wtorek, 22 listopada 2016

Rozdział 4



Brunetka szybkim krokiem przemijała kolejno ulice, aby w końcu znaleźć się w umówionym miejscu spotkania, jakie wyznaczyła godzinę temu. Lodowate krople deszczu spadały z nieba prosto na jej nowy beżowy żakiet, który zgniatała ręką, dociskając materiał do ciała, żeby dodać ciału nieco ciepła. Pogoda zmieniała się z godziny na godzinę, co było niepodobne do Australijskiego klimatu, ale nawet tutaj działy się tak przerażające anomalie.

Co chwila odwracała głowę, aby sprawdzić, czy nikt jej nie śledzi. Strach nie zawładnął jej umysłem, była jedynie zaciekawiona zdarzeniem oraz mężczyzną patrzącym na nią pod bramami więzienia. Intuicja podpowiadała kobiecie, że nie był on przypadkową osobą, a jego wizyta nie zwiastowala niczego dobrego. Miała nadzieje, że ich spotkanie należało do jednorazowych, ale zdawała sobie sprawę, iż gdyby był to zwykły zbieg okoliczności, ten człowiek zachowałby się inaczej. Rozejrzałby się, pospacerował... jednak on stał i wpatrywał się w nią. A takiej postawy Addelaine nie mogła zaliczyć do normalnych.

Nawet nie spostrzegła, kiedy przeszła na drugą stronę ulicy. Zerkając w tym momencie za siebie, nie zauważyła przed sobą przeszkody w postaci mężczyzny. Wracając twarzą w przód, uderzyła prosto w jego klatkę piersiową, po czym podskoczyła, jakby poparzona ogniem, wydając z siebie delikatny pisk.

- Na litość boską – westchnęła, kiedy uniosła wzrok – O mały włos, a dzwoniłbyś po pogotowie tłumacząc, że dostałam zawału.

Ciemnowłosy facet zaśmiał się, a następnie objął kobietę przyjaźnie ściskając.

- Nie sądziłem, że Addelaine Levinson da się wystraszyć – rzucił żartowbliwie.

- Nie wystraszyłeś mnie, Andre – odparła oburzona jego stwierdzeniem, po czym prędko zmieniła temat rozmowy – Co masz dla mnie?

- Jest w mieście – mruknął, patrząc obojętnie w niebo aby udać, że mówi coś błahego, nie mającego największego znaczenia.

- A dokładniej? – spytała tuż po tym, jak wywróciła oczami. Ta informacja nie nasyciła jej umysłu do końca.

Andre wzruszył ramionami.

- Sean jest jak duch...

- Ciężko nawiązać z nim kontakt? – zadrwiła.

- Nie, ale łatwo go przez to wkurzyć – odparł – Nie staraj się odnajdywać kogoś, kto może przysporzyć jeszcze większe problemy.

Addelaine zignorowała słowa kolegi i wyciągnęła ku niemu dłoń. Uniosła brwi, chcąc go pośpieszyć. Brunet wsunął dłoń do środka swojego plecaka, grzebiąc w nim niezdarnie. Nie minęło pięć minut, a wyciągnął stertę dokumentów, i umieścił w jej rękach. Kobieta wrzuciła je do torebki, podziękowała i zamierzała już uciec, gdy Andre złapał ją za ramię.

- Addelaine! – wrzasnął – Mówię poważnie! W tej chwili jesteś na celowniku poprzez sprawę Cienia. Fletcher na pewno ma już cię na oku. – powiedział, po czym dodał – Nie możemy złapać go od piętnastu lat...

- I co? – zapytała również podniesionym tonem głosu, odwracając się do mężczyzny – Mam się bać? – zakpiła - Josh bał się i spójrz, do jakiej tragedii doprowadził.

- Nie rozumiesz..

- Być może – powiedziała wzruszając ramionami brunetka – Być może nie rozumiem, jak ogromnym niebezpieczeństwem jest Sean Fletcher. Jednak strach względem jego osoby trzeba pokonywać zamiast akceptować. – burknęła, wyszarpując się mężczyźnie. – Dam sobie radę, bracie.

