piątek, 24 października 2014

Rozdział 11

muzyka klik


W drodze do baru otarłam łzy i zaciągnęłam kilka razy nosem. Powstrzymałam się od płaczu, bo widok gapiących się przechodniów na beczącą dziewczynę nie należał do najprzyjemniejszych. W oczy rzucało się również moje zmęczenie. Potykałam się o własne nogi, szłam ze spuszczoną głową, a o zerknięciu na kogokolwiek nie było mowy. Zachowywałam się, jak osoba pod wpływem alkoholu, chociaż jeszcze mój organizm był czysty.
Jeszcze.
Weszłam do budynku, a w pomieszczeniu zastałam większą ilość klientów niż zazwyczaj. Pracownicy mieli tego wieczoru pełne ręce roboty. Grupka znajomych przyszła zagrać w bilard, para poznana w sieci wpadła, aby napić się piwa i dowiedzieć się o sobie czegoś więcej. Oczywiście przybyli również samotnicy - ci starsi oraz ci młodsi, którzy tak samo jak ja mieli ochotę wlać w siebie dużą ilość whisky, a potem wrócić grzecznie do domu i położyć się spać. Muszę przyznać, że mój plan nie sprawdził się tak, jak to sobie obmyśliłam.
Odnalazłam wzrokiem George'a. Brązowooki krzątał się przy barze obsługując gości. Nasza relacja przypominała nieco toksyczną odkąd dowiedziałam się o jego kłamstwach. Nie rozmawialiśmy, nie widywaliśmy się. Zbyt wiele zaczęło nas dzielić, ta znajomość nie miała już sensu. Mówią, że nawet bolesna prawda jest najlepsza, a jednak ludzie wybierają oszustwa. Z drugiej strony sama okłamywałam Willa... nie, chociaż nie. Ja po prostu pomijałam kilka kwestii, a to chyba nie jest określane kłamstwem?
Dzień, który powoli dobiegał końca mogłam przyrównać do kilkugodzinnych lekcji matematyki, gdzie uczniowie wkuwają przeróżne wzory, a później pomimo ich znajomości w dalszym ciągu rozwiązanie zadań jest za trudne. W mojej głowie pozostawał wielki zamęt, którego miałam zamiar się pozbyć tego wieczoru. Zabawne, że alkohol okazuje się najlepszym przyjacielem, gdy pojawiają się problemy.
- A co ty tutaj robisz? - spytał George, a na jego twarzy wymalowało się zdenerwowanie.
- Co? Mam jakiś zakaz? Nie mogę odwiedzać własnej ciotki? - prychnęłam, oczekując odpowiedzi, jednak ten tylko spuścił głowę i wrócił do wycierania szklanki, którą miał w dłoniach. - Jest w biurze? - przeszłam do rzeczy widząc, że żadne z nas nie ma ochoty na dyskusję.
- Wyszła, będzie koło dwudziestej trzeciej - George grzecznie udzielił informacji. Kątem oka zerknął na zegarek, a potem na mnie. Najwyraźniej zdziwiła go moja wizyta o godzinie dwudziestej. Jeżeli zjawiałam się o tej porze, to tylko ze względu na moją nocną zmianę. Nigdy przedtem nie składałam wizyt tak późno.
Zastukałam paznokciami o blat stolika, uśmiechając się triumfalnie.
- Genialnie - mruknęłam - A więc poproszę whisky - zamówiłam, a barman przystąpił do wykonywania polecenia.
W ciągu kilku minut George podstawił pod mój nos szklankę, w której pływał trunek. Kostki lodu obijały się o naczynie, które stawało się coraz zimniejsze. Machałam napojem trzymanym w dłoni, dopóki na mojej twarzy nie pojawił się grymas.
- Nie chciałam szklanki - powiedziałam, odstawiając whisky - Chciałam butelkę.
I tak to wszystko się zaczęło.
Jeden łyk, drugi, trzeci...
Smakowałam każdego trunku, jaki podawano w barze.
Kieliszek za kieliszkiem, butelka, drinki...
Czułam pilną potrzebę wymazania z pamięci wszystkich wspomnień. Chciałam zapomnieć kim jestem, gdzie mieszkam oraz gdzie się obecnie znajduję. Marzyłam, aby na kilka godzin znane mi dobrze twarze stały się obce, całkowicie obce. Moje życzenie powoli spełniało się. Traciłam kontrolę, a pamięć ulatywała z kolejnymi porcjami alkoholu. Problemy odchodziły w zapomnienie. Resetowałam się. Wracałam do starej Caitlin, dziewczyny wielbiącej zabawy i rozrywkę.
- Caitlin, opanuj się - George wtrącał się do mojej prywatnej imprezy krytykując moje zachowanie - Jeszcze jedna kolejka i padniesz.
- Wow, dzięki za informację, mamo - burknęłam, przechylając kieliszek, a jego zawartość wpadła prosto do moich ust.
- Rozumiem, że nie jesteś w najlepszym humorze, ale w twojej sytuacji bycie pijaną nie pomoże - dzielił się spostrzeżeniami - Wiem, o wydarzeniach z windy - oznajmił - Skoro nie jesteś bezpieczna w pracy, nie będziesz również tutaj, zwłaszcza pijana. Ktoś cię obserwuje.  - powiedział, ale było już za późno, abym zrozumiała znaczenie tych słów.
- Mhm - przytaknęłam - I co? Pewnie w tym momencie dzwoni po Ashtona, żeby zgasił światła w barze i mnie postraszył? Oh, czekaj... nie może, bo on nie żyje.- zauważyłam - Więc przestań być ciotą, George i wyluzuj albo dalej baw się w niańkę, która niestety nie dostanie wynagrodzenia.
Zaśmiałam się głośno, czerpiąc masę satysfakcji ze zdań, które wypowiedziałam. Nareszcie zdystansowałam się i potrafiłam żartować. To był krok do przodu.
- Caitlin, powinnaś jechać do domu - radził, chcąc się mnie pozbyć, jakby za chwilę z mojego powodu miał wybuchnąć pożar.
- A ty powinieneś się napić lub zmienić pracę - skwitowałam, przesuwając się o jedno krzesło w prawo, gdzie obsługiwał drugi barman - Szkocką razy dwa! - zamówiłam, puszczając George'owi oczko. Brunet spojrzał na mnie rozczarowany, po czym wyciągnął telefon i wyszedł na zaplecze. Wzruszyłam ramionami i powróciłam do zatapiania swoich żali w wódce.
Pogłośniłam muzykę dobiegającą z radia, żeby dać ponieść się nocy. Poprosiłam barmana o przygotowanie kolejnego drinka, żebym nie musiała dopraszać się później. Tylko on był skory do wykonywania moich próśb, gdyż sztywny George zniknął za drzwiami na parę dobrych minut.
Smakowałam wolności tańcząc i głośno śpiewając. Moje nogi uginały się w rytm nieznanej mi piosenki. Liczyła się zabawa. Rozruszałam tą budę w krótkim czasie. W przeciągu godziny bar zamienił się w jeden wielki klub zapełniony gośćmi szukającymi wrażeń. Nie przypominałam sobie, aby kiedykolwiek w całej mojej karierze w tym miejscu zjawiło się tylu klientów. Najzabawniejszą rzeczą jednak było to, że nikt inny, a ja rozkręciłam tą imprezę. Skakałam po stołach, rozlewałam wódkę, żartowałam na prawo i lewo. Zagadywałam ludzi mówiąc kompletne bzdury. Rozmawiałam z dwoma facetami o domniemanym ataku kosmitów, nowej płycie Rity Ory, której wcześniej nie słyszałam czy też o swoich zapasach w lodówce. Dziwiłam się, że po takiej ilości przeróżnych "procentów" udawało mi się chodzić. Kilka osób śmiało się z mojego zachowania, niektórzy zaś uznawali mnie za wariatkę, ale kto znowu o to dbał? Kompletnie odleciałam, ale mój stan mi nie przeszkadzał, wręcz przeciwnie. Podobała mi się otwartość, która stłumiła szarą myszkę siedzącą gdzieś głęboko w moim ciele. Poczucie winy lub wstyd tej nocy nie istniały.Sprzątałam bałagan, który sama narobiłam w swoim życiu.
Weszłam na stół bilardowy i uniosłam butelkę. Ignorowałam głos George'a proszącego mnie o spokój. Do swej głowy dopuszczałam jedynie dźwięki muzyki.
Ten błogi stan, którego nie chciałam stracić za żadne skarby pozwalał mi na pełny luz. Gorąc rozlewający się po moim ciele, brak skupienia w umyśle i cudowna ulga towarzysząca mi podczas upijania się, to było takie piękne.
Pochylałam się, upadałam i podnosiłam. Bawiłam się włosami, robiąc dziwne oraz mało atrakcyjne pozy w tańcu. Zamknęłam oczy, żeby nie oglądać wirującego świata. Uśmiechałam się od ucha do ucha, bo było mi dobrze. Taki efekt marzyło mi się uzyskać. Miasto gasło; zasypiało przy huczącej muzyce i wrzaskach dzikich, nieokrzesanych mężczyzn pragnących zobaczyć mój striptiz lub ostrzejszy taniec.
Dostawałam upragnioną ciszę, pomimo chaosu panującego w pomieszczeniu. Cóż za paranoja, prawda? Cisza o której mówiłam docierała tylko do mojego umysły. Była w pewnym sensie metaforą, którą rozumiałam tylko ja. Zapanował spokój, nie słyszałam głosów, które atakowały mnie pytaniami, ani krzyków, które nie mogły wytrzymać presji. Wolność, otrzymałam wolność.
Będąca we mnie bateria po dwóch godzinach zmierzała ku wyczerpaniu. Widziałam chodzących po suficie ludzi, piratów i zombie. Obraz wydawał się potrójny lub poczwórny, nie umiałam tego stwierdzić. Bar nie pomieściłby jednak czterystu osób, a tyle w moim mniemaniu liczył koło godziny dwudziestej drugiej. Cofnęłam się do czasów dziecięcych, gdzie nie opanowałam techniki mówienia. Z tego względu ulotniłam się na zaplecze w ramach małego odpoczynku.
