piątek, 14 lutego 2014

Rozdział 21

Minęły dwa dni odkąd przebywałam w domu Ashton'a, a przynajmniej wydawało mi się, że to właśnie jego dom. Codziennie dostawałam jedzenie, którego nawet nie miałam w zamiarze dotykać. Nie czułam głodu czy potrzeby zjedzenia. Sądzę, że najadałam się samym strachem, który nie przestawał mnie opuszczać. Nie dowiedziałam się również niczego, co mogłoby jakoś wyjaśnić moją aktualną sytuację. Gdy o coś pytałam - otrzymywałam milczenie lub słowa 'Dowiesz się już niedługo'. Irytacja w moim ciele wzrastała tak samo jak dyskomfort pobytu tutaj. Nie mogąc dłużej wytrzymać tego, co się działo we mnie i wokół mnie, postanowiłam więc zamknąć się w sobie. Siedziałam dwadzieścia cztery godziny na dobę nie odzywając się w kącie z podkulonymi nogami. Mój wzrok przebiegał po przeciwnych ścianach, meblach, dywanie i wszystkim co było widoczne. Wariowałam, po prostu wariowałam nie robiąc kompletnie niczego, ale co ty zrobiłbyś na moim miejscu? Walczył? O co? Gdy tylko próbowałam uciekać lub sprowadzić pomoc kończyło się tak samo - powrotem do pokoju. Czułam się jak w pieprzonym więzieniu, albo grze, gdzie to Ashton wykładał karty. Tylko i wyłącznie on. 
Z mojej głowy nie znikały pytania. Co w swoich zamiarach ma Ashton? Do czego może się posunąć? Czy chce mnie zabić? Jeśli tak, dlaczego nie zrobił tego wcześniej? W końcu miał tyle okazji... jestem mu do czegoś potrzebna? Do czego? Co on planuje? 
Mój mózg przegrzewał się szukając w mojej przeszłości jakichkolwiek wskazówek. Pragnęłam rozwiązać zagadkę pojawienia się w moim życiu Ashton'a, ale za każdym razem kończyło się tym samym - niewiedzą. Rozgryzienie intencji Ashton'a oraz jego przyjaciół było nie lada zadaniem. Chciałam znać jego intencje, spróbować zrozumieć jego postępowanie, zobaczyć cień dobroci... na marne. Za każdym razem w mojej głowie pojawiał się obraz jego przygnębionego lub wściekłego spojrzenia, które kierował w moją stronę. Gdy tylko napotykały moje, łagodniały, ale po chwili wracały do ciemności, co potęgowało moje obawy. Jego wygląd, a także stosunek do mnie sprawiał, że nie potrafiłam zmienić swojej opinii. Morderca, seryjny zabójca... to jedyne określenia jakie przychodziły mi na myśl. Każdy jego ruch świadczył o tym, że jest z tym wszystkim związany. 
Nie miałam możliwości kontaktu z moją rodziną czy znajomymi. Nie miało to większego znaczenia, ponieważ ciotka myślała zapewne, że wciąż jestem w Melbourne i nie mam czasu na rozmowy. Czułam ulgę, gdyż wiedziałam, że przynajmniej się nie martwi. Nie zmieniało to jednak faktu, że pilnie potrzebuję jakiejkolwiek pomocy, jeśli w ogóle chcę wyjść z tego cało. Nie uśmiechał mi się dłuższy pobyt w tym mieszkaniu, ani w żadnym innym, gdzie byłabym zamknięta czy obserwowana. 
Drzwi od pokoju z hukiem otworzyły się, a w ich progu stał Ashton. Zlustrował mnie wzrokiem po czym wszedł do środka i usiadł na łóżku, naprzeciwko mnie. Wpatrywał się w moje pełne nienawiści oczy, marszcząc przy tym brwi. Nie odzywał się dość dłuższy czas, po prostu patrzył, jakby zastanawiał się nad czymś. Oboje byliśmy zamyśleni, próbowaliśmy wzajemnie się rozgryźć i znaleźć rozwiązanie zadowalające jedynie siebie. Mnie nie obchodziło co on ma do powiedzenia, a jego co mam ja. Obok mnie leżał talerz z nietkniętym jedzeniem. Gdy tylko to zauważył, jego wzrok złagodniał. Kolejny dzień, gdy odrzuciłam posiłek zapewne go zmartwił. To świadczyło tylko i wyłącznie o tym, że potrzebował mnie żywej. Tylko dlaczego? Siedzieliśmy w ciszy, mierząc się wzrokiem. Miałam wrażenie, że toczymy jakiś chory pojedynek, a ten kto pierwszy odpuści - przegra. Ashton podpierał swoją głowę pięściami, ciężko oddychając. Czasem zamrugał, ale to nie był dowód wygranego przeze mnie pojedynku, po prostu się zmęczył. On zawsze był górą i miał nade mną przewagę, czy tego chciałam czy nie. 
