środa, 24 grudnia 2014

Rozdział 18

muzyka: klik / klik

Podeszłam do drzwi, a później umieściłam w nich klucz, przekręcając go. Usłyszałam cichy trzask, co oznaczało, że zamek zadziałał i teraz byłam zamknięta w pokoju. Sprawdziłam również, czy nikt nie kręci się po podwórku. Cisza, żadnego sąsiada na ulicy. Zaklęłam. Nie zawołam pomocy, bo nikt mnie nie usłyszy. Ba, zapewne żaden z bogatych sąsiadów mieszkających obok Cassie nie pofatygował się nawet, gdyby działa się komuś w pobliżu krzywda. Dlatego nie lubiłam ludzi z dużą ilością forsy. Dbali tylko o siebie i swój własny tyłek.
Wróciłam do drzwi, przybliżyłam swoją twarz do drewna i nasłuchiwałam. Serce biło mi niczym oszalałe. Jeżeli ten psychopata był w moim domu, byłam na straconej pozycji.
On znowu się roześmiał. Głośno, jak po usłyszanym dowcipie, gdzie ze śmiechu aż boli brzuch.
- Ułatwiasz mi zadanie - mruknął.
Poczułam wilgoć pod stopami. Zerknęłam w dół, a spod drzwi wylewał się bezbarwny płyn, którego zapach był niezwykle intensywny, a przede wszystkim dobrze mi znany. Dla pewności przykucnęłam i dotknęłam palcem substancji. Tak, miałam rację, a mój zmysł węchu mnie nie zawiódł. Domniemany Cień zamierzał oblać dom benzyną, a następnie podpalić. Szybko zareagowałam i wyciągnęłam klucz, ciągnąc za drzwi. On był silniejszy. Z łatwością ponownie je zamknął za pomocą drugiego klucza, od swojej strony. Zostawił go w zamku, abym nie miała możliwości otwarcia drzwi. Mogłam je tylko wyważyć, ale brakowało mi sił. Zagonił mnie do ślepego zaułku, jak kot zagania mysz.
- Wypuść mnie - krzyknęłam, uderzając w drzwi płaską dłonią - Wypuść!
- Nie oszukasz przeznaczenia, Caitlin - warknął.
Odsunęłam się od wejścia. Ogień przebiegł po zwilżonej podłodze przez dolną wnękę drzwi, po których zdążył już się wspiąć. Nie zdążyłam mrugnąć, a niemal cały pokój mienił się kolorami czerwieni oraz żółci. Płomienie obejmowały panele, ściany, meble, dosłownie wszystko. Pokój tracił swoje piękno; perfekcyjnie pomalowane ściany zmieniały swój kolor z błękitu na czerń. Drewniana szafa paliła się doskonale, w szybkim tempie. Nad moją głową unosił się dym, który osłabiał mój organizm. Dusiłam się, kaszlałam i brakło mi tchu. Bałam się ruszyć. Strach, który zdominował moje ciało, zabraniał mi opuścić aktualne miejsce pobytu. Gdybym nieświadomie znalazła się blisko ognia, mogłabym zginąć. Moje stopy wciąż pokrywała łatwopalna substancja. Nie zamierzałam ryzykować swojego życia, ale nie byłam w stanie stać i czekać, aż ogień sam przyjdzie do mnie.
Drżącymi dłońmi chwyciłam komórkę i wystukałam palcami numer alarmowy. Podałam swoje dane, a także adres. Błagałam o szybki przyjazd kobietę pracującą na centrali, która zachowywała zimną krew podczas rozmowy ze mną. Zastanawiające jest, czy ci ludzie nie mają serca, czy może są przyzwyczajeni? Kobieta swym ciepłym i opanowanym głosem starała się mnie uspokoić, ale jej wysiłek szedł na marne. Wydzierałam się do telefonu licząc, że w ten sposób przyśpieszę działania służby. Mając dość wysłuchiwania jej próśb o głębokie wdechy, rozłączyłam się, a następnie wybrałam numer Michaela.
- Za dziesięć minut będę - oznajmił.
- Ratuj! - wydarłam się.
- Caitlin? Caitlin, co się dzieje? - zaniepokojony moim wezwaniem Michael próbował się ze mną porozumieć, ale w tym momencie kawał drewna mieszczący się wcześniej na suficie, runął na podłogę.
- Pomóż mi, Michael... pomóż... - wyszlochałam.
Telefon wypadł z moich rąk. Robiło się gorąco. Kłębiący się w zamkniętym pokoju dym ograniczał moje pole widzenia do minimum. Szukałam pomysły, który pozwoliłby mi przedostać się do drzwi. Możliwe, że przy pomocy adrenaliny udałoby mi się wyważyć ten kawał drewna, który przestał być masywnym. Ogień osłabił materiał, a połowę na pewno spalił. Uznałam to za szansę na ucieczkę.
Zerwałam zasłonę, wiszącą tuż obok. Podarłam tkaninę, po czym obwinęłam nią bose stopy. Wiedziałam, że ten plan nie należał do najlepszych, ale gdyby zasłona się zapaliła, mogłabym ją zdjąć. Tak przynajmniej sądziłam. Ruszyłam ostrożnie w kierunku drzwi z nadzieją, że tym razem uda mi się wydostać z tego piekła.
