poniedziałek, 10 lipca 2017

Rozdział 10

muzyka: klik
________________________________________

Addelaine Levinson pewnym krokiem weszła do wieżowca i pokierowała się prosto do windy. Gdy drzwi się rozsunęły, wkroczyła do maszyny i kliknęła przycisk z numerem dwadzieścia trzy. Poprawiła swoją marynarkę i sprawdziła czy aby wszystkie guziki koszuli są zapięte. Ostatni raz zerknęła na makijaż w lustrze windy, a później na zegarek, który wskazywał za dziesięć jedenastą. Miała dokładnie półtorej godziny czasu do odlotu samolotu kierującego się do Sydney. W kieszeni jej płaszcza motała się karta, którą wczoraj znalazła przy swoim samochodzie. Wyjęła ją, spojrzała jeszcze raz na jej znak, po czym cicho westchnęła. Gdy winda zatrzymała się na wybranym piętrze, kobieta szybko wsunęła kartę ponownie do kieszeni i z uniesioną głową podążyła do holu, w którym czekała na nią recepcjonistka.
Widząc adwokatkę, twarz młodej dziewczyny spoważniała. Wyprostowała się i podeszła do blatu stolika, będąc gotową obsłużyć brunetkę. Wysiliła się na uśmiech i niechętnie przywitała obrończynię.
- Panno Levinson, czym mogę służyć? – zapytała delikatnie, aby kobieta nie zauważyła jej niezadowolenia.
Ale Addelaine wiedziała, że dziewczyna jej nie znosi. Nikt jej nie znosił. Była za dobra, a ludzie tego nie rozumieli i zazdrościli jej wygranych spraw, pieniędzy i życia, chociaż wcale nie było takie kolorowe, jakie mogłoby się wydawać. Ale poza nienawiścią, czuli również strach – Tylko na początku kariery przegrała kilka spraw, a później.. wszystko szło tak łatwo. Ludzie bali się – Skoro nie przegrała już od dawna, była naprawdę groźnym zawodnikiem. Kto mógł znowu wiedzieć, jakie sztuczki chowa w rękawach i czy nie szła do celu po samych trupach?
- Pragnę złożyć wniosek o trzydniowe zwolnienie warunkowe – powiedziała jasno, bez zbędnych reakcji, ignorując zachowanie recepcjonistki.
Młoda dziewczyna poczerwieniała.
- A...Ale.. P..Pani Le...Levinso..n, jeśli cho...dzi.. o pana Irwi...Irwi..na.. – jąkała się.
- Na litość Boską! – wrzasnęła Addelaine poirytowana i uniosła ręce w górę, jakby wzywała o pomoc samego Boga – Nie chcesz mi chyba powiedzieć...
- Spokojnie, Madison – usłyszała za swoimi plecami ciężki męski głos – Ja porozmawiam z panią Addelaine...
 Odwróciła się, a starszy mężczyzna o siwej czuprynie i zmęczonym wzroku popatrzył na nią z lekkim uśmiechem. Dłonią wskazał na drzwi u końcu korytarza, do których chwilę później pokierowali się. Addelaine nie była zachwycona widokiem tego człowieka. Liczyła, że rozmowa obejdzie się bez niego albo, że w w ogóle go nie zobaczy, bo w wreszcie został zwolniony. Ale jednak to były tylko jej niespełnione marzenia, chociaż uważała je także za cel – Wysłanie go na emeryturę i objęcie tej posady.
Pokój do którego przeszli był elegancki, gustowny, ale i przytulny. Na środku stało czarne biurko, natomiast przed nim znajdowały się fotele, wyglądające na bardzo wygodne. Zostały skierowane w stronę dużych okien, przez które można było zobaczyć całą panoramę miasta. Widok zapierał dech w piersi. Podobnie, jak poczekalnia, pomieszczenie było drobiazgowo wysprzątane i sterylnie czyste.
Addelaine zajęła miejsce na jednym z foteli i przygotowała dokumenty, które wypełniała z samego rana.
- Co u ciebie, Addelaine? – zapytał spokojnie – Zauważyłem, że się rozwijasz pomimo tragedii, przez którą przeszłaś.
