piątek, 28 lutego 2014

Rozdział 23


UWAGA! Ten rozdział zawiera treści wulgarne oraz przeznaczone dla osób pełnoletnich. Niektóre fragmenty mogą być rażące. Czytasz na własną odpowiedzialność.

* czcionka pochyła - retrospekcja.
<muzyka - klik>


Ashton's POV

Szedłem pośpiesznie uliczką dopalając papierosa. Spadające z nieba krople deszczu przygaszały mojego marlboro wzbudzając we mnie irytację.. Wiosna była chłodna tego roku, każdy to powtarzał. Wiatr był porywisty, niebo ciemne, a chmury nadęte bardziej niż zazwyczaj. To nie był optymistyczny, pełen koloru dzień. 
Wracałem właśnie ze szkoły, którą już prawie kończyłem. Został mi miesiąc, byłem w ostatniej klasie. Nie szło mi najgorzej, jakoś zdawałem. Wystarczyło, że zjawiałem się na lekcjach. Nauczyciele nie przepadali za mną, ale znosili moje wybryki i samego mnie z myślą 'Szybciej odejdzie jak go przepuszczę'. Zdecydowanie było mi to na rękę przez co nie miałem oporów z pojawianiem się w klasie.
Drzwi od domu zamknęły się za mną z ogromnym hukiem. Z uśmiechem na twarzy wszedłem do domu, gdzie panowała cisza. Liczyłem, że chociaż matka powita mnie głupim 'cześć', ale muszę przyznać iż się zawiodłem. Rzuciłem plecak w korytarzu i pokierowałem się w stronę pokoju. Zanim jednak do niego trafiłem, zahaczyłem o salon. Kiedy uniosłem swój wzrok, ujrzałem ojca stojącego przy oknie. Stał tyłem, jakby w ogóle nie zauważył, że raczyłem zjawić się w domu. Muszę przyznać, że robiłem to rzadko nie chcąc natknąć się właśnie na niego. Każde nasze starcie kończyło się awanturą. 
- Nie słyszałeś jak wchodziłem? - zapytałem zirytowany jego milczeniem.
- Oczywiście, że tak. 
Popatrzyłem na niego z pogardą. Jak zwykle był wobec mnie obojętny. Zastanawiałem się, czy kiedykolwiek go obchodziłem? Ja, albo matka? Znikał na całe dnie, a czasem i noce tłumacząc się, że taka jest jego praca. Pieprzenie. Każdy lekarz ma czas dla swojej rodziny, tylko nie on. Połowę swojego życia, jak nie jego większą część spędził w szpitalu, jakby nie mógł bez tego żyć. Zapominał o tym, że ma mnie, matkę - rodzinę, która go potrzebuje. 
Odwróciłem się i zacząłem iść w stronę pokoju. Ojciec zawołał mnie, co spowodowało moje gwałtowne zatrzymanie. Stałem do niego plecami czekając na monolog, który prawdopodobnie miał przygotowany. To weszło mu w zwyczaj. Wygłosi jeden wielki referat jakim to złym synem jestem, po czym zaczniemy się kłócić i któryś z nas po prostu wyjdzie.  
- Co masz w plecaku? - spytał ze spokojem.
- Książki? - odpowiedziałem pytaniem, całkowicie rozbawiony.
Ojciec ruszył w moim kierunku, a następnie wyminął mnie i wyszedł na korytarz. Poszedłem za nim, pragnąc dowiedzieć się, czego próbuje wyszukać w moich rzeczach. Wziął do ręki mój plecak, a po chwili rozsunął go. Wsadził do środka swoją dłoń, po czym wyjął ją wraz z fiolką morfiny, którą tydzień temu zabrałem ze szpitala.
- Co to do cholery jest? - jego twarz przybrała purpurowy kolor, zaczęło się w nim gotować.
- Nie widzisz? - zapytałem - Morfina - odparłem obojętnie.
- Po co ci była morfina Ashton?
Zamilkłem. Mój wzrok przebiegał po oknie lustrując niebo, na którym zauważyłem szybujący właśnie samolot. Odbiegłem myślami od rzeczywistości przypominając sobie jak miło spędzałem czas jeszcze kilka lat temu, tutaj, w Hurstville. Moje życie było beztroskie, liczyła się tylko piłka i perkusja. Teraz wszystko się zmieniło, ja się zmieniłem...
- Ashton, kurwa! - wydarł się ojciec, a ja wróciłem na ziemię.
- Czego?! 
- Słyszałeś pytanie! - mężczyzna nie zmieniał swojego tonu, cały czas był podniosły, a on sam wściekły do granic możliwości. Nie bardzo rozumiałem, co złego zrobiłem biorąc jedną fiolkę. No dobra, dwa tygodnie i trzy tygodnie temu też je wziąłem, ale co z tego? Nie okradłem całego szpitala. - Ashton.. - syknął - Wykradanie leków jest karalne. Mogą mnie za to wyrzucić z pracy. Nie rozumiesz tego? Czemu nie umiesz uszanować pewnych rzeczy?! 
- A ty szanujesz? - zapytałem pretensjonalnie - Mnie? Matkę? Wiecznie cię nie ma w domu, liczy się tylko robota! Wielki pan doktor się znalazł - prychnąłem kręcac głową - Gówno cię obchodzimy! - krzyknąłem.
- Co tu się dzieje? - usłyszałem głos mamy za swoimi plecami. Nie spostrzegłem nawet kiedy weszła. Miała zdenerwowany wyraz twarzy widząc po raz kolejny nas, kłócących się. Nienawidziła tego, ale wiedziała, że jest to potrzebne. Ona nigdy nie przeciwstawiła się ojcu, zawsze bała się wyrazić swoje zdanie, ale ja byłem inny. Nie pozwolę mu zapomnieć o rodzinie, albo o poczuciu winy opuszczenia jej. Dlaczego my mamy cierpieć, a on ma być nieświadomy swych czynów? Zostawia nas, zostawia nas cały czas! Dnie i noce siedzi w tym pierdolonym szpitalu zamiast spędzać czas z rodziną. Mógłbym nawet grać w te pojebane gry planszowe, byleby moje życie było normalne. Tymczasem matka ciągle użala się nad sobą, a taty nie ma w domu. Ja tkwię w tym bagnie po środku w oczekiwaniu aż coś się zmieni, ale jak zwykle... wszystko zostaje takie samo.
- Nic - warknąłem wyszarpując ojcu fiolkę z dłoni - Właśnie wychodziłem.
Pomaszerowałem wściekły do drzwi, a potem je otworzyłem. Nie zważając na krzyki matki, proszącej abym zaczekał, ruszyłem do auta, w którym po chwili się znalazłem. Przekręciłem kluczyk w stacyjce, a ryk silnika wydobył się z pod maski maszyny. Z piskiem opon wyjechałem na jezdnię moim czarnym range roverem. Dociskałem pedał gazu do samego końca. Prędkość nie miała dla mnie znaczenia, byłem bardzo dobrym kierowcą. Może to dar, albo coś w tym guście, ale umiałem kontrolować każde auto. 
Postanowiłem się zatrzymać, kiedy zauważyłem czerwone światło. Rzadko mi się to zdarzało, ale potrzebowałem zadzwonić. Wyciągnąłem komórkę ze spodni, a następnie wykręciłem numer mojego kumpla - Logan'a. Nie musiałem długo czekać, bo chłopak odebrał po dwóch sygnałach.
- Stary, mamy problem - oznajmiłem z zaciśniętymi zębami. 
- Co jest mordo? - zapytał Fletcher.
- Ojciec się skapnął, że zwijam pieprzone tabletki, zrobił mi niezłą awanturę, musimy znaleźć inny sposób na pigułki - powiedziałem z irytacją w głosie. 
- Cholera - zaklął - Dobra, Irwin, coś wymyślimy - stwierdził po chwili milczenia - jedź do Connor'a, jest impreza, ja już tam jadę.
- Będę za godzinę - poinformowałem, a następnie rozłączyłem się.
Do Ticks'a było jakieś pięćdziesiąt minut. Resztę czasu poświęciłem na zakupienie alkoholu. Szczerze mówiąc nie miałem nastroju na jakiekolwiek świętowanie, ale nie zamierzałem również wrócić do domu. Wolałem oszczędzić sobie kolejnej awantury ze strony wiecznie nadąsanego ojca, którego nie obchodzi nic poza pracą.
Jak zwykle. Nie było dnia, gdzie poświęciłby pracę dla rodziny. Zawsze działało to na odwrót. Nie miałem pretensji co do jego zawodu, był dość szlachetny. Ratowanie życia innym ludziom, do tego trzeba nadzwyczaj wielkiego serca, dobrego nastawienia i chęci. Tu chodziło o coś innego, o jego brak kontroli nad sobą. Zaczął nadmiernie pracować, skupiać się jedynie na byciu lekarzem, uważał to za chore powołanie. Wracał do domu zmęczony, poirytowany, a do tego wyżywał się na matce lub na mnie. Nie jestem osobą, która przejęłaby się szczególnie jego komentarzami, ale ona była inna. 
Była kobietą w średnim wieku. Niska, przy tuszy blondynka o spokojnym wyrazie twarzy, który mówił każdemu, że nie skrzywdziłaby nawet muchy. Blask w jej niebieskich oczach pojawiający się, kiedy tylko wracałem cały i zdrowy do domu przynosił mi ukojenie. Kilka zmarszczek na jej czole wskazywało tylko na to, ile pracy włożyła w zapewnienie normalnej atmosfery między nami. Gdy tylko sprzeczałem się z ojcem, ona nas rozdzielała i próbowała załagodzić sytuację. Czasami wyglądała na zmęczoną... mną... ojcem... wszystkim. Miałem przez to wyrzuty sumienia, więc nie robiłem większej awantury niż była, po prostu wychodziłem. Nie sądzę, żeby można to było nazwać ucieczką od problemu, raczej jego załagodzeniem, nieprawdaż? 
Zaparkowałem auto tuż przed domem Conor'a. Siedziałem w nim około dziesięciu minut zastanawiając się, czy na pewno powinienem tam iść. Cholera, nie cierpię tego gościa. Nie przypadł mi do gustu już przy naszym pierwszym spotkaniu. Typowy frajer, który więcej gada niż robi. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego Logan tak go wielbi, ale cóż... jego przyjaciele to moi przyjaciele...
Nie zdążyłem przejść przez korytarz. Przy samym wejściu stały piękne, długonogie dziewczyny, które swoimi krótkimi spódniczkami przyciągały uwagę. Miałem ogromną ochotę zabrać je na górę i zerżnąć jedną po drugiej, aby ulżyć swoim emocjom, jednak powstrzymałem się od swoich zapędów i podążyłem dalej w poszukiwaniu Logan'a. 
Minęło jakieś dwadzieścia minut, a ja zrezygnowałem z poszukiwań. Tego dupka nigdzie nie było, a ja nie zamierzałem na niego czekać. Skoro jestem na imprezie, to czemu mam się nie zabawić? Zmieniłem zdanie. Właśnie to zrobię. Zaleję się w trupa i będę robił to, na co tylko mam kurwa ochotę.
Znalazłem jedynie Calum'a i razem ruszyliśmy na podryw. Wokół nas lał się alkohol, rozbrzmiewała dobra muzyka i wszędzie było słychać śmiechy i krzyki. Dziewczyny zachowywały się jak szmaty, co oczywiście podobało się większości facetów zgromadzonych w tym domu. Nie wyrażałem większego zainteresowania, dopóki nie przysiadła się do mnie jedna z ładniejszych brunetek. Młoda amerykanka, która przyjechała na wakacje do Hurstville. Początkowo zgrywała niedostępną, ale szybko uległa memu urokowi. Bo w końcu.. która amerykanka nie chciałaby mieć w sobie australijczyka? Zabrałem ją do pierwszego, lepszego pokoju i zrobiłem to, co moim zdaniem wychodzi mi najlepiej. Delektowałem się jej ciałem, składając pocałunki na delikatnej skórze. Brunetka wsunęła swoje chłodne dłonie pod moją koszulkę, pieszcząc opuszkami palców klatkę piersiową. Szybko zdjąłem jej koszulkę, a także stanik. Miałem wprawę. Jęki, które wydawała, kiedy sprawiałem jej przyjemność tylko udowadniały, że jestem w tym mistrzem.  Powolnie wchodziłem w jej wnętrze słuchając sprzyjających mi krzyków. Uwielbiałem to uczucie rozchodzące się po całym moim ciele. Prądy i dreszcze przebiegające po mojej skórze wymalowały uśmiech na mojej twarzy. Przyśpieszyłem, abyśmy się zbytnio nie zanudzili. Czułem jak paznokcie wbite przez dziewczynę w moje plecy, zjeżdżają coraz niżej. Mimo, że dzisiaj nie dopisywał mi humor, ta laska nie narzekała. Właściwie ja również nie mogłem doszukać się jakiś wad. Była całkiem dobra. Gdy tylko oboje doznaliśmy orgazmu, wyszedłem z niej i zdjąłem wcześniej założoną prezerwatywę. Ubrałem się, a potem opuściłem pokój kulturalnie dziękując brunetce za udany stosunek. Wyglądała na zawiedzioną, prawdopodobnie liczyła na coś więcej.
- Tu jesteś stary - usłyszałem za swoimi plecami, gdy znalazłem się tuż przy schodach. 
Odwróciłem się, a w przejściu stał roześmiany Logan. Zgaduję, że był zjarany.
- Cześć, sorry za te pigułki, to już ostatnie - powiedziałem wyjmując z kieszeni spodni fiolkę i rzucając przyjacielowi prosto do rąk.
- Spoko, znajdziemy inne wyjście - odparł poklepując mnie po ramieniu - Mamy swoje sposoby, prawda? Cień jest niezawodny, tak słyszałem. 
- I dobrze słyszałeś - obok mnie pojawił się Ticks, zarzucając swoją rękę na moje barki - Bo mi również się obiło o uszy - chłopak rzucił wesoło - Irwin, podobno już skorzystałeś z atrakcji wieczoru? 
- No proszę, jak odnalazłeś naszego Cienia? 
- Czasem jestem o krok do przodu - mruknął Conor.
Zirytowany, zdjąłem gwałtownie jego dłoń, posyłając mu piorunujące spojrzenie. O krok do przodu? Nikt, nigdy nie jest o krok do przodu przede mną. Życzyłem im udanej zabawy i udałem się na dół, gdzie od razu w moje oczy rzucił się pijany Luke. Znajdował się na stole, wykonując różne dziwne ruchy. Michael, do którego podszedłem chwilę po występie Hemmings'a stwierdził, że chłopak próbował tańczyć. Jestem przekonany, że swoimi akrobacjami nie wyrwał ani jednej dziewczyny. Grunt, że nadrabiał swoją głupotę wyglądem. 
Tak właśnie spędziłem wieczór. Na piciu, pieprzeniu i nabijaniu się z pijanego Luke'a Hemmings'a wraz z moimi przyjaciółmi. Przynajmniej na chwilę zapomniałem o przykrej rzeczywistości, która mnie otaczała. Odbieganie od niej w taki, a nie inny sposób sprawiało mi ogromną przyjemność. Niestety, musiałem do niej wrócić z samego rana.
Obudziłem się z bólem głowy. W moim łóżku nie było nikogo, co wskazuje na to, że nikt mnie nie wykorzystał podczas nieprzytomności, albo zmył się szybciej niż spodziewałem. Moje spodnie były zapięte, więc wydaje mi się, że ktoś mógł mieć dobry plan lub naprawdę nic poza jednym stosunkiem się nie wydarzyło. Ponadto nie czułem się jakoś obolały.
Była godzina piąta trzydzieści. Wszyscy spali. Postanowiłem ulotnić się zanim ktokolwiek by mnie zatrzymał na after. Byłem pewny, że alkohol ciągle tkwi w moim organiźmie, ale nie chciało mi się czekać, aż do końca wytrzeźwieję, a na pewno nie tutaj. Ojciec i tak już był w szpitalu, mogłem więc spokojnie wrócić do domu bez myśli o kolejnej kłótni.
Nie czekając ani chwili dłużej, pokierowałem się samochodem do domu. Byłem zaspany, ale jakimś cudem kontrolowałem wszystko co działo się na ulicy. Udało mi się kilka razy wyminąć parę samochodów, które jechały zbyt wolno. Zastanawiam się, kto niektórym ludziom dał prawo jazdy, zwłaszcza tym, którzy jeżdżą jak żółwie. Rozumiem, że chcą prowadzić zapewniając sobie i reszcie bezpieczeństwo, ale kurwa... jechać czterdzieści na godzinę? Poważnie? Po pustej ulicy? To jest grzech. 
Zaparkowałem swoje auto za domem. Przejeżdżając widziałem mieniące się czerwono-niebieskie światła. Znając życie u sąsiadów znów była ogromna awantura i któreś z tych alkoholików rzuciło się na drugie. Oczywiście, albo moja matka nie wytrzymała, albo ktoś inny z sąsiedztwa i zadzwonili po policję. Idiotyzm. 
Wyciągnąłem radio z panelu po czym schowałem je do plecaka. Zabrałem go ze sobą i po włączeniu autoalarmu ruszyłem na przód posiadłości. Nie mogłem się doczekać, kiedy wejdę do łóżka, aby zapaść w głęboki sen. O niczym innym nie marzyłem. Moje nogi plątały się, a powieki powolnie zamykały. Dziwiłem się, że zdołałem dojechać do domu. Byłem naprawdę zmęczony tą nocą. Musiałem się nieźle zabawić. 
Gdy tylko wyszedłem z zakrętu, zamarłem, a jednocześnie całkowicie otrzeźwiałem. Nie spostrzegłem, kiedy moje usta otwarły się z wrażenia.Trzy policyjne radiowozy oraz jeden ambulans stały pod moim domem, na moim podjeździe, przy moich drzwiach.  
- Cholera.. - zakląłem po cichu, podchodząc bliżej. 
Drzwi otworzyły się, a dwóch mężczyzn w czerwonych kombinezonach podążyło w kierunku ambulansu z noszami. Biała płachta, którą przykryta była osoba na noszach unosiła się i opadała pod wpływem wiatru. Po chwili jednak spadła, a ja ujrzałem twarz mojego ojca. Jego oczy były zamknięte, a na podartej, błękitnej koszuli widniała duża plama krwi. Nie mogłem w to uwierzyć. On... on nie żył. Stałem nieruchomo patrząc jak wnoszą go do furgonetki, a potem tylko zamykają tylne drzwi. Gdy mój rodzic zniknął z pola widzenia wbiegłem do domu, aby jak najszybciej znaleźć mamę. Chciałem wiedzieć, co takiego się tutaj wydarzyło i czy na pewno ojciec jest martwy. Miałem cień nadzieji, że może ktoś go po prostu postrzelił, a teraz stracił przytomność. 
Moja mama siedziała zapłakana w salonie, na kanapie. Obok niej stało dwóch oficerów, jeden z notesem. Na podłodze widniała czerwona substancja, którą okrążały żółte, policyjne taśmy. Jedna lampa leżała na ziemii, a jej klosz był zbity. Co tutaj się działo do cholery? 
- Mamo... - powiedziałem cicho będąc wciąż zszokowanym.
Matka uniosła głowę obdarowując mnie spojrzeniem. W jej oczach pojawiło się coś, czego nigdy nie widziałem. Pociemniały, przestały być wesołe. Blask, który widziałem w nich wcześniej przepadł, a zastąpiła go złość, wręcz nienawiść. Nie rozumiałem dlaczego tak na mnie patrzy.
- Ty... - warknęła wstając - NIGDY CI TEGO NIE WYBACZĘ! - wydarła się wciąż szlochając.
Moje oczy stały się szersze. Nie wiedziałem, czemu tak reaguje. Jeden z oficerów zatrzymał ją, gdy ta chciała pędzić na mnie. Zachowywała się, jakby chciała mnie zabić. Czułem się jak w jakimś pieprzonym filmie, albo wariatkowie, sam nie wiem. 
- O co ci chodzi? - spytałem.
Jeden z komendantów podszedł do mnie, mierząc mnie wzrokiem.
- Ashton Irwin? - zapytał, a ja skinąłem - Pójdzie pan z nami - oznajmił, a po chwili wyjął kajdanki i założył je na moje dłonie. 
- Ale jak to? Dlaczego? - zacząłem zadawać pytania, a mężczyzna poprowadził mnie do wyjścia.
- Jest pan podejrzany o zabójstwo ojca - zawiadomił, a ja zamilkłem. 

