poniedziałek, 3 listopada 2014

Rozdział 12

muzyka  <klik>

Cisza, którą zarządziłam nie trwała długo. Moja namolność nie ustępowała i przeszkadzałam Calumowi w każdy możliwy sposób. Pytałam do czego służą różne przyciski, krzyczałam do mijających nas pieszych i głośno śpiewałam piosenki puszczane w radiu, jeżeli w ogóle moje wrzaski można było określać mianem śpiewu. Nie byłam w stanie spokojnie wysiedzieć na obitym skórą fotelu. Calum ignorował moje zachowanie, a mimo tego nie poddawałam się i szukałam "zwady". Starałam się sprowokować Hooda do rozmowy, nawet zwykłej przepychanki słownej, ale zależało mi na usłyszeniu jego głosu.
- Słabniesz - zauważyłam, wskazując poprzez kiwnięcie głową na licznik - Sto... osiemdziesiąt... cienias - mruczałam pod nosem.
W końcu Hood nie wytrzymał i presja go zmiażdżyła. Jego stopa docisnęła pedał gazu. Z zaciśniętymi rękoma na kierownicy oraz ze skupionym wzrokiem na drodze sprawnie mknął autostradą nie zważając na przepisy. Drzewa, a także budynki pojawiały się i znikały. Czerwone światła nie stanowiły żadnego problemu. Nie zwalniał, ani nie zatrzymywał pojazdu. Nasze serca łomotały, ale taki miał być efekt. Adrenalina zawładnęła moim ciałem tak szybko, jak Caluma. W pewnym momencie udało mi się dojrzeć niewielki uśmieszek, który pojawił się na jego twarzy. Kąciki moich ust uniosły się na myśl, że poczuł się szczęśliwy. Wiecznie niezadowolony Calum Hood nareszcie się wyluzował.
Zabawę przerwał Luke, który zadzwonił do Caluma. Chłopcy weszli w dialog, któremu nie było końca. Przegrana opadłam na siedzenie, krzyżując ręce. Naburmuszona czekałam, aż Cal rozłączy się i znów zacznie pędzić autostradą nieco szybciej niż sto dwadzieścia kilometrów na godzinę.
Moja duma wyparowała, kiedy nagle zrobiło mi się słabo. Rozbolał mnie brzuch, a jedzenie wręcz wirowało w moim żołądku. Wszystko, co dzisiaj wrzuciłam do ust podeszło mi do gardła. Przed oczami pojawiały się czarne plamy. Bladłam. Miałam wrażenie, że zasypiam.
- Ca... Ca... Calum... - wybełkotałam - Zwolnij.
- Nie teraz, Teasel - burknął ciemnowłosy nawet na mnie nie zerkając.
- Proszę..
- Luke, samochód wygląda genialnie.
- Chyba mi... - dukałam, ale nie dokończyłam swoich słów. Dłużej nie wytrzymałam. Przegrałam tą walkę i zwymiotowałam.
W samochodzie. Przy Calumie.
- Pogadamy później - rzucił krótko brązowooki, odrzucając komórkę.
Opróżniłam swój organizm z większości alkoholu oraz dzisiejszych posiłków. Ulżyło mi, poczułam się lepiej, jednak tego samego nie mógł powiedzieć Calum, który głośno zaklął i zjechał na pobocze w celu zatrzymania. Sądzę, że nie zezłościłby się do takiego stopnia, gdyby samochód należał do niego. Na moje nieszczęście auto wyjechało dziś z salonu, a jego właścicielem był Luke. Tak, Lucas Hemmings, człowiek, który ceni swoje samochody bardziej niż własny tyłek. Jednym słowem miałam przerąbane.
- Nie! - załkał Calum i złapał się za głowę otworzywszy drzwi od strony pasażera - Cholera, Caitlin! - syknął, po czym wyciągnął mnie z nowego porsche. Pomógł mi przedostać się na trawnik, gdzie skończyłam to, co zaczęłam w aucie. - Hemmings mnie zabije. Nowa fura... nowe pieprzone maleństwo na foczki.. - darł się przecierając dłońmi twarz - On mi połamie kości!
