piątek, 13 czerwca 2014

Rozdział 38

Playlista do rozdziału: KLIK (Otwórz, albo Cię zatłuke i potłuke. No i naśle Logan'a)
Rozdział dedykuję Kasi - ThatKatherina, dzięki której w niedzielę będę miała przyjemność obejrzeć na żywo koncert zespołu The 1975. Sądzę, że nie wyobrażasz sobie jak wdzięczna jestem. To spełnienie marzeń, zobaczyć ich na żywo.
____________________________________________________________

Otworzyłam zaspane oczy, a światło lampy wiszącej na suficie uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą. Minęły trzy tygodnie, a ja nadal nie pamiętałam o silnych żarówkach szpitalnych. Mrugnęłam kilkakrotnie, a kiedy przyzwyczaiłam się do oświetlenia mogłam dokładnie wszystko widzieć. Aparatura szpitalna wciąż działała, biała kanapa stała w tym samym miejscu, a za oknem słońce zachodziło. Zbliżał się wieczór. Zegarek wskazywał godzinę dwudziestą.
Leżałam przykryta białą, gładką kołdrą. Łóżko było zbyt twarde, aby uznać je za wygodne. Opierając się łokciami, podsunęłam się do góry, aby zostać w pozycji siedzącej. Dopiero wtedy spostrzegłam leżącą na moim łóżku brąz czuprynę. Wypielęgnowana ze świeżym manicurem dłoń spoczywała tuż blisko mojej. Mogłam przysiąc, że usłyszałam chrapanie.
- Cassie.. - mruknęłam, ale dziewczyna nie zareagowała - Cassie! - krzyknęłam.
Brunetka podniosła swoją głowę, piszcząc i kręcąc nadpobudliwie głową. Zachowywała się, jakby wybuchł pożar, daję słowo. Rozglądała się niczym szalona po pokoju, a gdy w końcu spostrzegła, że nic się dzieje, a ja najzwyczajniej w świecie obudziłam się, westchnęła. Odsunęła się do tyłu, mając prawdopodobnie na celu oparcie się na krześle, ale zapomniała, iż jest to taboret. Spadła na ziemię, robiąc dużo hałasu.
Wywróciłam teatralnie oczami, wiedząc co teraz będzie miało miejsce.
No cóż... Ameryki nie odkryłam.
Drzwi mało nie wyleciały z zawiasów, kiedy Luke wpadł do mojego pokoju, sprawdzając pomieszczenie. Tak, był moim ochroniarzem na zmianę z Calum'em. Oni mieli najmniejsze zatargi z policją więc mogli się pokazywać publicznie. O każdy wyścig czy zbrodnię podejrzewano jedynie Ashton'a. A on natomiast wciąż się ukrywał. Nie widziałam go od mojej ucieczki. Czasami zastanawiałam się, czy list gończy to jedyny powód dla którego nie chce mnie odwiedzić.
A więc Luke. Tak, bywał tutaj najczęściej. Wydaję mi się, że dręczyło go sumienie. Czuł się winny całej sytuacji, czego kompletnie nie rozumiem, gdyż sama zdecydowałam o ucieczce. Może mnie nie dopilnował, ale to wszystko było w moim planie. Naprawdę nie powinien czuć się z tym źle. Jeśli ktokolwiek był winny tej całej sytuacji to tylko i wyłącznie Caitlin Teasel, czytaj ja.
- Poważnie?! - spytał blondyn patrząc na leżącą na podłodze Cassie - Możesz sobie nie robić jaj, myślałem, że coś się do cholery dzieje! - skarcił dziewczynę, wyraźnie poirytowany.
- Palant - syknęła - Dżentelmen by mi pomógł.
Kiedy Luke ruszył, aby podnieść Cassie, ona poradziła sobie sama. Otrzepała swoje nowe spodnie, prawdopodobnie z jakiegoś drogiego sklepu, po czym podniosła taboret i ponownie zajęła na nim miejsce. Zlustrowała wzrokiem blondyna, po czym odwróciła się mało nie uderzając go włosami. Wiedziałam, co teraz sobie myśli : Kretyn, kutas, frajer, ale taki przystojny - to właśnie tok myślenia Cassie. Znam ją zbyt dobrze. Sam jej wyraz twarzy wskazywał na to, że mimo wszystko Luke wydawał jej się atrakcyjny. Cassie ścisnęła moją dłoń, przyglądając się mojej twarzy troskliwie.