Ucałowała jego policzek, zostawiając na jego twarzy delikatny uśmiech. Pomachała mu ręką na pożegnanie tuż przed nosem, a później swobodnym krokiem zaczęła kierować się w stronę postoju taksówek. Na dziś miała dość poruszania się autobusem pełnym ludzi, którzy nie gwarantowali jej przestrzeni osobistej.

- Addelaine jest jeszcze coś! – zawołał Andre, a wtedy brunetka zawróciła i spojrzała na niego pytającym wzrokiem. – Nie sądzę, żeby Dave dał ci jego sprawę bez powodu.

Kąciki jej ust uniosły się. Oczywiście, że Dave miał swój powód, przecież była najlepsza i miała ogromne szanse na sukces. Pokładał w niej całe swoje nadzieje, jak zawsze. Czemu więc Andre doszukiwał się tutaj haczyka?

- Stwierdził, że nikt inny nie dałby rady – wyjaśniła, chcąc wyprowadzić brata z błędnych myśli.

- Poza tobą, oraz nim samym... - dodał – Ale on nie mógł wziąć tej sprawy.

Addelaine zmarszczyła brwi i poczęła analizować słowa brata.

- Z jakiej przyczyny?

- Ponieważ....

Andre był gotów wyznać prawdę, jednak przerwał mu dźwięk komórki siostry. Ta zaś widząc przychodzące połączenie, nie mogła zwyczajnie odrzucić. Błagalnym wzrokiem przeprosiła brata i ponownie ucałowała jego policzek, rzucając się do biegu w stronę taksówek. To była cała Addelaine... gonił ją czas.

- Już jadę do biura – oświadczyła, tuż po odebraniu telefonu od swojego szefa.

- Wracaj do więzienia – usłyszała w słuchawce – Ashton został pobity.

Nie zdążyła wyrazić swojego zaskoczenia. Przecież jeszcze jakiś czas temu odwiedzała klienta, który był cały i zdrowy! Co do cholery stało się w przeciągu niepełnych dwóch godzin!? Wsiadła do taksówki, prawie wrzeszcząc kierowcy adres. Nalegała na jak najszybsze przedostanie się do celu, bo wiedziała, że sprawa nabrała zbyt wielkiego tempa, aby potraktować tę sytuację z obojętnością. Ashton doznał uszczerbku na zdrowiu, a to niosło za sobą wiele plusów i minusów. Właściwie, plusem był jedynie wpis do akt działający na ich korzyść, o ile Irwin nie zaatakował pierwszy. Ale skoro to on został pobity, on został ofiarą. Inna wersja nie mogła istnieć.

Ashton siedział na fotelu w poczekalni, ocierając twarz chusteczkami, kiedy Addelaine wbiegła do budynku zapominając o kulturze i wszelkich manierach. Nie przywitała się z nikim, nie widziała żadnej osoby poza swoim klientem, do którego podeszła i przykucnęła.

- Wszystko w porządku? – zapytała głosem pełnym troski, a później położyła dłoń na jego ramieniu. Zerknął na jej długie i smukłe palce, zdobione dwoma pierścionkami. Żaden z nich nie był obrączką, jednak jeden znajdował się na palcu serdecznym i wyglądał wyjątkowo.

Popatrzyła na niego okiem lekarskim. Kiedyś studiowała medycynę, którą rzuciła po roku, ale zdążyła się nauczyć paru rzeczy. Pod lewym okiem znajdował się rozległy fioletowy siniak. Na dolnej wardze odznaczała się zaschnięta krew przy rozciętej skórze. Blady policzek był poczerwieniały, a nos opuchnięty.. możliwe, że złamany. Rękoma ściskał brzuch, więc musiał mocno oberwać, skoro odczuwał aż taki ból. Głęboko oddychał, czasem nawet syknął. Ale kiedy spojrzał na Addelaine i przejęcie w oczach kobiety, którego nigdy jeszcze nie zdołał ujrzeć, coś sprawiło, że tym razem nie chciał odpowiedzieć na jej pytanie ciętą ripostą, a porozmawiać.. jak z przyjaciółką.. osobą, której zależy na pomocy.

