piątek, 7 lutego 2014

Rozdział 20 + #PÓŁROKUCIENIA

Bose stopy obijały o białe, szpitalne kafelki. Szłam ostrożnie, jakby po wrzących kamieniach sprawdzając poziom ich ciepła. Pielęgniarki przebiegały obok mnie, jakby w ogóle nie zauważały mojej osoby. Wskazówki zegara z nadzwyczajną prędkością przesuwały się po okrągłej tabliczce. Głosy przechodzących ludzi mieszały się w mojej głowie. Ogromną trudność sprawiało mi zarejestrowanie jakiegokolwiek dźwięku i zrozumienie go. 
W pewnej chwili zatrzymałam się. Silne światło padało na mnie, rażąc moje zmęczone tęczówki. Spuściłam wzrok i przyjrzałam się mojemu ubraniu. Biała sukienka, przypominająca pidżamę sięgała mi do kolan. Dłonią ścisnęłam swoje włosy, które były związane w kucyk i szorstkie, jakby wysuszone. 
Nagle, męski głos stał się wyraźniejszy i dobrze słyszalny.
- Raz...dwa...trzy... - uderzenie - Ładuj! - krzyczał mężczyzna. 
Moja głowa odwróciła się w kierunku dźwięku, w stronę sali reanimacyjnej. Na łóżku leżała nieprzytomna brunetka. Moja mama. Pielęgniarze umieścili na jej klatce piersiowej defibrylator, a jej ciało podskoczyło, a następnie opadło. Wciąż się nie ruszała. Spojrzałam na aparaturę, gdzie zobaczyłam obraz poziomej kreski. Ciągły dźwięk sprzętu medycznego siedział w moim umyśle nie dając o sobie zapomnieć. 
Wysoki mężczyzna popatrzył na mnie. Jego twarz była pełna smutku i rozczarowania.  Skóra wokół jego oczu zwiotczała, a siwe kręgi wskazywały na to, że wkładał w swoją pracę wiele serca i wysiłku. Widziałam, że walczył ze sobą w duchu. Był wściekły, że nie udało mu się przeprowadzić operacji po jego myśli. Kąciki jego ust, wokół których uwidaczniały się zmarszczki, zadrżały, a głowa pokręciła się na prawo i lewo z bezradnością. Wiedział kim jestem i dlaczego tu jestem, a także wiedział, ile ta kobieta znaczyła dla mnie.
Zacisnęłam powieki, a zaczepiona pod rzęsami łza opadła na mój policzek...

Obudziłam się w nieznanym mi pokoju, oświetlonym przez tylko jedną lampkę. Delikatnie uniosłam zmęczone pomimo snu powieki, a kiedy tylko przyzwyczaiłam się do małego światła poczułam pulsowanie w skroniach. Musiałam dość długo spać, skoro pojawiła się u mnie migrena. W moim przypadku jest to bardzo rzadkie, zdarza się jedynie po imprezach, gdzie pozwalam sobie na większą ilość alkoholu. 
W urządzonym skromnie, lecz z klimatem pokoju panował lekki półmrok. Krople deszczu obijały o okna oraz parapet. Było już ciemno, prawdopodobnie nastał wieczór. 
Trzymając dłoń na bębniącej z bólu głowie podniosłam swoje ciało siadając na łóżku i poczęłam się rozglądać. Ściany pokoju były pomalowane na biały kolor. Nie zauważyłam żadnych obrazów, jedynie kilka plakatów. Między innymi All Time Low, Nirvany czy Green Day. Znam te zespoły z opowieści Dan'a. Uwielbia tego typu muzykę, natomiast ja gustuję w czymś zupełnie innym. Okna nie były przysłonięte firankami czy zasłonami. W kącie pokoju spostrzegłam perkusję, a tuż obok niej niewielki regał na którym leżało kilka płyt.
Zeszłam z miękkiego łóżka, a moje stopy opadły na podłogę wyłożoną beżowym dywanem. Nie miałam na sobie butów, ani skarpetek. Gdy zerknęłam na swoje ciuchy zdziwiłam się, ponieważ ubrana byłam w szare dresy i dużą, męską koszulkę z nadrukiem. Pociągnęłam opuszkami palców za koniec koszulki, aby zobaczyć co znajduje się na bluzce. Logo Guns'n'roses.