- Jak się czujesz? - zapytała szeptem.
- W porządku - odpowiedziałam pewnie - Brzuch mnie boli, ale noga coraz mniej.
- Jesteś pewna, że dzisiaj chcesz wyjść? Wiesz, że...
- Tak - odparłam, prawie nie dając jej skończyć pytania - Zbyt długo tutaj siedzę i głupieję, dobrze wiesz, że nie cierpię tego miejsca - przywołałam wspomnienia związane z rodzicami oraz wypadkiem.
- Możesz zamieszkać u mnie, wiesz o tym?
- Nie wiem, co sprawia, że jesteś tak głupia - wtrącił Luke, będąc wciąż w pomieszczeniu - Ale to działa - stwierdził - Ona nie może jechać do ciebie, chcesz żeby ten fiut po nią wrócił i posiekał na kawałki? Sorry, ale ja takie rzeczy wolę oglądać w telewizji, nie na żywo. Teasel wraca do Hurstville. - oświadczył, aczkolwiek moim zdaniem była to bardziej decyzja. Nie wziął pod uwagę mojego zdania. Zapewne gdybym się nie zgodziła, chłopcy zabraliby mnie siłą.
Popatrzyłyśmy z przyjaciółką na siebie, a następnie obrzuciłyśmy Luke'a naszym gniewnym spojrzeniem. Jego komentarze były niesmaczne, a w dodatku zbędne. On nawet nie zastanawiał się nad tym co powiedział. Czasem chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, że nadal tutaj jestem, a mój słuch nie jest najgorszy.
Musiałam przyznać, że ten chłopak inteligencją pasował do Cassie idealnie. Zachowywał się dokładnie jak ona. Mówił wszystko, co przyszło mu do głowy, nie bacząc na opinię innych, ani ich uczucia. Cóż, dorównywał mojej przyjaciółce.
Moje racje udowodniła sama Cassie swoją kolejną wypowiedzią.
- Może zadzwonię po ciotkę Eleanor?
Powoli zaczynałam odnosić wrażenie, iż moja przyjaciółka oraz Hemmings toczą jakiś tajemny spór o tytuł najgłupszego na tej półkuli. Kompletnie nieznana mi rywalizacja wcale nie należała do interesujących, ale była zacięta. Naprawdę zaczęłam zastanawiać się, kto jest tu durniejszy.
- Tak, pewnie, śmiało - prychnęłam - Opowiedz jej, jak jakiś psychopata mało mnie nie zgwałcił i nie poćwiartował. Nie zapomnij dodać, że wyglądam jak siedem nieszczęść. Oh i przekaż jej, że po tych informacjach może dostać zawału, bo przecież pewnie nie czeka na lepszą informację - ironizowałam nie mogąc się powstrzymać. Tylko Cassie mogła wpaść na tak idiotyczny pomysł. Obie znamy moją ciotkę i dobrze wiemy jak może zareagować na takie doniesienia. Jestem jej najbliższą rodziną, nie mam w zamiarze wprowadzenia jej do grobu.
- Sorry, Cait... - mruknęła brunetka.
- Po prostu nikomu o tym nie mów - poprosiłam - Dla ciotki wyjechałam i tyle.
Dziewczyna skinęła głową.
Po kilku minutach w moim pokoju zjawił się lekarz. Starszy, sympatyczny pan niskiego wzrostu ze stetoskopem na szyi przejął się moim stanem, gdy przyjechałam do szpitala. Niestety nie miałam możliwości wyznania, co takiego mi się przydarzyło. Może to nawet i lepiej. Nie mogłam wyjawić nikomu, co się stało. Gdyby policja się dowiedziała Logan byłby ich celem, a następnym byłby Ashton.