Jechałem samochodem słuchając muzyki i przypominając sobie wszystko. Wspomnienia nigdy nie dadzą mi spokoju. Minęło tak dużo czasu, a ja wciąż widzę pogardliwy wzrok matki w swojej głowie. Nie potrafię zrozumieć, jak mogła uwierzyć, że skrzywdziłem ojca. Nigdy nie podniosłem na niego ręki, a co dopiero miałbym go zabić. Jej słowa określające mnie jako człowieka na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Potwór... morderca... tak właśnie się do mnie zwracała, gdy wsiadałem do policyjnego radiowozu.
Musiałem wybić sobie to zdarzenie chociaż na chwilę, aby powrócić do teraźniejszości. Miałem tyle spraw do załatwienia. Zostawiłem Caitlin z Michael'em i Cal'em mając nadzieję, że  dopilnują dziewczyny i nie pozwolą jej zwiać po raz drugi. Sądzę, że tym razem nie byłaby na tyle głupia skoro postanowiłem spełnić jej prośbę i znaleźć tego idiotę George'a. Nie trudno zgadnąć, gdzie mógłby się znajdować.
Zaparkowałem swoje auto pod ogromnym, opuszczonym hangarem. Przeskanowałem całe otoczenie. Budynek wyglądał na stary, widocznie zbudowany przed laty. Zarejestrowałem same drzewa oraz krzewy wokół niego, nic poza tym. Miejsce nie robiło wrażenia, bo niby czemu miało je robić? W końcu o to chodziło. Ci, którzy w nim pomieszkiwali nie chcieli zostać znalezieni. Zamknąłem drzwi od samochodu i podążyłem w kierunku wejścia. Dźwięk moich kroków obijał się echem, odkąd wszedłem do środka. Z oddali dochodziła dobrze znana mi muzyka. Tak... ostry rock... to przypominało mi stare czasy, do których niekoniecznie bym wrócił. Zapach był identyczny jak w Hurstvill. Wnętrze pachniało... gównem. Jednym, wielkim, dobrze mi znanym gównem w którym jeszcze kilka miesięcy temu tkwiłem. Ściany były koloru ciemnego, wszędzie było pełno zacieków. To miejsce nie miało okien, zamiast nich widniały tektury mające służyć za pewnego rodzaju zasłony. Zwykła, obrzydliwa nora. Zastanawiałem się, jak można tutaj żyć, ale z drugiej strony... niczego lepszego nie mogłem się spodziewać.
Wspiąłem się po schodach na drugie piętro hangaru, skąd dochodziły śmiechy i zapach zielska. Nienawidziłem tej ohydnej woni, która powodowała u mnie mdłości. Obrzydliwość. Chciałem jak najszybciej odzyskać George'a i się wynosić. Nie wytrzymałbym tu dnia, a co dopiero godziny.
Siedzieli przy kartonie, który miał najwyraźniej służyć za stolik. Kilka szklanek stało na jego powierzchni, a obok nich znalazła się butelka Jack'a Danielsa. Typowe.
Z pewnością siebie podchodziłem bliżej. Moje kroki stawały się coraz silniejsze, co zauważyli "domownicy" hangaru. Ich głowy skierowały się w moją stronę.
- Niewiarygodne.. - mruknął jeden z nich, a reszta otworzyła jedynie usta.
Zdjąłem kaptur z głowy i zająłem miejsce przy domniemanym stole siadając ze swobodą. Kąciki moich ust powędrowały w górę. Czułem się jak jakaś cholerna, żywa legenda, kiedy widziałem jak ci ludzie na mnie reagowali.
Sięgnąłem po whisky i przelałem ją do pustej szklanki. Niski blondyn szybko pobiegł po swojego szefa, który chwilę później stanął przede mną również zaskoczony. Nie spodziewał się, że jeszcze kiedykolwiek mnie zobaczy.
- Ashton Cień Irwin - powiedział głośno i klasnął w dłonie - Co za niespodzianka.
- Logan Fletcher - odparłem - Można uznać, że to spotkanie po latach, nieprawdaż?
Nic się nie zmienił. Stary, dobry Logan.  Krótkie włosy, postawione jak zazwyczaj na żel. Mroczne, pełne nienawiści spojrzenie mrożące krew w żyłach nie jednego człowieka. Atrakcyjny uśmiech, którym przyciągał dziewczyny, identyczne jak sprzed kilku miesięcy ruchy, gdy odgarniał włosy. Ta sama postawna budowa ciała i wyraźnie widoczne mięśnie. Budził grozę u każdego swojego celu, jednak nie taką jak ja, co zawsze godziło w jego dumę. Nie potrafił być gorszy chociażby w jednej dziedzinie ode mnie, czuł potrzebę bycia lepszym. Nigdy mu to nie wychodziło.
- Owszem, aż nie mogę uwierzyć, że Cień stoi przede mną we własnej osobie.
- Widzę, że macie godną siebie imprezę.
- Dołączysz? - zapytał Ticks, który zatrzymał się tuż za swoim przyjacielem.
- Nie moje klimaty - pokręciłem głową obojętnie - Wpadłem jedynie na chwilę... Fletcher, masz coś mojego - wymamrotałem popijając moją whisky i mierząc znacząco wzrokiem Logan'a.
- Wybacz Ash, ale odkąd uciekłeś jak pies z podkulonym ogonem, to miasto nie należy do ciebie - szczeniacko się uśmiechnął wzruszając przy tym ramionami.
- Logan, Logan, Logan... - zacząłem również podśmiechując - A do ciebie nadal nie dociera, że nie obchodzi mnie Sydney? Oddałem ci je, żebyś w końcu mógł być chociaż raz lepszy.
- Niczego mi nie oddałeś! - warknął uderzając pięścią w stół co jeszcze bardziej mnie rozbawiło. Nic nie sprawiało mi więcej przyjemności jak rozwścieczanie Logan'a.
- Przejdźmy do rzeczy - pochyliłem się nad stołem. Oparłem łokcie na kolanach, a dłońmi podtrzymywałem głowę - George - urwałem.
- A więc o niego ci chodzi - Logan rozluźnił się zdając sobie sprawę, że nie chciałem niczego innego poza tym chłopakiem - Fakt, jest tutaj.
- Bardzo mnie to cieszy, gdyż mam dziś dobry dzień i chętnie odwiozę go do domu.
- Cień fajerzy, słyszycie to? - podniósł głos mówiąc do swojej grupy. Kilka osób podśmiewało się, a kilka milczało jakby czuło respekt. Nie przed nim... przede mną. Jednak moja cierpliwość dobiegała końca. Nigdy nie dawałem po sobie tego poznać, dlatego każdy zawsze mówił to, co pchało mu się na język. Było to dla mnie plusem, bo nikomu nie było łatwo zrozumieć jakie emocje towarzyszą mi w danej chwili i na ile może sobie pozwolić. Nie zmieniało to faktu, że nie przepadałem za toczeniem głupich dyskusji z Logan'em. To mnie nudziło. Szczeniackie zachowanie bruneta nie było godne mojego poziomu, zawsze musiałem zniżać się do jego. - A więc chcesz go odwieźć, skąd ta dobroć? - spytał Logan chrząkając.
- Wszystko się zmieniło - rzuciłem ze spokojem, jak tylko potrafiłem.
- Po tym jak nas zdradziłeś - dodał Conor, a ja spiorunowałem go spojrzeniem przez co usiadł z wrażenia.
- Dokonałem wyboru - odpowiedziałem na jego docinek.
- Nie wiem stary ile wtedy brałeś, ale pozwolę ci wrócić do grupy i razem być postrachem Sydney - Logan zaśmiał się nerwowo wypowiadając całe zdanie.
- Jesteś idiotą - prychnąłem kręcąc zrezygnowany głową - Uważasz, że po to wróciłem do Sydney? - spytałem patrząc na kumpla pogardliwie.
- A niby po co innego Ashton?
- Po to, żeby żyć. Chcę być normalnym człowiekiem. - odparłem, a w hangarze rozległ się grupowy śmiech. Krew w moich żyłach zaczynała się gotować, przez co powoli zaczynałem tracić panowanie nad sobą. Nie jestem cierpliwy, zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy, które łączą mnie z Loganem i resztą.
- W jakim ty świecie żyjesz Irwin? - zapytał rozbawiony - Raz do tego wchodzisz i na zawsze w tym zostajesz.
- Hm... - westchnąłem - Chyba czas na mnie i George'a.
- Masz na myśli wtyczkę? - Logan wstał ze swojego miejsca, a następnie pstryknął palcami patrząc na swoich "podwładnych" znacząco. Ci zaś ruszyli na tyły hangaru. - On jest dowodem, że nie skończyłeś z byciem Cieniem, nic się nie zmieniło.
- Oh, jak już zdążyłeś kilkakrotnie zauważyć, bardzo lubię swoje sztuczki - również opuściłem swoje miejsce mówiąc.
- Sądzę, że możesz mi się jakoś odpłacić za nie wszystkie oddając mi to, co należy do mnie.
- Nie przypominam sobie, żebym był w posiadaniu czegoś twojego Fletcher.
- Caitlin Teasel - powiedział Logan, a ja zatrzymałem swój wzrok na jego roześmianych oczach. Wypowiadając jej imię i nazwisko każdy mięsień w moim ciele na chwilę zastygł, a krew płynąca w moich żyłach jakby zaczęła pulsować szybciej i szybciej. W tym samym czasie ludzie mojego byłego przyjaciela przyprowadziły George'a. Na jego buzi widniał wielki siniak pod okiem, a warga, którą non stop oblizywał była rozcięta. Mogłem się spodziewać, że nie wyjdzie z tego cały i zdrowy. Postarałem się jednak, żeby wyszedł żywy.
- Ticks cię nie poinformował? - zapytałem z nutką zaskoczenia w głosie - Przykro mi, ale dziewczyna jest już naznaczona, nie poruchasz.
- Cóż, Irwin... - rozpoczął swój kolejny wywód Logan - Wyprzedziłem cię, a raczej ona to zrobiła. Widziała wszystko, sama wydała na siebie wyrok. Znasz zasady, kto widział działanie musi zostać usunięty.
- Zapomniałeś o zasadzie, którą sam określiłem - wtrąciłem się w jego monolog - Jeśli któryś z nas - zacząłem głośno, tak, aby każdy z nich słyszał - oznaczy kogokolwiek nietykalnością - kontynuowałem - ta osoba należy tylko i wyłącznie do niego.
- Twoje zasady zostały anulowane w dniu twojego wyjazdu Irwin - syknął wierny pies Logan'a, Conor.
- Mówisz? - spytałem, a na mojej twarzy pojawił się niewielki uśmiech - W związku z tym, zasada pod tytułem ' Nie krzywdź swoich ' również została anulowana? Świetnie, bo zaczynałem się nudzić.
Nie wahając się wyciągnąłem zza spodni niewielki pistolet, po czym wycelowałem go w pierwszą lepszą osobę po mojej lewej stronie. Nie patrząc na chłopaka, który właśnie tam stał, pociągnąłem za spust, a pocisk wylądował w jego ramieniu. Jego krzyk rozległ się po całym hangarze, tak jak strzał. Brunet zaczął zwijać się z bólu, a dwóch jego kolegów zareagowało i pomogło mu osunąć się na ziemię. Zaczęli tamować wylewającą się krew z dziury, którą zrobiła mu kula. Ogromna, czerwona plama pojawiła się na jego gustownej białej koszuli w czarną kratę. W jego oczach ujrzałem przerażenie, ale nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Nie miałem wyrzutów sumienia, bo gdybym je kiedykolwiek miał, prawdopodobnie wylądowałbym w szpitalu psychiatrycznym dawno temu. Jego widok był przykry, ale też nudny. Moje oczy były już do tego przyzwyczajone. Nie raz byłem świadkiem takich sytuacji, ale także nie raz takowe aranżowałem. Miałem ochotę ziewać.
Kilka kosmyków włosów opadło na moją twarz, kiedy pociągnąłem ją w dół, aby schować broń. Wciąż jednak każdy z obecnych w tym miejscu osób widział mój triumfalny uśmiech. Gdy podniosłem swoją głowę, obdarzyłem spojrzeniem Fletcher'a, a tuż po nim Ticks'a. Wszyscy milczeli. Panowała chwilowa cisza. Nikt nie miał odwagi odezwać się chociaż słowem, nawet wielki, szanowany przez swoich ludzi Logan. Przewaga - to właśnie w tej chwili osiągnąłem.
- Fletcher, zaufaj mi - przerwałem ciszę, a mój głos niósł się echem. Każdy z nich był wpatrzony we mnie jak w jakiś obrazek - Nie chcesz mieć we mnie wroga.
Odwróciłem się, a następnie wziąłem poobijanego George'a pod ramię. Ruszyliśmy w stronę wyjścia, kiedy usłyszałem za swoimi plecami wołającego mnie Logan'a.
- Irwin! - warknął wściekły - Ty też nie chcesz mieć go we mnie.
- Właśnie dlatego trzymaj się od moich ludzi z daleka - powiedziałem patrząc prosto w jego ciemne, przepełnione nienawiścią oczy. Miałem wrażenie, że najchętniej zastrzeliłby mnie na miejscu, jednak wiedział że nawet to by mu się nie udało. Nie chciał ryzykować, bo gdyby mu to nie wyszło zostałby wyśmiany. A tak właśnie by się stało - Oh, Logan - zatrzymałem się jeszcze raz zabierając głos - Radziłbym ci zmienić ekipę, Ticks miał tyle okazji do poderżnięcia gardła Caitlin, a żadnej z nich nie wykorzystał - dałem mu poradę, chcąc go bardziej rozdrażnić - Miło było cię znowu zobaczyć.
Razem z Georgem opuściliśmy hangar. Chłopak oparł się o auto łapiąc pośpiesznie oddech, jakby już dawno nie miał dostępu do świeżego powietrza. Musieli trzymać go w jakiejś piwnicy, albo podziemiach, jak to w ich zwyczaju. Sprawdziłem jego puls, który był słaby. Wiedziałem jednak, że się unormuje w najbliższym czasie, więc nie czułem potrzeby wiezienia go do szpitala. Miałem kilka takich przypadków, jestem obeznany w tych sprawach.
Zarzuciłem kaptur na głowę i rozejrzałem się po otaczających nas krzakach. Byłem ciekaw, czy Logan podstawił swoje wtyczki. Nie zauważyłem nikogo podejrzanego, co mnie w zupełności nie zdziwiło. Był idiotą, to jasne. Żaden jego ruch nie był dobrze przemyślany. Popełniał tak podstawowe błędy...
- Jak długo tu byłeś? - spytałem, kiedy brunet się uspokoił.
- Około trzech dni - prychnął - Mogłeś się pośpieszyć do cholery.
- Uważasz, że mam tylko ciebie na głowie młody? Dzisiaj dopiero zabrałem twoją koleżaneczkę do roboty, a ta zauważyła, że cię nie ma.
- Caitlin? Jest cała i zdrowa?
- Oczywiście, że tak - odparłem oburzony. Czego się spodziewał? Że ją skrzywdzę? Dobrze wie, że zależy mi jedynie na jej bezpieczeństwie. Jest moim najlepszym pionkiem w tej grze, dzięki niej mogę bawić się Logan'em ile tylko chcę.
- Zabierzesz mnie do niej? - zapytał, a ja skinąłem.
Podążyłem na przód samochodu, do drzwi kierowcy, które po chwili otworzyłem. Chłopak zrobił to samo po stronie pasażera. Zajęliśmy miejsca i przygotowaliśmy się do odjazdu. Zanim jednak zapaliłem silnik spojrzałem w stronę George'a, który już prawie zasypiał ze zmęczenia.
- Posłuchaj... - rozpocząłem - Zadzwoniłeś do niej bo cię do tego zmusiłem. Nic nas nie łączy. Nie wiesz kim jestem i co robię. Ticks porwał cię od razu po całym incydencie, ponieważ mi pomogłeś. Nie masz z tym nic wspólnego, jasne?
- Co? - spytał prawie piszcząc - Dlaczego mam kłamać? Dlaczego nie chcesz jej powiedzieć prawdy?
- Prawda jest zbyt bolesna, to ją zniszczy... - westchnąłem, po czym przekręciłem kluczyk w stacyjce.