- Musisz to zjeść - rozkazał.
- Nie będę tego jeść - warknęłam.
- Długo będziesz to drążyć? - spytał patrząc na mnie obojętnie - Nie bądź żałosna, nic takiego się nie stało Caitlin, zachowujesz się jak jakieś naburmuszone dziecko - wywrócił teatralnie oczami.
- Nic się nie stało? - zapytałam zirytowana - Nic się do cholery nie stało? - wstałam z miejsca - Byłeś tam, byłeś tam przez cały pieprzony czas uśmiechając się do mnie, wiedząc, że nic nie podejrzewam. Stałeś przy bilardzie grając sobie, jak gdyby nigdy nic, a ja jak ta idiotka cię obsługiwałam. Rozmawiałeś sobie z Georgem podczas gdy ja... - zatrzymałam się nie mogąc dokończyć zdania. Łzy cisnęły się do moich oczu, a głos coraz bardziej się załamywał. Emocje po raz kolejny wzięły górę. Odwróciłam twarz w stronę okna, kiedy po moim policzku spłynęła łza. Byłam słaba, wyczerpana, wcale nie miałam ochoty się kłócić, ale musiałam walczyć. Chciałam mu udowodnić, że nie odpuszczę za wszelką cenę. Chcę prawdy i wolności - tyle.
- Nic nie rozumiesz.. - mruknął.
- Jesteś draniem, podłym, nie mającym serca draniem - stwierdziłam - Chcę jechać do domu i nigdy więcej nie mieć z tobą do czynienia.
- Niestety, ale nie możesz - odparł - Wiem, że to dla ciebie trudne i jesteś w tej chwili zagubiona, ale.. - wyciągnął ku mnie swoją dużą dłoń, a kiedy zrobiłam krok do tyłu, cofnął ją i zgiął swoje długie palce tworząc pięść. 
- Nie dotykaj mnie - syknęłam - Słyszałeś co powiedziałam. 
Ashton mruknął coś pod nosem, a następnie się odsunął. Podszedł do okna, a jego ręce oparły się o parapet. Westchnął głęboko wpatrując się w przestrzeń. Jego wzrok utkwił na świecącej się jeszcze latarni pod którą utworzyła się kałuża. Krople deszczu obijały o parapet, nie tworząc żadnej, spójnej melodii. Po prostu spadały swobodnie z nieba pokrywając chodnik i ulicę ciemniejszymi piegami, przypominając o swoim istnieniu. Szumiały łagodnie, spływając strugami po szybie okna, tworząc różne kształty. Palce blondyna uderzały w okno próbując złapać jakiś rytm i komponować, jednak nagle przestał, kiedy deszcz przestał z nim współgrać. 
- Jutro tam pojedziesz - oznajmił, a w moich oczach pojawił się błysk nadziei. 
- Naprawdę? - spytałam dla pewności, myśląc, że się przesłyszałam.
- Tak, ale tylko po to, żeby zabrać rzeczy - odpowiedział - Zostawisz to mieszkanie, a ja kupię ci nowe.
Moje usta otworzyły się z wrażenia. Patrzyłam na niego jak na wariata z nadzieją, że to miała być forma mało śmiesznego żartu. Czy on oszalał? Czy w ogóle myśli co mówi? Czy jemu się wydaje, że się na to zgodzę? Milczałam. Siedziałam cicho, jakby ktoś zabrał mój głos i nie mogłam wydać żadnego dźwięku. Nie wiedziałam na co mogę sobie pozwolić po tym, jak celował do mnie z broni. Moje nadzieje na normalne życie zniknęły w promieniu światła. Mogłam szczerze przyznać, że stałam się więźniem, zostałam porwana i nie zostanę uwolniona dopóki Ashton się na to nie zgodzi. W tej chwili jestem pod jego dowództwem i nie mogę nic z tym fantem zrobić. Mimo wszystko, nie byłam skłonna do ugody, wręcz przeciwnie - jestem typem buntowniczki. 
Moje oczy pociemniały i zwężyły się. Zmarszczyłam czoło po czym wzięłam głęboki wdech. Wstałam z miejsca i powędrowałam w stronę stojącego przy oknie Ashton'a. Szarpnęłam go za ramię odwracając w moją stronę. Miałam ochotę go uderzyć, z całej mojej siły i złości, aby dać upust emocjom, ale ostatnimi siłami powstrzymałam się. Mimo wszystko, jeśli myślał, że jestem tak bardzo przerażona - grubo się mylił.