Doktor Leighter, bo tak miał na nazwisko przeprowadził wszystkie potrzebne badania i rozpoczął moje leczenie. Doprowadzenie mnie do stanu stabilnego zajęło mu kilka tygodni. Przyznam, że te dni nie należały do najlżejszych. Jednego razu bywało lepiej, innego gorzej. Moje życie jakoś się wiodło,nie najlepiej, ale jakoś. Problem w tym, że niczego nie da się zapomnieć.
Nie było sposobu, abym nie myślała o trzech dniach męczarni. Możliwe, że fizycznie czułam się lepiej, ale w mojej głowie wciąż słyszałam śmiech Conor'a. Moje ciało, mimo że obmyte z wszelkich brudów wcale nie wydawało się czyste. Miejsca w których Ticks śmiał mnie dotknąć na zawsze pozostaną oznaczone, niczym blizny. Nie wymażę z pamięci momentu w którym Logan biczował mnie, czy wbił nóż w moją nogę. Nie zapomnę, kiedy wyznał mi, że jest zabójcą ojca Ashton'a. Na zawsze zapamiętam wszelkie krzywdy, poniżenia i każde słowo.
W każdym bądź razie ten przemiły staruszek, któremu włosy powoli siwiały sprawił, iż mogłam już wyjść ze szpitala i odpoczywać poza instytucją. Niezmiernie się cieszyłam. Nie należę do fanów szpitali, a zwłaszcza, że kilka lat temu spędziłam w jednym z nich sporo czasu. O niczym innym nie marzyłam, jak o opuszczeniu tego miejsca, przespaniu się na wygodnym łóżku i zjedzeniu czegoś smacznego.
Gdy tylko uzyskałam wypis od doktora, skierowałam się wraz z Lukiem i Cassie do wyjścia z budynku. Po drodze napotykaliśmy pacjentów ubranych w szpitalne szlafroki. Spacerowali, a także rozmawiali z zachowującymi spokój lekarzami w fartuchach. Widok ludzi sprawiał, że czułam się nieco bezpieczniej. Miałam świadomość, że Luke był obok, jednak po ostatnich wydarzeniach wolałam mieć większe zabezpieczenie. Dzięki przechadzającym się po korytarzach osobom w razie potrzeby mogłabym poprosić ich o pomoc. Aczkolwiek uważam, że Logan nie byłby na tyle głupi, aby przyjechać po mnie do szpitala. Sądzę, że wie, iż Ashton w dalszym ciągu sprawuje nade mną opiekę.
Bałam się spotkania z Ashton'em. Moje uczucia były mieszane. Nie do końca wiedziałam, czego powinnam się teraz spodziewać. Zamierza mnie porwać, znowu? Chce, abym wyjechała? Puści mnie wolno? Da mi wybór?
Gdybym miała powiedzieć, że nie chcę go widzieć - skłamałabym. Stracił moje zaufanie, a przynajmniej nie jest w jego całkowitym posiadaniu. Może mała cząstka mnie wciąż wierzy w jego dziesięcioprocentową dobroć, ale nie jest to przecież sto procent.
Wychodząc na zewnątrz poczułam, że żyję. Wciągnęłam czyste powietrze do swoich płuc. Czułam woń świeżo skoszonych trawników, a także zapach piekącego się na rożnie kurczaka w budce znajdującej się naprzeciwko. To takie miłe uczucie, ujrzeć światło dzienne po tak długim czasie. Doświadczałam życia na nowo.
Dłoń Luke'a umiejscowiła się na moich plecach. Blondyn rozglądał się na prawo i lewo, sprawdzając czy nikt nas nie śledzi. Dbał o mnie, jak nigdy dotąd. To dość zabawne, ale zachowywał się tak, jakbym była jego małym oczkiem w głowie. W szpitalu nawet mnie karmił. Nie wspominam już o rozmowie, którą z nim odbyłam. Usłyszałam chyba dwieście razy słowo "przepraszam" z jego ust. Zdaje mi się, że dostał sporą reprymendę od Ashton'a. Zarówno Calum jak i Luke byli dla mnie mili. Nie rzucali żadnych sprośnych żartów czy chamskich komentarzy. No.. oprócz dnia dzisiejszego.
