poniedziałek, 19 stycznia 2015

Rozdział 21

muzyka: klik


Jeśli szczęśliwe zakończenia kiedykolwiek znalazłyby swoje istnienie, korzystałabym właśnie z przepięknej pogody opanowującej Sydney, spędzając czas ze swoim ukochanym księciem.
Ale moje życie to niestety nie bajka, a szczęśliwe zakończenia nie istnieją, nie tutaj.
Minął tydzień. Pełne siedem dni, odkąd dowiedziałam się, że Ashton żyje. Co robiłam w tym czasie? Jak toczyły się moje losy? Oto odpowiedź. Moje życie lub ja zatrzymaliśmy się, pogrążając w ciszy, która zastąpiła rozmowy oraz czynności życiowe. Milczenie stało się moją nową przyjaciółką, która nie chciała mnie opuścić nawet na krok. Powinnam być szczęśliwa, że posiadam tak lojalnych przyjaciół czy może nie?
Siedziałam na podłodze, każdego dnia w tym samym miejscu. Uznałam to za rytuał. Gdyby nie fakt, że jakoś udało mi się stawać na nogi, aby znaleźć w prawie pustej lodówce cokolwiek do jedzenia, pewnie już leżałabym na ziemi martwa.
Na mojej skórze po trzech dniach przestały pojawiać się dreszcze z powodu zimnej terakoty. Mój organizm przyzwyczaił się do temperatury panującej w mieszkaniu. Nie przeszkadzał mi smród zmieszany z unoszącym się w domu powietrzem. Nie obchodziło mnie, skąd dochodził. Jakbym nie miała lepszych zmartwień; niestety miałam.
Przeziębiłam się, jeżeli chodzi o minusy całej tej mojej terapii szokowej, czy jak w ogóle mogłam nazwać siedzenie w jednym miejscu i wgapianie się w ścianę naprzeciwko. Ślęczałam na dnie, próbując odnaleźć siebie, a także powody, dla których powinnam wyjść z tego bagna. Wyobrażałam sobie, jak stoję na Time Square w Nowym Jorku. Ktoś biegnie do autobusu, ktoś pędzi do pracy, a ktoś inny po prostu przechodzi nie zwracając na mnie uwagi. Ludzie mnie mijają, skupiając się na sobie, bo u nich czas biegnie, natomiast mój zegarek w pewnym momencie zatrzymał się, jakby jego bateria wysiadła. A więc stałam, a oni szli zachowując się, jakbym była niewidzialna.
Kalendarz wskazywał środę, chociaż był czwartek kolejnego tygodnia. Właśnie w czwartek coś się zmieniło. Wstałam, a potem zebrałam resztki jedzenia z podłogi. Przeszłam chwiejnym krokiem do kuchni, odnalazłam śmietnik, gdzie zostawiłam jedzenie. Zaczęłam sprzątać. Sama do końca nie wiedziałam dlaczego to robię, ale potrzebowałam zmiany. Świat nadal był mi obojętny, wciąż milczałam i nie chciałam nikogo widzieć. Telefony urywały się. Znajomi z pracy, ciotka, Cassie, nieznane numery, a także zastrzeżone, których było najwięcej. Zgadywałam, że Ashton szukał kontaktu. W desperacji ukrył swój numer licząc, że tym razem odbiorę i zgodzę się na rozmowę.
Nie odpowiedziałam na żadną wiadomość. Zgrywałam osobę niedostępną; taką, która nie istnieje. Nikt mnie nie widział, a jedynie o mnie słyszał. Zabawne, jak szybko zmieniłam się z osoby rzeczywistej na fikcyjną w teorii.
Przez kilka dni zastanawiałam się, czego wszyscy ode mnie oczekują? Nie potrafiłam przyjąć Ashtona z otwartymi ramionami. To tak, jakby wbił mi nóż w plecy mówiąc „przepraszam, nie chciałem”, a ja odpowiedziałabym wtedy „nie szkodzi, nic się nie stało” albo jakbym dała mu drugą kulę do postrzelenia mnie, ponieważ za pierwszym razem chybił. Widząc jak umiera, przez moją głowę przeplatała się masa myśli. Byłam zagubiona, zrozpaczona i martwa psychicznie. Próbowałam się odbudować, odnaleźć, a gdy rozpoczęłam wspinaczkę on wrócił i zepchnął mnie ponownie na dno.
A ja nie umiałam się odbić, bo nie dane mi było uciec. Zamknięto mnie w tym świecie, niczym w pokoju bez drzwi czy okien. Wspomnienia mnie atakowały, Ashton wydzwaniał wraz z przyjaciółmi, a temat nie cichł.
Ale taki właśnie był Ashton. Pojawiał się, po czym znikał zostawiając tylko wydarzenia tkwiące w pamięci. Nieprzewidywalny, niemądry, pochopny i cwany. Nie pasował do mnie, a ja nie pasowałam do niego. Dlatego nasze drogi nie splotą się w żadnym wypadku.    
Czasami pocieszałam się myśląc o całym swoim życiu, jak o śnie z którego nie potrafiłam się wybudzić. To niosło ze sobą ulgę – krótką, ale potrzebną. Brakowało mi sił, aby w duchu krzyczeć; wydzierać się mając nadzieję, że usłyszy mnie świat.
Aż pewnego dnia przestałam szukać rozwiązań. Usiadłam na kanapie, podkuliłam nogi, a głowę oparłam na kolanach. Spoglądałam w ekran wyłączonego telewizora. Zaczęłam nucić. Wydałam z siebie na nowo dźwięki, które spowiły w pewnym stopniu otaczający mnie mrok. Nuciłam kołysankę. Piękną, spokojną, przynoszącą uśmiech na ustach. Tą samą, którą śpiewała mi mama, kiedy miewałam koszmary lub nie mogłam spać. Postanowiłam wrócić do tych wspomnień, bo one dodawały mi sił. Pomimo braku matki obok siebie, czułam jej bliskość i to, jak na mnie patrzy. Dzięki niej nie upadałam, chociaż ochota na poddanie się przychodziła często.
Znajdowałam się w potrzasku. Potrzebowałam siły – czegoś, co odbiłoby mnie od dna. Musiałam wziąć się za siebie, zanim byłoby za późno. Na tej półkuli wciąż istnieli ludzie, którym na mnie zależało. Ciotka na pewno nie chciałaby widzieć mnie w takim stanie, a ja nie zamierzałam umierać na jej oczach, ani duchowo, ani cieleśnie.

