piątek, 9 stycznia 2015

Rozdział 19

muzyka: klik


Dział II - Krok w przód

Otworzyłam oczy. Nie mogę powiedzieć, że wyspałam się, bo tak nie było. Mimo miękkiego i wygodnego łóżka nadal męczył mnie ten sam koszmar. Zastanawiałam się, czy kiedykolwiek to wspomnienie odejdzie, albo przynajmniej da mi spać spokojnie. W innym razie już nigdy nie obudzę się wypoczęta, co wiąże się z wieloma konsekwencjami, chociażby w pracy.
Białe ściany z plakatami różnych zespołów. Oczywiście, znałam ten pokój. Od razu przeniosłam się do pozycji siedzącej, aż zakręciło mi się w głowie. Za gwałtownie uniosłam górną część swojego ciała, ale byłam zaskoczona, że nie śpię w moim mieszkaniu, w moim łóżku.. Przysunęłam swoje ciało do oparcia łóżka, na moment zamykając oczy. Wzięłam głęboki wdech. Uniosłam powieki ponownie, aby obejrzeć pomieszczenie, które prawie w ogóle nie uległo zmianie od mojej ostatniej wizyty. Okien wciąż nie przysłaniały firanki, ani zasłony; w kącie znajdowała się tylko jedna lampka; a wyposażeniem nadal była perkusja oraz półka zapełniona płytami.
Stare mieszkanie Ashtona.
Byłam prawie pewna, że chłopcy sprzedali je, aby wyzbyć się wspomnień związanych ze swoim przyjacielem, a jednak nie zrobili tego. Nic nie zmienili, to miejsce wyglądało na nietknięte. Mogłam dotknąć starej szafy i znaleźć na niej zapewne kurz. To budziło przerażenie, ale z drugiej strony mieszkanie miało swoje plusy. Dojazd był świetny, może dlatego postanowili zostawić apartament. Będąc w mieście spędzali czas tutaj. Tak mi się wydawało.
Przypomniałam sobie ostatnią noc. Mnóstwo płomieni, ostre dźwięki, ciepło i osoba, która wyciągnęła mnie z domu. Twarz, jego twarz. To jego twarz widziałam. Miałam wrażenie, że wyprowadza mnie z płonącej willi. Wyglądał inaczej, ale jednocześnie był taki sam. Czy to sen? Zadawałam sobie jedno i to samo pytanie siedząc na łóżku. Bałam się, że gdy z niego wyjdę i przejdę przez korytarz prosto do salonu, stanie się coś, czego nigdy bym nie chciała. Ale musiałam wstać, aby przekonać się, czy tylko przesadzam, czy może mam stu procentową rację, która mnie zabije wewnętrznie.
Szłam przez korytarz, chwiejąc się. Nie czułam się dobrze, wręcz przeciwnie – fatalnie. Słyszałam szumy i piski, nie dające mi spokoju, chociaż panowała błoga cisza. W normalnym stanie, mogłabym usłyszeć delikatne szmery, które wywoływałam swoim powolnym chodem. Przez chwilę myślałam, że nikogo nie ma w domu. Ale czemu ktokolwiek miałby go opuścić po tym, co się wydarzyło? Michael nie zostawiłby mnie samej.
Weszłam do salonu. Mój wzrok odnalazł siedzącego na kanapie Luke’a. Złożył dłonie, trzymając je przed twarzą. Zdawało mi się, że czekał na moje wejście zniecierpliwiony lub zmartwiony, bo gdy ujrzał mnie w progu, zatrzymał powietrze w swoich płucach, patrząc na mnie przepraszająco. Po prawej stronie stał Michael. Opierał swoje dłonie na oparciu krzesła, tępo gapiąc się w podłogę. Nie wyglądał na zadowolonego, wręcz przeciwnie. Powiedziałabym, że był zły, naprawdę zły. Zmarszczył brwi i ciężko przełykał ślinę. Calum zajął miejsce na fotelu. Oparł nogę o kant stolika, w dłoni obracał telefon. Przygryzał wargę, wzbraniając się przed zabraniem głosu. Widziałam, że chciał się odezwać, bo skupienie na jego twarzy mówiło, że ma dobrą przemowę, ale w ostateczności milczał. Dostrzegłam żyły na jego rękach, pulsujące dziwnie szybko. Stałam tam oglądając ich zachowanie, a po moim ciele błądził strach, gdyż głęboko w duszy coś podpowiadało mi, że to zwykła cisza, przed burzą.