Ruszyliśmy kamienną ścieżką w kierunku ulicy. Mijaliśmy ławki, na których spoczywali pacjenci szpitala będący pod opieką pielęgniarzy. Siedzieli pośród roślinności, oglądając zachód słońca. Dziedziniec, bo chyba tak mogę nazwać plac należący do szpitala urządzony był skromnie, ale z klasą. Różnorodne drzewa przerzedzały się stopniowo. Kolorowe kwiaty zostały odgrodzone, aby nikt nie miał możliwości ich zniszczenia. Utrzymano ład oraz czystość.
Po opuszczeniu terenu szpitala, skręciliśmy w prawo. Nie miałam pojęcia, dokąd nas prowadzi Luke. Zdałam się jedynie na niego, sądzę, że innej opcji nie posiadałam. Domyślałam się jedynie, że idziemy do chłopców. Wchodziliśmy w alejki, w których było mało osób, a za moment nie było ich w ogóle.
Luke obejmował mnie, pomagając mi iść. Zauważył, że chodzenie sprawia mi ogromną trudność, ze względu na nogę w której miałam sztylet. Rozumiał to i pozwolił mi na trzymanie jego ramienia podczas naszej drogi.
Kiedy doszliśmy do ciemnej alejki za terenem szpitala, słyszałam parę głosów. Docierając do miejsca, spostrzegłam całą, brakującą trójkę ekipy. Zauważając mnie, każdy z nich zamilkł. Zlustrowałam ich wzrokiem, czekając.
- Zostawimy was - wymamrotał Michael, dając swoim spojrzeniem do zrozumienia, że wszyscy poza mną i Ashton'em mają się rozejść. Każdy posłusznie wykonał jego polecanie i po krótkiej chwili zostaliśmy sami.
Ashton stał odwrócony tyłem. Nagle rzucił papierosa na asfalt, następnie przydeptując go nogą. Jego głowa była spuszczona, jakby wpatrywał się w ziemię, ale ja wiedziałam, że wcale tego nie robił. On po prostu grał na czas, myśląc, co powinien mi powiedzieć. Po raz pierwszy widziałam, jak jego kaptur spoczywa na plecach, nie okrywając głowy. Drapał się po karku, przenosząc ciężar swojego ciała z jednej nogi na drugą. Gdy nareszcie zdecydował się odwrócić, zamarł na mój widok. Z początku myślałam, że zobaczył ducha, ale po kilku sekundach dotarło do mnie, co tak zszokowało chłopaka.
W ciągu trzech tygodni całe moje ciało nie wróciło do "stanu normalności". Szrama na nodze wciąż była bardzo wyraźna, warga cały czas napuchnięta, a policzek siny od uderzeń. Nie wspominam już o wszelkich zadrapaniach w wielu miejscach. Owszem, rzucało się to w oczy, a już zwłaszcza blizny na twarzy. Nawet najlepszy podkład czy puder nie zdołałby ich zakryć.
Ashton stał osłupiały, patrząc na mnie z przerażeniem. Wydaję mi się, że nie wyobrażał sobie, iż mogę być w takim stanie po tylu tygodniach. Zobaczyłam ból w jego oczach, kiedy podniosłam koszulkę i ukazałam siniaki po licznych uderzeniach. Lekarz zdiagnozował złamane żebro. To tylko dowodzi, jak bardzo Conor i Logan mnie skatowali. 
Zabierałam się za zsuwanie fragmentu materiału dresowych spodni, aby przedstawić Ashton'owi moją ranę na udzie, ale szybko mnie powstrzymał.
- Nie... - mruknął.
Zdecydowałam, że oszczędzę mu tego widoku. Wystarczy mi to, że sama muszę znosić swoje odbicie w lustrze. Jednakże nie sprawiało mi to wielkiego problemu. Rany tak czy siak zagoją się po pewnym czasie.
Ashton otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale szybko je zamknął. Powtórzył tą czynność około dwóch razy. Zauważyłam, że trudno mu jest znaleźć słowa, skonstruować zdanie czy w ogóle skomentować całe zajście w jakikolwiek sposób.