Nie zauważyłam, gdy obok mnie pojawił się pijany facet. Był starszy, dużo wyższy i grubszy. Nie przeszkadzała mi bijąca od niego woń alkoholu, ale jego obecność owszem. W szczególności, kiedy jego ręka znalazła się na moim udzie.
- Zostaw - wymamrotałam niezrozumiale. Starałam się odepchnąć od siebie natręta, którego usta zbliżały się do mojej szyi. Duża ilość wódki zmieszana z whisky odebrała mi siłę. Byłam bezbronna, nie umiałam nawet krzyczeć, a co dopiero przeciwstawić się.
- Dziś będziesz moja, mała - zacharczał do mojego ucha.
Duża dłoń sunęła się w górę po moich spodniach. Rękoma próbowałam wytworzyć między nami dystans, a następnie uwolnić się spod uścisku tego człowieka. Szarpaliśmy się przez moment, zanim w moim umyśle nie mignął znajomy krótki świst.
- Tknij ją, a twoje jaja zawisną na moim suficie i będą robić za żyrandol - ostry ton dobiegł do mojej ciężkiej głowy.
- Ktoś tu ma kłopoty - powiedziałam melodyjnie, po czym zachichotałam. W moim stanie ta sytuacja śmieszyła mnie bardziej niż najlepszy film komediowy. Przerażona mina klienta wydawała się zabawna. Z prędkością światła zabrał swoje brudne łapska i odsunął się ode mnie. Przód pistoletu wciąż stykał się z tyłem jego głowy, co nie pozwalało mu na gwałtowne ruchy. Jedno małe drgnięcie i puf! Byłoby po nim. Osoba trzymająca rewolwer nie należała do cierpliwych więc wątpię, czy zastanawiałaby się nad przebaczeniem, gdyby mnie tutaj nie było. Facet miał poniekąd szczęście. Pozwoliłam mu na zniknięcie z naszych oczu.
Zeszłam ze stołka, zahaczając o krzesło. Wpadłam prosto w ramiona Caluma, którego na trzeźwo prawdopodobnie spoliczkowałabym za samo zakłócanie dobrej imprezy. Dziwnym trafem akurat teraz, do tego w ramionach chłopaka, straciłam panowanie nad swoim ciałem. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa i nie potrafiłam prosto ustać, aby udowodnić Hood'owi, że nie potrzebuję tej nocy ochroniarza. Złapałam dłońmi umięśnione ręce ciemnowłosego, żeby nie zsunąć się na podłogę. Ten pochwycił mnie w pasie i podrzucił do góry, obejmując. Niewiarygodne, ale jednak Calum miał serce.
- Ona jest ledwo przytomna! Dałeś jej dragi czy co?! - wydarł się wkurzony.
- Zwariowałeś?! Sama się tak urządziła! Opróżniła pół baru. Nie wiem, co powiem szefowej - George odpowiedział zmartwionym głosem, łapiąc się za głowę i oglądając bałagan, który zostawiłam po sobie.
Calum postawił mnie na ziemii, jednak szybko zmienił zdanie widząc jak słabo radzę sobie indywidualnie. Dłońmi chwycił mnie w talii, a potem z łatwością uniósł i przerzucił przez ramię.
- Gdyby nie to, że załatwiałem sprawy w pobliżu, w ogóle bym się nie fatygował - fuknął.
- Oczywiście - prychnął George, wywracając oczami.
- Wisisz mi stówę - warknął Calum, zmierzając do wyjścia.
- Co?! - pisnął barman zaskoczony.
- Samochód trochę spalił podczas podróży tutaj - uśmiechnął się cwaniacko Hood - Czekam również na informacje.
- Jakie informacje? - paplałam, oglądając plecy przyjaciela Ashtona.
- Są gotowe, ale nie dziś, zabierz ją po prostu do domu - poprosił George.
Calum zasalutował, po czym ruszył w kierunku drzwi tym samym zabierając mnie z baru. Puścił mnie dopiero na parkingu, gdzie został zarówno mój jak i jego wóz. Chłopak postawił mnie na ziemi od razu opierając o drzwi auta, abym nie miała możliwości upaść. Oddychałam głęboko przyzwyczajając się do świeżego powietrza. Po odpoczynku, schowałam twarz w zagłębieniu szyi Caluma, nie mając żadnego wpływu na swój ruch. Zaledwie dwa dni temu chciałam zatłuc tego człowieka, a teraz? Wdychałam zapach jego perfum, ponieważ zrobiło mi się słabo.
Calum odnalazł w swojej kieszeni kluczyki. Zdecydował się podjąć próbę otwarcia drzwi wraz z utrzymaniem mnie na nogach co niestety nie przynosiło satysfakcjonujących efektów. Śmiałam się z jego braku zdolności robienia dwóch rzeczy na raz, a także z tego, jak mały był między nami dystans. Specjalnie przysuwałam się do jego ciała, aby dzieliło nas tylko kilka centymetrów. Alkohol spowodował, że byłam ciekawa, co może się wydarzyć, kiedy znajdziemy się w mało komfortowej dla nas sytuacji.
Ciemnowłosy spuścił głowę i spojrzał prosto w moje oczy z obojętnością. Przybliżyłam swoją twarz dla zabawy, może również dla podkuszenia i sprowokowania Caluma.
- Jedziemy gdzieś? - spytałam mrucząc - Do mnie, do ciebie? - nie traciłam z chłopakiem kontaktu wzrokowego - Masz gumki czy musimy się zaopatrzyć?
Zapadła cisza. Hood patrzył na mnie przez chwilę nieco zaskoczony. Prawdopodobnie zastanawiał się, czy wykorzystać sytuację. Po około minucie przysunął swoje usta do mojego ucha.
- Skarbie.. - szepnął - Jedyna gumka, jaka w tej chwili jest ci potrzebna, to taka usuwająca makijaż, bo wyglądasz jak panda.
Calum odsunął się, po czym otworzył drzwi wozu. Wysunął rękę, prosząc, abym wsiadła. Posłałam mu pogardliwe spojrzenie, a później zajęłam miejsce pasażera w samochodzie.
Zamilkłam.

środa, 22 października 2014

Rozdział 10

Minęłam tabliczkę, która informowała o wjeździe na teren przyłączony do dzielnicy o nazwie Rockdale. Na moje szczęście bez problemu dojechałam do celu w ciągu pół godziny. Nawigacja nie wprowadziła mnie w błąd; wskazała najkrótszą drogę, wyłączając płatne autostrady. W czasie mojej podróży starałam się dodzwonić do Will'a. Martwiło mnie, że chłopak nie rozmawia ze mną od kilku dni. Pokłóciliśmy się dosyć ostro, ale nie sądziłam, że Will potraktuje całą awanturę poważnie. Potrzebowałam go, natychmiastowo. Ostatnie wydarzenia nie pozwalały mi ufać znajomym Ashtona. W moim życiu wszystko stało się podejrzane; karta, Cassie i Luke, matka Ashtona, również latająca mucha za oknem. Byłam zmuszona czuwać, mieć oczy szeroko otwarte oraz wierzyć swojej intuicji, podpowiadającej, że Anne Marie jest czymś więcej niż tylko puzzlem pasującym do całej układanki, której autorem był Logan lub... kto wie? Ashton? Bo znak zapytania, jeżeli chodzi o jego śmierć nie zniknął, a jedynie pogrubił się.
Zaparkowałam wóz naprzeciwko domu, który zamieszkiwał wuj oraz matka Ashtona. Myśl, że za moment miałam poznać rodzicielkę kryminalisty, dzięki któremu moje życiowe priorytety zniknęły nie budziła we mnie tak ogromnego przerażenia, jak fakt, że nie była ona w stu procentach osobą zdrową. Moja styczność z ludźmi chorymi psychicznie nie należała była nijaka. Brakowało mi doświadczenia. Bałam się, że mogę zadać pytanie, które wstrząśnie kobietą do tego stopnia, że popadnie w panikę lub wywołam jakiś atak, którego nie przeżyje albo pobudzę nim jej agresję. Ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzyłam na tym spotkaniu to awantura. Poniekąd żałowałam, że nie zabrałam dokumentów z Hurstville. W środku na pewno opisano typ choroby pani Irwin. Bez informacji mogłam tylko gdybać, a także wierzyć, że jest ona stabilna emocjonalnie, a kilka pytań dotyczących syna nie dotknie za bardzo jej matczynego serca.
Pogoniłam się do ruszenia czterech liter z auta. Nie przejechałam parunastu kilometrów po to, aby rozsiąść się wygodnie w fotelu. Po kilku minutach zastanawiania się, czy powinnam zatruwać życie biednej kobiecie, która niedawno straciła swoje jedyne dziecko, zadecydowałam zająć jej dosłownie kilka chwilę, chociaż nawet i pięciominutowa gadka szmatka mogła obfitować w niezłą kłótnie. Ryzyko chyba mi odpowiadało.
Dom nie przypominał tego z puli najbogatszych willi. Właściwie, różnił się znacząco od posiadłości w Hurstville. Teren zdawał się być mniejszy, jak również budynek. Furtka z drewna pomalowana na czerwono potrzebowała wymiany. Gdy pociągnęłam za drzwi, głośno zaskrzypiały. Myślałam, że nikt nie oliwił ich, bo odkryto nową funkcję - zawiadamianie domowników o przyjściu gościa, jednak pomimo okropnego dźwięku nikt nie wyjrzał przez okno, żeby sprawdzić kto przyszedł. Weszłam na ogrodzony teren nie tracąc nadziei. Jednopiętrowy dom przypominał wypoczynkową chatkę, która często widnieje w komediach romantycznych. Z przodu mieściła się weranda, na której stała ławka i stoliczek. To miejsce emanowało spokojem i ciepłem. Słyszałam, że Rockdale należy do jednej z najspokojniejszych dzielnic, ale nie sądziłam, że plotki sprawdzają się w stu procentach. Czułam się tutaj dobrze, miło, przyjemnie. Mogłabym mieszkać w tej dzielnicy, gdzie cisza jest określana priorytetem, a samo miejsce jest takim, gdzie chcesz zgubić się na zawsze.