Ale ta myśl zniknęła, a Ashton ocknął się jakby ze snu. Szybko spuścił wzrok, napiął mięśnie i znów siedział, niczym mały naburmuszony nastolatek, niedopuszczający do siebie nikogo poza samym sobą. I chociaż czuł piekielny ból w okolicach żeber, nie śmiał o nim wspominać. Nie wyobrażał sobie zapytać czy poprosić o pomoc. Wolał zacisnąć zęby, przymknąć oczy i na chwilę zapanować nad swoim cierpieniem, aby odpowiedzieć swojej adwokatce dwa proste słowa, które oczywiście były kłamstwem.

- W porządku – powiedział ciężko.

- Kto ci to zrobił? – Addelaine zadała kolejne pytanie.

- Nie wiem.

- Nie widziałeś jego twarzy?

- Nie wiem.

Obojętność Ashtona względem brunetki doprowadzała ją do szału. Potrafił być bezczelny, niewdzięczny i podły w stosunku do niej bez żadnego powodu. Nawet, gdy chciała sprawić, aby poczuł się lepiej, on ją odpychał. Jakby była nic nie wartą zabawką, chociaż zabawką dzieci przynajmniej się bawią. On zaś nie chciał od niej niczego. W tym pomocy w wyjściu z więzienia.

Addelaine traciła cierpliwość. Ashton w ogóle nie potrafił jej docenić. Rzuciła wszystko, aby przybiec i sprawdzić, czy ma się dobrze, a otrzymała to, co zawsze. Jego opryskliwość i bezuczuciowość. Nigdy jeszcze w całej swojej karierze, żaden klient nie śmiał traktować jej jak śmiecia. Dopóki nie zjawił się Ashton.

Zacisnęła dłoń na jego ramieniu i pociągnęła go w górę. Palcem wskazała na drzwi od Sali przesłuchań jasno sygnalizując, że ma tam wejść, usiąść i czekać na to, co ma mu do powiedzenia. O dziwo posłuchał jej zaleceń i pokierował się do pomieszczenia zostawiając kobietę z ochroną, która szykowała się do wejścia za więźniem. Addelaine powstrzymała mężczyznę, przechodząc przed nim i rzucając chłodno.

- Zostawcie nas samych.

Zdziwiony mężczyzna już otworzył usta chcąc zgłosić sprzeciw i powołać się na zasady panujące w więzieniu, ale nie wydobył z siebie głosu. Uprzedziła go brunetka, stawiając swoje warunki ponownie jasno i wyraźnie.

- Albo zostawisz nas samych, albo stracisz pracę.

Wtedy facet bez oporu ustąpił Addelaine, zajmując miejsce na krześle.

Kobieta zaś weszła do pokoju, zamknęła drzwi i stanęła naprzeciwko klienta.

- Posłuchaj mnie uważnie, Irwin – warknęła, kończąc przebierać w słowach – Nie jestem twoją matką, a ty moim synem żebyśmy bawili się w tego typu gierki! – jej krzyk na pewno mógł usłyszeć każdy poza salą, ba.. nawet w budynku. – Albo weźmiesz się w garść, albo nasza współpraca odbędzie się na innych zasadach.

Oboje od samego początku podchodzili do siebie z niechęcią. Jednak Addelaine zmieniła podejście i zdecydowała się bronić człowieka uznawanego za najniebezpieczniejszego. On zaś wciąż miał to samo zdanie na temat adwokatki. W dodatku nie podobała mu się jej postawa, cięty język oraz zawziętość, jaką emanowała. Zastanawiał się, jaki jest powód dla którego dalej walczy. Każdy rezygnował sprawiając, że sam Ashton stracił nadzieje, a niespodziewanie pojawiła się ona – Addelaine Levinson, czerpiąca wolę walki i siłę bodajże z powietrza. Inne pomysły nie przychodziły mu do głowy.

