sobota, 29 listopada 2014

Rozdział 15

muzyka <klik>

To było chłodne popołudnie. Z nieba spadały krople deszczu, przez co Sydney stawało się smutnym, szarym i nic nie wartym miastem. Właściwie, wszystko się zgadzało, a przynajmniej w moich oczach, w moim mniemaniu. Odkąd spadła na mnie masa nieszczęść i zmieniłam zawód na czarnego kota, zwiastujące pecha, uważałam to miasto za nudne i pełne rozczarowań. Nie umiałam odnaleźć się w żadnym miejscu. Przypominałam przybłędę z genami marudy. Boże... jak wiele się zmieniło, jak ja się zmieniłam.
Kiedyś spacerowałam tymi samymi ulicami z mamą. Mojego nastroju nie była w stanie zepsuć nawet burza. Wskakiwałam w kałużę, uznając to za całkiem niezłą zabawę. Mama wówczas wrzeszczała na mnie, kiedy zdarzało mi się ochlapać ubranie. Zazwyczaj pędziłyśmy wtedy w ważne miejsce, gdzie wymagano ubrań bardziej oficjalnych. Byłam zbyt mała, aby zrozumieć powagę sytuacji. Tęsknie za tym, za beztroskim życiem, które los odebrał mi tuż po wypadku. Musiałam szybko dorosnąć i podejmować dojrzałe decyzje. W tym momencie czułam, jakbym wróciła do czasów, kiedy popełniałam non stop błędy, a mama miała za zadanie wszystko naprawić. Różnicą był brak mamy i fakt, że muszę radzić sobie sama.
Zaczęło się ściemniać, jednak pomimo deszczu oraz nadchodzącego wieczoru, nie ruszyłam się z ławki, na której spędziłam ostatnio więcej czasu niż we własnym mieszkaniu. Dzisiaj zdecydowałam, że to ostatni raz, kiedy moja stopa stanęła na tym cmentarzu, przy tym grobie. Postanowiłam położyć kres smutkom i żałobie, która nie chciała mnie opuścić od ponad pół roku. 
Moje ubrania całkiem przemokły. Makijaż spływał po mojej twarzy wraz z kroplami wody. Mogłabym wreszcie zaopatrzyć się w wodoodporne kosmetyki bądź parasolkę, chociaż deszcz - tak samo, jak kilka lat temu - wcale mi nie przeszkadzał, a nawet sprzyjał. Halloween dopiero nadchodziło, a ja wyglądałam, jakbym obchodziła to święto codziennie. Słowo daję, gdyby ktoś mnie zobaczył, zapewne wystraszyłby się na śmierć.
Nie płakałam, bo już dość łez wylałam. Smutek nie widniał na mojej twarzy, żadnego żalu, rozczarowania, niczego, jakbym nagle straciła emocje, towarzyszące mi zawsze uczucia. Pogodziłam się z tym, że czasu nie da się cofnąć, a niektórzy ludzie muszą odejść. Chciałabym mieć na to wpływ, ale jest to niemożliwe. Nikt nie decyduje o czyimś odejściu oprócz Boga. Każdy ma swoją świeczkę, która w pewnym momencie gaśnie, a z nią wygasa nasze życie. Taki już jest los, taka jest natura. Świat rządzi się prawami, a my musimy na nie przystawać, czy nam się to podoba czy może nie.  
Westchnęłam cicho po raz enty już patrząc na inskrypcję. Wyryte na nagrobku nazwisko Ashtona chyba zamierzało dręczyć mnie do końca życia. Jego nie da się zapomnieć, żadnego spędzonego z nim dnia. Jedyną rzeczą, którą mogłam zrobić to zaakceptowanie tego faktu i przyzwyczajenie się do wspomnień. Inaczej, zniszczyłabym siebie i swoje życie, co już robiłam. Nadszedł czas, aby to skończyć. Bo w końcu ile można? Życie wspomnieniami nie przynosi niczego dobrego, a nawet mogłabym stwierdzić, że rujnuje naszą przyszłość. Zatrzymujesz się, a potem nie jesteś w stanie ruszyć dalej z powodu zatracenia. 
Gładziłam dłonią mokry nagrobek, zaciskając usta. Powtarzałam sobie w głowie, że muszę dać mu odejść, a teraz jest najlepsza pora. Dlaczego to było takie skomplikowane? Czemu nie mogłam zaśpiewać tej irytującej piosenki "Let it go" i byłoby po wszystkim? Po tym całym stresie? Chciałabym, aby w mojej głowie istniał przycisk "cofnij" lub "resetuj", abym mogła zapomnieć o tym, co łączyło mnie z Ashtonem. Ale on należał do osób wyjątkowych, specyficznych, których się nie zapomina. Bo zapomnieć o nim, to jak zapomnieć o dacie swoich urodzin. Był kimś specjalnym, nikim zwykłym. Wprowadził coś świeżego i innego do mojego nudnego życia zwykłej szarej myszki. Pokazał mi moje wady i zalety, uwidocznił resztę mojego charakteru, tą skrytą. Sprawiał, że żyłam. Złościłam się, cieszyłam, płakałam oraz uśmiechałam. Dzięki niemu poznałam samą siebie. Nigdy nie twierdziłam, że był aniołem, bo raczej porównanie go do istnego demona byłoby o wiele bardziej adekwatne, ale mimo wszystko odnalazłam w nim dobro, a tego wydarzenia nigdy nie wyrzucę z mojej pamięci.
- Caitlin? - głos, który już dzisiaj kilkakrotnie słyszałam obił się znów o moje uszy, wyrywając mnie z cichych refleksji. 
Will stał kilka metrów dalej, przyglądając mi się z dezorientacją. Zlustrowałam go wzrokiem. Perfekcyjnie wyprasowana marynarka, zapięta na ostatni guzik przylegała do jego ciała. Krawat zawiązany pod samą szyję prawdopodobnie utrudniał mu oddychanie. Nie ubierał się tak codziennie, nawet, gdy jechał na komisariat by usiąść przy biurku i wpisywać przez cały dzień dane do komputera. Pojawiał się w tym stroju tylko, kiedy sprawa przybrała szybsze tempo, lub pojawiły się nowe poszlaki. Oficjalne ubranie oznaczało więc jedno - kłopoty.
Brytyjczyk ruszył w moją stronę ze spuszczoną głową, jakby unikał mojego spojrzenia podczas swojej krótkiej drogi. Nie miałam pojęcia, jaki jest powód jego wizyty na cmentarzu. Zgadywałam, że w czasie spaceru zastanawiał się, jak ubrać w słowa wyjaśnienie swojego przyjazdu. Nie puściłabym go bez rozmowy. 
- Co tu robisz? - spytał, gdy dzieliło nas już kilka centymetrów.
- A ty? - odpowiedziałam pytaniem, mając nadzieję, że Will właśnie teraz opowie mi o powodzie przyjazdu. Myślałam, że może to ja jestem jego celem. Śledzi mnie, bo mogę być podejrzaną o zabójstwo dziewczyny z biura, ale z drugiej strony Will powiedziałby mi, gdyby taka sytuacja miała miejsce. Nie ukrywałby przede mną śledztwa dotyczącego mojej osoby.
W oddali zauważyłam kolejnych policjantów, idących w naszą stronę. Przekręciłam głowę, wracając wzrokiem do Brytyjczyka. Uniosłam brew, czekając na jakiekolwiek słowa, ale on wciąż milczał. Spojrzał w przestrzeń, a jego dłonie uformowały się w pięści. Wydawało mi się, że nie był zadowolony moim widokiem. Wstrzymał oddech. Zapewne klął w swoim umyśle, nie mogąc pojąć dlaczego do jasnej cholery spotkaliśmy się tutaj właśnie teraz.Ukrywał przede mną pewną informację, grając na czas, a musiała mieć ona sporą wartość - mogłam śmiało wyczytać to z jego drżących ust. Nie sposób jest zgadnąć po czyimś zachowaniu, jaki jest jego nastrój lub jakie emocje mu towarzyszą. A Will nie był uosobieniem spokoju. W moim ciele powoli robiło się gorąco. Jeżeli cały zespół policji zjawił się przy grobie Ashtona, musieli mieć jakieś wskazówki związane z jego sprawą. Ale co miał do tego cmentarz i grób? Moje zdenerwowanie wzrastało, ponieważ nie mogłam sama odpowiedzieć na pytanie, które zadałam Willowi. Musiałam czekać, aż sam zdecyduje mi powiedzieć, w czym tkwi problem. 
Funkcjonariusze byli coraz bliżej. Skupienie wymalowane na ich twarzach powodowało, że czułam się jeszcze bardziej zmieszana niż nigdy dotąd. Przyjechali w konkretnym celu, na pewno. Nieśli w swoich rękach duże torby. Nie miałam pojęcia jaka jest ich zawartość, ani dlaczego przyszli. Po mnie? Chcą mnie zapuszkować? Jestem poszukiwana? Za co? 
Nie, ja ich nie obchodziłam.
Pięciu mężczyzn ominęło mnie, a także Willa i pognało do grobu, na którym wyryto grubą czcionką dane Ashtona. Odwróciłam się obserwując każdy ich ruch. Rozłożyli swój pakunek wokół miejsca pochówku. Dwóch z nich nałożyło sterylne rękawiczki. Wysoki blondyn w okularach sięgnął po notes, natomiast niski brunet w pobrudzonym mundurze wyciągnął aparat fotograficzny. Jego brak organizacji rzucał się w oczy. Gdy tylko otworzył swoją torbę, niezabezpieczony wewnątrz sprzęt i akcesoria uderzyły o ziemię. Mógł w myślach dziękować Bogu, że pomyślał o pokrowcu na aparat, bo w innej sytuacji po tym incydencie musiałby zaopatrzyć się w nowy. Facet z długim, spiczastym nosem poczekał, aż Will do nich dołączy. Brytyjczyk zignorował mnie i od razu pobiegł na pomoc koledze. W trójkę, gdyż przyszedł jeszcze jeden człowiek, zaczęli odsuwać płytę nagrobkową. Otworzyłam usta z wrażenia, chcąc cokolwiek z siebie wykrztusić, jednak nie potrafiłam wydobyć z siebie dźwięku w pierwszych sekundach. Rzuciłam się do biegu, chcąc powstrzymać to okrucieństwo. Jak oni mogli w ogóle pomyśleć o czymś takim?!
- Zwariowaliście?! - krzyczałam - To brak szacunku! - mówiłam protestując - Stójcie.
Czyjeś dłonie oplotły mnie w talii. Jeden z mundurowych zatrzymał mnie zanim zdążyłam dobiec do nagrobka. Jego współpracownik przyszedł do nas. Wysoki, dziwnie chudy i garbiący się mężczyzna przeczesywał długimi cienkimi palcami swoje krzaczaste brwi, siląc się na tłumaczenie.
- Przykro mi, mamy nakaz - oznajmił wyniośle. Już na samym początku zauważyłam, że przypomina gbura. Przybrał twarz wiecznie niezadowolonego palanta, któremu wydawało się, że jeżeli ma mundur - ma całkowitą władzę. Niestety, grubo się mylił.
- Pieprzę wasze nakazy! - warknęłam.
Bez namysłu podniosłam nogę, celując w krocze policjanta. Wtedy nie kierowałam się rozumem. Nie zastanawiałam się nad dalszymi konsekwencjami. Biedny, niczemu właściwie winny chłopak dostał na tyle mocno, że zgiął się w pół. Jego przemądrzały towarzysz natychmiastowo odsunął się w obawie, że również zranię jego czułe miejsce. Nie miałam wyrzutów sumienia. Liczyło się dla mnie dobro Ashtona. Nie wyobrażałam sobie, żeby policja teraz, przy mnie naruszała jego szczątki. Przecież to szalone! Co za wariat odważyłby się bezcześcić czyjeś imię? Bez znaczenia jakim człowiekiem był Ashton, on nie żył, a szacunek powinien mu się należeć.
Odepchnęłam od siebie zwijającego się w bólu chłopaka i podążyłam do Willa.
Ten zaś złapał mnie za nadgarstki, po czym przycisnął do siebie uniemożliwiając ruch. Krzyczałam i błagałam, aby mnie puścił. Protestowałam. Nie mogłam uwierzyć, że Will na to pozwalał. Zdecydowałam myśleć, że jest jedyną osobą, która nigdy mnie nie skrzywdzi, ale myliłam się. Przekonałam się dopiero teraz, jak wyglądała jego praca poza komisariatem. Kompletnie zwariował na punkcie sprawy Cienia i działał nielegalnie, aby zdobyć nakaz. To, co robił było po prostu złe. 
- Caitlin - nawoływał - Możliwe, że jego tam nie ma.
Momentalnie przestałam się wić, bić, kopać i szukać ucieczki. Pobladłam i zamarłam. 
- Postradałeś zmysły - szepnęłam, oburzając się.
- Prowadziłem dochodzenie prywatnie. To właśnie robiłem wtedy, kiedy dzwoniłaś, a ja znajdowałem się poza komisariatem - wyjaśnił spokojnym tonem, jakby dopadło go zmęczenie.
Śledziłam wzrokiem trumnę, którą unosili funkcjonariusze. Robiło mi się niedobrze na myśl, że będę patrzyła na rozkładające się ciało albo kości. Wszystko stawało się cięższe, moja głowa, ręce, nogi. Will nie powinien był brać tej sprawy. Wiedział, ile Ashton dla mnie znaczy, a tymczasem nie przeszkadzało mu to w podążaniu za śladem Cienia. Przekreślił jakiekolwiek szanse na poprawę naszych relacji. Po obejrzeniu trumny zamierzałam opuścić to miejsce, a jemu powiedzieć prosto i jasno, że jest to koniec. Nie chciałam mieć już z nim nic do czynienia. Kompletnie nic.
- Przepuść mnie - syknęłam, a chłopak ułatwił mi drogę do trumny. 
Podeszłam do zamkniętego, prostokątnego pudła, w którym spoczywał Ashton. W moich oczach kłębiły się łzy. Przeżywałam jakiś koszmar, z którego nie potrafiłam się wybudzić. Wyobrażałam sobie, co miało wydarzyć się dalej. Mój szloch, powrót wspomnień, zmieszanych w jedno. Ten powracający ból. Znów złamane serce. Nie miałam pojęcia, czy jestem gotowa znów przez to przechodzić. 
Dłonie jednego z mężczyzn dotknęły zamka zabezpieczającego trumnę przed otwarciem. Zamknęłam oczy, biorąc głęboki wdech. Cała drżałam. Byłam pewna, że na drugi dzień złapie mnie choroba. Stałam w samej bluzie na deszczu. Splotłam palce u dłoni i zacisnęłam usta, gdy usłyszałam skrzypnięcie.
Trumna została otwarta.
Jęknęłam prawie szlochając, jednak nie odważyłam się spojrzeć do wnętrza. Jeszcze nie. Stałam tuż przed nim, przed martwym Ashtonem. To sprawiało, że zbrakło mi słów, nie umiałam się ruszyć, a nawet nie śniło mi mi się podnieść powieki, chociaż musiałam. Chciałam sama się przekonać o swoich racjach, a także udowodnić Willowi, że popełnił błąd, którego nie naprawi.
- Zawiadom szefa - poważny ton Willa uderzył o uszy każdego z obecnych.
Zmarszczyłam brwi. To zdanie nie było jednoznaczne. Will musiał poinformować o swojej porażce lub zwycięstwie.
Zdecydowałam się zajrzeć do trumny. 
Uniosłam powieki. 
Spuściłam wzrok. 
Dolna warga moich ust opadła. Wypuściłam powietrze. Zastygłam, mało nie upadając. Moje nogi nagle stały się miękkie, niczym wata. Dreszcze pojawiły się na całym moim ciele, a serce mało nie wyskoczyło z piersi. Patrzyłam na to, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.  
- Caitlin, musisz mi powiedzieć, gdzie są jego przyjaciele, natychmiast - powiedział do mnie Will, jednak nie odpowiedziałam - Caitlin, proszę - powtórzył, a wtedy ja spojrzałam na niego.
- Hurstville - wymamrotałam - Mieszkają u Ashtona, w Hurstville. 
I wtedy już nastał chaos.
________________________________
WOOOHOOO! W końcu otworzyli tą przeklętą trumnę, sama czekałam na ten moment, zaufajcie mi. Jak myślicie, co tak zagięło Caitlin? Brak Ashtona, jego kości, czyjeś kości, jakiś trup? Mam nadzieję, że żadne z Was nie będzie musiało nigdy być w takiej sytuacji, bo to jest przerażające, ale przecież my lubimy wszystko, co przeraża, nęci i kusi, nie? :D
Anyway. Dziękuję za powrót komentarzy, miło mi, że chcecie poprawiać mi nastrój. Wracam więc z notkami. Znowu będę Wam tutaj jojczyć, bo nie byłabym sobą i.. i tak długo wytrzymałam.
Miałam dodać ten rozdział pierwszego, jako swój własny prezent urodzinowy[ (lol) nie, nie mam urodzin 1 grudnia, mam 2] bo naprawdę lubię ten moment. Koniec mi się strasznie podoba. Nagły zwrot akcji, kilkanaście drużyn i teraz nie wiadomo z kim będzie trzymała się Caitlin, a przeciwko komu będzie. Tyle kłamstw i oszustw, ach jak ja to uwielbiam.
Rozdział nie jest długi, bo w poprzednim robiłam rekonstrukcję. Ten miał być wpleciony do poprzedniego, ale w ostatniej chwili stwierdziłam, że jest zbyt ciekawym wątkiem, aby musiał się dzielić z innym :D
Następny rozdział, który jest również jednym z moich ulubionych (ze względu na Caluma, tak trochę spoiler <3) pojawi się prawdopodobnie 8 grudnia. Spoilery będą na CIEŃNEWS oraz CIEŃ FANFICTION i od razu pozwolę sobie podziękować Dagmarze, Marcie oraz Weronice za opiekę nad kontami i dbanie o nie.