----------------------------------
Dzisiaj dzień podziękowań!
Dziękuję po pierwsze za:
GŁOSY NA SPISIE! LUDZIE, CIEŃ MIAŁ PRZEWAGĘ PRAWIE 300-TU GŁOSOWĄ OMG JESTEŚCIE NAJWSPANIALSI NA ŚWIECIE NIE WIEM JAK TO ZROBILIŚCIE (CZY TYLE OSÓB CZYTA CZY CO ALE JESTEM WNIEBOWZIĘTA, W SKOWRONKACH I MY FEELS >>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>)
po drugie:
5 seconds of summer Polska! Przybijam wielką piątkę administratorkom, które czytają i polecają Cienia na fanpejdżu. Ja, Ashton, jego spółka, mop, Eminem, Rihanna i wszyscy inni jesteśmy meeeeeeega wdzięczni!
po trzecie:
Jakbym mogła nie podziękować wam, moim najwspanialszym czytelnikom? Nie ma dnia, żebym o was nie myślała ! Stay fab, cool i w ogóle! KOCHAM WAS! Dziękuję, że zmotywowaliście się i dodaliście komentarze pod rozdziałem. Bardzo przyjemnie było mi je czytać, mam nadzieję, że pod tym również ich nie zabraknie.
po czwarte:
Wklejając rozdział rozwaliła mi się myszka. Dzięki Bogu zdążyłam go wkleić. Mój touchpad jest rozwalony, myszka aktualnie też. więc... OGROMNIE PODZIĘKOWANIA DLA KOCHANEJ MARTY (@horansplash) KTÓRA Z MOJEGO KONTA POINFORMOWAŁA WAS O ROZDZIALE :) Moja prawa rączka hihi.

To chyba tyle, stay fab pamiętajcie.
Mam nadzieję, że perspektywa Ashton'a przypadnie wam do gustu. I... dowiecie się czegoś więcej! :)

sobota, 22 lutego 2014

Rozdział 22

ZANIM PRZECZYTASZ ROZDZIAŁ!!
Dostałam nominację do Bloga Miesiąca. Dla Ciebie to chwila, a dla mnie w pewnym stopniu sukces, więc proszę nie olewaj tego. Jedyne co trzeba zrobić to wejść TUTAJ, zjechać do ankiety po prawo i zagłosować na Cienia. Proszę, zrób to, jeśli to opowiadanie Cię zainteresowało i je czytasz.
_______________________________________________________________________