Mój wzrok powędrował w stronę okien, kiedy zauważyłam czwartą osobę w salonie. Tą, której za wszelką cenę nie chciałam zobaczyć. Czarna skórzana kurtka okrywała jego szerokie ramiona. Kilka kosmyków włosów wystawało spod granatowej bandany, którą miał zawiązaną na głowie. Ku mojemu zdziwieniu, między palcami nie spostrzegłam papierosa firmy Marlboro. Dzięki temu łudziłam się, iż popadam w obłęd, śnię na jawie czy cokolwiek. Na jego dłoni widziałam czarne rysunki. Wczoraj także je dostrzegłam, ale w innym miejscu. Mogłam wmawiać sobie, że to nie ten sam człowiek, który uratował mnie przed śmiercią, ale oszukiwałabym samą siebie.
Moje serce biło pięć razy szybciej niż zazwyczaj. Powtarzałam w głowie, że zwariowałam, mam przywidzenia. Za każdym razem jednak drugi głos wtrącał się, twierdząc, że wszystko, co właśnie moje oczy widzą, a uszy słyszą jest prawdziwe.Tłumiłam w sobie cały strach. Łzy podchodziły do moich oczu, ale nie pozwalałam im płynąć. Oparłam się o ścianę, wiedząc, że gdy się odwróci, zemdleję znowu, jeżeli nie będę się niczego trzymać. Mój świat legł w gruzach, kiedy blondyn stanął przede mną twarzą w twarz. Tak nagle, w ciągu sekundy, a nawet mniej niż sekundy.Moja szczęka zaczęła drżeć, a ja nie potrafiłam tego powstrzymać. Nie mogłam oderwać od niego wzroku.
Te same rysy twarzy, to przerażające do szpiku kości spojrzenie, znajoma mi budowa ciała, koszulka Nirvany, którą zawsze uważał za swą ulubioną. Tylko liczne tatuaże sięgające aż do szyi oraz trochę ciemniejszy kolor włosów sprawiały, że wyglądał inaczej. Ale to był on.
Czułam jak upadam. Nie fizycznie, ale psychicznie.
Ashton Irwin – człowiek, którego przez sześć miesięcy opłakiwałam nad grobem, popadając w depresje ze względu na brak wyzbycia poczucia winy – stał właśnie teraz przede mną, cały i zdrowy; z krwi i kości.
Musiałam mieć omamy. To śmieszne, do czego może doprowadzić tęsknota. Moja wyobraźnia posuwała się za daleko. Oszalałam.  Powinnam była iść do psychiatry. Ja przecież widzę zmarłych do cholery. Bo Ashton był martwy, prawda? A może to miał być słaby żart chłopców? Podstawili jakiegoś blondyna, przypominającego Irwin’a. Uznałabym, że jest on identyczny. Tak, wręcz wyborny dowcip. Doprowadzanie mnie do rozdwojenia jaźni musi być naprawdę ekscytujące, a w dodatku komiczne. Zgaduję, że pomysł należał do miłującego mnie Caluma.
Zaśmiałam się. Złapałam dłońmi swoją głowę, kręcąc nią z rozbawieniem.
- Michael.. – mruknęłam bezradnie, a chłopak spojrzał na mnie, marszcząc brwi – Zadzwoń po pogotowie, proszę.
- C.. co..? – wyjąkał Luke.
- Widzę duchy – wyznałam drżącym głosem, przerażając tym samym siebie.
Byłam szalona, naprawdę – szalona. Kto o zdrowych zmysłach widzi zmarłą osobę? NIKT. A ja patrzyłam na Ashtona, który właśnie leżał w grobie, bo tak mi przecież powiedziano. Pytałam resztę – mówili mi, że jego ciało jest pod ziemią, po prostu nie pochowali go na cmentarzu do którego miała dostęp policja. Zapewniali mnie. Żaden z nich nie miał powodu, aby mnie okłamać. Nie widziałam ciała, ale ufałam im wszystkim. Pozostało więc tylko jedno – nadmiar problemów sprawił, że doznałam zaburzeń psychicznych. Nie znałam innego wyjaśnienia na całe to zjawisko.
