poniedziałek, 9 listopada 2015

Rozdział 2

Z całą energią przydeptała pedał, a samochód gwałtownie zatrzymał się. Jej ciałem zarzuciło, a przed uderzeniem uchroniły ją pasy bezpieczeństwa, które odpięła chwilę przed wyłączeniem silnika. Wysiadła zabierając swoje rzeczy z wozu i pognała prosto do ogromnych drzwi bramy. Podczas czekania na otwarcie, oglądała druty kolczaste otaczające teren więzienia zastanawiając się, co by było gdyby  ktoś odważyłby się wspiąć i przejść na drugą stronę. Dźwięk zniesionej blokady oznajmił, że Addelaine mogła przekroczyć próg więzienia, co oczywiście zrobiła. Udała się prosto do budynku, na recepcji powiadamiając służbę do kogo oraz w jakiej sprawie przyszła. Robota papierkowa zajęła kilka minut, gdyż nawet ona - szanowana i uważana za najlepszą, Addelaine Levinson musiała wypełnić odpowiednie dokumenty, aby być upoważniona do przejścia przez następne korytarze. A kiedy już udało jej się dostąpić tego marnego zaszczytu odbycia wizyty u jednego z wyjątkowych więźniów, ruszyła dalej, prosto do schodów, którymi wbiegła na pierwsze piętro, gdzie znajdowały się sale przeznaczone na odwiedziny.
Zanim jednak zobaczyła się z osobą, która budziła w niej obrzydzenie, gdy tylko słyszała jego nazwisko, ujrzała nikogo innego jak człowieka stojącego za tą całą szopką. W jej kierunku szedł powoli mężczyzna o ciemnych włosach, przez które przebijały się siwe kosmyki. Laska, która pozwalała mu na utrzymanie równowagi rozbrzmiewała w całym holu. Ubrany elegancko, w garnitur jak zawsze kroczył prosto do Addelaine z przepraszającym wyrazem twarzy. I jego nieszczęście, a jej szczęście, że mieli okazję się spotkać, ponieważ w ciele Addelaine zdenerwowanie rosło. A ona tego potrzebowała, żeby powiedzieć swojemu przełożonemu, co tak naprawdę myśli.
- Addelaine.. - wypowiedział imię kobiety błagalnie, idąc w jej stronę z uniesionymi rękoma. Wyraz jej twarzy nie ulegał zmianie. W dalszym ciągu była wściekła za to, że wplątał ją w takie bagno. Tą sprawą cały wizerunek świetnej adwokatki legł w gruzach.
- Za co? - warknęła - Nie masz wystarczającej ilości pieniędzy ze spraw, które dla ciebie wygrywam? Wypruwam sobie flaki, a ty w taki sposób się odwdzięczasz?
- Wiem, że tego nie rozumiesz; że nie rozumiesz jego - powiedział - Ale to również człowiek, który zboczył z odpowiedniej drogi.
- A ty skąd możesz to wiedzieć? Nie jesteś jasnowidzem, Dave.
Skrzyżowała ręce na piersi wielce oburzona jego argumentami.
- Zaufaj mi - poprosił, ale ona nie odpowiedziała. Wciąż patrzyła na niego, niczym na wariata proszącego ją o rzecz tak nierealną, jak schwytanie gwiazdy z nieba. - Addelaine, zaufaj mi. - powtórzył - Jeżeli nie robisz tego dla pieniędzy czy kariery, zrób to dla mnie.
- Daj mi dobry powód.
- Każdy popełnia błędy i każdy powinien mieć prawo, aby je naprawić.
Mężczyzna poklepał swoją pracownicę po ramieniu, po czym ruszył w stronę wyjścia. Brunetka odwróciła się chcąc go zawołać, wyzwać od ignorantów, ale powstrzymała się uznając awanturę w więzieniu jako zbędną sprawę. Miała o wiele większe i ważniejsze problemy na głowie.