Nie wiedziałam ile minęło czasu, odkąd ja i Ashton staliśmy w milczeniu na parkingu, ale na pewno była to dłuższa chwila. Spostrzegłam obok nas Michael'a i Calum'a. Wyglądali na zmęczonych, jakby przebiegli maraton. Kilka kropel potu spływało z czoła punk'owca, a jego przyjaciel oparł się o jedno z aut ciężko oddychając. Musieli szukać mnie po całym osiedlu, a dopiero później wpadli na pomysł sprawdzenia parkingu. 
Ashton odsunął się ode mnie, a następnie podrapał się po karku. Rozluźniłam swoje dłonie, które jeszcze chwilę temu formowały się w pięści, stojąc nieruchomo przy samochodzie i obserwując zachowanie całej trójki. Nie wiem, kto był najbardziej zakłopotany, ale widok był zabawny.  Przyjaciele Irwin'a byli zdenerwowani jego reakcją, mająca nastąpić za chwilę, natomiast sam Ash - tym, co musieli widzieć, czyli nas... razem. Sądzę, że nie przywiązali do tego większej wagi, ponieważ wciąż stali skrępowani starając się jakoś zacząć rozmowę, jednak ich przerażenie brało górę. Kiedy jednak już się uspokoili i powrócili na ziemię, rozpoczęli tłumaczenie mojej ucieczki.
- Sorry Ash, powiedziała, że idzie do łazienki, a my... - wyjaśniał Calum, aczkolwiek nie dane mu było dokończyć zdania. 
- To się nie powtórzy - stwierdził, patrząc w niebo z roztargnieniem. Jego przyjaciele unieśli  głowy spoglądając na blondyna z zaskoczeniem. Chwilę później, jego ciemne oczy obdarzyły ich znaczącym spojrzeniem  - Prawda? - zapytał ze spokojem, a Calum i Michael skinęli, jakby wpadli w trans i byli gotowi wykonać każde polecenie swego 'szefa', bo chyba tak właśnie powinnam nazywać Irwin'a,
Wzrok Ashton'a wrócił na moją osobę, spoglądając dokładnie tak samo. 
- U ciebie również, prawda?
- Jeśli tylko dotrzymasz słowa - warknęłam.
Ashton wywrócił teatralnie oczami, jakby to, co właśnie powiedziałam nie miało większego znaczenia. Zastanawiało mnie, czy jakiekolwiek słowo, pochodzące z innych ust niż jego trafiało do tego egoistycznego mózgu. Sprawiał wrażenie człowieka słuchającego jedynie własnych opinii oraz myśli. Zgaduję, że prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy z tego, iż mówiłam poważnie. Jeśli myśli, że zamierzam czekać ile tylko on chce na odpowiedzi, to grubo się myli. Pragnę informacji, chociaż małych wskazówek, ale teraz, jak najszybciej. Muszę wiedzieć, co do cholery się tutaj dzieje i z czym oraz kim mam do czynienia. 
Dłonie Ashton'a ścisnęły materiał kurtki, a po chwili zarzuciły kaptur na jego czuprynę. Odwrócił się w kierunku swojego samochodu i pociągnął za uchwyt otwierając drzwi. Rzucił obojętne spojrzenie w stronę Calum'a, który stał w skupieniu, czekając na 'rozkaz'. 
 - Skończcie pakowanie, a ja podjadę pod dom - zarządził, a jego przyjaciele posłusznie przytaknęli. Zaśmiałam się, patrząc na nich z niedowierzaniem. Ich zachowanie przypominało oddanie psów względem swoich właścicieli. 
Dłoń Michael'a znalazła się na moim ramieniu i mocno je ścisnęła, tym samym przyciągając mnie do niego. Równym krokiem ruszyliśmy do mojego mieszkania milcząc. Calum szedł tuż za nami. Wydawało mi się, że tworzą jakąś barierę, abym nie miała możliwości ucieczki. Trochę na to za późno, ponieważ zdecydowałam się dać Ashton'owi szansę i poczekać, aż wyjaśni mi wszystko ze szczegółami. Sama nie wiem, dlaczego tak po prostu odpuściłam. W głębi duszy czułam, że po jego przysiędze mogę być pewna intencji, które ma w stosunku do mnie. Jednak mój rozum nie ufał mu całkowicie. Bo w końcu.. jak można po czymś takim od razu komuś zaufać? 
***
Nasza praca dobiegła końca po godzinie. Ashton wszedł do mojego domu piętnaście minut przed końcem pakowania i pomógł znosić rzeczy do samochodu. Chciał to zrobić jak najszybciej, a widząc nasz brak pośpiechu zdecydował się na interwencję. Wyglądał na zirytowanego tak słabym tempem. Zapewne miał dzisiaj parę rzeczy do zrobienia, a moja osoba przysporzyła mu jedynie kłopotu. 
Gdy znosiłam jeden z kilku kartonów, Ashton stał przy samochodzie rozglądając się po ulicy. Dopiero teraz zauważyłam jego podkrążone, zmęczone oczy przyglądające się każdemu, przejeżdżającemu autu. Na jego zaróżowiałych policzkach rysowały się niewielkie dołeczki, które uwidaczniały się bardziej, kiedy tylko kąciki jego ust unosiły się pod wpływem rozbawienia na widok przechodniów. Każda mijająca go osoba, spoglądała na niego niepewnie i z przerażeniem, co jak najbardziej sprawiało mu przyjemność. Uśmiechał się pod nosem, gdy ktoś spuszczał z niego wzrok by następnie obserwować go kątem oka. Nie rozumiałam, co zabawnego jest w przerażaniu ludzi swoim jednym, małym spojrzeniem? 
- Dlaczego cię to śmieszy? - zapytałam widząc jego uśmiechniętą twarz, kiedy załadowałam karton do bagażnika 
- A dlaczego ciebie nie? - odpowiedział pytaniem, zwracając się w moją stronę - Ludzie cię nie znają, a od razu oceniają, czy to według ciebie nie jest śmieszne? 
- Nikt cię nie ocenia - burknęłam.
- Patrzenie na mnie ze strachem, odrazą, smutkiem czy odrzuceniem nie jest oceną? Więc czym według ciebie to jest? Możesz się domyślić, co ci ludzie mieli w myślach przechodząc obok. 
- Sam sprawiasz, że mają takie myśli - odparłam - Patrzysz na nich, jakby wyrządzili ci krzywdę i miałbyś ochotę ich za to zabić - stwierdziłam.
- Może tak jest - mruknął pod nosem, jednak zdołałam to usłyszeć.
Moje oczy momentalnie się rozszerzyły, a przez ciało przeszły dreszcze. Czy on mówił to poważnie? W moim ciele zagotowało się z wrażenia, a serce zabiło kilka razy mocniej. Słowa, które wypowiedział Ashton wyszły z jego ust tak zwyczajnie, z największą swobodą. Widząc moje osłupienie, blondyn lekko się zaśmiał. Uniósł swoje brwi triumfalnie, a ja dopiero zrozumiałam, co tak naprawdę go rozbawiło. To był jego cel - pokazać mi swoją rację. Osądziłam go po trzech wypowiedzianych przez niego słowach, tak jak ci ludzie. 
- Sprowokowałeś mnie - powiedziałam oburzona, na co blondyn pokręcił głową z uśmiechem.
Wzdrygnęłam się, kiedy usłyszałam huk za swoimi plecami. Gdy się odwróciłam, ujrzałam Calum'a. Kolejny karton wylądował w bagażniku, ale uderzenie było tak silne, że prawdopodobnie coś się stłukło. Zmierzyłam go pogardliwym wzrokiem, a w odpowiedzi dostałam ciche przeprosiny i jego zmieszanie. Chwilę później pojawił się również Michael, trzymając w dłoniach klucze od mieszkania i obracając je wokół palca.
- Po resztę przyjedzie Luke - oznajmił, a Ashton skinął. 
Głowa Ashton'a skręciła w stronę samochodu, gestem zapraszając nas do środka. Calum otworzył przede mną drzwi, pozwalając mi wejść jako pierwszej. Podziękowałam mu słabym uśmiechem, a następnie zajęłam miejsce w aucie. Michael usiadł z przodu, obok Ashton'a, który prowadził. Odjechaliśmy spod mojego mieszkania z piskiem opon, kierując się na główną ulicę. Nie spoglądając na znaki i ograniczenia, blondyn jechał jak tylko chciał. Dociskał pedał gazu w miejscach, gdzie były zakazy przyśpieszania i wykraczania poza 60 km/h, przejeżdżał na czerwonych światłach, a także od czasu do czasu puszczał kierownice, aby sprawdzić wiadomości w telefonie. Każda minuta, którą zdążałam przeżyć była dla mnie szczęśliwą i dziękowałam za nią Bogu. Na pewno nie chciałabym udawać się z Ashton'em w dłuższe podróże, bo prawdopodobnie zmarłabym na atak paniki. Przy każdym łamaniu przepisów, na jego twarzy pojawiał się szeroki, śnieżnobiały uśmiech. To widok niecodzienny, a przynajmniej tak mi się wydaje, bo jedynie tego dnia widziałam go aż tyle razy. Przy naszym pierwszym spotkaniu, nie dostrzegłam żadnego poczucia humoru z jego strony, wręcz przeciwnie - śmiertelną powagę.
Głośna muzyka, dochodząca z tyłu samochodu raziła mój słuch. Głośniki znajdowały się wszędzie, a silne basy nie dawały moim uszom spokoju. Reszta pasażerów była temu najwyraźniej obojętna, gdyż nie zauważyłam, żeby komukolwiek to przeszkadzało. Nirvana nie była w moim guście. Zwykłe 'darcie japy' za przeproszeniem. Musiałam znosić tyle irytujących mnie rzeczy, aczkolwiek największą z nich było przebywanie w jednym aucie z ludźmi, których kompletnie nie znałam i nie wiedziałam, czego mogę się po nich spodziewać. 
Siedziałam spokojnie, milcząc. Czasem, gdy zarzuciło samochodem zrobiłam mały, niezamierzony ruch, ale nic poza tym. Obserwowałam drogę, lub trójkę chłopaków jadących ze mną. Michael czasem rozmawiał z Ashtonem, lub po prostu przewijał piosenki, doszukując się swojej ulubionej. Miałam cichą nadzieję, że uda mu się włączyć coś wolniejszego, jakąś balladę czy nawet country. Nie lubiłam country, ale lepszy ten gatunek muzyki niż rock czy metal. Oczywiście łudziłam się, bo za każdym razem, gdy chłopak włączał jakąś piosenkę, leciał ten sam typ muzyki. Kilkakrotnie pytał Ash'a, gdzie znajduje się jakikolwiek utwór All time low, jednak ten nie dawał mu odpowiedzi. Czekał, aż sm ją znajdzie. Calum natomiast wciąż wpatrywał się w okno z zamyśleniem, a w dłoni ściskał komórkę. Wydawało mi się, że czekał na telefon, który nie nadchodził. Zebrałam się na odwagę i zdecydowałam po raz pierwszy odezwać się. 
- Kto to Mali? - cichy, delikatny głos wyleciał z moich ust w stronę bruneta. 
Calum wyrwał się z zamyślenia, a jego głowa odwróciła się w moją stronę. Oczy, z których nie mogłam wyczytać żadnych emocji popatrzyły na mnie. Przez chwilę Calum przyglądał mi się, jakby myślał, czy w ogóle powinien ze mną rozmawiać. Jego wzrok powędrował na lusterko, aby sprawdzić reakcję Ashton'a na moje pytanie, jednak on chyba mnie nie usłyszał. Kierował autem, patrząc na drogę lub na Michael'a. 
- Moja siostra - odparł półgłosem.
- Gdzie teraz jest? - spytałam.
- Nie wiem - wzruszył niedbale ramionami.
- Jak to nie wiesz? 
- Nie twój pieprzony interes - warknął głośniej.
Spostrzegłam wzrok Ashton'a w lusterku, skupiony na mnie. Zmarszczył czoło i patrzył w moje oczy z zaciekawieniem. Wyglądał na zdziwionego faktem, że odważyłam się odezwać. Calum zaś odwrócił się spowrotem do okna i milczał. Zdaje mi się, że uderzyłam w jedno z jego czułych miejsc. Może to delikatny temat, na który nie miał ochoty rozmawiać? Nie zmieniło to jednak mojej ciekawości, a raczej ją powiększyło. Dlaczego nie chciał powiedzieć mi niczego o swojej siostrze? Wcześniej był bardziej otwarty, zanim zdążyłam poznać Ashton'a osobiście. 
