piątek, 10 stycznia 2014

Rozdział 17



Moje usta były wciąż otwarte, a mózg przetwarzał informacje. Właściwie to starał się pojąć skąd w ogóle Dan wziął pomysł 'bycia razem'. Kilkakrotnie dawałam mu do zrozumienia, że nie zostaniemy parą. Myślałam, że to do niego doszło i nigdy nie będziemy musieli być w takiej sytuacji w jakiej jesteśmy teraz. Jak zwykle się myliłam.
- Wow, Dan - powiedziałam śmiejąc się - Chyba się nie zrozumieliśmy. 
- W jakim sensie? - zapytał zmieszany.
- Ja... - zaczęłam, ale nie potrafiłam dokończyć zdania.
Wiedziałam jak bardzo Dan mnie lubi. To było widać od samego początku. Troszczył się o mnie, zawsze był przy mnie i nigdy mnie nie zawiódł. Nie raz próbował się do mnie zbliżyć, ale ja mu to utrudniałam. Nic do niego nie czułam i mogę śmiało powiedzieć, że nigdy nie będę czuła, jednak ciężko mi to wyznać właśnie jemu. Nie chcę stracić w nim przyjaciela, ale nie mogę żyć w kłamstwie. To jak na mnie patrzy i w jaki sposób do mnie mówi łamie mi serce. Zawsze będzie mi bliski, ale nie na tyle, aby być mężczyzną na całe życie. Musiałam więc w końcu mu to oznajmić.
- Uwielbiam cię - westchnęłam z lekkim uśmiechem - Ale cię nie kocham - dodałam ciszej, po czym spuściłam wzrok - Nie tak jak chłopaka z którym mogłabym dzielić życie.
- Miłość może przyjść z czasem - mruknął, jakby sam nie był pewien swoich słów.
- Nie, jeśli wiem, że tak nie będzie - odparłam - A wiem to od początku.
- Myślałem, że może jednak... - zaczął brunet, ale ja zaprzeczyłam nie dając mu dokończyć.
- Dan - powiedziałam stanowczo - Jesteś wspaniałym, przystojnym i sympatycznym chłopakiem, ale po prostu dla mnie będziesz zawsze przyjacielem. Jestem wdzięczna Bogu, że mam kogoś takiego jak ty. Nie mogę robić czegoś na siłę, zrozum mnie. 
- Czyli znowu wyszedłem na idiotę. - rzucił patrząc w niebo.
- Nie, oczywiście, że nie. 
- Oh, nie zaprzeczaj Caitlin. Niepotrzebnie tu w ogóle przychodziłem - fuknął, czym mnie zaskoczył - Mogłem się tego spodziewać, ale Cassie mówiła, że może coś z tego wyjść i...
- Czekaj co? - przerwałam mu monolog - Cassie cię do tego namówiła? - spytałam prawie piszcząc, a chłopak skinął - Nie wierzę.. - szepnęłam.
- Nieważne - burknął - Zapomnij o tym, nie było rozmowy.
Dan odwrócił się, a następnie powolnie oddalił od mojego auta i mnie. Kilka razy krzyczałam jego imię mając nadzieję, że się odwróci, ale na marne. Wiedziałam, że uderzę w jego uczucia, jednak nie miałam innego wyjścia. Będąc z nim okłamywałabym nie tylko Dan'a, ale i samą siebie. Nie miałoby to żadnego sensu. Zniszczyłabym tylko nasze relacje. 
Tak, wciąż mam nadzieję, że Dan jednak mi wybaczy i doceni moją szczerość. Natomiast ja nie wiem czy jestem w stanie wybaczyć Cassie kłamstwa. Nie jestem w stanie uwierzyć, że mogła powiedzieć Dan'owi, że jest między nami chemia i szansa na związek. Sama mówiła mi, że spróbuje wybić mu z głowy pomysł związku, a teraz pchała go do tego? Jak mogła? Skrzywdziła nas oboje i zburzyła naszą przyjaźń. 
Moje plecy przylgnęły do samochodu. Osunęłam się na ziemię kucając i zakrywając twarz dłońmi. Myśl, że straciłam przyjaciela wystarczająco mnie dobijała. Fakt, że Cassie miała w tym udział powodowała, że byłam jeszcze bardziej zdołowana. Zastanawiałam się dlaczego to zrobiła, jaki był jej powód, ale nie mogłam doszukać się żadnego. Jeśli uważała, że tak będzie dla mnie lepiej to zdecydowanie się myliła. 
