sobota, 6 września 2014

Rozdział 4

Rozejrzałam się po korytarzu, aby sprawdzić czy znajdują się tu osoby całkowicie wolne. Jak zdążyłam zauważyć, każdy miał swoje zajęcie. Dwóch mężczyzn zacięcie kłóciło się o wyniki wczorajszego meczu, mała dziewczynka płakała, chcąc z desperacją odnaleźć swoich rodziców, a na końcu korytarza wydzierał się mężczyzna, prawdopodobnie funkcjonariusz. Wykorzystałam okazję i przeszłam przez barierkę odgradzającą pomieszczenie publiczne od personelu. Usiadłam na fotelu Theresy, biorąc do rąk teczkę.
Moje serce biło niczym oszalałe, a łzy pojawiały się w moich oczach. Tak wiele bólu sprawiało mi samo patrzenie na jego imię i nazwisko, a co dopiero na jego kartotekę w której w większości zapewne były bzdury i kłamstwa. Policja miała oczyścić go z zarzutów, które otrzymał niesprawiedliwie, aczkolwiek szczerze wątpiłam czy tak się stało. Poza tym... obleciał mnie strach. W tych dokumentach mieściła się informacja, która zmieni mój tok myślenia. Skoro akta nie zostały zamknięte, musiał być tego powód, którym niekoniecznie mogłam być zachwycona.
Kiedy miałam otworzyć dokumenty na pierwszej stronie, poczułam dłonie oplatające moją talię. Ktoś podniósł mnie z miejsca, a następnie przyciągnął do siebie przytulając z całych sił. Wilgotne usta zostawiły czuły pocałunek na mojej szyi, później szepcąc mi do ucha.
- Witam mojego skarba.
Odwróciłam się. Z uśmiechem na ustach przywitałam Will’a, mojego chłopaka. Tak, chłopaka. Splotłam swoje ręce na jego karku i wzrokiem oglądałam jego piękną twarz.
Will był nieziemsko przystojny. Jego największym atutem były oczy o wyrazistym, niebieskim kolorze. Na nich skupiała się uwaga każdej kobiety, w tym moja. Krótko ścięte, lokowane włosy dodawały brunetowi uroku. Uwielbiałam mówić mu, że jest słodki. On natomiast nienawidził tego komplementu, zawsze wywracał wtedy oczami albo posyłał mi zabójcze spojrzenie. Ostro zarysowane kości policzkowe sprawiały, że jego twarz wydawała się smukła. Nie należał do grupy opalonych mężczyzn. Nasze ciała miały praktycznie ten sam kolor skóry. Will kochał ćwiczyć, czasami nawet myślałam, że był zapatrzony w siebie i swoje mięśnie, ale to od razu przeczył komentując, iż jest to jedynie jego pasja. Pracował nad swoim ciałem w wolnym czasie. Nie przeszkadzało mi to szczególnie, ponieważ dla mnie również było miejsce w jego grafiku. Lubił mnie zabawiać. Opowiadał żarty, odgrywał scenki kabaretowe. Nie zdziwiło mnie to, gdyż Will pochodzi z Wielkiej Brytanii. Brytyjczycy słyną z dobrego poczucia humoru i rozrywkowości. W dodatku posiadał akcent, do którego miałam ogromną słabość. Naprawdę atrakcyjny z niego mężczyzna. Nasze drogi splotły się po śmierci Ashtona. Miał swój udział w sprawie Logana, a właściwie w jej zakończeniu. Zastępował chorego przyjaciela, który wziął urlop.Spotkaliśmy się na kilku przesłuchaniach. To dobry, serdeczny i troskliwy człowiek. Zaopiekował się mną, kiedy po śmierci Ashtona czułam się samotnie i popadałam w depresję. Być może dlatego właśnie z nim postanowiłam się związać na dłuższy czas. Okazał mi wiele dobroci i miłości. Był moją odskocznią od przykrej rzeczywistości, w której tkwiłam. Jestem świadoma, że nie odwzajemnię jego uczuć w taki sam sposób w jaki on mi je okazuje, a na pewno nie w najbliższych miesiącach, jednak wiem, że nie jest mi obojętny i nie traktuję go tylko jak przyjaciela. Musiałam w jakiś sposób ruszyć dalej. Być może Will był w stanie pomóc mi wrócić do normy i zacząć żyć od nowa. 
