piątek, 29 sierpnia 2014

Rozdział 2

Stałam na kamiennej ścieżce przed żelaznym ogrodzeniem, przyglądając się otoczeniu. Chłodny wiatr podwiewał sukienkę, wywołując dreszcze na mojej skórze.  Wrzesień, cholerny wrzesień.  Nigdy nie lubiłam tego miesiąca, tak samo jak nadchodzącej pory roku – jesieni. Ciągłe deszcze i nieustanne zimno sprawiały, że ciężko było mi myśleć pozytywnie. Ostatnio zastanawiałam się, czy nie jest to tylko wymówka. Wydaję mi się, że staram się usprawiedliwić tymi wszystkimi czynnikami fakt, że ja już nie potrafię zauważać plusów. Dzień w dzień poddawałam się złemu nastrojowi.
Usiadłam pośród płaskich i stojących nagrobków. Niektóre z nich były połamane lub pokruszone. Większość płyt nagrobkowych zarośnięta chwastami stapiała się z ziemią. Jedna z nich natomiast wyróżniała się swoją świeżością. Zrobiona z marmuru pionowa płyta z niedawno odnowioną inskrypcją.
Przykucnęłam i przesunęłam opuszkiem palca wzdłuż płyty z widocznym napisem „Ashton Irwin 1993 – 2014”. Pod powiekami poczułam łzy. Tęsknota uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą. Moje myśli gnały w szalonym tempie, ukazując każde wspomnienie związane z chłopakiem, który leżał pod ziemią i zostawił mnie na tym świecie samą.
Wyjęłam z kieszeni wisiorek, który został mi podarowany kilkanaście miesięcy temu. Podeszłam do wazonu, gdzie znajdowały się stare, zwiędłe kwiaty. Wyjęłam je, a następnie wyrzuciłam. Ich miejsce zajęły nowe, białe chryzantemy. Ozdobiłam je wisiorkiem z literą "C". Postanowiłam zostawić go właśnie tutaj.
- Już mi się nie przyda.. - szepnęłam, jakby do martwego chłopaka - Bo nie ochronisz mnie nigdy więcej...
Minęło pół roku. Przez sześć miesięcy nie pogodziłam się z faktem, że Ashton’a nie ma już ze mną. Odszedł, a ja wciąż wracałam do wspomnień, żyjąc w swoim wyimaginowanym świecie. Konał na moich oczach, w moich ramionach, a ja byłam bezradna. Nie mogłam nic z tym zrobić. Czułam się koszmarnie, jakby cząstka mnie umarła razem z nim. Ktoś wbił mi w plecy sztylet, który wciąż tam jest i sprawia mi ból tak samo intensywny jak za pierwszym razem. Liczyłam, że za chwilę usłyszę dzwonek lub pukanie do drzwi, a gdy je otworzę, ujrzę właśnie jego. Straciłam kolejną osobę, na której mi zależało.
Wszystko wydawało się szare i puste. Nic nie miało dla mnie sensu. Nie potrafiłam cieszyć się małym blaskiem słońca, spędzonym dniem z przyjaciółmi, podwyżką czy nowymi ciuchami kupionymi na wyprzedaży. Życie nie uszczęśliwiało mnie w żaden sposób.
- Jesteś pewna, że nie? Sądzę, że był to wspaniały prezent, który warto zachować – usłyszałam za swoimi plecami znajomy, głęboki głos, który poznałabym wszędzie. Uśmiechnęłam się pod nosem i powoli odwróciłam w stronę osoby, która wypowiedziała te słowa.
Brązowe z blond pasemkami nastroszone włosy nie zaskoczyły mnie specjalnie. Przecież ten chłopak zawsze uwielbiał bawić się kolorami. Okrągłe, niewielkie, srebrne kolczyki w uszach; ciemna, skórzana kurtka; czarne, dziurawe spodnie. Nic się nie zmieniło. Michael wciąż był tym samym człowiekiem. Jego styl pozostał, tak samo jak i szeroki uśmiech, którym mnie obdarzył. Było miło znowu go zobaczyć.
- Nie sądziłem, że jeszcze kiedyś cię tutaj zobaczę - oznajmił nieco wyniośle.
- Jestem tutaj co tydzień – odparłam, przesuwając się i robiąc miejsce chłopakowi na ławce naprzeciwko grobu. Wrzucił do wazonu stojącego blisko płyty jedną, białą lilię, a następnie zajął miejsce obok mnie.
- Czyli nie jestem jedynym..  – mruknął patrząc na inskrypcję.
- Który nie potrafi zapomnieć? – zapytałam dla pewności.
- Zapomnieć? Nie… - pokręcił przecząco głową – Zapomnieć o Ashtonie to jak zapomnieć słów swojej ulubionej piosenki... nie da się – odparł – Nie jestem jedyną osobą, która nie jest w stanie zaakceptować faktu, iż już go z nami nie ma.
- Minęło tyle czasu... - mruknęłam, próbując powstrzymać łzy.
Nie mogłam nie zgodzić się z Michael’em.
Może wydaje się to co najmniej śmieszne, ale ja nie potrafiłam tak po prostu pogrzebać Ashton’a. Zbyt wiele nas łączyło, abym mogła żyć spokojnie bez wracania do przeszłości. On sprawiał, że czułam złość, smutek, szczęście, nienawiść, radość, przyjemność, każde uczucie, które udowadniało, że żyję, że jestem na tym świecie ciałem i duszą.
Ale to już nie jest mój świat, świat jaki sobie wymarzyłam. Tracę czas w smutnej, otaczającej mnie rzeczywistości. Jest mi ciężko. To minęło, a ja nie umiem sobie z tym poradzić.
Zadziwiający jest fakt, że całe moje życie toczy się tak, jak sobie wymarzyłam te dwanaście miesięcy temu. Mam pieniądze i szansę na studia, przeniosłam się do innej pracy, obok mnie znajdują się przyjaciele i troskliwy, kochający chłopak przy którym czuję się w miarę bezpiecznie, jednak nic mnie nie zadowala. Nie teraz, nie kiedy każde moje pragnienie uległo diametralnej zmianie.
- To w końcu przejdzie – mruknął, obejmując mnie ramieniem.
- Michael… - szepnęłam – Ty chyba sam już w to nie wierzysz…