Calum wyciągnął pobrudzony dywanik i wyrzucił go na trawnik. Odwrócił się do mnie. Miałam szczęście, że w moich majtkach nie znajdowały się męskie narządy, bo prawdopodobnie nie zawahałby się mnie zbić na kwaśne jabłko. Tak bardzo, jak nie przepadałam za byciem dziewczyną - tamtej nocy dziękowałam za to Bogu. Calum gwałtownie ruszył w moją stronę, a następnie szarpnął za ramię i podniósł. Trzymając mnie, prowadził do samochodu, żeby potem posadzić mnie na fotelu i przykucnąć obok. Zapewne wyglądałam fatalnie. Ledwo utrzymywałam swoją głowę, która zdawała się ważyć tonę. Pomimo ulgi w żołądku, w dalszym ciągu nie czułam się dobrze. Natomiast Caluma mój stan nie obchodził. Gorzej wkurzony już nie mógł być.
- Zacznij rzygać jeszcze raz w tym cacku, a będziesz wracała piechotą z kamieniami na plecach - zagroził. Nie popatrzyłam na niego, w obawie przed tym znaczącym wyrazem twarzy, który pojawiał się podczas jego złych dni, czyli praktycznie codziennie.
- Już nie będę... - szepnęłam.
- Informuj mnie o takich rzeczach.
- Chciałam...
Calum pognał do drzwi od strony kierowcy. Otworzył wszystkie okna, aby świeże powietrze wypełniło wnętrze wozu. Kontynuowaliśmy podróż zatrzymując się w jej trakcie jeszcze około czterech razy. Usypiałam ze zmęczenia, dlatego nasza rozmowa kończyła się na jego pytaniach, a moich krótkich odpowiedziach typu tak lub nie. Spokój, który niedawno panował w moim umyśle został zastąpiony huraganem. Każdy dźwięk w tym najbardziej cichy stał się intensywny i irytujący.
Zatrzymaliśmy się przed budynkiem.
Calum wysiadł jako pierwszy. Otworzył drzwi od strony pasażera. Patrzył na mnie kilka sekund z politowaniem, dopóki nie wziął mnie na ręce. Zabrał mnie do mieszkania. Wahania nastroju sprawiły, że w jego ramionach rozpłakałam się. Hood mimo swojego silnego charakteru zmiękł i próbował mnie powstrzymać podczas drogi do domu.
Po wejściu wtargnął do mojej sypialni, a później położył mnie na łóżku.
- Możesz mi powiedzieć chociaż co ci odbiło? - zapytał - Zwariowałaś czy jak? Co, jeśli bym nie przyjechał? Zabiłabyś się? Jeżeli myślisz, że będziemy na każde twoje zawołanie to...
- Przepraszam! - odkrzyknęłam, wtrącając się - Przepraszam, że jestem dla ciebie takim ogromnym problemem Calum. Przepraszam, że zmarnowałam twój cenny czas, naprawdę. Przepraszam, że tak bardzo mnie nienawidzisz i choćbym chciała, to nie mogę tego zmienić! - wygarnęłam chłopakowi nareszcie wszystko, co ciążyło na moim umyśle, głośno i wyraźnie przez łzy, nie mogąc dłużej znieść tego przeklętego napięcia między nami.
- Nie nienawidzę cię, Caitlin - odpowiedział
- Więc czemu traktujesz mnie jak największego śmiecia na tej ziemi, hm?
- Naprawdę tak uważasz? - jego ton podpowiadał mi, że nie spodziewał się takiej opinii na swój temat - Ja...
- No co? -  wstałam. Cały czas byłam wzburzona - Może to nieprawda? - wydarłam się.
Nie za często zdarzało mi się podnosić głos na Caluma, ale dochodziłam do wniosku, że stanie się to codziennością, jeżeli nie oczyścimy naszych relacji i nie postawimy spraw jasno. Akurat tego wieczoru mieliśmy do tego wspaniałą okazję, mimo że nie byłam do końca trzeźwa. - Mieszasz mnie z błotem za każdym razem, gdy się spotykamy. Chociażby kilka dni temu, gdy...
- Mówiłem prawdę - odparł w obronie, chociaż była ona dość słaba.