Wstałam z miejsca i włączyłam w samochodzie autoalarm. Moje nogi pokierowały mnie ponownie do baru. Nie patrzyłam nawet przed siebie. Mój wzrok utrzymywał się na nogach, śledząc chodnik. Nie spostrzegłam, kiedy z impetem uderzyłam w chłopaka, który zapatrzony był w swój tablet. Nasze bliskie spotkanie spowodowało, że zachwiałam się i momentalnie wylądowałam na ziemii. Wściekła burknęłam coś pod nosem i pomimo, że przystojny, brązowooki nieznajomy podał mi swoją dłoń, wstałam o własnych siłach. Burknęłam coś pod nosem i wyminęłam go wchodząc do baru. Kolejny raz zrobiłam z siebie idiotkę, ale nie mogłam się do tego przyznać. Miałam ochotę zalać się na miejscu, gdyby nie fakt, że przyjechałam tutaj autem. Poza tym, gdyby ciotka zauważyła mnie pijaną prawdopodobnie byłabym martwa. 
Ciotka Eleanor odkąd pamiętam miała wstręt do alkoholu. Co za paradoks, ponieważ pracuje w pubie, gdzie codziennością są pijani ludzie, którym ona i jej pracownicy sprzedają napoje dozwolone od lat osiemnastu. W dodatku lubi tą pracę. Czasem nie rozumiem tej sprzeczności, a właściwie tej kobiety. Jest taka skomplikowana.
Nie wiem dlaczego tak bardzo nie lubi osób, które przesadzą z alkoholem. Toleruje jedynie te, które są w stanie funkcjonować po wypiciu. Ja natomiast nie widzę nic złego w zapiciu smutków, jeśli jest ku temu powód, a zazwyczaj jest. No chyba, że jest się nałogowym alkoholikiem, wtedy mamy problem.
George stał przy kasie podpierając twarz dłonią. Ledwo przyszedł do pracy, a już był wyjątkowo znudzony. Fakt, że w barze dziś było mało kobiet zapewne go przybijał. Nie miał z kim flirtować, ani rozmawiać. Nie było mi go szkoda, bo czasem naprawdę przesadzał. Wydaje mi się, że nigdy jeszcze nie miał dziewczyny i nie wie co znaczy słowo 'wierność'. Zdaje mi się, że powinnam go uświadomić. Jeśli tak dalej pójdzie to zostanie starym, sześćdziesięcioletnim podrywaczem. 
Zasiadłam naprzeciwko niego utrzymując tą samą pozę. Położyłam łokieć na blat, a dłoń podsunęłam pod brodę. Mój wyraz twarzy mówił sam za siebie. George od razu zauważył moje zdenerwowanie, więc podsunął mi szklankę do której nalał wody. Mimo wszystko spojrzał na mnie pytająco licząc, że mu cokolwiek wyjaśnię. 
- No zgaduj - przewróciłam teatralnie oczami.
- Czyżby twoja ' jaka to jestem super ' przyjaciółka znowu coś wymyśliła? - zapytał, a ja skinęłam.
George i Cassie znali się od kilku miesięcy. Cassie kiedyś często przychodziła do baru, aby ze mną porozmawiać, ale odkąd pojawił się George - nigdy więcej jej tu nie widziałam. Ich pierwsza rozmowa nie poszła w dobrym kierunku, a za nią potoczyły się kolejne i kolejne. Ich charaktery były dość sprzeczne. Cassie była pewna swojej urody, a także pozycji w mieście oraz szkole. Każdy ją lubił pomimo, że zdarzało się jej palnąć głupotę. George natomiast nie uważał się za niewiadomo kogo i kilkakrotnie próbował się z nią dogadać. W końcu odpuścił, co doprowadziło do większej sprzeczki. Nie wtrącałam się w ich konflikt, ponieważ obie strony były dla mnie ważne i żadnej z nich nie chciałam stracić. Stwierdziłam, że sami to rozwiążą... kiedyś. On nie lubił jej braku samokrytyki. Uważał Cassie za pustą i płytką laskę, która jedyne co ma w głowie to pieniądze i popularność. Naprawdę byli bardzo, bardzo różni.
- Co tym razem wymyśliła? - spytał.
- Pamiętasz Dan'a? - odpowiedziałam pytaniem przy czym obkręcałam szklankę z wodą, aby zająć czymś rękę. Dzięki temu mniej się denerwowałam, a przynajmniej miałam takie wrażenie. Gdy George potwierdził, kontynuuowałam - Kiedy rozmawiała ze mną, powiedziała, że odwiedzie go od proponowania mi związku.