~*~

Spędzony czas z Michael'em minął dość szybko. Rozeszliśmy się, powracając na własne ścieżki prowadzące do realnego życia, w którym nie ma miejsca na wspomnienia. Biegniemy, tkwimy w zamkniętym kole pełnym błędów, krążymy wokół niego, bo wyjście nie jest możliwe. Wyjścia nie ma. Nie możemy nic poradzić na to, co dzieje się w naszym życiu. 
Przekroczyłam próg drzwi wejściowych domu Cassie, w którym jak zwykle pachniało lawendą. Jej matka zawsze dbała o każdy zakątek tego miejsca, zależało jej na schludności i komforcie. Dobre wrażenie domu rodzinnego było podstawą. Z tego powodu dziwił mnie fakt, że tacy pedanci jakimi są rodzice Cas, zostawili jej pod opieką swoje lokum. Ta dziewczyna nie miała jakichkolwiek zasad jeśli chodziło o porządek. 
- Dlaczego twoi rodzice nie wzięli cię ze sobą do Stanów? – zapytałam, kiedy zdejmowałam swój płaszcz.
- Nie chciałam z nimi jechać – odparła biorąc ode mnie ubranie.
Powiesiła je w szafie, która stała w korytarzu.
- Czemu nie? Lubisz USA – zdziwiła mnie wypowiedź przyjaciółki.
- Pokłóciliśmy się – przyznała, zanim zaczęłam ciągnąć ją za język – Od miesięcy proszę o nowe auto, a co dostaję w zamian? Ich wyjazd do Stanów Zjednoczonych – mówiła wyraźnie zirytowana, idąc do kuchni.
Brunetka od razu pognała do szafy, gdzie zazwyczaj trzymała popcorn. Znalazła dwie paczki. Zabrała się za przygotowanie przekąski, podczas gdy ja usiadłam na blacie jednej z dolnych szaf. Wzięłam do ręki jabłko znalezione w koszyku z owocami, a następnie ugryzłam owoc, czekając aż Cassie zrobi posiłek.
- Po co zmieniasz samochód? Nissan Altima to dobry wóz – powiedziałam przyglądając się jej poczynaniom.
- Mam go już dwa miesiące, Caitlin! – oburzyła się, jakby moje stwierdzenie było co najmniej przerażające – Wyszedł nowy Mustang Convertible, a ja nie zniosę już dłużej tego grata.
- Skoro nazywasz swój samochód gratem po dwóch miesiącach to jak mam nazwać moje BMW, którego jestem posiadaczką od roku? – spytałam, unosząc brwi.
- Gruz to chyba odpowiednie słowo – wzruszyła ramionami, a następnie zabrała miskę z popcornem – Jakim cudem jeszcze nim jeździsz? – zapytała całkowicie poważnie, kierując się do salonu.
Ruszyłam za dziewczyną ignorując jej pytanie. Cassie nie znała wartości pieniądza. Właściwie, ona nie znała wartości żadnej kupionej rzeczy. Wszystko mogła wymienić na nowe w przeciągu tygodnia tylko dlatego, że zaczęła się nudzić. Kasa nie grała roli, miała jej wystarczająco dużo, aby sprawiać sobie nowe drobiazgi bez żadnego poczucia utraty bogactwa znajdującego się na jej koncie bankowym. Przywykłam już do charakteru mojej przyjaciółki. Jej wyolbrzymianie pewnych rzeczy nie robiło na mnie wrażenia. Rozumiałam, że jest takim typem człowieka. 
Cassie zaprosiła mnie do siebie ze względu na wyjazd swoich rodziców. Nie preferowała siedzenia samej w wielkim domu więc zgodziłam się przyjechać do niej, chociażby z powodu wydarzeń sprzed kilku miesięcy. Przeżyłam wiele będąc sama w mieszkaniu i zdecydowanie nie chciałabym, aby Cas spotkało to samo. Mimo że nie ma już Cienia, a Logan znajduje się w ośrodku zamkniętym, wolałam po prostu być pewną, że Cassie jest cała i zdrowa.
Fakt, że rodzice Cassie wyjechali, a my zostałyśmy same w jej domu nie zraził dziewczyny do zaniechania piątkowego wieczoru z horrorami. Cassie uwielbiała strach. Często żartowała z duchów, a także seryjnych morderców. Wszystkie kawały zakończyły się, kiedy fikcja stała się rzeczywistością. Podczas sześciu miesięcy nic się nie wydarzyło, więc brunetka nie widziała żadnych przeszkód, aby wrócić do tradycji. Włożyła do odtwarzacza DVD, a po chwili na ekranie telewizora pojawił się tytuł filmu.
Krwawa Mary.
Przez całe dwie godziny oglądania tego horroru miałam ochotę uderzyć Cassie co najmniej trzydzieści razy. Jestem pewna, że brunetka obudziła wszystkich swoich sąsiadów, a kilku z nich rozważało wezwanie policji za zakłócanie ciszy nocnej. Było po dwudziestej trzeciej. I tak właśnie zachowywała się przy każdym seansie. Krzyczała, wiła się po kanapie, zakrywała poduszką, a potem żartowała ze swoich reakcji. Mnie natomiast trafiał szlag. Intensywność jej pisków przyprawiała mnie o ból głowy. Film przestawał mnie przerażać z każdą kolejną minutą i przewidywalnym okrzykiem Cassie. Siedziałam spokojnie, podpierając dłonią swoją głowę i czekając na koniec horroru. A kiedy on następował czułam ogromną ulgę.