Ashton, a raczej jego duch. Zjawa, czy jak inaczej mogę nazwać tą istotę… zrobił kilka kroków w przód, zmniejszając tym samym dzielący nas dystans. Jego ręka uniosła się, a następnie otarła o moje ramię. Zacisnął dłoń na mojej skórze pełnej dreszczy. Pisnęłam, kiedy odczułam dotyk, który pół roku temu stanowił błogość. 
- Czy zareagowałabyś na dotyk ducha? – zapytał nieśmiało – Duchy nie mają zdolności dotyku.. one nawet nie istnieją – po raz drugi jęknęłam, słysząc jego zachrypiały głos. Zakryłam dłonią usta, a następnie odsunęłam się od chłopaka. Spojrzałam prosto w jego oczy nie dowierzając. Moją duszę pokryła ciemność. To tak, jakby ktoś pogasił światła, zostawiając mnie w wielkim pokoju bez drzwi czy okien samą – zagubioną. Moje serce stało się czarne, zatrute. Tą trucizną były kłamstwa, zdrady, żal, rozczarowanie i smutek. Zmarnowałam sześć miesięcy, siedząc dniami i nocami niczym idiotka. Obarczałam się winą, wierząc, że kilka metrów pod ziemią leży martwy Ashton Irwin. Sześć pieprzonych miesięcy żyłam aspołecznie, izolując się od ludzi, bojąc się rozmowy i unikając jej. Później próbowałam się zaklimatyzować na nowo, wejść ponownie między ludzi. Przez cały ten czas oszukiwano mnie, a ja niczego nie podejrzewałam.
- Nie zrobiłeś tego… - przeczyłam dowodom, mydląc sobie oczy. Czasami prawda jest na tyle bolesna i okrutna, że człowiek nie może jej znieść, więc po prostu wierzy w to, co dla niego brzmi korzystniej oraz jest łatwiejsze do akceptacji. Upozorowanie śmierci Ashton’a okazywało się o wiele trudniejszym faktem do przyjęcia niż jego śmierć. - To niemożliwe - roześmiałam się histerycznie - Ty nie żyjesz...
- Przepraszam – szepnął, a jego dłoń sunęła po moim ramieniu – Ja musiałem to…
Położyłam dłonie na uszach i pokręciłam głową. Nie chciałam tego słuchać. Miałam dość słów wylatujących z ust jego, jego przyjaciół, każdego, kto non stop wyrzucał z siebie kłamstwa. 
- Miałeś rację, Calum - odwróciłam się w stronę bruneta, który spuścił swój wzrok - Miałeś rację...
Odwołałam się do słów, które padły z jego ust kilka tygodni temu. Jemu nigdy na tobie nie zależało, Caitlin. 

~*~

To znowu miało miejsce. Po raz kolejny Ashton zakpił ze mnie, poniżył i sprawił, że poczułam się jak nic nie warte gówno. Otwierałam usta, żeby cokolwiek odpowiedzieć, wrzasnąć, zaszlochać czy wyrzucić z siebie cały ból i gniew, ale po chwili rezygnowałam, bo to nie miało znaczenia.
Robiłam to sześć miesięcy. Dopadło mnie zmęczenie. Nie miałam nic do powiedzenia. Żadne z moich wyznań nie dotarłoby do takiego człowieka, jakim był Ashton. Mogłabym mówić mu, jak bardzo umierałam z tęsknoty, jak skrzywdził mnie teraz, ile czasu wychodziłam przez niego na wariatkę, za którą uważa mnie już całe Sydney. On i tak nie poświęciłby minuty, aby zastanowić się nad moimi słowami.
Spuściłam wzrok. Prychnęłam.
