piątek, 3 października 2014

Rozdział 8

Dedykacja dla @xMajkelxx z okazji urodzin. Wszystkiego najlepszego, spełnienia marzeń i sto lat.
_______________________________________
Do moich uszu dobiegał dźwięk przesuwających się na zegarze wskazówek, jednak w zupełności na niego nie reagowałam. Siedziałam na fotelu, skupiając cały swój wzrok na kartce papieru, którą miałam przed sobą. Kreśliłam, pisałam, zamazywałam. Powtarzałam te czynności kilka razy, próbując znaleźć rozwiązanie zagadki. Nie byłam jedyną osobą, która nie potrafiła uwierzyć w alter ego Dana; Michael od razu odrzucił tą myśl, wydała mu się absurdalna. Z drugiej strony to absurd mógł rozwiązać cały problem. Nigdy nie podejrzewałam Dana o jakąkolwiek zdradę czy oszustwo. Bawił się mną niczym lalką, a ja byłam na tyle zaślepiona, że nie zdołałam tego dostrzec.
Dan - oszust - podkreśl.
Istniała również możliwość czystego przypadku. Prąd został odłączony, Dan nie miał więc dostępu do światła w łazience. Nie zauważył napisu i tak po prostu wyszedł, jak gdyby nigdy nic się nie stało.
Skreśl poprzednią myśl - włamanie - podkreśl.
Skoro to nadal ją byłam głównym celem, dlaczego zgaszono świeczkę Cassie w dniu wypadku?
Dopisz - Cassie - znak zapytania - zakreśl.
Oparłam łokieć na blacie biurka. Przytknęłam dłoń do policzka, a usta uformowałam w śmieszny kaczy dziubek. Malowałam kratki szukając natchnienia. Miałam szczęście, że moja kierowniczka nie stawiła się tego dnia w pracy. Na widok mojego zapału do porządkowania listów, odesłałaby mnie do domu bez zapłaty. Tymczasem mogłam w spokoju kontynuować swoje śledztwo, a sprawy mniej ważne odłożyć na następny dzień. Zmarnowałam masę kartek. Stosowałam różne wykreślanki, układałam drzewka, aby doszukać się powiązań, jednak niczego nie umiałam ze sobą połączyć. W mojej głowie roiło się więcej pytań niż odpowiedzi. Właściwie, nie znalazłam ani jednej odpowiedzi na którekolwiek pytanie z mojej obszernej puli...
Stukałam długopisem o blat stołu zastanawiając się, co jeszcze powinnam wpisać na kartkę. Akta Ashtona, wypadek, telefon od domu pogrzebowego, karta Jokera... Starałam się nie pomijać żadnego szczegółu, który pomógłby mi w dojściu do sedna sprawy. Nic więcej nie przychodziło mi na myśl. Umysł miał zdecydowanie dość. Mało brakowało, żeby nad moją czaszką zaczęła unosić się para, jak w kreskówkach dla dzieci. Stałam się senna, zmęczona i znudzona. Powieki powoli opadały i podnosiły się w momencie gwizdu, szmeru czy śpiewu ptaków. Wyczekiwałam końca zmiany, żeby jak najszybciej zmyć się z biura, a później jechać do Cassie. Liczyłam, że ten dzień jest szczęśliwym, dzięki czemu Cassidy McGie dostanie pewnego olśnienia. Michael nie miał pomysłu, ja nie miałam pomysłu, więc... jak to mawiają "głupi ma zawsze szczęście". Łapałam się każdej możliwej deski ratunku, bez znaczenia, jak bardzo słaba ona była.
Wybiła ósma. Zgięłam kartkę w dłoni, po czym wrzuciłam ją do torebki. Uprzątnęłam swoje stanowisko, zostawiając na nim tylko parę listów. Zabrałam swoje rzeczy i powędrowałam na recepcję, gdzie podpisałam dokumenty dotyczące mojego wyjścia. Pożegnałam znajomą mi dziewczynę, która dziś odgrywała rolę sekretarki. Udałam się do windy; nacisnęłam guzik, a potem cierpliwie czekałam na jej przyjazd. Gdy maszyna pojawiła się na piętrze, weszłam do jej wnętrza. Zażądałam zjazdu na piętro minus pierwsze, ponieważ tam znajdował się parking. Drzwi zamknęły się, a winda ruszyła. W tym czasie myślałam o gorącej kąpieli, która pozwoli mi na godzinny relaks. Zdecydowałam zafundować sobie mały odpoczynek przed moją podróżą do Cassie. Byłam wykończona fizycznie, potrzebowałam odrobiny snu. Marzyłam o spokojnie przespanej nocy, chociaż w głębi duszy wiedziałam, że jeszcze sporo czasu musi minąć, zanim do tego dojdzie.