Podeszłam do okna, które wychodziło prosto na ulicę. Kilka latarni rozświetlało drogę, a z oddali można było usłyszeć sygnał alarmowy. Zgaduję, że przejeżdżała policja lub karetka. Odwróciłam się z powrotem w stronę niedużego pokoju. Pod ścianą, na której dopiero teraz spostrzegłam fototapetę było przestronne łóżko, dwuosobowe. Pościel koloru białego idealnie kontrastowała z kolorem łóżka - brązem. Blisko okna znajdowała się szafa, a obok niej mały stolik na którym stał wazon z białą różą. 
Moje ubrania leżały na brązowym fotelu, blisko drzwi. Wzięłam je do ręki, po czym położyłam na łóżku następnie ściągając to, co miałam aktualnie na sobie. Przebrałam się w swoje rzeczy, a ciuchy, które jakimś cudem znalazły się na mnie pozostawiłam na pościeli. Wyszłam z pokoju i znalazłam się na korytarzu oświetlonym przez lampki wbudowane w ścianę. Słyszałam krzyki więc pokierowałam się w ich stronę. Znalazłam się w salonie.
- Spieprzyliście to po całości - Ashton wydzierał się na siedzącego naprzeciwko Calum'a. Obok niego na czarnym fotelu swoje miejsce znalazł Luke ściskający w dłoniach gitarę. Co chwilę przebiegał palcami po jej strunach przygrywając jakąś nieznajomą mi melodię. Michael stał w progu drzwi balkonowych zaciągając się papierosem w skupieniu. Spoglądał na niebo jakby odbiegając od słów swojego kolegi. 
- Ash.. - mruknął Calum, gdy spostrzegł mnie tuż za nim.
Jednak Ashton wcale nie przerywał. Kontynuował swoje krzyki i wywody nie zwracając największej uwagi na to, kto stoi za nim i na kogo patrzą się jego przyjaciele. Luke uderzył płaską dłonią w struny uciszając muzykę, a następnie posłał mi zdziwione spojrzenie. Calum również skupił się na mojej osobie. Jego wargi rozwarły się, a oczy rozszerzyły, jakby chciał odezwać się do mnie, ale coś mu na to nie pozwalało. Nie wiedziałam nawet, co mógłby mi powiedzieć. 
- Co do cholery?! Co teraz?! To koniec kurwa! - krzyknął.
Ashton widząc wzrok swoich przyjaciół, całkowicie skupiony za jego plecami, również się odwrócił. Z jego ust wyleciało ciche mruknięcie, niczym zaakceptowanie mojej aktualnej obecności w pokoju. 
Milczał, a ja milczałam z nim. Lustrowaliśmy się wzajemnie wzrokiem czując dyskomfort, starając się zyskać na czasie. Żadne z nas nie wiedziało, co właśnie powinno zrobić. Zabić się nawzajem, czy może dojść do porozumienia? 
To była dziwna sytuacja. Z jednej strony zawdzięczam mu życie, ale z drugiej strony to zdarzenie nie miałoby miejsca gdyby nie on. Miałam mieszane uczucia. Byłam wściekła, ale także szczęśliwa, że wciąż żyję. Walczyłam z myślami, rozumem, sercem. Brałam pod uwagę wszelkie plusy i minusy, negatywy i pozytywy dopóki nie podjęłam decyzji.
Złość wzięła górę.
- Jeśli liczysz na podziękowania to od razu cię uświadomię, że ich nie otrzymasz - fuknęłam krzyżując dłonie.
- Jakby mi na tym zależało - odparł obojętnie wzruszając ramionami.
- Jak bardzo musiałeś mnie nienawidzić? - zapytałam, a Ashton podniósł brwi.
- Co? - spytał zdziwiony.