- Pieprzę to, Cassie – burknęłam, naciskając guzik na pilocie – Więcej nie oglądam z tobą horrorów! – zganiłam przyjaciółkę, jak tylko na ekranie telewizora pojawił się czarny obraz.
Wstałam z miejsca, aby wyjąć płytę z odtwarzacza. Brunetka śmiała się histerycznie. Ja nie żartowałam, nie rozumiałam nawet co tak ją bawi. Słyszało ją pół osiedla! Wstydem jest oglądanie z nią filmów. Dziewczyna powinna dziękować Bogu, że nikt nie zdążył wezwać policji. Rodzice Cas prawdopodobnie już nigdy więcej nie zostawiliby jej samej.
Jeden straszny film wystarczył mi, jeśli chodziło o noc z Cassie. Gdybym miała zgodzić się na kolejny, musiałabym zaopatrzyć się w zatyczki do uszu. Na szczęście brunetka nie kwestionowała mojego zdania i pozwoliła mi na udanie się do jej pokoju. Tam właśnie miałyśmy zamiar spać, a przedtem porozmawiać. 
Pokój Cassie całkowicie się zmienił. Jak już mówiłam – ona uwielbia zmiany więc nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, że w jej „królestwie” pojawiły się nowe „bogactwa”. Dzięki Bogu zostawiła błękitny kolor ścian, bo różowego – który miała w zamiarze – nie zniosłabym za żadne skarby.
Miałyśmy już przebierać się w piżamy, gdy nagle na piętrze niżej usłyszałyśmy huk. Wymieniłyśmy się zdezorientowanymi spojrzeniami.  Moje serce zabiło szybciej, kiedy ten sam dźwięk usłyszałam po raz drugi. Patrzyłam na Cassie z przerażeniem, stojąc nieruchomo. Dziewczyna zamknęła szufladę szafki, którą wcześniej otworzyła, aby wyjąć piżamę. Nogi Cassie zaczęły powoli kierować ją w stronę drzwi.  Pociągnęła za klamkę, otwierając je. Wyszła na zewnątrz pokoju, podchodząc niepewnie do barierki przy schodach. Popatrzyła w dół, gdzie światło wciąż się paliło. Nie zgasiłyśmy go więc jak na razie wszystko pozostawało bez zmian. Cassie odwróciła się w moją stronę, kiwając głową, abym podeszła. Nie minęła minuta, a ja już byłam przy niej. Nikogo nie było na dole.
W pewnym momencie do naszych uszu dotarł dziwny szelest, ledwo słyszalny. Cassie jęknęła lekko, jakby zachłysnęła się powietrzem. Widziałam napływające do jej oczu łzy.
Westchnęłam głęboko, po czym zrobiłam krok w stronę schodów. Dodając sobie w myślach odwagi, powoli zeszłam na dół, zbadać sytuację. Cicho, na palcach kroczyłam przez korytarz przysłuchując się dźwiękom. Nie do końca wiedziałam skąd one dobiegały. Sprawdzałam każde pomieszczenie na parterze, gdzie otwarte były drzwi.
Zbliżałam się do salonu. Ciężko oddychając, wychyliłam delikatnie głowę, aby sprawdzić czy w pomieszczeniu nikogo nie ma. Wrzasnęłam, gdy poczułam dłoń na swoim ramieniu. Z paniki zaczęłam krzyczeć i skakać, natarczywie uderzając rękoma w mojego napastnika. Przestałam, kiedy w moje palce zaplątały się brąz kosmyki.
- Na Boga, Cassie! – pisnęłam, tupiąc wściekła nogą – Jesteś normalna!?
- Dzięki! – fuknęła, pocierając swoją skórę na rękach. Podrapałam ją paznokciami. – Pomyślałam, że może się przydać – wysunęła zza pleców mopa.
- I koniecznie musiałaś się skradać, prawda? – spytałam kpiąco.
Wyrwałam z rąk brunetki mopa i odwróciłam się w stronę salonu. Obie weszłyśmy do pomieszczenia, starannie je oglądając, jednak nic nie zostało naruszone. Wszystko było w porządku.
Słysząc kolejny szelest i resztę dziwnych dźwięków, jak na przykład zderzenie się metalowych narzędzi usłyszałyśmy wyraźnie z końca korytarza. Od razu ruszyłyśmy w tamtą stronę, dochodząc do drzwi od piwnicy. Rzuciłam Cassie znaczące spojrzenie. To jej piwnica, ona musiała iść pierwsza.
- Nie ma mowy – zaprotestowała.
- Nie zejdę tam, przecież nie wiem nawet jak to miejsce wygląda – odparłam – Nie zapraszałaś mnie nigdy do piwnicy.
- Oh, wybacz! – prychnęła – Zapomniałam, że powinnam oprowadzić cię po tym miejscu – ironizowała brunetka – Może jeszcze miałam cię zaprosić zachęcająco, w stylu: Hej, Caitlin! Witaj w moim domu, najpierw zabiorę cię do piwnicy, gdzie poznasz moich współlokatorów – pająki. Nazywają się Jeremy oraz Judith i mają odnóża! Co powiesz na podwójną randkę!? – pisnęła wkurzona.
Popatrzyłam na nią obojętnie. Pociągnęłam za klamkę drzwi prowadzących do piwnicy. Otworzyłam je, a następnie przytrzymałam, żeby przepuścić Cassie. Ani mi się śniło zejść tam, kompletnie nie znając tego miejsca.
- No dalej – zachęciłam – Jako właścicielka domu musisz zejść pierwsza, żeby przedstawić mi swoich współlokatorów. Kultura tego wymaga. – drwiłam z przyjaciółki.
Dziewczyna posłała mi piorunujące spojrzenie, przechodząc obok mnie. Gdy jej stopa zetknęła się z pierwszym schodkiem, prowadzącym na sam dół, usłyszałam cichy jęk obrzydzenia. Cassie bała się panicznie ciemności. Czasami zastanawiałam się, jak śpi w nocy bez włączonej lampki, ale wyjaśniła, że to przyzwyczajenie. Zamyka na noc pokój kluczem, aby mieć pewność, że nikt nie przeszkodzi jej we śnie.
Gdy Cassie była już na samym dole piwnicy, ja zabrałam się do zejścia w razie pomocy. Sięgnęłam po mop, a następnie wyjęłam z kieszeni telefon. Włączyłam w nim lampę błyskową, żeby cokolwiek widzieć. Powoli schodziłam do piwnicy, będąc czujną. Nie słyszałam kroków, ani głosów Cassie, co potęgowało moje zdenerwowanie.
Schody były brudne i zakurzone. Starałam się nie patrzeć na sufit, gdyż domyślałam się, co tam może się znajdować. Również nie należę do fanów pająków, więc wolałabym nie spoglądać w górę, żeby nie narobić hałasu. Miałyśmy większy problem. Takiego hałasu na pewno nie narobiły pająki.
- Caitlin! Pomocy! – usłyszałam szloch zmieszany z krzykiem.
Przyśpieszyłam kroku, schodząc po schodach. Mało brakowało, a miałabym bliskie spotkanie z podłogą. Skierowałam się w miejsce, skąd dobiegał głos panikującej Cassie. Podniosłam do góry mopa, będąc w gotowości do walki. Najechałam światłem na miejsce, w którym zauważyłam ruch.
Cassie stała na szafie, podskakując i krzycząc. Nie wiedziałam, o co dokładnie chodzić. Zatrzymałam się, oglądając jej zachowanie zdezorientowana. Wskazywała palcem na podłogę. Po chwili do moich uszu dobiegł szelest. Przesunęłam dłoń w której trzymałam telefon. Otworzyłam usta, kiedy zobaczyłam, co było powodem wrzasków mojej przyjaciółki.
Brązowe pudełko z różnymi narzędziami leżało przewrócone na ziemi. Zamknęłam oczy, zbierając w sobie pozytywną energię. Liczyłam, że przyniesie mi ona spokój, bo właśnie zaczynało mi go brakować. Po tym jak zobaczyłam krzątające się zwierzę, miałam ochotę wrzeszczeć ze złości. Stworzenie o szarym kolorze sierści z czarnymi paskami na ogonie przeglądało właśnie klucze, a także śrubokręty. 
- Szop – powiedziałam, patrząc na przyjaciółkę z politowaniem.
- Nie podchodź! One pewnie gryzą! Uciekaj, Caitlin! Ja już i tak jestem martwa! – krzyczała, płacząc.
Wywróciłam oczami, oglądając pomieszczenie. W ostatniej chwili ujrzałam niewielką wnękę pod jednym ze stołów, którą prawdopodobnie zwierzę dostało się do piwnicy. Odsunęłam stolik, na którym później stanęłam. Mopem starałam się odgonić drapieżnika od pudełka, którym właśnie się zajmował. Nakierowałam go na dziurę, zamykając resztę dróg, którymi mógłby przejść. Bez żadnego problemu, szop opuścił dom Cassidy. Zakryłam tekturową nakładką dziurę i przystawiłam stół, aby więcej podobna sytuacja nie miała miejsca. Pomogłam zejść przyjaciółce z szafki. Gdy tylko stanęła o własnych nogach na podłodze, rzuciła się na mnie, obejmując i dziękując za uratowanie życia. Miałam wrażenie, że tkwię w tandetnej komedii. Czasami Cassie przechodziła samą siebie. Wiadomo więc, czemu dziewczyna nadrabiała wyglądem. Na szczęście Bóg dał jej chociaż to.
Wróciłyśmy na górę, zamykając piwnicę na klucz. Stwierdziłyśmy, że gdyby znowu nastał hałas, dochodzący z tego pomieszczenia, nie będziemy sprawdzać, co się dzieje. Oczywiście to postanowienie na pewno nie wytrzymałoby długo, gdyż ciekawość zawsze wygrywa, ale warto było spróbować.
Pognałyśmy do pokoju Cassie. Rozłożyłam się na łóżku, czekając aż dziewczyna poradzi sobie z laptopem. Urządzenie zbuntowało się, więc brunetka zaczęła używać siły. Ja natomiast powoli stawałam się senna. Zamknęłam oczy, usypiając. Odgłos dzwoniącego telefonu ledwo został zarejestrowany przez mój zmysł słuchu. Nie zwracałam uwagi na to, z kim Cassie rozmawia, dopóki nagle z jej ust nie uciekł pisk.
- Mój Boże – usłyszałam, natychmiastowo otwierając oczy. Cassie siedziała na podłodze, tuż przy telewizorze, z telefonem w dłoni. Zmieniłam swoją pozycję na siedzącą, przyglądając się niespokojnie brunetce.
Cassie przełknęła ciężko ślinę, wpatrując się w ekran komórki. Otworzyła usta, wydychając powietrze. Spojrzała na mnie zaszklonymi, przerażonymi oczami, jakby za chwilę miało wydarzyć się coś strasznego.
- Co się dzieje? – zapytałam.
Dziewczyna znowu zerknęła na telefon.
- Gratulacje, zamknęłaś drzwi frontowe. Zapomniałaś o tylnych, słoneczko. – powtórzyła wiadomość, która przed momentem dotarła do jej uszu drżącym głosem.
Raptownie zsunęłam się z pościeli, podbiegając do drzwi. Przekręciłam klucz w zamku. Wrzałam w środku. To jakieś żarty? To znowu się dzieje? Tym razem Cassie? Myślałam, że to zamknięty rozdział, który był ostatnim. Widzę jednak, że książka ma jednak kolejną część.  