Wybrałam na telefonie numer Cassie, ale automatycznie po naciśnięciu zielonej słuchawki zostałam przekierowana na pocztę głosową. Oznaczało to tylko jedno. Cassidy McGie nie zamierzała rozmawiać ze mną, ani nikim innym na jakikolwiek temat. Niestety, potrzebowałam jej, bo wiedziałam, że sama jestem bezradna, a Michael węszył innymi sposobami. Nie zamierzałam zwracać się do Luke'a, a już na pewno na mojej liście przyjaciół, którzy byliby skorzy do pomocy nie widniał Calum. Musiałam jechać do Cassie; pomyślałam, że w najgorszym wypadku będę stała pod drzwiami wykrzykując jej imię i rzucając kamieniami w jej okno. Zapewnię sobie trochę rozrywki, zawsze coś.
Nagle winda zatrzymała się awaryjnie między trzecim, a drugim piętrem. Moje ciało zakołysało się pod wpływem agresywnego hamowania. Impulsywnie pisnęłam, zaskoczona zdarzeniem. W ostatniej chwili chwyciłam dłońmi poręcz, która uchroniła mnie przed upadkiem. Po odzyskaniu równowagi rozejrzałam się po pomieszczeniu, czekając na moment, w którym winda ponownie ruszy. Ten moment nie nastąpił. Podeszłam do konsoli, a tam wcisnęłam alarm, następnie guzik z napisem "Poziom -1". Uderzyłam również w przycisk awaryjnego otwierania drzwi, ale na nic zdały się moje próby. Winda zatrzymała się na dobre. Zauważyłam opcję pomocy technicznej, którą od razu postanowiłam wykorzystać, jednak skutki nie różniły się od reszty przycisków. Brak reakcji, kompletny brak reakcji. Z sekundy na sekundę coraz bardziej żałowałam jazdy windą. Kompletny idiota zamontował przyciski, na które nikt nie odpowiadał. Powoli dostawałam szału i histerii.
Dzwonek mojego telefonu obił się echem w pionowym tunelu. Komórka przypomniała o swoim istnieniu, z czego byłam zadowolona. Mając nadzieję, że dzwoni Cassie, odebrałam bez wahania połączenie.
- Wow, włączyłaś telefon - zaszczebiotałam - Świetnie, a teraz rozłącz się i zadzwoń po pomoc, bo utknęłam w windzie - oznajmiłam bez ogródek, ciesząc się z telefonu Cassidy.
- Witaj, Caitlin - usłyszałam w słuchawce ten sam zmodyfikowany głos, który męczył mnie dniami i nocami około ośmiu miesięcy temu.
- Kto.. kto mówi? - zawahałam się pytając.
Miałam pewne wątpliwości co do tożsamości tej osoby.
- Powinienem obrazić się za tak głupie pytanie - wydawał się być rozbawiony - Na pewno nie zdążyłaś o mnie zapomnieć - odparł wymijająco.
Zaczęłam dotykać kolejno każdego przycisku znajdującego się na panelu z nadzieją, że winda nareszcie ruszy. Ta krótka dyskusja przyprawiła mnie o wystarczającą ilość dreszczy na skórze. Chciałam za wszelką cenę wydostać się z tego malutkiego i ciasnego pomieszczenia, bo czułam, że nie jestem w nim bezpieczna.
- Och, skarbie - zawołał udając zasmuconego - Nie trudź się. Winda nie ruszy, dopóki tego nie zechcę.
Odsunęłam się od guzików. Zrobiłam kilka kroków w tył. Wysuniętymi do tyłu dłońmi szukałam poręczy bądź ściany, o którą mogłabym się oprzeć. Kiedy dotarłam na koniec windy, przylgnęłam ciałem do jednej z czterech ścian, nie mając w zamiarze wykonywać żadnego ruchu. W mojej głowie pojawiały się dziwne i przerażające wizje, które nasilały się z każdym kolejnym słowem nieznajomego, chcącego obudzić we mnie wszystkie lęki.
- Kim jesteś? Czego ode mnie chcesz? - pytałam, szukając po kątach kamer, aby sprawdzić czy osoba, która zatrzymała windę może mnie teraz widzieć.