Lekko rozpięta koszula wskazywała na to, że dziś pracował tylko i wyłącznie w biurze. Za każdym razem, gdy widziałam się z nim na mieście,  zapinał kołnierzyk i wiązał krawat. Biło od niego ciepłem. W jego ramionach czułam się najbezpieczniej od czasu, gdy Ashton’a już nie było. Gdybym miała stracić jeszcze Will'a, nie przeżyłabym na tym świecie.
Wysunęłam z kieszeni spodni komórkę, którą przekazałam w ręce Will’a. Uniosłam brwi, jak i kąciki ust przypatrując się chłopakowi. Brunet spojrzał na mnie przepraszająco.
- To nie powtórzy się nigdy więcej? – zapytał niepewnie, jakby nie do końca wiedział, co chcę usłyszeć.
- Mam nadzieję – rzuciłam – Jak można być taką gapą?
- Kocham cię – szepnął, całując mnie w czoło – Nie mam dziś zbyt dużo roboty, więc może zjemy razem obiad?
Nie rozumiałam dlaczego, ale za każdym razem gdy te dwa słowa padały z ust Will'a, czułam nieprzyjemne kłucie w sercu. Kłamanie przychodziło mi z trudnością, zwłaszcza, jeżeli chodziło o miłość. Nigdy nie powiedziałam brunetowi, że kocham go tak samo jak on mnie. Mimo to, Will nie naciskał. Czekał cierpliwie na moment, w którym będę gotowa wyrzucić z siebie te dwa piękne słowa przy okazji patrząc mu prosto w oczy. 
- Jadę do pracy, dostałam wezwanie – wyjaśniłam – Ale możemy zjeść kolację.
- Idealnie – powiedział, ściskając mnie.
- Will... - wtrąciła Theresa, przerywając nam rozmowę - Zostawiłam ci dokumenty na biurku, resztę doniosę za moment, jak już uporam się z pomieszaną stertą - oznajmiła uśmiechając się ciepło do chłopaka, na co odpowiedział skinieniem. Blondynka zniknęła w korytarzu, a Will wrócił wzrokiem do mnie.
- Na co masz więc ochotę? Chińszczyzna, a może kurczak w cieście? - zapytał.
- Sam zdecyduj - odparłam, gładząc jego policzek - Cassie na mnie czeka, muszę lecieć.
- Jasne, nie zatrzymuję cię - Will ucałował mój policzek, a potem skierował się do swojego gabinetu.
Odwróciłam się prędko, sprawdzając stolik Theresy. Wszystkie dokumenty zniknęły wraz z teczką Ashtona. Złapałam się za głowę wściekła. Zamierzałam ją obejrzeć, ale nie zdążyłam. Gdzie ona mogła się podziać? Przecież nie mogła nagle rozpłynąć się w powietrzu. Theresa biegała po całym komisariacie więc sprawdziłam ponownie stolik razem z szufladami. Pusto. Musiała ją zabrać ze sobą. Pozostało jedynie pytanie... dokąd? 

~*~
Powracając do rzeczywistości, powróciłam do swoich obowiązków czyli pracy. 
Lustrowałam wzrokiem budynek przypominający porcelanę. Blask słońca odbijał się w szybach, którymi otoczony był gmach. Westchnęłam cicho. Osiem godzin, tylko albo aż osiem godzin musiałam wytrzymać w tym biurowcu, udając, że mój dzień składa się z samych pozytywów. Nic nowego. Robiłam to przecież codziennie. Wmawiałam każdemu włącznie ze sobą, że układa mi się świetnie, a nawet genialnie. Dziwne, że rodzina i przyjaciele uwierzyli w to z łatwością. Ja niestety nie przywykłam do schematu cudownego życia. Skoro dzień w dzień ćwiczyłam tą samą kwestię i to samo zachowanie, dlaczego nie przyzwyczaiłam się do niego? 
Weszłam do windy. Przejrzałam się w ogromnym lustrze zawieszonym na jednej ze ścian dźwigu. Nie wyglądałam najgorzej. Wyprasowana marynarka, rażąco biała koszula, a także spięte i ułożone włosy. Jedyną rzeczą, którą pragnęłam zmienić był wyraz mojej twarzy mówiący sam za siebie. Wcale nie chciałam iść dziś do pracy. Wolałam zostać w domu, oglądać telewizję, leżąc pod kołdrą. Ta myśl krążyła po mojej głowie każdego dnia. Siłą wyższą okazał się mój obowiązek. 
Spojrzałam w swoje odbicie. Bez zbędnego przyglądania się, nawet osoba głupia zauważyłaby smutek kłębiący się w moich oczach. Towarzyszące mi znudzenie zmieszane ze zmęczeniem było na tyle wyraźne, że ukrycie tych emocji sprawiałoby trudność. Siliłam się na uśmiech, ale on nadal nie wyglądał prawdziwie. Co mogłam jeszcze zrobić, aby wrócić do normy? Nic, zupełnie nic. 