~*~

Dzwonek do drzwi rozbrzmiał w mieszkaniu. Opierając dłonie na blacie kuchennym przy którym siedziałam, wstałam, a później skierowałam się powoli do przedpokoju. Uchyliłam drzwi, ale widząc rękę pokrytą tatuażami natychmiast popchnęłam je do przodu, aby znowu się zamknęły. Nie miałam szans z Ashtonem, który zdeterminowany odepchnął kawał drewna i wparował do pomieszczenia, jakby do swojego własnego lokum ogłaszając, że musimy porozmawiać. Prychnęłam, przytrzymując drzwi. Wskazałam palcem na wyjście, dając mu do zrozumienia, że nie jestem w nastroju, aby dyskutować z nim na jakikolwiek temat. Ale on  jak zwykle był nieugięty. Chwytając mnie za łokieć, przeciągnął mnie przez korytarz do salonu. Nie siliłam się na protest doskonale wiedząc, że na nic to się nie zda. Usiadłam więc na kanapie, czując niejaką ulgę, kiedy uścisk jego dłoni rozluźnił się.
- Nie odzywałaś się przez siedem dni, nie zjawiałaś się w pracy, Caitlin, zwariowałaś?! - wydarł się, stojąc nade mną.
Rozsiadłam się na kanapie, spoglądając na blondyna spode łba.
- Szczerze mówiąc, chyba tak i chętnie skorzystam z leczenia - odparowałam - Skoro już dostałeś swoją odpowiedź, wynocha - warknęłam.
- Posłuchaj mnie – poprosił błagalnym głosem. Podszedł do mnie i już siadał, ale wstałam i odsunęłam się.
- Nie, to ty mnie posłuchaj Ashton - powiedziałam oschle - Masz dwie minuty, żeby zejść mi z oczu albo dzwonię na policję i opowiem im o twoich najściach, zarówno dzisiejszym jak i pozostałych.
- Myślisz, że wcześniej cię nachodziłem? – spytał unosząc brwi.
- A kto inny? Nie ma świąt, żeby Mikołaj to robił – ironizowałam.
- Widzieliśmy się tylko raz, po imprezie w barze - oznajmił.
- A więc po to wróciłeś, żeby sprawdzić kto zajmuje twoje miejsce i robi sobie ze mnie żarty? – zaśmiałam się, patrząc na niego z politowaniem.
- Caitlin, nie żartowałem sobie z ciebie!
- Mam dość twojego widoku, wyjdź.
- Hej! – zawołał – Nie rozumiesz, że się martwię? To, że nie widzisz mojego przerażenia i zdenerwowania wcale nie oznacza, że go nie ma!
Pokręciłam głową, rezygnując z dalszej konwersacji. Machnęłam ręką, a potem skręciłam w stronę kuchni w celu zrobienia herbaty i odnalezienia tabletek uspokajających, gdyż czułam jak w moim ciele zaczyna robić się gorąco.
- Wysłuchaj tego, co mam ci do powiedzenia! - krzyknął - Musisz być taką cholerną ignorantką?!
- Co takiego?! - pisnęłam oburzona.
Odwróciłam się na pięcie, piorunując Irwina wzrokiem. To niewiarygodne, że nachodził mnie, niszcząc moje zdrowie, a dodatkowo mnie krytykował. Sam sprawił, że nie chcę na niego patrzeć.
- Zrobiłem to dla ciebie! – krzyknął, powstrzymując mnie przed monologiem – Chciałem, żebyś była bezpieczna niezależnie, jaką niosło to za sobą cenę. Fakt, nie wybrałem najlepszego pomysłu, ale mam wielu wrogów, którzy chcieliby skrzywdzić bliskie mi osoby – odparł – Każdy myśli, że nie żyję więc mój temat cichnie.
Ashton westchnął po skończonej przemowie, przyglądając się mi oraz mojej reakcji. Wyczekiwał odpowiedzi, ale odebrało mi mowę. Patrzył na mnie ze smutkiem, a to nie pozwalało mi na racjonalne myślenie. Znowu mieszał w mojej głowie. Nie byłam pewna, czy kłamie. Nie potrafiłam go rozgryźć, wyczytać z jego twarzy odpowiedzi. Grał albo był szczery. Ale ja mogłam tylko polemizować i strzelać tak, jak w totolotku. Ta liczba lub tamta, wygrana lub przegrana, szczęście lub cierpienie.
- Jesteś nienormalny – wypuściłam ze swoich ust słowa wraz z powietrzem.
- Nie – odpowiedział pewnie – Może trochę… ale po prostu bałem się, że cię stracę… - wymamrotał, nie spuszczając ze mnie wzroku.
Bałem się, że cię stracę.. Bałem się, że cię stracę… Bałem się…
Zacisnęłam usta, tłumiąc w sobie krzyk. Pieprzony manipulant. Jedyne co miał w zanadrzu, to zabawa moimi uczuciami. Dobierał odpowiednie słowa, które powodowały, że moje serce miękło. Powtarzał, że zależy mu na mnie, przynoszę mu szczęście i dobro, jestem jego cholernym aniołem stróżem. Wchłaniałam każdą obietnicę i komplement, jak ta idiotka. I nawet tym razem, gdy tak bardzo mnie zranił, moje serce po jego wyznaniu zabiło szybciej, bo chciało uwierzyć.
Podeszłam do blondyna. Dzieliło nas kilka centymetrów. Powstrzymywałam pragnienie złożenia pocałunku na jego ustach. Walczyłam z bólem, a także ze wschodzącym szczęściem z powodu jego obecności. Chciałam dotknąć jego skóry, spleść nasze dłonie i uśmiechnąć się na jego widok. Patrząc w jego oczy widziałam nas. Całujących się na masce Mustanga; śpiących w paskudnym motelu po pościgu. Ale wtedy zobaczyłam również drugie zwierciadło. Moment, w którym Ashton nakrył mnie w pokoju rodziców; grożenie Danowi bronią; postrzelenie George’a.
Przybliżyłam swoją twarz wciąż obserwując chłopaka. Był gotów wziąć mnie w swoje ramiona. Jego ręce drżały. Klatka piersiowa unosiła się i opadała. Pragnął mnie tak samo, jak ja jego. Błysk w oku, który widziałam ostatni raz pół roku temu znowu się ujawnił. Oboje byliśmy na głodzie. On stał się moim narkotykiem, a ja jego. Ale nasze potrzeby znacznie się różniły.
Stanęłam na palcach. Zbliżyłam swoje usta do ucha Ashtona, przełykając nerwowo ślinę. Do moich oczu napływały łzy. Już miałam to powiedzieć. Wyznać, że tęskniłam; że życie bez niego nie miało sensu; że umierałam w środku. Ale nie potrafiłam. Już nie widziałam ratunku. Dla niego, dla mnie, dla nas.
- Straciłeś – szepnęłam wyraźnie, zamykając oczy.