Stare schody wydały nieprzyjemny dla ucha dźwięk, kiedy moje stopy zderzyły się z podłożem. Stawiałam nieśmiałe kroki, oglądając jeszcze otoczenie. W oddali widziałam krzątających się po podwórku sąsiadów. Miałam pewność, że ktoś zamieszkuje to sąsiedztwo. Zbliżyłam się do drzwi wejściowych na których wygrawerowano nazwisko Ashtona. Uniosłam rękę do góry, formując dłoń w pięść. Już miałam pukać, ale nagle drzwi otwarły się z rozmachem, zwiększając odległość między nami. W ich progu stanął mężczyzna ubrany w luźny t-shirt i przetarte dżinsy. Proste blond włosy układały się po swojemu, tworząc na głowie artystyczny nieład. Zarost na twarzy faceta miał może tydzień lub dwa. Od razu spostrzegłam, że nie był zachwycony moją wizytą. Skupionym wzrokiem zbadał moją osobę od góry do dołu, a później posłał mi chłodne spojrzenie. Dawał po sobie poznać, że nie lubił gości, ale żeby nikt nie musiał zgadywać udowadniał swoje negatywne nastawienie powitalnym zapytaniem.
- Czego tu?! - warknął, patrząc prosto w moje oczy wzrokiem prawie że zabójcy. Za plus mogłam uznać fakt, że dowiedziałam się po kim Ashton miał tak piorunujące spojrzenie. Cóż, rodzinne.
- Dzień dobry, ja... - zaczęłam swój genialny monolog, który wymyśliłam już w drodze do Irwinów. Miał on przekonać domowników na wpuszczenie mnie do środka.
Mężczyzna nie pozwolił mi dokończyć nawet pierwszego zdania. Do jego uszu nie dotarło żadne wypowiedziane przeze mnie słowo.
- Kiedy w końcu się odpieprzycie?! Moja siostra ma gdzieś te wasze artykuły i wywiady. Dajcie nam spokój, wy cholerne hieny! - wrzasnął, wstrząsając mną.
- Nie jestem dziennikarką - wyjaśniłam - Jestem... um... - zawiesiłam się, bo nie mogłam znaleźć słowa określającego status mojej relacji z Ashtonem. Postanowiłam strzelać. - Znajomą Ashtona - mruknęłam.
Dłoń mężczyzny sunęła po spodniach w górę. Podwinął koszulę, a wtedy spostrzegłam niewielki rewolwer, który zaczepił o pasek. Moje oczy odzwierciedlały dwie monety, gdy facet powoli wyjmował broń. Wzięłam powietrze do ust, szybko myśląc, co teraz robić. Uciekać, bronić się, wezwać policję? Ten człowiek mógł być psychopatą!
Ciemnowłosy pochwycił pistolet, a później wysunął go w moją stronę, w ramach ostrzeżenia. Chciał, abym wiedziała, że jest uzbrojony i nie zawaha się strzelić, jeżeli go wkurzę. A złość mogłam wywołać stojąc dłużej na werandzie.
- A więc znajoma mojego siostrzeńca....- powiedział z lekkim zamyśleniem, analizując moją wypowiedź. Widocznie według rodziny Ashtona znajomość z nim istniała tylko i wyłącznie pod jednym względem.
Pozwoliłam mojemu sercu zadecydować, a ono wcale nie wydawało się bać tego człowieka. Nie śmiałam się wycofywać, panikować, czy płakać i błagać o życie. Przełknęłam ślinę, wyprostowałam się i zagrałam pewną siebie dziewczynę, która przyszła tu w określonym celu.
- Nie tego typu znajoma - odparłam, zerkając na drżącą rękę faceta. Widocznie nigdy przedtem nie zdarzało mu się mieć takiego narzędzia w dłoniach. Zastanawiający był powód jego uzbrojenia.
- Ashton miał znajomych innego typu? Ciekawe. - schował rewolwer, gdy dałam mu do zrozumienia, że nie zamierzam skrzywdzić go swoją obecnością. Zerknął pytająco, chcąc poznać szczegóły mojej wizyty.
- Nazywam się Caitlin Teasel - kulturalnie przedstawiłam się tak, jak zamierzałam zrobić to na początku, kiedy mężczyzna wtrącił się w początek mojej mowy. - Przyjechałam do...
- Anne Marie - dokończył - Wspominała o tobie.
Otworzyłam usta, ale nie w celu kontynuacji tego dialogu. Zaskoczyła mnie odpowiedź wuja Ashtona. W mojej głowie zrodziło się więcej pytań. Domyślałam się, że ta podróż będzie przygodą życia i wyniosę z niej naprawdę wiele. Stwierdzenie, że Anne Marie mnie zna przewyższyło oczekiwania. Stałam się bardziej zainteresowana rozmową, o którą zamierzałam chociażby walczyć.
- Czy mogłabym zamienić z nią kilka słów? - zapytałam uprzejmie.
- Nie wiem czy to dobry pomysł...
- Dosłownie pięć minut - nalegałam.
- Ona czasami gubi się w słowach, żyje w zupełnie innym świecie, panienko. Nie jestem pewien czy to ma jakikolwiek sens - odradzał mi spotkanie z siostrą.
- Niech mi pan wierzy, dla mnie to ma sens. - przekonywałam go. Mężczyzna w końcu uległ, wywrócił oczami, a później przesunął się, robiąc mi miejsce w celu przejścia przez drzwi.
Wszystko komponowało się z wyglądem zewnętrznym poza kilkoma elementami. Brak elegancji i szykownego wystroju wnętrza, co potęgowałoby ciepło bijące od osiedla. Tutaj było cicho, ponuro i smutno. Dawno nie odnawiano pustych, brudnych, a także porysowanych ścian, na których Ashton na pewno porozwieszałby parę plakatów swoich ulubionych zespołów. Panele skrzypiały tak, że z łatwością osoba śpiąca obudziłaby się, gdyby ktoś przechodził obok.
Wuj Asha zaprowadził mnie do salonu, który mieścił się po środku domu. Niegdyś białe ściany teraz znacznie poszarzały. Do pokoju dochodziło mało światła, gdyż okna przysłaniały zasłony. Gdyby ktoś był tu przejazdem i chciał wpaść, aby spytać o dalszą drogę czy cokolwiek innego, pomyślałby, że dom jest opuszczony i nie zamieszkiwany od lat. Tuż obok okien, gdzie kawałek bordowego materiału został przesunięty, żeby widz mógł podziwiać widoki, stało drewniane krzesełko. Siedziała na nim kobieta; dosyć szczupła, a nawet mogłabym rzec chuda. Jej twarz zwrócona była do szyby, ale śmiało mogłam stwierdzić, że była krewną Ashtona. Kręcone włosy w identycznym odcieniu blondu opadały na jej ramiona. Widząc tylko profil dostrzegłam te same rysy twarzy. Dłońmi kurczowo ściskała ramę krzesła, siedząc sztywno. Nie zwróciła swojej głowy nawet, kiedy samolot przelatywał nad domem. Nuciła pod nosem nieznaną mi piosenkę, może kołysankę, nie wiem. Przypominała wariatkę, ale nie potrafiłam uwierzyć, że stwierdzono u niej schorzenie. Coś podpowiadało mi, że to złudzenie, którego twórcą jest wuj lub... sam Ashton.
- Dzień dobry - mruknęłam z nadzieją, że pomimo mojego zdenerwowania kobieta mnie usłyszała.
Nie odpowiedziała.
- Anne, masz gościa - zwrócił się do niej brat, jednak jego także zignorowała - Anne - powiedział nieco głośniej, co zabrzmiało bardziej jak rozkaz niż prośba. Kobieta jednak wtedy zareagowała; odwróciła bladą twarz, obdarowując mnie uśmiechem. Jej niewinne oczy patrzyły na mnie. Zaschło mi w gardle. Nie umiałam się odezwać. Zestresowałam się. - To Cait...
- Caitlin Teasel - dokończyła za niego, a ja poczułam jak zaczynam gotować się we własnej skórze.
Podeszłam do kobiety. Zabrałam krzesło przysunięte do stolika, a następnie ustawiłam je naprzeciwko niej. Zajęłam swoje miejsce, splatając palce u dłoni. Ona nie patrzyła na nic innego, jedynie na mnie, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół mojej twarzy.
- Ashton miał rację, jesteś śliczna - skomplementowała, a ja wysiliłam się na niewielki uśmiech.
- Opowiadał pani o mnie? - zadałam swoje pierwsze pytanie.
- Żeby tylko raz! - klasnęła w dłonie - Nawet niedawno mówił, że piękniejesz z dnia na dzień. Kiedy ostatnio cię widział, to...
- Pani Irwin... - wtrąciłam.
- Mów mi Anne.
- Jasne... - szepnęłam, szybko wracając do tematu - Anne... Ashton nie żyje...
Zapadła cisza. Blondynka spuściła wzrok; stała się poważna. Spoglądałam na zegarek, aby sprawdzić ile już rozmawiałyśmy. Minuta. Minęła jedna minuta, a ja już bałam się o jej stan zdrowia. Chciałam wyjść, a jednocześnie zostać i usłyszeć odpowiedź na moje stwierdzenie.
- On myśli, że jestem nienormalna... - powiedziała tak, że ledwo zdołałam usłyszeć jej słowa - Ale mój syn żyje... wczoraj tutaj był...
- T-to niemożliwe - wydukałam - Widziałam jego śmierć.
- Musisz mi uwierzyć - wbiła we mnie swój wzrok - On żyje, rozumiesz? Po prostu nie może się ujawnić, jeszcze nie teraz!
Patrzyłam na nią, jak na obcą istotę z którą spotykam się po raz pierwszy. Nie mam na myśli człowieka, a raczej coś, czego w życiu nie widziałam, na przykład kosmitę. Nikt wcześniej nie śmiał twierdzić, że Ashton wcale nie leży w grobie. Ona zdawała się być pewną swoich słów. Spotykała się z nim, rozmawiała, zapewniała mnie o tym. Zagrała na moich emocjach, bo naiwnie pochłaniałam każde wyszeptane zdanie, które padło z jej ust. Moje serce radowało się, bo on żył, naprawdę żył. Ukrywał się, obserwował i dbał o mnie. Nadal mnie chronił, jako Cień. Wiedziałam, że miałam rację. Moje uczucia nie umierały, nie próbowały pożegnać Ashtona, bo on nie odszedł. Nigdy nie odszedł. Potwierdziła to sama Anne Marie.