sobota, 23 sierpnia 2014

Rozdział 1

Dział I - Oddech
Rozdział 1
Playlista > klik

Ashton zaciskał swoje dłonie w pięści, próbując się kontrolować. Zmuszał się do spokoju. Wiedział, że jest tutaj policja, która zajmie się Logan'em. Rozumiał, że musi się zmienić, a to miał być jego pierwszy krok. Zachowanie spokoju, co da mu tylko i wyłącznie przewagę.
Kąciki ust Logan'a uniosły się, tworząc tajemniczy, a zarazem niebezpieczny uśmiech.
- Nie rozumiem, co cię tak bawi Fletcher? Fakt, że za moment będziesz błagał o litość, czy może to, że skończysz w pudle? - wtrącił Michael, zadając arogancko pytanie.
- Chętnie ci powiem, Clifford - zwrócił się do ciemnowłosego, którego kolorowe pasemka zanikły z powodu braku większego światła. Wyszczerzył się. - Zamierzałem zabić dziś kochaniutką Caitlin... - mówił, udając zastanowienie - Ale nastąpiła zmiana planów.
- O czym ty mówisz do cholery, pajacu? - wykrztusił z siebie Calum.
- Mówię o kimś, kto jest ważniejszy niż jakaś niska, wkurzająca suka - warknął - Nawet nie wiesz, jak cieszę się, że wpadłeś Ashton - rzucił, zmieniając swój cel.
Wstrzymany oddechy.
Strzały.
Jeden.
Drugi.
Trzeci.
Czwarty.
Piąty....
A za nimi kolejne.
Calum pociągnął mnie za rękę w dół. Upadłam, chowając głowę, jak rozkazał. Przez chwilę ostrzeliwali się wzajemnie, gdy Logan rozpoczął swój atak. Bicie mojego serca nienaturalnie przyśpieszyło. Miałam ochotę krzyczeć, błagać, aby przestali. Zatkałam uszy, żeby uciszyć strzały. Nie wytrzymywałam napięcia. Podniosłam głowę, kiedy dźwięki strzałów pojawiały się coraz rzadziej.Wszystkie kule, pędzące z prędkością światła w kierunku Logan'a nie dotarły do określonego celu. Luke oraz Michael pudłowali. Fletcher zdążył dość szybko z naszego pola widzenia. Nie wiedzieliśmy dlaczego tak prędko zwiał, dopóki nie usłyszeliśmy syknięcia z lewej strony.
Dwa pociski.
Aż dwa pociski wylądowały w klatce piersiowej Ashton'a.
Krzyk.
Mój krzyk, a nawet wrzask. Paniczny wrzask, desperackie wołanie i szloch. Jego szeroko otwarte oczy spotkały się z moimi. Moje serce pękało. To się działo naprawdę.  Umięśnione ciało cofnęło się o kilka kroków, a później powoli spadało, aż dotknęło zazielenionego podłoża na moich oczach. Łzy niepohamowanie spływały po moich policzkach. Odtwarzałam w głowie tylko jedno słowo - Zwariowałam. Chciałam zwariować, chciałam, żeby to był pieprzony sen, z którego za moment miałam się wybudzić.
Wpadłam w histerię. Rzuciłam się do biegu, ale powstrzymał mnie Michael, obejmując ramionami. Pragnęłam być obok Ashton'a, właśnie teraz, ale jego przyjaciel powstrzymywał mnie. Nie wiedziałam dlaczego, może sam doznał szoku. Jego oczy załzawiły się. Patrzył na blondyna tym samym spojrzeniem, co ja - pełnym bólu.
- Caitlin - usłyszałam cichy szept Ashton'a.
Moje wargi drżały. Oddech zatrzymał się na kilka sekund.
- Nie rób mi tego, proszę - odpowiedziałam, czując jak w środku moja dusza zamyka się, zanika.
- Chcia.. Chcia.. - dukał, a moje serce rozrywało się - Chciałem cię chronić, będąc twoim cieniem... - wymamrotał, następnie kaszląc - Przepraszam...
Powieki Ashton'a opadły.
Odszedł.
- Nie... nie... nie... - powtarzałam, przechodząc do krzyku - Ashton, nie! - wydzierałam się, szarpiąc z Michael'em. Całą moją twarz zalały łzy, pogrążyłam się w głębokiej rozpaczy. Krzyki i uderzenia w klatkę piersiową ciemnowłosego stały się naturalnym zachowaniem. Byłam niczym w transie. Powtarzałam każdą czynność parę razy. Krzyk, błaganie, uderzenie; krzyk, błaganie, uderzenie...
Światła zaczęły migotać. W oddali spostrzegłam latarki zbliżających się policjantów.
- Zabierz ich stąd, ja się nim zajmę - powiedział Luke, sprawdzając tętno Ashton'a, jakby miał nadzieję, że żyje. Widząc brak ruchu Michael'a ponowił swój rozkaz. - No dalej do cholery! - wrzasnął, powodując drgawki u przyjaciela. 
Blondyn wziął ciało Ashton'a na swoje ręce, po czym wbiegł do lasu i zaginął w szeregu drzew. Ja zaś stałam nieruchomo, niczym kamień, patrząc na ziemię.
- Caitlin, musimy iść - mówił do mnie Michael.
- Caitlin! - starał się mu pomóc Calum.
Caitlin... Caitlin... Caitlin... Caitlin...