Kolejne słowo, które uderzyło w Ashtona. Patrzyłam jak wyraz twarzy chłopaka gwałtownie ulega zmianie. Zacisnął usta, zaczerwienił się i zamilkł. Nie takiej odpowiedzi spodziewał się po tak słabej i małej osóbce za jaką mnie uważał. Zapewne nie sądził, że uda mi się sprzeciwić jego urokowi.
Nie głowiłam się nad tym, co mógł czuć. Być może posmutniał lub ogarnęła go złość. A może nie przejął się moją odpowiedzią? Chociaż nawet sobie zadałam cios. Wymierzyłam nam obojgu policzek. Przekreśliłam nasze szanse. Aczkolwiek postąpiłam słusznie. Po raz kolejny dałabym się omotać, a finał byłby taki sam. Komplet dobrych słów, pewien czas wspólnych przeżyć, a później rozłąka. I tak w kółko.
Nagle duża dłoń zacisnęła się na moim nadgarstku. Ashton zatrzymał mnie i obrócił twarzą do siebie. Powaga na jego twarzy i skupienie w jego oczach przerażało mnie od stóp do głów. Wszystkie jego mięśnie były spięte. Wypuszczał nerwowo powietrze, próbując się uspokoić. Dał mi do zrozumienia, że wkurzyłam go i to bardzo. Niespodziewanie kąciki jego ust drgnęły, unosząc się. Na twarzy wciąż widniał grymas, ale teraz przypominał lekko rozbawionego. Wrócił do formy, zaczął zachowywać się jak typowy Ashton. Właśnie dlatego miałam ochotę dać mu najzwyczajniej w pysk, co nie stanowiło nowości. Na każdym naszym spotkaniu moja dłoń zaciskała się w gotowości do uderzenia.
- Powtórz to – powiedział opanowanym tonem – Ale patrząc mi prosto w oczy – dodał – Powiedz, że nic do mnie nie czułaś, nie czujesz i nigdy nie będziesz czuć, a odejdę. Powiedz mi, że nic nas nie łączyło i nie łączy. Każ mi spierdalać, a wtedy sobie pójdę. – oznajmił swoje warunki.
Gra słów. Ulubiona rozrywka Irwina. Uwielbiał się droczyć, otrzymywać to, co chciał. Nie odchodził bez niczego. Zagotowało się w moim ciele. Na końcu języka miałam już te wszystkie obelgi, kazania i prośby o odejście, ale zdecydowałam się powstrzymać na krótką chwilę, bo zapragnęłam czegoś więcej niż jego samego odejścia.
Prawdy.
Zgodziłam się wziąć udział w zabawie, ale na moich zasadach.
- Jeżeli odpowiesz na moje pytanie.
- Słucham?.
Ashton wyprostował się, posyłając mi uśmiech. Wydawało mu się, że spytam o jego uczucia, tęsknotę lub o to, gdzie był. Obrałam inną taktykę.
- Czy gdybym była bezpieczna, a to, co dzieje się teraz nie miałoby miejsca, wróciłbyś? – wyrzuciłam z siebie pytanie, które miało rozwiać moje wszelkie wątpliwości.
Nastała cisza.
Ashton puścił moją rękę, po czym odsunął się. Spuścił wzrok. Podrapał się po karku, ale to nie pomogło mu w znalezieniu odpowiedzi lub wyjaśnienia, które popchnęłoby mnie ku wybaczeniu. Teraz to on znalazł się w potrzasku, z którego nie umiał się wydostać, bo zastawiłam na niego zbyt dobrą pułapkę.
- Cait.. – wyszeptał.
- Idź do diabła – zaakcentowałam każdy wyraz, patrząc mu w oczy, o co wcześniej prosił.
Czułam jak do moich oczu napływają słone łzy. Przestałam słyszeć jego błagania czy też prośby o wysłuchanie. Usłyszałam wystarczająco, aby stwierdzić, że Ashton Cień Irwin dbał tylko o siebie i własne potrzeby.
Koniec naszej rozmowy uświetnił dzwonek mojego telefonu. Przetarłam oczy rękawem bluzy, aby kłębiące się w oczach łzy nie popłynęły po moich policzkach. Wskazałam palcem na drzwi, aby Ashton sam odnalazł drogę do wyjścia. W tym samym czasie odebrałam telefon.
- Nie powinnaś być martwa? – usłyszałam głos, którego z całego serca nienawidziłam.
Wysunęłam dłoń, kładąc ją na klatce piersiowej Ashtona. Zatrzymałam go przed opuszczeniem mojego mieszkania. Blondyn spojrzał na mnie pytająco, ale ja zajęłam się rozmową.
- Ty powinieneś być za kratkami, ale jak widać, nie zawsze dostajemy to, czego chcemy – warknęłam siląc się na sarkazm i uśmiechając się, mimo że prześladowca nie mógł tego zobaczyć.
- Uważaj, Caitlin… Każde złe słowo ma swoją cenę – pogroził.
- Czego ode mnie chcesz?! – wydarłam się.
- Przesyłam ci jedynie pozdrowienia, od Cassidy, słoneczko.
Jęknęłam cicho. Moje oczy stały się szersze. Zamknęłam usta dłonią, którą wcześniej zablokowałam Ashtonowi przejście. Zrobiło mi się słabo.
- Co z nią zrobiłeś, gdzie ona jest? – dopytywałam wpadając w histerię.
Ashton pomachał przed moimi oczami, aby zwrócić na siebie uwagę. Wysunął płaską dłoń, po czym uderzał w nią palcami dając mi tym sygnał, żebym włączyła opcję głośnomówiącą. Od razu zmieniłam ustawienia telefonu, żeby dać chłopakowi możliwość słuchania.
- Jeszcze nic – burknął – Ale wiesz jak to jest, czas leci, a gdy znajdę pomysł…
- Dlaczego to robisz.. – załkałam – Kim jesteś…
- Cofnij się w przeszłość, a na pewno znajdziesz odpowiedź na swoje pytania – odezwał się po kilku sekundach, mówiąc ozięble, a po chwili dźwięk zakończonego połączenia przerwał ciszę, która opanowała pokój, gdy razem z Ashtonem zamilkliśmy analizując wypowiedź tajemniczego prześladowcy.
- On ma Cassie… - drżącym głosem poinformowałam Irwina o wiadomości, którą przekazał mi wcześniej nieznajomy – Ma moją Cassie…
Ashton dotknął dłonią mojego barku, po czym popchnął mnie ku sobie. Wpadłam w jego ramiona gwałtownie, automatycznie obejmując jego ciało. Oparł swój podbródek na mojej głowie tuż po tym, jak złożył krótki pocałunek na moim czole. Pierwszy raz od dłuższego czasu poczułam się dobrze, bezpiecznie.   
- Znajdę ją – mruknął – Znajdę Cassie.
- Zrób to – wycedziłam – I znajdź jego – popatrzyłam w piwne oczy Ashtona – Zanim policja znajdzie ciebie.