- No nie widzę innego wyjaśnienia - prychnęłam - Dobrze się bawiłeś? Zabawiając się mną? Przychodząc do baru i uśmiechając się do mnie wiedząc, że nie mam pojęcia kim jest Ashton Irwin? Wszelkie włamania, niebezpieczeństwa na które mnie naraziłeś, kłamstwa i "sprawdzanie mnie"...bądź z siebie dumny, udało ci się zrobić ze mnie idiotkę - powiedziałam.
Do moich oczu znowu zaczęły napływać łzy. Spuściłam wzrok, aby Ashton nie zauważył mojego stanu. Zacząłby się śmiać, kompromitując mnie w dodatku przy swoich znajomych. Chciałam zachować jeszcze resztki godności i sprawić, żeby chociaż w małym stopniu poczuł ból i złość, która właśnie mi towarzyszyła. Czułam się zdradzona i zażenowana. Wspomnienia, które mi towarzyszyły, myśli, jego głos, śmiech i wszystkie konwersacje, które z nim przeprowadzałam sprawiały mi ogromny ból. Irytował mnie za każdym razem, gdy dzwonił, ale sprawiał mi również przyjemność, że po prostu był. Prawda, którą poznałam, to dla mnie zbyt wiele do zniesienia. Zaufanie, którym obdarzyłam Ashton'a zniknęło w ciągu jednej minuty. Nie jestem w stanie wybaczyć krzywdy, jaką mi wyrządził. Moje życie przez niego stało się jednym, wielkim bałaganem nie mającym najmniejszego sensu.
- Nie rozumiesz Caitlin - warknął.
- Nie rozumiem - powtórzyłam cicho.
Uniosłam głowę patrząc na jego milczących przyjaciół. Uśmiechnęłam się sztucznie mierząc każdego z nich pogardliwym spojrzeniem. Musieli się naprawdę dobrze bawić, wiedząc, że Ash... Ash, który wydawał mi się niegroźny robił ze mnie kretynkę. Zastanawiałam się przez chwilę nad tym, czy oni w ogóle mają jakiekolwiek uczucia, jednak stwierdziłam, że to bez sensu. Tylko potwory mogły dopuścić się takiego szaleństwa. Włamywacze, złodzieje, gwałciciele, zbrodniarze, mordercy...
- Wiedzieliście wszystko. 
- Caitlin, to nie tak jak myślisz.. - Calum wstał i powoli kierował się w moją stronę. Gwałtownie cofnęłam się do tyłu zwiększając dystans między nami.
- A jak?! - krzyknęłam pytając - Myślałam, że jakiś popieprzeniec do mnie wydzwania bo mu się nudzi! Potem myślałam, że wszystkie prezenty to głupie żarty, a kiedy mało nie potrącił mnie samochód, że to cholerny przypadek. Myślałam, że miałam jakiegoś pierdolonego pecha i wreszcie to się skończyło! A dzisiaj? - spytałam jakby sama siebie - Jakiś wariat mało mnie nie zabił, obronił mnie mój prześladowca, który okazał się klientem baru mojej ciotki! Nadal nie jest tak jak myślę?!
- To było wczoraj - rzucił Ashton - Przespałaś cały dzień 
- Wielka mi różnica - prychnęłam
- Posłuchaj...
- Nie - powiedziałam pewnie - Mam w nosie, to co właśnie chcesz mi 'wyjaśnić' - oznajmiłam - Chcę o tym zapomnieć - stwierdziłam podnosząc dłonie do góry, jakby na znak przegranej - Róbcie sobie co chcecie, żyjcie swoim życiem, ja zrobię to samo. Wynoszę się stąd gdziekolwiek do cholery jestem. - zakomunikowałam, po czym sięgnęłam po buty stojące w przedpokoju i wsunęłam je na nogi.
- Nie możesz - warknął Irwin.
- Nie będziesz mi rozkazywał - pogroziłam palcem sycząc.
- Owszem, będę. Nigdzie nie idziesz.
- Niedoczekanie twoje. 