A teraz dziękuję Wam, bo to będą już drugie moje urodziny, które spędzam mając tego bloga. Jest mi niezmiernie miło, bo mogę zobaczyć jak na przestrzeni czasu wszystko poszło w górę, rozrosło się i nadal rośnie. Idziemy pełną parą do przodu i nawet nie wiecie jak się jaram tym wszystkim, mimo że czasem się złoszczę przez różne pytania lub niedogodności, ale przecież nie wszyscy jesteśmy idealni, prawda? Też mam gorsze dni i wspaniałe jest to, że mimo wszystko jesteście ze mną, tak jak ja jestem z Wami - PAMIĘTAJCIE O TYM! Na mnie też możecie liczyć. Jeśli jest coś, w czym kiedykolwiek mogłabym Wam pomóc - piszcie! :)

I dziękuję Wam tak naprawdę za prezent. 115 tys na Wattpad, tu blisko 1,500,000 ! :) Lepiej być nie mogło!

Życzę Wam miłego wieczoru.
LOVE! 

środa, 19 listopada 2014

Rozdział 14

Gdy wysiadłam z radiowozu fala zimnego powietrza uderzyła w moją twarz. Narzuciłam na ramiona bluzę i ignorując nieprzyjemny wiatr powędrowałam w stronę drzwi wejściowych. Przeklęty szpital Księcia Walii, że też zabrali George'a akurat tutaj. To była najgorsza placówka z możliwych. Ich sprzęt medyczny nie należał do najbardziej rozwiniętych technicznie. Nie rozumiałam, jakim cudem ten szpital jeszcze istnieje i nie został zamknięty. O jego sterylności oraz bezpieczeństwie pacjentów również mogłabym się rozwodzić, ale czas pędził. Musiałam przeboleć fakt, że George'a leczono właśnie w tym miejscu, a nie innym.
W korytarzu siedziało kilku pacjentów; niektórzy w białych szlafrokach, a reszta zaś obolała czekająca na przyjęcie. Tak to wyglądało. Prędzej można było tu umrzeć niż doczekać się przyjęcia. Skręcało mnie od środka, kiedy musiałam mijać tych schorowanych ludzi, którym brakowało sił na życie. Lekarze biegali po różnych salach, nie zwracając uwagi na nowe osoby wymagające pomocy. To okropne, a jednak prawdziwe.
- George Brooks - podałam imię i nazwisko swojego przyjaciela, przystając przy recepcji. Kobieta w średnim wieku o dosyć męskiej posturze zmierzyła mnie wzrokiem, po czym prychnęła. Zsunęła teczki, które leżały na jej biurku, a potem zabrała je i przeszła do drugiego pomieszczenia, gdzie zaczęła sortować dokumenty. Wymieniłam spojrzenia z Willem, który był tak samo zaskoczony jej bezczelnym zachowaniem. Zacisnęłam usta, aby nie zrobić sceny. Nie byłam sama w pomieszczeniu, a poza tym przywiózł mnie funkcjonariusz, któremu nie zamierzałam szargać dobrego imienia. Powstrzymałam się od awantury, ale nie czekałam na wielki powrót królewny zwanej pielęgniarką. Pociągnęłam Willa za sobą w kierunku korytarza z pokojami pacjentów. Przecież George musiał leżeć w którymś z nich.
Otwierałam każde drzwi kolejno, skoro nikt nie wyrażał chęci, aby ułatwić nam odnalezienie przyjaciela. Zaglądałam do pokoi, mimo że po pierwszym wejściu zdążyło mnie zemdlić. Przerażał mnie syf, jaki tu panował. Brudne podłogi, pomazane ściany. Gdybym mogła, wydostałabym George'a jak najszybciej i przeniosłabym go do normalnego szpitala, gdzie dbają o czystość, ale przede wszystkim o dobro pacjentów.
George wypoczywał w ostatnim pokoju na końcu korytarza. Jęknęłam, kiedy moje oczy ujrzały jego posiniaczoną twarz. Fioletowo-zielone plamy różnego kształtu, które widniały na skórze były ogromne. Powieki miał przymknięte, jakby z ciężarem spoglądał na otaczający go świat. Usta lekko otwarte; wdychał przez nie powietrze, mogłam to usłyszeć. Leżał na plecach, prosto, ale ta pozycja na pewno nie należała do najwygodniejszych. Jego ręka spoczywała na brzuchu. Czasami zaciskał dłoń dając znak, że odczuwa ból w okolicach żeber.
Z grymasem obejrzał się w moim kierunku. Po rozpoznaniu mojej twarzy, wyciągnął ku mnie dłoń, ale schował ją, gdy ujrzał wchodzącego do sali Willa. Ostatnią osobą, jaką chciał zobaczyć był pewnie policjant, ale nie miał innego wyjścia. Will przyjechał służbowo, wybadać sprawę i rozpocząć dochodzenie. Możliwe, że to pobicie miało związek z Ashtonem. Jako funkcjonariusz prowadzący akta Cienia, obowiązkiem Willa było kopanie głębiej.
Brytyjczyk wyprostował się i uniósł głowę. Wypychając pierś do przodu, wszedł do pomieszczenia obojętnym krokiem, rozglądając się. Przybrał tą jedną z kilku zawodowych min, która miała za zadanie budzić respekt. George słabym wzrokiem śledził każdy jego ruch. W powietrzu wyczuwałam pewne napięcie, a to nie wróżyło niczego dobrego.
- Jak się czujesz? - przełamałam lody, zanim Will powiedziałby coś głupiego.
- Tak, jak wyglądam. Fatalnie. - odparł - Ale nie martw się, nie pierwszy i nie ostatni raz oberwałem. Dobrze, że tobie się nic nie stało, słyszałem o morderstwie..
- Podejrzewamy, że pobić cię mogła ta sama osoba, która zabiła dziewczynę - wtrącił Will, wyjmując swój notes - Pamiętasz cokolwiek? Kolor oczu? Ubrań? Jakieś znaki szczególne? - dopytywał chłopak.
- Nie - burknął brunet - Przypomina mi się tylko i wyłącznie brytyjski akcent - warknął, patrząc na funkcjonariusza ze złością. Uniosłam brew i odwróciłam się w stronę Willa. Wymalowany spokój na jego twarzy sprawiał, że nie obawiałam się niczego. Nie śmiałam nawet pomyśleć o jakimś powiązaniu, bo nie jeden Brytyjczyk szlaja się po ulicach Sydney. Spojrzał na mnie, a później wzruszył ramionami.
- Coś poza tym?
- Nie sądzę, uderzał po oczach, stąd te siniaki - odparł brunet.
- No nic... - mruknął, zamykając zeszyt - Złapiemy drania tak czy siak. Wrócimy do tej rozmowy.
Will próbował dowiedzieć się czegoś więcej. Rzucał przelotnie pytaniami, w trakcie mojej rozmowy z Georgem, jednak ten nie odpowiadał, bądź robił to, ale wymijająco. Nic nie rozumiałam z jego opowieści. Nie powiedział, co się wydarzyło, ani jak doszło do bójki. Może nie miał ochoty wspominać tej sytuacji lub miała ona drugie dno, o którym nie chciał mówić mi albo policjantowi. Na pewno nie zamierzałam dać George'owi prawo do milczenia. Jeżeli sprawa była związana ze mną, musiałam o tym wiedzieć. A jeśli z Ashtonem, tym bardziej.
Blondyn skinął głową, sygnalizując, że czas na niego. Barman nie wyrażał zainteresowania rozmową, więc uznaliśmy, że nic tu po nas. Ucałowałam czoło George'a szepcząc, aby trzymał się i pozostał silny. Obiecałam mu również, że postaram się wpaść jeszcze dzisiaj wieczorem. Zabrałam swój płaszcz. Kiedy Will opuścił pomieszczenie, George zawołał mnie po raz ostatni.
- Caitlin, on coś ukrywa - wyszeptał barman - Nie jesteś bezpieczna.
Zdenerwowałam się tą informacją. Popatrzyłam na niego niepewnie, pytając o czym mówi. George powtórzył swoje słowa, jakby nic więcej nie mógł dodać. Dawał mi wskazówkę, a do rozwiązania miałam dojść sama. Problem w tym, że do końca nie potrafię określić, czy uwierzyłam w te słowa. Komu nie ufałam bardziej? George'owi, a może Willowi? Ani jednemu, ani drugiemu nie wierzyłam w stu procentach, więc ciężko było mi wziąć do serca słowa byłego kolegi, a także w ogóle o nich zapomnieć.
Nie odpowiedziałam mu. Wyszłam, po czym dołączyłam do Willa i razem udaliśmy się do jego prywatnego samochodu. Przez całą drogę obserwowałam go z tyłu, zastanawiając się czy kiedykolwiek mógłby mnie skrzywdzić. Will wydawał się być wiernym facetem, honorowym, szczerym i sympatycznym. Nigdy nie stawiałam go w złym świetle, nawet nie pomyślałabym o tym. Faktycznie, ostatnio zachowywał się dziwnie. Okłamywał mnie, unikał. Możliwe, że za jego nieobecnością coś stało bądź stoi nadal, a ja nie mam o tym zielonego pojęcia.
- Odwiozę cię do domu - zaproponował, a ja się zgodziłam. Nie widzieliśmy się długo, a poza tym mogłam z łatwością dowiedzieć się podczas jazdy, co robił przez cały czas, który nie odzywał się do mnie.