Obudziłam się zalana potem. Dziwnym uczuciem jest w jednej chwili przejść z głębokiego snu do pełnej świadomości. Tym razem nie krzyczałam, a jedynie przeniosłam się do pozycji siedzącej, otwierając pośpiesznie oczy i dysząc, jakbym przebiegła maraton.
Było późno, koło godziny trzeciej. Kiedy rozejrzałam się i spostrzegłam, że jestem w swoim domu, uspokoiłam nerwy.
Przetarłam dłońmi twarz.
Gdzie jest koniec? Miał nadejść. Tymczasem ja popadałam w monotonię.
Utknęłam.
To tak, jakbyś był w bańce, która nigdy nie pęknie. Nie możesz się uwolnić niczym od ładunku, z którym jesteś związana, czekasz na jego wybuch, a on nie wybucha. Masz ranę na skórze, w sercu oraz umyśle, która nie zamierza nigdy zniknąć. Wręcz przeciwnie - jej celem jest zostanie z tobą do końca życia, abyś nie mogła zapomnieć o tych wszystkich strasznych rzeczach, które cię spotkały. Może to ma na celu wzmocnienie mnie? Ale czy nie ma innego sposobu? Mniej bolesnego?
Co noc koszmary przychodziły do mojej głowy, ogarniało mnie wrażenie niepokoju. Nikomu nie mówiłam o problemie takiej rangi. Zamartwiałam się, mój umysł szalał, działał lepiej niż nowoczesny system komputerowy. Skanował każde wspomnienie, przywracając je i budził moje lęki. Obrazy w mojej głowie zmieniały się co parę sekund. Brakowało tylko ikonki „Kosz”, aby kilka z nich usunąć, aby odeszły. Mózg pracował, jakby nie potrzebował nawet pięciominutowej przerwy.
Paranoja.
Sięgnęłam po szklankę, stojącą na nocnej szafce. To zły sen czy może chore przeczucie? Nie... Znowu zaczynałam. Pogódź się z tym, idiotko. On położył temu kres. Zrozum.
Minęło sześć miesięcy. Gdyby cokolwiek miało się wydarzyć, wydarzyłoby się dawno. Powinnam czuć się wolna. Dni szarości dobiegły końca, a nastały te piękne, przepełnione kolorami. Moim zadaniem jest skorzystanie z szansy, którą dał mi los. Powracając do przeszłości cofam się, robię kilkanaście kroków w tył. Zataczam błędne koło.
Upiłam łyka wody. Oddychałam powoli. Ile jeszcze czasu zajmie mi akceptacja teraźniejszego życia? To trwało zdecydowanie za długo. Stałam się zupełnie inną osobą przez mój brak klimatyzacji w społeczności. To okropne, wiedziałam o tym, ale nie radziłam sobie.
Odstawiłam szklankę. Kątem oka widziałam unoszący się na niebie księżyc i kilka gwiazd.
On gdzieś tam był.
Po raz kolejny.
Dlaczego ponownie zaczynam jego temat?
Powtarzałam sobie w kółko - ZAPOMNIJ. Pamięć stanowiła mój problem. Czy inni ludzie też mają z tym kłopot? Z odstawieniem pewnych spraw na bok i zajęciem się zwykłą codziennością? Bo jeśli tak - mogę pocieszać się faktem, że nie jestem jedyna. Aczkolwiek, jeżeli odpowiedź brzmi "nie"... nie mam innego wyjścia, wychodzę na nienormalną.
Cóż, nie zaprzeczę. Od dłuższego czasu stabilność emocjonalna, ustatkowanie czy normalność to słowa dla mnie obce. Pojawiają się w moim życiu, owszem, jednak nic nie stanowią - po prostu są. Moja obojętność w stosunku do wszystkiego, co nie wiąże się z Ashton'em przeraża. Czemu tak bardzo przejmuję się i nie pozwalam sobie ruszyć dalej? Moje serce nie potrafi go pochować, chociaż nie zdążyliśmy się naprawdę do siebie zbliżyć. A może tylko tak mi się wydaje? Przecież oczy nie widzą tego, co serce. Możliwe, że swojego serca nie rozumiem. Tak, to prawdopodobne.  
Mój telefon zawibrował.
Momentalnie odwróciłam głowę. Kto to może być? Wiadomość o trzeciej nad ranem? Moje serce przyśpieszyło. Sen przeradzał się powoli w rzeczywistość. Ogarnęła mnie panika. Strach nie pozwalał sięgnąć po telefon. Jeżeli sytuacja miała się powtarzać, nie chciałam być tego świadoma.
Z drugiej strony… możliwe, że to ważna informacja. Może coś się wydarzyło? Ktoś potrzebuje pomocy? A możliwe, że to wiadomość od kogoś z facebook’a, pytającego „czemu nie śpisz?” bo zapomniałam wyłączyć wifi.
Wariowałam.
Kilkakrotnie zastanawiałam się, czy nie powinnam porozmawiać z psychologiem. Wszędzie widziałam niebezpieczeństwo. Nigdzie nie odczuwałam spokoju. Ciężko mi złapać głębszy oddech, odpuścić i żyć, jakby wszystko, co w moim życiu miało miejsce - nie istniało.
Próbowałam to zablokować.
Właśnie, próbowałam, ale to za mało.
Chwyciłam za komórkę, nie mogąc wytrzymać tej nieustannej presji oraz minimalnej ciekawości, która we mnie siedziała. Przesunęłam palcem po ekranie trzymając drugą dłoń przy sercu, które biło niesamowicie głośno. W trakcie ciszy, druga osoba mogłaby bezproblemowo usłyszeć ten niesamowity lub nawet przerażający odgłos.
Ekran telefonu podświetlił się, niosąc niewielką ilość światła na pokój. Nikogo w nim nie było. Wsłuchiwałam się również w ciszę, mimo że nie rejestrowałam żadnych dźwięków prócz tych wywoływanych przez siebie. Nie jestem do końca pewna, czy nie starałam się doszukać czegoś na siłę. Brakowało mi sekretów, strachu i adrenaliny. Tak? Tak, chyba tak. Nie znalazłam innego wyjaśnienia, jeśli chodzi o moje przedziwne zachowanie.
Na wyświetlaczu widniała jedna nieodczytana wiadomość. Najechałam palcem na opcję „Otwórz”, a następnie kliknęłam. Wzięłam głęboki wdech, po czym spojrzałam na sms.
Witam! W dniu 30 czerwca wystawiliśmy fakturę na numer…
Zablokowałam telefon i rzuciłam na pościel. Znowu to samo. Bezpodstawna panika. Kiedy w końcu dotrze do mnie, że ten rozdział mam już za sobą? Sama wywoływałam chaos.