Założyłam kurtkę na siebie i zabrałam z podłogi torebkę. Czy było mi przykro? Już nie. Byłam wtedy wściekła, że Ashton wciąż zachowuje się arogancko i myśli, że jestem jego własnością, którą może się bawić, kiedy tylko ma ochotę. Może budził we mnie lęk, wyglądał przerażająco i był tajemniczy, ale nie byłam typem szarej myszki, żeby mu się podporządkować. Podążyłam  więc do drzwi, a moja ręka wylądowała na klamce ciągnąc ją do dołu. Gdy już byłam gotowa, aby je otworzyć usłyszałam dźwięk odbezpieczania broni, a wtedy zmieniłam zdanie na temat mojego komórkowego prześladowcy. 
- Spróbuj wyjść, a będziesz martwa - pewny, zachrypiały głos Ashton'a dobiegł do mojej głowy i kilkakrotnie przeszedł przez nią jak echo. Zamarłam czując na sobie jego skupiony wzrok i wycelowany w moim kierunku pistolet. Wydałam z siebie cichy jęk puszczając przy tym klamkę. 
Zdecydowanie miałam fobię na punkcie broni. Nie bałam się tak bardzo burzy czy pająków, ale pistoletu - owszem. Moje dłonie zaczęły się pocić, a ciśnienie znacznie podskoczyło. Bicie mojego serca przyśpieszyło, a usta pragnęły się otworzyć, abym mogła krzyczeć jak każda przerażona dziewczyna w najgorszym horrorze, gdy ktoś próbuje ją zabić. Moja pewność siebie gdzieś zniknęła, a złość uleciała zastąpiona strachem.  
- Ashton... - szepnął Luke próbując najwyraźniej uspokoić zirytowanego moją postawą chłopaka. Ten jednak kazał mu się zamknąć i wciąż celował we mnie bronią.
Odwróciłam się przodem do blondyna, aby zobaczyć, czy to co czuję jest prawdziwe. Rzeczywiście, Ashton bez żadnych skrupułów mierzył do mnie z broni. Po moim policzku spłynęła łza, ale dla niego nie miało to znaczenia. Był zdeterminowany i nie zawahałby się gdybym spróbowała uciec, a przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Z resztą, to bez znaczenia. Mi to wystarczyło i przekonywało mnie do pozostania posłuszną, jeśli naprawdę zależało mi na moim życiu. Ciężko i głośno oddychając popchnęłam ręką w pół otwarte drzwi, które z hukiem zamknęły się. Wyprostowałam dłoń, a torba, która jeszcze chwilę temu znajdowała się w niej, uderzyła z impetem o podłogę. Nie spuszczając gniewnego wzroku z Ashton'a zdejmowałam powoli kurtkę, którą przed chwilą na siebie włożyłam. Ostatni raz wymieniliśmy ze sobą spojrzenia. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała, a szczęka była zaciśnięta. Kilka kosmyków włosów opadało na jego czoło, ale był zbyt skupiony, żeby je odgarnąć. Gniew w moich oczach przejął ogarniający mnie smutek i bezradność. Gdy blondyn to zauważył, opuścił rękę w której trzymał broń, a jego wzrok złagodniał. 
Zrezygnowana pognałam do pokoju, w którym wcześniej dane było mi przebywać. Kątem oka spostrzegłam, jak cała czwórka odprowadza mnie do niego wzrokiem. Trzasnęłam z impetem drzwiami. Pobiegłam pod ścianę i osunęłam się po niej opadając na ziemię. Moje zachowanie przypominało karę dla małego dziecka, które nie wypełniło polecenia rodzica czy potraktowało go niestosownie. Podsunęłam kolana pod brodę, siedząc skulona i cichutko łkając.
Czy teraz się bałam? Zdecydowanie tak. Przerażenie w moim ciele pojawiło się, gdy tylko usłyszałam ten okropny szybki dźwięk, a później wzrok Ashton'a. Ciemność i złość dominująca w jego oczach sprawiła, że miałam na skórze większe ciarki niż podczas skoku na bungee kilka lat temu. Dopiero teraz zrozumiałam w co tak naprawdę się wpakowałam i z kim mam do czynienia. Przecież normalni, codzienni ludzie nie noszą w kieszeni naładowanej broni nieprawdaż? Nie zdawałam sobie sprawy z konsekwencji mojej pobłażliwości, jednak teraz dostaję za swoje. 