- Pieprzony stary burak – pomyślała i zacisnęła zęby, aby przypadkiem te słowa nie wyleciały z jej ust. Chciał ją wyprowadzić z równowagi, aby szybciej powiedzieć jej stanowcze: NIE. Już formowała dłonie w pięści i opierała je na ramach fotela, ledwo się powstrzymując. Powtarzała sobie, że nie może się tak zachowywać; że to tylko prowokacja i próba rozpalenia w niej tego ognia żalu, złości i nieopanowanego gniewu. Kontrola to jedyna rzecz, o której teraz powinna była myśleć poza złożeniem wniosku i otrzymaniem pozytywnej odpowiedzi.
- Fantastycznie – wypaliła w końcu – Jak widzisz, ratuję ludzi od głupiego i chorego społeczeństwa, które tylko dba o własną dupę oraz pieniądze.
Mężczyzna chrząknął, po czym zaczął przewracać kartki losowych dokumentów, aby tylko czymś się zająć i na nią nie patrzeć.
- Zdążyłaś z pewnością zauważyć, że nie każdego da się uratować – burknął złośliwie, żeby zadać kolejny cios adwokatce. Jej oczy pociemniały, a w sali momentalnie zrobiło się gorąco. Już miała się rzucić na mężczyznę, by raz na zawsze zamknąć mu buzię i nauczyć szacunku oraz empatii, ale ostatni raz powstrzymała się i rzuciła jedynie na jego biurko papiery, posyłając mu satysfakcjonujący uśmiech. 
- Addelaine… Wiesz, że nie mogę wyrazić na to zgody – powiedział oschle, nie zerkając nawet na papiery, gdyż wiedział doskonale z czym przyszła. Odsunął je.
- Nie szkodzi – uśmiechnęła się, po czym podsunęła papier ponownie w jego stronę – Zachowaj to, mam kopię. Addelaine wstała i skierowała się do wyjścia. Zanim jednak jej dłoń zawisła na klamce, zwróciła się do mężczyzny.
- Widzimy się za tydzień? – spytała.
- Co takiego?
- Prawo to prawo – oświadczyła – Odrzuciłeś mój wniosek, ale to nie znaczy, że nie mogę złożyć go jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze raz… - wymieniała, aż wzięła głęboki wdech i dodała ponownie – Oraz jeszcze raz.
- Panno Levinson, to co Pani teraz próbuje zrobić…
- To uświadomienie Pana, jakie przysługuje mi prawo – wtrąciła – Pan może odrzucać moje wnioski, a ja mogę je składać, dopóki Pan ich nie przyjmie. – Była pewna swoich słów  - Proszę więc rozważyć, czyli woli Pan dać raz szansę człowiekowi, który przez dziesięć lat nie widział niczego innego tylko cztery szare ściany, czy jednak preferuje Pan otrzymywać dość sporą pocztę z kilkoma tymi samymi wnioskami, zajmującymi Panu tylko czas.
Brunetka nie dając dojść do słowa mężczyźnie, opuściła pomieszczenie, trzaskając za sobą drzwiami. Nie czuła jednak złości, a wręcz przeciwnie. Była usatysfakcjonowana tym spotkaniem i czuła, że mimo postawy szefa więzienia, jej postawa i zaangażowanie przyniosą upragnione efekty.
***
Mało brakowało, a Addelaine spóźniłaby się na samolot do Sydney. Właściwie, stewardessy nie chciały jej już dopuścić do odprawy, ale Levinson jak zwykle pozostała nieugięta i wygrała z ciężko obrażonymi kobietami. Zajęła miejsce w samolocie i nie czekała na odlot. Zdrzemnęła się zanim jeszcze samolot zdążył ruszyć. Podróż trwała całkiem krótko, gdyby porównywać ją z pociągiem czy samochodem. Spod lotniska, kobieta złapała pierwszą lepszą taksówkę, która zabrała ją pod wskazany adres. Nie sądziła, że bar ciotki Caitlin będzie znajdował się tak blisko serca Sydney. Jechała zaledwie czterdzieści minut na miejsce.
Po wyjściu z taksówki, rozejrzała się. Nie było trudno odnaleźć słynny bar, jednak nie spodziwała się, że zobaczy go właśnie w takim stanie. Ten widok stwarzał pewne problemy.