Brunet podparł się ręką, a palcami dłoni przebiegał po swoim policzku wystukując rytm piosenki. Prawdopodobnie teraz przypomniałam mu o jakimś ważnym wspomnieniu. Michael kilkakrotnie pytał go o różne rzeczy podczas drogi, jednak ten nie odpowiadał. Stwierdził więc, że nie ma sensu dalej próbować, więc znowu zapadł w dyskusję z kierującym Ashton'em na temat nowego auta, które ma pojawić się za kilka dni. Nie przysłuchiwałam się im. Temat aut nie zbyt mnie interesował. Skupiłam się na przeszukiwaniu mojej pamięci, przyglądając się osiedlu przez które przejeżdżaliśmy.
Droga, którą jechaliśmy nie przypominała wcześniej przez nas przebytej do mojego mieszkania. Wręcz przeciwnie, znałam ją bardzo dobrze i wiedziałam dokąd prowadzi. Jeździłam nią prawie codziennie do pracy lub Cassie.
- Dokąd jedziemy? - zabrałam głos po raz drugi, tym razem tak, aby każdy z nich dobrze mnie usłyszał. 
- Do baru twojej ciotki - odrzekł Ashton, a w odpowiedzi usłyszał mój pisk.
Zastanawiałam się, czy to miał być rodzaj mało śmiesznego żartu, bo jeśli tak - udało mu się. Spędziłam cztery dni w kompletnie nieznanym mi miejscu, z nieznanymi mi ludźmi, bez znaku życia, a teraz mam tak po prostu wejść do baru i przywitać się z ciotką? Poważnie? Tego właśnie oczekuje? Nie wiem w jakim świecie ten człowiek żyje, ale na pewno nie w tym prawidłowym. 
- Wyluzuj - jęknął znudzony - Wejdziesz, powiesz, że potrzebujesz wolnego tygodnia i wyjdziesz.
- Kpisz sobie? Jak ty w ogóle sobie to wyobrażasz? Ciotka nie widziała mnie prawie tydzień! Będzie chciała wiedzieć wszystko! Co ja mam jej do cholery powiedzieć?
- Że byłaś na Marsie - prychnął Michael wywracając oczami, a reszta wybuchła śmiechem. 
- Ewentualnie możesz jej zawsze powiedzieć, że cię porwałem i nie zamierzam zwrócić dopóki Ticks nie wróci na smycz - dodał Ashton.
- Co? Czego Ticks chce ode mnie? 
- Może twojego dziewictwa? - zapytał Calum, a cała trójka znowu się roześmiała.
Samochód zatrzymał się tuż przed barem. Silnik zgasł, a w aucie zapanowała cisza. Zmierzyłam wzrokiem każdego z chłopaków, a następnie wysiadłam, trzaskając z impetem drzwiami. Wypowiedziałam pod nosem parę obelg w ich kierunku, aby nerwy chociaż na chwilę mnie opuściły. Z minuty na minutę coraz bardziej żałowałam, że odebrałam pierwszy telefon od Ashton'a. Spędzanie czasu z nim i jego przyjaciółmi było jedną wielką udręką, którą sama sobie stworzyłam. 
Chwilę później z samochodu wysiadł Ashton, a ja znowu słyszałam śmiechy jego przyjaciół. Pewnie dobrze się bawili widząc złość i irytację rozrywającą mnie od wewnątrz. W moim ciele aż się gotowało, utrzymywałam resztki spokoju, który gdzieś tam we mnie dryfował i powoli ulatywał. Trzymałam ręce przy sobie, co nie było łatwe, bo gdybym nie wysiadła prawdopodobnie moja dłoń wylądowałaby na policzku Calum'a za ten nietaktowny żart.
Skrzyżowałam swoje ręce, patrząc na blondyna znacząco. Ten podniósł dłonie w geście niewinności i zaczął się śmiać. Jego śmiech można było kochać.. lub nienawidzić, a ja zdecydowanie go nie cierpiałam. Był irytujący, głośny i zabarwiony chrypą. Słysząc go, miałam ochotę zatkać uszy. Eh, co ja w ogóle mówię. Wszystko w Ashtonie sprawiało, że miałam ochotę zniknąć. Pewną część mnie drażnił, drugą przerażał, a jeszcze inną intrygował swoją osobą. 
- Przyzwyczaisz się do ich poczucia humoru - stwierdził.
Blondyn podszedł do mnie, a następnie położył rękę na moim ramieniu. Nie zastanawiając się, gwałtownie zrzuciłam jego dłoń posyłając mu gniewne spojrzenie. Chłopak wycofał się, a z jego twarzy nie znikał uśmiech. Ruszyłam w kierunku wejścia do baru, uderzając przy tym Ashton'a w bark. Miałam nadzieję, że chociaż w minimalnym stopniu dałam mu do zrozumienia, że ma się trzymać ode mnie z daleka. 
- Mogłaś przynajmniej zaprzeczyć, że jesteś dziewicą - usłyszałam za swoimi plecami, ale nie reagowałam. Wiedziałam, że właśnie o to mu chodzi, o sprzeczki. Ashton chciał mnie wyprowadzić z równowagi i po części bardzo dobrze to robił, ale nie zamierzałam dawać mu z tego satysfakcji. 
Nie czekając na chłopaka, weszłam do baru. Nie było dużego ruchu, wręcz przeciwnie. Wewnątrz znajdowało się dosłownie kilka osób, dwie czy może trzy. To dosyć dziwne, ponieważ nigdy nie widziałam tutaj tak niskiej frekwencji. Muzyka nie grała, a telewizor był wyłączony. Ludzie siedzieli znudzeni, jeden z mężczyzn podpierał rękoma głowę, drugi czytał opornie gazetę, a kobieta siedząca blisko drzwi, znudzona bawiła się łyżeczką od kawy. 
Podążyłam w stronę zaplecza. Kiedy moja ręką znalazła się na klamce, nagle ktoś ją zdjął. Przede mną stanęła młoda, tleniona blondynka. Koszulka, którą miała na sobie ledwo zakrywała jej piersi. Zastanawiałam się po co ją w ogóle miała. Jej brzuch był całkowicie odkryty. Mocno opięty top wyglądał na pożyczony od pięcioletniej dziewczynki. Długie, w kształcie migdałków paznokcie w kolorze krwistym od razu rzuciły mi się w oczy. Dłonie spoczywały na jej biodrach. Jej spojrzenie było wymowne, uważała mnie za nieproszonego gościa. Lustrowała mnie wzrokiem od góry do dołu, próbując dać mi do zrozumienia, że powinnam udać się do stylisty. Cóż... ona na pewno nie śledziła trendów.
- Wejście tylko dla personelu - powiedziała. Jej głos był sztuczny i przesłodzony. Nie wiedziałam co było gorsze. Słuchanie jej, czy może śmiechu Ashton'a, ale chyba wybrałabym w końcu tą drugą opcję. Od pierwszego wejrzenia już nie znoszę tej tapeciary. 
- Dla twojej wiadomości jestem z personelu - syknęłam po raz kolejny kładąc dłoń na klamce i tym razem ciągnąc ją w dół. 
Przeszłam przez próg, automatycznie skręcając na prawo, do gabinetu Eleanor. Jak zazwyczaj siedziała przy komputerze ze skupieniem, przeglądając dokumentacje. Kiedy tylko mnie spostrzegła, oderwała się od pracy i wstała z wrażenia. Nie spodziewała się mnie tutaj, nie dziś. Hm, coś nas łączyło. Ja również nie spodziewałam się, że będę miała zamiar wpaść do baru, a już na pewno nie miałam w planach brania tygodnia wolnego. 
- Hej - wypuściłam ze swoich ust.
- Dziecko drogie, dzwoniłam kilka razy! - krzyknęła ciotka złączając swoje dłonie - Wszystko w porządku? 
Rudowłosa podeszła do mnie i uścisnęła. Automatycznie moje dłonie zacisnęły się na jej marynarce, a do oczu napłynęły łzy. Oczywiście przytaknęłam na jej pytanie, bo co miałam innego zrobić. Może nie byłam najlepszą aktorką, ale umiałam kłamać. Nie raz wymykałam się z domu, albo chodziłam w różne zakazane miejsca twierdząc, że idę do Cassie. Rodzice wierzyli w każde moje kłamstwo. Z resztą... tak jak ciotka.
- Zgubiłam komórkę - wymamrotałam - Nie miałam jak cię informować o wszystkim 
Oderwałam się od kobiety, gdy tylko łzy odeszły i zajęłam miejsce przy biurku. Ciotka zrobiła to samo, siadając na przeciwko mnie. 
- Więc opowiadaj teraz!
- Nie mam czasu - odparłam - Ciociu, potrzebuję jeszcze tygodnia wolnego...
- Co takiego? - spytała zdziwiona - Caitlin, ja rozumiem wszystko, ale co ludzie pomyślą... George stwierdzi, że traktuję cię po królewsku...
- George - szepnęłam sama do siebie - Gdzie on jest? - zapytałam głośniej.
- Nie przyszedł dzisiaj, nie mogłam się do niego dodzwonić. Czemu pytasz?
- Tak po prostu - urwałam.
George zawsze stawiał się w pracy. Był sumienny i lojalny w stosunku do mojej ciotki, nigdy nie opuszczał żadnego dnia. Nie brał nawet wolnych, zazwyczaj pozwalał mi wykorzystywać swoje. Nie miałam z nim kontaktu odkąd zadzwonił do mnie w pociągu. Fakt, że to on zadzwonił i dowiódł, iż zna Ashton'a jeszcze bardziej mnie niepokoił. Co jeśli teraz jest w niebezpieczeństwie? Pomógł mi, a teraz może za to płacić. Cholera, to bardziej pokręcone niż mi się wydawało.
Moje dłonie zaczęły się pocić, a ciśnienie skoczyło. Za każdym razem, gdy próbowałam być spokojna, pojawiała się cholerna przeszkoda. Kończąc jeden problem, rozpoczynałam drugi. 
Głowa ciotki odkręciła się do komputera, gdy tylko głośniki wydały dźwięk przychodzącego maila, więc zajęła się właśnie tym. Ja w tym czasie wzięłam kilka głębokich wdechów, zastanawiając się nad tym co powinnam teraz robić. Rozważałam każdą opcję, którą mogłam wykorzystać, nawet oznajmienie kobiecie, że jestem osobą porwaną i mój urlop to jeden wielki plan Ashton'a. Z drugiej strony mogłabym narobić sobie większych kłopotów, więc po prostu siedziałam cicho. Odgłos tykającego zegara jeszcze bardziej mnie rozdrażnił. W mojej głowie słyszałam jedynie głośne 'tik tak, tik tak' . Zadawałam sobie liczne pytania... Co robić.. cholera.. co robić...
Długą pauzę, zaistniałą między nami, przerwała tleniona blondynka, którą zdążyłam spotkać przed moim wejściem.
- Eleanor, jakaś... - zaczęła wraz ze swoim wtargnięciem do biura ciotki - Oh, już tu jest - wymamrotała, zwracając uwagę na mnie.
- Kto to? - zapytałam rudowłosej w obecności dziewczyny - I dlaczego mówi do ciebie po imieniu? 
- Nowa pracownica, przyda się - odparła stukając palcami o klawiaturę - Wybacz Caitlin, mam sporo pracy, jakieś błędy w finansach.. - powiedziała z zaniepokojeniem.
Nie zabierając czasu ciotce, wstałam z miejsca i zabrałam swoje rzeczy. Podążyłam w kierunku wyjścia, kiedy Eleanor krzyknęła moje imię. Zatrzymałam się i odwróciłam. 
- Ostatni urlop - oznajmiła brzmiąc śmiertelnie poważnie.
Pokiwałam głową, a następnie podziękowałam za jeszcze jedną szansę. Utrata pracy, to ostatnia rzecz, jakiej teraz pragnę. Wiem, że wykorzystuję ciotkę, która jest dla mnie zdecydowanie za dobra, ale nie mam innego wyjścia. Nie mogę zrezygnować z baru, ani do niego w tej chwili wrócić. 
Pognałam w kierunku wyjścia. Przed budynkiem czekał na mnie Ashton. Kończył palenie swojego papierosa, a biały dym unosił się tuż nad jego głową. Szare rękawy swetra niedbale wystawały spod czarnej kurtki, którą miał na sobie. Stał zgarbiony, a jego wzrok wbity był w ziemię. Ciemne, brązowe oczy przysłonięte były kosmykami blond włosów, które opadały na jego twarz. Gdy tylko mnie spostrzegł, rzucił peta na ziemię, następnie przygniatając go butem. Uniósł jedną brew pytająco, widząc moje zaniepokojenie. 
- Mamy problem - rozpoczęłam, a Ashton podszedł bliżej mnie wykazując wyraźne zainteresowanie.
- Hm? - mruknął, nie spuszczając ze mnie oczu.
- George nie stawił się w pracy - wypaliłam - Wiem, że się znacie, on zawsze przychodzi do baru, proszę, mógłbyś to sprawdzić? - poprosiłam prawie błagalnie.
- Zajmę się tym - odpowiedział blondyn z lekkim zamyśleniem. 
W głębi duszy modliłam się, żeby sam Ashton się tym nie zdenerwował. Jeśli on się tym przejął, oznacza to tylko jedno... 
Tego nie było w planach. 