- No i? Czy to nie to czego właśnie chciałaś?
- To, właśnie to. Z tym, że Dan dzisiaj przyszedł zapytać mnie czy zostanę jego dziewczyną, a w dodatku oznajmił mi, że Cassie podsunęła mu ten pomysł. - podniosłam ręce po czym je opuściłam uderzając z całej siły o blat. Byłam pełna oburzenia, a zwłaszcza jak to sobie przypominałam. Kiedy mina Dan'a błądziła po moich myślach, a za nią jego słowa, miałam ochotę iść i zabić Cassie na miejscu.
- A myślałem, że to ty jesteś blondynką - zaśmiał się George, a ja spiorunowałam go wzrokiem  - Dobra, już dobra, tylko żartowałem - uniósł ręce w geście obrony.
- Mam dość - westchnęłam kładąc ręce na blat i chowając głowę. 
- Było od razu przyjść do mnie, moje porady są najlepsze - powiedział dumnie.
Po raz już piąty w ciągu naszej rozmowy drzwi baru otworzyły się, a do środka wszedł kolejny klient. Dzwonek, który był przymocowany nad wejściem nieziemsko mnie irytował swoim dźwiękiem. Myślałam nawet, żeby powiedzieć o tym ciotce, ale jest on w pubie od kiedy Eleanor wykupiła to miejsce. Nie chcę jej zabierać rzeczy, która stanowi początek tego biznesu, więc milczę dopóki to możliwe. 
Usłyszałam dźwięk odsuwającego się krzesła tuż obok mnie. Podniosłam wzrok, a moim oczom ukazał się tajemniczy chłopak, który był w pubie kilka tygodni temu. Usiadł zgarbiony zsuwając kaptur z głowy. Każdy kosmyk jego włosów leżał nie na swoim miejscu, dopóki nie przeczesał ich ręką. Położył dłonie na blacie, kilka razy stukając palcami, a następnie zwrócił się do George'a.
- Szkocką poproszę - mruknął
Poczułam się nieswojo, kiedy jego oczy zaczęły oglądać moją twarz. Wyprostowałam się i splotłam swoje dłonie patrząc wciąż na nie. Jego wzrok wzbudzał przerażenie, ale nie mogłam powiedzieć, że mnie nie intrygował swoją osobą. Ciekawił mnie, tak po prostu. Nie umiałam nawet wyjaśnić dlaczego. Pragnienie, aby spojrzeć na niego chociaż kątem oka uniemożliwiało mi logiczne myślenie. Musiałam wyglądać dość śmiesznie walcząc sama ze sobą, zmieniając co chwilę wyraz twarzy.
W końcu jednak zdecydowałam się odpuścić i skupić na butelkach stojących na półkach. Znudzona czytałam wszystkie ich nazwy, mimo, że znałam każdą na pamięć. Nie pracowałam w barze od pięciu dni, od dawna pamiętałam gdzie dana rzecz leży. Mam po prostu dobrą pamięć fotograficzną.
Kiedy skończyłam recytować w myślach nazwy alkoholi ustawionych rzędem, przeniosłam swój wzrok na szklankę w której znajdowało się jeszcze trochę wody. Wypiłam ją zachłannie i tym samym opróżniłam szklankę. Odłożyłam ją na bok i cicho westchnęłam.
- Czyżby zły dzień? - odezwał się po raz kolejny, tym razem głośniej, a moje oczy rozszerzyły się. 
Powtarzałam w głowie jego pytanie kilka razy. Ten głos brzmiał tak samo jak głos Ashton'a, ale to było wręcz niemożliwe. Przez moje ciało przeleciały dreszcze. Siedziałam nieruchomo, jakby wbito mnie w siedzenie. Moja szczęka zaczęła się trząść, a moje ciśnienie znacznie się podniosło. Nie mogłam tego opanować. 
Odwróciłam wzrok w kierunku chłopaka, który przyglądał mi się z zaciekawieniem. Jestem pewna, że zauważył moje zdenerwowanie. Patrzyłam prosto w jego przyciemnione oczy budzące strach. W pewnej chwili złapałam dłonią blat i zerwałam się z krzesła. Kilkakrotnie mną zakołysało, a świat zawirował przed oczami. Poczułam jego dużą dłoń na swoich plecach, która popchnęła mnie do przodu, prostując całe moje ciało. Złapałam się za głowę próbując opanować emocje. 
Jego zdezorientowanie podpowiadało mi, że coś jest nie tak. Ashton uśmiechnąłby się patrząc na mnie z wyższością. Byłby dumny, że tak mnie oszukał. Musiałam się pomylić, musiałam się przesłyszeć. A może ja po prostu zwariowałam?
