wtorek, 22 listopada 2016

Rozdział 6



Addelaine stała przy dużej tablicy korkowej i doczepiała do niej kolejne zdjęcia. Starała się połączyć pewne fakty i powiązać wydarzenia sprzed kilku lat na własną rękę. Odczepiła czerwoną nić od pinezki i przeciągnęła do zdjęcia po przeciwnej stronie tablicy, gdzie zahaczyła ją o cienką igiełkę, która utrzymywała porwaną kartkę z gazety, z fragmentem ważnego dla kobiety tekstu. Odsunęła się nieco od tablicy, aby obejrzeć ją w całości. Powoli brakowało już miejsca na nowe zdjęcia oraz urywki z gazet, a droga do rozwiązania była naprawdę długa. Analizowała każdy mały szczegół, czytała kilkanaście razy ten sam artykuł, próbowała oznaczyć mapę miasta odpowiednio, aby przyniosło to jakiś efekt, jednak bez zmian. Jej indywidualne śledztwo szło na marne. Przynosiło tylko więcej bólu i przywracało wspomnienia...


Brunetka stała przy szpitalnym łóżku, opierając się o jego ramę. Z oczu strumieniami płynęły łzy, których nie sposób był zatrzymać. Patrzyła na leżącego bladego chłopaka, na jego chude ręce, siną obitą twarz i opuchnięte oczy. Ledwo utrzymywała się na nogach. 

- Obiecaj mi coś.. - wydukał - Nie będziesz go szukać.

- Jak w ogóle możesz prosić mnie o coś takiego?! - oburzyła się.

- Addie, nie rób sobie problemów.

Brunetka uścisnęła jego dłoń, posyłając mu troskliwe spojrzenie.

- Nie myśl teraz o tym - uśmiechnęła się słabo i otworzyła usta, aby coś powiedzieć, jednak on jej przerwał.

- Proszę, obiecaj mi... - szepnął - Oboje wiemy, że z tego nie wyjdę... Obiecaj mi Addelaine. Tylko tego potrzebuję, żeby... żeby...

"Żeby odejść ze spokojem" - dopowiedziała w myślach, a wtedy jej oczy zaszkliły się. Nie umiała przez to przebrnąć. Nie potrafiła zaakceptować okrutnej rzeczywistości. Nie chciała pogodzić się z tym, że właśnie żegna swoją bratnią duszę. Jej serce łamało się na małe kawałeczki, a całym ciałem targała rozpacz i złość. Jedyne czego pragnęła, to śmierci tego, który stał za tym wszystkim. To on skrzywdził jego... i ją. Zrujnował wszystko. I nie była w stanie myśleć inaczej. 

Oddychał ciężko, powoli. Jego serce słabło z każdą sekundą. Patrzył na brunetkę i zapamiętywał każdy szczegół. Jej idealnie proste włosy w kolorze kasztanów, piękne ciemne oczy i ten szeroki uśmiech, którym zawsze go obdarowywała. Przypominał sobie jej śmiech, a także słowa pełne szczerości i szczęścia, jakim zawsze go zasypywała. Odsuwał w niepamięć wady, a powtarzał w głowie jej zalety. Czuł ból, widząc jak siedzi i zalewa się łzami, w dodatku z jego powodu. Chciał, żeby wszystko potoczyło się w inny sposób, jednak nie wyszło tak, jak planował. Zgubiła go nadzieja oraz zaufanie, do ludzi, którym ufać nie powinien.

I zaklinał się, właśnie teraz, że nie może cofnąć czasu. Bił się w pierś, bo traktował ją tak, jak nie powinien nigdy traktować kogoś, kto stał za nim murem. Okłamywał, odsuwał od siebie i wybrał złą drogę, przez co... znalazł się w złym miejscu. I płacił za to sporą cenę. 

- Addelaine... - wymamrotał - Proszę...

- Obiecuję - rzuciła od niechcenia, aby przestał błagać. 

Nie sądziła, że naprawdę tylko na to jedno słowo czekał. 

Brunet zamknął oczy, po czym westchnął głęboko. Samotna łza spłynęła po jego policzku. Uścisk dłoni stawał się coraz lżejszy. Addelaine uniosła głowę i spojrzała na niego jeszcze raz. Jej oddech przyśpieszył.

Długi nieprzerywany dźwięk rozbrzmiał w sali. Wiedziała, co to oznaczało.

Patrzyła na jego twarz, nawet nie mrugnąwszy. 

- Obiecuję, że za to co ci zrobił, spotka go kara - warknęła ostro, a w jej głosie było słychać tętniącą nienawiść - Obiecuję. 


Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Brunetka szybko naciągnęła mapę miasta tak, aby nie było widać jej tablicy śledczej i wróciła za biurko. Poprosiła gościa o wejście, gdy tylko zajęła swoje miejsce. Szybko zebrała z blatu stołu pinezki i schowała je do szuflady. 

W progu drzwi ukazał się mężczyzna ubrany na czarno. Pod dużym kapturem skrywał swoją twarz. Na nogach miał mosiężne buty, przypominające wojskowe. Delikatnie zgarbiony, wolnym krokiem wszedł do gabinetu i zatrzasnął za sobą drzwi. Serce Addelaine zabiło dwa razy szybciej, na widok podejrzanego człowieka. Dłoń wsunęła do szuflady, aby chwycić pistolet. Skrywała go w gabinecie na "czarną godzinę". Być może zdawała się być optymistycznie nastawiona lub pewna siebie, ale była również ostrożna i stąpała twardo po ziemi. Wiedziała, z czym się zmaga i jak bardzo niebezpieczna jest jej praca. A jak to mówią, przezorny zawsze ubezpieczony.