_____________________________________________________________
Jest mi trochę przykro... widząc jak z rozdziału na rozdział pojawia się coraz mniej komentarzy. Czy to opowiadanie was nudzi? Przestaliście tu wchodzić? Jest mniej osób? Czy to tylko efekt lenistwa? Proszę, komentujcie. Nie chodzi o to, że chcę sobie nabić tych komentarzy. Widząc standardową, unormowaną liczbę komentarzy, wiem, że wszystko jest w porządku. A tak... 
Dla was to chwila. To dosłownie 3 minuty na napisanie czegoś sensownego i dodanie tego pod notką. Czuję się czasami jakbym pisała do ściany, proszę was, nie róbcie mi tego. Piszę dla was, a wasze odpisywanie to dla mnie motywacja i satysfakcja z dobrze wykonanej roboty.. 
Więc jeśli czytasz - skomentuj.

Jutro lub po jutrze pojawi się nowy szablon. Just sayin'. Widziałam - jest cudny. Jak każdy z resztą, który pojawiał się na Cieniu. 
Nie wiem czy coś jeszcze z ogłoszeń... Chyba już nic..

Dziękuję za wiadomości, tweety, komentarze. Kocham was. 

piątek, 14 lutego 2014

Rozdział 21

Minęły dwa dni odkąd przebywałam w domu Ashton'a, a przynajmniej wydawało mi się, że to właśnie jego dom. Codziennie dostawałam jedzenie, którego nawet nie miałam w zamiarze dotykać. Nie czułam głodu czy potrzeby zjedzenia. Sądzę, że najadałam się samym strachem, który nie przestawał mnie opuszczać. Nie dowiedziałam się również niczego, co mogłoby jakoś wyjaśnić moją aktualną sytuację. Gdy o coś pytałam - otrzymywałam milczenie lub słowa 'Dowiesz się już niedługo'. Irytacja w moim ciele wzrastała tak samo jak dyskomfort pobytu tutaj. Nie mogąc dłużej wytrzymać tego, co się działo we mnie i wokół mnie, postanowiłam więc zamknąć się w sobie. Siedziałam dwadzieścia cztery godziny na dobę nie odzywając się w kącie z podkulonymi nogami. Mój wzrok przebiegał po przeciwnych ścianach, meblach, dywanie i wszystkim co było widoczne. Wariowałam, po prostu wariowałam nie robiąc kompletnie niczego, ale co ty zrobiłbyś na moim miejscu? Walczył? O co? Gdy tylko próbowałam uciekać lub sprowadzić pomoc kończyło się tak samo - powrotem do pokoju. Czułam się jak w pieprzonym więzieniu, albo grze, gdzie to Ashton wykładał karty. Tylko i wyłącznie on. 
Z mojej głowy nie znikały pytania. Co w swoich zamiarach ma Ashton? Do czego może się posunąć? Czy chce mnie zabić? Jeśli tak, dlaczego nie zrobił tego wcześniej? W końcu miał tyle okazji... jestem mu do czegoś potrzebna? Do czego? Co on planuje? 
Mój mózg przegrzewał się szukając w mojej przeszłości jakichkolwiek wskazówek. Pragnęłam rozwiązać zagadkę pojawienia się w moim życiu Ashton'a, ale za każdym razem kończyło się tym samym - niewiedzą. Rozgryzienie intencji Ashton'a oraz jego przyjaciół było nie lada zadaniem. Chciałam znać jego intencje, spróbować zrozumieć jego postępowanie, zobaczyć cień dobroci... na marne. Za każdym razem w mojej głowie pojawiał się obraz jego przygnębionego lub wściekłego spojrzenia, które kierował w moją stronę. Gdy tylko napotykały moje, łagodniały, ale po chwili wracały do ciemności, co potęgowało moje obawy. Jego wygląd, a także stosunek do mnie sprawiał, że nie potrafiłam zmienić swojej opinii. Morderca, seryjny zabójca... to jedyne określenia jakie przychodziły mi na myśl. Każdy jego ruch świadczył o tym, że jest z tym wszystkim związany. 
Nie miałam możliwości kontaktu z moją rodziną czy znajomymi. Nie miało to większego znaczenia, ponieważ ciotka myślała zapewne, że wciąż jestem w Melbourne i nie mam czasu na rozmowy. Czułam ulgę, gdyż wiedziałam, że przynajmniej się nie martwi. Nie zmieniało to jednak faktu, że pilnie potrzebuję jakiejkolwiek pomocy, jeśli w ogóle chcę wyjść z tego cało. Nie uśmiechał mi się dłuższy pobyt w tym mieszkaniu, ani w żadnym innym, gdzie byłabym zamknięta czy obserwowana. 
Drzwi od pokoju z hukiem otworzyły się, a w ich progu stał Ashton. Zlustrował mnie wzrokiem po czym wszedł do środka i usiadł na łóżku, naprzeciwko mnie. Wpatrywał się w moje pełne nienawiści oczy, marszcząc przy tym brwi. Nie odzywał się dość dłuższy czas, po prostu patrzył, jakby zastanawiał się nad czymś. Oboje byliśmy zamyśleni, próbowaliśmy wzajemnie się rozgryźć i znaleźć rozwiązanie zadowalające jedynie siebie. Mnie nie obchodziło co on ma do powiedzenia, a jego co mam ja. Obok mnie leżał talerz z nietkniętym jedzeniem. Gdy tylko to zauważył, jego wzrok złagodniał. Kolejny dzień, gdy odrzuciłam posiłek zapewne go zmartwił. To świadczyło tylko i wyłącznie o tym, że potrzebował mnie żywej. Tylko dlaczego? Siedzieliśmy w ciszy, mierząc się wzrokiem. Miałam wrażenie, że toczymy jakiś chory pojedynek, a ten kto pierwszy odpuści - przegra. Ashton podpierał swoją głowę pięściami, ciężko oddychając. Czasem zamrugał, ale to nie był dowód wygranego przeze mnie pojedynku, po prostu się zmęczył. On zawsze był górą i miał nade mną przewagę, czy tego chciałam czy nie. 
- Musisz to zjeść - rozkazał.
- Nie będę tego jeść - warknęłam.
- Długo będziesz to drążyć? - spytał patrząc na mnie obojętnie - Nie bądź żałosna, nic takiego się nie stało Caitlin, zachowujesz się jak jakieś naburmuszone dziecko - wywrócił teatralnie oczami.
- Nic się nie stało? - zapytałam zirytowana - Nic się do cholery nie stało? - wstałam z miejsca - Byłeś tam, byłeś tam przez cały pieprzony czas uśmiechając się do mnie, wiedząc, że nic nie podejrzewam. Stałeś przy bilardzie grając sobie, jak gdyby nigdy nic, a ja jak ta idiotka cię obsługiwałam. Rozmawiałeś sobie z Georgem podczas gdy ja... - zatrzymałam się nie mogąc dokończyć zdania. Łzy cisnęły się do moich oczu, a głos coraz bardziej się załamywał. Emocje po raz kolejny wzięły górę. Odwróciłam twarz w stronę okna, kiedy po moim policzku spłynęła łza. Byłam słaba, wyczerpana, wcale nie miałam ochoty się kłócić, ale musiałam walczyć. Chciałam mu udowodnić, że nie odpuszczę za wszelką cenę. Chcę prawdy i wolności - tyle.
- Nic nie rozumiesz.. - mruknął.
- Jesteś draniem, podłym, nie mającym serca draniem - stwierdziłam - Chcę jechać do domu i nigdy więcej nie mieć z tobą do czynienia.
- Niestety, ale nie możesz - odparł - Wiem, że to dla ciebie trudne i jesteś w tej chwili zagubiona, ale.. - wyciągnął ku mnie swoją dużą dłoń, a kiedy zrobiłam krok do tyłu, cofnął ją i zgiął swoje długie palce tworząc pięść. 
- Nie dotykaj mnie - syknęłam - Słyszałeś co powiedziałam. 
Ashton mruknął coś pod nosem, a następnie się odsunął. Podszedł do okna, a jego ręce oparły się o parapet. Westchnął głęboko wpatrując się w przestrzeń. Jego wzrok utkwił na świecącej się jeszcze latarni pod którą utworzyła się kałuża. Krople deszczu obijały o parapet, nie tworząc żadnej, spójnej melodii. Po prostu spadały swobodnie z nieba pokrywając chodnik i ulicę ciemniejszymi piegami, przypominając o swoim istnieniu. Szumiały łagodnie, spływając strugami po szybie okna, tworząc różne kształty. Palce blondyna uderzały w okno próbując złapać jakiś rytm i komponować, jednak nagle przestał, kiedy deszcz przestał z nim współgrać. 
- Jutro tam pojedziesz - oznajmił, a w moich oczach pojawił się błysk nadziei. 
- Naprawdę? - spytałam dla pewności, myśląc, że się przesłyszałam.
- Tak, ale tylko po to, żeby zabrać rzeczy - odpowiedział - Zostawisz to mieszkanie, a ja kupię ci nowe.
Moje usta otworzyły się z wrażenia. Patrzyłam na niego jak na wariata z nadzieją, że to miała być forma mało śmiesznego żartu. Czy on oszalał? Czy w ogóle myśli co mówi? Czy jemu się wydaje, że się na to zgodzę? Milczałam. Siedziałam cicho, jakby ktoś zabrał mój głos i nie mogłam wydać żadnego dźwięku. Nie wiedziałam na co mogę sobie pozwolić po tym, jak celował do mnie z broni. Moje nadzieje na normalne życie zniknęły w promieniu światła. Mogłam szczerze przyznać, że stałam się więźniem, zostałam porwana i nie zostanę uwolniona dopóki Ashton się na to nie zgodzi. W tej chwili jestem pod jego dowództwem i nie mogę nic z tym fantem zrobić. Mimo wszystko, nie byłam skłonna do ugody, wręcz przeciwnie - jestem typem buntowniczki. 
Moje oczy pociemniały i zwężyły się. Zmarszczyłam czoło po czym wzięłam głęboki wdech. Wstałam z miejsca i powędrowałam w stronę stojącego przy oknie Ashton'a. Szarpnęłam go za ramię odwracając w moją stronę. Miałam ochotę go uderzyć, z całej mojej siły i złości, aby dać upust emocjom, ale ostatnimi siłami powstrzymałam się. Mimo wszystko, jeśli myślał, że jestem tak bardzo przerażona - grubo się mylił.
- Nie zostawię mojego mieszkania, a ty nie będziesz mną rządził - warknęłam - Wieziesz mnie do domu, albo mnie zastrzel, śmiało.
- Zadziorna, świetnie - uśmiechnął się szczeniacko, a następnie uścisnął moje ramiona popychając mnie na ścianę - Słuchaj księżniczko - zaczął niskim tonem - To nie ty wydajesz tutaj polecenia, bardzo mi przykro z tego powodu - syknął patrząc prosto w moje oczy - Więc nie prowokuj mnie i ubieraj się bo za chwilę wychodzimy.
Jego dłonie po zakończeniu zdania automatycznie mnie puściły. Ashton posłał mi piorunujące spojrzenie i pokierował się do drzwi zostawiając mnie samą. Oddychałam szybko i ciężko. Moja ręka przejechała przez czoło, aż na sam czubek głowy zbierając wszystkie kosmyki opadające na twarz. Do moich oczu napłynęły łzy, a przez ciało przechodziły co chwilę dreszcze. Byłam wściekła, ponieważ zdawałam sobie sprawę z mojej bezradności. Zarzuciłam na siebie bluzę, która leżała na krześle i zaczęłam chodzić w kółko po pokoju myśląc co mogłabym zrobić. Ashton na pewno nie puści mnie samej, więc nie mogę sobie tak po prostu uciec... ale mogę spróbować.

Razem z Michael'em, Calum'em i Ashton'em byłam zmuszona jechać do mojego mieszkania, aby się z niego wyprowadzić. Minęły trzy godziny zanim dotarliśmy do miejsca, a nasza podróż przebiegła w ciszy, przynajmniej dla mnie. Cała trójka bawiła się dość dobrze śmiejąc się i słuchając muzyki. Byłam jedyną osobą, która nie miała nastroju na tego typu rozrywkę. Kompletnie odizolowana myślami od moich porywaczy obmyślałam plan ucieczki wciąż wpatrując się w przestrzeń za oknem. Miałam wrażenie, że wszyscy w aucie słyszą bicie mojego serca. Siedząc obok Calum'a zauważyłam na jego nadgarstku kilka bransoletek, ale jedna rzuciła mi się najbardziej w oczy. Zielona, przeplatana muliną, związana na supeł ozdoba z imieniem Mali. Zmarszczyłam brwi zastanawiając się kim może być ta osoba. Na myśl przychodziła mi jedynie jego dziewczyna, ale nie byłam tak śmiała, żeby przerwać im dobrą passę i zapytać. Powróciłam wzrokiem do oglądania ulicy przez którą przejeżdżaliśmy.  
Ashton zatrzymał swoje auto za blokiem, w małej, ślepej uliczce. Było ciemno, mimo, że deszcz przestał padać. Prawdopodobnie zanosiło się na burzę, których panicznie się bałam. Jako dziecko podczas jednej z nich bawiłam się na placu zabaw, kiedy zamierzałam wracać z Annie - moją dawną sąsiadką do domu, piorun uderzył w drzewo, którego gałąź ułamała się i padła prosto na nią. Na szczęście nic groźniejszego się nie stało poza kilkoma stłuczeniami, ale sam fakt przeraził mnie do tego stopnia, że nigdy więcej nie wyszłam z domu, gdy zanosiło się na burzę. 
Ashton nie wyłączył silnika, jedynie zrobił to z radiem i światłami. Nie dziwił mnie fakt, że znowu się ukrywa, w końcu zawsze to robił i wątpię żeby z tego zrezygnował. Zgaduję, że bardzo mu się to podoba i głównie przez to uchodzi za 'strasznego'. Może nie powinnam podchodzić do jego osoby z sarkazmem, bo jeszcze kilka dni temu celował do mnie z broni i dzisiaj szarpał mną jakbym była workiem na ziemniaki, ale gardziłam nim jak tylko mogłam. Nie potrafiłam już nawet się bać. 
Ashton odwrócił się do tyłu, gdzie siedziałam z Calum'em. Spojrzał się w moim kierunku, a następnie uśmiechnął się szczeniacko. Był dumny z faktu iż poddałam się i ugięłam pod jego siłą. Myślał, że ma nade mną przewagę, jednak nie miał pojęcia co knułam przez całą drogę do domu. 
- Idźcie z nią, na pewno będzie potrzebowała pomocy - powiedział Ashton ze spokojem tym razem obdarzając spojrzeniem Calum'a.
- Od ciebie akurat niczego nie potrzebuję - mruknęłam pod nosem, co zauważył chłopak i spiorunował mnie wzrokiem. Prychnęłam po czym pociągnęłam za klamkę i wysiadłam z auta. Calum i Michael w szybkim tempie zrobili to samo. Stałam w miejscu, czekając na moich ''ochroniarzy''. Nie uciekałam. Jeszcze nie teraz. Chciałam, aby uwierzyli, że mają nade mną przewagę i nie zamierzam się stawiać. Mój plan powoli zaczął działać. 
Ashton z piskiem opon wyjechał z uliczki, a my powędrowaliśmy w kierunku mojego mieszkania. Zanim jednak do niego weszliśmy, zahaczyliśmy o piwnice, gdzie było kilka kartonów do których mogłam włożyć swoje rzeczy. 
Calum otworzył drzwi od mojego mieszkania swoimi kluczami, co po raz kolejny sprawiło mi ból. Z minuty na minutę zauważałam każdy swój błąd, którego się dopuściłam. Sama wpuściłam ich do swojego życia. 
Przekroczyłam próg czystego, nienaruszonego od mojego wyjazdu domu. Wszystko stało na swoim miejscu, każda ramka czy wazon. W głębi duszy cieszyłam się z tego faktu, ale nie umiałam teraz tego okazać. Nikt podczas mojej nieobecności się nie włamał, mieszkanie nie jest spalone, także to pewien sukces. 
Zabrałam się za zbieranie swoich rzeczy z salonu. Nie patrzyłam na rodzaj, po prostu wrzucałam wszystko do kartonu. Nic nie miało dla mnie większego znaczenia. Chłopcy widząc moją obojętność zabrali się za drugą połowę pomieszczenia robiąc dokładnie to samo. Rozmawiali ze sobą i śmiali się, kiedy ja siedziałam w ciszy i wdrążałam swój plan w życie. Działałam w normalnym, nie zbyt szybkim tempie, aby nie narobić sobie nieprzyjemności. Oni niczego nie podejrzewali, lub po prostu sprawiali takie wrażenie. 
Gdy zapełniłam dwa pudełka, kątem oka spojrzałam na Calum'a i Michael'a, którzy przeglądali książki na mojej półce. Wybuchli śmiechem, kiedy znaleźli '50 twarzy Grey'a ' i poczęli wyrażać swoje opinię na temat tego arcydzieła. Wywróciłam teatralnie oczami słysząc ich żenujące komentarze, które wyraźnie wskazywały, że nie przepadają za tego typu twórczością. 
- Idę do łazienki - zasygnalizowałam, a Calum tylko machnął ręką i rzucił krótkie 'OK' w moim kierunku. Kontynuowali swoje zafascynowanie literaturą i przeglądali kolejne książki znajdujące się w moim zbiorze. 
Nie czekając na zwrócenie na siebie uwagi, pognałam przez korytarz na sam koniec mieszkania. Dzięki Bogu mój pokój znajdował się tuż obok łazienki i bardzo łatwo było mi zmienić kierunek podróży. Skręciłam do sypialni, a następnie zamknęłam drzwi na klucz. Czym prędzej przysunęłam krzesło pod drzwi, a jego oparcie podstawiłam pod samą klamkę. Podbiegłam do biurka i wyrzuciłam z niego szufladę, niezdarnie przeszukując dokumenty. W końcu znalazłam to, na czym mi zależało - zapasowe kluczyki do mojego samochodu. Podeszłam do okna, a następnie otworzyłam je. Wskoczyłam na parapet, a następnie przerzuciłam swoje nogi na zewnątrz mieszkania. Znajdowałam się teraz po drugiej stronie. Czasami dziękowałam Bogu, że mieszkałam na pierwszym piętrze. Może były tego minusy, ale właśnie odkrywałam również zalety. 
Usłyszałam dźwięk potrząsania klamką, a moja głowa zwróciła się w kierunku drzwi. Zamknęłam oczy i zsunęłam się po parapecie lecąc w dół. Moja koordynacja nie należała do najlepszych, ponieważ nie zleciałam na równe nogi. Upadłam na kolana, ale szybko się podniosłam i podążyłam na parking. Ledwo łapiąc oddech biegłam w poszukiwaniu swojego auta, a gdy tylko je znalazłam poczułam w pewnym stopniu ulgę. To była połowa sukcesu. Wystarczyło do niego wsiąść i je odpalić zanim Calum i Michael zdążą mnie dogonić. Moja klatka piersiowa unosiła się i opadała z ogromną prędkością. Z moich ust wylatywały ciche jęki nadziei połączone ze szlochaniem. Nie myślałam nawet nad tym, gdzie na sam początek się udam. Moje dłonie drżały, przez co trudniej było mi wcelować w zamek kluczem. Błagalny płacz jednak pomógł mi i w końcu wsunęłam go, po czym przekręciłam otwierając drzwi. 
Pociągnęłam za klamkę z uciechą, gdy nagle ciężka dłoń gwałtownie je zamknęła. Spojrzałam w górę. Widząc gniewne spojrzenie Ashton'a ledwo zdołałam przełknąć ślinę, a co dopiero wydusić słowo. Ruszyłam do ucieczki, właściwie nie wiedząc czemu. To było do przewidzenia, że Ashton nie pozwoli mi zwiać ani teraz, ani później. Ścisnął moje ramię, a następnie przyciągnął mnie do siebie.
- Uważasz, że jestem głupi czy może głupi? - zapytał, a ja wciąż próbowałam się wyrwać.
- Daj mi spokój do cholery! - krzyknęłam przez łzy, a Ashton automatycznie mnie puścił - Czego ode mnie chcesz?! Mało ci, że zamieniłeś moje życie w piekło?! 
- Nic kurwa nie rozumiesz, nic a nic! - starał się mnie przekrzyczeć - Czy do ciebie nie dociera, że nie chcę cię skrzywdzić?! 
- Uważasz, że ci uwierzę?! Po tych wszystkich włamaniach, telefonach, wystawianiach mnie na jakąś pierdoloną próbę? Jak mam ci ufać? Ukrywałeś się przez tyle czasu! 
Ashton oparł mnie o tył samochodu, kładąc na nim ręce tak, aby zablokować mi jakiekolwiek przejście. Był wzburzony, ale wyglądało na to, że powoli wszystko z niego ulatywało, nagle się uspokajał, co mnie zaskakiwało. Nie wiedziałam co do końca się dzieje.
- Może zachowałem się jak dupek - zaczął - Może spieprzyłem wiele rzeczy - blondyn wciąż wymieniał - Ale ja też ponoszę tego konsekwencje.
- Na pewno nie takie, jakie ja - prychnęłam odwracając wzrok od chłopaka.
- Spójrz na mnie - mruknął, jednak ja nie zareagowałam - Spójrz - poprosił łagodnie, błagalnym głosem zwracając moją uwagę - Możesz wierzyć lub nie, ale cię chronię.
- Dlaczego mam ci wierzyć, skoro nic mi nie mówisz?
- Wszystko ci powiem, po prostu nie teraz, ale naprawdę nie mam wobec ciebie złych zamiarów, cholera, chcę ci pomóc... - powiedział Ashton, a ja wciąż patrzyłam na niego z niedowierzaniem.
- Przysięgnij - wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
- Przysięgam na moje życie, Caitlin.
___________________________________________________________