- Może mi nie uwierzysz, ale... - mruknął, robiąc dłuższą pauzę - Jestem twoim cieniem - otworzyłam usta, kiedy jego szept obił się o moje uszy.
Wydałam z siebie cichy jęk. Odsunęłam komórkę od swojej twarzy. Zastygłam; nie mogłam nic powiedzieć, ani zrobić. Ta informacja wytrąciła mnie z równowagi.
- Ashton..
W momencie wypowiedzenia przeze mnie tego imienia, światło w windzie zgasło. Głośny krzyk wydobył się z mojego drobnego ciała, gdy maszyna zaczęła lecieć w dół niesamowicie szybko. Bicie mojego serca znacznie przyśpieszyło. Upadłam na ziemię, głową uderzając o podłogę. Na szczęście nie straciłam przytomności. Całym dźwigiem miotało, przez co nie potrafiłam utrzymać się w jednej pozycji. Winda zatrzymała się dopiero między kolejnymi piętrami. Chwilę później ruszyła w górę normalnym tempem. Odnalazłam telefon, który wypadł z moich rąk w trakcie nagłego ruchu windy. Ponownie przyłożyłam słuchawkę do ucha, wydzierając się histerycznie.
- To nie ty! Nie jesteś Ashtonem! - zarzuciłam - To niemożliwe!
- Wydaje ci się, że kogoś znasz, a potem... - przerwał chichocząc - Niespodzianka.
Serce mało nie wyskoczyło mi z piersi. W moich oczach pojawiły się łzy. Nie wierzyłam, nie chciałam wierzyć. Wydawało mi się, że gram w filmie, który określony został komedią, ale wcale nie bawił. Był swego rodzaju dramatem, mogłabym nawet rzec, że thrillerem o tragicznym zakończeniu, które nadchodziło małymi kroczkami. 
- Wypuść mnie - skapitulowałam i syknęłam przez zaciśnięte zęby.
Operator znowu zatrzymał dźwig. Miałam nadzieję, że zdecydował się mnie wypuścić, jednak to było kolejne zagranie mające na celu zniszczenie mnie psychicznie.
- Po co te nerwy? - zapytał rozbawiony; słyszałam jak zaciąga papierosem 
- Proszę, dość... - wybłagałam.
Winda stanęła, a po kilku sekundach osunęła się w dół z prędkością światła o kilka metrów. Piszczałam histerycznie i płakałam. Kręciło mi się w głowie, zaczynałam wyobrażać sobie, co wydarzy się później. Odnosiłam wrażenie, że spadam i za chwilę dobiję dna. Sufit zmiażdży moje ciało, którego zdjęcia tydzień później będą na okładkach gazet. Światło migotało, przez co zdawało mi się, iż pomieszczenie stawało się mniejsze. Ściany przysuwały się coraz bliżej, a ja nie miałam na to wpływu. Od śmierci dzieliło mnie tylko kilka minut. 
- Trafiłaś do gry, w której stawką jest ludzkie życie - powiedział, a strach przeszył moje ciało od stóp, aż po samą głowę - Wiesz, jesteś jednym z moich ulubionych pionków, Caitlin - wyznał.
Chłód muskał moją skórę. Temperatura uległa zmianie. Trzęsłam się z zimna, pomimo ciepłej marynarki oraz długich jeansowych spodni, które ubrałam. Wydawałam ciche odgłosy, przypominające nieświadome jęki. Brakowało mi tchu, dusiłam się. Nie byłam w stanie mówić, ani krzyczeć. Zaciągałam nosem, modląc się o cud, który wyratowałby mnie raz dwa. 
- Cz...cz...czego...ode...mn..mnie...chcesz? - wyjąkałam
- Dowiesz się - burknął - W swoim czasie.
Winda nareszcie odnalazła poziom minus pierwszy, a jej drzwi rozsunęły się tuż po zatrzymaniu. Przeczołgałam się przez wyjście, zalana łzami. Połączenie zostało zakończone przez nadawcę. Oparłam się o ścianę, łapiąc zachłannie powietrze do swoich ust. Zacisnęłam palce na kosmykach swoich włosów ciągnąc je w górę. Chciałam odczuć ból, który pozwoliłby mi zapomnieć o chaosie istniejącym w mojej głowie. Rozpłakałam się; beczałam jak małe dziecko. 
Usłyszeć jego głos było moim marzeniem. Nie sądziłam, że kiedykolwiek stanie się ono jawą, a moje sny ziszczą się w taki sposób. Przez tyle czasu walczyłam ze sobą, żeby normalnie żyć, cieszyć się codziennością, rozkoszować się blaskiem słońca, a teraz wracałam do przeszłości, którą próbowałam wyrzucić ze swojego umysłu, a także serca.
