążyła się nauczyć paru rzeczy. Pod lewym okiem znajdował się rozległy fioletowy siniak. Na dolnej wardze odznaczała się zaschnięta krew przy rozciętej skórze. Blady policzek był poczerwieniały, a nos opuchnięty.. możliwe, że złamany. Rękoma ściskał brzuch, więc musiał mocno oberwać, skoro odczuwał aż taki ból. Głęboko oddychał, czasem nawet syknął. Ale kiedy spojrzał na Addelaine i przejęcie w oczach kobiety, którego nigdy jeszcze nie zdołał ujrzeć, coś sprawiło, że tym razem nie chciał odpowiedzieć na jej pytanie ciętą ripostą, a porozmawiać.. jak z przyjaciółką.. osobą, której zależy na pomocy.

Ale ta myśl zniknęła, a Ashton ocknął się jakby ze snu. Szybko spuścił wzrok, napiął mięśnie i znów siedział, niczym mały naburmuszony nastolatek, niedopuszczający do siebie nikogo poza samym sobą. I chociaż czuł piekielny ból w okolicach żeber, nie śmiał o nim wspominać. Nie wyobrażał sobie zapytać czy poprosić o pomoc. Wolał zacisnąć zęby, przymknąć oczy i na chwilę zapanować nad swoim cierpieniem, aby odpowiedzieć swojej adwokatce dwa proste słowa, które oczywiście były kłamstwem.

- W porządku – powiedział ciężko.

- Kto ci to zrobił? – Addelaine zadała kolejne pytanie.

- Nie wiem.

- Nie widziałeś jego twarzy?

- Nie wiem.

Obojętność Ashtona względem brunetki doprowadzała ją do szału. Potrafił być bezczelny, niewdzięczny i podły w stosunku do niej bez żadnego powodu. Nawet, gdy chciała sprawić, aby poczuł się lepiej, on ją odpychał. Jakby była nic nie wartą zabawką, chociaż zabawką dzieci przynajmniej się bawią. On zaś nie chciał od niej niczego. W tym pomocy w wyjściu z więzienia.

Addelaine traciła cierpliwość. Ashton w ogóle nie potrafił jej docenić. Rzuciła wszystko, aby przybiec i sprawdzić, czy ma się dobrze, a otrzymała to, co zawsze. Jego opryskliwość i bezuczuciowość. Nigdy jeszcze w całej swojej karierze, żaden klient nie śmiał traktować jej jak śmiecia. Dopóki nie zjawił się Ashton.

Zacisnęła dłoń na jego ramieniu i pociągnęła go w górę. Palcem wskazała na drzwi od Sali przesłuchań jasno sygnalizując, że ma tam wejść, usiąść i czekać na to, co ma mu do powiedzenia. O dziwo posłuchał jej zaleceń i pokierował się do pomieszczenia zostawiając kobietę z ochroną, która szykowała się do wejścia za więźniem. Addelaine powstrzymała mężczyznę, przechodząc przed nim i rzucając chłodno.

- Zostawcie nas samych.

Zdziwiony mężczyzna już otworzył usta chcąc zgłosić sprzeciw i powołać się na zasady panujące w więzieniu, ale nie wydobył z siebie głosu. Uprzedziła go brunetka, stawiając swoje warunki ponownie jasno i wyraźnie.

- Albo zostawisz nas samych, albo stracisz pracę.

Wtedy facet bez oporu ustąpił Addelaine, zajmując miejsce na krześle.

Kobieta zaś weszła do pokoju, zamknęła drzwi i stanęła naprzeciwko klienta.

- Posłuchaj mnie uważnie, Irwin – warknęła, kończąc przebierać w słowach – Nie jestem twoją matką, a ty moim synem żebyśmy bawili się w tego typu gierki! – jej krzyk na pewno mógł usłyszeć każdy poza salą, ba.. nawet w budynku. – Albo weźmiesz się w garść, albo nasza współpraca odbędzie się na innych zasadach.