Tylko nerwy nie pozwalały mi odezwać się w aucie. Kątem oka patrzyłam na niego myśląc sobie, co mogę usłyszeć. Jestem seryjnym mordercą pod postacią policjanta i właśnie zamiast do domu jedziemy do lasu, abym mógł cię zakopać? Nie, niemożliwe. Will nie skrzywdziłby nawet muchy. Jedyną rzeczą o którą mogłam go podejrzewać, to czarny rynek lub przekręty. A może mnie zdradzał? Nie zdziwiłabym się, bo ostatnio dawałam ku temu powody. Mógł mieć mnie dosyć i poszukał szczęścia u kogoś innego.
Zdecydowałam się grzecznie spytać.
- Więc.. ostatnio trochę nasza relacja się skomplikowała.. nie uważasz? - rozpoczęłam temat, który zamierzałam drążyć przez podróż.
Przytaknął.
- Nie dzwoniłeś, nie odbierałeś telefonów - kontynuowałam.
- Byłem zajęty.
- Will, czy tobie w ogóle na mnie zależy? - zapytałam wprost.
- Oczywiście, że tak, Caitlin - powiedział, patrząc na drogę - O to powinnaś pytać siebie, nie mnie.
- Skoro ci na mnie zależy, co robiłeś, kiedy podobno byłeś w pracy?
- Podobno? - spojrzał na mnie pytająco.
- Dzwoniłam na komisariat i zawsze Theresa mówiła mi, że już dawno skończyłeś swoją robotę. Ty zaś twierdziłeś, że jesteś na zmianie do wieczora. Chciałabym wiedzieć, gdzie w takim układzie byłeś i co robiłeś?
- Pracowałem - trzymał się kurczowo swojej wersji.
- Cholera, przecież przed chwilą ci powiedziałam...
- Nie w biurze, Caitlin. Nie służbowo.
- Więc jak?
- Nie mogę ci tego wyjaśnić, dopóki nie będę pewien swoich racji.
Mruknęłam coś złośliwego pod nosem, ale Will na szczęście tego nie usłyszał. Na pewno doprowadziłabym wtedy do awantury. Dalsza część podróży przebiegła spokojnie. Will rozmawiał ze mną, jak ze zwykłą koleżanką, co zbiło mnie z tropu. Nie zerwaliśmy, chyba. Nie oficjalnie. Więc dlaczego otrzymałam miano dalekiej znajomej? W chwilach kiedy najbardziej go potrzebowałam, był nieobecny i obcy. Nasz związek, o ile jeszcze trwał, wydawał się śmieszny. Nie mówiliśmy o problemach, nie rozwiązywaliśmy ich, a przez to nasza relacja wyglądała coraz gorzej. A Will nie chciał tego naprawiać. Tak wynikało z jego reakcji na moje pytania i propozycje.
Pożegnał mnie uściskiem. Dopiero gdy odeszłam kawałek, zawołał moje imię, a następnie podszedł i pozwolił mi wtulić się w jego klatkę piersiową. Mieszał mi w głowie, nie wiedziałam czego ode mnie oczekuje, ani co sam zamierza mi zaoferować. Ale potrzebowałam tego uścisku i odwzajemniłam go. Dzięki niemu poczułam w pewnym sensie ciepło i bezpieczeństwo. Upewniłam się, że Brytyjczyk nie zrobiłby niczego, co miałoby mnie skrzywdzić. Will ucałował moje czoło, jak to miał w zwyczaju, a potem odszedł, patrząc na mnie przepraszająco.
~*~
Bałagan panujący w mojej głowie postanowiłam przenieść do mojego mieszkania, w którym roiło się teraz od pomazanych kartek papieru; wyrwanych artykułów z gazet; zdjęć i dokumentów. Salon wyglądał niczym po przejściu huraganu. Wiecie, jak to jest, kiedy zdajesz się na innych, a nic z tego nie wynika? Wtedy trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Nie ufałam żadnej ze stron, a było ich kilka. Will, George, przyjaciele Cienia, jego matka... mogłabym wymieniać w nieskończoność. Żadna z wersji podana przez te źródła nie składała się na logiczną całość. Każda osoba kłamała, w małym bądź dużym stopniu, ale kłamała. Dlaczego ja miałam być w porządku? Wszyscy pracowali na własną rękę, więc i ja zdecydowałam się zacząć. Skoro u nikogo nie mogłam doszukać się prawdy, sama zamierzałam ją odkryć, bo czekanie, aż ktoś w końcu mnie oświeci było jak czekanie na śnieg w lato.
Szukałam pewnego punktu, na którym mogłabym oprzeć swoje teorie. Zakładałam, że na mojej drodze pojawił się nowy Cień, marna kopia Ashtona, która dla zabawy próbowała mnie zniszczyć, jednak to nie miało sensu. Ktoś musiał obrać konkretny cel, dla którego zastraszał mnie i groził. Myśl, że to Ashton automatycznie odrzuciłam. Zbyt dużo czasu poświęciłam na spekulacje, czy jest on martwy. Poza tym, po moim śledztwie chciałam wybrać się na cmentarz po raz ostatni, aby zakończyć tą błazenadę. Cień odszedł i nie powróci, a do mnie nareszcie to dotarło.
Długi, ale zmienny dzwonek do drzwi rozbrzmiał w moim mieszkaniu. Odwróciłam głowę marszcząc swoje czoło. Nie spodziewałam się gości, jednak to nic dziwnego, że ktoś zdecydował się mnie odwiedzić niezapowiedzianie. Ostatnio każdy to robił, będąc dobrą czy złą osobą.
Rzuciłam sterty dokumentów, które wcześniej trzymałam w rękach i pognałam do drzwi. Uchyliłam lekko kawałek drewna. Skrawek niebieskiej czapki został przeze mnie zauważony w ostatniej chwili, gdy już miałam zamknąć drzwi i wrócić do swojej pracy. Listonosz.
- Przesyłka dla pani Teasel, proszę o pokwitowanie - stanowczy i oziębły głos wyszedł z jego ust. Nie spojrzał na mnie; z przygryzioną wargą szukał odpowiedniej tabelki na swojej kartce, w której miałam złożyć swój podpis. Przemknął wzrokiem po mojej twarzy, kiedy podawał mi podkładkę wraz z listą. Podpisałam, zabrałam pudełko, a on poszedł, nie rzucając nawet krótkiego "Do widzenia".
Rozpakowałam przesyłkę tuż po tym, jak znalazła się ona w moim mieszkaniu. Nadawca nie był określony na opakowaniu. W większym pudełku było drugie, mniejsze. Otworzyłam je dość bezmyślnie, sądząc, że jest to jakaś oferta promocyjna ze sklepu kosmetycznego lub duży katalog. Wewnątrz jednak zastałam coś innego.
Niewielka lalka, której oczy zastępowały czarne guziki; odziana w porwaną koszuleczkę. Miała oderwaną nogę, podziurawione ręce. Nie przedstawiała niczego pozytywnego. To nie było najgorsze. Na jej koszulce widniało imię Ashton. Zaniepokoiłam się. Z tyłu, lalce powbijano igły. Jedna z nich leżała w pudełku, jakby miała być tą ostatnią i do mnie należało uderzenie. Na zabawce, w miejscu, gdzie u człowieka znajduje się serce ktoś zaznaczył markerem krzyżyk.Oznaczać to miało zapewne jedno. Miejsce wbicia.
I stało się to, o czym własnie myślałam.
Zadzwonił.
- Jak ci się podoba mój prezent? - zapytał tym samym głosem, co poprzednio.
- Co to ma do cholery znaczyć?! - krzyknęłam - To dla ciebie zabawne?
- Mam drugą zabawkę, zgadnij kogo imię jest na jej koszulce - zaśmiał się cwaniacko, doskonale wiedząc, że jego słowa wzbudzą we mnie przerażenie oraz złość, jakiej dawno nie doznałam.
- Dlaczego na tej jest Ashton? - spytałam przez zaciśnięte zęby.
- A jak myślisz, Caitlin? Do czego służą laleczki voo-doo?
- Nie możesz torturować, Ashtona, on nie żyje - warknęłam pewna swoich słów.
- Oh doprawdy? Skąd wiesz, że z nim nie rozmawiasz?
Nie odpowiedziałam. Dałam mu tym samym satysfakcję. Roześmiał się, dość triumfalnie. Moje zmieszanie sprawiało mu przyjemność, jakby spełniał swoją misję, osiągał ustalony cel. Robił ze mnie wariatkę; bawił się mną tak, jak tylko chciał.
- Jesteś szalony - stwierdziłam śmiało - Chcesz zrobić mi wodę z mózgu!
- Więc czemu wcześniej uznałaś, że nim jestem? Miałaś wątpliwości, myślałaś, że żyje...
- Przestań ze mną pogrywać!
- NIE! - wrzasnął - Będziemy grać, dopóki nie zgodzę się na zakończenie. Weszłaś mi w drogę tak samo, jak zrobił to Ashton i oboje za to zapłacicie, bez znaczenia, czy jesteście martwi czy żywi. Zostawiłem jedną szpilkę dla ciebie, abyś sama mogła ją wbić. Teraz ja kontynuuję wbijanie reszty w twoją lalkę, a gdy skończę... chyba nie muszę mówić ci, co takiego się wydarzy?
- Myślisz, że mnie tym wystraszysz? - zapytałam - Nie jestem sama, nie boję się ciebie psychopato!
- A Powinnaś, kochana.
Rozłączyłam się. Złość rozlewała się po moim ciele. Zamachnęłam się, a następnie rzuciłam telefonem o ścianę. Komórka rozpadła się w przeciągu kilku sekund. Siła uderzenia była na tyle silna, że bezsensowna byłaby próba zebrania urządzenia w całość.
Wszystko, co do tej pory wydarzyło się w moim życiu było aranżacją tego wariata. Wypadek, zabójstwo dziewczyny... realizował swój plan, zadając mi ból. A ja tak po prostu pozwalałam na zabawę mną, niczym tą małą laleczką.
Czas leciał, a ja przegrywałam.
_______________________
nie najlepszy, przyznaję, ale no.