Będąc tam, wyobrażałam sobie uśmiech na jego twarzy; tą ogromną satysfakcję z zadawania mi tak silnych ciosów. Moje cierpienie wzmacniało go; sprawiało, że czuł się pewny.
Naciągnęłam na dłonie rękawy marynarki. Na samą myśl o żywym Ashtonie; ukrywającym się przez dobre sześć miesięcy na jakimś bezludziu, ogarniało mnie przerażenie. Czy mogłam wierzyć, że jest to kolejna pułapka, którą zastawił na mnie Logan? Być może w jego planach pojawiła się myśl zemsty, a teraz zdecydował się wcielić go w życie. Co, jeżeli przesłyszałam się i głos, który nawiązywał ze mną dialog tak naprawdę nie był zmodyfikowanym komputerowym głosem, którego używał Ashton podczas pierwszych rozmów ze mną? Moja wyobraźnia działała; słyszałam to, co chciałam usłyszeć, a w związku z tęsknotą słyszałam bzdury. Ponosiła mnie wodza fantazji; działy się rzeczy niestworzone - takie, w które nikt nie potrafiłby uwierzyć, nawet ja nie wierzyłam.
Ashton był zabójcą, ale nie wariatem. Nigdy nie zauważyłam problemów psychicznych, z którymi ten chłopak mógłby się zmagać. Skoro więc określałam go, jako całkiem zdrowego na umyśle; dlaczego postanowił mnie wplątać w jakąś grę? Jego zdolność manipulacji przewyższała resztę umiejętności, fakt, ale nie bawił się moimi uczuciami. Za każdym razem, kiedy nasza dwójka zbliżała się do siebie, widziałam coś nowego i świeżego; iskrę, która pozwalała mi wierzyć, że jest dobrym człowiekiem. Nie skrzywdziłby mnie, nie w taki sposób. Chyba, że robił to wbrew sobie.
Jeżeli jednak Ashton żył i był chory, oznaczało to kłopoty, sporo kłopotów. Jednym z nich byli jego przyjaciele, którzy przez sześć miesięcy zdecydowali się zmienić zawód z przestępców na aktorów. Mając rację, musiałabym przyznać, że spełniali się w swoich rolach, bo dzięki mojej naiwności, nie przyłapałam ich na kłamstwie. Żadnego nie dostrzegłam.
Do mojej głowy dobiegł ten sam głos, który słyszałam w komórce. Przypomniały mi się słowa, w których odnalazłam wskazówkę. Oczywiście, korzyści dla mnie nie było żadnych, gdyż stanowiła ona niebezpieczeństwo. Właściwie, zmusiła mnie do wstania i ruszenia w kierunku auta.
Jesteś jednym z moich ulubionych pionków, Caitlin.
To zdanie nacechowane większą grozą niż zatrzymanie windy nosiło w sobie klucz, który na moje szczęście w porę wykryłam. Pionków było więcej; pionków była masa; pionkiem była Cassie.
A Cassie nie odbierała telefonu, gdyż jej komórka była wyłączona.
Pędziłam autostradą, sprawnie wymijając przejeżdżające obok w dozwolonym tempie auta. Nie zwracałam uwagi na prędkość; nie miała ona żadnego znaczenia, kiedy chodziło o życie mojej najlepszej przyjaciółki. Ciągle próbowałam dodzwonić się do Cassie, telefonując również do Will'a. Liczyłam na jego pomoc; był policjantem, a w dodatku sprawa Cienia znajdowała się w jego rękach. Żadne z nich nie odbierało ode mnie połączeń. Wybrałam więc numer alarmowy, który kierował rozmowę na sekretariat komisariatu w Sydney.
- Theresa? - spytałam dla pewności, słysząc damski aksamitny głos; dziewczyna przytaknęła - Możesz zawołać Will'a?
- Przykro mi, Cait, ale nie ma go - odpowiedziała normalnym tonem.
- Kiedy wróci? - dopytywałam, spoglądając to na drogę, to na zegarek; ścigałam się z czasem, którego było mało, za mało.
- Skończył swoją zmianę jakieś dwie godziny temu - poinformowała Theresa, w odpowiedzi dostając mój krzyk wyrażający zaskoczenie.
- Mówił mi, że jego zmiana trwa do siedemnastej, patrole, biurokracja i dodatkowa robota - powiedziałam zdumiona.