Mogłam się tego spodziewać. Mogłam przewidzieć, że to była kolejna sztuczka Ashton’a. Jego przyjaciele widząc postrzały nie przejęli się tym za specjalnie, kiedy ja stawałam się wrakiem emocjonalnym. Byłam tak głupia, tak zaślepiona. Nigdy sobie tego nie wybaczę.
Zabrałam z kanapy obok torebkę, a później ominęłam Ashtona, kierując się do drzwi. Powstrzymywałam swój szloch do ostatniej chwili. Każdy z obecnych w mieszkaniu śledził moje poczynania. Zawiesiłam dłoń na klamce i już miałam ciągnąć ją w dół, gdy nagle powstrzymałam się, aby wypowiedzieć ostatnie zdanie do osoby, która zniszczyła mnie w całości.
- Ashton – zawołałam, a blondyn spojrzał na mnie spode łba. Nie zrobił na mnie wrażenia ból, jaki zobaczyłam w jego oczach. Był tak samo sztuczny, jak jego przeprosiny. – Dziękuję ci, za wyciągnięcie mnie z pożaru – wysiliłam się na uśmiech, bo o wiele łatwiej było mi się uśmiechnąć niż tłumaczyć mu, jak bardzo rozczarowana jestem – Ale nie musiałeś – mówiłam protekcjonalnym tonem, dochodząc do puenty mojej wypowiedzi – Wolałabym tam spłonąć niż widzieć cię teraz żywego, po tym wszystkim, co przeszłam – skończyłam.
Zniknęłam za drzwiami, zostawiając każdego domownika w szoku i zabierającej siłę ciszy. Nie sądzę, że któryś z nich spodziewał się, że taka wypowiedź może paść z moich ust, chociażby na głos. Przepełniała mnie gorycz zmieszana z rozpaczą. Racja, nigdy nikomu nie wyznałam czegoś tak okrutnego, bo zdawałam sobie sprawę z wielkości słów, które wypłynęły z moich ust. Ale czy ja powinnam w ogóle o to dbać? To jedno zdanie było NICZYM w porównaniu do przedstawienia, które zaaranżował Ashton.
Niczym.
Wybiegłam z budynku, chcąc jak najszybciej znaleźć się w zupełnie innym, najlepiej nieznanym mi miejscu, gdzie nie byłoby możliwości na wspomnienia. Pragnęłam wymazać z pamięci widok ulic prowadzących do tego feralnego mieszkania. Chciałam ujrzeć ciemność – zamknąć i zatopić się w niej, nie wracać do świata rzeczywistego, który jedynie wyrządza mi krzywdę.
Znalazłam się na kompletnie nieznajomej ulicy. Nareszcie, coś nowego. Szłam wylewając swój żal wraz z falą łez. Oparta o mur robiłam coraz rzadziej kroki. Traciłam grunt pod nogami. Słabłam, aż w końcu dosięgnęłam dna. Nie mogłam ruszyć się z miejsca. Osunęłam się na ziemię, pogrążając w boleści.
- Dlaczego? – pytałam na głos. Głośny szloch wydobył się z mojego małego ciała.
Duża bańka wewnątrz której mieściła się masa negatywnych uczuć nareszcie pękła. Eksplodowała, wybuchła, czy jakkolwiek można to nazwać. Ryczałam bijąc się w pięść. Trzymałam się nadziei, która mówiła, że ból w końcu odejdzie, ale on wcale nie chciał mnie zostawić. Towarzyszył mi cały czas, spychając mnie na dno. 
O niczym nie marzyłam z całych moich sił, jak o wiadomości, iż Ashton żyje. Kolejny obraz uśmiechu blondyna, który wpadłby do mojego umysłu, był mi potrzebny tak, jak powietrze.Jednak upozorowanie własnej śmierci było czymś, co ciężko przechodziło przez moje myśli. Nie umiałam tego znieść. Czegoś tak strasznego nie mogłam puścić miedzy uszami. Gdyby stracił tymczasowo pamięć, a potem wrócił do mnie, nie potrafiłabym opisać targającego mną szczęścia. Ale on zniknął dla swoich pobudek, żeby bawić się i czerpać satysfakcję z mojej porażki.