Addelaine podeszła bliżej drzwi. Były zabarykadowane drewnianymi deskami, za którymi skrywał się napis „Zamknięte”. Trudno było zobaczyć co znajduje się wewnątrz. Zarówno drzwi, jak i okna były zabudowane, a przez niewielkie szpary Addelaine nie zobaczyła niczego, poza ciemnością. Lampki przypięte do szyldu już dawno przestały działać. Obok budynku nikt się nie kręcił. Kilkoro ludzi można było spostrzec dopiero po drugiej stronie ulicy. Brunetka zrobiła kilka kroków w tył i spojrzała w górę, gdzie znajdowały się mieszkania. Levinson postanowiła sprawdzić, czy ktoś mieszka w budynku, czy pozostał opustoszały. Jedną rodzinę udało jej się zastać, jednak nie wydobyła od nich szczegółowych informacji. Każdy mówił to samo – Niewiadomo, co stało się z Caitlin. Addelaine zaczęła się zastanawiać, dlaczego sprawa tej dziewczyny jest aż tak zamknięta.
- Kim jesteś? – usłyszała za sobą damski głos.
Brunetka odwróciła się nagle, a przed nią ukazała się ciemnowłosa kobieta o dużych piwnych oczach. Była bardzo szczupła i wysoka, przypominała anorektyczkę. Wyglądała blado, jakby źle się czuła, a może taki właśnie był odcień jej skóry? Ubrana w zwiewną, kolorową sukienkę stała przed Levinson, gapiąc się na nią, dosyć smutnym wzrokiem.
- Nazywam się Addelaine Levinson… - zaczęła oficjalnie, po czym kontynuowała – I jestem obrońcą…
- Ashtona Irwina – wtrąciła kobieta.
Addelaine zastanawiała się, czy to jej umysł zwariował i przesłyszała się, czy nieznajoma naprawdę wiedziała, kim jest Ashton, ponieważ takie właśnie dotarło do niej odczucie. Brunetka rozejrzała się po ulicy, sprawdzając czy na pewno nikt nie idzie. Gdy upewniła się, że mogą spokojnie porozmawiać, dała krok w przód i zbliżyła się do ciemnowłosej. Wyglądała tak ponuro i smutno, że Addelaine dopadły dziwne, mieszane uczucia oraz obawy. Jakby dziewczyna samym spojrzeniem wyciągała na zewnątrz jej wszystkie lęki i sprawiała, że nagle boli ją serce. Addelaine myślała, że współczucie jest czymś, czego już nigdy więcej nie poczuje, ale jednak ono nie odeszło, a było uśpione.
- Znasz go? – zapytała cicho Levinson.
Nagle przestała być pewną swoich pytań. Nie bardzo wiedziała, jak zacząć lepiej rozmowę, aby wyciągnąć z niej jak najwięcej informacji.
- Był chłopakiem mojej przyjaciółki…
- Caitlin – wymyka się z ust Addelaine – Caitlin Teasel… Wiesz, gdzie ona jest? Gdzie mogę ją znaleźć?
Kobieta spojrzała na prawniczkę pytająco, a jej oczy zaszkliły się. Jej wyraz twarzy był niezrozumiały. Addelaine nie wiedziała, co spowodowało taką reakcję.
- Cassie! – zawołał ktoś z tyłu budynku, przerywając ich krótką rozmowę.
Lekko opalony i umięśniony mężczyzna o czarnej czuprynie wyłonił się zza ścian budynku. Niewysoki i szczupły, ubrany był na czarno, a swoje oczy skrył za okularami przeciwsłonecznymi. Oparł się o zabite drewnianymi deskami drzwi baru.
- Powinnaś już iść, Cassie – powiedział łagodnie.
Czarnowłosa zmierzyła go wzrokiem, jednak posłuchała się i odeszła, skręcając w jedną z uliczek. Brunetka zaś została sama z mężczyzną, który właśnie spławił jej źródło informacji. Nie była tym faktem zadowolona.
- Kim ty do cholery jesteś? – zapytała Addelaine, jednak mężczyzna zignorował jej pytanie i ruszył na zaplecze baru.
Addelaine działając impulsywnie, podążyła za nim. Potrzebowała odpowiedzi, a jedyne źródło, jakie znalazła, odpędził dosyć spokojnie właśnie ten chłopak, co oznaczało, że on również może mieć dużo do powiedzenia, a ona zamierzała to z niego wyciągnąć. Pewnie weszła w zaułek, w który wcześniej wrócił nieznajomy facet i zaczęła się za nim rozglądać. Miejsce wyglądało paskudnie – pełne śmieci, szczurów i unoszącego się smrodu. Levinson zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie śledziła właśnie bezdomnego, który tak naprawdę wcale nie jest jej potrzebny.
