piątek, 10 października 2014

Rozdział 9

Nie wjechałam na teren posiadłości; dystans, który pojawił się między mną, a tym miejscem nie zezwolił na śmiałe ruchy. Minęło sporo czasu; dokładnie sześć miesięcy temu ostatni raz moja noga stanęła na tym terenie. Nie miałam odwagi zjawić się tutaj po śmierci Ashtona. Miasteczko nas połączyło, przez co przebywanie w willi było większym ciężarem; takim, którego nie mogłam znieść.
Wysiadłam z auta, zabierając ze sobą rzeczy. Trzasnęłam drzwiami, jednak nikt na pewno tego nie usłyszał; z otwartych okien wypadała głośna muzyka. Zdziwił mnie fakt, że zamiast piosenki American Idiot czy jakiejkolwiek innej z repertuaru zespołu Green Day usłyszałam bity przypominające R&B. Wewnątrz musiało dziać się coś naprawdę przerażającego, bo żaden z chłopaków nie gustował w tego typu piosenkach, Cassie także. Możliwe, że przyjaciele Cienia próbowali zagłuszyć krzyki mojej przyjaciółki utworem Beyonce.
Przeszłam przez furtkę. Każdy mój krok stawał się coraz wolniejszy, jakby ktoś dokładał mi kamienie do niewidzialnego plecaka, umieszczonego na moich plecach. Im bliżej byłam drzwi, tym więcej wspomnień pojawiało się w moich myślach, zadając mi ciosy tnące niczym najostrzejszy nóż. Obojętnie jaka rana pomimo swej starości wydawała się taka aktualna. Kłótnie, żarty, jego dotyk, uściski, płacz i wrzaski siedzące w mojej głowie i powracające w najmniej odpowiednim momencie odnawiały blizny, które zgodnie z regułą miały się zagoić.
Położyłam dłoń na klamce drzwi. Odgarnęłam kosmyki włosów, które rozwiał wiatr z mojej twarzy. Grałam na czas, przyznaję. Strach przed wejściem do tego domu roznosił się po całym moim ciele, przejmując nad nim kontrolę. Słyszałam spanikowane głosy w mojej głowie, które błagały, abym zawróciła. Tak działała właśnie moja podświadomość. Nic dziwnego, że nie mogłam spać spokojnie, skoro przez dwadzieścia cztery godziny żyłam w stresie.
Pociągnęłam klamkę w dół, ale powstrzymałam się przed otwarciem drzwi, kiedy przed moimi oczami stanął Ashton. Wyobrażałam sobie stojącego w progu blondyna, witającego swoim szarmanckim uśmiechem i obejmującego mnie na przywitanie. stoi w progu. Oczywiście była to jedynie moja wyobraźnia, bo prawdziwy Ashton Irwin nigdy by się tak nie zachował lub przynajmniej nie dał mi powodów, abym miała na to pewną nadzieję.
Nie wiedziałam czy chcę znowu witać ściany, które były świadkami każdej odbytej kłótni w tym domu; czy chcę oglądać porysowane szafki, na których rozbijały się wazony z powodu agresji domowników; czy chcę, aby moje nogi stanęły na podłodze, którą kiedyś zdawało mi się lubić.
Otworzyłam drzwi po parunastu minutach czekania, gdy skupiłam swoje myśli wokół biednej Cassie. Ona była najważniejsza.
Muzyka dochodząca z głośników, uderzyła prosto w moją twarz niczym ryk potężnego lwa. Zacisnęłam powieki, krzywiąc się. Z grymasem na twarzy ruszyłam dalej. Starałam się nie zwracać uwagi na ostry zapach świeżej farby, który po jednym wdechu podrażnił moje nozdrza. Podłoga skrzypiała, nic nadzwyczajnego; nie wymieniano paneli od dawna. Ten dość znajomy dźwięk jednak oddziaływał na mój umysł i przypominał o chwilach, które chciałam pogrzebać w pamięci. Przechadzałam się korytarzem, którego ściany niegdyś pokryte były graffiti. Teraz lśniące beżowe ściany niemalże oślepiały. Nie sądziłam, że kiedykolwiek ten dom przejdzie remont. Ashton dbał o tą starość, ale najwyraźniej chłopcom nie przypadła ona do gustu.