Dzieliło ją jedynie kilka centymetrów od drzwi, za którymi znajdowała się sala przesłuchań. Przechodząc obok szyby, przez którą mogła ujrzeć pomieszczenie, odwróciła wzrok, aby przypadkiem nie zobaczyć więźnia. Nie była gotowa, jeszcze nie teraz. Nie mogła zerknąć nawet na jego plecy. Nie potrafiła spojrzeć na człowieka, którego miała bronić; któremu mieszkańcy miasta wydaliby wyrok śmierci. Po raz pierwszy spotkała się z taką sytuacją, a w dodatku takim ciężarem i rozdarciem jednocześnie. Musiała postąpić wbrew sobie, wykonać polecenie przełożonego, którego również traktowała jako swojego mentora i przyjaciela. Jak mogłaby mu odmówić? Mimo że nie popierała jego pomysłu, nie odważyła się powiedzieć: nie. Czuła, jakby spłacała Dave'owi swój dług wdzięczności za sławę, jaką przyniosła jej praca u jego boku. Nie wypadało być nieuprzejmą wobec człowieka, który ją wypromował. Nie, kiedy desperacko prosił o pomoc.
Położyła dłoń na klamce. Otworzyła drzwi dopiero, gdy wzięła głęboki wdech i zamknęła na moment oczy, żeby dodać sobie otuchy. Musiała zmienić swoje nastawienie, jeśli chciała wygrać tę sprawę. Oczerniając swojego klienta, jak reszta ludzi, była stracona. Nie na tym polegała jej praca. Zadaniem było trzymać stronę winnego, nie publiczności.
Weszła do pokoju, a jej oczom ukazało się dwóch mężczyzn. Jeden z nich stał tuż obok drzwi, w oficerskim mundurze. Był brunetem, niewysokim, ale za to dobrze zbudowanym i wyposażonym w różnego rodzaju broń. Na krześle zaś siedział on, ubrany w pomarańczowy kombinezon, zabezpieczony w kajdanki zwisające na nadgarstkach. Nawet nie drgnął, słysząc kroki czy też zamknięcie drzwi. Nie odwrócił się, nie pokazał swojej twarzy, a pomimo tego serce Addelaine zabiło sto razy szybciej niż zazwyczaj. Nim zdołała się poruszyć, otworzyła usta w celu przedstawienia się, ale zamiast wypowiedzieć swoje imię oraz nazwisko, pozwoliła zrobić to jemu.
- Addelaine Levinson - ciężki, zmęczony głos rozbrzmiał w sali.
- Ashton Cień Irwin - odpowiedziała, a jej ciało zaczynało opanowywać przerażenie.  Jej rozum wręcz krzyczał, aby zawróciła, wyszła, a potem zadzwoniła do szefa poinformować go o rezygnacji ze sprawy. Ale pewna siła powstrzymywała ją i nakazywała zostać, spróbować.
Podeszła bliżej, do krzesła naprzeciwko mężczyzny, a później usiadła i położyła teczkę na stoliku. Odważyła się spojrzeć mu prosto w oczy. Było w nich zupełnie coś innego niż w poprzednich klientach. Brakowało strachu, żalu, prośby o pomoc i tej iskry nadziei. Zamiast tego widziała tylko parę oczu o piwnym kolorze, dosyć ciemnym. Nie dostrzegała nic poza pustką, co stanowiło pewną zagadkę.
Natomiast Ashton badał ją szczegółowo, chociaż nie dał po sobie tego poznać. Obserwował każdy jej ruch, postawę oraz spojrzenie. Starał się przejrzeć kobietę na wylot jak każdego człowieka z którym miał szansę się spotkać. Taka była jego natura.
Denerwował się, ale na jego szczęście, dobrze to ukrywał. Po raz pierwszy miałą bronić go kobieta, która na ten moment żyła ze statusem najlepszej adwokatki w Adelaide. Trudno było określić czego powinien oczekiwać, skoro po trzecim nieudanym procesie przestał oczekiwać czegokolwiek. Tym bardziej wyjścia na wolność. Stracił wszelkie nadzieje, których niegdyś się trzymał. Skończył żyć, a zaczął jedynie istnieć.