Zakryłam twarz dłońmi. Opadłam na łóżko, zamykając na chwilę oczy. Spieprzyłam swoje życie. Po części dziękowałam Bogu, że moich rodziców nie ma ze mną. Ich duma z mojej osoby zanikłaby w momencie widoku wszelkich moich życiowych błędów. Jak mogłam doprowadzić się do takiego stanu? Jakim cudem pozwoliłam na takie potyczki?
~*~
Ranek, godzina siódma. Nie czułam się wypoczęta, ani trochę, mimo że obudził mnie przyjemny świergot ptaków. Kolejny dzień, którym byłam zmęczona otwierając ledwo oczy, właśnie miał swój początek. Spojrzałam na puste miejsce w łóżku, obok mnie, odczuwając tęsknotę. Kilka miesięcy temu spałam w jego koszulce, wtulona w jego klatkę piersiową, w najgorszym motelu na świecie. Niezapomniana historia.
Jego już nie ma, a ja wciąż wracam do wszystkich wydarzeń, w których miał swój udział. Powinnam się z tym uporać, dlaczego tego nie robię?
Zwlekłam się z łózka i podążyłam do kuchni leniwym krokiem. Moje włosy wyglądały jak po przejściu huraganu. Zazwyczaj proste i lśniące końcówki, wiły się teraz w różnych kierunkach, potargane oraz zniszczone. Idąc przez korytarz, ciągnęłam palcami za końce koszulki, którą właśnie miałam na sobie. Czując znajomy materiał, spojrzałam na nią. Dopiero wtedy zauważyłam, że to jego t-shirt. Nieświadomie narzuciłam go na siebie w nocy.
Czasami dociera do mnie, że wciąż męczy mnie poczucie winy, tęsknota oraz wspomnienia. Próbuję unikać tych myśli. Powtarzam wszystkim wokół, że jest w porządku. Staram się przekonać do tego samą siebie, chociaż wiem, że to kłamstwo. Wolę jednak tkwić w kłamstwie niż pieprzonej rzeczywistości, wykańczającej mnie doszczętnie.
 Stałam przy oknie, popijając herbatę. Słońce przysłaniały gęste chmury. Prawdopodobnie będzie dzisiaj padać. Na podwórku panowała cisza. Zero ludzi, przejeżdżających samochodów czy rowerzystów.
Westchnęłam, odchodząc od okna. Odłożyłam na blat stołu mój ulubiony kubek i skierowałam się do salonu, gdzie zostawiłam swoje rzeczy z dnia wczorajszego. Gdy zabrałam koszulkę leżącą na kanapie, ruszyłam w stronę sypialni. Odłożyłam ubranie do szafy, na jedną z półek. Wychodziłam z pomieszczenia, przechodząc obok niedużego, brązowego pudełka.  Nigdy nie potrafiłam jednak po zerknięciu na pudło wyjść z pokoju obojętnie. Tym razem również.
Ukucnęłam, otwierając tekturowy karton. Moje palce zacisnęły się na krawędzi ramki ze zdjęciem, a następnie uniosły ją. Zamknęłam oczy nie mogąc spojrzeć na twarz za szkłem. Potem otworzyłam je szybko. Wspomnienia nachodzące mnie w myślach również nie były do zniesienia.
Sądziłam, że moje serce nie może być bardziej złamane. Myślałam, że nie mogę być w większej rozsypce. Aczkolwiek za każdym razem, gdy patrzyłam na zastygłe oczy w fotografii, uświadamiałam sobie iż byłam w błędzie, a umysł jest w stanie podsuwać obrazy, których wcale nie chcesz ponownie widzieć.
Ale czy na pewno nie chcesz ich widzieć?
Czy na pewno nie chcesz, aby twoja głowa odtwarzała dźwięki, ukazywała pewne zdarzenia? Może po prostu wmawiasz sobie, że nie masz ochoty przypominać sobie niektórych wydarzeń, jednak w rzeczywistości jest zupełnie inaczej?
Serce. Sądzę, że ono jest za to wszystko odpowiedzialne. Pomimo że jest złamane, nie chce zapomnieć o żadnej z chwil, którą z nim spędziłam. O jego czarującym uśmiechu; smutnych, ciemnych oczach, które stawały się szczęśliwsze i jaśniejsze podczas naszych rozmów i spotkań; o jego irytującym śmiechu; sprośnych żartach – O nim.
Ściskając palcami literę ‘C’ znajdującą się na srebrnym łańcuszku, odtwarzałam w głowie sytuację sprzed kilku miesięcy. Przed oczami ukazał mi się obraz chowanej do ogromnego dołu trumny. Pogładziłam dłonią szkło ramki.
- Nie potrafię… - szepnęłam.
Poddałam się. Zostawiłam sztuczny uśmiech, a łzom pozwoliłam płynąć przez moje policzki. Sześć pieprzonych miesięcy, a ja wciąż nie potrafię ułożyć sobie życia. Nie jestem w stanie chodzić po ulicy i powtarzać ludziom, że wszystko jest w porządku skoro nie jest. Kłamanie przychodzi mi z trudnością. Wszyscy uważają, że ta katorga już się zakończyła. Przyjaciele ułatwiali mi wiele spraw, bylebym ruszyła dalej. Podsuwali pod nos ludzi, pracę, wszystko, uważając, iż w końcu żyję, jestem tą samą Caitlin, którą byłam rok i kilka miesięcy temu. Wróciłam do siebie, do normalności. Mam faceta, stałą pracę, stabilizuję się, wszystko jest tak, jak być powinno.
Gówno prawda.
Tkwię w jakiejś machinie, która nie posiada wyłącznika. Przenosi mnie do przeszłości, chcąc, abym właśnie nią cały czas żyła. Ale ja nie mogę. Ja mam życie - życie, które toczy się dalej. Zatrzymuję się, a jednocześnie niszczę wszystko, co napotykam.
Nie umiem ułatwić sobie sprawy.
Nie radzę sobie.
Ale nie tylko ja.
Schowałam wisiorek do kieszeni spodni. Wróciłam do sypialni, aby odnaleźć mój telefon. Szybko wyszukałam w książce telefonicznej potrzebny numer, a następnie kliknęłam zieloną słuchawkę nawiązując połączenie. Z niecierpliwością czekałam na odzew; głos, który nagle zapragnęłam usłyszeć. Ta osoba również miała powiązanie ze wspomnieniami, a właściwie ratowała mnie przed całym szaleństwem, gdyż znała mój ból. 
- Bezsenność? - usłyszałam w słuchawce telefonu.
- Mhm - przytaknęłam - Masz może ochotę na poranne spotkanie? - spytałam nieśmiało.