- Gdzie on jest? - zapytałam głośno - Możesz podać mi adres?
- Kto? - spytała blondynka marszcząc brwi - Kto dziecinko?
- Ashton! - krzyknęłam poirytowana - Mówiłaś, że wczoraj widziałaś się z nim.
- Wczoraj spacerowałam z Davem - odparła, patrząc na brata i uśmiechając się do niego.
Opadłam na siedzenie wzdychając ciężko, kiedy łzy spływały po moich policzkach. Przesłyszałam się? Źle zrozumiałam? Czy to po prostu zwykła iluzja zapewniająca mi szczęście dopiero teraz zniknęła tak, jak czar, który po pewnym terminie pryska i zostaje to śmieszne nic nie warte wspomnienie. Przeklęta pamięć, która nie daje ci spokoju.
- To niemożliwe... - wymamrotałam zdruzgotana.
Moje wargi zaczęły drżeć. Właśnie poznałam objawy choroby Anne Marie Irwin. Może nie szczegółowo, ale rozumiałam już jakiego typu jest jej schorzenie. Mimo swojej porażki nadal nie potrafiłam się poddać. To, co mówiła na początku naszej dyskusji nie opuszczało mojego umysłu. Powtarzałam sobie w głowie, że musi być inne wyjście. Wyszukiwałam masę powodów dla których powinnam walczyć i wyciągnąć więcej informacji. Przyjechałam tu, żeby pozyskać wiadomości korzystne dla mojego śledztwa, jak ogromną porażką byłoby wyjście z niczym? Za wszelką cenę chciałam poznać prawdę, ale czy ona w ogóle istniała?
Zadawałam sobie samej pytania, siedząc przed schorowaną kobietą, która zupełnie nieświadoma, jaki punkt był tej rozmowy, uśmiechała się kulturalnie od czasu do czasu potakując i kręcąc głową, pomimo panującej niekomfortowej ciszy. Brat matki Ashtona gapił się na mnie błagalnym wzrokiem, licząc, że przestanę nękać Anne. Czekał aż podziękuję za rozmowę i wyjdę, dając jego siostrze zasłużony spokój.
Ale moja determinacja, upierdliwość i nadzieja na dotarcie do sedna sprawy w którą zamieszany był martwy albo żywy, zły bądź dobry Ashton, nie pozwalała mi na opuszczenie tego domu z tak ogromnym niedosytem. Tu chodziło również o mnie, a także moich przyjaciół, którzy znajdowali się w niebezpieczeństwie a mi przystało ich chronić. Dlatego też zdecydowałam uciec się do ostateczności.
Wyjęłam z torebki plik kartek, na których były informacje skserowane prosto z kartoteki Ashtona. Niepewnie podałam je Anne Marie, a ona kompletnie zaskoczona nagłówkiem wsunęła dokument w swoje blade i chude dłoni. Dave zmarszczył brwi, a potem wytężył wzrok, żeby obejrzeć co takiego miała w rękach jego siostra.
- To... to... - dukała, jakby nigdy przedtem nie widziała policyjnych akt. Spoglądała na nie, niczym na cenny skarb wymagający intensywnej ochrony.
- Kartoteka Ashtona - powiedziałam naturalnie - Nie jest zamknięta, a to oznacza, że... - próbowałam naprowadzić kobietę na trop, którym sama podążałam.
- Kim jesteś?! - przerwał mi mężczyzna, zabierając Anne informacje - Jesteś detektywem? Kto cię wynajął?
- Nie, nie jeste.. ja.. - zaplątałam się - Możliwe, że pańska siostra nie oszalała i Ash...
- To prywatne informacje! Kradzież jest karalna! - krzyczał - Wynocha! - palcem wskazał na drzwi rozwścieczony.
- Ale, ja naprawdę... - próbowałam ratować sytuację i znaleźć logiczne wytłumaczenie.
- Mój siostrzeniec nie żyje! - syknął - A moja schorowana siostra jest w żałobie po zmarłym dziecku. Jak śmiesz?! Opuść nasz dom przeklęta gówniaro albo zadzwonię na policję!
Szybko zabrałam torebkę i zniknęłam za ścianą oddzielającą korytarz od salonu. Roztrzęsiona wybiegłam z domu. Dotarłam do auta, po czym odblokowałam drzwi za pomocą kluczyków. Opadłam na fotel kierowcy, bezradnie patrząc na przednią szybę. Wolałam zatrzymać swoje skupienie na przestrzeni niż rozluźnić każdy mięsień i pozwolić sobie na płacz, krzyk i histerię z powodu porażki. To jednak było niemożliwe. Łzy wylewały się z moich oczu strumieniami. Szlochałam, bo przegrałam. Dzięki tej kobiecie nadzieja znów się pojawiła, ale dzięki niej również umarła. Dochodziłam do wniosku, że to ja mam problemy natury psychicznej. Szukałam dziury w całym. Szpiegowałam własnego chłopaka i grzebałam w jego rzeczach, robiłam z niego podejrzanego i wyżywałam się na nim w każdym możliwym momencie zamiast wysłuchać i zrozumieć jego problemy. Zyskałam nic, a straciłam wszystko i oczywiście zauważyłam to po czasie.
- Nie, nie, nie! - krzyczałam uderzając pięściami w kierownicę. Chciałam przywrócić Ashtona do życia tak bardzo, że tworzyłam irracjonalne argumenty, fałszywe poszlaki i zachowywałam się śmiesznie. On umarł, a moim jedynym zadaniem było się z tym pogodzić i pogrzebać go tak, jak zrobiła to reszta. Ruszyć dalej, zająć się teraźniejszością, zaufać ludziom i zdobywać ich zaufanie. Walczyć z wrogami oraz przeciwnościami losu, których teraz na nowo pojawiało się mnóstwo. Ktoś działał na moją niekorzyść, a ja zupełnie odeszłam od tego tematu zajmując się najmniej istotną w tej chwili sprawą.
Musiałam wrócić do żywych, zmierzyć się z wyzwaniem i zagrać w grę, którą zgotował mi los, ale żeby to zrobić zaplanowałam dać upust swoim emocjom; wziąć dzień lub kilka godzin wolnego. Zapomnieć o wszystkim, dosłownie. Niestety, był tylko jeden sposób, aby to zrobić.

piątek, 10 października 2014

Rozdział 9

Nie wjechałam na teren posiadłości; dystans, który pojawił się między mną, a tym miejscem nie zezwolił na śmiałe ruchy. Minęło sporo czasu; dokładnie sześć miesięcy temu ostatni raz moja noga stanęła na tym terenie. Nie miałam odwagi zjawić się tutaj po śmierci Ashtona. Miasteczko nas połączyło, przez co przebywanie w willi było większym ciężarem; takim, którego nie mogłam znieść.
Wysiadłam z auta, zabierając ze sobą rzeczy. Trzasnęłam drzwiami, jednak nikt na pewno tego nie usłyszał; z otwartych okien wypadała głośna muzyka. Zdziwił mnie fakt, że zamiast piosenki American Idiot czy jakiejkolwiek innej z repertuaru zespołu Green Day usłyszałam bity przypominające R&B. Wewnątrz musiało dziać się coś naprawdę przerażającego, bo żaden z chłopaków nie gustował w tego typu piosenkach, Cassie także. Możliwe, że przyjaciele Cienia próbowali zagłuszyć krzyki mojej przyjaciółki utworem Beyonce.
Przeszłam przez furtkę. Każdy mój krok stawał się coraz wolniejszy, jakby ktoś dokładał mi kamienie do niewidzialnego plecaka, umieszczonego na moich plecach. Im bliżej byłam drzwi, tym więcej wspomnień pojawiało się w moich myślach, zadając mi ciosy tnące niczym najostrzejszy nóż. Obojętnie jaka rana pomimo swej starości wydawała się taka aktualna. Kłótnie, żarty, jego dotyk, uściski, płacz i wrzaski siedzące w mojej głowie i powracające w najmniej odpowiednim momencie odnawiały blizny, które zgodnie z regułą miały się zagoić.
Położyłam dłoń na klamce drzwi. Odgarnęłam kosmyki włosów, które rozwiał wiatr z mojej twarzy. Grałam na czas, przyznaję. Strach przed wejściem do tego domu roznosił się po całym moim ciele, przejmując nad nim kontrolę. Słyszałam spanikowane głosy w mojej głowie, które błagały, abym zawróciła. Tak działała właśnie moja podświadomość. Nic dziwnego, że nie mogłam spać spokojnie, skoro przez dwadzieścia cztery godziny żyłam w stresie.
Pociągnęłam klamkę w dół, ale powstrzymałam się przed otwarciem drzwi, kiedy przed moimi oczami stanął Ashton. Wyobrażałam sobie stojącego w progu blondyna, witającego swoim szarmanckim uśmiechem i obejmującego mnie na przywitanie. stoi w progu. Oczywiście była to jedynie moja wyobraźnia, bo prawdziwy Ashton Irwin nigdy by się tak nie zachował lub przynajmniej nie dał mi powodów, abym miała na to pewną nadzieję.
Nie wiedziałam czy chcę znowu witać ściany, które były świadkami każdej odbytej kłótni w tym domu; czy chcę oglądać porysowane szafki, na których rozbijały się wazony z powodu agresji domowników; czy chcę, aby moje nogi stanęły na podłodze, którą kiedyś zdawało mi się lubić.
Otworzyłam drzwi po parunastu minutach czekania, gdy skupiłam swoje myśli wokół biednej Cassie. Ona była najważniejsza.