Bo szukali go przy pomocy listu gończego, w całym Sydney.

___________________________________________________
Hello!
A więc pierwsza sprawa.

ZGŁOSIŁAM CIENIA DO KONKURSU NA BLOG ROKU 2014!! Wow, to dla mnie już sukces, że w ogóle śmiałam to zrobić. Zobaczymy co z tego wyniknie.

Parę słów dotyczących konkursu.
Kiedy klikniecie na obrazek przeniesie on Was na stronę poświęconą Cieniowi. Konkurs składa się z 3 etapów. Pierwszy to zgłaszanie blogów i weryfikacja zgłoszenia, co już przeszłam, drugi to część Wasza czyli głosowanie.
Głosowanie niestety sms'owe, dlatego na wstępie mówię: DO NICZEGO NIE ZMUSZAM. Wysyłacie SMS-y, jeżeli chcecie i uważacie, że blog na to zasłużył. To Wasza dobra wola, za co oczywiście podziękuję, odwdzięczę się spoilerami, częstszym dodawaniem rozdziałów, czymkolwiek, jak tylko będę mogła i potrafiła. (nie przekupuję, to tylko będzie podzięka, relax) Ten etap zacznie się w lutym, a kiedy się zacznie podam Wam treść oraz numer na który można wysyłać głosy. Reasumując: Jeżeli chcecie, aby Cień został blogiem roku lub uważacie, że zasłużył na ten tytuł - Bardzo proszę o głosy.
Potem jest trzeci etap, czyli ustawianie blogów w 'ranking blogów z największą ilością głosów internautów' oraz ocena Jury. Tak jak widzicie, głosy się liczą bo dodają punktów, jeśli u jury wypadnie się słabo. 23 lutego wyniki. 
To tyle odnośnie konkursu.
Od razu dziękuję za wszelką pomoc, wsparcie i starania!

Druga sprawa, to taka której właściwie chyba nie mam... >.<
Miłego wieczoru!
I miłego jutra!

czwartek, 15 stycznia 2015

Rozdział 20

mjuzik: klik

ASHTON'S POV

Luke szykował się do odjazdu. Wsiadł do auta, zamykając drzwi. Odpalił samochód, a następnie otworzył okna. Założył okulary przeciwsłoneczne, w których zazwyczaj jeździł. Nie wiem, o co dokładnie chodziło - czy próbował poddać się najnowszym trendom, czy może starał się wykreować na czarny charakter. Zapalił jednego papierosa, czekając tylko na moje pozwolenie dotyczące wyjazdu.
Podszedłem do drzwi od strony kierowcy. Hemmings brał właśnie kolejnego bucha. 
- Gotowy? - zapytałem, a chłopak skinął - Dzisiaj masz dodatkową robotę.
- Co? - odparł zdziwiony - Chcesz to zrobić dzisiaj?
- Tak - potwierdziłem - To idealna okazja - mruknąłem.
Uderzyłem płaską dłonią o drzwi auta, dając Luke'owi znak gotowości. Blondyn włączył muzykę w radiu. Wrzucił bieg wsteczny, a później wyjechał z garażu. Wykonałem ten sam ruch, kiedy wraz z Michaelem zajęliśmy miejsca w drugim samochodzie.
Wiedziałem, że to będzie jedna z trudniejszym akcji w całym moim życiu.
Dojechaliśmy na miejsce w przeciągu godziny. Zacząłem wypakowywać sprzęt podczas gdy Michael ruszył na planowane "zwiady" w celu zorientowania się, ilu Logan wziął ze sobą ludzi. Być może udałoby nam się uratować przyjaciół bez zbędnych ofiar, chociaż bardzo chciałem tego dnia kogoś sprzątnąć. Musiałem się jednak powstrzymać, dla Caitlin.
- Wiesz, nie wydaje mi się, że to jest dobry pomysł - podszedł do mnie Luke wyraźnie zdenerwowany. 
- Luke - wypowiedzenie jego imienia tak poważnym tonem wywołało silniejsze zabicie serca nawet u mnie - To nie jest dobry pomysł - stwierdziłem - Ale jest jedynym sposobem, aby Caitlin została bezpieczna - wyjaśniłem, zabierając kamizelkę z bagażnika - Ona chce normalnego życia - mruknąłem - Poznając mnie, skreśliła taką możliwość. 
- I dlatego dasz się zabić Loganowi? 
- Teoretycznie, ponieważ w praktyce mój drogi przyjacielu wygląda to inaczej - pomachałem blondynowi przed nosem kamizelką kuloodporną - Słuchaj, twoim zadaniem jest tylko zabranie mnie z domniemanego miejsca postrzału. Resztą sam się zajmę.
Hemmings spuścił głowę, wzdychając ciężko. Oparł się o auto, chowając dłonie w kieszeniach spodni. Nadal nie wyglądał na przekonanego do tej akcji. Wiedziałem, że czuje się z tym źle, bo tylko on został wtajemniczony. Domyślałem się, że skrywanie przed chłopakami tak wielkiego sekretu przynosi mu ból, zwłaszcza jeśli chodzi o Caluma. Nie mogłem jednak powiedzieć im wszystkim. Michael powstrzymywałby mnie, a Calum urządziłby scenę. Na Luke'u mogłem polegać, bo w porównaniu do reszty przyjaciół, on nie sprzeciwiał mi się w żadnym wypadku. 
- Lucas - szepnąłem - To się nie skończy, jeżeli Cień nie zniknie na zawsze. Chcę się go pozbyć, bo mam dość nienawidzenia siebie. Mam dość tego, że non stop krzywdzę ludzi. Zabrałem Caitlin to, co najbardziej kochała. Wolność. A teraz chcę jej ją zwrócić, rozumiesz? 
- A ona chce ciebie, czemu nie rozważysz jej opinii?
- Bo nie mogę jej oddać siebie w całości i to jest główny problem. Ona jest dla mnie za dobra, jest moją siłą, ale też słabością. Jeżeli zostanę, będzie celem każdego mojego wroga. - wyjaśniałem, licząc na to, że Luke mnie zrozumie. 
- Dokąd więc zamierzasz się udać? - spytał.
- Odwiedzę matkę - odparłem pewnie - Udowodnię jej, że przez ten cały czas myliła się co do swojego syna. 
- A co z nami? Wrócisz?
- Poświęciliście się dla mnie - szepnąłem - Teraz pragnę się odwdzięczyć. Chcę, żebyście żyli. Policja nic na was nie ma poza pierdołami, których i tak nie udowodni. Będąc ze mną, skazujecie się na problemy.
- Lubiłem te problemy, wiesz.. zawsze jakieś zajęcie...
- Wiem, młody - poklepałem go po ramieniu - Ale tak będzie lepiej.
- Jak bardzo gejowsko to nie zabrzmi, już za tobą tęsknię, stary - oznajmił Hemmings, wywołując uśmiech na mojej twarzy. Roześmialiśmy się głośno. Objąłem mojego przyjaciela, ściskając go po raz ostatni. Ciężko wyrazić w słowach, co wtedy czułem. Cierpiałem. Towarzyszył mi żal i smutek, bo zdałem sobie sprawę, że wydaję na siebie dożywotni wyrok. Już nie porozmawiam z nim, ani Calumem, Michaelem czy Caitlin, która zawładnęła w jakiś sposób moim sercem. Sprawiła, że odnalazłem w sobie nadzieję. Pomyślałem, że mogę być dobry, jeśli tylko tego chcę. Wpadłem na pomysł, który muszę jedynie zrealizować, a później wszyscy będą szczęśliwi. Może nie na początku, ale czas leczy rany. Będę ich odwiedzał, ale nie będą mieli pojęcia, że to robię. Będę opiekował się każdym z nich. Będę sprawdzał, czy są bezpieczni, czy niczego im nie potrzeba. Będę tuż obok, ale żadne z nich nie będzie miało o tym pojęcia.
Bo tak po prostu będzie lepiej.
- Kretyni, mamy robotę, a wy cieszycie się z własnej głupoty tak głośno, że słyszeli was zapewne po drugiej stronie - zganił nas Clifford, pojawiając się znienacka. 
- Ilu? - zapytałem.
- Około pięciu - odpowiedział, biorąc do ręki broń.
- Amator - prychnął Hemmings.
- Typowy Fletcher - wzruszyłem ramionami, podając kamizelkę blondynowi - Idziesz pierwszy, jak załatwisz dwóch, daję ci stówkę.
Luke zasalutował, a po chwili zniknął w gąszczu drzew. 
- Gdzie twoja kamizelka? - spytał Michael, unosząc brew.
- Dzisiaj nie oberwę - skłamałem, ale zabrzmiałem tak pewnie, że Michael nie mógł wątpić w moje słowa. A jednak to zrobił.
- A co z bezpieczeństwem? Nie wiesz, co może się wydarzyć... - Clifford snuł refleksje i wywodził się w nieodpowiednim momencie.
- Wiem - ukróciłem jego przemowę - Ktoś dziś zginie - oznajmiłem - Ale tą osobą nie będzie nikt z naszej czwórki, ani Caitlin.