- Codziennie wychodzi o tej samej godzinie, od razu po swojej zmianie - wyjaśniała mi Theresa, jakby wiedziała, że nie dotarło do mnie żadne jej słowo. Will dzień w dzień przychodził do mnie o późnej porze tłumacząc się pracą. Gdzie on do jasnej cholery podziewał się po południu?
Pożegnałam się z Theresą, a potem nacisnęłam czerwoną słuchawkę. Nie zrezygnowałam ze swojej natarczywości i uporczywie starałam się nawiązać kontakt z Cassie. Po trzydziestu wykonanych połączeniach i dwudziestu minutach później, dziewczyna włączyła swoją komórkę i oddzwoniła.
- Teasel, ja rozumiem, że mnie uwielbiasz, ale żeby dzwonić trzydzieści razy? To już podchodzi pod stalking. Nie, nie umówię się z tobą, biseksualizm mnie nie pociąga. - uspokoiłam się, słysząc ten nudnawy, przepełniony sarkazmem głos przyprawiający o białą gorączkę.
- Cassidy McGie, gdzie jesteś?! - wydarłam się.
- Czemu pytasz?
- Muszę się z tobą zobaczyć, jak najszybciej, to ważne - starałam się wyjaśnić swoją natarczywość w skrócie.
- Może być z tym maleńki problem... - w jej głosie pojawiła się wątpliwość.
- Bo? - zacisnęłam palce na kierownicy mocniej, a strach w moim ciele wzrastał. Bałam się, że Cassie jest w niebezpieczeństwie; dzieje się coś złego o czym nie chce lub nie może powiedzieć. Mamrotała coś pod nosem, wahała się. Nawoływałam kilkakrotnie jej imię, czekając na odpowiedź. Nieświadomie, dociskałam stopą pedał gazu. Przyzwyczaiłam się do szybszej jazdy. Pojedyncze drzewa, znaki oraz budynki pojawiały się, a po chwili znikały z zasięgu mojego wzroku. Po raz pierwszy jechałam tak szybko, siedząc na miejscu kierowcy. Łamanie zasad nie wydawało się wcale straszne.
- Cassie! - krzyknęłam popadając w paranoję. Ashton mógł przystawiać jej broń do głowy; Logan mógł siedzieć tuż obok z nożem przy jej tętnicy lub ktoś inny mógł właśnie próbować ją skrzywdzić. Któryś z przestępców zabronił jej mówić, chciał przedłużyć rozmowę, zażądać okupy czy cokolwiek.
- Jestem w Hurstville - oświadczyła, a ja automatycznie puściłam wszystkie pedały w samochodzie, naciskając na hamulec. Auto stanęło w poprzek na środku skrzyżowania. Każdy z kierowców znajdujących się w pobliżu uderzył w klakson, a ostry dźwięk kilkunastu alarmów całkowicie mnie zagłuszył. - Caitlin, w porządku? Co się stało? - pytała zmartwiona, słysząc odgłosy miażdżące bębenki w uszach.
- Pod żadnym pozorem nie mów o tej rozmowie nikomu - warknęłam - Uważaj na chłopaków, będę tam jak najszybciej. Gdyby cokolwiek się działo, uciekaj - poinstruowałam, rozłączając się.
Z piskiem opon ruszyłam w przeciwną stronę do tej, którą pędziłam poprzednio. Obrałam zupełnie inny kierunek. Tabliczka umieszczona przy drodze, którą jechałam prowadziła mnie do Hurstville. Włączyłam dodatkowo nawigację, pokazującą mi wszelkie możliwe skróty. Sprawdziłam w torebce, czy wciąż mam w niej pistolet. Znalazłszy broń, ułożyłam ją na wierzchu. Byłam przygotowana na wszystko, nawet na spotkanie z trzema chłopakami, którzy planowali skrzywdzić mnie i moją przyjaciółkę.
________________________________________________________
Chyba nie mam nic do dodania.
Na blogu jest burdel. Jutro postaram się to ogarnąć, obiecuję.
Przepraszam, że dziś litanii ode mnie nie będzie, ale jestem zmęczona, zła, smutna i jedyne na co było mnie stać, to wrzucenie dla Was tego rozdziału.
Trzymajcie się ciepło, kocham Was.
Do piątku.


ps. W aktualnościach macie napisane o której i kiedy pojawia się rozdział, więc proszę Was.... po prostu to sprawdzajcie, nie pytajcie mnie o to, bo takie pytania denerwują, zwłaszcza jeśli odpowiedź znajduję się na blogu.