Jest coraz mniej komentarzy. Nie oczekuję oczywiście, że będzie ich 200-300 albo nie wiem ileś, ale 100 było taką standardową liczbą i niczym się wtedy nie przejmowałam, a teraz? Teraz jest inaczej... i trochę mi smutno.

Nie mailujcie do mnie pytań "Kiedy rozdział, kiedy rozdział? O KTÓREJ ROZDZIAŁ?" bo takie informacje dają CieńNEWS na twitterze i CIEŃ FanFiction na fejsbuku. Dziewczyny dostają oficjalne wiadomości ode mnie.

PUŁAPKA PRZEKROCZYŁA 100 tysięcy wyświetleń na WATTPAD!! I dziękuję za to, dodajecie mi skrzydeł. Seriously, kocham Was i czuję się zaszczycona.

piątek, 7 listopada 2014

Rozdział 13

Ze snu wybudził mnie przeraźliwie głośny dzwonek do drzwi. Tak naprawdę nie robił tak dużego hałasu. Przez wczorajsze zalanie się w trupa każdy mój zmysł stał się nadto wrażliwy i nawet szept potrafił mi przeszkadzać. Nie miałam pojęcia jakim cudem znalazłam się w domu, ani z kim tak zabalowałam, ale najwyraźniej byłam szczęściarą, skoro obyło się bez żadnych siniaków czy krzywd. No może nie licząc silnego bólu głowy.
Chciałam zapomnieć i faktycznie zapomniałam, jednak zbyt wiele informacji wyleciało z mojej pamięci. Cały wczorajszy wieczór w moim umyśle przypominał czarną dziurę, która wylądowała tam tuż po pierwszym kieliszku wódki, o ile wódkę piłam. Wspomnienia z nocy wyparowały. Jedyną rzeczą, którą udało mi się przypomnieć to dziki taniec na stole w barze ciotki. Boże, jaka ogromna nadzieja, że Eleanor w trakcie moich wygłupów nie było, towarzyszyła mi odkąd przywróciłam to jedno wspomnienie. Z drugiej strony.. gdyby to oglądała, na pewno zadzwoniłaby z samego rana, aby dać mi niezłą nauczkę. W końcu budzenie osoby trzeźwiejącej nad ranem nie jest najmilszą rzeczą. 
Pomimo nie wyspania oraz braku pamięci wydawało mi się, że postąpiłam słusznie. Owszem, obudziłam się obolała, ale już od jutra zamierzałam być zwarta i gotowa do działania. Nie przejmować się niczym, pozwolić Ashtonowi odejść i cieszyć się życiem. Tak, oto nowa Caitlin Teasel.
Wygramoliłam się z łóżka, kiedy dźwięk dzwonka zmienił się w pukanie. Ktoś nie zdawał sobie odpuścić swojej wizyty, więc nie pozostawało mi nic innego jak otwarcie drzwi zanim zostałyby one wyważone, bo taka opcja zapewne również istniała w głowie gościa.
Oparłam się o blat stolika, aby wraz z jego pomocą ustać na własnych nogach. Przypadkiem zrzuciłam biżuterię, którą zostawiłam prawdopodobnie wczoraj. Westchnęłam ciężko i z oporem pochyliłam się, aby podnieść wisiorek. Ku mojemu zaskoczeniu zawieszką była literka 'C'. Otworzyłam usta z wrażenia. Nie wiedziałam skąd łańcuszek wziął się w moim mieszkaniu. Zostawiłam go na grobie Ashtona, więc jakim sposobem przed chwilą leżał na podłodze, a potem w mojej dłoni?
Do rzeczywistości znów przywołało mnie pukanie. Wydarłam się wkurzona, że za moment otworzę. W dalszym ciągu przyglądałam się biżuterii starając sobie przypomnieć, czy ją znalazłam, czy może ktoś mi ją oddał. 
Usłyszałam dźwięk przekręcanego klucza.
Włamywacz lub Cassie.
- Kurwa! - syknięcie wydobyło się zza drzwi.
Oczywiście, że Cassidy.
Podeszłam do drzwi i zanim dziewczyna uporała się z kluczami, pozwoliłam jej wejść za moją pomocą. 
- Dałabym radę - fuknęła, wymijając mnie i znikając w salonie.
- Jak zawsze - mruknęłam z uśmiechem, popychając drzwi, żeby same się zamknęły. Obróciłam się na pięcie i podążyłam za przyjaciółką, która zdążyła się rozgościć. Usiadła na kanapie, kładąc nogi na stół. Mało kulturalnie, ale taka właśnie była Cassie. Niby pochodziła z dobrego domu, gdzie liczyła się rodzina i szacunek, a jednak w praktyce wyglądało to nieco inaczej.
Usiadłam naprzeciwko brunetki, czekając na jej długą opowieść, która pozwoli mi dowiedzieć się, z jakiej przyczyny zjawiła się w moim gniazdku. Schowałam wisiorek głęboko w kieszeni spodni, aby Cassie przypadkiem go nie zauważyła. Ostatnim razem doglądała go kilka miesięcy temu. Wrzucałam wtedy ubrania Ashtona do pudła, a wraz z nimi schowałam także wisiorek. Potrzebowałam izolacji.
- Stałam tam jakieś pół godziny! Co z tobą?! - zapytała.
- Spałam - wyjaśniłam łapiąc się za głowę.
Jej głos tym razem irytował sto razy bardziej niż zazwyczaj.
- O szesnastej?! - dopytywała.
- Zdrzemnęłam się - kłamałam. Przecież nie powiem jej, że upiłam się do nieprzytomności po to, aby zapomnieć o kimś, kto nie żyje od sześciu miesięcy.
Ta zamiast uchylić mi rąbka tajemnicy, związanego z jej wizytą, wzięła jeden z magazynów leżących tuż obok i zaczęła lekturę. Podejrzewam, że w ogóle nie zabrałaby się za nią, gdyby nie zdjęcie Brada Pitta, którego redakcja umieściła na okładce. Nie raz wmawiała mi, że to jej ulubiony aktor, chociaż nie obejrzała żadnego filmu z jego udziałem. Podobała jej sie jego klata, a to wystarczyło na miano najseksowniejszego mężczyzny na tej planecie. 
Strząchnęłam ręką jej nogi ze stołu, a później wyrwałam z dłoni gazetę. Cassie posłała mi wrogie spojrzenie, na co odpowiedziałam wzruszeniem ramionami. 
- Chciałabym znać powód twojej wizyty - oznajmiłam spokojnie, przymykając oczy, aby dać im jeszcze trochę odpoczynku.
- Martwiłam się o ciebie - Cassie ścisnęła moją dłoń - Wiem, jaki nosisz w sobie ciężar, ale nie musisz się zadręczać. To wszystko nie jest twoją winą, Caitlin i... - mówiła. Zmarszczyłam brwi i słuchałam brunetki, mimo że kompletnie nie rozumiałam, dlaczego zebrało jej się na wyznania akurat dziś, akurat teraz. - Wiedz, że jestem dla ciebie w każdej chwili, bo też w tym siedzę - oświadczyła tak, jakby składała mi przysięgę. Liczyłam, że jej przemowa dobiegała końca. Moja głowa przypominała wulkan, który niedługo ma zamiar wybuchnąć, więc nie zapamiętywałam każdego słowa, którym rzucała przyjaciółka. Tylko jedno zapadło mi w pamięć i sprawiło, że zerwałam się z sofy niczym poparzona. - I w sumie dobrze zrobiłaś, że nie poszłaś do pracy, bo...
- Niech to szlag! - zawołałam. Biegiem ruszyłam do pokoju w poszukiwaniu oficjalnych ubrań, które potem narzuciłam na siebie. Cassie w międzyczasie gadała, krzyczała i protestowała, ale byłam zbyt pochłonięta moim zaniedbaniem obowiązków, żeby móc wysłuchiwać jej kolejnych wywodów. Żadne słowa do mnie nie docierały.
Związałam swoje włosy w kucyk, a pełny makijaż całkowicie odrzuciłam. Cierpiałam na brak czasu, upiększanie się spowolniłoby obrane tempo. Zdecydowałam się na podkręcenie rzęs i bezbarwną pomadkę. Wyglądałam jak upiór z opery, ale nawet makijaż nie służyłby tego dnia jako pomoc. Przydałby się sen, ale z niego nie mogłam już skorzystać.
Zabrawszy płaszcz oraz torbę, skierowałam się do wyjścia. Cassie wciąż chodziła za mną, próbując mnie zatrzymać. Dopuściłam jej piskliwy głos do mojej obolałej głowy dopiero, gdy otworzyłam drzwi.
- Caitlin, nie powinnaś tam jechać - poradziła.
Brunetka zachowywała się bardzo dziwnie.
- Co? Czemu? - dopytywałam się, chcąc rozszyfrować jej myśli. 
- Ty nie wiesz... - szepnęła, zakrywając dłonią fragment ust. Zacisnęła wargi, formując je w cienka poziomą linię. Wiedziała, że powiedziała za dużo i nie może się wycofać bo nie dam jej spokoju, dopóki nie dostanę wyjaśnień. Denerwowała się, mogłam to zobaczyć na własne oczy. Jej dłonie drżały, a czoło błyszczało, gdyż skóra zaczynała się pocić. Milczała, szukając wymówki, bo nie chciała zdradzić co tak naprawdę się dzieje. Być może bała się mojej reakcji.
