piątek, 4 października 2013

Rozdział 5

- Ciociu? – zapytałam przekraczając próg drzwi wejściowych do baru.
To co zobaczyłam było przerażające. Na ziemi leżały potłuczone butelki wraz z połamanymi krzesłami. Stoliki były poprzewracane, tak samo jak reszta mebli. Naczynia, które właśnie zbierał George były zbite, nie nadawały się już do użytku. Klamka od drzwi prowadzących na zaplecze była wyłamana, natomiast jedno z okien zostało bez szyby. Podniosłam jedno ze szkieł leżących na ziemii przypatrując się mu z ostrożnością. Odrzuciłam je kiedy tylko moje oczy spostrzegły Eleanor.
ciotka rozmawiała z policjantami stojąc za barem. Jej mina wyrażała przygnębienie, była zmartwiona i zdezorientowana. Prawdopodobnie spisywali jej zeznania, a George i Andre - drugi z pracowników sprzątali całe pomieszczenie.
Ja wciąż stałam nieruchomo, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie widzę. Mój wzrok przelatywał każdy zakątek czterech ścian, które wyglądały jak po przejściu najgorszego tornada w historii. Alkohol czuć było w całym barze, a mój żołądek wariował przez mdłości, które mnie dopadały. Nienawidziłam tego zapachu, a gdzie tylko nie przeszłam - leżały rozbite flaszki wódki, czy whisky. Byłam zniesmaczona i obrzydzona. Co za paradoks - nienawidzić zapachu alkoholu, a pracować w barze, gdzie znajdują się praktycznie same trunki.
Podeszłam do grupy funkcjonariuszy z którymi stała moja ciotka i złapałam ją za nadgarstek. Kobieta odwróciła głowę smutno na mnie patrząc, natomiast wyraz mojej twarzy był pytający. Podniesienie moich brwi tylko pogłębiło ciekawość wymalowaną na mojej buzi. Czekałam, aż brunetka zakończy rozmowę z policją, aby dowiedzieć się co miało tutaj miejsce, bo jak na razie miałam jedynie swoje podejrzenia.
- Na tą chwilę to tyle od nas, zawiadomimy panią, kiedy odciski palców cokolwiek wykażą – powiedział jeden z poruczników, po czym oddalił się razem ze swoją ekipą. Pociągnęłam ciocię za rękę prowadząc na zaplecze. Kiedy ją puściłam skrzyżowałam ręce i wpatrywałam się zdenerwowana na kobietę, która milczała.
- No powiedz wreszcie co się stało! – ponagliłam ją podnosząc ton.
- Było włamanie – odparła wzruszając ramionami. Ciotka sięgnęła po jedną z ocalałych szklanek, a następnie zaczęła ją obracać w dłoni oglądając niezdarnie wzrokiem, jakby fakt, że jest cała nie miał dla niej największego znaczenia – Jedź do domu Caitlin, nic tu po tobie – powiedziała odkładając naczynie po czym pokierowała się do gabinetu. Nie mogłam tak po prostu wyjść, więc ruszyłam za nią.
- Ja, ja, jak to mam jechać do domu? – wyjąkałam – Przecież nie zostawię cię tutaj. – oburzyłam się.
- Cait, a co masz zamiar tu robić? Bar jest dziś zamknięty, muszę zamówić nowe kieliszki, alkohol, a zanim to dowiozą minie około tygodnia. Powiedzmy, że masz urlop – ciotka oznajmiła, zasiadając za biurkiem i włączając komputer. Otworzyła segregator z dokumentami dotyczącymi baru zaczynając je przeglądać.
- Ciociu, nie mogę iść na urlop – powiedziałam błagalnie siadając naprzeciwko kobiety – Muszę mieć jak zapłacić czynsz, mogę dziś sprzątać, jutro też, cokolwiek, ale nie mogę mieć uciętego tygodnia.