Niespodziewianie, ciężka ręka znalazła się na szyi kobiety. Mężczyzna przygwoździł ją do ściany, zaciskając dłoń na jej skórze, aby mogła ledwo oddychać. Drugą dłoń trzymał jej ręce, aby nie próbowała się uwolnić. Jej nogi trzęsły się i gdyby nie fakt, że blokował ją swoim ciałem, zapewne osunęłaby się już na ziemię. Strach momentalnie zapanował nad jej ciałem. Pomimo, że wiele razy pozwalała ludziom wierzyć, że nie boi się niczego, tak naprawdę obaw miała wiele, a z pewnością największą była właśnie śmierć.
- Wydaje mi się, że to ja powinienem spytać, o to kim ty jesteś i dlaczego wpieprzasz się w nie swoje sprawy? – warknął ostro, a jego głos był tak głęboki, że nie sposób było go nie usłyszeć i nie zapamiętać. Patrzył prosto na nią, czuła to, mimo że nie widziała jego wzroku poprzez okulary. Widziała pulsujące żyły na jego umięśnionych ramionach, pot spływający z czoła i ciężki oddech. Wyraźnie wkurzyła go swoją obecnością.
Czuła chłód ściany i mocny ucisk jego dłoni. Brakło jej tchu i zaczynało kręcić się głowie. Zebrała swoje siły, aby uratować sytuację.
- Nie wiem.. – krztusiła się – Cz..cz..y zab..ój..stwo adwo…ka..ta jest.. do..br..ym.. pomysłem.
Mężczyzna nagle zabrał swoją dłoń z szyi Addelaine, odsuwając się o kilka kroków. Brunetka oparła rękę na ścianie. Przez chwilę wyglądała, jakby zaraz miała zemdleć, ale szybko odzyskała przytomność. Ciemnowłosy zaś zdjął okulary i pokazał swoje ciemne czekoladowe oczy. Nie potrafił ukryć zdziwienia, patrząc na nią.
- Jesteś prawniczką Ashtona? – spytał, a ona skinęła – Przepraszam, odpędzamy każdego, kto tutaj węszy – zdawał się być zakłopotany całą sytuacją - Wszystko w porządku?
- Ta – Burknęła brunetka, dłonią masując swoją szyję. Niepewnie stanęła, chwiejąc się. Nie była zachwycona przebywaniem w jego towarzystwie po takim przywitaniu. Najpierw ją zaatakował, a teraz próbował pokazać, jaki z niego gentleman– Skoro już się przedstawiłam, czas na ciebie.
- Calum – odparł – Calum Hood.
- Przyjaciel Ashtona i Michaela, prawda?
- I Luke’a – dodał z lekkim oburzeniem.
Addelaine zdjęła swój czarny żakiet i zaczęła strzepywać brud i kurz, który został na nim, kiedy Calum przyparł ją do ściany. Mężczyzna zaś usiadł na jednej ze starych palet, których zapomnianio wyrzucić po zamknięciu baru Eleanor.
- Szukam Caitlin Teasel – oświadczyła, kładąc dłonie na biodrach – Może mógłbyś mi w tym pomóc, skoro przyjaźnicie się z Ashtonem?
- Wiem, że ciężko mi zaufać po takim chłodnym powitaniu, ale wierz mi -  - Lepiej, żeby Ashton jej po prostu więcej nie zobaczył.
- Co masz na myśli?
- To, że nie są sobie pisani, jak myśli – powiedział ze spokojem – Więc wybij mu to z głowy.
- To nie tak, że biorę w tym przypadku jego stronę, ale czy nie powinni pozwolić sobie chociaż na jedno spotkanie, które wyjaśniłoby wszystko? – zapytała – Skoro mają taką okazję..
- Nie mają – szybko skończył jej myśl – I nie będą mieć, Addelaine.
- Dlaczego? – dopytywała wścibsko.
- Ta sprawa jest skomplikowana, zamknięta i utajniona przez najlepsze służby – odpowiedział, jednak ton głosu Caluma zmienił się i można było zauważyć lekką irytację w jego wypowiedziach -  Nikt już nie ma dostępu do tych informacji, ani do Caitlin.
- Sugerujesz właśnie, że została świadkiem koronnym?