Byłam w połowie drogi, gdy kolejna belka spadła z sufitu na ziemię. Uderzyła w moją prawą nogę, przygniatając całe moje ciało do podłogi. Załkałam, kiedy przeszył mnie silny ból. Zraniłam się, dosyć poważnie. Gdy odwróciłam głowę, zobaczyłam wypływającą krew z mojej łydki. Chciałam się ruszyć, ale ciężki drąg leżał na mojej nodze, a mi zbrakło sił, aby go przesunąć. Zdana byłam na łaskę losu, a kiedy to zrozumiałam, dotarło do mnie również, że mogę pogodzić się ze swoją porażką, a także śmiercią, bo akurat los nie stał po mojej stronie.
Przyłożyłam dłoń do ust podczas kolejnego napadu kaszlu. Poddawałam się. Ogień otulał mnie z każdej strony. Moje powieki powolnie opadały. Przestałam modlić się o ratunek. Michael nie będzie ryzykował swojego życia dla mnie. Mógł otworzyć drzwi i wejść do środka, ale pod znakiem zapytania było nasze wspólne wyjście. Zostałam sama, godząc się na śmierć.
Głośny huk sprawił, że uniosłam powieki. Popatrzyłam na drzwi, które w ciągu dwóch sekund znalazły się na podłodze, przygaszając niewielki fragment pożaru. Później ujrzałam masywne obuwie. Szczupłe nogi sunęły po spalonym drewnie. Ciemne kolory biegały przed moimi oczami. Po wytężeniu wzroku dostrzegłam, że nieznajoma postać macha kurtką w celu wytworzenia przejścia. Przedostał się do mnie. Nie widziałam jego twarzy. Przez cierpienie, nie byłam w stanie odwrócić się, żeby spojrzeć na mojego wybawcę, którym na pewno był Michael. Clifford skupił się na kłodzie, która powstrzymała mnie przed ucieczką. Z ogromnym wysiłkiem uniósł belkę, a ja wysunęłam zakrwawioną nogę. Jęczałam, czując o wiele większy ból niż wcześniej. Ściskałam dłońmi skórę, chcąc zatamować krwawienie. Czerwone plamy pokrywały moje palce zarówno jak i dół mego ciała. Nie potrafiłam skupić się na jednej rzeczy. Dusiłam się, a jednocześnie wykrwawiałam.
Michael przedarł materiał swojej koszulki, a potem obwiązał nim moją ranę. Syknęłam, kiedy docisnął płótno do mojej skóry. Wypuściłam z ulgą powietrze widząc, że jeden problem mamy z głowy. Przyszedł czas, aby zabrać się za resztę kłopotów.
Chłopak podał mi rękę, ale ona nie przypominała ręki Michael'a. Zdobiły ją liczne tatuaże. Zmarszczyłam brwi. Coś tutaj nie grało. Sądziłam, że moim bohaterem jest Michael, ale on nie posiadał tatuaży. Odrzuciłam myśl o zrobieniu jakiejkolwiek dziary w ostatnich dniach, bo na lekko opalonej skórze nie znajdował się jeden tatuaż, a co najmniej dwadzieścia. Mimo wszystko uznałam, że warto jest mu zaufać. Chciałam wydostać się z domu Cassie, a jeśli ten człowiek miał mi pomóc - podejmowałam się ryzyka. Nie miałam nic do stracenia. Mogłam zginąć tu lub z jego rąk. Bez różnicy.
Uścisnęłam dłoń nieznajomego, a kiedy pociągnął mnie do góry. Wtedy nareszcie dane mi było spotkać jego wzrok. Piwne oczy, w które patrzyłam niczym zahipnotyzowana przypominały jego oczy. Włosy dłuższe, ale nadal kręcone, które podnosiła przepasająca czoło bandana. Zaróżowione usta, które kilka razy zetknęły się z moimi przynosząc rozkosz i ukojenie. Śniłam. Miałam omamy, bo to nie było możliwe. To nie mogło być możliwe.
- Trzymaj się - zadrżałam słysząc jego zachrypiały silny głos.
Blondyn umieścił swoją prawą rękę pod moimi kolanami, a lewą zaś na plecach i czym prędzej uniósł moje ciało. Podążył do wyjścia, omijając zwinnie przeszkody. Z trudnością łapał oddech. Powietrze było zanieczyszczone. Mimo osłabienia, ściskał mnie mocno. Nie wypuściłby mnie ze swoich ramion za żadne skarby. Stawiał nieśmiałe kroki na schodach, bo te stopiły się w niektórych miejscach. Udało nam się jednak zejść na dół i zniknąć z płonącego domu.
Sygnał alarmowy zagłuszał spokój w sąsiednich willach. Straż pożarna zbliżała się do posiadłości Cassie. W przeciągu kilku sekund mój bohater teleportował nas pod drzwi auta, przy których stał nikt inny, jak Michael. Gdy poczułam grunt pod nogami, oparłam się o samochód i odsunęłam się od chłopaków. Uniosłam swój wzrok, żeby upewnić się, że to co widziałam było jawą, rzeczywistością. Faktycznie, było.
- To.. niemożliwe... - wymamrotałam, wpatrując się w nową wersję człowieka, którego wcześniej uznawałam za martwego - Ashton...
Zachłysnęłam się powietrzem. W mojej głowie zaczęło szumieć, a przed oczami widziałam ciemne plamy. Osunęłam się na ziemię.
Zemdlałam.