- Tak zamierzasz się bronić? - oparłam się o framugę, nie mogąc ustać dłużej na nogach. Wytrzymałam blisko całą dobę i spędziłam piętnaście minut wdychając świeże powietrze, jednak wciąż pozostawałam pijana, a co za tym idzie słaba fizycznie. Na szczęście już lepiej szło mi w rozmowie.
- Nie rozumiesz - pokręcił głową, wzdychając ciężko.
- Wytłumacz mi - poprosiłam bezradnie wzruszając rękoma.
- Nie mogę...
- Jak to nie możesz?!
- Nie teraz, Caitlin - warknął posyłając mi stanowcze spojrzenie.
Calum zamilkł. Zgarbiony, odwrócił się i powędrował w stronę wyjścia. Powodował wrzenie w moich żyłach. Palant, pomyślałam. Tchórz. Zamiast wyznać mi, w czym tkwi jego wielki problem, on wolał uciekać. Odpuściłam, sądząc, że już się zmywa. On zaś zanim opuścił salon zatrzymał się i ostatni raz zmierzył mnie wzrokiem. Zawołał mnie po imieniu.
- Nie byłbym w stanie cię nienawidzić - powiedział, a w jego głosie wyczułam pewien smutek. Calum już nie był rozgniewany czy wkurzony na moje występki. Stał się opanowany oraz rozżalony, co wydawało się dziwne bo nigdy nie widziałam bólu w jego oczach, a gdy go dostrzegłam, spuścił głowę, abym zapomniała o tym widoku.
- Dlaczego? - szepnęłam zestresowana. Jego wypowiedź nie miała jednego znaczenia, mogłam odczytać ją na kilka różnych sposobów.
- Przypominasz mi kogoś na kim bardzo mi zależało - poinformował z delikatnym uśmiechem, który rozpromienił jego twarz na kilka chwil, gdyż szybko wróciła do pierwotnego stanu - I kogo straciłem - dodał zapierając mi dech w piersi. Jego nogi znów zaczęły kierować go w stronę drzwi, a coś we mnie błagało, abym nie popełniła błędu.
Zastygłam. Przygryzłam dolną wargę szukając powodu, dla którego warto jest biec za nowo poznaną wersją Caluma i ratować to, co zepsuliśmy, a dostaliśmy szansę naprawić. Nie należałam do kłótliwych osób lubiących napięcie, więc nie ukrywam, że spory procent mojego mózgu podpowiadał mi "Leć idiotko, no goń go!". W nietrzeźwym stanie nie ufałam nawet samej sobie, więc wahałam się do ostatniej możliwej okazji. Tego dnia jednak nie zdecydował mój mózg, a serce, które rozkleiło się oglądając przemianę Caluma Hooda, największego chama, jakiego mógł znać świat. Tego Caluma, który sam pokazał mi, że ma uczucia. Nie potrafiłam zostać obojętna.
- Calum! - krzyknęłam, wybiegając na dwór za chłopakiem, który wsiadał do samochodu. Plątały mi się nogi, kuśtykałam, ale musiałam powstrzymać chłopaka przed odjazdem. - M... możesz zostać... zostań - poprosiłam - Boję się samotności, zwłaszcza dzisiaj - wyznałam pocierając dłońmi ramiona. Wyglądałam jak sierota, która poszukuje rodziców lub zwykłego ciepła, co właściwie się zgadzało.
- Samotność nie jest taka zła, zaufaj mi - odparł obojętnie - Cały czas jej doświadczam.
Calum wsiadł do samochodu rzucając krótkie i ciche dobranoc. Rozczarowana, odprowadzałam wzrokiem powoli wyjeżdżający z osiedla samochód. Zrobiłam coś nie tak? Czy może oświadczenie Caluma nie było startem do porozumienia, a zwykłym wyjaśnieniem naszych stosunków, które mają zostać bez zmian, bo według niego są okej?

~*~
muzyka <klik>

Moje powieki uniosły się, gdy przebudził mnie nieprzyjemny chłód. Światło rozbłysło na kilka sekund, a później zniknęło. Po piorunie przyszedł czas na silny grzmot. Krople deszczu wygrywały melodię bez rytmu, stukając o parapet. Podniosłam głowę. Drzwi skrzypiały, poruszając się do przodu i do tyłu ze względu na podmuch wiatru.