Siedział i w milczeniu wbijał w nią swój wzrok, licząc że uda mu się uzyskać odpowiedzi na nurtujące go pytania odnośnie kobiety. O dziwo, wpadło mu coś do głowy. Coś, co mogło stanowić klucz do znalezienia jej słabości.

- Dlaczego zostałaś adwokatką? – zapytał głośno.

Spojrzała na niego z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy. Chwilę mierzyli się wzrokiem, ale Addelaine zrezygnowała z tej dziecinnej zabawy wiedząc, że w tym momencie ma wiele ważnych rzeczy do roboty. Poza tym, dlaczego miałaby opowiadać Ashtonowi o swoim życiu, skoro on sam nie chciał tego robić? I jakie to miało dla niego znaczenie? Czyżby poznał kawałki jej mrocznej przeszłości? Ktoś mógł mu o niej opowiedzieć?

- To twoja nowa książka – rzuciła na stół plik papierów ignorując jego pytanie – Oddaj się lekturze jeszcze dzisiaj.

Blondyn uśmiechnął się triumflalnie. Addelaine dała mu znak, że jego pytanie było trafne.

- Co jeśli je spalę? – spytał.

- To tylko jedna z wielu kopii, jakie mam – odparła i już miała odwrócić się, aby podążyć do drzwi wyjściowych, jednak przystanęła i pokusiła się o podzielenie się swoją opinią odnośnie ich współpracy – Toczymy niepotrzebną walkę, która się zakończy kiedy jedno z nas odpuści. Więc panie Irwin, pasuję. Chciałabym teraz zmierzyć się w bitwie, którą jest ratowanie pańskiego tyłka i wolałabym, aby był pan moim sojusznikiem, nie wrogiem.

Już miała wychodzić, ale do głowy wpadło jej jeszcze jedno pytanie, którego nie mogła sobie odpuścić.

- Ostatnia rzecz, Ashton... - mruknęła, nieco niepewnie, ponieważ nie wiedziała, czy powinna zadawać tego typu pytania, ale ta wiadomość męczyła ją odkąd usłyszała wahania Andre w odpowiedziach. – Czy znasz Dave'a Clarksona?

Ashton spojrzał na nią zaskoczony. Nie słyszał tego imienia oraz nazwiska od bardzo dawna, a w dodatku brzmiało dziwnie z ust Addelaine. Widział w jej oczach, że czekała na odpowiedź od dłuższego czasu i potrzebowała jej, ale w jakim celu? Jakie znaczenie mogło mieć powiązanie między nimi? W dodatku... skoro ona nie pokusiła się o odpowiedź na jego pytanie, czemu on miałby ułatwiać jej zadania i podawać informacje prosto na talerzu?

- Do zobaczenia, panno Levinson. – pożegnał się, mówiąc wesołym melodyjnym głosem.

Kobieta z rezygnacją opuściła salę przesłuchań. Ashton również szykował się do wyjścia, aczkolwiek postanowił przebiec jeszcze wzrokiem po arkuszach. Przebierał między kartkami, wzrokiem śledząc stek bzdur wypisany w dokumentach póki nie zobaczył tego jednego nazwiska...

Caitlin Teasel.

Ledwo zdołał przełknąć ślinę, a serce w jego piersi zakuło tak mocno, że powaliło mężczyznę na krzesło. Jego oddech przyśpieszył, a w oczach zakręciło się kilka łez. Zebrał papiery w jeden solidny dokument, po czym wziął do ręki. Wstał i chwiejnym krokiem przeszedł przez drzwi, znajdując się znowu na korytarzu. Ochroniarz zbliżył się do niego i przyszykował kajdanki. Blondyn pozwolił pracownikowi więzienia zakuć się, jednak zanim to zrobił... wyrzucił dokumenty prosto do kosza.