- Cait... w porządku? - zapytał George, kiedy zauważył jak wpatruję się w chłopaka. Odległość dzieląca nasze twarze była niewielka. Blondyn utrzymywał mnie w swoim uścisku, abym nie straciła przytomności.
- Ja.. - wydukałam zerkając na George'a, a potem na nieznajomego - przepraszam, po prostu - jąkałam się - Zaraz wrócę - oznajmiłam pośpiesznie odsuwając jego dłonie.  Mało się nie przewróciłam, gdy wbiegłam na zaplecze. Nerwowo dyszałam wciąż przypominając sobie głos Ashton'a. Oparłam się o ścianę i zaczęłam kłócić się z myślami.
TO NIEMOŻLIWE CAITLIN. ODPUŚĆ. Powtarzałam błagalnie w swojej głowie chcąc o tym zapomnieć. Mój rozum podpowiadał mi, że Ashton nigdy by się tak nie zachował. Jest okrutny, ale nie do tego stopnia, aby przyjść do baru, usiąść obok i do tego ze mną rozmawiać. Kategorycznie nie. To po prostu nadmiar pracy, zbyt duża ilość emocji i nerwów powoduje, że wariuję. Moja wyobraźnia działa zbyt mocno i szybko. Muszę się uspokoić.
Uderzyłam dwa razy w drzwi od gabinetu ciotki, po czym pociągnęłam za klamkę. Eleanor jak zazwyczaj siedziała za biurkiem wpatrzona w monitor komputera. Wydaje mi się, że obliczała zyski z ostatniego tygodnia, gdyż kalkulator znajdował się pod jej dłonią. Zastanawiałam się czy w ogóle spostrzegła, że weszłam bo nawet na mnie nie spojrzała. Zamknęłam drzwi za sobą i usiadłam czekając aż dokończy swoją pracę. Wolałam spędzać czas w jej gabinecie milcząc niż czuć się nieswojo i wariować w towarzystwie tajemniczego chłopaka i George'a. Wystarczająco już się zbłaźniłam.
- W czym mogę Ci pomóc Caitlin? - zapytała rudowłosa wciąż stukając palcami o klawiaturę.
- Chciałabym wziąć wolne - powiedziałam zdecydowanie, a ciotka odwróciła wzrok w moją stronę - W ten weekend. - dokończyłam mrugając kilka razy. 
- Coś się stało? Denerwujesz się? 
- Nie - pokręciłam głową - Chciałabym tylko pojechać do Melbourne - mruknęłam.
- Do Melbourne? W jakim celu chcesz jechać do Melbourne Caitlin? Przeprowadzasz się? - spytała zmartwiona. Zaśmiałam się jedynie i znowu pokręciłam przecząco głową.
- Chcę obejrzeć uniwersytet, niedługo zamierzam iść na studia. - odparłam.
Brwi ciotki uniosły się. Widziałam dumę w jej oczach. Ona chciała, żebym w końcu rozpoczęła studia, bo to było marzenie zarówno moje jak i rodziców. Wiedziałam, że Eleanor pragnie mojego szczęścia, więc nie będzie mnie trzymać, a na pewno pozwoli mi na wyjazd.
- W takim razie nie będę cię zatrzymywać. Wiem jak bardzo ci na tym zależy - ciotka posłała mi uśmiech, który odwzajemniłam. Ścisnęłam jej dłoń leżącą swobodnie na biurku. Zdobiło ją kilka zmarszczek i pierścionek, który wuj podarował kobiecie na ich czternastą rocznicę ślubu. 
Mój wuj, czyli mąż ciotki również nie żyje. W tym roku byłaby to ich osiemnasta rocznica małżeństwa, ale niestety zmarł na raka. Ciotka nigdy nie otrząsnęła się po tej tragedii. Obiecała sobie, że nie spojrzy na innego mężczyznę, a już na pewno nie tak, jak patrzyła na Johnatanna.
Ich miłość była piękna, a przynajmniej ja tak uważałam. Poznali się na rejsie statkiem, gdzie zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Mimo sprzeciwu rodziców wuja pobrali się żyjąc szczęśliwie w Sydney. Rodzice Johna nie zgadzali się na ich związek, gdyż ciotka nie była wystarczająco bogata. Jego natomiast to nie obchodziło. Przeprowadzili się tutaj, aby być jak najdalej od rodziców mieszkających w Stanach. Byli przyjaciółmi, ale i kochankami. Coś pięknego.