środa, 20 sierpnia 2014

Prolog

Muzyka > klik

Wielki budynek, ogrodzony ceglanym murem mieścił się w samym centrum North Ryde. Jego oficjalna nazwa brzmiała Macquarie Hospital, jednak tymczasowi oraz stali mieszkańcy zwali go po prostu wariatkowem. To własnie tam znajdował się niebezpieczny - bo tak określał swą osobę - Logan Fletcher. Słynny zabójca swojego dawnego przyjaciela Ashton'a Irwin'a oraz innych niewinnych ludzi spędzał czas w ośrodku zamkniętym w wyniku stwierdzenia choroby psychicznej uniemożliwiającej odbycie kary więziennej. Były członek gangu decyzją sądu został skazany na dożywocie. Czy słusznie? Można jedynie polemizować na ten temat.
Gdzieś wewnątrz ośrodka siedział on - zgarbiony, niezadowolony, ze wzrokiem mordercy. Zajmował miejsce na fotelu, w pokoju rozrywki i przyglądał się pomieszczeniu, kończąc na patrzeniu w okno. Nie podziwiał widoków - ptaków krążących po niebie czy pędzących chmur. Spoglądał zwyczajnie w tamtym kierunku, a można i nawet rzec, iż wgapiał się tępo w szybę. Wyglądał na zamyślonego. Obracał w palcach niewielki, czarny długopis, nie odrywając wzroku od upatrzonego punktu. Jego rozmyślania trwały zazwyczaj krótko, bo gdy tylko pielęgniarki zauważały bruneta bawiącego się niebezpiecznym w ich mniemaniu przyborem, automatycznie wzywały ochronę oraz opiekunów. Cała sytuacja rozpraszała wtedy Logan'a, więc kończył swe przemyślenia wiedząc, że może do nich wrócić jutro, pojutrze, a także za tydzień czy dwa. Świadomość, że spędzi w tym miejscu sporo czasu uspokajała go i pozwalała na wolniejsze tempo. Mimo dużej ilości czasu, refleksje powracały, gdy tylko przebywał sam, zamknięty w czterech ścianach koloru bieli. Położywszy się na łóżku, wracał do wspomnień dających mu maksimum satysfakcji. Dwa celne strzały, które non stop słyszał w swojej głowie wywoływały szeroki uśmiech na jego buzi. Odczuwał nawet motylki w brzuchu; te cudowne, ogarniające cię ciepło, które zazwyczaj pojawia się przy pocałunku lub dotyku twojego wybranka. Te piękne emocje, objawiające się przy magicznych, pełnych miłości sytuacjach, pojawiały się u Logan'a w zupełnie innych, o wiele gorszych momentach - podczas zabijania, krytykowania albo sprawiania bólu. Największą satysfakcje sprawiało mu zabójstwo Ashton'a Cienia Irwin'a. Jego emocje dostawały szału wraz ze wspomnieniem o jego śmierci. Czuł siłę, bezwarunkową siłę niosącą zagładę. Maniak? Całkiem możliwe.
Pewnego razu codzienny rytuał stosowany przez Logan'a w klinice został zakłócony. Rozległ się głośny, a zarazem nieprzyjemny dźwięk dzwonka - przypominającego szkolny, ale ten był nieco dłuższy i o wiele bardziej irytujący, gdyż słyszano go częściej - zwłaszcza wtedy, gdy przychodził czas na odwiedziny.
Korytarz pełen drzwi od pokojów pacjentów poprzedzała krata, podobna do celnej. Stanowiła zabezpieczenie, a przynajmniej tak twierdzili pracownicy ośrodka. Zanim odwiedzający przeszli przez potocznie zwaną bramkę, mieli za zadanie wpisać się na listę. Później każdy z nich dostawał przepustkę i mógł zobaczyć się z bliską mu osobą.
Logan nie miał z tym żadnego kłopotu, gdyż nikt nigdy nie odwiedził go w ośrodku. Nie sądził, że kiedykolwiek to się zmieni. Samotność nawet mu nie przeszkadzała. Od zawsze uważał, że przyjaciele tylko zawadzają. Z tego również powodu wyeliminował Connor'a Ticks'a. Zmiany jednak nadchodzą...  w najmniej oczekiwanych momentach.
Drzwi od jego pokoju otwarły się delikatnie. Brunet nie zwrócił na to uwagi. Pogwizdywał, jak to miał w zwyczaju. Każdy mógł go usłyszeć, będąc na korytarzu. Sąsiedzi nie raz skarżyli się na hałas. Fletcher dostawał setki upomnień, aczkolwiek żadne nie skutkowało.
Gdy głowa Logan'a impulsywnie przechyliła się w prawo po usłyszeniu skrzypnięcia drzwi, zamarł na widok odwiedzającego go mężczyzny. Pobladł, a jego bicie serca przyśpieszyło. Zdenerwowanie w jego ciele wzrosło z powodu człowieka stojącego naprzeciwko. Nie spodziewał się gości, a już na pewno nie sądził, że ktoś taki odwiedzi go, w dodatku tutaj.
Zmienił swoją pozycję z leżącej na siedzącą, kiedy mężczyzna zajął miejsce na krześle. Opiekun oznajmił, iż wizyta nie może trwać więcej niż dziesięć minut, a potem ulotnił się, zostawiając ich dwóch samych. Logan nie sprawiał wrażenia zadowolonego tą wizytą, gdyż wiedział, że za tymi odwiedzinami kryje się coś ważnego, niekoniecznie korzystnego dla jego osoby.
Zająwszy miejsce na krześle obok metalowego, usłanego białą pościelą łóżka, mężczyzna zlustrował Fletcher'a od stóp do głów wyrażając swoje niezadowolenie.
- Typowe - prychnął.
Dłonie bruneta zaciskały się. Próbował ukryć fakt, iż obecność tajemniczego chłopaka przyprawia go o migrenę i zbiera wokół niego negatywną energię. Jego gość natomiast wydawał się być rozluźniony i spokojny, jakby niewzruszony całą sytuacją.
- Zawsze musisz wszystko spieprzyć? - zapytał nieco rozczarowany - Przez twoje błędy musiałem wrócić do tej cholernej nory.
- Nikt cię o to nie prosił - warknął rozgoryczony Logan.
- A-a... - pokręcił palcem najpierw w lewo, a później w prawo - Błąd - uniósł brwi, mówiąc to jedno słowo melodyjnie - Jedna osoba owszem.
Przybysz sięgnął do kieszeni swojej kurtki. Wyjął małą kopertę i podał ją Logan'owi, prosząc, aby otworzył przesyłkę. W tym czasie kontynuował swój monolog.
- Jesteś idiotą, ale to chyba nie nowość - stwierdził bez ogródek - Myślisz, że rządzisz Sydney? Bo zabiłeś Cienia? Bzdura! - parsknął śmiechem, co tylko oburzyło Logan'a.
- Rządzę! - wydarł się - Ten śmieć nie żyje, więc teraz miasto jest moje.
- Jesteś tutaj już dwa miesiące, a z twoją głową coraz gorzej... - westchnął mężczyzna, łapiąc się za głowę. Chłopak czuł się źle, jakby rozmawiał z osobą w zaawansowanym stadium choroby psychicznej. Głęboko w umyśle coś podpowiadało mu, że właśnie tak jest. Logan miał problemy zdrowotne, na pewno. On nawet nie stąpał twardo po ziemi. Miał swój świat, gdzie przekonywał sam siebie, że jest królem i tego się trzymał. Tragiczne. - Cień nawet martwy wygrywa z takim kretynem, jakim jesteś ty - krytykował dalej bezimienny facet.
- Co masz na myśli? - zapytał Logan, nie rozumiejąc słów swojego gościa.
- To, że wsadził cię do wariatkowa, samemu pakując się do trumny. Zrobił z ciebie idiotę. - odparł - Nie masz jak kontrolować Sydney. Dałeś się złapać i poniżyć.
Racja. On miał rację. Dopiero wtedy do Logan'a dotarło, co takiego zrobił. Puścił Ashton'a wolno, nie zadając mu żadnego cierpienia. Tymczasem Irwin uniemożliwił mu dojście do władzy. Tak łatwo posłał go do diabła.. Logan popełnił błąd, duży błąd. Nie zyskał nic, a stracił wszystko. Zaczął uświadamiać sobie, że śmierć jego wroga zmieniła wiele rzeczy, ale nie na lepsze, zaś na gorsze. Nie powinien był ginąć w tak prosty sposób. Zamiast zemsty, Logan podarował mu wolność.
Brunet spojrzał na ścianę, nie chcąc patrzeć na mężczyznę. Nie śmiał przyznać mu racji, chociaż wiedział doskonale, że takową ma. Przeczesał włosy dłońmi, zastanawiając się nad resztą swojego życia. Zostanie w ośrodku dłuższy czas. Chęć zemsty więc musi odejść, bo nie ma możliwości jej zrealizowania... chyba, że....
Logan otworzył kopertę. Palcami wysunął z jej wnętrza prostokątną kartę. Nie była ona zwyczajną, prostą karteczką z liścikiem na niej zawartym.
As kier.
Zmarszczył czoło, przyglądając się drobiazgowi, który podarował mu gość. Kąciki jego ust uniosły się, tworząc tajemniczy półuśmiech. Widok wiadomości z drugiej strony nowej, wyciągniętej z świeżo wyrobionej talii karty oświecił go.
- Przyjmij albo odrzuć - odczytał - Czy ta gierka nie jest już nudna? - spytał, patrząc na swojego znajomego z dezaprobatą.
Mężczyzna wyprostował się, mierząc Logan'a wzrokiem. Westchnął ciężko. Przełożył swoją nogę na kolano i skrzyżował ręce. Czas leciał, a chłopak wyglądał na zniecierpliwionego. Towarzystwo Logan'a nie należało do jego ulubionych. Nie dziwne więc, że pragnął jak najszybciej zniknąć z tego miejsca. Miał lepsze rzeczy do roboty, a to było jedynie jego zleceniem.
- Widzisz Fletcher, może ty nie jesteś w stanie kontrolować Sydney, ale znalazł się ktoś, kto chętnie ci pomoże - zabrał głos - Na twoim miejscu przyjąłbym ofertę, skoro taką dostajesz. Gdybym to ja był pracodawcą... zostawiłbym cię tutaj na pastwę losu, abyś zdychał w męczarniach, bo jesteś jednym wielkim nic nie wartym kretynem i śmieciem.
- Uważaj do kogo mówisz - zagroził brunet, nie mając zamiaru pozwalać na jakiekolwiek obelgi kierowane w jego stronę.
- Chyba nie sądzisz, że się boję? - prychnął.
- Dlaczego on zamierza mi pomagać? - Logan wrócił do poprzedniego tematu - Nigdy przedtem nie paliło mu się do tego - pytał nieco pretensjonalnie, jakby ten pomysł wydawał się podejrzany, a nawet absurdalny.
- Cóż... wierz lub nie - wydął usta towarzysz, wzruszając ramionami - Ale on nigdy nie zostawia swoich. Nie wyobrażasz sobie, jak wściekły był, gdy opowiedziałem mu, co dzieje się w Sydney. Przysiągł mi, że zemści się na wszystkich, którzy przyczynili się do twojego pobytu tutaj. Oczywiście, jeżeli przyjmiesz ofertę.
Logan burknął coś pod nosem, brzmiącego jak przytaknięcie. Obracał w dłoni kartę, nie odrywając od niej wzroku. To była jego szansa. Mógł mieć wszystko albo zostać w szpitalu na zawsze z niczym. Był przekonany, że po wypowiedzeniu magicznego słowa "TAK" jego problemy znikną, a w najbliższym czasie znajdzie się na wolności, czego bardzo pragnął. W dodatku możliwość zemsty, która niespodziewanie pojawiła się jako bonus załączony w propozycji była o wiele bardziej kusząca niż zazwyczaj. Na jego czarnej liście pojawiła się osoba, przez którą całe to zamieszanie miało swój początek. Gdyby nie ona, jego życie potoczyłoby się zupełnie inaczej i zapewne teraz odpoczywałby w swojej willi, popijając whisky. Czemu więc nie skorzystać z tak dobrego układu, gdzie nie pobrudzisz sobie rąk, bo ktoś wykona całą brudną robotę za ciebie?
- W porządku - bąknął, chowając kartę do kieszeni - Skoro szuka rozrywki w formie zemsty, dam mu ją - mówił z nutką tajemniczości w głosie, dopóki jego ton nie zamienił się w ciężki i pełny powagi. Zacisnął szczękę, a przebiegły uśmiech zniknął z jego twarzy. - Przekaż mu, że ma zacząć od Caitlin Teasel. Niech sprawi, że Ashton będzie przewracał się w grobie, czując i widząc z piekła jej cierpienie.