W ciągu kilku sekund, przez jedną wieść oraz jego ujawnienie staliśmy się obcymi ludźmi. Dotarło do mnie, że nigdy nie znałam Ashtona Cienia Irwina. Byłam po prostu zaślepiona tymi wszystkimi bajkami, które wpajał do mojej głowy. Mając tak dobre, a zarazem kruche serce ślepo mu ufałam i wierzyłam.
"Jesteś inna... Możesz mi wierzyć lub nie, ale cię chronię... Proszę, wybacz mi... Pozwól mi siebie chronić, daj mi jeszcze jedną szansę... Dobrze wiesz, że potrzebujesz mnie tak, jak ja potrzebuję ciebie... Przepraszam, Caitlin... Tak bardzo mi przykro... Nie okłamię cię nigdy więcej... Tak bardzo cię potrzebuję..."
Trzymałam się swojej głowy, chcąc wyrzucić z głowy te cholerne słowa.
- Dosyć, dosyć.. nie mogę już.. - powtarzałam sycząc przez zęby.
Straciłam mojego Ashtona. Straciłam osobę, którą sobie tylko nakreśliłam w głowie, bo tak naprawdę ona nigdy nie istniała. Nie było żadnego chłopaka, którego serce zatruł były przyjaciel przez kłamstwa. Nie było człowieka, którego próbowałam uratować, albo naprawić. Istniał Ashton 'Cień' Irwin - morderca, oszust i łajdak. Żaden inny.
Uniosłam wzrok. Zaczerwienione i spuchnięte oczy oglądały idącą naprzeciwko parę. Uśmiechali się – szczerze, trzymali za ręce.  Cieszyli się swoim życiem. Czemu ja nie mogłam zaznać szczęścia? Potykałam się na prostej drodze. Plany, które kiedyś stanowiły priorytet odeszły w niepamięć. Zbłądziłam ze ścieżki, która została do mnie przypisana. Poniosłam porażkę. Ja byłam porażką.
Westchnęłam głęboko, przymkniętymi oczami spoglądając w przestrzeń. Mimo całej nienawiści, jaką teraz żywiłam do Ashtona, nie potrafiłam zapomnieć lustrującego mnie z intensywnością wzroku. Patrzył na mnie swymi pięknymi oczami, w których niegdyś umiałam się zatopić i zapomnieć o świecie. Jego pocałunki przynosiły mi ukojenie; sprawiały, że przenosiłam się do innego wymiaru. Ciężko jest zapomnieć o kimś, kto dał nam wiele do zapamiętania. Zwłaszcza wtedy, kiedy wszystko wydawało się idealne.
Ale to już przeszłość, która nigdy nie stanie się teraźniejszością, ani przyszłością. 
Wstałam. Niepewnie trzymałam się na nogach, ale musiałam iść. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebowałam to Ashton czy ktokolwiek inny próbujący mnie odnaleźć i zaprowadzić do domu. Chciałam samotności, bo tylko w niej jeszcze zdołałam się odnaleźć. 
Krzątałam się po ulicach, idąc przed siebie. Zerkałam w ziemię, co by nie upaść znów, przy okazji zadręczając się wspomnieniami.
Uczucia nas niszczą, Caitlin. Uczucia nas niszczą, uczucia nas niszczą, uczucia nas niszczą... 
Nie sądziłam, że po tym czego doznałam dzisiaj, jeszcze przyznam Ashtonowi rację. Ale tak, uczucia nas niszczą. Myliłam się, mówiąc, że wcale tak nie jest. Gdyby nie one, nie byłabym wrakiem człowieka. Nie włóczyłabym się ulicami, które widziałam pierwszy raz na oczy. Ból nie zapukałby do drzwi mojego serca, aby przeszyć je na wskroś. Gdybym nie czuła, wszystko byłoby w porządku. A tymczasem stara rana stała się na nowo świeżą i nic, ani nikt nie mógł tego zmienić.
