poniedziałek, 21 października 2013

Rozdział 7

Kiedy do mojego mózgu dotarło, co powinnam w tej chwili robić, zaczęłam działać. Moje nogi odsuwały się do tyłu, aż w końcu odwróciłam się i zaczęłam biec prosto w stronę parku. Nie czułam zmęczenia, nie miałam na to czasu. Nie minęły dwie minuty, a ja zdążyłam przebiec główną aleję Sydney'owskiego parku. Był jednym z większych więc liczyłam, że zgubię się oprawcom, a następnie wrócę do domu, barykadując się w nim.
Skręcałam między drzewami szukając wzrokiem dobrej kryjówki. Około dwóch razy miałam bliskie spotkanie z ziemią, jednak wybrnęłam z tej sytuacji szybko stając na nogi i biegnąc dalej. Moje oczy spostrzegły dość spory mur wystający zza górki na której dzieci lubiły się bawić o zimowej porze. Czym prędzej tam się udałam. Ukryłam się za murem pełnym graffiti i co chwilę dyskretnie wyglądałam w poszukiwaniu bandytów. Nikogo nie było.
Oparłam się o mur trzymając dłonie na kolanach i nierówno oddychając. Właśnie wtedy, kiedy zatrzymałam się na dłuższą chwilę poczułam ból w nogach i ich drganie. Ledwo mogłam na nich ustać. Zamknęłam oczy próbując się uspokoić.
Usłyszałam szelest trawy. Kiedy otworzyłam oczy przede mną stały dwie męskie kończyny, a tuż obok kolejna para nóg. Podniosłam wzrok do góry, a chłopak wsunął swoją ręke pod moją brodę zaciskając dłoń na mojej szyi i stawiając mnie do pionu. Wydałam z siebie pisk przerażenia, a chłopak przycisnął swoją drugą rękę do moich ust wbijając w moją twarz swoje czekoladowe oczy.
- Koleżanka się gdzieś wybiera? - zapytał zachrypiałym głosem, z chytrym uśmieszkiem wymalowanym na twarzy - Wydrzyj się, a zabiję cię na miejscu - dodał grożąc, po czym zabrał dłoń z mojej twarzy pozostawiając jedynie prawą rękę pod szyją przyduszając mnie.
Po moim policzku spłynęła łza.
- Proszę, puść mnie - wyjęczałam błagalnie trzymając dłoń na jego nadgarstku próbując go odepchnąć. Był wyższy, lepiej zbudowany i silniejszy ode mnie, mimo wszystko miałam cień nadziei.
- Wiesz co robimy z osobami, które nas obserwują? - chłopak szepnął w mój policzek przybliżając swoją twarz. Nie chciałam widzieć co teraz się stanie. Spojrzałam na jego towarzysza stojącego obok ze skrzyżowanymi rękoma bacznie mi się przyglądając. Mierzył swoimi zielonymi oczami moją osobę od stóp do głów z ogromnym skupieniem, jakby kiedyś już gdzieś mnie widział.
- Puść ją - wydusił z siebie.
Mój wzrok powędrował na napastnika, który posłał znaczące spojrzenie swojemu koledze. Miał czarne włosy z niebieskim pasemkiem na grzywce opadającej na czoło. Ubrany był w ciemny płaszcz z kapturem i rurki opinające się na jego biodrach. Ręce trzymał w kieszeni. Chłopak przyciskający mnie do ściany podniósł brwi w geście zdziwienia.
- Co? Popieprzyło cię? - posłał mu pytające spojrzenie - Przecież ona pójdzie na psy!
- Po prostu ją puść do cholery - nakazał wyraźnie zirytowany, a ciemnowłosy zabrał rękę z mojej szyi, odsuwając się.
- To ona? - spytał kolegi, który jedynie skinął.
Dłonią przecierałam szyję, łapiąc głębokie wdechy. Złapał mnie kaszel, miałam duszności, a w moim ciele odczuwałam silny gorąc. Na moich policzkach pojawiły się wypieki, nieprzyjemne dreszcze przemieszczały się od mojego karku po cały kręgosłup. Oparłam się o mur i patrzyłam w dół. Bałam się spojrzeć oprawcom w twarz.
- Nie powiesz nic nikomu, prawda? - chłopak przypominający członka subkultury emo nachylił się patrząc prosto w moje oczy.  Mówił ciepło i spokojnie. Jego spojrzenie było łagodne, zdawało mi się, że nie chciał mnie skrzywdzić. Zauważyłam łańcuszek na jego szyi. Litera 'M' dotykała jego skóry, między obojczykami. Mój wzrok powrócił na twarz chłopaka, który wyraźnie zirytował się moim wahaniem. Przełknęłam głośno ślinę i patrząc w jego oczy o kolorze bliskim szmaragdowemu pokiwałam twierdząco głową, co obaj napastnicy na pewno ledwo spostrzegli.