_____________________________
guess who's back.. back.. back.. back again.. ^^
Jak zwykle.. skoro i rozdział to... ogłoszenia parafialne również.

Nowy szablon, który został zrobiony na spontanie. Podziękowania dla @irwinxhat
Po drugie - jak niektórzy zauważyli pod spodem, przed bannerami wattpadowymi widnieją bannery organizacji Karmimy psiaki oraz Pusta Miska. Kocham zwierzęta i chociaż w taki sposób staram się pomóc biednym psiakom ze schronisk w ciężkiej sytuacji oraz kociakom, dokarmiając je codziennie na stronie pustej miski poprzez kliknięcie. Może tematyka bloga jest zupełnie inna, ale moje serce po prostu bije dla zwierzaków i jak mogę im jakoś pomóc to pomagam. Fajnie by było, gdybyście również przyłączyli się do tych dwóch akcji.
Dla niektórych zaciekawionych - nie, nie zarabiam na tych bannerach, nie zdzieram z Waszych kliknięć pieniędzy. Wiem, że zapewne kilka osób miałoby z tym problem, a że nie należę do osób lubiących sprzeczki - nie planuję zarabiać na wyświetleniach, chociaż prawdopodobnie w ciągu miesiąca zarobiłabym może z pięć złotych (ale zawsze coś nie? hahahah). Te bannery są darmowe, znajdziecie je na obu stronach organizacji. Jeśli również posiadacie strony, blogi czy tym podobne - dodajcie bannery! Będzie super! Razem możemy zdziałać więcej. Pamiętajcie - człowiek może o wiele więcej niż zwierzę.

Nie wiem czy wszyscy widzieli ekstrazajebistyzwiastunzrobionyprzezcudownąsekjut, ale tak, już jest! I podziękowania dla sekjut za niego. Obejrzeć można tutaj:
oraz po lewej stronie w zakładce zwiastuny, gdzie znajdziecie także zwiastun części pierwszej oraz promo części drugiej.

Po lewej stronie macie coś takiego jak fanmail. Wyjaśniam o co chodzi.
Jest to nic innego jak e-mail do mnie. Ja Wasze wiadomości dostaje bezpośrednio na skrzynkę i odpisuję. Więc jeśli ktoś chce załatwić ze mną coś prywatnie, zapraszam własnie tam :)

Już jutro pojawi się wywiad ze mną na Internetowym Spisie (LINK TUTAJ) Mówiłam już o nim kiedyś, więc doczekaliście się. :) Mam nadzieję, że nie stracicie czasu czytając go. :) Wywiad bardzo miło przeprowadzony i na luzie. :)

Co jeszcze, co jeszcze.... hm....
no nie wiem. W każdym bądź razie..

Rozpoczynamy drugą część Cienia, czyli Pułapkę. ENJOY. Tweetujcie, rozkoszujcie się i róbcie co tylko uważacie za słuszne! Pozdrawiam mordeczki, kocham Was mocno i ściskam! xoxo

Jeśli przeczytałeś/aś skomentuj proszę. :)