1 sprawa:
Ostatnio informuje, kiedy ma być nowy rozdział. Liczyłam, że skończą się pytania: Kiedy rozdział, kiedy next itd, ale to chyba nieuniknione. Nie wyrobiłam się. Ten rozdział był pisany na szybko, za wszystkie błędy, niejasności przepraszam, ale pod presją pisałam chcąc dodać go dzisiaj, bo kiedy napisałam, że jednak się nie wyrobię pojawiły się rozczarowania, smutki, a u niektórych pretensje. Od dziś po prostu nie podaję dat nowych rozdziałów i nie odpowiadam na pytania 'kiedy rozdział' bo doszło do mnie, że nie jestem w stanie się określić. Czasem wena jest większa, czasem mniejsza, a na siłę pisać nie chcę. Komu nie chcę się czekać - droga wolna, nie musicie na siłę czytać, nie zamierzam was zmuszać.

2 sprawa:
Jeśli podoba wam się mój blog, proszę wyślijcie maila glenna@vp.pl rekomendację bloga CIEŃ (tak jak jest to tutaj > KLIK < ) Dzięki wam, Cień pojawi się po raz trzeci w polecanych przez czytelników na katalogu opowiadań! :) 

3 sprawa:
MAMY 100 TYSIĘCY! MY MAMY, MY WSZYSCY, 100 TYSIAKÓW NA BLOGU, A JUŻ PONAD W OGÓLE, JEŚLI MYŚLICIE ŻE PRZESTAŁAM SIĘ JARAĆ TO NIE NIE I NIEEEEE *DZIKI BANS* *FANGIRL*

środa, 12 lutego 2014

#CIEŃMA100TYSIĘCY


Tak jest! Dokładnie tak jak w tytule tego posta! CIEŃ MA 100 TYSIĘCY KURCZĘ WYŚWIETLEŃ. Ja nie wiem co powiedzieć. Pisząc to mam łzy w oczach bo nigdy nie spodziewałam się, że to zajdzie tak daleko. Może niektórzy uważają, że to mało, że to nic takiego, nie ma się czym jarać itd. Ale ja się jaram, ja jestem szczęśliwa, ja skaczę z radości, ja krzyczę i przeżywam to wszystko tak bardzo bo nie mogę w to po prostu uwierzyć. Nie liczyłam nawet na pięć cholernych tysięcy. Pisząc prolog mówiłam sobie 'musi być dobry, musi zaciekawić, muszę go rozwinąć, uszczegółowić, ulepszyć' i wracałam do niego z 10 razy po czym jak teraz na niego patrzę to mam ochotę zakopać się pod ziemię widząc, że nie jest taki jaki powinien być. Liczyłam, że będzie lepszy, ale.. i tak zainteresował wiele osób.

Boże, nie wierzę. Możecie mnie uznać za wariatkę czy cokolwiek innego, ale ja po prostu jestem w szoku, że udało mi się napisać coś dobrego. Coś co naprawdę zainteresowało was wszystkich. Cieszę się, że w końcu coś mi się udało. To dodaje skrzydeł zdecydowanie.
Wiem, że się powtarzam (jak zwykle, w rozdziałach też mi się to zdarza, tak wiem, sama się teraz pogrążam, nieważne. xD) ale uwielbiam was. Tak bardzo uwielbiam każdą osóbkę, która przyczyniła się do tych 100 tysięcy, która teraz to czyta... Jesteście najwspanialsi na świecie. Po prostu nie umiem opisać tego, jak bardzo jestem wam wdzięczna za to, że tu wchodzicie, za to, że tu jesteście, jesteście ze mną i tym opowiadaniem, bo to wy jesteście za to wszystko odpowiedzialni, bez was nie byłoby mnie, ani Cienia. Jesteście najlepszą motywacją jaką mogłam dostać od losu. Jesteście moją odskocznią tak samo jak to opowiadanie od realnego życia, naprawdę. (Boże ta notka jest taka emocjonalna... xD) Dziękuję wam za wszystko.
Nie wiem nawet co jeszcze mogę napisać bo po prostu tyle emocji, że o jezu boże bożenko i w ogóle
Mam ochotę po prostu wydrzeć się na balkonie, że udało mi się, że mam te 100 tysięcy, że zrobiłam to i w ogóle, że jestem taka cool (nie, nie jestem, ale co z tego, muszę podnieść sobie samoocenę lol)












Trzymajcie się ciepło, do rozdziału. xx

Kiedyś był 1,000 - teraz jest ich 100.

piątek, 7 lutego 2014

Rozdział 20 + #PÓŁROKUCIENIA

Bose stopy obijały o białe, szpitalne kafelki. Szłam ostrożnie, jakby po wrzących kamieniach sprawdzając poziom ich ciepła. Pielęgniarki przebiegały obok mnie, jakby w ogóle nie zauważały mojej osoby. Wskazówki zegara z nadzwyczajną prędkością przesuwały się po okrągłej tabliczce. Głosy przechodzących ludzi mieszały się w mojej głowie. Ogromną trudność sprawiało mi zarejestrowanie jakiegokolwiek dźwięku i zrozumienie go. 
W pewnej chwili zatrzymałam się. Silne światło padało na mnie, rażąc moje zmęczone tęczówki. Spuściłam wzrok i przyjrzałam się mojemu ubraniu. Biała sukienka, przypominająca pidżamę sięgała mi do kolan. Dłonią ścisnęłam swoje włosy, które były związane w kucyk i szorstkie, jakby wysuszone. 
Nagle, męski głos stał się wyraźniejszy i dobrze słyszalny.
- Raz...dwa...trzy... - uderzenie - Ładuj! - krzyczał mężczyzna. 
Moja głowa odwróciła się w kierunku dźwięku, w stronę sali reanimacyjnej. Na łóżku leżała nieprzytomna brunetka. Moja mama. Pielęgniarze umieścili na jej klatce piersiowej defibrylator, a jej ciało podskoczyło, a następnie opadło. Wciąż się nie ruszała. Spojrzałam na aparaturę, gdzie zobaczyłam obraz poziomej kreski. Ciągły dźwięk sprzętu medycznego siedział w moim umyśle nie dając o sobie zapomnieć. 
Wysoki mężczyzna popatrzył na mnie. Jego twarz była pełna smutku i rozczarowania.  Skóra wokół jego oczu zwiotczała, a siwe kręgi wskazywały na to, że wkładał w swoją pracę wiele serca i wysiłku. Widziałam, że walczył ze sobą w duchu. Był wściekły, że nie udało mu się przeprowadzić operacji po jego myśli. Kąciki jego ust, wokół których uwidaczniały się zmarszczki, zadrżały, a głowa pokręciła się na prawo i lewo z bezradnością. Wiedział kim jestem i dlaczego tu jestem, a także wiedział, ile ta kobieta znaczyła dla mnie.
Zacisnęłam powieki, a zaczepiona pod rzęsami łza opadła na mój policzek...