- W porządku? - ciemnowłosy zadał kolejne pytanie, na które skinęłam. Moja ręka kurczowo trzymała się muru, kiedy zawroty w mojej głowie nasiliły się. Niestety to nie powstrzymało utraty przytomności, która zdarzyła się, gdy chciałam już odejść i uciec do domu. Cały świat zaczął wirować przed moimi oczami. Drzewa, plac zabaw, ławki - najpierw były na dole, potem na górze, a do tego podwojone. Zaczęłam osuwać się po murze na dół, a gdy moje ciało dotknęło ziemi, powieki zamknęły się i jedyne co mogłam ujrzeć to ciemność.

~*~

Otworzyłam oczy, kilkakrotnie mrugając. Przetarłam ręką powieki, rozbudzając się. Podpierając się rękoma, uniosłam tułów. Jęknęłam, kiedy poczułam ból na czubku czaszki. Moja prawa dłoń automatycznie przeniosła się w miejsce dolegliwości. Pokręciłam delikatnie głową w prawo i lewo, aby się rozejrzeć. Jasnego koloru ściany, biurko blisko okna, miękka pościel...
Byłam w domu. Moim domu.
W głowie miałam zamęt, nie potrafiłam sobie wszystkiego przypomnieć. Same prześwity, obraz parku, dwóch chłopaków, naszą wymianę zdań..
Ale jak się tu znalazłam?
Spojrzałam na zegarek wiszący nad drzwiami, dochodziła trzynasta. Zawroty jeszcze trochę mnie trzymały. Za każdym razem, gdy ruszyłam głową obraz się zamazywał. Zamknęłam oczy i przylgnęłam do poduszki, jednak nie poszłam spać. Ciągle starałam się przeszukać myśli i przypomnieć sobie jak znalazłam się w mieszkaniu.
Zaczynałam od samego początku, próbując dojść do końca. Sklep, mleko, uliczka, dwóch napastników, park, mur...co było dalej? Wiem, że mnie puścili, a może później to właśnie przez nich straciłam przytomność? Nic nie rozumiałam.
Podniosłam się do pozycji siedzącej i sięgnęłam ręką po torebkę leżącą na krześle. Zaczęłam przeglądać jej zawartość. Portfel, telefon, kosmetyki - wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Ruszyłam więc do salonu. Obijałam się o ściany, ciężkim krokiem podążając przez korytarz. Zatrzymałam się przy drzwiach wejściowych świdrując je wzrokiem od góry do dołu. Były zamknięte.
Zerknęłam w stronę salonu w którym nie zauważyłam niczego nadzwyczajnego. Mój wzrok ponownie przeniósł się na drzwi. Zmarszczyłam brwi wpatrując się w nie badawczo. Wszystko było w porządku, poza jednym drobnym szczegółem. Klucze leżały tuż obok, na komodzie.
Nigdy nie zostawiam kluczy na komodzie. Zawsze po zamknięciu drzwi zostawiam je w ostatnim, dolnym zamku, albo zabieram je ze sobą do pokoju. Niemożliwe, żebym rzuciła je tak po prostu byle gdzie, a potem poszła prosto do łóżka. Nie robiłam tego nawet po najlepszej imprezie, gdy wracałam do domu na czworaka, po prostu miałam swoje zasady, które pamiętałam nawet w najgorszym stanie.
Zabrałam klucze i przeszłam do salonu. Usiadłam na kanapie przewracając je w dłoniach. Patrzyłam na nie,  zastanawiając się jak wróciłam do domu i co tak na prawdę wydarzyło się kiedy straciłam przytomność. Brak pamięci z tamtego zdarzenia był dla mnie ogromną udręką.
Nagle moich nóg dotknął chłodny, nieprzyjemny wiatr. Firanki uniosły się zaczynając latać, a drzwi balkonowe odsunęły się. Moja twarz skupiła się na otwartych drzwiach. Przed moim wyjściem były zamknięte. Wstałam z kanapy i pokierowałam się w ich stronę, aby je zamknąć. Chłód przestał kłębić się w salonie, pokój powolnie się ogrzewał, natomiast moje zdenerwowanie nie opadało. Plusem był fakt, że już wiedziałam jak wróciłam do mieszkania. Na pewno nie sama, a ktoś kto wyszedł.. nie wyszedł frontowymi drzwiami.
W mojej sypialni rozległ się dzwonek telefonu. Mogłam się spodziewać, że to nikt inny jak Ashton. Zawsze dzwoni w najgorszą dla mnie porę. Nie śpieszyłam się do odebrania, wręcz przeciwnie - powolnie kroczyłam przez korytarz pragnąc go zirytować moim brakiem szybkiej odpowiedzi. Kiedy w końcu doszłam do krzesła na którym zostawiłam torebkę, wyszukałam komórkę i odebrałam telefon.