- Pozwól więc, że ja zacznę - odezwałam się, ratując go od wypowiedzi - Nie zamierzam cię przepraszać, za to, że uciekłam - powiedziałam, czując pieczenie pod powiekami - Nie zamierzam przepraszać również za to, że ci nie ufałam, bo miałam ku temu powody - mówiłam, a blondyn chciał mi już przerwać - Ale przepraszam, że tamtego dnia nie pozwoliłam wyjaśnić ci całej sytuacji, co być może zmieniłoby wiele rzeczy oraz przepraszam, że rzucałam obelgami na ledwo i prawo, nie wiedząc praktycznie niczego na twój temat.
- Ty mnie przepraszasz? - zaśmiał się nerwowo - Ty mnie? - spytał, jakby dla pewności. Zdawał się nie wierzyć w to, co właśnie usłyszał - W mordę, Caitlin - wydusił z siebie, patrząc błagalnie - Zrujnowałem ci życie, zmieniłem je w piekło, a nawet prawie cię go pozbawiłem. Jedyną osobą, która powinna przepraszać, w ogóle błagać o wybaczenie jestem ja - powiedział załamującym się głosem - Przepraszam, że nadużyłem twojego zaufania, że zachowywałem się jak dupek, że kłamałem na każdym możliwym kroku, że wyrządziłem ci krzywdę - wymieniał, a jego oczy się zaszkliły - Że przeze mnie spędziłaś trzy tygodnie w szpitalu...
- Nie chcę twoich przeprosin - warknęłam.
Zapadła kilkuminutowa cisza. Dłonie Ashton'a drżały. Spuścił wzrok, nie mogąc na mnie patrzeć. Nie sądzę, że powodem tego było obrzydzenie do mojej osoby. Czuł się winien, a mój wygląd jedynie to potęgował. 
Ja natomiast starałam się utrzymać spokój, co było naprawdę wyczynem. Lekarz zabronił mi wzmożonego denerwowania, jednak w moim przypadku było to po prostu niewykonalne. 
- Wiesz, co teraz będzie się działo? Oni mnie zabiją, przy najbliższej okazji- przerwałam milczenie.
- Nie zrobią tego, nie pozwolę im - odpowiedział z pewnością w głosie, w pełni świadomy tego, jak wielkie są jego słowa - Nie pozwolę, aby ktokolwiek ponownie cię skrzywdził, obiecuję.
- Nasłuchałam się już twoich obietnic - mruknęłam, odwracając wzrok, gdy poczułam spływające łzy po moich policzkach.
- Caitlin, wiem, że spieprzyłem. Proszę, wybacz mi - mówił - Pozwól mi siebie chronić, daj mi jeszcze jedną szansę. Dobrze wiesz, że potrzebujesz mnie tak, jak ja potrzebuję ciebie.
Zamilkłam. Ashton spuścił wzrok. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała powoli, równomiernie. Dał mi czas, którego właśnie w tej chwili pragnęłam. Decyzja, którą miałam podjąć... ponowne wpuszczenie go do mojego życia nie należała do najłatwiejszych. Miał rację. Potrzebowałam go. Sama nie poradzę sobie z Logan'em i Conor'em na karku, a policja skoro nie złapała ich wcześniej - nie złapie ich i teraz. Jednak czy powinnam dać Ashton'owi szansę? Zastanawiałam się. Mój rozum wykłócał się z sercem.
Nie.
Tak.
Dwie krótkie odpowiedzi, a wymagają tak wielkiego zastanowienia. A im dłużej próbujesz znaleźć wyjście, tym więcej znajdujesz argumentów. Cholera. Oboje siebie potrzebujemy, ale oboje dobrze wiemy, że nie jest tego jeden powód, a kilka. Czy to jest dobre? Czy to jest złe?
Jestem człowiekiem.
Człowiekiem, który popełnia błędy.
Bo jakim byłabym człowiekiem, gdyby moje życie było idealne?
Możliwe, że popełniam błąd. Możliwe, że będę tego żałować.
Ale żyje się tylko raz.
- Możesz coś dla mnie zrobić? - wypowiadając te słowa, moje serce biło mocniej. 
- Wszystko, co tylko zechcesz - odpowiedział cicho.