Muzyka dochodząca z głośników, uderzyła prosto w moją twarz niczym ryk potężnego lwa. Zacisnęłam powieki, krzywiąc się. Z grymasem na twarzy ruszyłam dalej. Starałam się nie zwracać uwagi na ostry zapach świeżej farby, który po jednym wdechu podrażnił moje nozdrza. Podłoga skrzypiała, nic nadzwyczajnego; nie wymieniano paneli od dawna. Ten dość znajomy dźwięk jednak oddziaływał na mój umysł i przypominał o chwilach, które chciałam pogrzebać w pamięci. Przechadzałam się korytarzem, którego ściany niegdyś pokryte były graffiti. Teraz lśniące beżowe ściany niemalże oślepiały. Nie sądziłam, że kiedykolwiek ten dom przejdzie remont. Ashton dbał o tą starość, ale najwyraźniej chłopcom nie przypadła ona do gustu.
Wspięłam się po schodach na piętro, skąd dochodziły śmiechy. Na podłodze zauważyłam poruszające się cienie. Uniosłam głowę, a mój wzrok skierował się ku uchylonym drzwiom. Ścisnęłam pistolet, który miałam w dłoni i ukryłam go za plecami. Popchnęłam drzwi, będąc przekonaną, że zobaczę coś, co zmrozi krew w moich żyłach.
Otworzyłam usta i mało nie wypuściłam z ręki pistoletu. Cassie siedziała na kolanach Luke'a, uśmiechając się zalotnie. On natomiast odpowiadał jej tym samym, sącząc piwo. Jego ręka spoczywała na biodrze brunetki, a to mówiło samo za siebie. W innej sytuacji wściekłabym się, ale to nie był widok, który zdziwił mnie najbardziej.
Widziałam Caluma w każdej możliwej wersji, a tego dnia zobaczyłam ostatnią. Miałam okazję podziwiać go całkiem nagiego, wściekłego, ironicznego, zabawnego i obojętnego. Nie sądziłam, że kiedyś będę oglądać jego występ z utworem Beyonce. Co prawda powiedział mi podczas porwania, że zdoła dać koncert, ale nie myślałam, że ta obietnica ujrzy światło dzienne. Stałam nieruchomo, patrząc na poruszającego biodrami Caluma w rytm piosenki Single Ladies. Podskakiwał na palcach, kręcił tyłkiem i głośno śpiewał. Prawdopodobnie, gdyby miał piersi, trząsłby nimi na lewo i prawo. 
- All the single ladies! - krzyczał i machał dłonią tak, jak jest to ukazane w teledysku do utworu - Now put your hands up!
Złapałam się za głowę. Poważny gang? GANG?! Oni nie mieli nic wspólnego z czarną robotą! To było niemożliwe! Zachowywali się poniżej krytyki, jak szczeniaki w wieku piętnastu lat. Nie pojmuję, jakim cudem ktokolwiek traktował tych gnojków poważnie i bał się, kiedy kroczyli ulicami Sydney? Zapewne nie widzieli popisów wokalnych jednego z członków grupy. Tak, to zdecydowanie była przyczyna tych obaw.
Luke oraz Cassie wpatrywali się w Caluma niczym w obrazek. Byli prawdziwymi widzami, lojalną publiką. Nie dostrzegłam w pomieszczeniu Michaela. Widocznie chłopcy nie pokłócili się o błahostkę, a Clifford postanowił zamieszkać gdzieś indziej. Zazwyczaj nie opuszczał willi, więc jeżeli nie znajdował się w innym pokoju, wyprowadził się. 
Podeszłam do gniazdka, w którym mieścił się kabel od wieży. Wyciągnęłam go, a muzyka natychmiast ucichła, zostawiając po sobie jedynie oburzenie słuchaczy i gwiazdy przedstawienia. Twarze zwróciły się w stronę sprzętu muzycznego, gdzie również stałam ja. Wysunęłam zza pleców broń i wycelowałam ją w Caluma, podchodząc bliżej. Scena komiczna w mgnieniu oka zmieniła się na tragiczną. Cassie pisnęła w obawie, że wystrzelę, a Luke wstał z miejsca. Calum natomiast nie ruszał się; nie uniósł rąk; broń nie zrobiła na nim wrażenia. Patrzył na mnie obojętnie, jakby nie wierzył w moje możliwości.
- Caitlin, zwariowałaś?! - wydarł się Luke.
- Gdzie. On. Jest. - zaakcentowałam każdy wyraz, oczekując jasnej odpowiedzi.
- O czym ty mówisz? - wydarł się, widząc w moich oczach determinację. Czuł, że jestem gotowa wystrzelić pocisk, który nawet nie istniał. Widok wystraszonego Luke'a był jednak satysfakcjonujący i nie pozwalał mi na zakończenie tej całej szopki, którą zdecydowałam się urządzić.
- Dobrze wiesz o kim mówię, Hemmings - warknęłam, nie spuszczając wzroku z ciemnowłosego chłopaka, w którego właśnie celowałam. Calum stał niewzruszony sytuacją i faktem, że pistolet jest skierowany właśnie ku niemu. Zdawało się, że w jego głowie już od pewnego czasu widniała wizja wściekłej Caitlin Teasel, dziewczyny tracącej kontrolę pod wpływem emocji i ściskającej w dłoni rewolwer. Prędzej czy później poznałabym prawdę, a on był prawdopodobnie jedynym, który to przewidział. - Jest z Michaelem tak? Kiedy wracają? - dopytywałam, chcąc brzmieć grzecznie, ale gniew nie odpuszczał - Gadać! - wrzasnęłam, a później potrząsnęłam nerwowo bronią, dając tym samym znak, że jestem gotowa do pociągnięcia za fałszywy spust.
- Caitlin, słuchaj... - wtrąciła Cassie; wciąż zajmowała miejsce na kanapie, jakby nie mogła się ruszyć. Jej dłonie drżały, a oczy kłębiły w sobie wiele wątpliwości oraz strachu. Uznała mnie za wariatkę; w jej toku rozumowania pewnie postradałam zmysły, ale nie. Ja byłam w stu procentach zdrowa. To, co działo się wokół mnie było chore.
- Nie! - zaprotestowałam - Chcę wiedzieć, gdzie do cholery jasnej chowa się ten pieprzony dupek zwany...
Urwałam, gdy poczułam dłonie na swoich biodrach. Osoba stojąca za mną, przysunęła mnie gwałtownie do siebie, a następnie zablokowała możliwość jakiejkolwiek walki poprzez chwycenie mojej wolnej ręki. Duża dłoń oplotła mój nadgarstek, przysuwając moją rękę do klatki piersiowej. Następnie, zajął się bronią.
- Raz - powiedział cicho Michael, brzmiąc spokojnie. Wykrzywił moją rękę, pozostawiając na skórze czerwony ślad. - Dwa - Z łatwością pozbawił mnie pistoletu. Zwolniłam uścisk czując ból, a wtedy wyjął broń z mojej dłoni. - I trzy - obrócił atrapę rewolweru między palcami, a potem rzucił w stronę Caluma. Ten przyjrzał się narzędziu dokładnie. Ledwo zauważyłam uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, gdy zorientował się, że jego podejrzenia są jak najbardziej trafne.
- Gaz - prychnął - Takie typowe, Teasel - burknął, patrząc na mnie z wyższością.
- Mało nie dostałem zawału! - krzyknął Luke, mając w zamiarze zganić mnie za cały spektakl, który zainicjowałam.
- Pytam ostatni raz - ostrzegłam. Cała moja szczęka drżała tak, jak zazwyczaj drży podczas zimy, gdy temperatura jest za niska według mojego organizmu. Pierwszy raz zdarzyło mi się, abym była zdenerwowana do tego stopnia. - Gdzie jest do cholery Ashton Irwin?!
- Podejrzewam, że pod ziemią - odparł Calum - Wątpię, żeby wyszedł bo musiał sobie zwalić albo zaliczyć szybki numerek.
- Masz mnie za idiotkę?! - zapytałam pretensjonalnie.
- Tak - wzruszył ramionami, siadając na fotelu - Bo wiesz... w tym świecie zombie nie istnieją, a sugerujesz, że mój przyjaciel jest zombie. Czy ty uważałabyś kogoś, kto twierdzi, że umarlaki wychodzą z grobu za osobę normalną?- zapytał powodując wrzenie krwi płynącej w moich żyłach. Zacisnęłam pięści powstrzymując każdy możliwy organ od przywalenia temu bałwanowi prosto w tą wesoła buźkę. Zachowanie Caluma stawało się przereklamowane, wręcz nudzące i działające na nerwy.
- Bardzo śmieszne - fuknęłam, odwracając wzrok.
- Nie, to nie jest śmieszne - odpowiedział Hood, a wtedy było wiadome, że dąży do czegoś większego niż zwykła przelotna dyskusja - To jest żałosne.
- Precyzuj - dałam się sprowokować - Co takiego jest żałosne? Fakt, że nie daję sobie wmawiać bzdur? - skrzyżowałam ręce na piersiach.
- Fakt, że wierzysz w bzdury. Jesteś tak bardzo naiwna, że nawet pozwalasz sobie myśleć, iż Ashtonowi na tobie zależało. Oświecę cię, nie zależało. - zakomunikował - Możesz więc ruszyć już dalej ze swoim chłopakiem psem, tworzyć tą przeklętą sielankę o której takie słodkie idiotki do których się zaliczasz marzą i skończyć robienie z siebie wielce poruszonej śmiercią Cienia - oznajmił.
- Calum... - próbował powstrzymać go Luke, natomiast ja, Michael oraz Cassie patrzyliśmy na ciemnowłosego, który prawie dosłownie pluł jadem.
- Stul pysk, Hemmings - zgasił go, a później wrócił do mnie i kończył swój monolog - Byłaś tylko przypadkową osobą, Caitlin. Smutne, ale prawdziwe.
- Dość - przerwałam mu.
- Ashton nigdy nie leciał na takie fałszywe płaczki. Na jego miejscu dałbym się nawet zabić, aby uwolnić się od ciebie, bo śmierć jest chyba na to jedynym sposobem.
Nie wytrzymałam. Puściły mi nerwy.
Wystarczyło kilka słów, aby wyprowadzić mnie z równowagi. Parę zdań wypowiedzianych przez Caluma Hooda sprawiło, że do moich oczu napłynęły łzy, a serce nie mogło znieść bólu, który właśnie odczułam.