- Cassie, przerażasz mnie, na litość Boską - mruknęłam, patrząc na dziewczynę, która z minuty na minutę stawała się coraz to większym kłębkiem nerwów. 
- Włącz wiadomości - podpowiedziała, nie zdradzając nic poza tą małą wskazówką.
Automatycznie moja ręka puściła drewniane drzwi. Wróciłam do salonu. Odnalazłam pilota, a następnie włączyłam pierwszy lepszy program informacyjny.
Z momentem odczytania nagłówka, rozbolało mnie serce. Otworzyłam szerzej oczy w nadziei, że źle przeczytałam najnowsze ogłoszenie, jednak mój wzrok mnie nie mylił. Nogi ugięły się pode mną i opadłam na kanapę. Gapiłam się w ekran czytając po kilka razy te same zdania. 
- Morderstwo w biurowcu popularnej firmy Silesia. Młoda sekretarka, a zarazem asystentka szefa nie żyje. Czyżby wrogowie Cienia opanowywali Sydney? - przeczytałam na głos - Znałam ją - powiedziałam w stronę Cassie - Czemu sądzą, że to ktoś, kto nie lubił Cienia? - zapytałam.
- Bo zostawił wiadomość - wydukała po cichu.
- Jaką? Jakiej treści? - pytałam nerwowo - Cassie! - wydarłam się, potrząsając dziewczyną.
Nie odpowiedziała.
Wybiegłam z domu. Odnalazłam swoje auto na parkingu. Agresywnie wyjechałam na ulicę, zmieniając swój typ jazdy z ekonomicznej na dynamiczną, aby znaleźć się jak najszybciej w pracy.
~*~ 
Budynek otoczono radiowozami. Tłumy gapiów oraz paparazzi stały za taśmą szukając dobrych miejsc, by zyskać najlepsze zdjęcia, a później sprzedać je gazetom lub serwisom. Już jutro temat miał trafić na pierwsze strony brukowców. Ww sieci i telewizji już szumiało.Komisarze krzątali się po terenie firmy. Biegali to w jedną to w drugą stronę, aby skonsultować się z partnerami lub swoimi pracodawcami. Niektórzy również spisywali zeznania świadków lub udzielali ogólnych informacji mediom. Panował chaos. Wszędzie znajdowali się ludzie. Zadawali mnóstwo pytań, wrzeszczeli i rzucali się na policjantów, którzy z bezradnością starali się jakoś opanować ten burdel, który tutaj zapanował. Bez skutku, rzecz jasna, bo większość zebranych tu osób miała gdzieś ich słowa pocieszenia lub ogólnikowe wypowiedzi. 
Przepchałam się przed napalonych na genialne fotki paparazzi. Wzrokiem szukałam Willa, ale nigdzie go nie było. Na szczęście do sprawy włączono Theresę, która stała przy jednym z aut, notując słowa jednej ze sprzątaczek.
- Theresa! - krzyknęłam, a dziewczyna odwróciła się. Gdy mnie poznała, zażądała, aby funkcjonariusze wpuścili mnie na zabezpieczony teren. Podziękowałam blondynce, a później weszłam do biura, gdzie według Theresy przebywał Will.
Schodami wbiegłam na czwarte piętro, nawet się nie męcząc. Pot nie spływał z mojego czoła, nie dyszałam, nie bolały mnie nogi. Wwidocznie adrenalina i strach nie pozwalały mi na myślenie o słabym stanie organizmu. 
Spostrzegłam blond loki na głowie pewnego wysokiego mężczyzny o wyrazistych kościach policzkowych. Skierowałam się tam. Kiedy błękitne tęczówki obejrzały się w moją stronę, zaczęłam biec. Wpadłam prosto w ramiona brytyjczyka. On zacisnął swoje dłonie na moich plecach i przyciągnął mnie do siebie. Nasze oddechy były nierównomierne. Towarzyszyło nam przerażenie. 
- Bałem się, że coś ci się stało - jego głos się załamywał - Że to ty tam leżysz...
- Zapomniałam o dzisiejszej zmianie - wyszeptałam do jego ucha - Co się stało, Will? Co takiego się tu wydarzyło?
- Jesteś pewna, że chcesz to zobaczyć?
Skinęłam.
Will splótł swoją dłoń z moją, po czym podążył do pokoju, w którym dokonano przestępstwa. 
Zbrodnia miała miejsce w łazience. Wszędzie wokół była krew. Na ścianach, na podłodze, przy zlewie, na drzwiach od kabiny. Pisnęłam, gdy zobaczyłam leżącą na ziemi asystentkę szefa. Sam widok sprawiał mi ból, przynosił falę żalu, smutku i gniewu. W pewnym sensie wiedziałam, że zginęła z mojej winy.Czułam niesamowite rozczarowanie samą sobą. Nigdy nie sądziłam, że ktoś zginie przeze mnie. On to zaplanował.  Ten sam człowiek, który jeszcze niedawno podawał się za Ashtona Irwina. Byłam pewna, że to on zabił biedną dziewczynę, dlatego dręczyło mnie poczucie winy.  To ja powinnam była leżeć na tej zimnej podłodze; to moje ubrania powinny zmienić kolor na czerwony; to z moich oczu powinno uchodzić życie, bo to ja miałam być jego celem. Leżała tam; jej ciało było zimne i sine. W oczach brakło tego błysku, który widniał, kiedy witała klientów bądź innych gości. Wokół niej biegali funkcjonariusze, ci z wydziału zabójstw. Robili zdjęcia, spisywali raporty, zabezpieczali miejsce zbrodni. Pierwszy raz uczestniczyłam w tego typu akcji. Na pewno nie będę wspominała jej dobrze. 
Wyobraziłam sobie przebieg sytuacji. Anastasia, bo tak miała na imię asystentka szefa, weszła do łazienki, aby umyć kubek, którego teraz części znajdowały się na podłodze. Szorowała naczynie, a gdy uniosła głowę, żeby obejrzeć swoją twarz w odbiciu lustra, on stał z tyłu. Zamaskowany, trzymając w ręku sztylet. Przysunął się do niej, obejmując. Zablokował dziewczynie drogę ucieczki. Następnie dźgnął ją, na początek raz, później zadawał losowe ciosy, zapewne w furii. Wściekał się, że nie ma mnie w pracy. Wyładował swoją złość na przypadkowej osobie, żebym mogła żałować i nosić w sobie ciężkie brzemię. Jej ciało osunęło się na ziemię, a on z uśmiechem spoglądał na swoje dzieło. Wiedział, jak we mnie uderzyć. Trafił w samo sedno. Starł z niej krew, a później przyłożył swój palec do ściany. Napisał na niej wiadomość dla mnie. Nie grał w żadne zgadywanki. Miał nadzieję, że zobaczę tą informację. A ja ją zobaczyłam. 
TY BĘDZIESZ NASTĘPNA, CT. 
Mój żołądek się zacisnął. Ledwo przełknęłam ślinę, widząc ciało.. martwe ciało, a gdy na końcu potocznie zwanej przesyłki spostrzegłam swoje inicjały, świat zaczął wirować. Zachwiałam się, ale Will wykazał się zwinnością i w odpowiedniej chwili objął mnie, ratując przed omdleniem. 
Wszelkie wątpliwości ustały po odczytaniu informacji. Wszystko wydawało się jasne i proste. Ktoś czekał na odpowiedni moment, aby mnie zabić. Tego dnia nie stawiłam się w pracy, a on w akcie zemsty zabił jedną z pracownic mojej firmy w ramach kary za "ucieczkę". Upicie się do nieprzytomności uratowało mnie przed śmiercią. Z drugiej strony policja mogła uznać mnie za podejrzaną, skoro oszukałam przeznaczenie. Nieświadomie, ale jednak.
- W...w...wiesz cokolwiek? Kim mógł być ten przestępca? Jakieś dane? - spytałam, patrząc na chłopaka załzawionymi oczyma. Ten jedynie pokręcił głową zasmucony. Chciał mi pomóc, dać wskazówkę, aczkolwiek był bezradny. Tak, jak ja.
- Will - zawołał jeden z funkcjonariuszy - Jest kolejna sprawa, zwijaj się.
- Co tym razem? - chłopak spojrzał na swojego kolegę pytająco.
- Jakiś chłopak został pobity, ma związek z Cieniem, to twoja broszka - odparł.
- Kto taki?
- George, George Brooks.
Sapnęłam, słysząc to imię i nazwisko. Krew odpłynęła z mojej twarzy, a ręce zaczęły drżeć. 
- Już jadę.
- Jadę z tobą - wtrąciłam, ściskając blondyna za rękę - To mój przyjaciel - powiedziałam, a Will skinął głową na znak zgody. Sprawy skomplikowały się. Z dnia na dzień było coraz gorzej. Ktoś mnie zastraszał, ale nie tylko ja byłam na jego tarczy. Widnieli na niej również moi bliscy.  