- Nie zostawię mojego mieszkania, a ty nie będziesz mną rządził - warknęłam - Wieziesz mnie do domu, albo mnie zastrzel, śmiało.
- Zadziorna, świetnie - uśmiechnął się szczeniacko, a następnie uścisnął moje ramiona popychając mnie na ścianę - Słuchaj księżniczko - zaczął niskim tonem - To nie ty wydajesz tutaj polecenia, bardzo mi przykro z tego powodu - syknął patrząc prosto w moje oczy - Więc nie prowokuj mnie i ubieraj się bo za chwilę wychodzimy.
Jego dłonie po zakończeniu zdania automatycznie mnie puściły. Ashton posłał mi piorunujące spojrzenie i pokierował się do drzwi zostawiając mnie samą. Oddychałam szybko i ciężko. Moja ręka przejechała przez czoło, aż na sam czubek głowy zbierając wszystkie kosmyki opadające na twarz. Do moich oczu napłynęły łzy, a przez ciało przechodziły co chwilę dreszcze. Byłam wściekła, ponieważ zdawałam sobie sprawę z mojej bezradności. Zarzuciłam na siebie bluzę, która leżała na krześle i zaczęłam chodzić w kółko po pokoju myśląc co mogłabym zrobić. Ashton na pewno nie puści mnie samej, więc nie mogę sobie tak po prostu uciec... ale mogę spróbować.

Razem z Michael'em, Calum'em i Ashton'em byłam zmuszona jechać do mojego mieszkania, aby się z niego wyprowadzić. Minęły trzy godziny zanim dotarliśmy do miejsca, a nasza podróż przebiegła w ciszy, przynajmniej dla mnie. Cała trójka bawiła się dość dobrze śmiejąc się i słuchając muzyki. Byłam jedyną osobą, która nie miała nastroju na tego typu rozrywkę. Kompletnie odizolowana myślami od moich porywaczy obmyślałam plan ucieczki wciąż wpatrując się w przestrzeń za oknem. Miałam wrażenie, że wszyscy w aucie słyszą bicie mojego serca. Siedząc obok Calum'a zauważyłam na jego nadgarstku kilka bransoletek, ale jedna rzuciła mi się najbardziej w oczy. Zielona, przeplatana muliną, związana na supeł ozdoba z imieniem Mali. Zmarszczyłam brwi zastanawiając się kim może być ta osoba. Na myśl przychodziła mi jedynie jego dziewczyna, ale nie byłam tak śmiała, żeby przerwać im dobrą passę i zapytać. Powróciłam wzrokiem do oglądania ulicy przez którą przejeżdżaliśmy.  
Ashton zatrzymał swoje auto za blokiem, w małej, ślepej uliczce. Było ciemno, mimo, że deszcz przestał padać. Prawdopodobnie zanosiło się na burzę, których panicznie się bałam. Jako dziecko podczas jednej z nich bawiłam się na placu zabaw, kiedy zamierzałam wracać z Annie - moją dawną sąsiadką do domu, piorun uderzył w drzewo, którego gałąź ułamała się i padła prosto na nią. Na szczęście nic groźniejszego się nie stało poza kilkoma stłuczeniami, ale sam fakt przeraził mnie do tego stopnia, że nigdy więcej nie wyszłam z domu, gdy zanosiło się na burzę. 
Ashton nie wyłączył silnika, jedynie zrobił to z radiem i światłami. Nie dziwił mnie fakt, że znowu się ukrywa, w końcu zawsze to robił i wątpię żeby z tego zrezygnował. Zgaduję, że bardzo mu się to podoba i głównie przez to uchodzi za 'strasznego'. Może nie powinnam podchodzić do jego osoby z sarkazmem, bo jeszcze kilka dni temu celował do mnie z broni i dzisiaj szarpał mną jakbym była workiem na ziemniaki, ale gardziłam nim jak tylko mogłam. Nie potrafiłam już nawet się bać. 
Ashton odwrócił się do tyłu, gdzie siedziałam z Calum'em. Spojrzał się w moim kierunku, a następnie uśmiechnął się szczeniacko. Był dumny z faktu iż poddałam się i ugięłam pod jego siłą. Myślał, że ma nade mną przewagę, jednak nie miał pojęcia co knułam przez całą drogę do domu. 