 ~*~

Obserwowałem całe show Logana zza krzaków. Mój wzrok zatrzymał się na Caitlin, w którą została wycelowana broń. Patrzyła prosto na pistolet z pogardą, ale wiedziałem, że właśnie teraz modli się o przeżycie. Widząc tą scenę, moje serce mało nie wyskoczyło z piersi. Gdyby Fletcher strzelił, gdyby trafił, ja... ja nie przeżyłbym tego, nie mógłbym. Musiałem go powstrzymać; zakończyć tą mękę. Chciałem, żeby zgnił w więzieniu, do którego zamierzałem go wysłać. 
Michael był w pobliżu. Komunikowaliśmy się za pomocą telefonu, ponieważ przez drzewa i ciemność nie mogliśmy dostrzec naszych twarzy czy znaków. Clifford czekał na mój głos, aż zdecyduję się wyjść i przejść do realizacji planu, o którym nie miał pojęcia. W ostatnim momencie wycofałem się, aby nikt nie był w stanie mnie zobaczyć. Założyłem kamizelkę pod koszulkę, po czym okryłem się grubą bluzą. Wróciłem na swoje miejsce dosłownie na kilka sekund, bo kiedy zauważyłem, że Logana palec zbliża się do spustu, nie wytrzymałem i wybiegłem z lasu, a tuż za mną pojawił się Hemmings.
- Nawet się nie waż bydlaku - warknąłem ostro. 
Michael szybko podszedł do Caluma, ratując go od upadku. Patrząc na niego, poczułem złość. Z trudem opanowałem swoje emocje. Mój przyjaciel ledwo utrzymywał się przy życiu przez tego gnoja. Chciałem dać mu nauczkę. Chciałem pokazać, że ze mną się nie zaczyna, ale musiałem trzymać się swojego planu. 
- Policja już tu jest - oświadczyłem - Co teraz zamierzasz gnoju? - uniosłem brew, pytając, chociaż znałem odpowiedź. 
Luke zajął się Calumem, a Michael odsunął w tył Caitlin. Zaciskałem swoje dłonie w pięści, a później rozluźniałem się, odgrywając rolę we własnym przedstawieniu. Kontrolowałem kątem oka sytuację, by zapewnić reszcie bezpieczeństwo. Zmuszałem się do zewnętrznego spokoju, podczas gdy wewnątrz wrzałem. Dochodziliśmy powoli do puenty. Czekałem na ruch Logana, który przewidziałem, a przynajmniej miałem nadzieję, że właśnie do takiego się posunie. Potrzebowałem go tylko sprowokować. Jego uśmiech dawał mi satysfakcję, bo oznaczał, że doprowadzam go do szału i przestaje myśleć logicznie. Próbuje coś wymyślić, ale dekoncentruję go. Jeszcze chwila.. jeszcze chwileczka...
- Nie rozumiem, co cię tak bawi Fletcher? Fakt, że za moment będziesz błagał o litość, czy może to, że skończysz w pudle - Michael nieświadomie odwalał za mnie robotę. 
I wtedy Logan spełnił moją cichą prośbę. Zagrał tak, jak sobie życzyłem. I nawet się nie domyślił.
- Chętnie ci powiem, Clifford - zwrócił się do ciemnowłosego, którego kolorowe pasemka zanikły z powodu braku większego światła. Wyszczerzył się. - Zamierzałem zabić dziś kochaniutką Caitlin - mówił, udając zastanowienie - Ale nastąpiła zmiana planów.
- O czym ty mówisz do cholery, pajacu? - wtrącił Calum, krztusząc się.
- Mówię o kimś, kto jest ważniejszy niż jakaś mała, wkurzająca suka - warknął - Nawet nie wiesz, jak cieszę się, że wpadłeś Ashton - rzucił zmieniając swój cel, a moja gra aktorska osiągnęła wyższy poziom. 
Pierwszy strzał był dość silny i szokujący. Kula popchnęła mnie do tyłu. Następna tylko o jeden, ale przez nią nie potrafiłem złapać oddechu. Trzecia przeleciała tuż obok, zupełnie tak jak czwarta. A piąta sprawiła, że znów się cofnąłem, po czym upadłem na kolana. Nie rozglądałem się, bo nikt, kto zostałby postrzelony nie obracałby się na wszystkie strony, patrząc czy jego znajomym nic nie jest. Zakrztusiłem się dwa razy, bo rzeczywiście zaparło mi dech w piersiach, a nawet zakręciło mi się w głowie. Słyszałem strzały, więcej niż pięć. Na pewno Calum otworzył ogień lub zrobił to Michael. Ja padłem na ziemię całym ciałem. Kiedy wystrzały ucichły, syknąłem delikatnie. 
Caitlin krzyczała. Wołała moje imię z desperacją w głosie. Chciała znaleźć się blisko mnie, ale Luke ewidentnie tego zakazał. Zostawił Caluma i podbiegł do mnie, osłaniając ciałem okolice mojej klatki piersiowej tak, aby nikt z daleka nie zobaczył braku krwi. Odwróciłem głowę, przymykając oczy. Z niewiadomej mi przyczyny odpływałem. Może kula przebiła się przez kamizelkę i naprawdę umierałem? Widziałem jak Caitlin próbuje wyrwać się z objęć Michaela i przybiec do mnie, ale on jej nie pozwolił. Słuchał poleceń Luke'a, który poniekąd znał się na pierwszej pomocy. Hemmings był na dziesięciu kursach, gdy zdawał prawo jazdy. Ostatecznie egzamin z wynikiem pozytywnym otrzymał dopiero za dwudziestym razem. Zawsze przekraczał prędkość i wykonywał manewry po swojemu, niezgodnie z bezpieczeństwem ruchu. 
- Caitlin.. - szepnąłem, a ona otwarła szeroko oczy wpatrując się we mnie i słuchając mojego głosu. Jej wargi drżały. 
- Nie rób mi tego, proszę.. - odpowiedziała szlochając.
- Chcia.. Chcia... - dukałem - Chciałem cię chronić, będąc twoim cieniem... - wymamrotałem - Przepraszam...
Zamknąłem oczy, a ostatnią rzeczą, jaką usłyszałem był jej krzyk, rozrywający moje serce na miliony kawałków. 
~*~