Wspięłam się po schodach na piętro, skąd dochodziły śmiechy. Na podłodze zauważyłam poruszające się cienie. Uniosłam głowę, a mój wzrok skierował się ku uchylonym drzwiom. Ścisnęłam pistolet, który miałam w dłoni i ukryłam go za plecami. Popchnęłam drzwi, będąc przekonaną, że zobaczę coś, co zmrozi krew w moich żyłach.
Otworzyłam usta i mało nie wypuściłam z ręki pistoletu. Cassie siedziała na kolanach Luke'a, uśmiechając się zalotnie. On natomiast odpowiadał jej tym samym, sącząc piwo. Jego ręka spoczywała na biodrze brunetki, a to mówiło samo za siebie. W innej sytuacji wściekłabym się, ale to nie był widok, który zdziwił mnie najbardziej.
Widziałam Caluma w każdej możliwej wersji, a tego dnia zobaczyłam ostatnią. Miałam okazję podziwiać go całkiem nagiego, wściekłego, ironicznego, zabawnego i obojętnego. Nie sądziłam, że kiedyś będę oglądać jego występ z utworem Beyonce. Co prawda powiedział mi podczas porwania, że zdoła dać koncert, ale nie myślałam, że ta obietnica ujrzy światło dzienne. Stałam nieruchomo, patrząc na poruszającego biodrami Caluma w rytm piosenki Single Ladies. Podskakiwał na palcach, kręcił tyłkiem i głośno śpiewał. Prawdopodobnie, gdyby miał piersi, trząsłby nimi na lewo i prawo. 
- All the single ladies! - krzyczał i machał dłonią tak, jak jest to ukazane w teledysku do utworu - Now put your hands up!
Złapałam się za głowę. Poważny gang? GANG?! Oni nie mieli nic wspólnego z czarną robotą! To było niemożliwe! Zachowywali się poniżej krytyki, jak szczeniaki w wieku piętnastu lat. Nie pojmuję, jakim cudem ktokolwiek traktował tych gnojków poważnie i bał się, kiedy kroczyli ulicami Sydney? Zapewne nie widzieli popisów wokalnych jednego z członków grupy. Tak, to zdecydowanie była przyczyna tych obaw.
Luke oraz Cassie wpatrywali się w Caluma niczym w obrazek. Byli prawdziwymi widzami, lojalną publiką. Nie dostrzegłam w pomieszczeniu Michaela. Widocznie chłopcy nie pokłócili się o błahostkę, a Clifford postanowił zamieszkać gdzieś indziej. Zazwyczaj nie opuszczał willi, więc jeżeli nie znajdował się w innym pokoju, wyprowadził się. 
Podeszłam do gniazdka, w którym mieścił się kabel od wieży. Wyciągnęłam go, a muzyka natychmiast ucichła, zostawiając po sobie jedynie oburzenie słuchaczy i gwiazdy przedstawienia. Twarze zwróciły się w stronę sprzętu muzycznego, gdzie również stałam ja. Wysunęłam zza pleców broń i wycelowałam ją w Caluma, podchodząc bliżej. Scena komiczna w mgnieniu oka zmieniła się na tragiczną. Cassie pisnęła w obawie, że wystrzelę, a Luke wstał z miejsca. Calum natomiast nie ruszał się; nie uniósł rąk; broń nie zrobiła na nim wrażenia. Patrzył na mnie obojętnie, jakby nie wierzył w moje możliwości.
- Caitlin, zwariowałaś?! - wydarł się Luke.
- Gdzie. On. Jest. - zaakcentowałam każdy wyraz, oczekując jasnej odpowiedzi.
- O czym ty mówisz? - wydarł się, widząc w moich oczach determinację. Czuł, że jestem gotowa wystrzelić pocisk, który nawet nie istniał. Widok wystraszonego Luke'a był jednak satysfakcjonujący i nie pozwalał mi na zakończenie tej całej szopki, którą zdecydowałam się urządzić.
- Dobrze wiesz o kim mówię, Hemmings - warknęłam, nie spuszczając wzroku z ciemnowłosego chłopaka, w którego właśnie celowałam. Calum stał niewzruszony sytuacją i faktem, że pistolet jest skierowany właśnie ku niemu. Zdawało się, że w jego głowie już od pewnego czasu widniała wizja wściekłej Caitlin Teasel, dziewczyny tracącej kontrolę pod wpływem emocji i ściskającej w dłoni rewolwer. Prędzej czy później poznałabym prawdę, a on był prawdopodobnie jedynym, który to przewidział. - Jest z Michaelem tak? Kiedy wracają? - dopytywałam, chcąc brzmieć grzecznie, ale gniew nie odpuszczał - Gadać! - wrzasnęłam, a później potrząsnęłam nerwowo bronią, dając tym samym znak, że jestem gotowa do pociągnięcia za fałszywy spust.