- Idźcie z nią, na pewno będzie potrzebowała pomocy - powiedział Ashton ze spokojem tym razem obdarzając spojrzeniem Calum'a.
- Od ciebie akurat niczego nie potrzebuję - mruknęłam pod nosem, co zauważył chłopak i spiorunował mnie wzrokiem. Prychnęłam po czym pociągnęłam za klamkę i wysiadłam z auta. Calum i Michael w szybkim tempie zrobili to samo. Stałam w miejscu, czekając na moich ''ochroniarzy''. Nie uciekałam. Jeszcze nie teraz. Chciałam, aby uwierzyli, że mają nade mną przewagę i nie zamierzam się stawiać. Mój plan powoli zaczął działać. 
Ashton z piskiem opon wyjechał z uliczki, a my powędrowaliśmy w kierunku mojego mieszkania. Zanim jednak do niego weszliśmy, zahaczyliśmy o piwnice, gdzie było kilka kartonów do których mogłam włożyć swoje rzeczy. 
Calum otworzył drzwi od mojego mieszkania swoimi kluczami, co po raz kolejny sprawiło mi ból. Z minuty na minutę zauważałam każdy swój błąd, którego się dopuściłam. Sama wpuściłam ich do swojego życia. 
Przekroczyłam próg czystego, nienaruszonego od mojego wyjazdu domu. Wszystko stało na swoim miejscu, każda ramka czy wazon. W głębi duszy cieszyłam się z tego faktu, ale nie umiałam teraz tego okazać. Nikt podczas mojej nieobecności się nie włamał, mieszkanie nie jest spalone, także to pewien sukces. 
Zabrałam się za zbieranie swoich rzeczy z salonu. Nie patrzyłam na rodzaj, po prostu wrzucałam wszystko do kartonu. Nic nie miało dla mnie większego znaczenia. Chłopcy widząc moją obojętność zabrali się za drugą połowę pomieszczenia robiąc dokładnie to samo. Rozmawiali ze sobą i śmiali się, kiedy ja siedziałam w ciszy i wdrążałam swój plan w życie. Działałam w normalnym, nie zbyt szybkim tempie, aby nie narobić sobie nieprzyjemności. Oni niczego nie podejrzewali, lub po prostu sprawiali takie wrażenie. 
Gdy zapełniłam dwa pudełka, kątem oka spojrzałam na Calum'a i Michael'a, którzy przeglądali książki na mojej półce. Wybuchli śmiechem, kiedy znaleźli '50 twarzy Grey'a ' i poczęli wyrażać swoje opinię na temat tego arcydzieła. Wywróciłam teatralnie oczami słysząc ich żenujące komentarze, które wyraźnie wskazywały, że nie przepadają za tego typu twórczością. 
- Idę do łazienki - zasygnalizowałam, a Calum tylko machnął ręką i rzucił krótkie 'OK' w moim kierunku. Kontynuowali swoje zafascynowanie literaturą i przeglądali kolejne książki znajdujące się w moim zbiorze. 
Nie czekając na zwrócenie na siebie uwagi, pognałam przez korytarz na sam koniec mieszkania. Dzięki Bogu mój pokój znajdował się tuż obok łazienki i bardzo łatwo było mi zmienić kierunek podróży. Skręciłam do sypialni, a następnie zamknęłam drzwi na klucz. Czym prędzej przysunęłam krzesło pod drzwi, a jego oparcie podstawiłam pod samą klamkę. Podbiegłam do biurka i wyrzuciłam z niego szufladę, niezdarnie przeszukując dokumenty. W końcu znalazłam to, na czym mi zależało - zapasowe kluczyki do mojego samochodu. Podeszłam do okna, a następnie otworzyłam je. Wskoczyłam na parapet, a następnie przerzuciłam swoje nogi na zewnątrz mieszkania. Znajdowałam się teraz po drugiej stronie. Czasami dziękowałam Bogu, że mieszkałam na pierwszym piętrze. Może były tego minusy, ale właśnie odkrywałam również zalety. 
Usłyszałam dźwięk potrząsania klamką, a moja głowa zwróciła się w kierunku drzwi. Zamknęłam oczy i zsunęłam się po parapecie lecąc w dół. Moja koordynacja nie należała do najlepszych, ponieważ nie zleciałam na równe nogi. Upadłam na kolana, ale szybko się podniosłam i podążyłam na parking. Ledwo łapiąc oddech biegłam w poszukiwaniu swojego auta, a gdy tylko je znalazłam poczułam w pewnym stopniu ulgę. To była połowa sukcesu. Wystarczyło do niego wsiąść i je odpalić zanim Calum i Michael zdążą mnie dogonić. Moja klatka piersiowa unosiła się i opadała z ogromną prędkością. Z moich ust wylatywały ciche jęki nadziei połączone ze szlochaniem. Nie myślałam nawet nad tym, gdzie na sam początek się udam. Moje dłonie drżały, przez co trudniej było mi wcelować w zamek kluczem. Błagalny płacz jednak pomógł mi i w końcu wsunęłam go, po czym przekręciłam otwierając drzwi. 