Cichy szum otwierających się drzwi dobiegł do moich uszu. Automatycznie odwróciłam się, a następnie przeszłam przez próg i tym samym znalazłam się w holu. Panował harmider. Pracownicy dosłownie przelatywali przede mną, jak też za mną. Istne godziny szczytu. Moja głowa wariowała, słysząc tak wiele głosów na raz. Nie miałam pojęcia, skąd nagle zgromadziło się tylu ludzi w firmie. Wiedziałam jednak, że dzisiaj moja praca nie będzie polegała jedynie na siedzeniu i wpatrywaniu się w ścianę.
Skierowałam się do swojego gabinetu, a raczej do pokoju, gdzie swoją robotę wykonywali również inni sekretarze. Zajęłam swoje stałe miejsce pracy, rzucając na krzesło płaszcz. Rozgościłam się, przygotowując swoje stanowisko do roboty. Włączyłam komputer, a także telefon stacjonarny. W międzyczasie otworzyłam szafkę z dokumentami. Przejrzałam dokładnie każde pismo, segregując je. Praca sekretarki wymaga pełnego skupienia i dobrego zorganizowania. Usiadłam na krześle i zalogowałam się do systemu. Kątem oka spostrzegłam stertę pisemek. Kilka listów oraz magazyny. Większa ilość niż zazwyczaj. Cholera. Przed chwilą porządkowałam pliki, a teraz przez moją nieuwagę doszły nowe. Dlatego właśnie nie powinnam była w ogóle przychodzić do biura. Dziecko radziłoby sobie o wiele lepiej niż laska po załamaniu nerwowo-psychicznym. 
Czemu to musi być takie skomplikowane?
Przysunęłam do siebie kartki i zaczęłam działać. Tasowałam listy, dzieląc je na adresatów. Czasami zdarzało się, że prywatne korespondencje przychodziły do mojej firmy zamiast zjawiać się w mieszkaniu. Niektóre przesyłki były katalogami lub propozycjami współpracy. W czasie przeszukiwania odnalazłam jedną kopertę bez danych adresata. Otworzyłam ją z czystej ciekawości. 
W moje dłonie trafiła cienka, prostokątna karta, prawdopodobnie wyjęta z talii. 
Joker. 
Kompletnie nie rozumiałam, co mam z tym wspólnego. Sprawdziłam tył karty, a później kopertę, aczkolwiek nikt nie zostawił żadnej wiadomości. Anonim podarował mi jedynie czarnego jokera wraz z zagadką. Nie należałam do fanów gier karcianych. W dodatku nie znałam reguł tych zabaw, więc nic nie świtało mi w głowie. Poza tym... coś podpowiadało mi, że rozwiązanie nie jest umieszczone w instrukcji którejś z gier.
Pewna lampka zapaliła się w mojej głowie. Karta mogła stanowić powiązanie z Ashtonem. Zaczęłam doszukiwać się głębszego sensu, którego zapewne nie było. Moja wyobraźnia szalała. Akta, karta, Ashton, akta, karta, Ashton... w kółko to samo. Powinnam bić się po głowie za swoje głupie i dziecinne myśli. Tyle razy przerabiałam ten temat. Obiecałam sobie skończyć z teoriami, zagadkami, a także podejrzeniami. Oddzielałam grubą linią sprawę Cienia i gangu, ale po jakimś czasie wracałam do tego niszcząc sobie życie. A może to przeznaczenie? Co, jeśli nie mylę się i Logan znalazł jakiś sposób, aby znowu mnie straszyć i szantażować? Nie, nie i nie. To wszystko wina Cassie i horrorów. Przeplatałam swoje obawy oraz fikcje z życiem rzeczywistym i takie były tego efekty.
Rozbrzmiał telefon. Podskoczyłam na krześle. Za bardzo odpłynęłam, zastanawiając się nad sensem i nadawcą przesyłki. Schowałam kartę do koperty, a później wepchnęłam pocztę w głąb torebki Podniosłam słuchawkę telefonu stacjonarnego. Wpuściłam powietrze do ust, dodałam sobie trochę optymizmu w myślach i rozpoczęłam konwersację.
- Firma SilverStyle, w czym mogę pomóc? – przywitałam klienta ciepłym i spokojnym tonem, mówiąc głośno i wyraźnie.