Pięścią uderzyłam w policzek Caluma z całej siły, jaka została w moim ciele. Nie wahałam się, a wyrzutów sumienia jakoś zbrakło. Należało mu się, za każde słowo, które padło z jego ust. Właściwie, to była mała kara, bo zasłużył na wiele więcej.
Zapadła cisza.
Głowa Caluma przekręciła się w prawo pod wpływem uderzenia. Cios był silny, w przeciągu minuty fragment policzka zaczerwienił się, a z wargi popłynęła krew. Za pomocą pierścionka, który nosiłam na palcu rozcięłam Calumowi usta. Nie zrobiło mi się przykro, w żadnym wypadku. Czułam złość, która nie chciała opuścić mojego ciała. Byłam wściekła, urażona i rozczarowana. Nie spodziewałam się, że ten chłopak nienawidzi mnie do takiego stopnia.
Jego oczy pociemniały. Oblizał usta, a czerwona plama wylewająca się spod rozcięcia zniknęła na kilka sekund. Zwrócił swój pełen chłodu wzrok ku mnie i gapił się przez moment, jakby chciał zmusić mnie do przeprosin. Ogarnął mnie niepokój. Nie miałam pojęcia co Calum sobie myśli, ani co wydarzy się za kilka minut. Zdążył przekonać mnie, że jest zdolny do wszystkiego, nawet do agresji, której jeszcze świadkiem nie byłam. Widziałam rozgniewanego Ashtona, a to wystarczyło, aby sądzić, iż Calum może być bardziej przerażający. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała nerwowo. Stał się gorący, na tyle, że mogłam wyczuć jego rozgrzane ciało nie dotykając go. Zrobiło się cicho, ponuro i niebezpiecznie. Słyszałam jedynie jego głośny oddech.
Ciemnowłosy zrobił krok do przodu. Opuścił głowę i patrzył na swoje nogi, które przygotowywały się do przejścia dłuższego dystansu. Ruszył, ale zatrzymał się przy mnie. Jedna noga została w tyle, co oznaczało, że nie zależało mu na dialogu. Chciał tylko dodać parę zdań na pożegnanie. Patrzył w przestrzeń; możliwe, że w ścianę znajdującą się za moimi plecami. Jego usta znajdowały się blisko mojego ucha. Nie szeptał; było mu obojętne, czy reszta usłyszy to, co chciał przekazać. Miał tylko nadzieję, że wiadomość dojdzie do moich uszu, a następnie pozostanie w mojej pamięci.
- Przyjdzie dzień, w którym sama przyznasz mi rację - mruknął, po czym skierował się do wyjścia, uderzając wcześniej ramieniem o mój bark. Otworzyłam usta ze zdziwienia, nie rozumiejąc co Calum miał na myśli.
W pomieszczeniu rozbrzmiał niosący się echem trzask. Hood opuścił pokój, zostawiając nas całkiem rozkojarzonych i zaskoczonych całą sytuacją. Nikt nie spodziewał się wybuchu żadnej ze stron. Calum zazwyczaj tłumił swoje opinie w swojej głowie, natomiast ja... nie należałam do osób burzliwych.
Nagle wrócił ból. Tak ogromne cierpienie z powodu kilku słów, wypowiedzianych nieświadomie. Zupełnie nieprzemyślane zdania wyrządziły krzywdę, której nie zapomnę tak łatwo.
Michael chwycił moją dłoń, gdy zobaczył, że nie mogę powstrzymać ogarniającego mnie smutku. Przyciągnął mnie do siebie, pozwalając wypłakać się na jego ramieniu.
- Nie przejmuj się, Caitlin... - szepnął Michael - Calum ciężko znosi brak Ashtona.
- Nie tylko on - prychnęłam.
- To jego gorszy dzień - wtrącił Luke - Wiem, że może to nie najlepszy moment, ale dlaczego stwierdziłaś, że Ash żyje? - dopytywał blondyn.
- Zadzwonił do mnie ktoś używający tego samego programu do mutacji głosowej - odpowiedziałam ocierając łzy - Przedstawił się jako Ashton.
Hemmings uniósł brwi, patrząc na mnie pytająco. Przygryzł wargę i przeczesał swoje włosy palcami, zastanawiając nad żartem, którego padłam ofiarą. Potraktował sprawę dość poważnie; postanowił się zająć tym fantem. Poprosił mnie o szczegółową opowieść, która trwała około dwudziestu minut. Potem zostałam wypuszczona na wolność.
Szłam w stronę schodów, aby jak najszybciej opuścić dom, ale mój kierunek szybko uległ zmianie, kiedy ujrzałam uchylone drzwi prowadzące do pokoju rodziców Ashtona. Muzyka znów zaczęła grać, a Luke, Cassie oraz Michael znajdowali się wewnątrz pomieszczenia, z którego dochodziła melodia. Skorzystałam z okazji i naruszyłam po raz drugi prywatność Ashtona, wchodząc do zakazanej sypialni.
Nic się nie zmieniło. Ściany były w tym samym kolorze, meble na swoim miejscu, łóżko zaścielone w identyczny sposób. To miejsce przypominało zabytek, który możesz oglądać, jednak nie wolno ci niczego dotknąć. Stało nienaruszone, prawdopodobnie od śmierci ojca Ashtona i wyprowadzki jego matki. Popatrzyłam na wystawione zdjęcia po raz ostatni, bo zdecydowałam, że nigdy więcej moja noga nie stanie w willi.
Już miałam wychodzić, gdy moją uwagę przykuła pewna mała różnica. Jedna szuflada była wysunięta, czego przedtem nie zauważyłam. Wystawały z niej kartki papieru. Nie mogłam powiedzieć, że ta sprawa nie rozbudziła mojej ciekawości.
Wyjęłam dokumenty, a później usiadłam na podłodze i rozpoczęłam szybką analizę. Informacje dotyczyły niejakiej Anne Marie. Znalazłam jej adres, który na wszelki wypadek zapisałam, gdyż mógł mi się przydać. Wywnioskowałam z lektury, że była ona matką Ashtona. Razem z jego ojcem zbudowali ten dom, a potem zamieszkali w nim. W dokumentach zamieszczono sporą ilość wiadomości z życia Anne Marie, a także jej rodziny. Dopiero po przeczytaniu poszczególnych elementów, którymi zostały oddzielone informacje zrozumiałam czym były te papiery.
Kartą pacjenta.
Wystarczyła sama nazwa, żebym stała niczym osłupiała i nie dowierzała własnym oczom. Matka Ashtona nie należała do osób zdrowych, jednak ten fakt nie zaskakiwał tak, jak dalsza treść. Kobieta oszalała; zwariowała, gdy dowiedziała się, że jej syn jest członkiem gangu i zabił własnego ojca, chociaż mijało się to z prawdą.
Sprawozdanie wprawdzie wystarczało, żeby upuścić kartki w akcie przerażenia, ale wyśledziłam inny, gorszy powód, który spowodował ten ruch.
- Została zamknięta w Macquarie Hospital... - wyszeptałam, a dokumenty runęły na ziemię.
- Caitlin?
Zaklęłam.
Michael.
Odwróciłam się na pięcie ze skwaszoną miną. Już wymyślałam dobrą wymówkę. Kartki leżały na komodzie, zauważyłam imię Ashtona i takie tam. Nie należałam do dobrych kłamczuch, więc nawet nie próbowałam. Mike od razu przejrzałby mnie, a później skarcił za wciskanie słabych bredni.
- Masz mnie... - poddałam się na samym początku, zanim pogorszyłabym swoją sytuację - Matka Ashtona jest w psychiatryku? W dodatku w North Ryde?
- Już nie - Clifford również opuścił broń i zdecydował się uchylić rąbka tajemnicy - Wypisała się na własne życzenie na wieść, że Ashton nie żyje.
- Dlaczego? Wyleczyli ją?
Pokręcił przecząco głową.
- Nie stwarzała niebezpieczeństwa dla otoczenia, a lekarze stwierdzili, że jej stan się polepszył, jednak pewne elementy choroby nie miną.
- Jakie elementy?
- Mówi, że widzi się z Ashtonem - oznajmił - Nawet po jego śmierci.

piątek, 3 października 2014

Rozdział 8

Dedykacja dla @xMajkelxx z okazji urodzin. Wszystkiego najlepszego, spełnienia marzeń i sto lat.
_______________________________________
Do moich uszu dobiegał dźwięk przesuwających się na zegarze wskazówek, jednak w zupełności na niego nie reagowałam. Siedziałam na fotelu, skupiając cały swój wzrok na kartce papieru, którą miałam przed sobą. Kreśliłam, pisałam, zamazywałam. Powtarzałam te czynności kilka razy, próbując znaleźć rozwiązanie zagadki. Nie byłam jedyną osobą, która nie potrafiła uwierzyć w alter ego Dana; Michael od razu odrzucił tą myśl, wydała mu się absurdalna. Z drugiej strony to absurd mógł rozwiązać cały problem. Nigdy nie podejrzewałam Dana o jakąkolwiek zdradę czy oszustwo. Bawił się mną niczym lalką, a ja byłam na tyle zaślepiona, że nie zdołałam tego dostrzec.
Dan - oszust - podkreśl.
Istniała również możliwość czystego przypadku. Prąd został odłączony, Dan nie miał więc dostępu do światła w łazience. Nie zauważył napisu i tak po prostu wyszedł, jak gdyby nigdy nic się nie stało.
Skreśl poprzednią myśl - włamanie - podkreśl.
Skoro to nadal ją byłam głównym celem, dlaczego zgaszono świeczkę Cassie w dniu wypadku?
Dopisz - Cassie - znak zapytania - zakreśl.