Obudziłam się w nieznanym mi pokoju, oświetlonym przez tylko jedną lampkę. Delikatnie uniosłam zmęczone pomimo snu powieki, a kiedy tylko przyzwyczaiłam się do małego światła poczułam pulsowanie w skroniach. Musiałam dość długo spać, skoro pojawiła się u mnie migrena. W moim przypadku jest to bardzo rzadkie, zdarza się jedynie po imprezach, gdzie pozwalam sobie na większą ilość alkoholu. 
W urządzonym skromnie, lecz z klimatem pokoju panował lekki półmrok. Krople deszczu obijały o okna oraz parapet. Było już ciemno, prawdopodobnie nastał wieczór. 
Trzymając dłoń na bębniącej z bólu głowie podniosłam swoje ciało siadając na łóżku i poczęłam się rozglądać. Ściany pokoju były pomalowane na biały kolor. Nie zauważyłam żadnych obrazów, jedynie kilka plakatów. Między innymi All Time Low, Nirvany czy Green Day. Znam te zespoły z opowieści Dan'a. Uwielbia tego typu muzykę, natomiast ja gustuję w czymś zupełnie innym. Okna nie były przysłonięte firankami czy zasłonami. W kącie pokoju spostrzegłam perkusję, a tuż obok niej niewielki regał na którym leżało kilka płyt.
Zeszłam z miękkiego łóżka, a moje stopy opadły na podłogę wyłożoną beżowym dywanem. Nie miałam na sobie butów, ani skarpetek. Gdy zerknęłam na swoje ciuchy zdziwiłam się, ponieważ ubrana byłam w szare dresy i dużą, męską koszulkę z nadrukiem. Pociągnęłam opuszkami palców za koniec koszulki, aby zobaczyć co znajduje się na bluzce. Logo Guns'n'roses.
Podeszłam do okna, które wychodziło prosto na ulicę. Kilka latarni rozświetlało drogę, a z oddali można było usłyszeć sygnał alarmowy. Zgaduję, że przejeżdżała policja lub karetka. Odwróciłam się z powrotem w stronę niedużego pokoju. Pod ścianą, na której dopiero teraz spostrzegłam fototapetę było przestronne łóżko, dwuosobowe. Pościel koloru białego idealnie kontrastowała z kolorem łóżka - brązem. Blisko okna znajdowała się szafa, a obok niej mały stolik na którym stał wazon z białą różą. 
Moje ubrania leżały na brązowym fotelu, blisko drzwi. Wzięłam je do ręki, po czym położyłam na łóżku następnie ściągając to, co miałam aktualnie na sobie. Przebrałam się w swoje rzeczy, a ciuchy, które jakimś cudem znalazły się na mnie pozostawiłam na pościeli. Wyszłam z pokoju i znalazłam się na korytarzu oświetlonym przez lampki wbudowane w ścianę. Słyszałam krzyki więc pokierowałam się w ich stronę. Znalazłam się w salonie.
- Spieprzyliście to po całości - Ashton wydzierał się na siedzącego naprzeciwko Calum'a. Obok niego na czarnym fotelu swoje miejsce znalazł Luke ściskający w dłoniach gitarę. Co chwilę przebiegał palcami po jej strunach przygrywając jakąś nieznajomą mi melodię. Michael stał w progu drzwi balkonowych zaciągając się papierosem w skupieniu. Spoglądał na niebo jakby odbiegając od słów swojego kolegi. 
- Ash.. - mruknął Calum, gdy spostrzegł mnie tuż za nim.
Jednak Ashton wcale nie przerywał. Kontynuował swoje krzyki i wywody nie zwracając największej uwagi na to, kto stoi za nim i na kogo patrzą się jego przyjaciele. Luke uderzył płaską dłonią w struny uciszając muzykę, a następnie posłał mi zdziwione spojrzenie. Calum również skupił się na mojej osobie. Jego wargi rozwarły się, a oczy rozszerzyły, jakby chciał odezwać się do mnie, ale coś mu na to nie pozwalało. Nie wiedziałam nawet, co mógłby mi powiedzieć. 
- Co do cholery?! Co teraz?! To koniec kurwa! - krzyknął.
Ashton widząc wzrok swoich przyjaciół, całkowicie skupiony za jego plecami, również się odwrócił. Z jego ust wyleciało ciche mruknięcie, niczym zaakceptowanie mojej aktualnej obecności w pokoju. 
Milczał, a ja milczałam z nim. Lustrowaliśmy się wzajemnie wzrokiem czując dyskomfort, starając się zyskać na czasie. Żadne z nas nie wiedziało, co właśnie powinno zrobić. Zabić się nawzajem, czy może dojść do porozumienia? 
To była dziwna sytuacja. Z jednej strony zawdzięczam mu życie, ale z drugiej strony to zdarzenie nie miałoby miejsca gdyby nie on. Miałam mieszane uczucia. Byłam wściekła, ale także szczęśliwa, że wciąż żyję. Walczyłam z myślami, rozumem, sercem. Brałam pod uwagę wszelkie plusy i minusy, negatywy i pozytywy dopóki nie podjęłam decyzji.
Złość wzięła górę.
- Jeśli liczysz na podziękowania to od razu cię uświadomię, że ich nie otrzymasz - fuknęłam krzyżując dłonie.
- Jakby mi na tym zależało - odparł obojętnie wzruszając ramionami.
- Jak bardzo musiałeś mnie nienawidzić? - zapytałam, a Ashton podniósł brwi.
- Co? - spytał zdziwiony.
- No nie widzę innego wyjaśnienia - prychnęłam - Dobrze się bawiłeś? Zabawiając się mną? Przychodząc do baru i uśmiechając się do mnie wiedząc, że nie mam pojęcia kim jest Ashton Irwin? Wszelkie włamania, niebezpieczeństwa na które mnie naraziłeś, kłamstwa i "sprawdzanie mnie"...bądź z siebie dumny, udało ci się zrobić ze mnie idiotkę - powiedziałam.
Do moich oczu znowu zaczęły napływać łzy. Spuściłam wzrok, aby Ashton nie zauważył mojego stanu. Zacząłby się śmiać, kompromitując mnie w dodatku przy swoich znajomych. Chciałam zachować jeszcze resztki godności i sprawić, żeby chociaż w małym stopniu poczuł ból i złość, która właśnie mi towarzyszyła. Czułam się zdradzona i zażenowana. Wspomnienia, które mi towarzyszyły, myśli, jego głos, śmiech i wszystkie konwersacje, które z nim przeprowadzałam sprawiały mi ogromny ból. Irytował mnie za każdym razem, gdy dzwonił, ale sprawiał mi również przyjemność, że po prostu był. Prawda, którą poznałam, to dla mnie zbyt wiele do zniesienia. Zaufanie, którym obdarzyłam Ashton'a zniknęło w ciągu jednej minuty. Nie jestem w stanie wybaczyć krzywdy, jaką mi wyrządził. Moje życie przez niego stało się jednym, wielkim bałaganem nie mającym najmniejszego sensu.
- Nie rozumiesz Caitlin - warknął.
- Nie rozumiem - powtórzyłam cicho.
Uniosłam głowę patrząc na jego milczących przyjaciół. Uśmiechnęłam się sztucznie mierząc każdego z nich pogardliwym spojrzeniem. Musieli się naprawdę dobrze bawić, wiedząc, że Ash... Ash, który wydawał mi się niegroźny robił ze mnie kretynkę. Zastanawiałam się przez chwilę nad tym, czy oni w ogóle mają jakiekolwiek uczucia, jednak stwierdziłam, że to bez sensu. Tylko potwory mogły dopuścić się takiego szaleństwa. Włamywacze, złodzieje, gwałciciele, zbrodniarze, mordercy...
- Wiedzieliście wszystko. 
- Caitlin, to nie tak jak myślisz.. - Calum wstał i powoli kierował się w moją stronę. Gwałtownie cofnęłam się do tyłu zwiększając dystans między nami.
- A jak?! - krzyknęłam pytając - Myślałam, że jakiś popieprzeniec do mnie wydzwania bo mu się nudzi! Potem myślałam, że wszystkie prezenty to głupie żarty, a kiedy mało nie potrącił mnie samochód, że to cholerny przypadek. Myślałam, że miałam jakiegoś pierdolonego pecha i wreszcie to się skończyło! A dzisiaj? - spytałam jakby sama siebie - Jakiś wariat mało mnie nie zabił, obronił mnie mój prześladowca, który okazał się klientem baru mojej ciotki! Nadal nie jest tak jak myślę?!
- To było wczoraj - rzucił Ashton - Przespałaś cały dzień 
- Wielka mi różnica - prychnęłam
- Posłuchaj...
- Nie - powiedziałam pewnie - Mam w nosie, to co właśnie chcesz mi 'wyjaśnić' - oznajmiłam - Chcę o tym zapomnieć - stwierdziłam podnosząc dłonie do góry, jakby na znak przegranej - Róbcie sobie co chcecie, żyjcie swoim życiem, ja zrobię to samo. Wynoszę się stąd gdziekolwiek do cholery jestem. - zakomunikowałam, po czym sięgnęłam po buty stojące w przedpokoju i wsunęłam je na nogi.
- Nie możesz - warknął Irwin.
- Nie będziesz mi rozkazywał - pogroziłam palcem sycząc.
- Owszem, będę. Nigdzie nie idziesz.
- Niedoczekanie twoje. 
Założyłam kurtkę na siebie i zabrałam z podłogi torebkę. Czy było mi przykro? Już nie. Byłam wtedy wściekła, że Ashton wciąż zachowuje się arogancko i myśli, że jestem jego własnością, którą może się bawić, kiedy tylko ma ochotę. Może budził we mnie lęk, wyglądał przerażająco i był tajemniczy, ale nie byłam typem szarej myszki, żeby mu się podporządkować. Podążyłam  więc do drzwi, a moja ręka wylądowała na klamce ciągnąc ją do dołu. Gdy już byłam gotowa, aby je otworzyć usłyszałam dźwięk odbezpieczania broni, a wtedy zmieniłam zdanie na temat mojego komórkowego prześladowcy. 
- Spróbuj wyjść, a będziesz martwa - pewny, zachrypiały głos Ashton'a dobiegł do mojej głowy i kilkakrotnie przeszedł przez nią jak echo. Zamarłam czując na sobie jego skupiony wzrok i wycelowany w moim kierunku pistolet. Wydałam z siebie cichy jęk puszczając przy tym klamkę. 
Zdecydowanie miałam fobię na punkcie broni. Nie bałam się tak bardzo burzy czy pająków, ale pistoletu - owszem. Moje dłonie zaczęły się pocić, a ciśnienie znacznie podskoczyło. Bicie mojego serca przyśpieszyło, a usta pragnęły się otworzyć, abym mogła krzyczeć jak każda przerażona dziewczyna w najgorszym horrorze, gdy ktoś próbuje ją zabić. Moja pewność siebie gdzieś zniknęła, a złość uleciała zastąpiona strachem.  
- Ashton... - szepnął Luke próbując najwyraźniej uspokoić zirytowanego moją postawą chłopaka. Ten jednak kazał mu się zamknąć i wciąż celował we mnie bronią.
Odwróciłam się przodem do blondyna, aby zobaczyć, czy to co czuję jest prawdziwe. Rzeczywiście, Ashton bez żadnych skrupułów mierzył do mnie z broni. Po moim policzku spłynęła łza, ale dla niego nie miało to znaczenia. Był zdeterminowany i nie zawahałby się gdybym spróbowała uciec, a przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Z resztą, to bez znaczenia. Mi to wystarczyło i przekonywało mnie do pozostania posłuszną, jeśli naprawdę zależało mi na moim życiu. Ciężko i głośno oddychając popchnęłam ręką w pół otwarte drzwi, które z hukiem zamknęły się. Wyprostowałam dłoń, a torba, która jeszcze chwilę temu znajdowała się w niej, uderzyła z impetem o podłogę. Nie spuszczając gniewnego wzroku z Ashton'a zdejmowałam powoli kurtkę, którą przed chwilą na siebie włożyłam. Ostatni raz wymieniliśmy ze sobą spojrzenia. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała, a szczęka była zaciśnięta. Kilka kosmyków włosów opadało na jego czoło, ale był zbyt skupiony, żeby je odgarnąć. Gniew w moich oczach przejął ogarniający mnie smutek i bezradność. Gdy blondyn to zauważył, opuścił rękę w której trzymał broń, a jego wzrok złagodniał. 
Zrezygnowana pognałam do pokoju, w którym wcześniej dane było mi przebywać. Kątem oka spostrzegłam, jak cała czwórka odprowadza mnie do niego wzrokiem. Trzasnęłam z impetem drzwiami. Pobiegłam pod ścianę i osunęłam się po niej opadając na ziemię. Moje zachowanie przypominało karę dla małego dziecka, które nie wypełniło polecenia rodzica czy potraktowało go niestosownie. Podsunęłam kolana pod brodę, siedząc skulona i cichutko łkając.
Czy teraz się bałam? Zdecydowanie tak. Przerażenie w moim ciele pojawiło się, gdy tylko usłyszałam ten okropny szybki dźwięk, a później wzrok Ashton'a. Ciemność i złość dominująca w jego oczach sprawiła, że miałam na skórze większe ciarki niż podczas skoku na bungee kilka lat temu. Dopiero teraz zrozumiałam w co tak naprawdę się wpakowałam i z kim mam do czynienia. Przecież normalni, codzienni ludzie nie noszą w kieszeni naładowanej broni nieprawdaż? Nie zdawałam sobie sprawy z konsekwencji mojej pobłażliwości, jednak teraz dostaję za swoje. 
A może ja popadam w paranoję? Może to jakiś chory sen z którego za moment się obudzę? Szczerze mówiąc modliłam się, żeby tak właśnie było. Rzeczywistość w której tkwiłam przytłaczała mnie i spowodowała, że powoli odbiegałam od realnego świata zatracając się jedynie w swoich myślach. Właściwie, czy ja już nie zrobiłam tego wcześniej? Bo w końcu jak mogłam być tak naiwna i zaufać komuś, kogo tak naprawdę nie znałam? Jak mogłam pozwolić na wszelkie włamania i napaści? Jak mogłam w ogóle dopuścić do siebie Ashton'a na tak ogromną skalę? 
Tkwiłam przez kilka godzin w cholernym pokoju, w mieszkaniu przestępcy, w dzielnicy, której nazwy nie znałam, z daleka od domu, rodziny czy przyjaciół. Nie miałam telefonu, nie wiedziałam nawet gdzie on jest i co się z nim stało. Brak kontaktu z kimkolwiek sprawiał, że powoli zaczynałam wariować. Chętnie wezwałabym pomoc, gdyby tylko nadarzyła się taka okazja, ale w co ja w ogóle wierzyłam? Skoro Ashton mógł włamać się do mojego domu, a także napaść na mnie, to dlaczego niby miałby nie mieć mojego telefonu? A podstawowe pytanie: Dlaczego miałby w ogóle mi go oddać?
Strach przechodził mnie do szpiku kości. Mój wzrok skupiony był na nieruchomej klamce. Nie wiedziałam czego mogę się teraz spodziewać. Nie miałam możliwości na ucieczkę, a nawet na negocjację. W mojej głowie pojawiały się setki pytań. Co teraz ze mną będzie? Czy już nigdy nie wrócę do domu? Dlaczego tutaj jestem? Jakie plany ma Ashton? Czy on mnie zabije?
Jedno pytanie utkwiło mi najbardziej w pamięci, gdy za każdym razem wracałam do twarzy przerażonego Ticks'a. Jak bardzo niebezpieczny jest Ashton Irwin?
_______________________________________________
*pochyła czcionka to sen* 


#PÓŁROKUCIENIA
Co prawda już minęło, ale zważając na moje ogarnięcie chcę to i tak świętować dzisiaj przy nowym rozdziale - rozpoczęciu działu Ujawnienie.
Wow, jestem taka podekscytowana! Wszystko będzie wychodzić na jaw i będę rozwiewać wasze wątpliwości i odpowiadać na wasze pytania w rozdziałach. Mam nadzieję, że was nie zawiodę i nadal będziecie czytać te wypociny.

Pół roku! Boże, a minęło jakby 3 miesiące. Cholera, jestem taka szczęśliwa, że Cień zyskał tak wielu czytelników i do tego stałych. Nawet nie wiecie jaką przyjemność mi to sprawia. 
Dziękuję wam. Dziękuję wam za to, że tu weszliście. Poświęciliście chwilę, aby kliknąć w link, otworzyć stronę, zobaczyć szablon, wejść w spis rozdziałów, przeczytać prolog, a później i rozdziały. Dziękuję za każdą sekundę, którą poświęcacie na wejście tutaj i przeczytanie chociaż akapitu. Dziękuję, że poświęcacie swoje kolejne sekundy na komentowanie. Dziękuję za wsparcie, które daje mi ogromną motywację. To właśnie wy sprawiacie, że na mojej twarzy jeszcze czasem pojawia się uśmiech, a uwierzcie mi - teraz nie jest wywołać go tak łatwo. Jestem taka szczęśliwa, że was mam. Dziękuję wam również za to, że za chwilę pojawi się 100 tysięcy wyświetleń (tu już będzie płacz, krzyk, pisk, skakanie po domu i wszystko na raz) Nigdy nie myślałam, że będę mogła mieć tyle wyświetleń, Jezu Chryste to takie mało realne. 
Postaram się was nie rozczarować w kolejnych rozdziałach. Wiem, że nie są najlepsze i jakieś idealne, ale będę starała się o lepsze. Kocham was bardzo. Dziękuję. Spełniliście moje marzenia.

#PÓŁROKUCIENIA