- Panno Levinson... - burknął tak cicho, że Addelaine podejrzewała, iż powiedział "Zaraz zginiesz", chociaż nie miało to w ogóle sensu. 

Kobieta zmarszczyła brwi, wciąż patrząc na tego dziwnego człowieka.

- Coś ty za jeden? - zapytała ze spokojem.

Mężczyzna zdjął kaptur i ukazał swoją twarz. Miał lekki zarost, średniej długości strzępione włosy idące każdy w swoim kierunku w kolorze czerni z kilkoma prześwitami blondu i ciepłe spojrzenie. Po lewej stronie nosa spostrzegła srebrny kolczyk. Wydawał się nieco zmieszany. Rozglądał się po pomieszczeniu, unikając jej wrogiego spojrzenia, którym śmiała rzucać na lewo i prawo. Cóż mogła robić, jeżeli obcy człowiek, w dodatku tego rodzaju wpadł do jej gabinetu, zachowując się prawie, jak seryjny morderca?

- Michael - odparł - Michael Clifford. 

- Świetnie, panie Clifford - powiedziała - Ale potrzebuję więcej informacji, aby stwierdzić czy powinnam wzywać ochronę, czy może nie.

Mężczyzna uniósł ręce, jakby w geście poddania, od razu błagając, żeby nie wzywała ochrony.

- Jestem przyjacielem Ashtona - wyjaśnił, a Addelaine wysunęła wtedy dłoń z szuflady i zamknęła ją, wiedząc, iż jest bezpieczna.




~*~




Kobieta rozłożyła ręce przechodząc na drugą stronę pomieszczenia.

- Robię, co mogę, panie Clifford - odezwała się w końcu - Ale nasza współpraca to ogromne wyzwanie.

- Domyślam się, Ashton nigdy nie należał do łatwych przypadków - powiedział wyrozumiale - Czy jest w ogóle szansa na to, aby wyszedł?

- Oczywiście, że jest szansa na to, aby wyszedł - odparła - Jednak to nie oznacza uniewinnienia. Poza tym, proces jest tą łatwiejszą częścią. Najpierw pan Irwin musi zacząć współpracować i grać z nami w tej samej lidze, a z tym akurat mamy duży problem.

- On dużo przeszedł.

- Każdy przeszedł przez coś, co go zmieniło - mruknęła niespokojnie, a potem dostrzegła w swoich słowach oczywistą sugestię w kierunku samej siebie. - Muszę wiedzieć, jak do niego dotrzeć. 

Addelaine usiadła na krześle i rozłożyła przed mężczyzną dokumenty Ashtona. Podsunęła mu jego akta, z nadzieją, iż on znajdzie haczyk, dzięki któremu Irwin zacznie gadać. Wziął do ręki kilka kartek i niechętnie zaczął je przeglądać. Wiedział, co może zrobić, aby jego przyjaciel zaczął rozmawiać z adwokatką, ale uznawał to za zbyt ryzykowne. W dodatku sam musiał podejmować decyzję, bo tylko on został w mieście. On jedyny zainteresował się losem przyjaciela, nikt inny. A to sprawiało mu ogromną trudność. Niegdyś wszyscy wspólnie decydowali o każdej sprawie, a teraz nie miał nikogo, do kogo mógł się zwrócić. 

Brunetka natomiast przerzucała kartkę po kartce. Śledziła tekst wzrokiem, ale za każdym razem widziała to samo - wielkie nic. Ogromny znak zapytania. Nie znała Ashtona, był jej kompletnie obcy, więc nie znała sposobu, którym mogłaby go podejść. Jej kołem ratunkowym okazywał się właśnie Clifford. Sądziła, że da jej odpowiedź o wiele szybciej niż po pół godzinnym śledztwie dokumentów, jednak cieszyła się, że w ogóle cokolwiek powiedział.

- Niech pani poruszy temat Caitlin Teasel - rzucił cicho, jakby chciał, żeby jednak go nie usłyszała.

Kobieta uniosła wzrok, spoglądając na niego pytająco. Rzadko kto umiał ją zaciekawić jednym zdaniem, a jednak Cliffordowi się to udało. 

- Kim jest Caitlin Teasel? - zapytała.

- Ona jest... 

W tym samym czasie, do jej gabinetu ponownie otworzyły się drzwi, a w progu stanął sam Dave. Niósł stertę dokumentów, które mogłyby przydać się w sprawie Ashtona Irwina. Jego serce omal nie stanęło na widok mężczyzny, który siedział na fotelu u jego pracownicy. Obaj patrzyli na siebie z niedowierzaniem, nie mogąc wydusić z siebie, ani jednego słowa. Wyglądali tak, jakby zobaczyli ducha, zwłaszcza Dave. Zbladł, a włosy stanęły mu dęba. Nie w ten sposób wyobrażał sobie ich spotkanie, a już na pewno nie w tym czasie.

- Dave.

- Michael.

Addelaine stała równie zaszokowana, jak oni. Zmarszczyła czoło, oglądając zapatrzonych w siebie mężczyzn i zastanawiając się, co właśnie miało tutaj miejsce. Jakim cudem się znali? Skąd takie zdziwione przywitanie? Dave nigdy nie prowadził sprawy Cienia, więc to nie miało sensu. No chyba, że to właśnie Michael przyszedł do niego prosić o ratowanie Ashtona.

Brunetka stanęła pomiędzy dwoma gośćmi mierząc ich wzrokiem.

- To wy się znacie? - spytała, a po chwili Michael rozwiał jej wszelkie wątpliwości.

- To wuj Ashtona.