- To, co sugeruję, to właśnie to, abyś ty oraz Ashton sobie odpuścili – powiedział stanowczo ciemnowłosy.
Addelaine stała chwilę w osłupieniu, próbując poskładać wszystkie wątki w całość, jednak niczego nie potrafiła zrozumieć. Słowa Caluma wskazywały na to, że Caitlin przejęły specjalne służby i dostała czystą kartę, ale z drugiej strony nie chciał się rozwodzić nad jej tematem, a to sprawiało wrażenie osoby, która wie znacznie więcej niż mówi. Być może chciał, aby wszyscy myśleli, że właśnie to spotkało Caitlin, a wcale tak nie było?
Odpuściła sobie, bo dokonale wiedziała, że nawet gdyby stała tutaj kolejną godzinę, nic by nie wyciągnęła z przyjaciela Ashtona. Właśnie, przyjaciela. Zaczęła się nad tym zastanawiać i jakim on znowu był przyjacielem, skoro ani razu nie odwiedził go za kratkami, tylko spędzał czas tutaj? A może to również miało drugie dno, o którym Addelaine nie pomyślała?
- Hej! – zawołała, zanim odeszła – Jednej rzeczy nie rozumiem…. Mówisz, że jesteś przyjacielem Ashtona, ale do tej pory nie widziałam cię u niego… - zazuważyła – Chcesz w ogóle, żeby wyszedł z więzienia?
Calum popatrzył na Addelaine z wyrzutem i uniósł ręce.
- Oczywiście, że tak – odparł – Wszyscy tego chcemy.
- Więc może przestań siedzieć na dupie tutaj, tylko jedź do niego – poradziła ostrym tonem – Sam z siebie nie znajdzie motywacji. On potrzebuje pomocy. Potrzebuje przyjaciół. – Akcentowała mocno każde zdanie, jakby chowała żal do Caluma, którego poznała kilkanaście minut temu, o to że porzucił przyjaciela, ale właśnie tak było.
Addelaine miała żal, bo wiedziała jak to jest i jak bardzo Ashton potrzebował teraz bliskich, aby odbić się od dna. Tylko oni mogli mu pomóc, wprowadzić na dobre tory i odzyskać człowieka, którym był kiedyś. Ona kiedyś też tego potrzebowała, ale nikt nie stanął u jej boku. Dlatego właśnie jej życie potoczyło się w taki sposób.
Oddaliła się, w poszukiwaniu postoju taksówek. A kiedy już odnalazła jedną – wsiadła i pokierowała się do najbliższej restauracji na obiad. Później pozostawało już tylko lotnisko i powrót do domu.
Po zakupie biletu na podróż do Addelaide, Levinson poszła na pokierowany przez administrację sektor i czekała na swój lot. Wyjazd był dla niej ciężki, niezrozumiały, a w dodatku przywracający wiele dręczących wspomnień. Chciała już zapomnieć o tym wszystkim i chociaż jeden dzień odpocząć. Czasami miała tego dość – swojego zawodu, gry aktorskiej, która nosiła tytuł „Jestem silną, niezależną kobietą” i tych niekończących się dni, które zawsze wyglądały tak samo. Osób, które dbały tylko o własny biznes i miały gdzieś uczucia innych. Tego, że zawsze musiała pozostawać niewzruszona, bezuczuciowa i bez serca. Oraz tego, że jej życie było ciągłą walką, nie przynoszącą efektów.
W mieście wylądowała około godziny dwudziestej. Zirytowana dość długą odprawą, szybko ulotniła się spod sektora, w którym zbierał się tłum ludzi witający bliskich, przyjaciół i rodzinę. Prędko popędziła na ciężkich i niewygodnych szpilkach do wyjścia, marząc tylko o znalezieniu się w domu.
Jednak przy wyjściu z lotniska zauważyła znajomą twarz. Michael Clifford stał i czekał na kogoś tuż przed bramą wyjściową. Przystanęła na chwilę udając, iż poszukuje taksówki, kiedy tak naprawdę ciekawość zżerała ją od zewnątrz.
Nagle usłyszała, jak ktoś woła Michaela i razem z nim odwróciła się w kierunku dochodzącego głosu. Addelaine spostrzegła nikogo innego, jak swojego towarzysza z Sydney.
- Cześć stary! – powitał go ochoczo Clifford, wyraźnie zadowolony z jego przyjazdu.