- No w końcu, dźwięk połączenia nie należy do najciekawszych - burknął wyraźnie znudzony.
- Co tym razem? - zapytałam.
- Jak tam wrażenia po parku? Nie boli cię głowa?
Zastygłam, otwierając oczy szeroko.  Nigdy nie widziałam Ashton'a, ale wiedziałam, że w tej chwili na jego twarzy pojawił się złowieszczy, triumfalny uśmiech.
- Byłeś tam... Byłeś jednym z nich... - wyszeptałam pełna przerażenia, co wyraźnie rozbawiło mojego prześladowcę, bo jedyne co dostałam w odpowiedzi to jego śmiech.
- Nie - powiedział, próbując się opanować, a następnie dodał z dumą - Gdybym tam był to raczej nie zemdlałabyś z przerażenia, po prostu byś nie mogła znieść takiego Boga seksu przed oczami.
Wywróciłam oczami, kiedy mój mózg podpowiadał mi, że Ashton właśnie w tej chwili szczerzy się do słuchawki z powodu swojej wysokiej samooceny. Prawdopodobnie uważa teraz, że zrobił na mnie wrażenie. Niestety jest w ogromnym błędzie.
- Więc skąd o tym wiesz? - powróciłam do tematu.
- Caitlin, ile razy mam ci powtarzać, że wiem o tobie wszystko? Nie zanudzaj mnie bardziej - odparł, a potem ziewnął.
- Mało mnie nie zabili! A ty o tym wiedziałeś i nic nie zrobiłeś?! - wyraziłam swoje zdenerwowanie.
- Nie zrobiliby ci krzywdy.
- Niby czemu?!
- Bo jesteś nietykalna - Ashton powiedział z pełnym opanowaniem.
Oddychałam głęboko, stojąc w bezruchu kilkakrotnie zaciskając pięści i później je rozluźniając. Przygryzłam wnętrze mojego policzka odrywając zębami kawałek skóry. Powtarzałam to za każdym razem, kiedy starałam się uspokoić emocje, to był okropny nawyk. Moja skóra w środku była poszarpana, ale nie umiałam bez tego żyć, mimo, że bardzo chciałabym się tego oduczyć.
- A co to niby ma znaczyć? - zapytałam.
- To już akurat nie jest twój biznes słoneczko, ale moi przyjaciele, to twoi przyjaciele, pamiętaj.
- Przyjaciele? - prychnęłam - Chcieli zabić jakiegoś człowieka, gdyby nie ja to byłby martwy! - krzyknęłam do słuchawki.
- Wyrównywali rachunki - odpowiedział Ashton obronnie.
Pokręciłam głową, po czym przycisnęłam czerwoną słuchawkę znajdującą się na ekranie telefonu. Rzuciłam komórkę na łóżko, a następnie skrzyżowałam ręce stojąc prosto i wpatrując się w okno znajdujące się nad biurkiem. Przygryzłam dolną wargę ze zmartwieniem.
'Nietykalna' - powtórzyłam w myślach, a następnie prychnęłam. Co to ma w ogóle znaczyć?
Oglądałam dzieci bawiące się beztrosko na placu zabaw. Przypomniały mi się czasy, kiedy i ja mogłam swobodnie wychodzić na podwórko, bawić się w piaskownicy wraz z moimi przyjaciółmi, gdy moi rodzice żyli i byli przy mnie. Obraz uśmiechniętej mamy i taty wciąż tkwił w mojej głowie nie dając mi spokoju. Wspomnienia były dość silne, bolesne. Myśl, że jako jedyna przeżyłam ten cholerny wypadek była okropna, zabijająca od środka. Chciałabym się z nimi zamienić, chciałabym, aby to oni mogli teraz się wspólnie starzeć podczas kiedy ja leżałabym w grobie. Nie dręczyłoby mnie sumienie.
Plusem mojej śmierci byłby też fakt, że nie spotykałabym się z takimi problemami jakie mam teraz. Ledwo spłacam czynsz, mam na karku psychopatę dzwoniącego codziennie, bar ciotki jest w opłakanym stanie, dziś mało nie dostałam zawału, ktoś prawdopodobnie był w moim mieszkaniu po raz drugi nieproszenie... Te wszystkie sprawy zabierały mi całą energię i dobry nastrój. Dzień w dzień musiałam się czymś martwić.
- Cholera, ciotka! - pisnęłam sama do siebie.
Zabrałam torebkę z krzesła pakując do niej telefon i szybko pobiegłam przed drzwi wejściowe. Miałam być u niej z samego rana, aby jej pomoc, a zamiast tego oczywiście zajęłam się czym innym. Założyłam pośpiesznie buty i zsunęłam z wieszaka płaszcz. Wyszłam z domu zamykając drzwi i kilkakrotnie sprawdzając zamki. Poszłam na parking, gdzie odnalazłam swój samochód. W kącie przedniej szyby za wycieraczką moje oczy spostrzegły małą karteczkę. Ściągnęłam ją i odwróciłam czytając.