Oparłam łokieć na blacie biurka. Przytknęłam dłoń do policzka, a usta uformowałam w śmieszny kaczy dziubek. Malowałam kratki szukając natchnienia. Miałam szczęście, że moja kierowniczka nie stawiła się tego dnia w pracy. Na widok mojego zapału do porządkowania listów, odesłałaby mnie do domu bez zapłaty. Tymczasem mogłam w spokoju kontynuować swoje śledztwo, a sprawy mniej ważne odłożyć na następny dzień. Zmarnowałam masę kartek. Stosowałam różne wykreślanki, układałam drzewka, aby doszukać się powiązań, jednak niczego nie umiałam ze sobą połączyć. W mojej głowie roiło się więcej pytań niż odpowiedzi. Właściwie, nie znalazłam ani jednej odpowiedzi na którekolwiek pytanie z mojej obszernej puli...
Stukałam długopisem o blat stołu zastanawiając się, co jeszcze powinnam wpisać na kartkę. Akta Ashtona, wypadek, telefon od domu pogrzebowego, karta Jokera... Starałam się nie pomijać żadnego szczegółu, który pomógłby mi w dojściu do sedna sprawy. Nic więcej nie przychodziło mi na myśl. Umysł miał zdecydowanie dość. Mało brakowało, żeby nad moją czaszką zaczęła unosić się para, jak w kreskówkach dla dzieci. Stałam się senna, zmęczona i znudzona. Powieki powoli opadały i podnosiły się w momencie gwizdu, szmeru czy śpiewu ptaków. Wyczekiwałam końca zmiany, żeby jak najszybciej zmyć się z biura, a później jechać do Cassie. Liczyłam, że ten dzień jest szczęśliwym, dzięki czemu Cassidy McGie dostanie pewnego olśnienia. Michael nie miał pomysłu, ja nie miałam pomysłu, więc... jak to mawiają "głupi ma zawsze szczęście". Łapałam się każdej możliwej deski ratunku, bez znaczenia, jak bardzo słaba ona była.
Wybiła ósma. Zgięłam kartkę w dłoni, po czym wrzuciłam ją do torebki. Uprzątnęłam swoje stanowisko, zostawiając na nim tylko parę listów. Zabrałam swoje rzeczy i powędrowałam na recepcję, gdzie podpisałam dokumenty dotyczące mojego wyjścia. Pożegnałam znajomą mi dziewczynę, która dziś odgrywała rolę sekretarki. Udałam się do windy; nacisnęłam guzik, a potem cierpliwie czekałam na jej przyjazd. Gdy maszyna pojawiła się na piętrze, weszłam do jej wnętrza. Zażądałam zjazdu na piętro minus pierwsze, ponieważ tam znajdował się parking. Drzwi zamknęły się, a winda ruszyła. W tym czasie myślałam o gorącej kąpieli, która pozwoli mi na godzinny relaks. Zdecydowałam zafundować sobie mały odpoczynek przed moją podróżą do Cassie. Byłam wykończona fizycznie, potrzebowałam odrobiny snu. Marzyłam o spokojnie przespanej nocy, chociaż w głębi duszy wiedziałam, że jeszcze sporo czasu musi minąć, zanim do tego dojdzie.
Wybrałam na telefonie numer Cassie, ale automatycznie po naciśnięciu zielonej słuchawki zostałam przekierowana na pocztę głosową. Oznaczało to tylko jedno. Cassidy McGie nie zamierzała rozmawiać ze mną, ani nikim innym na jakikolwiek temat. Niestety, potrzebowałam jej, bo wiedziałam, że sama jestem bezradna, a Michael węszył innymi sposobami. Nie zamierzałam zwracać się do Luke'a, a już na pewno na mojej liście przyjaciół, którzy byliby skorzy do pomocy nie widniał Calum. Musiałam jechać do Cassie; pomyślałam, że w najgorszym wypadku będę stała pod drzwiami wykrzykując jej imię i rzucając kamieniami w jej okno. Zapewnię sobie trochę rozrywki, zawsze coś.
Nagle winda zatrzymała się awaryjnie między trzecim, a drugim piętrem. Moje ciało zakołysało się pod wpływem agresywnego hamowania. Impulsywnie pisnęłam, zaskoczona zdarzeniem. W ostatniej chwili chwyciłam dłońmi poręcz, która uchroniła mnie przed upadkiem. Po odzyskaniu równowagi rozejrzałam się po pomieszczeniu, czekając na moment, w którym winda ponownie ruszy. Ten moment nie nastąpił. Podeszłam do konsoli, a tam wcisnęłam alarm, następnie guzik z napisem "Poziom -1". Uderzyłam również w przycisk awaryjnego otwierania drzwi, ale na nic zdały się moje próby. Winda zatrzymała się na dobre. Zauważyłam opcję pomocy technicznej, którą od razu postanowiłam wykorzystać, jednak skutki nie różniły się od reszty przycisków. Brak reakcji, kompletny brak reakcji. Z sekundy na sekundę coraz bardziej żałowałam jazdy windą. Kompletny idiota zamontował przyciski, na które nikt nie odpowiadał. Powoli dostawałam szału i histerii.
Dzwonek mojego telefonu obił się echem w pionowym tunelu. Komórka przypomniała o swoim istnieniu, z czego byłam zadowolona. Mając nadzieję, że dzwoni Cassie, odebrałam bez wahania połączenie.
- Wow, włączyłaś telefon - zaszczebiotałam - Świetnie, a teraz rozłącz się i zadzwoń po pomoc, bo utknęłam w windzie - oznajmiłam bez ogródek, ciesząc się z telefonu Cassidy.
- Witaj, Caitlin - usłyszałam w słuchawce ten sam zmodyfikowany głos, który męczył mnie dniami i nocami około ośmiu miesięcy temu.
- Kto.. kto mówi? - zawahałam się pytając.
Miałam pewne wątpliwości co do tożsamości tej osoby.
- Powinienem obrazić się za tak głupie pytanie - wydawał się być rozbawiony - Na pewno nie zdążyłaś o mnie zapomnieć - odparł wymijająco.
Zaczęłam dotykać kolejno każdego przycisku znajdującego się na panelu z nadzieją, że winda nareszcie ruszy. Ta krótka dyskusja przyprawiła mnie o wystarczającą ilość dreszczy na skórze. Chciałam za wszelką cenę wydostać się z tego malutkiego i ciasnego pomieszczenia, bo czułam, że nie jestem w nim bezpieczna.
- Och, skarbie - zawołał udając zasmuconego - Nie trudź się. Winda nie ruszy, dopóki tego nie zechcę.
Odsunęłam się od guzików. Zrobiłam kilka kroków w tył. Wysuniętymi do tyłu dłońmi szukałam poręczy bądź ściany, o którą mogłabym się oprzeć. Kiedy dotarłam na koniec windy, przylgnęłam ciałem do jednej z czterech ścian, nie mając w zamiarze wykonywać żadnego ruchu. W mojej głowie pojawiały się dziwne i przerażające wizje, które nasilały się z każdym kolejnym słowem nieznajomego, chcącego obudzić we mnie wszystkie lęki.
- Kim jesteś? Czego ode mnie chcesz? - pytałam, szukając po kątach kamer, aby sprawdzić czy osoba, która zatrzymała windę może mnie teraz widzieć.
- Może mi nie uwierzysz, ale... - mruknął, robiąc dłuższą pauzę - Jestem twoim cieniem - otworzyłam usta, kiedy jego szept obił się o moje uszy.
Wydałam z siebie cichy jęk. Odsunęłam komórkę od swojej twarzy. Zastygłam; nie mogłam nic powiedzieć, ani zrobić. Ta informacja wytrąciła mnie z równowagi.
- Ashton..
W momencie wypowiedzenia przeze mnie tego imienia, światło w windzie zgasło. Głośny krzyk wydobył się z mojego drobnego ciała, gdy maszyna zaczęła lecieć w dół niesamowicie szybko. Bicie mojego serca znacznie przyśpieszyło. Upadłam na ziemię, głową uderzając o podłogę. Na szczęście nie straciłam przytomności. Całym dźwigiem miotało, przez co nie potrafiłam utrzymać się w jednej pozycji. Winda zatrzymała się dopiero między kolejnymi piętrami. Chwilę później ruszyła w górę normalnym tempem. Odnalazłam telefon, który wypadł z moich rąk w trakcie nagłego ruchu windy. Ponownie przyłożyłam słuchawkę do ucha, wydzierając się histerycznie.
- To nie ty! Nie jesteś Ashtonem! - zarzuciłam - To niemożliwe!
- Wydaje ci się, że kogoś znasz, a potem... - przerwał chichocząc - Niespodzianka.
Serce mało nie wyskoczyło mi z piersi. W moich oczach pojawiły się łzy. Nie wierzyłam, nie chciałam wierzyć. Wydawało mi się, że gram w filmie, który określony został komedią, ale wcale nie bawił. Był swego rodzaju dramatem, mogłabym nawet rzec, że thrillerem o tragicznym zakończeniu, które nadchodziło małymi kroczkami. 
- Wypuść mnie - skapitulowałam i syknęłam przez zaciśnięte zęby.
Operator znowu zatrzymał dźwig. Miałam nadzieję, że zdecydował się mnie wypuścić, jednak to było kolejne zagranie mające na celu zniszczenie mnie psychicznie.
- Po co te nerwy? - zapytał rozbawiony; słyszałam jak zaciąga papierosem 
- Proszę, dość... - wybłagałam.
Winda stanęła, a po kilku sekundach osunęła się w dół z prędkością światła o kilka metrów. Piszczałam histerycznie i płakałam. Kręciło mi się w głowie, zaczynałam wyobrażać sobie, co wydarzy się później. Odnosiłam wrażenie, że spadam i za chwilę dobiję dna. Sufit zmiażdży moje ciało, którego zdjęcia tydzień później będą na okładkach gazet. Światło migotało, przez co zdawało mi się, iż pomieszczenie stawało się mniejsze. Ściany przysuwały się coraz bliżej, a ja nie miałam na to wpływu. Od śmierci dzieliło mnie tylko kilka minut. 
- Trafiłaś do gry, w której stawką jest ludzkie życie - powiedział, a strach przeszył moje ciało od stóp, aż po samą głowę - Wiesz, jesteś jednym z moich ulubionych pionków, Caitlin - wyznał.