- Cait, będę musiała złożyć zamówienia na nowy sprzęt oraz artykuły. Mnie również to kosztuje,  ale postaram Ci się pomóc jak mogę – brunetka posłała mi ciepły uśmiech.
Za to właśnie ceniłam ciocię. Nawet w tragicznej sytuacji potrafiła się uśmiechnąć i podnieść głowę do góry. Można było się od niej nauczyć wielu rzeczy, ale tej nigdy nie potrafiłam. Zawsze jednak podziwiałam kobietę za jej kontrolę emocjonalną i chciałam być taka jak ona. Widocznie muszę poświęcić na to więcej czasu.
- Jedź do domu Cait, wykorzystaj ten dzień i odpocznij – ciotka nalegała, a ja skinęłam. Pożegnałam się z nią jak i resztą pracowników baru, którzy kończyli porządki.
Nie pozostało mi nic innego jak wrócić do mieszkania. Miałam dzień wolny, a raczej tydzień. Cholerne włamanie. Nie dość, że nie zarabiam milionów, ciężko mi w życiu, to jeszcze muszę toczyć walkę z takimi przeszkodami. Kto mógłby być zdolny do czegoś takiego?! I jaki miał w ogóle powód?!
- Kretynka – powiedziałam sama do siebie siedząc w samochodzie.
To on.
Jak mogłam wcześniej o tym nie pomyśleć? To sprawka tego prześladowcy! Mści się za zagrożenie mu policją!
Uderzyłam rękoma o kierownice samochodu z wściekłością. Nie myślałam, że będzie zdolny do czegoś takiego. Jak śmiał zrobić coś takiego mojej ciotce? Dlaczego jej? Nie wystarczyło mu, że wczoraj mało nie umarłam na zawał?
Oparłam głowę o siedzenie łapiąc kilka wdechów. Nie wierzę, że on mógł to zrobić, nie chcę nawet w to wierzyć! Przez moją głupotę konsekwencje ponosi moja rodzina. Boże, dlaczego?
W tym samym momencie odezwał się mój telefon. Dobrze wiedziałam kto dzwoni, więc w głowie od razu przygotowałam sobie co powiem prześladowcy nie dając mu nawet dojść do słowa.  Gniew wciąż się zwiększał, miałam ochotę go zabić mimo, że nie miałam możliwości.
- Ty perfidny gnoju! Jak śmiałeś zrobić to mojej ciotce?! Skoro tak bardzo mnie nienawidzisz to mścij się na mnie, ale nie na mojej rodzinie? Myślisz, że teraz przejdzie ci to na sucho? Oh, nie licz na to, już za chwilę będę na komisariacie składać zeznania, zniszczę cię rozumiesz? Nie podaruję ci tego ty popieprzony psycholu! – wydzierałam siedząc w samochodzie, a przechodnie jedynie patrzyli na mnie jak na wariatkę.
- Caitlin opanuj się – odezwał się szorstko.
- Opanuj się?! Oh nie licz na to, jesteś skończony, rozumiesz? Dociera to w ogóle do Ciebie?!
- TO NIE BYŁEM JA – warknął tym samym uciszając moje pretensje.
Zapadła chwilowa cisza. Dało mi to do myślenia.
- Niby dlaczego powinnam ci wierzyć? – zapytałam miękko.
- A dlaczego nie? - rzekł melancholijnie nieznajomy - Do tej pory zawsze potwierdzałem czyny, których dokonałem, czemu nagle miałbym zaprzeczać? Gdybym to zrobił przyznałbym się jak zawsze Caitlin. Pomyśl. - mówił bez gniewu, jego głos wskazywał bardziej na rozbawienie moimi podejrzeniami i oskarżeniami. Jakby to brzmiało niedorzecznie, a wydawało się całkiem logiczne.
Włamał się do mojego domu, wyłączył prąd w moim bloku, znalazł mój numer po pół godzinie od włożenia nowej karty, a teraz...