__________________________
Zepsuła mi się ładowarka do laptopa, znowu. Dlatego czcionka tekstu jest inna, rozdział jest bez edycji, więc jest pewnie mnóstwo błędów.
Zanim dodałam. Mówiłam, że to nieważne, kto był w poprzednim rozdziale. Próbowałam Wam dać wskazówkę, ale cały czas każdy żył tym, że ktoś był na chacie Caitlin. Wszyscy zapomnieli, że ona się upiła i po prostu o tym zapomni. ;_____; Myślałam, że już się nauczyliście, że ze mną nie ma tak łatwo! Oh, cmon.. przecież to ja. 
Dziękuję za klikanie w reklamy. Nie są to jakieś rekordy, bo robi to kilka osób (4-10 kliknięć dziennie, nie więcej) I dziękuję właśnie tym osobom, które decydują się na pomoc. Miło mi, naprawdę.
Dziękuję za ponad 400 tysięcy na wattpad przy Cieniu i prawie 100 tysięcy przy Pułapce. Jeśli Cień dobije do pół miliona, a Pułapka do 100 tysięcy, to będzie najlepszy prezent urodzinowy ever. A już the best byłyby 2 miliony na blogu, ale bez przesady, bo wszystkiego od razu mieć nie można prawda? :) Będzie co będzie!
Love you x

poniedziałek, 3 listopada 2014

Rozdział 12

muzyka  <klik>

Cisza, którą zarządziłam nie trwała długo. Moja namolność nie ustępowała i przeszkadzałam Calumowi w każdy możliwy sposób. Pytałam do czego służą różne przyciski, krzyczałam do mijających nas pieszych i głośno śpiewałam piosenki puszczane w radiu, jeżeli w ogóle moje wrzaski można było określać mianem śpiewu. Nie byłam w stanie spokojnie wysiedzieć na obitym skórą fotelu. Calum ignorował moje zachowanie, a mimo tego nie poddawałam się i szukałam "zwady". Starałam się sprowokować Hooda do rozmowy, nawet zwykłej przepychanki słownej, ale zależało mi na usłyszeniu jego głosu.
- Słabniesz - zauważyłam, wskazując poprzez kiwnięcie głową na licznik - Sto... osiemdziesiąt... cienias - mruczałam pod nosem.
W końcu Hood nie wytrzymał i presja go zmiażdżyła. Jego stopa docisnęła pedał gazu. Z zaciśniętymi rękoma na kierownicy oraz ze skupionym wzrokiem na drodze sprawnie mknął autostradą nie zważając na przepisy. Drzewa, a także budynki pojawiały się i znikały. Czerwone światła nie stanowiły żadnego problemu. Nie zwalniał, ani nie zatrzymywał pojazdu. Nasze serca łomotały, ale taki miał być efekt. Adrenalina zawładnęła moim ciałem tak szybko, jak Caluma. W pewnym momencie udało mi się dojrzeć niewielki uśmieszek, który pojawił się na jego twarzy. Kąciki moich ust uniosły się na myśl, że poczuł się szczęśliwy. Wiecznie niezadowolony Calum Hood nareszcie się wyluzował.
Zabawę przerwał Luke, który zadzwonił do Caluma. Chłopcy weszli w dialog, któremu nie było końca. Przegrana opadłam na siedzenie, krzyżując ręce. Naburmuszona czekałam, aż Cal rozłączy się i znów zacznie pędzić autostradą nieco szybciej niż sto dwadzieścia kilometrów na godzinę.
Moja duma wyparowała, kiedy nagle zrobiło mi się słabo. Rozbolał mnie brzuch, a jedzenie wręcz wirowało w moim żołądku. Wszystko, co dzisiaj wrzuciłam do ust podeszło mi do gardła. Przed oczami pojawiały się czarne plamy. Bladłam. Miałam wrażenie, że zasypiam.
- Ca... Ca... Calum... - wybełkotałam - Zwolnij.
- Nie teraz, Teasel - burknął ciemnowłosy nawet na mnie nie zerkając.
- Proszę..
- Luke, samochód wygląda genialnie.
- Chyba mi... - dukałam, ale nie dokończyłam swoich słów. Dłużej nie wytrzymałam. Przegrałam tą walkę i zwymiotowałam.
W samochodzie. Przy Calumie.
- Pogadamy później - rzucił krótko brązowooki, odrzucając komórkę.
Opróżniłam swój organizm z większości alkoholu oraz dzisiejszych posiłków. Ulżyło mi, poczułam się lepiej, jednak tego samego nie mógł powiedzieć Calum, który głośno zaklął i zjechał na pobocze w celu zatrzymania. Sądzę, że nie zezłościłby się do takiego stopnia, gdyby samochód należał do niego. Na moje nieszczęście auto wyjechało dziś z salonu, a jego właścicielem był Luke. Tak, Lucas Hemmings, człowiek, który ceni swoje samochody bardziej niż własny tyłek. Jednym słowem miałam przerąbane.
- Nie! - załkał Calum i złapał się za głowę otworzywszy drzwi od strony pasażera - Cholera, Caitlin! - syknął, po czym wyciągnął mnie z nowego porsche. Pomógł mi przedostać się na trawnik, gdzie skończyłam to, co zaczęłam w aucie. - Hemmings mnie zabije. Nowa fura... nowe pieprzone maleństwo na foczki.. - darł się przecierając dłońmi twarz - On mi połamie kości!
Calum wyciągnął pobrudzony dywanik i wyrzucił go na trawnik. Odwrócił się do mnie. Miałam szczęście, że w moich majtkach nie znajdowały się męskie narządy, bo prawdopodobnie nie zawahałby się mnie zbić na kwaśne jabłko. Tak bardzo, jak nie przepadałam za byciem dziewczyną - tamtej nocy dziękowałam za to Bogu. Calum gwałtownie ruszył w moją stronę, a następnie szarpnął za ramię i podniósł. Trzymając mnie, prowadził do samochodu, żeby potem posadzić mnie na fotelu i przykucnąć obok. Zapewne wyglądałam fatalnie. Ledwo utrzymywałam swoją głowę, która zdawała się ważyć tonę. Pomimo ulgi w żołądku, w dalszym ciągu nie czułam się dobrze. Natomiast Caluma mój stan nie obchodził. Gorzej wkurzony już nie mógł być.
- Zacznij rzygać jeszcze raz w tym cacku, a będziesz wracała piechotą z kamieniami na plecach - zagroził. Nie popatrzyłam na niego, w obawie przed tym znaczącym wyrazem twarzy, który pojawiał się podczas jego złych dni, czyli praktycznie codziennie.
- Już nie będę... - szepnęłam.
- Informuj mnie o takich rzeczach.
- Chciałam...
Calum pognał do drzwi od strony kierowcy. Otworzył wszystkie okna, aby świeże powietrze wypełniło wnętrze wozu. Kontynuowaliśmy podróż zatrzymując się w jej trakcie jeszcze około czterech razy. Usypiałam ze zmęczenia, dlatego nasza rozmowa kończyła się na jego pytaniach, a moich krótkich odpowiedziach typu tak lub nie. Spokój, który niedawno panował w moim umyśle został zastąpiony huraganem. Każdy dźwięk w tym najbardziej cichy stał się intensywny i irytujący.
Zatrzymaliśmy się przed budynkiem.
Calum wysiadł jako pierwszy. Otworzył drzwi od strony pasażera. Patrzył na mnie kilka sekund z politowaniem, dopóki nie wziął mnie na ręce. Zabrał mnie do mieszkania. Wahania nastroju sprawiły, że w jego ramionach rozpłakałam się. Hood mimo swojego silnego charakteru zmiękł i próbował mnie powstrzymać podczas drogi do domu.
Po wejściu wtargnął do mojej sypialni, a później położył mnie na łóżku.
- Możesz mi powiedzieć chociaż co ci odbiło? - zapytał - Zwariowałaś czy jak? Co, jeśli bym nie przyjechał? Zabiłabyś się? Jeżeli myślisz, że będziemy na każde twoje zawołanie to...
- Przepraszam! - odkrzyknęłam, wtrącając się - Przepraszam, że jestem dla ciebie takim ogromnym problemem Calum. Przepraszam, że zmarnowałam twój cenny czas, naprawdę. Przepraszam, że tak bardzo mnie nienawidzisz i choćbym chciała, to nie mogę tego zmienić! - wygarnęłam chłopakowi nareszcie wszystko, co ciążyło na moim umyśle, głośno i wyraźnie przez łzy, nie mogąc dłużej znieść tego przeklętego napięcia między nami.
- Nie nienawidzę cię, Caitlin - odpowiedział
- Więc czemu traktujesz mnie jak największego śmiecia na tej ziemi, hm?
- Naprawdę tak uważasz? - jego ton podpowiadał mi, że nie spodziewał się takiej opinii na swój temat - Ja...
- No co? -  wstałam. Cały czas byłam wzburzona - Może to nieprawda? - wydarłam się.
Nie za często zdarzało mi się podnosić głos na Caluma, ale dochodziłam do wniosku, że stanie się to codziennością, jeżeli nie oczyścimy naszych relacji i nie postawimy spraw jasno. Akurat tego wieczoru mieliśmy do tego wspaniałą okazję, mimo że nie byłam do końca trzeźwa. - Mieszasz mnie z błotem za każdym razem, gdy się spotykamy. Chociażby kilka dni temu, gdy...
- Mówiłem prawdę - odparł w obronie, chociaż była ona dość słaba.
- Tak zamierzasz się bronić? - oparłam się o framugę, nie mogąc ustać dłużej na nogach. Wytrzymałam blisko całą dobę i spędziłam piętnaście minut wdychając świeże powietrze, jednak wciąż pozostawałam pijana, a co za tym idzie słaba fizycznie. Na szczęście już lepiej szło mi w rozmowie.
- Nie rozumiesz - pokręcił głową, wzdychając ciężko.
- Wytłumacz mi - poprosiłam bezradnie wzruszając rękoma.
- Nie mogę...
- Jak to nie możesz?!
- Nie teraz, Caitlin - warknął posyłając mi stanowcze spojrzenie.
Calum zamilkł. Zgarbiony, odwrócił się i powędrował w stronę wyjścia. Powodował wrzenie w moich żyłach. Palant, pomyślałam. Tchórz. Zamiast wyznać mi, w czym tkwi jego wielki problem, on wolał uciekać. Odpuściłam, sądząc, że już się zmywa. On zaś zanim opuścił salon zatrzymał się i ostatni raz zmierzył mnie wzrokiem. Zawołał mnie po imieniu.
- Nie byłbym w stanie cię nienawidzić - powiedział, a w jego głosie wyczułam pewien smutek. Calum już nie był rozgniewany czy wkurzony na moje występki. Stał się opanowany oraz rozżalony, co wydawało się dziwne bo nigdy nie widziałam bólu w jego oczach, a gdy go dostrzegłam, spuścił głowę, abym zapomniała o tym widoku.
- Dlaczego? - szepnęłam zestresowana. Jego wypowiedź nie miała jednego znaczenia, mogłam odczytać ją na kilka różnych sposobów.
- Przypominasz mi kogoś na kim bardzo mi zależało - poinformował z delikatnym uśmiechem, który rozpromienił jego twarz na kilka chwil, gdyż szybko wróciła do pierwotnego stanu - I kogo straciłem - dodał zapierając mi dech w piersi. Jego nogi znów zaczęły kierować go w stronę drzwi, a coś we mnie błagało, abym nie popełniła błędu.
Zastygłam. Przygryzłam dolną wargę szukając powodu, dla którego warto jest biec za nowo poznaną wersją Caluma i ratować to, co zepsuliśmy, a dostaliśmy szansę naprawić. Nie należałam do kłótliwych osób lubiących napięcie, więc nie ukrywam, że spory procent mojego mózgu podpowiadał mi "Leć idiotko, no goń go!". W nietrzeźwym stanie nie ufałam nawet samej sobie, więc wahałam się do ostatniej możliwej okazji. Tego dnia jednak nie zdecydował mój mózg, a serce, które rozkleiło się oglądając przemianę Caluma Hooda, największego chama, jakiego mógł znać świat. Tego Caluma, który sam pokazał mi, że ma uczucia. Nie potrafiłam zostać obojętna.
- Calum! - krzyknęłam, wybiegając na dwór za chłopakiem, który wsiadał do samochodu. Plątały mi się nogi, kuśtykałam, ale musiałam powstrzymać chłopaka przed odjazdem. - M... możesz zostać... zostań - poprosiłam - Boję się samotności, zwłaszcza dzisiaj - wyznałam pocierając dłońmi ramiona. Wyglądałam jak sierota, która poszukuje rodziców lub zwykłego ciepła, co właściwie się zgadzało.
- Samotność nie jest taka zła, zaufaj mi - odparł obojętnie - Cały czas jej doświadczam.
Calum wsiadł do samochodu rzucając krótkie i ciche dobranoc. Rozczarowana, odprowadzałam wzrokiem powoli wyjeżdżający z osiedla samochód. Zrobiłam coś nie tak? Czy może oświadczenie Caluma nie było startem do porozumienia, a zwykłym wyjaśnieniem naszych stosunków, które mają zostać bez zmian, bo według niego są okej?