Chłód muskał moją skórę. Temperatura uległa zmianie. Trzęsłam się z zimna, pomimo ciepłej marynarki oraz długich jeansowych spodni, które ubrałam. Wydawałam ciche odgłosy, przypominające nieświadome jęki. Brakowało mi tchu, dusiłam się. Nie byłam w stanie mówić, ani krzyczeć. Zaciągałam nosem, modląc się o cud, który wyratowałby mnie raz dwa. 
- Cz...cz...czego...ode...mn..mnie...chcesz? - wyjąkałam
- Dowiesz się - burknął - W swoim czasie.
Winda nareszcie odnalazła poziom minus pierwszy, a jej drzwi rozsunęły się tuż po zatrzymaniu. Przeczołgałam się przez wyjście, zalana łzami. Połączenie zostało zakończone przez nadawcę. Oparłam się o ścianę, łapiąc zachłannie powietrze do swoich ust. Zacisnęłam palce na kosmykach swoich włosów ciągnąc je w górę. Chciałam odczuć ból, który pozwoliłby mi zapomnieć o chaosie istniejącym w mojej głowie. Rozpłakałam się; beczałam jak małe dziecko. 
Usłyszeć jego głos było moim marzeniem. Nie sądziłam, że kiedykolwiek stanie się ono jawą, a moje sny ziszczą się w taki sposób. Przez tyle czasu walczyłam ze sobą, żeby normalnie żyć, cieszyć się codziennością, rozkoszować się blaskiem słońca, a teraz wracałam do przeszłości, którą próbowałam wyrzucić ze swojego umysłu, a także serca.
Będąc tam, wyobrażałam sobie uśmiech na jego twarzy; tą ogromną satysfakcję z zadawania mi tak silnych ciosów. Moje cierpienie wzmacniało go; sprawiało, że czuł się pewny.
Naciągnęłam na dłonie rękawy marynarki. Na samą myśl o żywym Ashtonie; ukrywającym się przez dobre sześć miesięcy na jakimś bezludziu, ogarniało mnie przerażenie. Czy mogłam wierzyć, że jest to kolejna pułapka, którą zastawił na mnie Logan? Być może w jego planach pojawiła się myśl zemsty, a teraz zdecydował się wcielić go w życie. Co, jeżeli przesłyszałam się i głos, który nawiązywał ze mną dialog tak naprawdę nie był zmodyfikowanym komputerowym głosem, którego używał Ashton podczas pierwszych rozmów ze mną? Moja wyobraźnia działała; słyszałam to, co chciałam usłyszeć, a w związku z tęsknotą słyszałam bzdury. Ponosiła mnie wodza fantazji; działy się rzeczy niestworzone - takie, w które nikt nie potrafiłby uwierzyć, nawet ja nie wierzyłam.
Ashton był zabójcą, ale nie wariatem. Nigdy nie zauważyłam problemów psychicznych, z którymi ten chłopak mógłby się zmagać. Skoro więc określałam go, jako całkiem zdrowego na umyśle; dlaczego postanowił mnie wplątać w jakąś grę? Jego zdolność manipulacji przewyższała resztę umiejętności, fakt, ale nie bawił się moimi uczuciami. Za każdym razem, kiedy nasza dwójka zbliżała się do siebie, widziałam coś nowego i świeżego; iskrę, która pozwalała mi wierzyć, że jest dobrym człowiekiem. Nie skrzywdziłby mnie, nie w taki sposób. Chyba, że robił to wbrew sobie.
Jeżeli jednak Ashton żył i był chory, oznaczało to kłopoty, sporo kłopotów. Jednym z nich byli jego przyjaciele, którzy przez sześć miesięcy zdecydowali się zmienić zawód z przestępców na aktorów. Mając rację, musiałabym przyznać, że spełniali się w swoich rolach, bo dzięki mojej naiwności, nie przyłapałam ich na kłamstwie. Żadnego nie dostrzegłam.
Do mojej głowy dobiegł ten sam głos, który słyszałam w komórce. Przypomniały mi się słowa, w których odnalazłam wskazówkę. Oczywiście, korzyści dla mnie nie było żadnych, gdyż stanowiła ona niebezpieczeństwo. Właściwie, zmusiła mnie do wstania i ruszenia w kierunku auta.
Jesteś jednym z moich ulubionych pionków, Caitlin.
To zdanie nacechowane większą grozą niż zatrzymanie windy nosiło w sobie klucz, który na moje szczęście w porę wykryłam. Pionków było więcej; pionków była masa; pionkiem była Cassie.
A Cassie nie odbierała telefonu, gdyż jej komórka była wyłączona.
Pędziłam autostradą, sprawnie wymijając przejeżdżające obok w dozwolonym tempie auta. Nie zwracałam uwagi na prędkość; nie miała ona żadnego znaczenia, kiedy chodziło o życie mojej najlepszej przyjaciółki. Ciągle próbowałam dodzwonić się do Cassie, telefonując również do Will'a. Liczyłam na jego pomoc; był policjantem, a w dodatku sprawa Cienia znajdowała się w jego rękach. Żadne z nich nie odbierało ode mnie połączeń. Wybrałam więc numer alarmowy, który kierował rozmowę na sekretariat komisariatu w Sydney.
- Theresa? - spytałam dla pewności, słysząc damski aksamitny głos; dziewczyna przytaknęła - Możesz zawołać Will'a?
- Przykro mi, Cait, ale nie ma go - odpowiedziała normalnym tonem.
- Kiedy wróci? - dopytywałam, spoglądając to na drogę, to na zegarek; ścigałam się z czasem, którego było mało, za mało.
- Skończył swoją zmianę jakieś dwie godziny temu - poinformowała Theresa, w odpowiedzi dostając mój krzyk wyrażający zaskoczenie.
- Mówił mi, że jego zmiana trwa do siedemnastej, patrole, biurokracja i dodatkowa robota - powiedziałam zdumiona.
- Codziennie wychodzi o tej samej godzinie, od razu po swojej zmianie - wyjaśniała mi Theresa, jakby wiedziała, że nie dotarło do mnie żadne jej słowo. Will dzień w dzień przychodził do mnie o późnej porze tłumacząc się pracą. Gdzie on do jasnej cholery podziewał się po południu?
Pożegnałam się z Theresą, a potem nacisnęłam czerwoną słuchawkę. Nie zrezygnowałam ze swojej natarczywości i uporczywie starałam się nawiązać kontakt z Cassie. Po trzydziestu wykonanych połączeniach i dwudziestu minutach później, dziewczyna włączyła swoją komórkę i oddzwoniła.
- Teasel, ja rozumiem, że mnie uwielbiasz, ale żeby dzwonić trzydzieści razy? To już podchodzi pod stalking. Nie, nie umówię się z tobą, biseksualizm mnie nie pociąga. - uspokoiłam się, słysząc ten nudnawy, przepełniony sarkazmem głos przyprawiający o białą gorączkę.
- Cassidy McGie, gdzie jesteś?! - wydarłam się.
- Czemu pytasz?
- Muszę się z tobą zobaczyć, jak najszybciej, to ważne - starałam się wyjaśnić swoją natarczywość w skrócie.
- Może być z tym maleńki problem... - w jej głosie pojawiła się wątpliwość.
- Bo? - zacisnęłam palce na kierownicy mocniej, a strach w moim ciele wzrastał. Bałam się, że Cassie jest w niebezpieczeństwie; dzieje się coś złego o czym nie chce lub nie może powiedzieć. Mamrotała coś pod nosem, wahała się. Nawoływałam kilkakrotnie jej imię, czekając na odpowiedź. Nieświadomie, dociskałam stopą pedał gazu. Przyzwyczaiłam się do szybszej jazdy. Pojedyncze drzewa, znaki oraz budynki pojawiały się, a po chwili znikały z zasięgu mojego wzroku. Po raz pierwszy jechałam tak szybko, siedząc na miejscu kierowcy. Łamanie zasad nie wydawało się wcale straszne.
- Cassie! - krzyknęłam popadając w paranoję. Ashton mógł przystawiać jej broń do głowy; Logan mógł siedzieć tuż obok z nożem przy jej tętnicy lub ktoś inny mógł właśnie próbować ją skrzywdzić. Któryś z przestępców zabronił jej mówić, chciał przedłużyć rozmowę, zażądać okupy czy cokolwiek.
- Jestem w Hurstville - oświadczyła, a ja automatycznie puściłam wszystkie pedały w samochodzie, naciskając na hamulec. Auto stanęło w poprzek na środku skrzyżowania. Każdy z kierowców znajdujących się w pobliżu uderzył w klakson, a ostry dźwięk kilkunastu alarmów całkowicie mnie zagłuszył. - Caitlin, w porządku? Co się stało? - pytała zmartwiona, słysząc odgłosy miażdżące bębenki w uszach.
- Pod żadnym pozorem nie mów o tej rozmowie nikomu - warknęłam - Uważaj na chłopaków, będę tam jak najszybciej. Gdyby cokolwiek się działo, uciekaj - poinstruowałam, rozłączając się.
Z piskiem opon ruszyłam w przeciwną stronę do tej, którą pędziłam poprzednio. Obrałam zupełnie inny kierunek. Tabliczka umieszczona przy drodze, którą jechałam prowadziła mnie do Hurstville. Włączyłam dodatkowo nawigację, pokazującą mi wszelkie możliwe skróty. Sprawdziłam w torebce, czy wciąż mam w niej pistolet. Znalazłszy broń, ułożyłam ją na wierzchu. Byłam przygotowana na wszystko, nawet na spotkanie z trzema chłopakami, którzy planowali skrzywdzić mnie i moją przyjaciółkę.
________________________________________________________
Chyba nie mam nic do dodania.
Na blogu jest burdel. Jutro postaram się to ogarnąć, obiecuję.
Przepraszam, że dziś litanii ode mnie nie będzie, ale jestem zmęczona, zła, smutna i jedyne na co było mnie stać, to wrzucenie dla Was tego rozdziału.
Trzymajcie się ciepło, kocham Was.
Do piątku.


ps. W aktualnościach macie napisane o której i kiedy pojawia się rozdział, więc proszę Was.... po prostu to sprawdzajcie, nie pytajcie mnie o to, bo takie pytania denerwują, zwłaszcza jeśli odpowiedź znajduję się na blogu.