- Przytul mnie - pisnęłam błagalnie.
Nie minęła sekunda, a umięśnione ramiona Ashton'a objęły mnie, obdarowując kojącym ciepłem. Zacisnęłam dłonie na jego kurtce, chcąc być jak najbliżej jego ciała. Schowałam twarz w jego klatce piersiowej, rozpłakując się. Przyciągnął mnie do siebie, słysząc mój szloch. Między nami nie było już żadnej odległości. Nasze ciała stykały się, jakby nie chciały się rozłączyć. Działały podobnie do magnezu.
Potrzebowałam jego bliskości. Nie wiem dlaczego, ale po prostu tak było.
Nie czułam żadnych motylków w brzuchu, ani ogromu szczęścia.
Czułam coś innego, lepszego.
Czułam się bezpiecznie.
- Powiedz mi, że będzie dobrze - powtarzałam cichutko, zostawiając łzy na materiale jego koszulki. 
Ciężko mi określić moje uczucia do Ashton'a. W mojej głowie panuje wielki chaos. Świadomość, że jest złym człowiekiem krąży po moich myślach, ale wtedy pojawia się zrozumienie jego czynów. Nienawidzę go, ale również lubię. Mogłabym toczyć nieustanną dyskusję ze sobą na temat jego osoby, jednak zawsze ona kończyłaby się kontrargumentem. Pojawia się to przeklęte "ale", które nie pozwala mi całkowicie go znienawidzić. Zapewne on ma ten sam problem. Nie raz dochodziło do sytuacji, w których na pewno miał mnie dość i chciał rozszarpać, aczkolwiek tego nie zrobił.
- Zapłacą mi za to - wymamrotał do mojego ucha - Tak bardzo mi przykro.
Dłoń Ashton'a błądziła po moich plecach. Pomimo ubrania, jego dotyk docierał do ran od biczu. Nie towarzyszył mi ból, raczej nic negatywnego. To było pozytywne uczucie, jakby opuszki jego palców chciały zatuszować blizny. 
- Wołałam cię - mówiłam płacząc - Czekałam z nadzieją aż przyjdziesz.
- Przepraszam, Caitlin, przepraszam - wypowiadał te słowa desperacko - On się ukrył, a ja nie miałem możliwości zareagować wcześniej. Proszę, wybacz mi - powiedział cicho, jakbym tylko i wyłącznie ja miała go usłyszeć.
- Nie mogę, jeśli znowu zamierzasz mydlić mi oczy kłamstwami - uniosłam swój wzrok, patrząc na twarz Ashton'a przepełnioną smutkiem.
- Nie okłamię cię nigdy więcej - odparł, kiedy nasze oczy się spotkały - Ale musisz odpowiedzieć na jedno moje pytanie.
Blondyn złapał mnie za rękę, tworząc między nami dystans. Zdenerwowanie na nowo ogarnęło moje małe ciało. Co on zamierzał zrobić? Co powiedzieć?
- Jakie? - spytałam niepewnie.
Irwin zamknął oczy, biorąc głęboki wdech, po czym spojrzał na mnie. Sprawiał wrażenie zestresowanego. Bałam się, że za moment zdradzi mi życiowy sekret czy powie coś, co mnie naprawdę zaboli. Ciężko było mu zadać jedno, krótkie pytanie. Ścisnął moją dłoń mocniej, jakby chciał upewnić się, czy jestem na to gotowa. Pokiwałam lekko głową, dodając mu otuchy.
- Jeżeli pokażę ci moją mroczną stronę.. - zaczął, jąkając się - ...prawdziwego siebie...  - kontynuował, przerywając co chwilę - Czy zostaniesz ze mną i nie uciekniesz? - skończył. Patrzyłam prosto w jego piwne oczy. Tak bardzo obawiał się straty, odrzucenia, braku akceptacji. Przypominał małe dziecko obawiające się odejścia matki. Nie mogłam znieść tego widoku. W takich chwilach myśl, że Ashton może być zły odchodziła. Moje serce łamało się na kilka malutkich kawałków.
- Nie zostawię cię, Ashton. Przez ten cały czas byłam z tobą, żyjąc ze świadomością, że jesteś kryminalistą, czemu miałabym odejść teraz?