- Więc kto to zrobił? - spytałam pewnym, poważnym tonem obserwując z samochodu otaczającą mnie przestrzeń.
- Skąd mam wiedzieć? Wyglądam ci na wikipedię? - odparł śmiało, śmiejąc się.
- Wiesz o mnie praktycznie wszystko - mruknęłam nieśmiało czując, że chłopak ma nade mną przewagę. Wciąż dominował w naszych rozmowach, miał nad nimi całkowitą kontrolę, kiedy tylko mu się przeciwstawiałam robił wszystko, abym przestała.
- Fakt - urwał - Obserwuję ciebie i miejsca w których jesteś, a nie do których zmierzasz za godzinę. - wyjaśnił, a moje dłonie zaczęły drżeć. Jedna z nich ledwo utrzymywała telefon, druga natomiast zacisnęła się na kierownicy spinając mięśnie, aby zapanować nad nerwami.
Obserwuje mnie.
Tutaj.
Teraz.
Zagryzłam wargę rozglądając się po parkingu, jednak nie dostrzegłam nikogo podejrzanego. Odwróciłam się do tyłu patrząc na ulicę obok baru, ale tam również nie pojawił się nikt, kto mógłby przykuć moją uwagę.
Moje ciało powolnie osunęło się w dół fotela, aby głowa nie wystawała nad oparciem. Drżąca ręką sięgnęłam po górne lusterko opuszczając je niżej, żeby widzieć tył samochodu. Wciąż patrzyłam na przód licząc, że wychwycę kogokolwiek, jakiegoś zakapturzonego chłopaka z bronią w ręku, albo kujona siedzącego ze swoim laptopem na ławeczce wgapiającego się we mnie. Nic a nic.
- Gdzie jesteś? - zapytałam nieco śmielej, przełykając głośno ślinę.
Chłopak parsknął śmiechem w odpowiedzi na moje pytanie. Przewróciłam teatralnie oczami wciąż oczekując na jego odzew. Kaszlnął kilkakrotnie opanowując się po czym w końcu odparł:
- Uważasz, że muszę być w tym samym miejscu co ty, żeby wiedzieć gdzie jesteś, co robisz i co masz aktualnie na sobie? Właśnie, zapomniałbym. Dzisiaj wyglądasz na prawdę zabójczo. Muszę stwierdzić, że ta pozdzierana koszulka z nadrukiem Guns 'n roses jest bardzo seksowna i chętnie bym ją z ciebie zdjął bo pod nią na pewno jest o wiele lepiej - stwierdził bezwstydnie, a moje policzki oblał rumieniec. Próbowałam coś z siebie wydusić, jakąś ripostę, cokolwiek, jednak jego słowa onieśmieliły mnie kompletnie. Mimo, że ten komplement, jeśli mogę go w ogóle tak nazwać był wyjątkowo bezczelny, dawno nie usłyszałam żadnego. W moim brzuchu zaczęło wirować od mdłości jakie mnie dopadły, kiedy tylko opanowałam się i wróciłam na ziemię.
Co za palant! - pomyślałam.
Przecież ja go w ogóle nie znam, ani on mnie. Jak śmie w ogóle być tak bezpośredni i sprośny? To nawet nie było zabawne.
- Dlaczego nic mi o sobie nie powiesz? - zadałam kolejne pytanie zmieniając temat na konkretny. Liczyłam, że chociaż teraz odpowie mi poprawnie na jedną z moich wątpliwości, które staram się rozwiązać.
- Miłego dnia słodka Caitlin. - Anonim wyszeptał potulnie, po czym się rozłączył.
Spojrzałam w ekran telefonu wskazujący na zakończone połączenie. Po raz kolejny wkurzona rzuciłam komórką o siedzenie pasażera, a ta wylądowała idealnie na dnie mojej torebki, zajmującej tam miejsce. Zniesmaczona rozmową z nieznajomym przekręciłam klucz w stacyjce wyjeżdżając spod baru i kierując się do domu. Dzisiejszy dzień był fatalny.