Wyglądał coraz gorzej. Może jego włosy nie stawały się siwe, bo nie był to jeszcze ten czas, ale znacznie schudł. Jego zapadnięte policzki oraz wyróżniające się kości policzkowe mógł dostrzec każdy, nie tylko z bliskiej odległości. Długie o słabej strukturze i wyblakłym kolorze loki straciły swój urok. Wory pod oczami, opuszczone powieki i zgarbione ciało. Było z nim źle, chociaż tego nie mówił głośno. Poddał się w każdej możliwej definicji tego słowa. A to wskazywało tylko i wyłącznie na porażkę, jakiej dostępował. 
Addelaine nie wiedziała co myśleć, powiedzieć, ani zrobić. Wcześniej nie spotkała się z tak przerażającym wrakiem człowieka, którego miała obowiązek podnieść z upadku. To co zobaczyła wystarczyło jej, aby stwierdzić, że zadanie jakie powierzył jej szef może być niewykonalne.
- A więc.. - wymamrotała pod nosem, sięgając po teczkę, ale Ashton szybko przerwał wykonywaną przez nią czynność swoim wtrąceniem w zdanie.
- Musieli pani sporo zapłacić - stwierdził.
Addelaine uniosła głowę i popatrzyła na niego tym razem zdezorientowana.
- Proszę?
- Tylko wariat zdecydowałby się mnie bronić lub ktoś, kto ma za to dostać sporo forsy - wyjaśnił.
Przełknęła ślinę, jakby przełykała i ignorowała jego nieprzyjemne komentarze. Domyślała się, że próbuje wyprowadzić ją z równowagi, jednak zapominał, kim była Addelaine Levinson. Kompletnie niewzruszona jego stwierdzeniami, zajęła się sobą i wyjęła z teczki dokumenty. Wypisyła na kartce odpowiednie informacje dotyczące pierwszego spotkania, w międzyczasie mówiąc do swojego nowego klienta.
- Zgaduję, że skoro zna pan moje nazwisko, to również i opinię - burknęła, zgadzając się na jego grę zwaną wytrzymałością. Ashton lubił testować ludzi; sprawdzać ile są w stanie wytrzymać, ale nie wiedział o Addelaine tyle, ile myślał, iż wie. Ta kobieta była także zagadką, której nie sądził nigdy spotkać. - Czy uważa pan, że jestem w stanie wygrać tę sprawę?
Ashton wybuchł śmiechem. Popatrzył na brunetkę z niedowierzaniem. Czy ona z niego kpiła? A może starała się testować?
- Oczywiście, że nie. - odpowiedział szczerze, na co Addelaine uśmiechnęła się pod nosem.
Kobieta odwróciła kartkę, podsuwając ją Ashtonowi. Potem położyła długopis, pokazując palcem miejsce jego podpisu. Kiedy już dał swój autograf, zabrała dokument potwierdzający odbytą wizytację. Schowała rzeczy do teczki, a następnie wróciła wzrokiem do klienta posyłając mu uśmiech pełen satysfakcji, jaka ją ogarnęła. Brak pewności klienta co do wygranego procesu motywował ją. Spodziewała się więc udzielonej odpowiedzi przez Ashtona. Nie zawiódł jej w tym przypadku.
- Zatem niech pan we mnie uwierzy, bo tak właśnie się stanie. - oświadczyła, chociaż sama nie była pewna, na co się pisze.

_____________________________________
przepraszam, że rozdział ostro po terminie, ale niestety 6 dni pod rząd pracowałam wracając po godzinie 22 do domu, ze względu na zmęczenie i skasowanie się połowy rozdziału (dzięki word) nie byłam w stanie zrobić tego wcześniej niż dzisiaj. miejmy nadzieję, że drugi raz ta sytuacja nie będzie miała miejsca. jutro aktualizuję bloga.