Kiedy spojrzenia Addelaine i Caluma spotkały się, tym razem wymienili się ciepłymi uśmiechami. Kobieta ruszyła w kierunku wyjścia, zostawiając dwóch kolegów razem. Wiedziała, że na pewno mieli sobie dużo do opowiedzenia i chcieli spędzić wspólnie czas. Na szczęście Michael nie zauważył jej, więc nawet nie miał możliwości zaczepienia. Addelaine nie chciała nawet wdawać się w szersze znajomości z przyjaciółmi swojego klienta. Zresztą, chciała jak najszybciej wrócić do domu i zakopać się pod pościelą w łóżku, gdzie chociaż na chwilę znalazłaby ukojenie.
Po wejściu do mieszkania zdjęła płaszcz oraz rzuciła torebkę, wyjmując tylko najważniejsze rzeczy – telefon, dokumenty oraz tajemniczą kartę. Rzuciła wszystko na stolik w kuchni i podeszła do szafki, w poszukiwaniu szklanki. Tuż po wypiciu, zamierzała udać się w końcu do łóżka, aby odpocząć, jednak złapała ją Charlotte, która najwyraźniej nie miała planów na wieczór i została w domu, żeby się wyciszyć.
- Hej – przywitała się – Cały dzień cię nie widziałam, gdzie się zgubiłaś?
Addelaine zaśmiała się.
- Nie uwierzyłabyś – rzuciła jej krótkie spojrzenie.
- Co to takiego? – zapytała Charlotte, a jej twarz nagle spoważniała, kiedy na stoliku zobaczyła leżącego Asa.
- To? – Addelaine uniosła kartę – Jedna karta z talii – wytłumaczyła.
- Addelaine, jest praktycznie noc, a tobie zachciało się w karty grać? – zaśmiała się, ale brunetka wyczuła w jej głosie coś innego, jakby zdenerwowanie.
Spojrzała na kartę, która wyglądała tak niewinnie i zwyczajnie, a jednak była czymś zupełnie innym. Czymś większym, gorszym i niebezpieczniejszym, a nikt jej sobie w ten sposób nie wyobrażał. Wiedzieli tylko Ci, którzy ją dostali.
Addelaine wzruszyła ramionami, a Charlotte widząc jej reakcję, nie kontynuowała rozmowy. Zabrała jabłko leżące w białej misce znajdującej się na blacie kuchennym i wróciła do swojego pokoju, machając współlokatorce na pożegnanie. Levinson również powędrowała do siebie, ale przed drzwiami ostatni raz odwróciła się, by spojrzeć na kartę.

- To nie jest zwykła gra… - szepnęła.

3 komentarze:

  1. Cieszę się że tak szybko kolejny rozdział dodałaś, kurcze, sama nie wiem od czego zacząć, bo robi się to coraz bardziej pogmatwane i moje teorie na temat i tego co będzie dalej ciągle się piętrzą. Oczywiście w to ze cait żyje to do konca bede wierzyć,ale mi szkoda tego Ashtona, nie zapomniał o cait, tęskni za nią, a ta kurde mu się odwdzięcza i też upozorowała swoją śmierć, no ale tak przez 10 lat?! No kobieto... :D zastanawia mnie fakt, pamiętam w poprzedniej części Calum gdzieś wyjechał, a teraz jest w Sydney i w ogóle chciałabym wiedzieć co robił przez ten czas, bo to jest jakoś zagadkowo niewyjaśnione, kolejne to to, że calum był z cassie! DLACZEGO?! A idąc dalej to tak bardzo się bałam że Michael albo ktoś powie addie że cait nie żyje i ona przekaże to ashtonowi, na szczęście do tego nie doszło, mam też nadzieję że ciotka cait żyje a bar jest przeniesiony w innej miejsce i tam cait pracuje :D co do tej karty to tym razem kto je rozdaje...(a może cait?) Hahaha niee wiem że nie, może sean...już się nie mogę doczekać aż się dowiem więcej,i mam nadzieję że na następny rozdział nie bedziemy musieli długo czekać :) mam tyle pytan i prawie we ogóle odpowiedzi...

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapomniałam zapytać czy gra mroku to ostatnia część czy zamierzasz coś jeszcze? ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiem czy to ja się już pogubiłam czy co, ale było coś we wcześniejszych rozdziałach o tym że Caitlyn jednak żyje? Skąd Calum i reszta o niej wiedzą ?

    OdpowiedzUsuń