- Caitlin, słuchaj... - wtrąciła Cassie; wciąż zajmowała miejsce na kanapie, jakby nie mogła się ruszyć. Jej dłonie drżały, a oczy kłębiły w sobie wiele wątpliwości oraz strachu. Uznała mnie za wariatkę; w jej toku rozumowania pewnie postradałam zmysły, ale nie. Ja byłam w stu procentach zdrowa. To, co działo się wokół mnie było chore.
- Nie! - zaprotestowałam - Chcę wiedzieć, gdzie do cholery jasnej chowa się ten pieprzony dupek zwany...
Urwałam, gdy poczułam dłonie na swoich biodrach. Osoba stojąca za mną, przysunęła mnie gwałtownie do siebie, a następnie zablokowała możliwość jakiejkolwiek walki poprzez chwycenie mojej wolnej ręki. Duża dłoń oplotła mój nadgarstek, przysuwając moją rękę do klatki piersiowej. Następnie, zajął się bronią.
- Raz - powiedział cicho Michael, brzmiąc spokojnie. Wykrzywił moją rękę, pozostawiając na skórze czerwony ślad. - Dwa - Z łatwością pozbawił mnie pistoletu. Zwolniłam uścisk czując ból, a wtedy wyjął broń z mojej dłoni. - I trzy - obrócił atrapę rewolweru między palcami, a potem rzucił w stronę Caluma. Ten przyjrzał się narzędziu dokładnie. Ledwo zauważyłam uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, gdy zorientował się, że jego podejrzenia są jak najbardziej trafne.
- Gaz - prychnął - Takie typowe, Teasel - burknął, patrząc na mnie z wyższością.
- Mało nie dostałem zawału! - krzyknął Luke, mając w zamiarze zganić mnie za cały spektakl, który zainicjowałam.
- Pytam ostatni raz - ostrzegłam. Cała moja szczęka drżała tak, jak zazwyczaj drży podczas zimy, gdy temperatura jest za niska według mojego organizmu. Pierwszy raz zdarzyło mi się, abym była zdenerwowana do tego stopnia. - Gdzie jest do cholery Ashton Irwin?!
- Podejrzewam, że pod ziemią - odparł Calum - Wątpię, żeby wyszedł bo musiał sobie zwalić albo zaliczyć szybki numerek.
- Masz mnie za idiotkę?! - zapytałam pretensjonalnie.
- Tak - wzruszył ramionami, siadając na fotelu - Bo wiesz... w tym świecie zombie nie istnieją, a sugerujesz, że mój przyjaciel jest zombie. Czy ty uważałabyś kogoś, kto twierdzi, że umarlaki wychodzą z grobu za osobę normalną?- zapytał powodując wrzenie krwi płynącej w moich żyłach. Zacisnęłam pięści powstrzymując każdy możliwy organ od przywalenia temu bałwanowi prosto w tą wesoła buźkę. Zachowanie Caluma stawało się przereklamowane, wręcz nudzące i działające na nerwy.
- Bardzo śmieszne - fuknęłam, odwracając wzrok.
- Nie, to nie jest śmieszne - odpowiedział Hood, a wtedy było wiadome, że dąży do czegoś większego niż zwykła przelotna dyskusja - To jest żałosne.
- Precyzuj - dałam się sprowokować - Co takiego jest żałosne? Fakt, że nie daję sobie wmawiać bzdur? - skrzyżowałam ręce na piersiach.
- Fakt, że wierzysz w bzdury. Jesteś tak bardzo naiwna, że nawet pozwalasz sobie myśleć, iż Ashtonowi na tobie zależało. Oświecę cię, nie zależało. - zakomunikował - Możesz więc ruszyć już dalej ze swoim chłopakiem psem, tworzyć tą przeklętą sielankę o której takie słodkie idiotki do których się zaliczasz marzą i skończyć robienie z siebie wielce poruszonej śmiercią Cienia - oznajmił.
- Calum... - próbował powstrzymać go Luke, natomiast ja, Michael oraz Cassie patrzyliśmy na ciemnowłosego, który prawie dosłownie pluł jadem.
- Stul pysk, Hemmings - zgasił go, a później wrócił do mnie i kończył swój monolog - Byłaś tylko przypadkową osobą, Caitlin. Smutne, ale prawdziwe.