Pociągnęłam za klamkę z uciechą, gdy nagle ciężka dłoń gwałtownie je zamknęła. Spojrzałam w górę. Widząc gniewne spojrzenie Ashton'a ledwo zdołałam przełknąć ślinę, a co dopiero wydusić słowo. Ruszyłam do ucieczki, właściwie nie wiedząc czemu. To było do przewidzenia, że Ashton nie pozwoli mi zwiać ani teraz, ani później. Ścisnął moje ramię, a następnie przyciągnął mnie do siebie.
- Uważasz, że jestem głupi czy może głupi? - zapytał, a ja wciąż próbowałam się wyrwać.
- Daj mi spokój do cholery! - krzyknęłam przez łzy, a Ashton automatycznie mnie puścił - Czego ode mnie chcesz?! Mało ci, że zamieniłeś moje życie w piekło?! 
- Nic kurwa nie rozumiesz, nic a nic! - starał się mnie przekrzyczeć - Czy do ciebie nie dociera, że nie chcę cię skrzywdzić?! 
- Uważasz, że ci uwierzę?! Po tych wszystkich włamaniach, telefonach, wystawianiach mnie na jakąś pierdoloną próbę? Jak mam ci ufać? Ukrywałeś się przez tyle czasu! 
Ashton oparł mnie o tył samochodu, kładąc na nim ręce tak, aby zablokować mi jakiekolwiek przejście. Był wzburzony, ale wyglądało na to, że powoli wszystko z niego ulatywało, nagle się uspokajał, co mnie zaskakiwało. Nie wiedziałam co do końca się dzieje.
- Może zachowałem się jak dupek - zaczął - Może spieprzyłem wiele rzeczy - blondyn wciąż wymieniał - Ale ja też ponoszę tego konsekwencje.
- Na pewno nie takie, jakie ja - prychnęłam odwracając wzrok od chłopaka.
- Spójrz na mnie - mruknął, jednak ja nie zareagowałam - Spójrz - poprosił łagodnie, błagalnym głosem zwracając moją uwagę - Możesz wierzyć lub nie, ale cię chronię.
- Dlaczego mam ci wierzyć, skoro nic mi nie mówisz?
- Wszystko ci powiem, po prostu nie teraz, ale naprawdę nie mam wobec ciebie złych zamiarów, cholera, chcę ci pomóc... - powiedział Ashton, a ja wciąż patrzyłam na niego z niedowierzaniem.
- Przysięgnij - wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
- Przysięgam na moje życie, Caitlin.
___________________________________________________________

1 sprawa:
Ostatnio informuje, kiedy ma być nowy rozdział. Liczyłam, że skończą się pytania: Kiedy rozdział, kiedy next itd, ale to chyba nieuniknione. Nie wyrobiłam się. Ten rozdział był pisany na szybko, za wszystkie błędy, niejasności przepraszam, ale pod presją pisałam chcąc dodać go dzisiaj, bo kiedy napisałam, że jednak się nie wyrobię pojawiły się rozczarowania, smutki, a u niektórych pretensje. Od dziś po prostu nie podaję dat nowych rozdziałów i nie odpowiadam na pytania 'kiedy rozdział' bo doszło do mnie, że nie jestem w stanie się określić. Czasem wena jest większa, czasem mniejsza, a na siłę pisać nie chcę. Komu nie chcę się czekać - droga wolna, nie musicie na siłę czytać, nie zamierzam was zmuszać.

2 sprawa:
Jeśli podoba wam się mój blog, proszę wyślijcie maila glenna@vp.pl rekomendację bloga CIEŃ (tak jak jest to tutaj > KLIK < ) Dzięki wam, Cień pojawi się po raz trzeci w polecanych przez czytelników na katalogu opowiadań! :) 

3 sprawa:
MAMY 100 TYSIĘCY! MY MAMY, MY WSZYSCY, 100 TYSIAKÓW NA BLOGU, A JUŻ PONAD W OGÓLE, JEŚLI MYŚLICIE ŻE PRZESTAŁAM SIĘ JARAĆ TO NIE NIE I NIEEEEE *DZIKI BANS* *FANGIRL*