Nie chcąc znowu widzieć się z chłopakiem, którego wzięłam za Ashton'a wyszłam drzwiami ewakuacyjnymi i powędrowałam na parking przez plac zabaw. Kąciki ust uniosły się bez mojej pomocy na wspomnienia, które właśnie mnie napadły. Pamiętam wszystko jakby to było wczoraj. Bawiłam się w piaskownicy, chowałam się za drzewami czy grałam w berka ze znajomymi. Nigdy nie zapomnę jak zgubiłam w sklepie moją ulubioną lalkę, którą mama kupiła mi na urodziny. Była dość droga i ważna dla mnie. Niestety miałam tendencję do upuszczania rzeczy, które znajdowały się w mojej dłoni. Czasami po prostu zapominałam, że coś w nich mam.
Wsiadłam do auta i rozmarzyłam się na dobre. Stare, piękne czasy. 

Siedziałam na huśtawce czekając, aż tata ją popchnie. Złapałam się mocno łańcucha, kiedy poczułam jego dotyk na plecach. Po chwili widziałam już wszystko z góry. Drzewa były teraz na moim poziomie, a kolorowe domki dodające uroku okolicy oglądałam bez problemu. Z mojego gardła wyrwał się głośny śmiech, kiedy znów byłam na dole, a następnie znów w górze. Kiedy bujałam się już sama, ujrzałam jak tata stoi pod ścianą i uśmiecha się do mnie. W oknie obok niego ujrzałam mamę, która krzątała się po kuchni, prawdopodobnie gotując obiad.
- Caitlin, bujasz się już od ponad 10 minut. Zejdź już - powiedział do mnie spod ściany, nadal się uśmiechając.
- Dobrze tato - wyjęczałam śmiejąc się, próbując zatrzymać huśtawkę. Kiedy mi się to udało, tato znalazł się przede mną i wziął mnie za ręce kręcąc w kółko. Widziałam świat, kręcący się kolorowy świat, który dawał mi tyle szczęścia. Po całym podwórku roznosił się nasz śmiech. Kiedy postawił mnie na ziemi, przywędrował do nas wielki owczarek. Rzucił się na mnie przygniatając do ziemii i zaczął lizać po twarzy.
- Lilou dość! - próbowałam przemówić psinie do rozumu. Na szczęście wygrałam i pies zszedł ze mnie siadając tuż obok. Począł merdać wesoło ogonem, a ja sięgnęłam po piłkę i rzuciłam przed siebie. Lilou od razu rozpoczęła swój bieg. Ojciec wziął mnie na ręce wciąż się uśmiechając. Mój śmiech natomiast nie znikał, wręcz przeciwnie - był coraz głośniejszy...

Otarłam łzy powolnie spływające po moich policzkach. Nikomu nie życzę utraty rodziców czy nawet jednego z nich. To cierpienie, które nigdy nie ustąpi. Co noc śnią się oni, lub koszmary związane z nimi. Wszystkie wspomnienia są wzmocnione, ukazują się częściej. Z czasem się przyzwyczajasz, ale to nie znaczy, że nie tęsknisz. Bo to uczucie tkwi w tobie i nawet czas nie zabierze go od ciebie.
Nie minęło pół godziny, a moje auto znalazło się pod samym blokiem. Zabrałam z niego wszystkie rzeczy i wysiadłam blokując autoalarm. Stwierdziłam, że dzisiejszy dzień poświęcę na pakowanie, a z samego rana wyjadę z miasta, aby jak najszybciej znaleźć się w Melbourne. Chcę być tam jak najwcześniej, aby zwiedzić jak najwięcej i zobaczyć cały kampus. Możliwe, że uda mi się nawiązać kontakt z którymś studentem, który pomoże mi się odnaleźć. Muszę zorientować się również w kosztach.
Postawiłam większy krok, kiedy zauważyłam stopień. Rozpoczęłam szukanie klucza w torebce będąc blisko wejścia. Nagle usłyszałam dźwięk obijających się o siebie kluczy, jednak nie rozbrzmiewał on w torebce. Uniosłam wzrok. Zakapturzona postać stała oparta o drzwi wejściowe, a na jej palcu kręcił się plik.  Spod kaptura wystawały jedynie jego oczy.
- Nie szukaj, ja otworzę - powiedział uśmiechając się szarmancko, a ja spiorunowałam go wzrokiem.
Myślałam, że to już się skończyło.

_____________________________________________

Czytasz? Skomentuj i zaobserwuj. :)
* pochyła treść > myśli + retrospekcja.
________________________________________