Oboje od samego początku podchodzili do siebie z niechęcią. Jednak Addelaine zmieniła podejście i zdecydowała się bronić człowieka uznawanego za najniebezpieczniejszego. On zaś wciąż miał to samo zdanie na temat adwokatki. W dodatku nie podobała mu się jej postawa, cięty język oraz zawziętość, jaką emanowała. Zastanawiał się, jaki jest powód dla którego dalej walczy. Każdy rezygnował sprawiając, że sam Ashton stracił nadzieje, a niespodziewanie pojawiła się ona – Addelaine Levinson, czerpiąca wolę walki i siłę bodajże z powietrza. Inne pomysły nie przychodziły mu do głowy.

Siedział i w milczeniu wbijał w nią swój wzrok, licząc że uda mu się uzyskać odpowiedzi na nurtujące go pytania odnośnie kobiety. O dziwo, wpadło mu coś do głowy. Coś, co mogło stanowić klucz do znalezienia jej słabości.

- Dlaczego zostałaś adwokatką? – zapytał głośno.

Spojrzała na niego z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy. Chwilę mierzyli się wzrokiem, ale Addelaine zrezygnowała z tej dziecinnej zabawy wiedząc, że w tym momencie ma wiele ważnych rzeczy do roboty. Poza tym, dlaczego miałaby opowiadać Ashtonowi o swoim życiu, skoro on sam nie chciał tego robić? I jakie to miało dla niego znaczenie? Czyżby poznał kawałki jej mrocznej przeszłości? Ktoś mógł mu o niej opowiedzieć?

- To twoja nowa książka – rzuciła na stół plik papierów ignorując jego pytanie – Oddaj się lekturze jeszcze dzisiaj.

Blondyn uśmiechnął się triumflalnie. Addelaine dała mu znak, że jego pytanie było trafne.

- Co jeśli je spalę? – spytał.

- To tylko jedna z wielu kopii, jakie mam – odparła i już miała odwrócić się, aby podążyć do drzwi wyjściowych, jednak przystanęła i pokusiła się o podzielenie się swoją opinią odnośnie ich współpracy – Toczymy niepotrzebną walkę, która się zakończy kiedy jedno z nas odpuści. Więc panie Irwin, pasuję. Chciałabym teraz zmierzyć się w bitwie, którą jest ratowanie pańskiego tyłka i wolałabym, aby był pan moim sojusznikiem, nie wrogiem.

Już miała wychodzić, ale do głowy wpadło jej jeszcze jedno pytanie, którego nie mogła sobie odpuścić.

- Ostatnia rzecz, Ashton... - mruknęła, nieco niepewnie, ponieważ nie wiedziała, czy powinna zadawać tego typu pytania, ale ta wiadomość męczyła ją odkąd usłyszała wahania Andre w odpowiedziach. – Czy znasz Dave'a Clarksona?

Ashton spojrzał na nią zaskoczony. Nie słyszał tego imienia oraz nazwiska od bardzo dawna, a w dodatku brzmiało dziwnie z ust Addelaine. Widział w jej oczach, że czekała na odpowiedź od dłuższego czasu i potrzebowała jej, ale w jakim celu? Jakie znaczenie mogło mieć powiązanie między nimi? W dodatku... skoro ona nie pokusiła się o odpowiedź na jego pytanie, czemu on miałby ułatwiać jej zadania i podawać informacje prosto na talerzu?

- Do zobaczenia, panno Levinson. – pożegnał się, mówiąc wesołym melodyjnym głosem.

Kobieta z rezygnacją opuściła salę przesłuchań. Ashton również szykował się do wyjścia, aczkolwiek postanowił przebiec jeszcze wzrokiem po arkuszach. Przebierał między kartkami, wzrokiem śledząc stek bzdur wypisany w dokumentach póki nie zobaczył tego jednego nazwiska...

Caitlin Teasel.

Ledwo zdołał przełknąć ślinę, a serce w jego piersi zakuło tak mocno, że powaliło mężczyznę na krzesło. Jego oddech przyśpieszył, a w oczach zakręciło się kilka łez. Zebrał papiery w jeden solidny dokument, po czym wziął do ręki. Wstał i chwiejnym krokiem przeszedł przez drzwi, znajdując się znowu na korytarzu. Ochroniarz zbliżył się do niego i przyszykował kajdanki. Blondyn pozwolił pracownikowi więzienia zakuć się, jednak zanim to zrobił... wyrzucił dokumenty prosto do kosza.