- Dość - przerwałam mu.
- Ashton nigdy nie leciał na takie fałszywe płaczki. Na jego miejscu dałbym się nawet zabić, aby uwolnić się od ciebie, bo śmierć jest chyba na to jedynym sposobem.
Nie wytrzymałam. Puściły mi nerwy.
Wystarczyło kilka słów, aby wyprowadzić mnie z równowagi. Parę zdań wypowiedzianych przez Caluma Hooda sprawiło, że do moich oczu napłynęły łzy, a serce nie mogło znieść bólu, który właśnie odczułam.
Pięścią uderzyłam w policzek Caluma z całej siły, jaka została w moim ciele. Nie wahałam się, a wyrzutów sumienia jakoś zbrakło. Należało mu się, za każde słowo, które padło z jego ust. Właściwie, to była mała kara, bo zasłużył na wiele więcej.
Zapadła cisza.
Głowa Caluma przekręciła się w prawo pod wpływem uderzenia. Cios był silny, w przeciągu minuty fragment policzka zaczerwienił się, a z wargi popłynęła krew. Za pomocą pierścionka, który nosiłam na palcu rozcięłam Calumowi usta. Nie zrobiło mi się przykro, w żadnym wypadku. Czułam złość, która nie chciała opuścić mojego ciała. Byłam wściekła, urażona i rozczarowana. Nie spodziewałam się, że ten chłopak nienawidzi mnie do takiego stopnia.
Jego oczy pociemniały. Oblizał usta, a czerwona plama wylewająca się spod rozcięcia zniknęła na kilka sekund. Zwrócił swój pełen chłodu wzrok ku mnie i gapił się przez moment, jakby chciał zmusić mnie do przeprosin. Ogarnął mnie niepokój. Nie miałam pojęcia co Calum sobie myśli, ani co wydarzy się za kilka minut. Zdążył przekonać mnie, że jest zdolny do wszystkiego, nawet do agresji, której jeszcze świadkiem nie byłam. Widziałam rozgniewanego Ashtona, a to wystarczyło, aby sądzić, iż Calum może być bardziej przerażający. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała nerwowo. Stał się gorący, na tyle, że mogłam wyczuć jego rozgrzane ciało nie dotykając go. Zrobiło się cicho, ponuro i niebezpiecznie. Słyszałam jedynie jego głośny oddech.
Ciemnowłosy zrobił krok do przodu. Opuścił głowę i patrzył na swoje nogi, które przygotowywały się do przejścia dłuższego dystansu. Ruszył, ale zatrzymał się przy mnie. Jedna noga została w tyle, co oznaczało, że nie zależało mu na dialogu. Chciał tylko dodać parę zdań na pożegnanie. Patrzył w przestrzeń; możliwe, że w ścianę znajdującą się za moimi plecami. Jego usta znajdowały się blisko mojego ucha. Nie szeptał; było mu obojętne, czy reszta usłyszy to, co chciał przekazać. Miał tylko nadzieję, że wiadomość dojdzie do moich uszu, a następnie pozostanie w mojej pamięci.
- Przyjdzie dzień, w którym sama przyznasz mi rację - mruknął, po czym skierował się do wyjścia, uderzając wcześniej ramieniem o mój bark. Otworzyłam usta ze zdziwienia, nie rozumiejąc co Calum miał na myśli.
W pomieszczeniu rozbrzmiał niosący się echem trzask. Hood opuścił pokój, zostawiając nas całkiem rozkojarzonych i zaskoczonych całą sytuacją. Nikt nie spodziewał się wybuchu żadnej ze stron. Calum zazwyczaj tłumił swoje opinie w swojej głowie, natomiast ja... nie należałam do osób burzliwych.
Nagle wrócił ból. Tak ogromne cierpienie z powodu kilku słów, wypowiedzianych nieświadomie. Zupełnie nieprzemyślane zdania wyrządziły krzywdę, której nie zapomnę tak łatwo.
Michael chwycił moją dłoń, gdy zobaczył, że nie mogę powstrzymać ogarniającego mnie smutku. Przyciągnął mnie do siebie, pozwalając wypłakać się na jego ramieniu.
- Nie przejmuj się, Caitlin... - szepnął Michael - Calum ciężko znosi brak Ashtona.
- Nie tylko on - prychnęłam.
- To jego gorszy dzień - wtrącił Luke - Wiem, że może to nie najlepszy moment, ale dlaczego stwierdziłaś, że Ash żyje? - dopytywał blondyn.