- Bo moja przeszłość nie należy do kolorowych...
- Nie ma to dla mnie znaczenia - odpowiedziałam, sama nie wiem dlaczego w taki sposób - Moja przeszłość również jest szara - wyjaśniłam.
Blondyn przycisnął mnie do siebie, jakbym miała za chwilę zniknąć. Oplotłam rękoma jego kark.
- Nie zostawię cię - powtórzyłam kilka razy.
Wsłuchiwałam się w przyśpieszone bicie serca Ashton'a.Tak przyjemnie było tkwić w jego ramionach. Po raz pierwszy poczułam się potrzebna. A w dodatku komuś, kto do tej pory musiał radzić sobie sam.
Staliśmy samotnie pośrodku ciemnej alejki, którą oświetlała mała latarnia migocząca od czasu do czasu.
Tego dnia, ten jeden uścisk zmienił wszystko, a ja nie potrafiłam już tak po prostu odpuścić sobie chłopaka, który wywrócił mój świat do góry nogami.

"I need a light to guide me 
to your heart"


___________________

Piszę tą notatkę drugi raz tak samo jak rozdział za co serdecznie przepraszam, bo wiem, że się spóźniam. Niestety (nie będę teraz owijać w bawełnę i "galopować się" w słowach) blogspot/internet są na tyle zjebane, że nie zapisały mi tego, co poprawiałam SPECJALNIE PRZED MOIM CHOLERNYM WYJŚCIEM o 15tej i teraz musiałam robić wszystko od nowa.
Jestem więc nieco wściekła, bo niektórzy sami zapewne wiedzą jak to jest. Piszesz coś, co ci się podoba, to się kasuje, a potem piszesz to od nowa i wiesz, że jest gorsze, już Ci się nie podoba, nie jest wystarczające. 
Właśnie mam tak w tej chwili. Chce mi się szczerze płakać. Nie uważam, że ten rozdział jest zły, bo znalazłabym gorsze. Chodzi o to, że po prostu poprzednia edycja była lepsza i boli mnie to, że została niezapisana. 
Na następny raz więcej nie będę zostawiała rozdziału w blogspocie. Mam nauczkę.

No i teraz od nowa cała notatka (super... czujecie ten sarkazm?)

Wohoo! Cashtlin moments, wow, wow, wow. Końcówka tego rozdziału jest po prostu dla mnie masterem. Zwłaszcza ostatnie zdanie. Jest po prostu takie awww. Nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć hm.. 

UWAGA! POSZUKUJĘ!
- Osoby biegle posługującej się językiem angielskim. ( najlepiej takiej, która używa go na codzień lub mieszka w kraju anglojęzycznym - w sumie wychodzi na to samo, prawie)
- Osoby, która ZNA język angielski na poziomie.. hm... takiej, która mogłaby tłumaczyć treści polskie na angielski [(1-2 strony wattpad na tydzień) nie trzeba znać go perfekcyjnie w tym wypadku, gdyż będzie tzw. "beta" robiąca korekty, jeśli będą jakieś błędy]
- Szabloniarni, szabloniarki, która zrobi mi szablon od ręki (w czasie tydzień-2 tygodnie)
Osoby zainteresowane niech napiszą na twittera lub e-mail paulineszek@op.pl , twitter perfcalvm i piszą mi od razu czym są zainteresowani. Wtedy podam szczegóły.

Nie wiem jaki był trzeci punkt już kurwa mać nie pamiętam. Prawdopodobnie o czymś zapomniałam.
Dzisiejszy dzień jest dla mnie najszczęśliwszym dniem i oczywiście pechowym bo 13ty piątek.
Zakończyłam kurs teoretyczny z prawka, dostałam pracę, jadę w niedziele na koncert - żyć nie umierać!
Jedynym minusem jest ten rozdział, ale no.. żyć nie umierać właśnie.

Za wszelkie błędy przepraszam, wróciłam ze szkolenia 2h temu, zjadłam coś i została mi godzina na szybką edycję. Niestety...
żyć nie umierać.

K O C H A M   W A S.