Otworzyłem gwałtownie powieki, biorąc do ust za dużą ilość powietrza. Pozycję leżącą natychmiastowo zmieniłem na siedzącą. Złapałem się za szyję, po czym dłońmi oklepywałem swoją klatkę piersiową. Nie czułem bólu, nie widziałem zadrapań. Rozejrzałem się po miejscu, w którym się znalazłem. Las, wciąż byłem w lesie.
- No w końcu, do jasnej cholery! - wydarł się Hemmings - Myślałem, że przekręciłeś się na drugi świat!
Oddychałem szybko, przypominając sobie ostatnie zdarzenie.
- Szczerze? Też tak na początku myślałem - popatrzyłem na niego ze strachem w oczach - Pociski są małe, ale dają niezłego kopa - skwitowałem - Nawet przy posiadaniu kamizelki. Co z nimi? - zapytałem, wstając z bagażnika, w którym położył mnie Luke.
- Zapewne są w Hurstville. Michael jest załamany, Calum milczy, Caitlin płacze. Zadzwoniłem do niego i powiedziałem, że nie żyjesz. Udałem wariata, nagadałem mu, że nie wiem co mam robić i idę się powiesić. Mam cię pochować lub spalić. Co wybierasz? - dopytywał blondyn.
- Spal, nie będą mnie pożerać robaki - zdecydowałem - Dziękuję, Luke.
Przyjaciel rzucił w moim kierunku kluczyki.
- Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwy - mruknął - Bo ja chyba nigdy nie pozbędę się wyrzutów sumienia.
- Po prostu o tym zapomnij. Pomyśl, że naprawdę zginąłem.
- Pewnie, to o wiele lepszy pomysł - ironizował.
Prychnąłem, kręcąc głową. 
- Żegnaj, Luke. 
- Żegnaj, Ashton.

~*~

Siedziałem na łóżku, w sypialni, trzymając w dłoni koszulkę, którą kiedyś Caitlin zostawiła w tym mieszkaniu. Od dłuższego czasu noszę ją przy sobie, bo przypomina mi o pierwszej nocy, którą tu spędziła; o naszych kłótniach; o zwykłych rozmowach; o niej. Ściskałem w dłoni materiał, mając nadzieję, że ukoi on mój ból, który sam zadałem - sobie, oraz wszystkim wokół. Splotłem dłonie, wciąż trzymając cienką bluzkę. Oparłem łokcie o kolana, a czoło o pięść, spuszczając głowę. Boże, dlaczego wszystko tak się skomplikowało? Nie tego chciałem. Marzyłem, aby dać przyjaciołom wolność, a Caitlin normalne życie. Czemu więc wróciliśmy do punktu, z którego nie dawno wychodziliśmy? 
- Dość często cię z nią widzę - moją ciszę zakłócił głos Luke'a - Jaki jest tego powód?
- Przypomina mi o czymś... - burknąłem, spoglądając na ubranie.
- O czym?
- O tym, jak bardzo spieprzyłem swoje i wasze życie - powiedziałem, zerkając na blondyna. 
Luke przekroczył próg pokoju, a następnie usiadł obok mnie. Pochylił się, również opierając łokcie na swoich kolanach, dzięki czemu wysokością był na równi ze mną. Nie patrzył z góry, czy z dołu. Spoglądał prosto w moje oczy, w dodatku z politowaniem, bo nie mógł zaprzeczyć. 
- Pamiętasz, kiedy mówiłeś mi, że wiesz czego Caitlin chce? - zapytał, a ja przytaknąłem - Podczas twojego pogrzebu mi również powiedziała, czego chce.
- Normalnego życia - odparłem.
- Nie pomyliłeś się, tego właśnie chciała - przyznał mi rację - Ale pomyliłeś się w czymś innym.
- Co? - spojrzałem na niego pytająco - W czym?
- Źle sprecyzowałeś jej życzenie - powiedział - Bo jej normalnym życiem byłeś ty, Ashton.
Zamilkłem. Oszołomiony gapiłem się na Luke'a w milczeniu dobre pięć minut.
- Ona mi nie wybaczy, Luke - westchnąłem.
- Nie wybaczy, jeżeli sobie odpuścisz - stwierdził - Jeśli faktycznie jej normalnością byłeś ty, to jesteś ją nadal i wiem, że tak jest, bo w ciągu pół roku nie umiała o tobie zapomnieć. Nie byłeś dla niej tylko wariatem wydzwaniającym z groźbami, a później porywaczem. Byłeś kimś więcej, jesteś i zawsze będziesz.
Hemmings poklepał mnie po ramieniu, uśmiechając się szeroko.
- Odzyskaj swoją Julię, Romeo - zawołał - Powinna skorzystać z twojego rumaka.
- A ty powinieneś skorzystać z wizyty u lekarza - zaśmiałem się, podając kumplowi rękę.
- Dobrze, że jesteś, Irwin - stwierdził Luke, uśmiechając się.
Naszą rozmowę przerwał jednak dialog między Calumem, a Michaelem.
- Gdzie ty idziesz? - pytał Clifford.
- Nie zamierzam brać udziału w tej farsie - syknął Calum, zarzucając na siebie kurtkę.
Razem z Lukiem wstaliśmy z miejsca i wyszliśmy z pokoju. Stałem na drugim końcu korytarza patrząc, jak ciemnowłosy szykuje się do opuszczenia domu. 
- Cal... - zacząłem.
- Nie nazywaj mnie tak, Irwin - fuknął, posyłając mi piorunujące spojrzenie - Tylko przyjaciele mają do tego prawo.
- Wiem, że jesteś wkurzony.
- Wkurzony? - zapytał od razu dając odpowiedź - Nie. 
- Hood, słuchaj, nie miałem innego wyjścia - tłumaczyłem, ale tylko rozzłościłem tym Caluma. W przeciągu kilku sekund jego pięści znajdowały się na mojej koszulce. Przyparł mnie do ściany i mierząc wzrokiem, mówił:
- Kto cały czas powtarzał, że zawsze jest kilka wyjść z sytuacji?! - pytał - Kto cały czas twierdził, że jesteśmy przyjaciółmi?! - wydarł się - Ashton Cień Irwin, podły kłamca!
- Chciałem dać wam wolność od tego chaosu związanego z Cieniem! - odkrzyknąłem, odpychając go na szafę. - Chciałem dać wam trochę życia. Normalnego życia.
- Poświęciłem dla ciebie rodzinę, przeklęty kretynie! - wrzasnął Calum, unosząc palec wskazujący - Wybrałem ciebie, a w zamian co dostałem? Setki kłamstw - wyrzucał z siebie żal.
Calum przeczesał dłońmi swoje włosy i odwrócił się, idąc powoli w stronę drzwi.
- Sam dokonałeś wyboru - burknąłem, ale po chwili pożałowałem swoich słów. Dopiero po uderzeniu Caluma zrozumiałem, jak wielki ból musiały mu sprawić moje słowa. Ciemnowłosy odwrócił się na pięcie, a potem wymierzył cios pięścią prosto w moją twarz, trafiając między środek policzka a oko. Jęknąłem, czując pieczenie na skórze, ale zasłużyłem. Słowa, które zostały przeze mnie wypowiedziane, nigdy nie powinny paść z moich ust. 
Popatrzyłem na Caluma. Całe jego ciało drżało. Z zaciśniętą szczęką oraz ciężkim oddechem patrzył na mnie z nienawiścią. Doskonale wiedziałem, jak źle się teraz czuł, jak go skrzywdziłem. 
- Przepraszam, Calum... - szepnąłem.
- Wiesz dlaczego Caitlin przyznała mi rację? - spytał, a ja nie odzywając się, czekałem na odpowiedź - Bo powiedziałem jej, że nigdy ci na niej nie zależało - wyznał, a moje oczy stały się szersze - Tak jak na nas - dokończył - Właśnie to udowodniłeś.
Hood skierował do wyjścia, tym razem zdecydowanym krokiem. Luke próbował go powstrzymać, ale Calum był nieugięty. Wyrwał się z uścisku swojego najlepszego przyjaciela, wyładowując swoją złość dodatkowo na nim.
- Wafluj mu dalej, Hemmings - poradził - Do tej pory szło ci świetnie, może znalazłeś wymarzony zawód.
Później usłyszeliśmy trzask drzwi, które mało nie wyleciały z zawiasów. Zatrzęsły się pod wpływem uderzenia, a klamka, która wyglądała na dobrze przymocowaną, opadła, znajdując swoje miejsce na chłodnej podłodze. Zapadła cisza. Każdy z nas słyszał tylko zmieszane głośne oddechy. Oparłem się o ścianę. Przełknąłem nerwowo ślinę, spoglądając na podłogę.
- Jest po prostu zły, przejdzie mu - bronił go Luke, jednak jego szept zupełnie mnie nie przekonywał.
- Przestań - wtrącił Michael, a później zwrócił się do mnie - Wiesz, że musisz wiele naprawić, Ash.
- Wierz mi - odparłem - Calum dał mi to wyraźnie do zrozumienia.
_________________________________________
Dzisiaj zmieniłam zdanie i ten rozdział, który miał być 21-ym, zrobiłam 20tym. Sorrki za zamieszanie.