Przeciąg.
Byłam święcie przekonana, że zamykałam okna. Musiałam zapomnieć o salonie.
Ziewnęłam, a następnie przetarłam oczy. Spojrzałam na zegarek, który wskazywał drugą w nocy. Spałam ledwo dwie godziny. Zeszłam z łóżka, uderzając bosymi stopami o zimne panele.
Zapaliłam światło. W salonie panował nieład. Firanki fruwały, a gazety, które wcześniej znajdowały się na stoliku, teraz leżały na ziemi. Dwa okna były uchylone. Nie przypominałam sobie, abym w ogóle je otwierała, ale w końcu jakim cudem miałabym to pamiętać? Zalałam się całkowicie. Nie wiem nawet, w jaki sposób dotarłam do domu. Coś mi świtało, ale nie poskładałam niczego do kupy. Postanowiłam, że zabiorę się za to rano.
Odsunęłam firanki, aby zamknąć okna. Po parapecie znajdującym się wewnątrz mieszkania spływała woda. Rzuciłam krótkie „kurwa”, po czym ruszyłam do kuchni po papierowe ręczniki. Gdyby nie kable na ziemi, nie przejęłabym się tym faktem tak bardzo. Widząc dużą ilość wody, wolałam jednak uprzątnąć parapet, żeby obeszło się bez zwarcia.
Wróciłam do salonu z paczką ręczników. Szłam powoli i ociężale, nadal brakło mi sił w organizmie. Impreza w barze wykończyła mnie, ale taki był właśnie cel. Nie mogłam narzekać, skoro sama wpadłam na pomysł ostrej zabawy w ramach wymazania wspomnień.
Zatrzymałam się, kiedy uniosłam głowę, a mój wzrok spotkał się z czymś, czego przedtem nie zdążyłam spostrzec. Czerwony napis na szybie rzucił się w moje oczy dopiero po kolejnym błysku, sprawiając, że dostałam dreszczy i mdłości za jednym razem.
- Jestem tutaj… - szepnęłam, czytając słowa wypisane na oknie.
Panika w moim ciele wzrosła, mimo że nic się nie działo.
Do czasu.
Nastała ciemność.
Rozejrzałam się, jednak nikogo nie było. Nie wierzyłam, że po raz kolejny wysiadł prąd. Przypadki istniały, ale nie, jeżeli chodziło o moją osobę. 
Zrobiło mi się słabo. Nie mogłam złapać tchu. Moje nogi trzęsły się, a serce biło szybciej niż podczas oglądania horroru. Postanowiłam odsunąć się od szyby, bo im bliżej niej stałam, tym bardziej rosło moje przerażenie. Zrobiłam ledwo trzy kroki w tył, a moje plecy uderzyły o coś, co raczej nie przypominało ściany.
Duża dłoń przejechała po moim brzuchu. Ktoś zacisnął swoją rękę na mojej talii i przyciągnął do siebie. Gdy zamierzałam krzyczeć, dłoń okryta czarną skórzaną rękawiczką znalazła się na moich ustach tłumiąc wołanie o pomoc. 
To znowu się działo. Potraktowałam sprawę z fałszywym cieniem zbyt obojętnie, a teraz płaciłam za złe decyzje, które podejmowałam non stop. Otwarłam szeroko oczy, jakbym za ich pomocą chciała wezwać ratunek. Mój instynkt zamienił się w zwierzęcy. Liczyło się tylko przetrwanie.  Chciałam za wszelką cenę uwolnić się spod tego strasznego uścisku i uciekać, gdzie pieprz rośnie.
Szarpałam się i szukałam słabego punktu u człowieka, który włamał się do mojego domu, ale wysiłek szedł na marne. Nawet po próbie uderzenia go łokciem w brzuch nie wydał żadnego odgłosu. Zupełnie niczym rycerz w niezniszczalnej i niewidzialnej zbroi. Męczyłam się walką nie przynoszącą żadnych efektów. Mój organizm był wycieńczony. Zostałam wyrwana ze snu, nie zregenerowałam się w stu procentach. Siła ulatywała ze mnie o wiele łatwiej i szybciej.  
