wtorek, 22 listopada 2016

Rozdział 5



Słońce zakradało się do kuchni przez okno, kiedy Addelaine parzyła kawę. Dochodziła siódma rano, a to była jej już czwarta kawa począwszy od godziny pierwszej. Co jakiś czas obiecywała sobie, że po tym paragrafie pójdzie spać, jednak zawsze kończyła w tym samym miejscu, przy tej samej czynności. Oczy miała podkrążone, zaspane i proszące o chwilę przerwy. Jej dłonie drżały z powodu ilości kofeiny, jaką dostarczyła organizmowi.

Jakimś szalonym cudem dostała się do kuchni, aby zafundować sobie kolejną dawkę pobudzenia. To nie był koniec dnia, a sam początek. Musiała w szybkim tempie stanąć na nogi, żeby móc jechać do Ashtona, dać mu porządną reprymendę i sprowokować do gadania. Z tego też powodu wyjęła z szuflady również tabletki uspokajające, które wrzuciła do torebki zanim ktokolwiek by ją przyłapał na gorącym uczynku. Inaczej nie byłaby w stanie przebrnąć przez ten dzień, gdzie po raz dwunasty jej obowiązkiem było zmierzyć się ze swoim klientem.

- Addie? – usłyszała za swoimi plecami delikatny głos, który zakłócała lekka chrypa – Przyzwyczaiłam się do twoich porannych rewolucji w domu, ale o siódmej rano zazwyczaj wstawałaś, a pół godziny później przygotowywałaś śniadanie.

Brunetka westchnęła zrezygnowana, bo wiedziała, że skoro już została przyłapana na gorącym uczynku, była zmuszona złożyć współlokatorce wyjaśnienia. Odwróciła się, a jej oczom ukazała się wysoka kobieta, o ciemnych niczym noc długich włosach i pięknej pulchnej twarzy. Wczorajszy makijaż jeszcze widniał na jej brązowiutkiej skórze, a nos zdobił złoty kolczyk, którego wcześniej Addelaine nie zauważyła. Widywały się dosyć rzadko, z powodu innych godzin pracy, być może dlatego nie spostrzegła nowej zdobyczy Charlotte. Stała w szlafroku zakrywającym jej piżamę, dzięki czemu Addelaine mogła wywnioskować, iż ostatnia noc nie należała do najgorszych lub zdaniem koleżanki z mieszkania „najlepszych", bo zdołała się przebrać. Około trzeciej nad ranem słyszała jeszcze śpiew Charlotte, ale po pół godzinie nastała cisza. Widocznie wrzeszczenie tekstu piosenki „Call me maybe" przestało być interesujące i zasnęła.

- Nie miałam tak zabawnego wieczoru, jak ty – odparła, może z nutką zazdrości w głosie. Addelaine nie stroniła od rozrywki, jednak pracując w takim zawodzie nie mogła sobie pozwolić na zupełną obojętność wobec dziejących się rzeczy. Zawsze musiała się kontrolować, a to już nie sprawiało takiej przyjemności, jak kompletny odjazd i płynięcie razem z falą. Co bardzo godziło w jej serce.

- Czy w ogóle spałaś? – zapytała Charlotte drapiąc się po głowie, jakby chciała zebrać swoje myśli i wspomnienia do kupy – Słyszałam przez sen jakieś stukanie... A może to był budzik?

Levinson uśmiechnęła się pod nosem. To z pewnością był budzik, krzyczący na Charlotte, aby wstała wreszcie, bo za godzinę idzie do pracy. Ale ona znowu go olała i zwyczajnie wyłączyła tak, jak telefon, kiedy jej szef zadzwonił godzinę później zapytać, czemu nie zjawiła się w biurze. Ciekawe, dlaczego jeszcze nie została wyrzucona – pomyślała Addelaine.

- Kolejne groźby? – Charlotte zerknęła na Addie, która obojętnie wzruszyła ramionami nawet nie patrząc na współlokatorkę, czy na kosz do którego wyrzuciła znalezione dziś rano listy. Czarnowłosa wyciągnęła ze śmietnika papierki i zaczęła kolejno przeglądać wiadomości, jakie zostały nadesłane do adwokatki. – Jak długo jeszcze będziesz to ignorować?

- Charlotte, doceniam twoją troskę – rzuciła krótko Addelaine, wyraźnie poirytowana – Ale tak długo, aż w końcu dasz temu spokój. To tylko głupie wycinane literki poprańców, którzy myślą, że cokolwiek wskórają. 

- Tym razem jest inaczej – odparła – Bronisz człowieka, który ma większą liczbę wrogów niż jest miejscowości w Stanach Zjednoczonych.

Addelaine przelała gotową kawę do kubka termicznego, po czym zamknęła go szczelnie i chwyciła w dłoń. Zwróciła się w stronę towarzyszki i ruszyła w stronę drzwi z uśmiechem na ustach. Przechodząc obok kobiety, zatrzymała się na kilka sekund, aby odpowiedzieć na jej stwierdzenie.

- Żyjemy w Australii, więc porównanie jakiego użyłaś nie ma dla mnie znaczenia. – szepnęła brunetka, a potem oddaliła się, podążając prosto do swojego pokoju, żeby wrócić do analizowania sprawy.

- Addelaine, jesteś w większym niebezpieczeństwie niż kiedykolwiek byłaś, zdajesz sobie z tego sprawę?

- Skąd możesz to wiedzieć, Charlotte?

- Wystarczy mieć świadomość, jak wielkim przestępcą jest Ashton Irwin.

- Był – poprawiła ją – Teraz zmienił się i pracuje na wyjście.

- Ty tak uważasz, nie społeczeństwo.