- Zadzwonił do mnie ktoś używający tego samego programu do mutacji głosowej - odpowiedziałam ocierając łzy - Przedstawił się jako Ashton.
Hemmings uniósł brwi, patrząc na mnie pytająco. Przygryzł wargę i przeczesał swoje włosy palcami, zastanawiając nad żartem, którego padłam ofiarą. Potraktował sprawę dość poważnie; postanowił się zająć tym fantem. Poprosił mnie o szczegółową opowieść, która trwała około dwudziestu minut. Potem zostałam wypuszczona na wolność.
Szłam w stronę schodów, aby jak najszybciej opuścić dom, ale mój kierunek szybko uległ zmianie, kiedy ujrzałam uchylone drzwi prowadzące do pokoju rodziców Ashtona. Muzyka znów zaczęła grać, a Luke, Cassie oraz Michael znajdowali się wewnątrz pomieszczenia, z którego dochodziła melodia. Skorzystałam z okazji i naruszyłam po raz drugi prywatność Ashtona, wchodząc do zakazanej sypialni.
Nic się nie zmieniło. Ściany były w tym samym kolorze, meble na swoim miejscu, łóżko zaścielone w identyczny sposób. To miejsce przypominało zabytek, który możesz oglądać, jednak nie wolno ci niczego dotknąć. Stało nienaruszone, prawdopodobnie od śmierci ojca Ashtona i wyprowadzki jego matki. Popatrzyłam na wystawione zdjęcia po raz ostatni, bo zdecydowałam, że nigdy więcej moja noga nie stanie w willi.
Już miałam wychodzić, gdy moją uwagę przykuła pewna mała różnica. Jedna szuflada była wysunięta, czego przedtem nie zauważyłam. Wystawały z niej kartki papieru. Nie mogłam powiedzieć, że ta sprawa nie rozbudziła mojej ciekawości.
Wyjęłam dokumenty, a później usiadłam na podłodze i rozpoczęłam szybką analizę. Informacje dotyczyły niejakiej Anne Marie. Znalazłam jej adres, który na wszelki wypadek zapisałam, gdyż mógł mi się przydać. Wywnioskowałam z lektury, że była ona matką Ashtona. Razem z jego ojcem zbudowali ten dom, a potem zamieszkali w nim. W dokumentach zamieszczono sporą ilość wiadomości z życia Anne Marie, a także jej rodziny. Dopiero po przeczytaniu poszczególnych elementów, którymi zostały oddzielone informacje zrozumiałam czym były te papiery.
Kartą pacjenta.
Wystarczyła sama nazwa, żebym stała niczym osłupiała i nie dowierzała własnym oczom. Matka Ashtona nie należała do osób zdrowych, jednak ten fakt nie zaskakiwał tak, jak dalsza treść. Kobieta oszalała; zwariowała, gdy dowiedziała się, że jej syn jest członkiem gangu i zabił własnego ojca, chociaż mijało się to z prawdą.
Sprawozdanie wprawdzie wystarczało, żeby upuścić kartki w akcie przerażenia, ale wyśledziłam inny, gorszy powód, który spowodował ten ruch.
- Została zamknięta w Macquarie Hospital... - wyszeptałam, a dokumenty runęły na ziemię.
- Caitlin?
Zaklęłam.
Michael.
Odwróciłam się na pięcie ze skwaszoną miną. Już wymyślałam dobrą wymówkę. Kartki leżały na komodzie, zauważyłam imię Ashtona i takie tam. Nie należałam do dobrych kłamczuch, więc nawet nie próbowałam. Mike od razu przejrzałby mnie, a później skarcił za wciskanie słabych bredni.
- Masz mnie... - poddałam się na samym początku, zanim pogorszyłabym swoją sytuację - Matka Ashtona jest w psychiatryku? W dodatku w North Ryde?
- Już nie - Clifford również opuścił broń i zdecydował się uchylić rąbka tajemnicy - Wypisała się na własne życzenie na wieść, że Ashton nie żyje.
- Dlaczego? Wyleczyli ją?
Pokręcił przecząco głową.
- Nie stwarzała niebezpieczeństwa dla otoczenia, a lekarze stwierdzili, że jej stan się polepszył, jednak pewne elementy choroby nie miną.
- Jakie elementy?
- Mówi, że widzi się z Ashtonem - oznajmił - Nawet po jego śmierci.