A więc.. informacja dla Wattpadowiczów.
ZOSTAŁAM OFICJALNIE AMBASADORKĄ WATTPADA! Od teraz możecie zwracać się do mnie z problemami, a ja będę próbowała je rozwiązać. Jeśli macie także pytania - piszcie do mnie na portalu! Jestem dostępna dla Was 24/h! Mam nadzieję, że sprawdzę się w nowej roli. :)


Dziękuję Wam za pół miliona wyświetleń Cienia na Wattpad i 200k Pułapki!! Mam nadzieję, że kiedyś Cień dobije do miliona, to byłby ogromny sukces. No cóż.. pozostaje mi być dobrej myśli. :)

Cyaaaaa. xx

piątek, 9 stycznia 2015

Rozdział 19

muzyka: klik


Dział II - Krok w przód

Otworzyłam oczy. Nie mogę powiedzieć, że wyspałam się, bo tak nie było. Mimo miękkiego i wygodnego łóżka nadal męczył mnie ten sam koszmar. Zastanawiałam się, czy kiedykolwiek to wspomnienie odejdzie, albo przynajmniej da mi spać spokojnie. W innym razie już nigdy nie obudzę się wypoczęta, co wiąże się z wieloma konsekwencjami, chociażby w pracy.
Białe ściany z plakatami różnych zespołów. Oczywiście, znałam ten pokój. Od razu przeniosłam się do pozycji siedzącej, aż zakręciło mi się w głowie. Za gwałtownie uniosłam górną część swojego ciała, ale byłam zaskoczona, że nie śpię w moim mieszkaniu, w moim łóżku.. Przysunęłam swoje ciało do oparcia łóżka, na moment zamykając oczy. Wzięłam głęboki wdech. Uniosłam powieki ponownie, aby obejrzeć pomieszczenie, które prawie w ogóle nie uległo zmianie od mojej ostatniej wizyty. Okien wciąż nie przysłaniały firanki, ani zasłony; w kącie znajdowała się tylko jedna lampka; a wyposażeniem nadal była perkusja oraz półka zapełniona płytami.
Stare mieszkanie Ashtona.
Byłam prawie pewna, że chłopcy sprzedali je, aby wyzbyć się wspomnień związanych ze swoim przyjacielem, a jednak nie zrobili tego. Nic nie zmienili, to miejsce wyglądało na nietknięte. Mogłam dotknąć starej szafy i znaleźć na niej zapewne kurz. To budziło przerażenie, ale z drugiej strony mieszkanie miało swoje plusy. Dojazd był świetny, może dlatego postanowili zostawić apartament. Będąc w mieście spędzali czas tutaj. Tak mi się wydawało.
Przypomniałam sobie ostatnią noc. Mnóstwo płomieni, ostre dźwięki, ciepło i osoba, która wyciągnęła mnie z domu. Twarz, jego twarz. To jego twarz widziałam. Miałam wrażenie, że wyprowadza mnie z płonącej willi. Wyglądał inaczej, ale jednocześnie był taki sam. Czy to sen? Zadawałam sobie jedno i to samo pytanie siedząc na łóżku. Bałam się, że gdy z niego wyjdę i przejdę przez korytarz prosto do salonu, stanie się coś, czego nigdy bym nie chciała. Ale musiałam wstać, aby przekonać się, czy tylko przesadzam, czy może mam stu procentową rację, która mnie zabije wewnętrznie.
Szłam przez korytarz, chwiejąc się. Nie czułam się dobrze, wręcz przeciwnie – fatalnie. Słyszałam szumy i piski, nie dające mi spokoju, chociaż panowała błoga cisza. W normalnym stanie, mogłabym usłyszeć delikatne szmery, które wywoływałam swoim powolnym chodem. Przez chwilę myślałam, że nikogo nie ma w domu. Ale czemu ktokolwiek miałby go opuścić po tym, co się wydarzyło? Michael nie zostawiłby mnie samej.
Weszłam do salonu. Mój wzrok odnalazł siedzącego na kanapie Luke’a. Złożył dłonie, trzymając je przed twarzą. Zdawało mi się, że czekał na moje wejście zniecierpliwiony lub zmartwiony, bo gdy ujrzał mnie w progu, zatrzymał powietrze w swoich płucach, patrząc na mnie przepraszająco. Po prawej stronie stał Michael. Opierał swoje dłonie na oparciu krzesła, tępo gapiąc się w podłogę. Nie wyglądał na zadowolonego, wręcz przeciwnie. Powiedziałabym, że był zły, naprawdę zły. Zmarszczył brwi i ciężko przełykał ślinę. Calum zajął miejsce na fotelu. Oparł nogę o kant stolika, w dłoni obracał telefon. Przygryzał wargę, wzbraniając się przed zabraniem głosu. Widziałam, że chciał się odezwać, bo skupienie na jego twarzy mówiło, że ma dobrą przemowę, ale w ostateczności milczał. Dostrzegłam żyły na jego rękach, pulsujące dziwnie szybko. Stałam tam oglądając ich zachowanie, a po moim ciele błądził strach, gdyż głęboko w duszy coś podpowiadało mi, że to zwykła cisza, przed burzą.
Mój wzrok powędrował w stronę okien, kiedy zauważyłam czwartą osobę w salonie. Tą, której za wszelką cenę nie chciałam zobaczyć. Czarna skórzana kurtka okrywała jego szerokie ramiona. Kilka kosmyków włosów wystawało spod granatowej bandany, którą miał zawiązaną na głowie. Ku mojemu zdziwieniu, między palcami nie spostrzegłam papierosa firmy Marlboro. Dzięki temu łudziłam się, iż popadam w obłęd, śnię na jawie czy cokolwiek. Na jego dłoni widziałam czarne rysunki. Wczoraj także je dostrzegłam, ale w innym miejscu. Mogłam wmawiać sobie, że to nie ten sam człowiek, który uratował mnie przed śmiercią, ale oszukiwałabym samą siebie.
Moje serce biło pięć razy szybciej niż zazwyczaj. Powtarzałam w głowie, że zwariowałam, mam przywidzenia. Za każdym razem jednak drugi głos wtrącał się, twierdząc, że wszystko, co właśnie moje oczy widzą, a uszy słyszą jest prawdziwe.Tłumiłam w sobie cały strach. Łzy podchodziły do moich oczu, ale nie pozwalałam im płynąć. Oparłam się o ścianę, wiedząc, że gdy się odwróci, zemdleję znowu, jeżeli nie będę się niczego trzymać. Mój świat legł w gruzach, kiedy blondyn stanął przede mną twarzą w twarz. Tak nagle, w ciągu sekundy, a nawet mniej niż sekundy.Moja szczęka zaczęła drżeć, a ja nie potrafiłam tego powstrzymać. Nie mogłam oderwać od niego wzroku.
Te same rysy twarzy, to przerażające do szpiku kości spojrzenie, znajoma mi budowa ciała, koszulka Nirvany, którą zawsze uważał za swą ulubioną. Tylko liczne tatuaże sięgające aż do szyi oraz trochę ciemniejszy kolor włosów sprawiały, że wyglądał inaczej. Ale to był on.
Czułam jak upadam. Nie fizycznie, ale psychicznie.
Ashton Irwin – człowiek, którego przez sześć miesięcy opłakiwałam nad grobem, popadając w depresje ze względu na brak wyzbycia poczucia winy – stał właśnie teraz przede mną, cały i zdrowy; z krwi i kości.
Musiałam mieć omamy. To śmieszne, do czego może doprowadzić tęsknota. Moja wyobraźnia posuwała się za daleko. Oszalałam.  Powinnam była iść do psychiatry. Ja przecież widzę zmarłych do cholery. Bo Ashton był martwy, prawda? A może to miał być słaby żart chłopców? Podstawili jakiegoś blondyna, przypominającego Irwin’a. Uznałabym, że jest on identyczny. Tak, wręcz wyborny dowcip. Doprowadzanie mnie do rozdwojenia jaźni musi być naprawdę ekscytujące, a w dodatku komiczne. Zgaduję, że pomysł należał do miłującego mnie Caluma.
Zaśmiałam się. Złapałam dłońmi swoją głowę, kręcąc nią z rozbawieniem.
- Michael.. – mruknęłam bezradnie, a chłopak spojrzał na mnie, marszcząc brwi – Zadzwoń po pogotowie, proszę.
- C.. co..? – wyjąkał Luke.
- Widzę duchy – wyznałam drżącym głosem, przerażając tym samym siebie.
Byłam szalona, naprawdę – szalona. Kto o zdrowych zmysłach widzi zmarłą osobę? NIKT. A ja patrzyłam na Ashtona, który właśnie leżał w grobie, bo tak mi przecież powiedziano. Pytałam resztę – mówili mi, że jego ciało jest pod ziemią, po prostu nie pochowali go na cmentarzu do którego miała dostęp policja. Zapewniali mnie. Żaden z nich nie miał powodu, aby mnie okłamać. Nie widziałam ciała, ale ufałam im wszystkim. Pozostało więc tylko jedno – nadmiar problemów sprawił, że doznałam zaburzeń psychicznych. Nie znałam innego wyjaśnienia na całe to zjawisko.
Ashton, a raczej jego duch. Zjawa, czy jak inaczej mogę nazwać tą istotę… zrobił kilka kroków w przód, zmniejszając tym samym dzielący nas dystans. Jego ręka uniosła się, a następnie otarła o moje ramię. Zacisnął dłoń na mojej skórze pełnej dreszczy. Pisnęłam, kiedy odczułam dotyk, który pół roku temu stanowił błogość. 
- Czy zareagowałabyś na dotyk ducha? – zapytał nieśmiało – Duchy nie mają zdolności dotyku.. one nawet nie istnieją – po raz drugi jęknęłam, słysząc jego zachrypiały głos. Zakryłam dłonią usta, a następnie odsunęłam się od chłopaka. Spojrzałam prosto w jego oczy nie dowierzając. Moją duszę pokryła ciemność. To tak, jakby ktoś pogasił światła, zostawiając mnie w wielkim pokoju bez drzwi czy okien samą – zagubioną. Moje serce stało się czarne, zatrute. Tą trucizną były kłamstwa, zdrady, żal, rozczarowanie i smutek. Zmarnowałam sześć miesięcy, siedząc dniami i nocami niczym idiotka. Obarczałam się winą, wierząc, że kilka metrów pod ziemią leży martwy Ashton Irwin. Sześć pieprzonych miesięcy żyłam aspołecznie, izolując się od ludzi, bojąc się rozmowy i unikając jej. Później próbowałam się zaklimatyzować na nowo, wejść ponownie między ludzi. Przez cały ten czas oszukiwano mnie, a ja niczego nie podejrzewałam.
- Nie zrobiłeś tego… - przeczyłam dowodom, mydląc sobie oczy. Czasami prawda jest na tyle bolesna i okrutna, że człowiek nie może jej znieść, więc po prostu wierzy w to, co dla niego brzmi korzystniej oraz jest łatwiejsze do akceptacji. Upozorowanie śmierci Ashton’a okazywało się o wiele trudniejszym faktem do przyjęcia niż jego śmierć. - To niemożliwe - roześmiałam się histerycznie - Ty nie żyjesz...
- Przepraszam – szepnął, a jego dłoń sunęła po moim ramieniu – Ja musiałem to…
Położyłam dłonie na uszach i pokręciłam głową. Nie chciałam tego słuchać. Miałam dość słów wylatujących z ust jego, jego przyjaciół, każdego, kto non stop wyrzucał z siebie kłamstwa. 
- Miałeś rację, Calum - odwróciłam się w stronę bruneta, który spuścił swój wzrok - Miałeś rację...
Odwołałam się do słów, które padły z jego ust kilka tygodni temu. Jemu nigdy na tobie nie zależało, Caitlin. 