Napastnik milczał i nie wykonywał żadnych ruchów poza trzymaniem mnie w swoich objęciach, nie zezwalając na odejście. Zaskoczył mnie, gdyż sądziłam, że przyszedł wykonać brudną robotę, a tymczasem nie raził mnie, ani nie przykładał do gardła noża. Przestałam więc szukać drogi ucieczki.
Uspokoiłam się i po prostu stałam nieruchomo tak, jak on. Starałam się dojrzeć jego twarz lub chociaż jej zarysy w odbiciu szyby, jednak ciemność utrudniała mi zarejestrowanie nawet najmniejszego szczegółu, który pozwoliłby rozpoznać napastnika. Nie wiedziałam kim jest, a już w ogóle nie domyślałam się w jakim celu przyszedł, ale to właśnie budziło we mnie zarówno lęk jak i zainteresowanie.
Zastanawiałam się, czy za moimi plecami nie ma Logana. Jeżeli to on wpadł z wizytą, miałam poważny problem. Ponad dwadzieścia cztery godziny nie miałam styczności z mediami. On w tym czasie mógł zwiać z ośrodka w którym go zamknęli i przyjechać do mnie, aby się zemścić. Zamierzał mnie zabić sześć miesięcy temu, więc dlaczego nie zechciałby zrobić tego teraz? Wątpię, że przez pół roku wyzdrowiał i zmienił się w miłego oraz życzliwego obywatela Australii.
Żyły na moim rękach pulsowały, uderzając w tym samym rytmie, co serce, które mało nie wyskoczyło z mojej piersi, kiedy potężna dłoń wodziła po moim ramieniu. Nie wiedziałam, dlaczego ten dotyk wydawał się taki specyficzny. Nie sprawiał, że drżałam ze strachu. Być może uodporniłam się na działania bandytów, a może to było coś innego? Obserwowałam zmysłami i zapamiętywałam ścieżkę, którą podążały delikatne palce. Zbliżały się do mojej dłoni, a następnie ścisnęły ją. Pisnęłam niepewnie, nieco zdziwiona jego zachowaniem. Czułam coś, co wydawało się wyjątkowe, a również rzadkie. Malutkie ciepło, które rozpalała tylko jedna osoba w ten sposób.
Nasze palce splotły się razem, a ja wtedy zrozumiałam. Idealnie pasujące do siebie dłonie, jakby stworzone na nasze potrzeby. Unosząca się co chwila klatka piersiowa, jakby osoba stojąca za mną denerwowała się. Dotyk...
W mojej dłoni poczułam coś chłodnego i malutkiego. Nieznajomy zabrał rękę i puścił mnie wolno. Usłyszałam ciężkie kroki, które stawały się coraz mniej słyszalne. Wychodził. Tak zwyczajnie zdecydował się wyjść i zostawić mnie.
- Czekaj! - krzyknęłam, odwracając się. Nie widziałam nic poza ciemnym pokojem i zarysami niektórych mebli. - Nie wiem czy jesteś tym, o kim myślę, ale jeżeli tak to.. - zawahałam się, myśląc czy nadal tutaj jest. Panele zaskrzypiały. Stał blisko drzwi. - Daj mi jakiś znak, który nie pozwoli mi odpuścić, proszę. - załkałam. Liczyłam na odpowiedź, którą niezwłocznie dostałam. Niestety nie otrzymałam takiej, o jakiej marzyłam.
Drzwi zaskrzypiały.
Zamknęłam oczy. Pomyliłam się, wygłupiłam, a może nawet i śniłam, kto wie?
Stałam w milczeniu przez dobre pięć minut.
Odważyłam się spojrzeć na swoją dłoń, gdy piorun uderzył blisko budynku, a tym samym rozświetlił salon. Mały złoty wisiorek z literą 'C' wrócił do mnie, udowadniając, że czasem warto mieć nadzieję.
Padłam na ziemię i rozpłakałam się, przyciskając biżuterię do swego serca.