~*~
muzyka <klik>

Moje powieki uniosły się, gdy przebudził mnie nieprzyjemny chłód. Światło rozbłysło na kilka sekund, a później zniknęło. Po piorunie przyszedł czas na silny grzmot. Krople deszczu wygrywały melodię bez rytmu, stukając o parapet. Podniosłam głowę. Drzwi skrzypiały, poruszając się do przodu i do tyłu ze względu na podmuch wiatru.
Przeciąg.
Byłam święcie przekonana, że zamykałam okna. Musiałam zapomnieć o salonie.
Ziewnęłam, a następnie przetarłam oczy. Spojrzałam na zegarek, który wskazywał drugą w nocy. Spałam ledwo dwie godziny. Zeszłam z łóżka, uderzając bosymi stopami o zimne panele.
Zapaliłam światło. W salonie panował nieład. Firanki fruwały, a gazety, które wcześniej znajdowały się na stoliku, teraz leżały na ziemi. Dwa okna były uchylone. Nie przypominałam sobie, abym w ogóle je otwierała, ale w końcu jakim cudem miałabym to pamiętać? Zalałam się całkowicie. Nie wiem nawet, w jaki sposób dotarłam do domu. Coś mi świtało, ale nie poskładałam niczego do kupy. Postanowiłam, że zabiorę się za to rano.
Odsunęłam firanki, aby zamknąć okna. Po parapecie znajdującym się wewnątrz mieszkania spływała woda. Rzuciłam krótkie „kurwa”, po czym ruszyłam do kuchni po papierowe ręczniki. Gdyby nie kable na ziemi, nie przejęłabym się tym faktem tak bardzo. Widząc dużą ilość wody, wolałam jednak uprzątnąć parapet, żeby obeszło się bez zwarcia.
Wróciłam do salonu z paczką ręczników. Szłam powoli i ociężale, nadal brakło mi sił w organizmie. Impreza w barze wykończyła mnie, ale taki był właśnie cel. Nie mogłam narzekać, skoro sama wpadłam na pomysł ostrej zabawy w ramach wymazania wspomnień.
Zatrzymałam się, kiedy uniosłam głowę, a mój wzrok spotkał się z czymś, czego przedtem nie zdążyłam spostrzec. Czerwony napis na szybie rzucił się w moje oczy dopiero po kolejnym błysku, sprawiając, że dostałam dreszczy i mdłości za jednym razem.
- Jestem tutaj… - szepnęłam, czytając słowa wypisane na oknie.
Panika w moim ciele wzrosła, mimo że nic się nie działo.
Do czasu.
Nastała ciemność.
Rozejrzałam się, jednak nikogo nie było. Nie wierzyłam, że po raz kolejny wysiadł prąd. Przypadki istniały, ale nie, jeżeli chodziło o moją osobę. 
Zrobiło mi się słabo. Nie mogłam złapać tchu. Moje nogi trzęsły się, a serce biło szybciej niż podczas oglądania horroru. Postanowiłam odsunąć się od szyby, bo im bliżej niej stałam, tym bardziej rosło moje przerażenie. Zrobiłam ledwo trzy kroki w tył, a moje plecy uderzyły o coś, co raczej nie przypominało ściany.
Duża dłoń przejechała po moim brzuchu. Ktoś zacisnął swoją rękę na mojej talii i przyciągnął do siebie. Gdy zamierzałam krzyczeć, dłoń okryta czarną skórzaną rękawiczką znalazła się na moich ustach tłumiąc wołanie o pomoc. 
To znowu się działo. Potraktowałam sprawę z fałszywym cieniem zbyt obojętnie, a teraz płaciłam za złe decyzje, które podejmowałam non stop. Otwarłam szeroko oczy, jakbym za ich pomocą chciała wezwać ratunek. Mój instynkt zamienił się w zwierzęcy. Liczyło się tylko przetrwanie.  Chciałam za wszelką cenę uwolnić się spod tego strasznego uścisku i uciekać, gdzie pieprz rośnie.
Szarpałam się i szukałam słabego punktu u człowieka, który włamał się do mojego domu, ale wysiłek szedł na marne. Nawet po próbie uderzenia go łokciem w brzuch nie wydał żadnego odgłosu. Zupełnie niczym rycerz w niezniszczalnej i niewidzialnej zbroi. Męczyłam się walką nie przynoszącą żadnych efektów. Mój organizm był wycieńczony. Zostałam wyrwana ze snu, nie zregenerowałam się w stu procentach. Siła ulatywała ze mnie o wiele łatwiej i szybciej.  
Napastnik milczał i nie wykonywał żadnych ruchów poza trzymaniem mnie w swoich objęciach, nie zezwalając na odejście. Zaskoczył mnie, gdyż sądziłam, że przyszedł wykonać brudną robotę, a tymczasem nie raził mnie, ani nie przykładał do gardła noża. Przestałam więc szukać drogi ucieczki.
Uspokoiłam się i po prostu stałam nieruchomo tak, jak on. Starałam się dojrzeć jego twarz lub chociaż jej zarysy w odbiciu szyby, jednak ciemność utrudniała mi zarejestrowanie nawet najmniejszego szczegółu, który pozwoliłby rozpoznać napastnika. Nie wiedziałam kim jest, a już w ogóle nie domyślałam się w jakim celu przyszedł, ale to właśnie budziło we mnie zarówno lęk jak i zainteresowanie.
Zastanawiałam się, czy za moimi plecami nie ma Logana. Jeżeli to on wpadł z wizytą, miałam poważny problem. Ponad dwadzieścia cztery godziny nie miałam styczności z mediami. On w tym czasie mógł zwiać z ośrodka w którym go zamknęli i przyjechać do mnie, aby się zemścić. Zamierzał mnie zabić sześć miesięcy temu, więc dlaczego nie zechciałby zrobić tego teraz? Wątpię, że przez pół roku wyzdrowiał i zmienił się w miłego oraz życzliwego obywatela Australii.
Żyły na moim rękach pulsowały, uderzając w tym samym rytmie, co serce, które mało nie wyskoczyło z mojej piersi, kiedy potężna dłoń wodziła po moim ramieniu. Nie wiedziałam, dlaczego ten dotyk wydawał się taki specyficzny. Nie sprawiał, że drżałam ze strachu. Być może uodporniłam się na działania bandytów, a może to było coś innego? Obserwowałam zmysłami i zapamiętywałam ścieżkę, którą podążały delikatne palce. Zbliżały się do mojej dłoni, a następnie ścisnęły ją. Pisnęłam niepewnie, nieco zdziwiona jego zachowaniem. Czułam coś, co wydawało się wyjątkowe, a również rzadkie. Malutkie ciepło, które rozpalała tylko jedna osoba w ten sposób.
Nasze palce splotły się razem, a ja wtedy zrozumiałam. Idealnie pasujące do siebie dłonie, jakby stworzone na nasze potrzeby. Unosząca się co chwila klatka piersiowa, jakby osoba stojąca za mną denerwowała się. Dotyk...
W mojej dłoni poczułam coś chłodnego i malutkiego. Nieznajomy zabrał rękę i puścił mnie wolno. Usłyszałam ciężkie kroki, które stawały się coraz mniej słyszalne. Wychodził. Tak zwyczajnie zdecydował się wyjść i zostawić mnie.
- Czekaj! - krzyknęłam, odwracając się. Nie widziałam nic poza ciemnym pokojem i zarysami niektórych mebli. - Nie wiem czy jesteś tym, o kim myślę, ale jeżeli tak to.. - zawahałam się, myśląc czy nadal tutaj jest. Panele zaskrzypiały. Stał blisko drzwi. - Daj mi jakiś znak, który nie pozwoli mi odpuścić, proszę. - załkałam. Liczyłam na odpowiedź, którą niezwłocznie dostałam. Niestety nie otrzymałam takiej, o jakiej marzyłam.
Drzwi zaskrzypiały.
Zamknęłam oczy. Pomyliłam się, wygłupiłam, a może nawet i śniłam, kto wie?
Stałam w milczeniu przez dobre pięć minut.
Odważyłam się spojrzeć na swoją dłoń, gdy piorun uderzył blisko budynku, a tym samym rozświetlił salon. Mały złoty wisiorek z literą 'C' wrócił do mnie, udowadniając, że czasem warto mieć nadzieję.
Padłam na ziemię i rozpłakałam się, przyciskając biżuterię do swego serca. 