- Witam z tej strony zakład pogrzebowy Cray, przekierowano mnie na ten numer, aby skontaktować się z panią Caitlin Teasel – usłyszałam niski głos młodego mężczyzny po drugiej stronie słuchawki. Przesłyszałam się, zwyczajnie przesłyszałam albo panikowałam. 
- C..co? - wydukałam, a facet powtórzył tą samą formułkę.
Zdziwił mnie fakt, że dzwoni tutaj ktoś z tego typu korporacji, ale być może ten pan miał ciekawą ofertę, która miała nawiązać między nami współpracę. Już na szkoleniu pracodawca zaznaczał, że jeżeli stawka jest satysfakcjonująca to przyjmujemy propozycję od każdego, niezależnie od typu prowadzonego biznesu. Nie zniechęcałam się więc na samym początku. Różne osobistości telefonowały do naszej firmy. Zachowałam kulturę i klasę kontynuując konwersację.
- Przy telefonie – oznajmiłam.
- Miałem z Panią ustalić materiał z którego ma być wykonana trumna – poinformował pracownik, a ja z wrażenia zaczęłam się krztusić.
Chciałam się roześmiać, jednak nie byłam sama w biurze, a to nie była rozmowa z koleżanką przy kubku kawy. Toczyłam negocjację, a przynajmniej początkowo miałam takie wrażenie. Jego telefon zwiastował jednak zupełnie co innego. Ten człowiek został najwyraźniej wprowadzony w błąd, duży błąd. Innej możliwości po prostu nie dostrzegałam.
Powstrzymałam się, aby nie wybuchnąć śmiechem. Wyjście na niegrzeczną również wykreśliłam z listy rozwiązań tej sytuacji. Ten facet nie mógł ponosić winy za baranów, z którymi dane było mu pracować. W dodatku nie znał mnie, skąd miałby wiedzieć, że taka dyskusja może być niezręczna?
- Nie zamawiałam trumny, przykro mi – mruknęłam.
- Ale pan, który dzwonił do mnie wczoraj kazał dogadywać się z panią.
Zmarszczyłam brwi zaintrygowana oraz przerażona wiadomością, jaką przekazał mi mężczyzna. Wyprostowałam się i oparłam łokcie na biurku, wytężając swój słuch, modląc się, żeby żadne słowo wypowiedziane przez tego osobnika po moim pytaniu nie opuściło moich uszu.
- Jaki pan? – spytałam, czekając na wyjaśnienie.
- Nie przedstawił się – odparł – Zapisał tylko zamówienie na panią, mówiąc, że nie mogła pani zadzwonić wcześniej, a jest to pilne – wyjaśnił, czytając z dokumentacji, a przynajmniej tak wywnioskowałam po jego wahaniach i zamyśleniach.
Zaklęłam. Liczyłam chociaż na nazwisko tego dowcipnisia. Obstawiałam, że stał za tym żartem Calum albo Luke. W końcu ostatnio tym dwóm kretynom było do śmiechu, czemu więc nie mieliby po raz kolejny wymyślić czegoś beznadziejnie słabego? Przeklęci gówniarze znowu wystawiali moją cierpliwość na próbę. Dokuczanie mi znudzi się tym błaznom dopiero po śmierci, tak przypuszczam. Byłam skazana na głupotę kolegów Ashtona do końca życia. Niech to szlag.
- Okay – odpuściłam – A wie pan może dla kogo ta trumna była robiona? – zapytałam, tracąc jakiekolwiek nadzieję, bo tego pewnie również pracownik nie posiadał w swych notatkach.
- Hmm… - przeszukiwał papiery – Mam! – krzyknął uradowany, jakby znalazł co najmniej złoto – Zamówienie wykonywane dla niejakiej Cassidy McGie – odpowiedział.
Uderzyłam plecami o oparcie krzesła, ciężko wzdychając. Moje ciało oblał nieprzyjemny gorąc. Myślałam, że za moment eksploduję. To nawet nie zostało wykreowane na śmieszny żart. Przypominało groźbę albo ostrzeżenie. Było chamskie i nietaktowne. Takie zagranie przekroczyło granice mojej wytrzymałości.

Rzuciłam słuchawką w szale, zapominając iż wciąż znajdowałam się w pracy. Zacisnęłam szczękę, aby nie wypuścić z ust tych wszystkich obelg. Daję słowo, że gdyby życie realne przypominało kreskówki, nad moją głową właśnie unosiłaby się para.
Mój wzrok zawiesił się na torebce, do której schowałam kopertę. Jeżeli joker i ten telefon miały ze sobą powiązanie... oznaczało to jedno. Wielkie kłopoty.