Totalna klapa.
Szlag mnie trafiał, kiedy do moich myśli nachodziły wspomnienia o zniszczonym barze ciotki. Męczyły mnie wyrzuty sumienia mimo faktu, że mój prześladowca definitywnie zaprzeczył w o swoim udziale w tym wydarzeniu. Jednak nie mogłam ufać całkowicie komuś, o kim nie mam zielonego pojęcia.
To również mnie irytowało.
Był wkurzającym, aroganckim, zaborczym chamem, ale coś w nim mnie interesowało. To 'coś' nie pozwalało mi tak po prostu zgłosić sprawy na policję. Chciałam dowiedzieć się czegoś o tym człowieku, który nęka mnie już przez dłuższy czas na własną rękę. W końcu musi mieć jakiś powód? Chciałabym go poznać.
Jara cię koleś wyłączający ci prąd Caitlin?  Moje sumienie zaczęło się odzywać i kłócić z moimi myślami podczas powrotu do domu.
- Boże Cait, zejdź na ziemię - powiedziałam już głośno sama do siebie wjeżdżając na parking obok bloku - Nie wariuj przez jakiegoś dzieciaka - rozkazałam swojemu umysłowi.
Zabierając torbę wyjęłam z niej klucze od mieszkania i zamknęłam auto włączając autoalarm. Powędrowałam do budynku, a następnie weszłam do swojego domu zamykając drzwi na wszystkie zamki. Rzuciłam rzeczy na ziemię, aby zdjąć błękitną, cienką bluzę, którą miałam dziś na sobie. Zsunęłam ubranie z ramion łapiąc je w ostatniej chwili przed samą podłogą ratując ciuch od upadku. Zawiesiłam bluzę na wieszaku, przejeżdżając po niej dłonią i oglądając czy aby jej nie ubrudziłam.
Nie zdążyłam przejść do salonu a w mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka. Moja głowa odwróciła się w kierunku drzwi. Brwi na twarzy zmarszczyły się w wyrazie zapytania, ciekawości. Podeszłam powolnie do prostokątnego, drewna służącego za wejście i wyjście z mojego lokum, a następnie krzyknęłam pytając.
- Kto tam?
- Przesyłka dla Caitlin Teasel - usłyszałam znajomy głos listonosza zza drzwi.
Od razu zabrałam się za przekręcanie klucza w zamku i wyszłam do niskiego, młodego mężczyzny o blond loczkach. Brązowooki trzymał w rękach dość duże prostokątne pudełko do którego przyklejona była kartka z moim imieniem i nazwiskiem. Podał mi listę, na której złożyłam swój podpis i przejęłam od niego przesyłkę wnosząc ją do domu.
Pudełko było obwiązane czerwoną wstążką. Natychmiast zaczęłam odwiązywać wiązankę, a potem zdjęłam nakrycie pudełka.
Moje oczy rozszerzyły się, wyglądając jak dwie ping-pong'owe kuleczki, a kąciki ust uniosły się do góry. Byłam kompletnie zaskoczona tym co zobaczyłam. Obserwując z dokładnością zawartość pudełka ze strachem, aby nic nie zniszczyć wsunęłam dłonie do środka gładząc delikatny, miękki materiał. W końcu odważyłam się wziąć w ręce czarną, gładką sukienkę bez ramiączek. Materiał był elastyczny, przyjemny w dotyku, a po bokach widoczne było fantazyjne drapowanie. Na końcu sukienki widniały ściągnięcia podkreślające kobiece kształty. Wyciągnęłam ubranie przed siebie oglądając je z każdej strony.
Piękna - powiedziałam, jakby sama do siebie. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia.
Po chwili moje oczy przeniosły się na pudełko, na dnie którego widniał list.
'Prezent na poprawę dnia. Słyszałem, że wychodzisz w piątek. Załóż ją, nie chcę odrywać od Ciebie oczu.'