- I to właśnie powód, dla którego tutaj jestem – uśmiechnęła się Levinson, unosząc brwi – Żeby przekonać społeczeństwo do swoich racji.

- Dlaczego jesteś tak cholernie uparta! - wrzasnęła Charlotte, nie mogąc dłużej udźwignąć twardego zdania Addelaine. Była niczym mur nie do przebicia. Cokolwiek miałoby się wydarzyć, jeżeli coś postanowiła - zamierzała to zrobić. 

- Zadaję sobie to samo pytanie, kiedy chodzi o ciebie - mruknęła pod nosem, aby współlokatorka przypadkiem nie usłyszała jej komentarza. Udając zignorowanie, uśmiechnęła się ciepło w jej kierunku i kiwnęła głową na pożegnanie. Sięgnęła po torebkę i zaczęła zmierzać ku wyjściu.

- Sprawa Cienia odbije się na tobie! - Charlotte próbowała zatrzymać ją każdym słowem, jednak kobieta w ogóle nie słuchała jej przestróg. 

- Byle pozytywnie! - znalazła dobrą, ale trochę złośliwą odpowiedź na poradę dziewczyny. Aby nie jej nie urazić, przystanęła i odwróciła się w jej kierunku, posyłając ciemnowłosej troskliwe spojrzenie - Daj spokój, jest wielu takich jak on, a nawet gorszych. 

Charlotte ruszyła w stronę Addelaine, również zniżając ton głosu. Nadal jednak denerwowała się, a także martwiła faktem, iż jej przyjaciółka w ogóle nie przejmuje się konsekwencjami obrony takiego złoczyńcy, jakim jest Cień. W głębi duszy czuła, że przyniesie to same kłopoty, nawet tak odpornej, odważnej i silnej kobiecie, jaką była Addelaine. 

- Tylko, że to właśnie o nim jest najgłośniej. - burknęła. 

- Bo jest ciekawym przypadkiem - odparła Levinson, znów rozpoczynając zwykłą konwersację na temat Ashtona. Rozmawiała o nim, jak o nikim ważnym, czy specjalnym. Nie widziała w tym tematu tabu, o którym nie mogłaby mówić głośno i w towarzystwie. Swobodnie dyskutowała na jego temat, bez nerwów, stresu czy obaw. A to przerażało Charlotte oraz wszystkich innych wokół najbardziej. Kompletnie nie dostrzegała minusów swojej pracy. Ale ona po prostu starała się o nich nie myśleć. Nie zamierzała rzucać sobie kłód pod nogi, rozważaniami czy na pewno jest bezpieczna, czy może nie. Życie szło dalej, a ona nie marnowała czasu. Osiągała swoje cele, nie patrząc na konsekwencje. Czasami to ją gubiło, w tym przypadku również. - Wiesz, że lubię ciekawe i trudne przypadki.

- Co w nim jest takiego ciekawego?

Addelaine zamilkła na chwilę. Nigdy nie zadawała sobie takiego pytania, po prostu każdy człowiek, którego spotykała był w pewnym sensie ciekawy. Ale kiedy ktoś pytał ją o to, co w danej osobie dostrzega, zawsze znajdowała odpowiedź po kilku minutach zastanowienia i nigdy nie była ona taka sama. Każdego jej klienta coś wyróżniało, coś sprawiało, że był interesujący i inny niż wszyscy. Łączył ich tylko ten sam cel - wyjście z więzienia. Opuszczenie tych cholernych czterech ścian i poczucie wolności. Każdy z nich miał inny powód - ukochana, dzieci, rodzice, nowe życie. Jednak, gdy Addelaine szukała odpowiedzi na temat Ashtona, spostrzegła, że on był zupełnie inny. Całkowicie różnił się od reszty jej klientów, jednym drobnym szczegółem.

- Fakt, że on wcale nie chce wyjść z więzienia - uświadomiła sobie wreszcie, wspominając w głowie treść zapisków odnośnie poprzednich spraw, jakie zostały wniesione o jego wypuszczenie na wolność.

- Być może nie ma do kogo - zasugerowała Charlotte.

Addelaine pokręciła głową przecząco. Doskonale wiedziała, że to nie był powód jego zachowania. Za tym kryło się coś większego. Rozwiązanie nie mogło być takie proste. 

- Każdy ma jakiś powód, by wyjść - stwierdziła - A on ma jakiś, żeby zostać za kratkami. Natomiast moim zadaniem jest rozwiązać tę zagadkę. 

Addelaine ucałowała policzek Charlotte, po czym pognała do drzwi. Wyszła, pędząc szybko do windy. W pośpiechu założyła płaszcz, zanim opuściła budynek, w którym wynajmowała mieszkanie. Odnalazła na parkingu samochód, po czym wsiadła do niego prędko, jakby nie chciała, żeby ktokolwiek zobaczył ją na ulicy.

Levinson nie odjechała spod budynku. Poczekała z zapaleniem silnika samochodu pięć minut. Rozejrzała się po parkingu, czy aby nie ma żadnych przechodniów, a gdy była pewna, iż jest już sama, sięgnęła do torebki. Wyciągnęła dokumenty, które otrzymała dzień wcześniej i zaczęła przekartkowywać akta. Przeglądała zrobione zdjęcia z ostatnich dni, na których widać idącego między ciemnymi ulicami wysokiego mężczyznę o gęstych, czarnych jak smoła, długich lokowanych włosach. Trzyma między palcami papierosa, a na nosie ma czarne okulary. 

Brunetka zgniotła zdjęcie w dłoni, gdy dotarło do niej, iż wszystko dzieje się naprawdę. 

Sean wrócił. 

Aczkolwiek nasuwało się na myśl trudne pytanie. 

Kto był powodem jego powrotu - Ona, czy może Irwin?