A może ja popadam w paranoję? Może to jakiś chory sen z którego za moment się obudzę? Szczerze mówiąc modliłam się, żeby tak właśnie było. Rzeczywistość w której tkwiłam przytłaczała mnie i spowodowała, że powoli odbiegałam od realnego świata zatracając się jedynie w swoich myślach. Właściwie, czy ja już nie zrobiłam tego wcześniej? Bo w końcu jak mogłam być tak naiwna i zaufać komuś, kogo tak naprawdę nie znałam? Jak mogłam pozwolić na wszelkie włamania i napaści? Jak mogłam w ogóle dopuścić do siebie Ashton'a na tak ogromną skalę? 
Tkwiłam przez kilka godzin w cholernym pokoju, w mieszkaniu przestępcy, w dzielnicy, której nazwy nie znałam, z daleka od domu, rodziny czy przyjaciół. Nie miałam telefonu, nie wiedziałam nawet gdzie on jest i co się z nim stało. Brak kontaktu z kimkolwiek sprawiał, że powoli zaczynałam wariować. Chętnie wezwałabym pomoc, gdyby tylko nadarzyła się taka okazja, ale w co ja w ogóle wierzyłam? Skoro Ashton mógł włamać się do mojego domu, a także napaść na mnie, to dlaczego niby miałby nie mieć mojego telefonu? A podstawowe pytanie: Dlaczego miałby w ogóle mi go oddać?
Strach przechodził mnie do szpiku kości. Mój wzrok skupiony był na nieruchomej klamce. Nie wiedziałam czego mogę się teraz spodziewać. Nie miałam możliwości na ucieczkę, a nawet na negocjację. W mojej głowie pojawiały się setki pytań. Co teraz ze mną będzie? Czy już nigdy nie wrócę do domu? Dlaczego tutaj jestem? Jakie plany ma Ashton? Czy on mnie zabije?
Jedno pytanie utkwiło mi najbardziej w pamięci, gdy za każdym razem wracałam do twarzy przerażonego Ticks'a. Jak bardzo niebezpieczny jest Ashton Irwin?
_______________________________________________
*pochyła czcionka to sen* 


#PÓŁROKUCIENIA
Co prawda już minęło, ale zważając na moje ogarnięcie chcę to i tak świętować dzisiaj przy nowym rozdziale - rozpoczęciu działu Ujawnienie.
Wow, jestem taka podekscytowana! Wszystko będzie wychodzić na jaw i będę rozwiewać wasze wątpliwości i odpowiadać na wasze pytania w rozdziałach. Mam nadzieję, że was nie zawiodę i nadal będziecie czytać te wypociny.

Pół roku! Boże, a minęło jakby 3 miesiące. Cholera, jestem taka szczęśliwa, że Cień zyskał tak wielu czytelników i do tego stałych. Nawet nie wiecie jaką przyjemność mi to sprawia. 
Dziękuję wam. Dziękuję wam za to, że tu weszliście. Poświęciliście chwilę, aby kliknąć w link, otworzyć stronę, zobaczyć szablon, wejść w spis rozdziałów, przeczytać prolog, a później i rozdziały. Dziękuję za każdą sekundę, którą poświęcacie na wejście tutaj i przeczytanie chociaż akapitu. Dziękuję, że poświęcacie swoje kolejne sekundy na komentowanie. Dziękuję za wsparcie, które daje mi ogromną motywację. To właśnie wy sprawiacie, że na mojej twarzy jeszcze czasem pojawia się uśmiech, a uwierzcie mi - teraz nie jest wywołać go tak łatwo. Jestem taka szczęśliwa, że was mam. Dziękuję wam również za to, że za chwilę pojawi się 100 tysięcy wyświetleń (tu już będzie płacz, krzyk, pisk, skakanie po domu i wszystko na raz) Nigdy nie myślałam, że będę mogła mieć tyle wyświetleń, Jezu Chryste to takie mało realne. 
Postaram się was nie rozczarować w kolejnych rozdziałach. Wiem, że nie są najlepsze i jakieś idealne, ale będę starała się o lepsze. Kocham was bardzo. Dziękuję. Spełniliście moje marzenia.

#PÓŁROKUCIENIA