'Radziłbym zatankować Skarbie. ;) Ashton. '
- Dupek - warknęłam ściskając w dłoni świstek. Rozejrzałam się po parkingu, który był pusty. Stały tam jedynie auta, bez pasażerów czy kierowców, przechodniów również nie było. Wsiadłam do auta sprawdzając liczniki. Faktycznie, nie miałam zbyt dużo paliwa, jednak w baku była wystarczająca ilość na dojazd do baru. Przekręciłam więc kluczyk w stacyjce zapalając auto i wyjeżdżając na ulicę.
Kiedy przekroczyłam próg baru na mojej twarzy wymalowało się zaskoczenie. Pomieszczenie wyglądało znacznie lepiej. Krzesła były dostawione do nowych, nie posiadających ani jednej rysy stolików. Barek został uzupełniony w najlepsze alkohole oraz przeróżne napoje. Na ścianie w kącie widniały dwie tarcze do rzutek, a po przeciwnej stronie stał stół bilardowy, który wcześniej nie miał możliwości zmieszczenia się przez stojącą tam wcześniej szafę grającą. Szyby zostały poddane wymianie. Ciotka zamontowała również system antywłamaniowy.
Kroczyłam powolnie między krzesłami na wprost oglądając wszystko z uwagą. W kątach ścian wisiały nowe, czarne głośniki z których leciała muzyka z lat osiemdziesiątych.  Przy barze stał George w kierunku którego właśnie szłam. Obracałam się wokół własnej osi kilkakrotnie podziwiając pomieszczenie, które zostało odbudowane tak szybko w bardzo małym odstępie czasowym. Byłam na prawdę pod wrażeniem.
- Hej - przywitałam się z moim kolegą zajmując miejsce na krześle przy barze. George skinął głową, a następnie powrócił do szorowania szklanki, która i tak już lśniła kiedy podsuwał ją pod światło padające z nowego żyrandola. - Co tu się stało? - zapytałam. George jedynie uśmiechnął się pod nosem wzruszając ramionami. - George? - wysunęłam swoją szyję do przodu podnosząc brwi do góry w oczekiwaniu na odpowiedź chłopaka. - No dawaj - strzeliłam mu kuksańca w ramię.
- Dobra, już dobra! - krzyknął podnosząc ręce w geście niewinności - Więc... - nachylił się w moim kierunku, aby być równy wzrostem z moją osobą - Znalazł się sponsor! - pisnął klaszcząc w dłonie, a następnie zaczął się śmiać.
- George! - skarciłam bruneta. - Pytam serio.
- Tylko, że ja jestem poważny. Twoja ciotka otrzymała sporą ilość pieniędzy na wyremontowanie baru. - wyjaśnił chłopak ponownie zabierając się do swojej roboty.
- Jak to? - zapytałam kompletnie zdezorientowana.
- Po prostu - odparł, po czym dodał - Na jej konto została przelana niezła suma, a następnie otrzymała wiadomość od jakiegoś anonimowego typa, że to na remont baru, napisał, że nie może się doczekać kiedy go w końcu odwiedzi i zobaczy jedną ze swoich ulubionych barmanek. - wyjaśnił puszczając mi oczko.
- Jasne - prychnęłam.
- Serio, Cait, tak napisał, jesteś jedyną pracowniczką, no chyba, że chodziło o Eleanor - George parsknął śmiechem. Mimo, że nie byłam w najlepszym humorze i wciąż nie rozumiałam co tak na prawdę się dzieje, myśl George'a o mojej ciotce była na prawdę absurdalna i zabawna więc również zaczęłam się śmiać.
W tym samym czasie ciotka wyszła z zaplecza zauważając mnie. Od razu zaczęłam powstrzymywać swoje rozbawienie, a George jedynie uśmiechał się pod nosem. Ciotka podeszła do mnie i mocno uścisnęła.
Zmarszczyłam brwi zdezorientowana, ale również ją objęłam. Biło od niej ogromne ciepło, a na jej twarzy gościł wielki uśmiech. Nawet jej oczy lśniły się niczym księżyc podczas pełni. Była szczęśliwa. Zgadywałam, że to przez bar w który od lat wkładała całe swoje serce.
- Nie wiem jak mam ci dziękować Caitlin - wyszeptała prosto do mojego ucha.
- Czekaj, za co ciociu? - spytałam.
- Jak to za co? Twój chłopak to skarb, dziwię się, że jeszcze mi o nim nie opowiadałaś! - zawołała szczęśliwie, a moje usta powędrowały w dół.