Koniec Działu I - Oddech.
________________________________________________


Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak ogromną czuję satysfakcję z gry jaką mogłam sobie poprowadzić. Niektórzy nie wierzyli, ale byli tacy, którzy uwierzyli, kiedy dawałam do zrozumienia w rozdziałach i w odpowiedziach na pytania, że Ashton nie żyje. Starałam się Was zwodzić i.. no cóż, musicie mi przyznać, że w jakiejś 1/3 mi się udało.
Anyway, dawałam też wskazówki, że żyje. Piosenką Tomorrow Never Dies, moją ikonką z Ashtonem w tatuażach na twitterze, było tego jeszcze więcej, ale już nie pamiętam. :D Tweetowałam posty typu "Alive". Próbowałam wszędzie wepchać jakiegoś "hinta". Było śmiesznie.
Ale były też momenty, gdzie chciałam, żeby Ash nie żył naprawdę. W przypadku postów typu "Ash musi żyć, bo inaczej Pułapka nie miałaby sensu." Zaplanowałam już na samym początku, że Cień będzie żył i żaden post tego nie zmienił, ale przy tych wahałam się, czy faktycznie go nie zabić, bo chciałam udowodnić, że nawet bez Ashtona to wszystko miałoby sens. Bo miałoby. Ale w ostateczności sprowokować się nie dałam.
Anyway.
Gratuluję tym, którzy do końca brnęli w zaparte, że Ash żyje. Teraz czekajcie na wyjaśnienia.

A ja życzę Wam Wesołych Świąt, spędzonych w gronie rodzinnym. Dużo ciepła, magii świąt, spokoju, mnóstwa prezentów i czego tylko pragniecie. Mam nadzieję, że wszystko u Was w porządku! :) Nie jestem dobra w składaniu życzeń, haha!

Następna notka będzie 31 grudnia, ale nie będzie rozdziału. Będzie parę słów ode mnie, do Was.


JEŚLI UWAŻASZ, ŻE CIEŃ ZASŁUGUJE NA MIANO BLOGA ROKU KLIKNIJ <TUTAJ> I ZAGŁOSUJ W ANKIECIE. Z GÓRY DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKIE GŁOSY I SKROMNIE STWIERDZAM ŻE WY - CZYTELNICY ROZWALACIE SYSTEM.