~*~

To znowu miało miejsce. Po raz kolejny Ashton zakpił ze mnie, poniżył i sprawił, że poczułam się jak nic nie warte gówno. Otwierałam usta, żeby cokolwiek odpowiedzieć, wrzasnąć, zaszlochać czy wyrzucić z siebie cały ból i gniew, ale po chwili rezygnowałam, bo to nie miało znaczenia.
Robiłam to sześć miesięcy. Dopadło mnie zmęczenie. Nie miałam nic do powiedzenia. Żadne z moich wyznań nie dotarłoby do takiego człowieka, jakim był Ashton. Mogłabym mówić mu, jak bardzo umierałam z tęsknoty, jak skrzywdził mnie teraz, ile czasu wychodziłam przez niego na wariatkę, za którą uważa mnie już całe Sydney. On i tak nie poświęciłby minuty, aby zastanowić się nad moimi słowami.
Spuściłam wzrok. Prychnęłam.
Mogłam się tego spodziewać. Mogłam przewidzieć, że to była kolejna sztuczka Ashton’a. Jego przyjaciele widząc postrzały nie przejęli się tym za specjalnie, kiedy ja stawałam się wrakiem emocjonalnym. Byłam tak głupia, tak zaślepiona. Nigdy sobie tego nie wybaczę.
Zabrałam z kanapy obok torebkę, a później ominęłam Ashtona, kierując się do drzwi. Powstrzymywałam swój szloch do ostatniej chwili. Każdy z obecnych w mieszkaniu śledził moje poczynania. Zawiesiłam dłoń na klamce i już miałam ciągnąć ją w dół, gdy nagle powstrzymałam się, aby wypowiedzieć ostatnie zdanie do osoby, która zniszczyła mnie w całości.
- Ashton – zawołałam, a blondyn spojrzał na mnie spode łba. Nie zrobił na mnie wrażenia ból, jaki zobaczyłam w jego oczach. Był tak samo sztuczny, jak jego przeprosiny. – Dziękuję ci, za wyciągnięcie mnie z pożaru – wysiliłam się na uśmiech, bo o wiele łatwiej było mi się uśmiechnąć niż tłumaczyć mu, jak bardzo rozczarowana jestem – Ale nie musiałeś – mówiłam protekcjonalnym tonem, dochodząc do puenty mojej wypowiedzi – Wolałabym tam spłonąć niż widzieć cię teraz żywego, po tym wszystkim, co przeszłam – skończyłam.
Zniknęłam za drzwiami, zostawiając każdego domownika w szoku i zabierającej siłę ciszy. Nie sądzę, że któryś z nich spodziewał się, że taka wypowiedź może paść z moich ust, chociażby na głos. Przepełniała mnie gorycz zmieszana z rozpaczą. Racja, nigdy nikomu nie wyznałam czegoś tak okrutnego, bo zdawałam sobie sprawę z wielkości słów, które wypłynęły z moich ust. Ale czy ja powinnam w ogóle o to dbać? To jedno zdanie było NICZYM w porównaniu do przedstawienia, które zaaranżował Ashton.
Niczym.
Wybiegłam z budynku, chcąc jak najszybciej znaleźć się w zupełnie innym, najlepiej nieznanym mi miejscu, gdzie nie byłoby możliwości na wspomnienia. Pragnęłam wymazać z pamięci widok ulic prowadzących do tego feralnego mieszkania. Chciałam ujrzeć ciemność – zamknąć i zatopić się w niej, nie wracać do świata rzeczywistego, który jedynie wyrządza mi krzywdę.
Znalazłam się na kompletnie nieznajomej ulicy. Nareszcie, coś nowego. Szłam wylewając swój żal wraz z falą łez. Oparta o mur robiłam coraz rzadziej kroki. Traciłam grunt pod nogami. Słabłam, aż w końcu dosięgnęłam dna. Nie mogłam ruszyć się z miejsca. Osunęłam się na ziemię, pogrążając w boleści.
- Dlaczego? – pytałam na głos. Głośny szloch wydobył się z mojego małego ciała.
Duża bańka wewnątrz której mieściła się masa negatywnych uczuć nareszcie pękła. Eksplodowała, wybuchła, czy jakkolwiek można to nazwać. Ryczałam bijąc się w pięść. Trzymałam się nadziei, która mówiła, że ból w końcu odejdzie, ale on wcale nie chciał mnie zostawić. Towarzyszył mi cały czas, spychając mnie na dno. 
O niczym nie marzyłam z całych moich sił, jak o wiadomości, iż Ashton żyje. Kolejny obraz uśmiechu blondyna, który wpadłby do mojego umysłu, był mi potrzebny tak, jak powietrze.Jednak upozorowanie własnej śmierci było czymś, co ciężko przechodziło przez moje myśli. Nie umiałam tego znieść. Czegoś tak strasznego nie mogłam puścić miedzy uszami. Gdyby stracił tymczasowo pamięć, a potem wrócił do mnie, nie potrafiłabym opisać targającego mną szczęścia. Ale on zniknął dla swoich pobudek, żeby bawić się i czerpać satysfakcję z mojej porażki.
W ciągu kilku sekund, przez jedną wieść oraz jego ujawnienie staliśmy się obcymi ludźmi. Dotarło do mnie, że nigdy nie znałam Ashtona Cienia Irwina. Byłam po prostu zaślepiona tymi wszystkimi bajkami, które wpajał do mojej głowy. Mając tak dobre, a zarazem kruche serce ślepo mu ufałam i wierzyłam.
"Jesteś inna... Możesz mi wierzyć lub nie, ale cię chronię... Proszę, wybacz mi... Pozwól mi siebie chronić, daj mi jeszcze jedną szansę... Dobrze wiesz, że potrzebujesz mnie tak, jak ja potrzebuję ciebie... Przepraszam, Caitlin... Tak bardzo mi przykro... Nie okłamię cię nigdy więcej... Tak bardzo cię potrzebuję..."
Trzymałam się swojej głowy, chcąc wyrzucić z głowy te cholerne słowa.
- Dosyć, dosyć.. nie mogę już.. - powtarzałam sycząc przez zęby.
Straciłam mojego Ashtona. Straciłam osobę, którą sobie tylko nakreśliłam w głowie, bo tak naprawdę ona nigdy nie istniała. Nie było żadnego chłopaka, którego serce zatruł były przyjaciel przez kłamstwa. Nie było człowieka, którego próbowałam uratować, albo naprawić. Istniał Ashton 'Cień' Irwin - morderca, oszust i łajdak. Żaden inny.
Uniosłam wzrok. Zaczerwienione i spuchnięte oczy oglądały idącą naprzeciwko parę. Uśmiechali się – szczerze, trzymali za ręce.  Cieszyli się swoim życiem. Czemu ja nie mogłam zaznać szczęścia? Potykałam się na prostej drodze. Plany, które kiedyś stanowiły priorytet odeszły w niepamięć. Zbłądziłam ze ścieżki, która została do mnie przypisana. Poniosłam porażkę. Ja byłam porażką.
Westchnęłam głęboko, przymkniętymi oczami spoglądając w przestrzeń. Mimo całej nienawiści, jaką teraz żywiłam do Ashtona, nie potrafiłam zapomnieć lustrującego mnie z intensywnością wzroku. Patrzył na mnie swymi pięknymi oczami, w których niegdyś umiałam się zatopić i zapomnieć o świecie. Jego pocałunki przynosiły mi ukojenie; sprawiały, że przenosiłam się do innego wymiaru. Ciężko jest zapomnieć o kimś, kto dał nam wiele do zapamiętania. Zwłaszcza wtedy, kiedy wszystko wydawało się idealne.
Ale to już przeszłość, która nigdy nie stanie się teraźniejszością, ani przyszłością. 
Wstałam. Niepewnie trzymałam się na nogach, ale musiałam iść. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebowałam to Ashton czy ktokolwiek inny próbujący mnie odnaleźć i zaprowadzić do domu. Chciałam samotności, bo tylko w niej jeszcze zdołałam się odnaleźć. 
Krzątałam się po ulicach, idąc przed siebie. Zerkałam w ziemię, co by nie upaść znów, przy okazji zadręczając się wspomnieniami.
Uczucia nas niszczą, Caitlin. Uczucia nas niszczą, uczucia nas niszczą, uczucia nas niszczą... 
Nie sądziłam, że po tym czego doznałam dzisiaj, jeszcze przyznam Ashtonowi rację. Ale tak, uczucia nas niszczą. Myliłam się, mówiąc, że wcale tak nie jest. Gdyby nie one, nie byłabym wrakiem człowieka. Nie włóczyłabym się ulicami, które widziałam pierwszy raz na oczy. Ból nie zapukałby do drzwi mojego serca, aby przeszyć je na wskroś. Gdybym nie czuła, wszystko byłoby w porządku. A tymczasem stara rana stała się na nowo świeżą i nic, ani nikt nie mógł tego zmienić.
Wyglądałam , jakbym śniła – lunatykowała. Kraczący za moimi plecami kruk nie zdołał mnie wystraszyć. Uznałam wiatr za swego przyjaciela. Pchał mnie do przodu, w nieznane, a ja nie sprzeciwiałam się temu. Zahipnotyzowana, zamknięta w swojej pamięci podróżowałam donikąd. A "donikąd" było bardzo atrakcyjną i interesującą ofertą. Jak przez mgłę słyszałam tupot obcasów mijających mnie kobiet. Nieznajome twarze przebiegały przed moimi oczami, zamazane, niewyraźne. Głosy ludzi były dziwne, zmutowane, zupełnie nie przypominające człowieczych. Bełkot, seplenienie, nic zrozumiałego, na co mogłabym zwrócić swoją uwagę. Słyszałam jedynie w mojej głowie słowa, o których wcześniej zapomniałam i wyrzuciłam ze swojego umysłu uznając je za głupią pyskówkę. Nie pomyślałabym, że kiedyś do nich wrócę. Tego dnia zrozumiałam, jak ważną były wskazówką, której nie odczytałam poprawnie.
Jesteś tak bardzo naiwna, że nawet pozwalasz sobie myśleć, iż Ashtonowi na tobie zależało. Oświecę cię, nie zależało. Byłaś tylko przypadkową osobą, Caitlin. Na jego miejscu dałbym się nawet zabić, aby uwolnić się od ciebie, bo śmierć jest chyba na to jedynym sposobem.
Słowa Caluma nabrały znaczenia. Próbował mnie ostrzec, przetłumaczyć do rozumu. Byłam ślepa i naiwna, tak, jak powiedział Hood. Nie przeczyłam, bo wiedziałam, że tym razem to nie miało sensu.
Niesamowite, jak jedna osoba może sprawić, że w ciągu malutkiej chwili stajesz się kruchym człowiekiem. Zawsze odnosiłam wrażenie, że należę do twardych osób, które ciężko złamać, bo przeżyłam śmierć obojga rodziców i nadal chodziłam po tym pełnym okrucieństwa świecie unosząc kąciki ust. Myliłam się. Ja również odgrywałam rolę. W rzeczywistości łatwo było mnie złamać. O wiele łatwiej niż kawałek drewnianej listwy. Ashton wraz ze swoimi przyjaciółmi to udowodnili. I może powinnam być za to wdzięczna... ale w niektórych sytuacjach ludzie potrzebują się oszukiwać. Ja potrzebowałam wierzyć w swoją niezależność, żeby przetrwać.
Z koszmaru myśli obudził mnie głośny dźwięk klaksonu, a następnie pisk opon. Podniosłam wzrok, odwracając swoją głowę. Czarne BMW zatrzymało się kilka centymetrów przede mną. Popatrzyłam na maskę samochodu, która wyglądała na nową. W pewnym sensie żałowałam, że nie przeleciałam przez nią, tracąc przytomność, a przy okazji odchodząc z tego przeklętego świata. Tak byłoby po prostu lepiej, dla mnie, dla wszystkich.
Drzwi samochodu otworzyły się. Zaciągnęłam nosem, spoglądając nieśmiało na kierowcę. Wysoki mężczyzna patrzył na mnie z przerażeniem. Miał mieszane uczucia. Nie wiedział, czy powinien na mnie nawrzeszczeć czy przeprosić. Ułatwiłam mu zadanie i najzwyczajniej zeszłam z drogi. 
Przez pięć godzin włóczyłam się po Sydney, szukając swojego miejsca ze świadomością, że tutaj go nie znajdę, bo już próbowałam.
____________________________________________________
Sad, ale.. jestem w #TeamCaitlin nie wiem jak Wy. Niezależnie od pobudek, jakimi Ashton się kierował - skrzywdził ją.

A więc......... WYGRALIŚMYYY KONKURS NA BLOGA ROKU! WIĘC CIEŃ BLOGIEM ROKU 2014 !!! :) Jestem mega wdzięczna za wszystkie głowy, bo pokazaliście jaką mamy siłę. POZAMIATALIŚCIE KOCHANI! Nie wyobrażacie sobie mojego szczęścia. :) I love you to the moon!

Co do sprawy związanej z Wattpadem... jestem zmuszona jeszcze milczeć... :// poczekacie jeszcze trochę? Już niedługo, obiecuję!


Trzymajcie się! Doooo... za tydzień! ;) xx