sobota, 1 listopada 2014

Post Dodatkowy - Halloween

UWAGA! To tylko dodatek, który nie ma nic wspólnego z fabułą Pułapki. Na wattpadzie trwa akcja z one-shotami halloweenowymi, do której się przyłączyłam. To, co zostało opisane w tym shocie, nie będzie miało miejsca w Pułapce, chociaż można doszukać się małego spoilera.

________________

Siedziałam przy biurku, czytając po raz piąty to samo zdanie. Nic, co moje oczy zdołały wchłonąć nie miało najmniejszego sensu. Trzymając się za głowę, próbowałam otworzyć swój mózg na nowe informacje, ale nie widziałam żadnych efektów. Nadal nie rozumiałam niczego, co autor zawarł w książce od biologii.

- Cassie, gdybym wiedziała, że twoja praca domowa wymaga takiego główkowania, w ogóle nie zabierałabym się za jej wykonanie - powiedziałam, jakby sama do siebie z nadzieją, że Cassie za pomocą telepatii usłyszy moją skargę. Kiedyś byłam naprawdę dobra, jeżeli chodzi o nauki ścisłe, więc gdy tylko moja przyjaciółka poprosiła mnie o pomoc, zgodziłam się bez wahania, zwłaszcza, że w święto Halloween nie śniłam o wyjściu z domu. Teraz już wiem, że był to beznadziejny pomysł. 

Nagle w pokoju zgasły światła. Zaklęłam, uderzając plecami o oparcie krzesła. Znowu to samo. Nie mam dnia spokoju od głupawych żartów dzieci z osiedla. Dzięki Bogu zostawiłam swój telefon na biurku. Chwyciłam komórkę, po czym włączyłam za pomocą aplikacji latarkę. Rozejrzałam sie po pokoju. Wszystko wyglądało tak samo. 

Ściskając w dłoni telefon, wyszłam z mieszkania i skierowałam się do piwnicy. Skłamałabym zarzekając się, że nie czułam żadnego strachu. Dochodziła dwudziesta trzecia, a ja błąkałam się w podziemiach budynku. Żeby tego było mało, tunel oświetlały malutkie lampki rozwieszone co dziesięć metrów. W moim ciele zdecydowanie górowało przerażenie. Każdy szmer przyprawiał mnie o palpitację serca. Moje oczy skanowały ściany, podłogę i zauważone zakątki. Szłam szybko, ale nie bawiłam się znowu w wyścig szczurów. Chciałam tylko odnaleźć skrzynkę z włącznikiem prądu, nic więcej.

Gdy udało mi się włączyć prąd, odetchnęłam z ulgą. W moim mieszkaniu nastała zapewne jasność i nie musiałam się obawiać ciemności. 

Już miałam opuszczać piwnice, kiedy z końca tunelu usłyszałam nieprzyjemny i głośny stukot. Odwróciłam się. Wytężałam wzrok, ale nie zdołałam ujrzeć niczego poza zarysami sylwetki. Na moje oko, budową przypominał mężczyznę. Wysoki człowiek o szerokich oraz prawdopodobnie umięśnionych ramionach stał na końcu korytarza. W jego dłoniach spostrzegłam coś długiego, podobnego do kija, jednak jego wykończenie wyglądało zuepłnie inaczej. Umieszczono tam dużą; możliwe, że kwadratową rzecz. 

Postać zaczęła się zbliżać. Z czasem, gdy ten człowiek znajdował się wystarczająco blisko lamp, światło odbiło się od ostrza narzędzia, które ze sobą niósł. Dopiero wtedy zauważyłam, że jest to nic innego jak siekiera. Zrobiło mi się słabo. Widok tego typu broni zmroził krew w moich żyłach. Nie potrafiłam się ruszyć. Oddech uwiązł w moim gardle. Jakiś psychopata własnie zmierzał w moim kierunku, aby mnie zabić, a ja ułatwiałam mu zadanie staniem i gapieniem się. Starałam się odzyskać czucie w nogach, zmusić je do ucieczki. Udało mi się dopiero po kilku sekundach, kiedy tego człowieka oraz mnie dzieliło może pięć metrów. Z nadzieją, że jednak uda mi się przeżyć, zaczęłam się wycofywać, a już potem biec ile sił w nogach, byle tylko zwiać. 

Wydzierałam się, chociaż miałam świadomość, że nikt nie weźmie mnie na poważnie. Było Halloween. Pomyślałam nawet, że ten gość może być oszustem, aczkolwiek biorąc pod uwagę zdarzenia, które miały miejsce w moim życiu, nie byłam tego taka pewna. Wręcz przeciwnie - wierzyłam, że brak światła w moim mieszkaniu to jego sprawka. Chciał wykurzyć mnie z domu, żeby następnie zabić mnie w piwnicy, czyli tam, gdzie rzadko ktoś zagląda. Ukartował to i spisał się na medal, ponieważ połknęłam haczyk. Teraz zostało mu upolować swoją zdobycz. 

Wbiegłam w jeden z korytarzy, szukając drugiego wyjścia. Mijałam masę drzwi od piwnic lokatorów. Każdą z nich zamknięto na kłódkę. Możliwość ukrycia się w którymś ze schowków była nikła. Rozpłakałam się. Szlochałam, krzyczałam z nadzieją, że ktoś przejmie się moim losem. Niestety, nikt nie zamierzał mi pomóc. 

Schowałam sie za ścianą. Plecami przylgnęłam do muru, jakby miało to sprawić, że stanę się niewidzialna. Oddychałam głęboko, za głośno. Przytknęłam dłonie do ust, żeby stłumić szloch. Panikowałam, zastanawiając się, co wydarzy się potem. Czy zdołam wyjść z piwnicy? Czy ten człowiek zostawi mnie w spokoju? Czy może zginę? 

Usłyszałam kroki. Otworzyłam szerzej oczy z których wylewały się łzy. Bałam się, że mężczyzna zmierza w moim kierunku i zaraz jego narzędzie znajdzie się przy moim gardle. Trzęsłam się. Nie mogłam ustać na nogach. Zbliżał się. Słyszałam go coraz lepiej i czułam jego obecność. Mój koniec zbliżał się szybkim tempem. 

Nagle czyjaś dłoń zacisnęła się na moim ramieniu. Napastnik odciągnąć mnie od ściany, po czym delikatnie popchnął na przeciwną, zbliżając się do mnie. Rzucił siekierę na ziemię, a następnie zdjął kaptur ze swojej głowy. Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę.

- Cukierek albo psikus, skarbie - Ashton mruknął, uśmiechając się szeroko.

- Ty pieprzony dupku! - krzyknęłam uderzając go płaską dłonią w pierś. Odsunęłam się od niego, zwiększając dystans między naszymi ciałami. - Mało nie dostałam zawału.

- Oh, przestań Cait. Wiem jak bardzo lubisz adrenalinę. - blondyn zaśmiał się, chwytając moją dłoń - Mamy Halloween, mogłaś się na to przygotować.

Wywróciłam oczami, ocierając łzy.

- Nienawidzę cię - mruknęłam, wtulając się w chłopaka.

- Mnie? - dopytywał.

- Twoich durnych żartów.

- Tak myślałem - odparł, unosząc mój podbródek. Wpatrywałamsię w jego oczy, gdy mój oddech zaczął się powoli uspokajać. Ashton wytarł ostatnie łzy spływające po moich policzkach. Zbliżył się do mnie tak, że dzieliły nas jedynie milimetry.

- Powinnaś częściej malować się w stylu pandy, wyglądasz słodko - zachichotał, patrząc prosto w moje oczy.

- Palant - skwitowałam, wplatając palce w jego kręcone włosy. 

- Lubię, kiedy mnie komplementujesz - odparł.

Ashton złączył nasze wargi, przesuwając swoje dłonie na moje biodra. Rozwarłam swoje usta, a wtedy nasze języki odnalazły wspólny rytm. Drażniłam jego podniebienie, powodując przyjemne dla mojego ucha mruknięcia. Ten pocałunek był dość znajomy, ale za każdym razem tak samo ekscytujący. Nie potrafiłam oprzeć się Ashtonowi. 

Nigdy.