Wyglądałam , jakbym śniła – lunatykowała. Kraczący za moimi plecami kruk nie zdołał mnie wystraszyć. Uznałam wiatr za swego przyjaciela. Pchał mnie do przodu, w nieznane, a ja nie sprzeciwiałam się temu. Zahipnotyzowana, zamknięta w swojej pamięci podróżowałam donikąd. A "donikąd" było bardzo atrakcyjną i interesującą ofertą. Jak przez mgłę słyszałam tupot obcasów mijających mnie kobiet. Nieznajome twarze przebiegały przed moimi oczami, zamazane, niewyraźne. Głosy ludzi były dziwne, zmutowane, zupełnie nie przypominające człowieczych. Bełkot, seplenienie, nic zrozumiałego, na co mogłabym zwrócić swoją uwagę. Słyszałam jedynie w mojej głowie słowa, o których wcześniej zapomniałam i wyrzuciłam ze swojego umysłu uznając je za głupią pyskówkę. Nie pomyślałabym, że kiedyś do nich wrócę. Tego dnia zrozumiałam, jak ważną były wskazówką, której nie odczytałam poprawnie.
Jesteś tak bardzo naiwna, że nawet pozwalasz sobie myśleć, iż Ashtonowi na tobie zależało. Oświecę cię, nie zależało. Byłaś tylko przypadkową osobą, Caitlin. Na jego miejscu dałbym się nawet zabić, aby uwolnić się od ciebie, bo śmierć jest chyba na to jedynym sposobem.
Słowa Caluma nabrały znaczenia. Próbował mnie ostrzec, przetłumaczyć do rozumu. Byłam ślepa i naiwna, tak, jak powiedział Hood. Nie przeczyłam, bo wiedziałam, że tym razem to nie miało sensu.
Niesamowite, jak jedna osoba może sprawić, że w ciągu malutkiej chwili stajesz się kruchym człowiekiem. Zawsze odnosiłam wrażenie, że należę do twardych osób, które ciężko złamać, bo przeżyłam śmierć obojga rodziców i nadal chodziłam po tym pełnym okrucieństwa świecie unosząc kąciki ust. Myliłam się. Ja również odgrywałam rolę. W rzeczywistości łatwo było mnie złamać. O wiele łatwiej niż kawałek drewnianej listwy. Ashton wraz ze swoimi przyjaciółmi to udowodnili. I może powinnam być za to wdzięczna... ale w niektórych sytuacjach ludzie potrzebują się oszukiwać. Ja potrzebowałam wierzyć w swoją niezależność, żeby przetrwać.
Z koszmaru myśli obudził mnie głośny dźwięk klaksonu, a następnie pisk opon. Podniosłam wzrok, odwracając swoją głowę. Czarne BMW zatrzymało się kilka centymetrów przede mną. Popatrzyłam na maskę samochodu, która wyglądała na nową. W pewnym sensie żałowałam, że nie przeleciałam przez nią, tracąc przytomność, a przy okazji odchodząc z tego przeklętego świata. Tak byłoby po prostu lepiej, dla mnie, dla wszystkich.
Drzwi samochodu otworzyły się. Zaciągnęłam nosem, spoglądając nieśmiało na kierowcę. Wysoki mężczyzna patrzył na mnie z przerażeniem. Miał mieszane uczucia. Nie wiedział, czy powinien na mnie nawrzeszczeć czy przeprosić. Ułatwiłam mu zadanie i najzwyczajniej zeszłam z drogi. 
Przez pięć godzin włóczyłam się po Sydney, szukając swojego miejsca ze świadomością, że tutaj go nie znajdę, bo już próbowałam.
____________________________________________________
Sad, ale.. jestem w #TeamCaitlin nie wiem jak Wy. Niezależnie od pobudek, jakimi Ashton się kierował - skrzywdził ją.

A więc......... WYGRALIŚMYYY KONKURS NA BLOGA ROKU! WIĘC CIEŃ BLOGIEM ROKU 2014 !!! :) Jestem mega wdzięczna za wszystkie głowy, bo pokazaliście jaką mamy siłę. POZAMIATALIŚCIE KOCHANI! Nie wyobrażacie sobie mojego szczęścia. :) I love you to the moon!

Co do sprawy związanej z Wattpadem... jestem zmuszona jeszcze milczeć... :// poczekacie jeszcze trochę? Już niedługo, obiecuję!


Trzymajcie się! Doooo... za tydzień! ;) xx